Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Nicz

Kucyk zabawka i mydło w płynie [NZ][Comedy][Adventure][Crossover][Random... kind of]

Recommended Posts

Jest to mój pierwszy post na forum, toteż chciałbym się przywitać, a także zaprezentować mój fanfik o nazwie:

 

Kucyk, zabawka i mydło w płynie, czyli jak rozpętano kolejny koniec świata

 

(Długie, kiczowate tytuły z podtytułami najlepszym przykładem braku kreatywności: Powrót Ognia)

 

Opis: Twilight odkrywa czym kończy się majstrowanie przy strukturze wszechświata. Podczas procesu badawczego następują nieprzewidziane komplikacje, które powodują (czy raczej dopiero spowodują) chaos, nie tylko w samym projekcie czarodziejki, ale i w stabilności całego wszechuniwersum.
Na całe szczęście dla wszechświata na miejscu tragedii pojawia się zestresowany detektyw z nerwicą natręctw, pragnący choć raz rozwiązać jakąś zagadkę kryminalną, miast ratować świat przed (kolejnym) kataklizmem.
 
Sromotna zagłada of nadzieja and wszystko co mądre i piękne® included.
 
Prereaderzy: psoras, Legion
 
Częśc I:
Część II:
Część III:
Część IV:
Część V:
Część VI:
Część VII:
Część VIII:
Edited by Nicz

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przecztyałam pierwszy rodział narazie i... zapowida się całkiem nieźle ^^ nie widzę jakiś rażących błędów, a to dobry znak ;)) resztę doczytam jutro bo mój musk dzisiaj już nie domaga >.< przy tekście "dłuższe życie każdej pralki to calgon" poprostu padłam i śmiechłam aż matka przylazĺa i pytała co rżę po nocach xD

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jest dobrze, w drugim i trzecim rozdziale tylko kilka literówek, nic więcej nie zauważyłem. Ciekawie napisane, pomysł nigdzie nie wykorzystany ( a przynajmniej ja nic podobnego nie czytałem). Czekam na następne rozdziały.

Share this post


Link to post
Share on other sites
No dobra, przeczytałam tekst, ubawiłam się setnie, wypada wysmarować stosowny komentarz.
 
Kurczę, od czego by tu zacząć… Dobra, jedziem od początku, czyli, eee… no, tego tam, co jest na końcu, tylko z drugiej strony.
 
A więc (nie zaczyna się zdania od „a więc”):
 
1. FABUŁA.
Ujmując skrótowo – Twilight robi czary i psuje świat. Motyw starszy od najstarszych Górali, a wykorzystany w sposób pierwszorzędny. Zresztą, na co komu oryginalność? Oryginalność nie istnieje, wszystko już zostało opisane, teraz można tylko powielać pomysły i wyciskać z nich, ile się da. Tobie udało się wycisnąć całkiem sporo.
 
2. PROWADZENIE AKCJI.
Mamy wiele wątków. Ooo, dużo tego. Z jednej strony Twilight ze Spike’iem (Spikiem?) i wielkie bum, z drugiej – perypetie pana detektywa z alergią na POTĘŻNĄ MAGIĘ (piszę kapitalikami, bo ta magia jest tak potężna, że na to zasługuje), z trzeciej – Panie Księżniczki, z czwartej Tajemnicze Bractwo (Brat Dymek :D). Jeżeli doliczyć do tego dotychczasową objętość utworu, która specjalnie imponująca nie jest… no, gdyby napisać to w mniej rozgarnięty sposób, zapanowałby chaos. Na szczęście tutaj czytelnik nie gubi się w nawale postaci (zresztą, dużo jest kanonicznych), bo każda jest dobrze i wyczerpująco opisana, a sama akcja nie biegnie na łeb na szyję. Chyba jedynym, co mi trochę przeszkadzało, była stosunkowa jednostajność, czyli małe tych wątków wymieszanie – ja bym to bardziej posiekała, żeby napięcie było cały czas na tym samym poziomie. Ale ogólnie nie mam zastrzeżeń i czyta się to niezwykle przyjemnie. (Każde dobre opowiadanie czyta się przyjemnie, ale to szczegół.)
 
3. STYL.
I tutaj dochodzimy do elementu, którym Waść podbiłeś moje serce.
 
Ten styl jest wspaniały. Zazwyczaj autorzy decydują się na to, by był on „przezroczysty”, czyli nie rzucał się w oczy na tyle, by mógł przeszkodzić w czytaniu. Jest to rozwiązanie bezpieczne i sensowne, bo pomaga się skupić na fabule i wydarzeniach. U Ciebie jest inaczej – styl jest nierozerwalnym elementem opowiadania. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że gdyby nie on, całość nie byłaby warta uwagi, ginąc wśród tłumu utworów o zbliżonej tematyce i podobnych elementach (bractwa, zakony, zagadka kryminalna, księżniczki i inne postacie kanoniczne, ble-ble-ble).
 
Sposób, w jaki piszesz, odróżnia „Kucyka…” od innych prac. Najwspanialszy jest fakt, że robi to w pozytywny sposób. Mnie osobiście styl podpasował bardzo – inteligentny i mocno ironiczny, tak bym go określiła. Może nie do wszystkich trafi, ale jeśli o mnie chodzi – idealnie wcelowałeś się w moje poczucie humoru. Całość czytałam z bananem na ryju, tfu, twarzy i oczy mi się świeciły jak świni na widok pełnego koryta.
 
Uwielbiam, jak bawisz się stereotypami i wszystkimi wyświechtanymi motywami i lepisz z nich coś zupełnie innego, fantastycznego.
A skoro już o tym mowa…
 
4. BOHATEROWIE.
To, co z nimi zrobiłeś, jest po prostu boskie. Wszyscy bohaterowie są karykaturami samych siebie, cały tekst to jedna wielka hiperbola. Z postaci kanonicznych wyciągnąłeś najbardziej charakterystyczne cechy i uczyniłeś je tak pokręconymi, jak to tylko możliwe. Reakcje są cudownie przesadzone, Twilight tak Twilightowata, że szok, księżniczki to odbicia opinii, jakie krążą wokół ich osób w fandomie, do tego dochodzi Rarity i jej kupon zniżkowy do Spa, a nawet Spike, który został popierdółką numer jeden pod znanym wszystkim tytułem: „O, Twilight znowu odbiło, będzie dym, ja się w to nie mieszam, idę spać”.
 
