Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

Arena II - Zegarmistrz vs Rex *Monster* Crusader [zakończony]

Arena II  

17 members have voted

  1. 1. Kto został TWOIM zwycięzcą i zasłużył na awans do drugiej rundy?

    • Zegarmistrz
      13
    • Rex *Monster* Crusader
      4


Recommended Posts

Pierwsza runda turnieju odbywała się na podstawowej arenie. Organizatorzy najpewniej nie chcieli nikomu dawać lepszych kart na początek. Sama zaś arena była prosta. Wysoki kamienny mur otaczał długi na kilkadziesiąt metrów plac pokryty ubitą od licznych walk ziemią. Arena nie miała dachu, więc prócz naturalnego, dodano też magiczne oświetlenie, by walka była doskonale widoczna dla widzów. Ci zaś oddzieleni byli, jak zawsze, silnym polem antymagicznym od toczących się starć.

 

 

tirek_vs_twilight_dcencia_request_by_rix

 

 

Czy jest pośród nas ktoś, kto nie zna Zegarmistrza? Weterana poprzedniego Turnieju oraz częstego bywalca w Salach Magicznych Pojedynków? Wojownika słynącego z nowatorskich zaklęć i wielkiej mocy? Jeśli owszem, to… Odsyłam do archiwów ;P

 

Przyjrzyjmy się śmiałkowi, który dowodząc swej wielkiej odwagi, zdecydował się stanąć w szranki z Zegarmistrzem. Oto Rex *Monster* Crusader, wielbiciel każdej formy Inkwizycji, gracz między innymi „The Elders Scrolls”, wierny czytelnik „Pana Lodowego Ogrodu”, fan Sabatonu, Acid Drinkers, Nero… I nie tylko!

 

Zapowiada się interesujący pojedynek! Myślę, że przewidywania odnośnie rozstrzygnięcia tegoż starcia u wielu osób są bardzo podobne, aczkolwiek wierzę, że czeka nas niejedno zaskoczenie! Przekonajmy się, czyja moc otworzy drogę ku drugiej rundzie! Powodzenia!

Edited by Hoffman
  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rex wszedł na arenę. Od pierwszego ujrzenia go widać było kim jest. Pomimo czarnego płaszcza założonego na skórzany pancerz widać było rękawice i buty rycerskie, i o ile rękawice pasowały do płaszcza, to buty były nie z tego kompletu. Wojownik na plecach miał miecz długi i tarczę z jego herbem, wilkiem. Na głowie Rex miał kaptur i maskę, która była pokryta srebrem i wieloma rysami. Za wojownikiem podążała mgła, przez co nie widać było jego cienia. Gdy Rex doszedł do wybranego przez siebie miejsca na arenie zdjął z pleców miecz i wbił go w ziemię, a do tego wykrzyczał.

-Ciemność nadchodzi ze mną!- po czym ukłonił się i rzekł w pustkę przed sobą- Zaczynaj! Pierwszy ruch jest twój!- tak na prawdę Rex sam zaczął plugawić ziemię pod sobą od kiedy wszedł na arenę. Plugawa ziemia zawsze dodawała mu sił. Wojownik ustawił się w pozycji obronnej i przygotował się na odparcie ewentualnego ciosu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kolejna walka, kolejny pojedynek. Przystawka jaką mu zaserwował Advilion była kamieniem milowym w jego przygotowaniach do wielkiego wydarzenia jakim był Magiczny Turniej. Dla niejednego maga będzie on pełen wiedzy i nauki, którą warto wynieść jako cenne doświadczenia. Dla nielicznych będzie on życiowym zdarzeniem pozwalającym przeskoczyć ich własne limity.

Widział jak jego przeciwnik mija szatnie w której siedział. Mógł spokojnie przyjrzeć się nie tylko jemu, ale też mgle którą zostawiał za sobą a która plugawiła przestrzeń niczym oddech sławetnych Rycerzy Śmierci. Zegarmistrz bez zastanawianie wsadził dłonie w ową splugawioną sferę. Poczuł przez chwilę ból, który musiał świadczyć o tym jak, powiedzmy, żrąca była strefa z której szybko wycofał kończynę. Tak, ten przeciwnik będzie nie tylko ciężki ale i podstępny. Zaś jego splugawienie zdecydowanie pozbawiało godności to wspaniałe miejsce. I na nieszczęście swego przeciwnika, Zegarmistrz miał do dyspozycji siłę odrobinkę silniejszą aniżeli plugastwo - korupcję.