Z postaci niekanonicznych mamy oczywiście detektywa-pedanta, który miejsce co-prawda-nie-zbrodni-a-zaledwie-tajemnicznego-zniknięcia bada obuty w worki na śmieci, boi się „złych istot” z kałuż i nie chce całować Rarity po kopytkach, bo „na pewno nie przestrzega podstawowych zasad higieny”. To chyba moja ulubiona postać. Jest fenomenalny z tymi swoimi natręctwami. (Ale co do lodów z ulicznych budek się akurat zgadzam, sprzedawcy naprawdę robią tam rzeczy, jakie się filozofom nie śniły.)
 
Następnie mamy wszystkich członków tajemniczego zakono-bractwa – fantastycznie przerysowani, prześmiewczy, dupowaci. „Witam cię, przybyszu, w imieniu Bractwa… Jeśli twe serce jest czyste, cień cię nagrodzi… Co tam masz, koleś?” – coś wspaniałego.
 
Kilka cytatów, które idealnie oddają istotę rzeczy:
 

jeśli jej ukochany znowu zapomniał złożyć ofiary z bijących serc dwudziestu niewolników, udusi go gołymi rękami.

Sam początek, a Madzia już się szczerzy, bo wie, że może spodziewać się oceanu ironii wylewającego się z ekranu.
 
Spike:

Ciężko pracującemu smokowi należał się spokój. Niewiele więcej żądał w zamian za sumienne nie pałętanie się pod nogami roztargnionego jednorożca.

 
Luna:

Zawiedziona Luna, bogini snów, musiała w sposób transcendentalny odejść z biblioteki w Ponyville i znaleźć sobie innego poddanego do aktu podglądania, nazywanego przez nią  „nadzorowaniem równowagi pływów sił onirycznych we wszechświecie”.

(Plus jej reakcja na propozycję odebrania gier. Uosobienie fandomowej Luny.)
 
Detektyw:

poskarżył się Priest, jednocześnie obdarzając „miło mi, ale nie zbliżaj się do mnie” grymasem kolejnego przechodnia.

 

Zawsze nosiła w torbie całe opakowanie wysterylizowanych kawałków materiału, na wypadek, gdyby jej towarzysz poczuł nagłą potrzebę oczyszczenia się z nieczystości dnia codziennego.

To jest naprawdę najlepsza postać. Charakterystyczny, wywołujący uśmiech na twarzy i tak cudownie ofermowaty, kiedy nie umie odmówić swojej towarzyszce i blednie na samo wspomnienie śmiercionośnych mikrobów!
 

Ów jegomość także nie pozostawał cichy, wygłaszając mroczne, prorocze hasła w stylu: „Porzućcie wszelką nadzieję!”, „Przyjmijmy mrok, bowiem on jest naszym jedynym wybawieniem!”, „Strzeżcie się wrogowie dziedzica”, „Ciemność tryumfuje!” oraz „Dłuższe życie każdej pralki to Calgon!”

Zwykle nie trawię aż tak łopatologicznego i wyrazistego humoru, ale tutaj nawet to mnie nie razi.
 
Kwintesencja Twilight:

Irytująca cisza przypominała tą, która powstawała za każdym razem, gdy czarodziejka próbowała opowiedzieć jakiś zabawny, przynajmniej w jej mniemaniu, dowcip.

 
No i na koniec Celestia, która w Twoim wykonaniu jest po prostu urocza.

No ale przecież kto mógł przewidzieć, iż wygnanie klaczy na osamotnioną, zupełnie pustą planetę zawieszona w pustce spowoduje trwały uraz jej zdrowia psychicznego? No nikt.

Co do samej Celestii: ostatnia scena trzeciego rozdziału z podnoszeniem Księżyca – (samoobsługa: sam wstaw jakiś przymiotnik wyrażający zachwyt, bo mi się już skończyły).
 
Rozwodzę się tak nad tymi bohaterami, ale według mnie to właśnie oni są najmocniejszym punktem opowiadania i idealnie wpisują się w jego poderpioną konwencję. Cieszę się, że postanowiłeś nie iść w totalny random i dzieło odznacza się fabułą.
 
5. INNE SMACZKI.
Powiem tak – w innej sytuacji pewnie kręciłabym nosem na wielość i często małą subtelność nawiązań do dzieł wszelakich, filmów, fików, reklam i szeroko pojętej popkultury, ale tutaj to naprawdę podkręca specyficzny humor, jakim opowiadanie się odznacza.
 
6. STRONA TECHNICZNA, czyli rzecz, na którą mało kto zwraca uwagę, a ważna jest, no ważna, przyznaj ktoś, że tak.
Pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy zaraz po otwarciu dokumentu: duże wcięcia akapitowe! Jak wspaniale! Miewam problemy z odnalezieniem się w zbyt zbitym tekście po chwilowym odwróceniu wzroku, więc już na wstępie uznałam to za plus.
 
Tekst wygląda schludnie i aż miło się na to patrzy. Widać, że dopieszczenie „Kucyka…” kosztowało Cię sporo wysiłku, a to się chwali. Błędy są, i owszem – na pierwszy rzut oka ich nie widać, bo skryte są pod płaszczykiem ładnie wyglądającego, wygładzonego dokumentu. Nie są to jakieś straszne monstra, chodzi raczej o interpunkcję. No, z przecinkami masz kłopot. Sporo brakowało, dużo było nadprogramowych. W trzecim rozdziale też – pozaznaczałabym Ci więcej, ale na laptopie robi się to wybitnie niewygodnie (touchpad to zło). Co zabawne, zauważyłam, że czasami formy trudniejsze, takie jak zdania wielokrotnie złożone czy też skomplikowane konstrukcje nie sprawiają Ci problemu, natomiast zapominasz o interpunkcji w miejscach prostych, jak np. przed „jeżeli”. Najśmieszniejsze jest to, że w przypadku niektórych błędów dostrzegłam zaskakującą konsekwencję – to akurat dobrze, bo to znaczy, że nie sadzisz byków chaotycznie, a masz jakieś wyobrażenie na temat tego, jak tekst ma wyglądać. Że akurat niepoprawne – nieważne, nauczysz się w drugą stronę i będzie okej.
 
7. WRAŻENIA OGÓLNE.
Świetny, prześmiewczy tekst wykorzystujący motywy, które w każdej innej formie byłyby banalne i nudne. Genialny styl ociekający ironią i trafnymi spostrzeżeniami. Postaci, których teatralna kreacja powala na kolana. Ładne prowadzenie akcji.
 
Cóż mogę powiedzieć? Poprawiłeś mi humor, który dziś zbyt dobry nie był. Czekam na więcej.
 
Pozdrawiam ciepło,
Madeleine
 
PS. Ta Twilight to w końcu księżniczka ze skrzydłami czy jednorożec?
 
  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziękuję serdecznie za wszystkie komentarze, a w szczególności za ten jeden, rozbudowany, autorstwa Madeleine. Zrobiłaś mi nim dzień. :D

Dzięki nim przezwyciężyłem me lenistwo i napisałem kolejną część (po przerwie trwającej w dużym przybliżeniu wieczność).

 

Mam nadzieję, że kogoś to zainteresuje, część IV jest już w pierwszym poście.

 

Ah, i jeszcze co do Twilight, przypuszczam, że to jest jeszcze relikt z czasów, kiedy czarodziejka była tylko jednorożcem. Stare przyzwyczajenie. Uznajmy, iż oba określenia są sobie równoważne, jest ona takim "specjalnym" jednorożcem ze skrzydłami w zestawie.

 

Twilight, the normal pony - never forget

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie czytałem jeszcze, ale po komentarzu Madeleine z pewnością to uczynię, ale chciałem odwołać się do jednej kwestii.

 


perypetie pana detektywa z alergią na POTĘŻNĄ MAGIĘ

 

Przypomina mi się jedna książeczka, którą czytałem z dziką radością - Katarem i Magią :D Genialna, lekko absurdalna komedia fantasy.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Moja reakcja na nowy rozdział „Kucyka…” – YAY!
 
Weszłam w dokument z nastawieniem, że mój dzień stanie się lepszy.
 
Co otrzymaliśmy tym razem? Dalszą część świetnego stylu i prześmiesznych spostrzeżeń, kolejne genialne gagi, tym razem z Celestyną w roli głównej, trochę nawiązań do różnych fajnych rzeczy… Mogę z wielką radością powiedzieć, że trzymasz poziom, a nawet – pod względem technicznym – jest lepiej. Nie no, uwielbiam to opowiadanie. Po pierwszej czy tam drugiej części myślałam jeszcze – no, udało mu się, no, wcelował się, ale teraz już wiem – Ty po prostu masz zajebisty talent.
 
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wyłapała tego, co najlepsze, a co mnie kompletnie rozwaliło:
 

Tej nocy Celestia nie spała dobrze, co było dość dziwne, zważywszy na fakt, iż po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiała martwić się, że siostra przyłapie ją na jej najbardziej intymnych i nieprzyzwoitych snach, podczas których zajmowała się (miażdżąc zupełnie  opozycję) wprowadzaniem totalitaryzmu, rządów całkowicie autokratycznych oraz gospodarki centralnie planowanej do Equestrii.

 
Uwielbiam Twoją Celestię. Kocham ją.
 

W to akurat Celestia nie wątpiła. Poza tym, miała w zanadrzu dla zamkowej sprzątaczki nową, niezwykłej wagi misję - księżniczka nie miała serca zebrać i wyrzucić tych wszystkich, rozsianych po podłodze łakoci.

 
Dzieci, powyżej mamy przykład, jak poprawnie należy karykaturować postać. Patrzcie i uczcie się.
 
Nie mogę przestać się szczerzyć w momentach, kiedy w zamierzeniu poważną scenę (np. podniosłe rozmyślania członka bractwa, trudna rozmowa Celestii z chorą Luną) przerywasz wstawkami, które w przepiękny i efektowny sposób rozwalają atmosferę, dając czytelnikowi do zrozumienia, że jednak nie dasz jego przeponie odpoczynku. Prastare przynajmniej od dwóch-trzech lat słowa, Luna zwinięta niczym burrito czy „cholerny kleik” – może niektórych to zirytuje, ale dla mnie jest świetne, zabawne i w ogóle podoba mi się bardzo, bardzo.
 
Tak strasznie ubolewam, że nie było detektywa! Chcę go! Chcę go, słyszysz? Gdzie on jest? Dalej się leczy po tych lodach?
 
Pozostaje mi tylko w dobrym humorze czekać na prorokowany przez Discorda koniec świata.
 
Nawiązując do początku: mój dzień stał się lepszy. Dziękuję.
Madeleine
  • Upvote 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

Aż się rozkaszlałem ze szczęścia.

 

Aż dziw, że od strony technicznej jest lepiej. Ileż to ja się natrudziłem, aby doprowadzić ten tekst do porządku, po tym, jak Word zwariował po wstawieniu do niego trzech kropek jako rozdzielenia akapitów. Nigdy więcej...

 

Pan Priest zawita z całą pewnością (ku zgrozie wszystkich zbrodniarzy i postaci o niecnych zamiarach) do kolejnego rozdziału.

Edited by Nicz

Share this post


Link to post
Share on other sites


Aż się rozkaszlałem ze szczęścia.

Muszę mniej chwalić, bo Ci się jeszcze, biedactwo, na zdrowiu odbije, a przecież tego nie chcemy!

 


Pan Priest zawita z całą pewnością

Madzie się cieszą ^^

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hmm, więc tak...

 

Początek jakoś tak średnio mi przypadł do gustu. Jakoś tak wydawał mi się nieco... wymuszony ten humor, ale im bardziej zagłębiałem się w tekst, tym bardziej zalewał mnie pratchettowski klimat, co bardzo wręcz uwielbiam. A potem znowu klimat się jakby zagubił w tym wszystkim. Nie wiem, ale jakoś gorzej mi było przebrnąć przez rozdział z Twalot i księżniczkami. Jakoś taki... przyciężki był i aż mnie zmęczył :P Zdecydowanie potrzeba opowiadaniu więcej detektywa niż mhroku.

 

I tak, na pewno nikt nie zauważy różnicy, Celestio, na pewno...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z mrocznych otchłani internetu wyłania się Cthulhu nowy rozdział Kucyka, zabawki i mydła w płynie.

Tradycyjnie, dziękuję za wszelkie wcześniejsze komentarze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak jak napisała już Madeleine: w tym fanfiku wszystko ze sobą gra. Trzy części składowe - szalony styl, w jakim prowadzisz narrację, pełen dygresji i dowcipów, którymi strzelasz z szybkością karabinu maszynowego, a do tego przerysowane i poderpione w cudowny sposób postaci oraz obłędna wprost ilość nawiązań do wszystkiego, co istnieje - składają się na wielką przyjemność z czytania.

Dodajmy też, że żadna z tych części nie byłaby kompletna bez dwóch pozostałych.

Oby tak dalej, bo lektura tego dzieła to kupa śmiechu i chciałbym, żeby tak pozostało.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Kolejny rozdział „Kucyka…”! Madzia się cieszy!
 
Madzia dostrzegła, że dwa pierwsze słowa brzmią: „Pan Priest” i prawie zadławiła się ze szczęścia.
 
A potem Madzia przeczytała rozdział do końca, pozaznaczała skrzętnie ulubione fragmenty, napisała komentarz i zaczęła się zastanawiać, dlaczego, u diabła, mówi o sobie w trzeciej osobie. (O, rym! Madzia umie w rymy!)
 
Wracając do rozdziału: dość niewiele się działo jak na to opowiadanie. Ot, pan Priest dostał swoje wyczekane pięć minut, a na końcu otrzymaliśmy jeszcze malutki epizodzik z Twilight i Spikiem.
 
Detektyw cudowny jak zawsze – nic nie stracił ze swojej fajtłapowatości, mazgajowatości, dupowatości, fanatyczności i wszelkich innych ości, którymi się licznie odznacza. Najbardziej podobało mi się chyba, jak prosił Bell, by poszła z nim po raz drugi na miejsce „zbrodni”. On jest tak kochany jako ostatnia oferma i osoba z obsesją na punkcie czystości, że aż mam go ochotę przytulić. (A następnie wrzucić do błota. Taki przyjacielski gest w ramach walki z nerwicą.)
 
W części z Twi udało ci się fajnie oddać zmianę jej charakteru. Wiadomo, że szalona Twiilight to dobra Twilight… i przy okazji kanoniczna. O ile sam jej „genialny” pomysł na „nekromancję książkami” (swoją drogą, Twi jest chyba jedyną osobą, która wie, o co w tym chodzi) wydał mi się nieco przesadzony nawet jak na nią, o tyle już ostatni fragment, w którym bariera ochronna pryska jak bańka mydlana to po prostu coś pięknego.
 
Przyznam, że ten rozdział – o dziwo – czytało mi się gorzej niż poprzednie. Piszę „o dziwo”, bo przecież dostałam zdrową dawkę detektywa, którego kocham miłością platoniczna i czystą (na brudną by się nie zgodził). Po prostu miałam wrażenie, że za wszelką cenę starasz się szafować swoim genialnym, prześmiewczym stylem, wciskać go wszędzie i w ogromnych ilościach i generalnie chcesz, by było superśmiesznie, podczas gdy normalnie śmiesznie wystarczyłoby w zupełności.
 
Dajmy na to, pewna klacz, zupełnie nie wyróżniająca się niczym spośród całej masy innych, zupełnie oryginalnych i całkowicie unikatowych postaci, usłyszawszy co nieco o tajemniczych promocjach w lokalnym sklepie odzieżowym, który, o dziwo, mimo nie największej populacji wioski prosperował całkiem dobrze, postanowiła czym prędzej wykorzystać okazję i, tak na wszelki wypadek, gdyby faktycznie niebo spadło na jej głowę, uzbroić czerep w piękny, przeceniony żelazny hełm z pierwszego kopyta.
Nieszczęśliwy traf chciał jednak, iż rzeczywistość, niczym człowiek po wypiciu pewnej ilości napoju powstającego w wyniku fermentacji, poczuła nieodpartą chęć, by pozbyć się ze swego całokształtu zalegających wewnątrz gazowych skutków ubocznych konsumpcji, które to skumulowały się w niej w efekcie zaburzeń w układzie pokarmowym wszechświata.
Czyniąc zadość swojej potrzebie, zdezintegrowała z cichym pyknięciem niedoszłą łowczynię promocji. Przyniosło to jej tymczasową, spodziewaną ulgę.
Podtrzymujący drzwi do sklepu ogier zamrugał kilka razy oczyma, a następnie, tracąc przyjazny wyraz twarzy i zastępując go ponurym marsem, wyjął swój malutki notesik i postawił w nim kolejną kreskę. W takiej małej, nic nie znaczącej mieścinie działo się zadziwiająco dużo niepokojących rzeczy. Ich częstotliwość była na tyle spora, iż ów osobnik już dawno (od wizyty Małej Niedźwiedzicy, która, jako gwiazdozbiór, powinna siedzieć na nocnym niebie, a nie na ruinach zburzonych przez siebie domków) uodpornił się na zakusy wszelkich, żądnych dramatyzmu i akcji, scenarzystów oraz niedzielnych pisarzy. Skrzętne notował wszelkie irracjonalne wybryki w sobie tylko znanym celu.
 
Mniej więcej o tym mówię.
 
Pisanie kolejnych rozdziałów dopiero po opublikowaniu poprzednich i przejrzeniu komentarzy ma tę zasadniczą wadę, że czasem autor stara się na siłę zadowolić czytelników, wpychając do fabuły w hurtowych ilościach elementy, które przypadły im do gustu najbardziej. Mam nadzieję, że ciebie ta choroba nie dotknie.
 
A teraz to, co w komentarzach pod „Kucykiem…” lubię najbardziej: cytaciki!
 

Z racji jednak tego, iż podróże pomiędzy wymiarami były dość utrudnione (przynajmniej w jedną stronę, przerażające abominacje, o dziwo, nie miały żadnego problemu z pojawianiem się w Equestrii) (...)

 
To zdanie staje się trzy razy zabawniejsze po przeczytaniu „Złodziei jabłek” Hoffmana (swoją droga, polecam).
 

I rzeczywiście, przybyła, zaopatrzona w: dwa szczęśliwe amulety z rzekomo pradawnych czasów sprzed wynalezienia odrdzewiacza do metali, szczęśliwą podkowę, gwizdek przywołujący dobre duchy (oraz kaczki z okolicznych zbiorników wodnych), gustowny kapelusz z kwiatkiem („bo w przecenie był”) oraz magiczny tonik zwiększający ogólną szczęśliwość oraz libido.

 

Przecena przyjacielem każdej prawdziwej kobiety ^^. A ten magiczny tonik to pewnie podpierdzielony Potterowi Felix Felicis :P.

 

Meadows, chociaż niegdyś żonaty, nie uświadczył wątpliwego, przynajmniej w jego mniemaniu, błogosławieństwa, jakim były dzieci. Może dlatego też nigdy nie odkrył prawdziwej radości, jaka płynęła z posiadania własnego, kochającego cię szczerze, miłością prawdziwą, pasożyta.

 
Jako urodzony cynik pozbawiony skrupułów i instynktu macierzyńskiego wprost uwielbiam bohaterów, którzy mają takie podejście do dzieci. Ubóstwiam.
 

Dostrzegając faux pass, które popełnił, urywając niezwykle ważną wypowiedź niezwykle ważnemu stworzeniu, jakim była kobieta (…)

 

Dobrze gada, polać mu! :cydr:

 
Asystentka obeszła leżącego jegomościa. Stanąwszy obok detektywa, odczytała nabazgrane niechlujnym pismem na kawałku drewna słowa:
„Jeżeli czytasz ten tekst, oznacza to, iż zapewne leżę jak świnia schlany do nieprzytomności w jakiś krzakach, rowie albo innym równie nastrojowym miejscu. Uczciwego znalazcę proszę o odniesienie mnie do domu, pod adres Schludna 12, niewielki domek z przebarwionymi drzwiami i zadymionymi szybami. Łatwo poznać. Dziękuję.”
 
Moja pierwsza myśl: „K…, genialne!”.
Moja druga myśl, gdy emocje opadły i nieco otrzeźwiałam: „K…, genialne!”.
 

Pan Priest w międzyczasie, jak przystało na prawdziwego gentlecolta, kibicował upartej klaczy, od czasu do czasu dając jej przydatne wskazówki na temat kierunku wspinaczki oraz ostrzegając przed potencjalnymi źródłami zabrudzenia, które Bell z wyraźną premedytacją ignorowała.

 

A Danuta Rinn śpiewała: „Gdzie ci mężczyźni…”. Jak to gdzie? W Equestrii. A dokładniej w Ponyville. A jeszcze dokładniej w dziurze po bibliotece. I konkretnie jeden.

Priest – prawdziwy mężczyzna <rozpływa się z zachwytu>.
 
Na razie tyle. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział z Priestem w roli głównej po prostu kolejny rozdział.
 
Pozdrawiam,
Madeleine

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pisanie kolejnych rozdziałów dopiero po opublikowaniu poprzednich i przejrzeniu komentarzy ma tę zasadniczą wadę, że czasem autor stara się na siłę zadowolić czytelników, wpychając do fabuły w hurtowych ilościach elementy, które przypadły im do gustu najbardziej. Mam nadzieję, że ciebie ta choroba nie dotknie.

Prawda, prawda, coś w tym jest. Z drugiej strony, ma taką zaletę, że autor od razu wie co jest nie tak, wie już gdzie popełnił błąd, czego ma unikać. Miejmy nadzieję, że się czegoś z tego nauczył.

 

To tyle, jeśli chodzi o odpowiedzi, a teraz gwóźdź posta, czyli kolejna aktualizacja!

Tym razem, wydaje mi się, mniej śmiesznie, ale za to ten rozdział jest jednym, wielkim nawiązaniem do hmm pewnej postaci z dość znanej i ubóstwianej przeze mnie książki (której to obrzydzić nie udało się nawet moim polonistom, którzy wałkowali to jako lekturę w liceum).

 

Nie ma niestety Twilight, nie bić...

 

A, no i dodałem wreszcie do posta prereaderów, w końcu zasługują na te parę literek.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I rozdział szósty wylądował!

 

Zapoznałam się, pośmiałam się, a na koniec zachwyciłam, też się.

 

Bardzo mi się podobało. Wydaje mi się, że wszystkie te nie do końca fajne rzeczy, o których pisałam w poprzednim komentarzu, wyparowały jak kamfora i teraz znowu mamy piękny, ironiczny, ale już nieprzesadzony styl Niczowy. Lubię to!

 

W pamięć zapadł mi opis domku Pana Menela.

 

Tynk wcale nie pysznił się swoją białością, ba nawet on, zniesmaczony stanem budynku, podjął kiedyś decyzję, aby bardzo powoli, acz systematycznie, opuszczać ściany owego domostwa.

 

Urocze ^^.

 

W ogóle ten rozdział był uroczy i słodki. Pan Menel, który okazał się sfrustrowanym matematykiem, któremu znowu w życiu nic nie wyszło i każdą okazję przeznaczał na radosne schliwanie się do nieprzytomności, jest postacią tak cudowną, że nie mogę przestać się szczerzyć na jego wspomnienie. Domyślam się, że to bohater epizodyczny, ale wiedz, że będę za nim tęsknić. Za nim, jego zapijaczoną mordą, niemytą fizjonomią i licznymi bólami egzystencjalnymi.

 

– Hemmm… No więc… Tej nocy, której wyrzucili mnie z meliny… siedziby, znaczy się, Matematyków

 

Nic mi się tak nie kojarzy z matematykiem jak melina... Pewnie dlatego, że mam brata matematyka i coś wiem o ich zwyczajach godowo-lęgowo-żywieniowych :crazytwi:.

 

Swoją drogą - trochę to dziwne, ale myśl, iż kucyk ten będzie na bank jakimś doktorem, profesorem albo chociaż wykształconym naukowcem pojawiła się w mojej głowie już przy kwestii "Aleeeeee osooo chooodzi?". Ależ ja jestem domyślna :lol:.

 

Zauważyłam, że ulica zmieniła swoją tożsamość - raz Schludna, a raz Czysta. Nie pamiętam już jej nazwy z poprzedniego rozdziału, więc popraw sobie sam :D.

 

– Z naszej strony – klacz uprzejmie przerwała nieco ociężałą wypowiedź nieznajomego, wskazując na, praktykującego obecnie magię znikania za pomocą pozornego nieruszania się z miejsca, Priesta.

 
Też czasem próbuję wykonać tę sztuczkę, ale jeszcze nigdy nie wyszedł mi zwrot, że o prestiżu nie wspomnę.
 

– Oh – Priest uprzejmie pokiwał głową ze zrozumieniem. W międzyczasie jego kopyto zaczynało wyczyniać coraz dziksze harce, uspokoiwszy się dopiero wtedy, gdy skrzętnie wytarło się o bok niezadowolonej z tego faktu Bell.

 
BOGOWIE ON JEST TAK UROCZY ŻE SIĘ ZARAZ ROZPŁYNĘ (ale gdyby o mnie się obtarł, do domu wracałby z zębami w woreczku).
 

W międzyczasie nieco zdziwiony gospodarz (on najwyraźniej też dopiero teraz zdał sobie sprawę, iż jego gość postanowił właśnie posprzątać mu mieszkanie)

 
Chłopie, ty się nie dziw, tylko podstaw mu pod nos stos szmat, trzy pięciolitrowe baniaki Cifa, jakieś mopy i zamknij go w mieszkaniu samego na sześć godzin, zanim się rozmyśli!
 

„Jesteś wporzo?” – Nie, głupie tylko młodzi tak gadają. „Miałem sen, piękny sen, a w tym śnie…” – zaraz, to chyba nie ta okazja. „Cokolwiek robisz… rób to nadal” – nie, przecież nie mogę mu życzyć, by więcej pił… „Niech moc będzie z tobą?” – Też nie, czarodzieja i tak już z niego nie będzie. Niech to dunder świśnie, jak się pociesza?

 
Priest podsumowany jednym zdaniem ^^.
 
A na koniec rozdziału mamy dar, jakim jest złote runo... znaczy, mydło w płynie oraz TROP w liczbie jeden, ale za to o sporej wadze.
 
Czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały.
 
Madeleine

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po długiej przerwie, po 65,3 podejścia oraz 36 paczkach czipsów, ukończony został kolejny rozdział.

Hip Hip Hop Hurra.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Utraciłam cząstkę siebie

Lubię bazalt

 

Ledwo weszłam w dokument, już zaczęłam się śmiać jak kretynka ^^.

 

Tak, wiem, że ten rozdział wisi tutaj już od wieczności… I że to z mojej strony nieładnie, że komentuję dopiero teraz… Em, przepraszam?

 

W każdym razie: rozdział przeczytałam z przyjemnością (jak zawsze albo prawie zawsze, jeden był chyba taki, co mi się gorzej czytało, ale nie wracajmy do tego), pośmiałam się, a końcówka mnie mocno zaintrygowała. Ale po kolei: nie było, co prawda, mojego ulubionego wątku z detektywem, ale nieważne, dostałam dwa inne, które okazały się niezwykle interesujące.

 

Na początek o podziale w magicznym świecie naukowym. Nie powiem, naprawdę ciekawa sprawa – z jednej strony stateczni czarodzieje z Kongregatu, prawdziwi profesorowe, oblatani w teorii, z drugiej – nieposkromieni i szaleni naukowcy, co to każdy czar potrafią doprowadzić do wybuchu, czyli Machinatorzy-obłąkani praktycy. Nie muszę mówić, którzy zdecydowanie bardziej przypadli mi do gustu? ^^ Z pewnością podobał mi się (jak zawsze) humor, z którym opisałeś obie grupy. W ogóle lubię twój humor, nie jest zbyt nachalny i widać, że pisanie tego sprawia ci przyjemność.

 

Wiodłoby się im całkiem nieźle gdyby nie częste utraty klientów wskutek eksplodujących katarynek, biegających z nożami laleczek czy żrących maści na grzybicę.

 

Tak, właśnie dlatego ich tak uwielbiam ^^. Naprawdę urocze, naprawdę, hm, życiowe, o ile można to tak nazwać :D. Wszak nie można stwierdzić, że coś nie działa tylko dlatego że wybuchło… Właśnie podziałało idealnie, tylko nie tak, jak naukowiec by sobie życzył ^^.

 

Celestia zawsze tłumaczyła swej siostrze, iż nie ważne jak mądrze i sprawiedliwie by władała, nigdy nie uzyskałaby takiego posłuchu, gdyby nie jej oszałamiająca uroda. Wnętrze też oczywiście było ważne, ale bez pięknego zewnątrz rzadko kto chciał zaglądać do środka.

 

Lubię też, jak przemycasz takie wstawki do twojego opowiadania. To jest przyjemne, lekkie, humorystyczne, ale, kurde, głębokie i prawdziwe, niestety, ach, jak prawdziwe.

 

śladowych ilości orzeszków archiwowych

 

Taki tam śmieszny błąd. Arachidowych.

 

A teraz to, co mi się podobało naj-najbardziej, czyli… wątek Twilight.

 

Do tej pory było tego dość mało i nie porwało mnie tak jak inne wątki w danym rozdziale… Tym razem Twi i Spike wiedli prym. Od drugiej części tekstu nie mogłam się oderwać – te opisy z punktu widzenia Twilight są fenomenalne. Wiadomo, że chodziło ci o efekt, że nasza ulubiona Panna Jednorożek kompletnie zbzikowała… i wyszło przednio. Przed-nio.

 

No i wreszcie to, co mnie zaciekawiło, zaintrygowało i trzymało do ostatniego wyrazu w napięciu – TAJEMNICA. Istota z wymiaru, do którego nikt nie trafia żywy (poza popieprzoną, nieradzącą sobie z magią uczennicą Celestii i jej podnóżkiem, tfu, sługą, TFU, pomocnikiem i zasłużonym przyjacielem), jest absolutnie boska i wprowadza do komedii trochę innej barwy. Fajnie, fajnie. Pojawiło się niebezpieczeństwo, że samego Twilota czarne moce przerobią na demona-nie-umiem-wyraźnie-artykułować-ale-jestem-groźny-tak-czy-siak-więc-się-mnie-bój-dla-własnego-dobra… (nie, żeby mi to specjalnie przeszkadzało). Podsumowując: czekam na kolejny rozdział na nowo rozpalona… twórczo, oczywiście!

 

Pozdrawiam serdecznie (przepraszam, że tak długo mi to zajęło),

Madeleine

 

PS

Taaaak, kolejne rozdziały postaram się komentować nieco szybciej niż - o Matko Boska - w półtora miesiąca.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lepiej późno, niż wcale. Nie musisz tak przepraszać, bo jeszcze ktoś pomyśli że ci płacę za czytanie... Poza tym jak zwykle dziękuję za obszerny komentarz.

 

Taki tam śmieszny błąd. Arachidowych.

Morpheus2.jpg

A co, gdybym powiedziałbym ci że to wcale nie jest błąd...

 

Ogółem, to póki co w pisaniu fanfika nastąpił poważny zastój, który prawdopodobnie będzie trwał do świąt (a przynajmniej do rozpoczęcia przerwy świątecznej), gdyż studia i inne szmegesy. Za moją niekompetencję w organizacji czasu przepraszam.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam w nowym roku.

Nie, jeszcze mi się nie znudziło, toteż prezentuję szanownej gawiedzi kolejny rozdział, część, czy co to tam miało wyjść.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I kolejny rozdział za mną (patrz pan, panie Nicz, wyrobiła się i wcale nie zajęło jej to kwartału!).

 

A więc ten tego.

 

Nicz, jak mogłeś poprawić perfidny błąd ortograficzny pt. "kont sali", zanim ja zdążyłam się do tego przypieprzyć, jak mogłeś, jak mogłeś, ty niedobry, niedobry człowieku!

 

No nic, teraz muszę pisać o dobrych rzeczach, grr.

 

Może to też był swego rodzaju hołd dla zmarnowanego talentu Marmalade’a.

A może to po prostu było bardzo dobre mydło.

 

Tak, bo cytat musi być :D.

 

Rozdział podobał mi się, chociaż, nie wiedzieć czemu, z początku jakoś ciężko było mi się wczuć w klimat... Nie wiem, z czego to wynikało. Ale najważniejsze, że potem już na spokojnie doczytałam do końca, po drodze się jak zwykle szczerzyłam do ekranu, bo pan detektyw jest absolutnie boski, jak zawsze.

 

Zaczynając od części pierwszej, dłuższej, czyli dalsze perypetie Priesta i jego uroczej asystentki: jak zwykle dostaliśmy sporą dawkę absurdu (uwielbiam jego niechęć do zarazków. Za każdym razem się śmieję, jak widzę jego starania, by przypadkiem nie dotknąć kogoś "nieczystego"), a poza tym, jak widać, pan detektyw zaczyna myśleć... o czym, nie wiadomo dokładnie, na pewno nie o tym, jak rozwiązać sprawę, dla niego ona jest chyba nierozwiązywalna :D. Spotkanie z Rarity i zakradanie się do siedziby Bractwa Cieni... i pukanie. "O tej porze przyjmują interesantów" - no piękne. Absurdalne i piękne. W ogóle cały ten fragment o tym, kto kiedy wynajmuje lokal... i Rarcia w tym swoim czarnym, obcisłym, nieoddychającym kombinezonie ("Przecież to się człowiek, znaczy, kucyk, poci!"), jak z jakiegoś filmu szpiegowskiego... Obrazek cudowny, randomowy i zabawny, a przy tym nieprzesadzony. Fajnie, fajnie.

 

Hm, czy tylko ja się zastanawiam, o co chodzi z wątkiem Celestii i jej czerwonego słońca? Bo jakoś to się na razie nie klei... I mnie to zastanawia.

 

Wracając do rozdziału - tym razem chyba jednak najbardziej podobała mi się część z Twilight. Rozwiązywanie krzyżówek w towarzystwie Potworów Z Innego Wymiaru Które Chcą Pożreć Twoją Duszę I Nie Tylko I Ogólnie Nie Mają Dobrych Zamiarów? Spoko luz, Spike, mam już dwie litery głównego hasła :D. Czytałam i kręciłam głową, bo to jest oczywiste, proste, a świetne. Lubię twój humor, przemawia do mnie. Nie jest to random aż tak od czapy, żeby nie dało się tego czytać. A Spike... jaki on biedny w tej części, jaki zalękniony... Biedny, zielony kłębek w koszyczku. (Ale mam dziwne wrażenie, że on jako jedyny reaguje STOSOWNIE do sytuacji :lol:.)

 

A więc podsumowując: mamy kilka świetnych przeplatających się wątków, z czego ten z Twi i detektywem są na razie najlepsze (Twi, bo szaleństwo i mroczne moce chcące wyssać duszę - i krzyżówki! - detektyw, bo... to oczywiste, dlaczego). Teraz czekam na rozwinięcie motywu słońca i księżniczek.

 

Pozdrawiam serdecznie, niech ci Wena błogosławi!

Madeleine

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Łał, to był chyba jeden z dziwniejszych fików jaki przeczytałem. Ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Może sama fabuła nie jest najciekawsza i najbardziej odkrywcza, ale sposób jej prowadzenia, narracja, raz bohaterowie sprawiają, że całość czyta się wprost fenomenalnie i co chwila można wybuchać śmiechem. Pozwolę sobie stwierdzić, że to mi przypomina nieco świat dysku (miejscami nawet bardzo, ale to za chwilę), wraz ze wszystkimi zaletami sposobu pisania Pratchetta. 

 

Zacznijmy od fabuły. Ta podzielona jest na kilka wątków toczących się równolegle. Zacznijmy od Twilight i Spike'a. Nasza lawendowa księżniczka oczywiście majstruje przy strukturze wszechświata i oczywiście zostaje wessana (razem z całą biblioteką) do jakiejś przestrzeni międzywymiarowej, gdzie rosną dziwne kraczki, a do jest Ciemność. Czemu z dużej litery? Bo to żywa Ciemność, składajaca się z jakiegoś, rozumnego bytu i dusz wszystkich ofiar religijnych.(jeśli dobre zrozumiałem). Wspaniały pomysł. Troszkę może się kojarzyć z Przyzywającą Ciemnością (tak, Świat Dysku), ale działa na zupełnie innych zasadach. I z pewnością ma coś wspólnego z koszmarem, któy ogarnął Lunę, choć dosłownie tego nie powiedziano. Oczywiście ta Ciemność, chce przeniknąć do Equestrii. 

Równolegle obserwujemy perypetię detektywa który usiłuje wyjaśnić powód zniknięcia biblioteki, jednocześnie walcząc ze swymi problemami, jak nerwica natręctw, pedantyzm czy niechęć do wsi (nie tylko kucowsi). Pomaga mu w tym urocza i przepełniona pokładami dobroci asystenka. 

Trzecim wątkiem jaki się rozwijał był wątek księżniczek. Z powodu niedyspozycji, Luna prosi Celestię by ta wzniosła księżyc, co kończy się pojawieniem na niebie czerwonej planety (nieznanej nazwy i pochodzenia), która nie chce się dać opuścić. No i Celestia musi to odkręcać, choć nie bardzo jej idzie. Spotyka się w tej sprawie nawet z Machinatorami, czyli PODgildią gildii magów. Tu powiem, ze relacje między gildią magów i PODgildią Machinatorów, a nawet sama struktura i działanie gildii magów przywodzą na myśl gildię magów ze świata dysku (i jej stosunek do wydziału Niewskazanych Zastosowań Magii, który stworzył chociażby komputer oparty na mrówkach). Ta frakcja (i podfrakcja) zostały cudownie przeniesone, ze wszystkimi przywarami i pewnymi modyfikacjami. Jet tu nawet małe odniesienie do gildii alchemików. Tak czy inaczej, Machinatorzy i gildia magów, sami w sobie byliby dobrym materiałem na osobny fik. Nawet mimo tgo, że autor poświecił im tylko dwa, albo trzy fragmenty. 

No i na sam koniec mamy magiczne bractwo cienia, spotyajace się w wynajmowanym budynku, które strasznie przypomina bractwo ze Straż! Straż! Pratchetta. Z tym, że oni czekają na przybycie Smooze'a, niszczyciela światów (czy jakoś tak). Oczywiście sam kult jest zbudowany na wymysłach mistrza, ale splot nadchodzących wydarzeń uświadamia mu, ze może jednak cos w tym jest? Albo, że warto na tym skorzystać. i tu nie można nie wspomnieć o bracie Dymku. Świetna postać. Wprawdzie pojawia się tylko kilka razy i na krótko, ale jest naprawdę fanie zrealizowany.

 

Z resztą, w tym fanfiku nie ma złych postaci. Nieco szalona i zapatrzona w książki Twilight jest wspaniale napisana. Przypomina klacz, którą była w pierwszych sezonach, tylko taką bardziej. Jak po kawie. Do pary mamy też Spike'a, który jest sobą , robi swoje i przy okazji, nie jest idiotą. Bardzo fajne połączenie.

Poza Twilight popadającą nieco w szaleństwo, mamy też detektywa Priesta i jego asystentkę Bell (swoją drogą, koro to Belladonna, to chyba powinno być Bella). Ogier to chyba najlepiej napisana postać w fiku. Jego strach przed brudem i niechęć do miasta i zapoznawania innych kuców jest wprost cudowna i na każdym kroku ma świetne przemyślenia. Świetnie to obrazuje scena w domu chemika, mistrza spirytualiów, kiedy to detektyw zaczyna zwyczajnie sprzątać dom obcego ogiera (którego z obrzydzeniem przytargał na własnym grzbiecie), kompletnie nie interesując się tym, że gospodarz rozmawia z jego przyjaciółką tuż obok. A radośc detektywa gdy dostał mydło... Z drugiej strony jest wiecznie radosna i skora do pomocy Bell. Chyba tylko olbrzymie pokłady wewnętrznego spokoju pozwalają jej wytrzymać z Priestem i nie zwariować. Ma tez ciekawe poczucie humoru. Widac to chcociażby po spotkaniu z krzewicielem wiary, kiedy to Bell żartuje sobie, że powinna odstawić keczup. 

No i oczywiście nie można zapomnieć o księżniczkach. Zarówno Luna, jak i Celestia mają charaktery bardziej fandomowe niż serialowe. Ta pierwsza jest raczej typowym, a nawet stereotypowym graczem, który raguje na kwestię zabrania gier, niczym Gollum na światło. Poza tym, ma drugie, ciekawe hobby, czyli stalkowanie kuczych (i nie tylko) snów. Z kolei Celestia jest z jednej strony niekompetentna (wstawiając byle planetę na niebo, zamiast księżyca), ale z drugiej strony zdaje się być groźna i logicznie myśląca (scena w Machinatorium)Czyli to kolejny, niedopasowany do siebie duet, który wspaniale się uzupełnia i daje trochę humoru. 

 

No właśnie humor. W zasadzie każdy akapit zawiera jakąś złośliwość, czy celną obserwację rzeczywistości. Jest też bardzo dużo żartów popkulturowych.

Spoiler

Niestety część żarów popkulturowych się strasznie zestarzała. Jak chociażby lord Somersby, który wymyślił taniec. Niestety nawiązanie do niezbyt ciekawej (moim zdaniem) reklamy nie pozostaje długo w pamięci. 

 Autor z pewnością czytał świat dysku, gdyż widać tu dość podobny moim zdaniem styl narracji i pomysły (o czym już z resztą wspomniałem), lecz wszystko jest odrobinę podkręcone. Czy to dobrze? Jak dla mnie tu się to sprawdza. Potrafiłem się śmiać podczas lektury. Może nie za długo, ale z pewnością często. Sporo jest tez humoru nieco absurdalnego. Zwłaszcza w narracji, gdzie cudownie buduje klimat nieco szalonego świata, albo jakąś postać. 

Cytat

Z jakiegoś powodu władze owego miasta zawsze wysyłały na emigrację osobników posiadających pewne wspólne cechy wyglądu i zachowania, co kończyło się powstaniem wizji typowego – pijącego wódkę zamiast porannej herbaty i ujeżdżającego niedźwiedzie w czasie wolnym – Stalliongardczyka.
 

 

Cytat

Brak Dymek radził mu także, by, dla dopełnienia efektu, sprawił sobie jakiegoś ciemno ubarwionego zwierzaka, najlepiej kota, którego mógłby powoli, z wyrafinowaną gracją głaskać, jednak Broomsweep uznał, iż byłaby to już przesada. Zresztą, w miejscowym schronisku dla zwierząt z tych wolniejszych były tylko żółwie. Ogier wątpił, czy Wielkiemu Mistrzowi Bractwa Cienia wypadało posiadać żółwia.

To i wiele więcej napisane jest z niezwykłym polotem. 

 

Podsumowując, to z pewnością nie jest dzieło, które spodoba się każdemu. Jest na swój sposób specyficzne (jak świat dysku, czy przygody dobrego wojaka szwejka), ale z pewnością wart jest polecenia wszystkim miłośnikom tych dwóch, oraz nieco absurdalnego i złośliwego humoru. Szkoda tylko, że dzieło umarło.

 

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...