Te dwie siły od zawsze były mylone. Ludzie zapomnieli wszak, iż plugawienie to pozbawienie czegoś godności, tak by utraciło bezpowrotnie cel swego istnienia. korupcja zaś, wbrew pozorom miała bardziej użyteczne możliwości. Bowiem jej zadaniem było przekupienie czegoś, by cel swego istnienia wspomagał korumpującemu. I to zamierzał wykorzystać Zegarmistrz, rozpoczynając walkę jeszcze na terenie szatni poza areną.

Kiedy wyszedł w końcu na arenę, ukazał się w pełnej okazałości. Tym razem wybrał trochę bardziej otwarty ubiór. Czarne spodnie, ponacinane w wielu miejscach, koszulę bez rękawów ukazującą pokryte runami ramiona, zrezygnował też z maski, skoro jego przeciwnik chciał się pod takową kryć. Niedogolony lecz uśmiechnięty. Długie włosy zawiązane w kitę, szrama na policzku dodawała mu odrobinkę awanturniczego uroku. Dłonie ukrył pod rękawicami ozdobionymi kilkoma czarnymi kryształami, identycznymi jak te na jego pasku u spodni.

- Słyszałem twoje wezwanie i otom jestem. Plugawicielu tegoż wspaniałego miejsca. Świadom bądź, wszak użyję wszystkiego co mam, by walkę tą wygrać.

Co mówiąc tupnął z całej siły w ziemię skupiając na sobie magię wewnątrz niego tak, by przelała się na podłożę rysując na nim szeroki na półtorej metra krąg. Nieliczni z widzów, którzy obeznani byli z jego pojedynkami mogli rozpoznać coś, co jednego z jego przeciwników doprowadziło prawie że do szewskiej pasji.

U jego stóp bowiem widniał Krąg Magii Pierwotnej. Magii w której był biegły, ba, mógłby się nazywać mistrzem gdyby zechciał. Lecz nie na frazesy miał marnować Czas a na walkę. Przygotował jeszcze większe pokłady energii, jak w walce gdy przyzwał Alastora. Lecz tym razem energia miała zgoła inny cel. Pozwołi jej przepłynąć przez ramiona po czym uderzył pięścią w podłożę.

- Ren sun, do! - ukierunkowanie, wola którą może zrozumieć magia. I w miejscu uderzonym popękała ziemia, a z pomiędzy rozszerzającej się teraz dziury wyszła istota z jasnego kryształu.
- Oto mój konstrukt - rzekł całując powstałą istotę w usta i w ten sposób oddając jej resztę skumulowanego czaru. Błękitne żyły energii poprzecinały całego konstrukta, wypływając od kryształowego, teraz lśniącego błękitem, serca, aż po kryształowe dłonie i stopy. Sam zaś konstrukt przybrał figurę bardziej niewieścią, upodobniając się do licznych wojowniczek jakie Zegarmistrz miał okazję widywać w licznych wędrówkach.

- Twoja kolej, Plugawicielu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rex zaśmiał się słysząc słowa przeciwnika i ukłonił się ponownie, lecz tym razem szybko i niedbale.

-Plugawiciel to dobre określenie, szlachetny przeciwniku.- Rex rozprostował ręce i rzucił dwa proste zaklęcia- Lupus! Duplicate!-Gdy Wojownik dokończył zaklęcie pojawiły się przed nim trzy wilki, a on zwrócił się do nich- Brać konstrukt!

Po tych słowach Rex westchnął i zrobił kilka kroków w przód, wyciągając uprzednio miecz z ziemi. Gdy zrobił pięć kroków zatrzymał się i rzekł do swego przeciwnika.

-Witaj, słyszałem o tobie, powiem więcej, byłem na twoim pojedynku z Advilionem. Ja znam twoje umiejętności, ty za to nie znasz moich.- Wojownik wykonał niedbały ruch mieczem- Zrekompensuję Ci to. Zauważyłeś już zapewne plugawienie ziemi, więc zakładam, że wiesz jak zwalczyć moje zaklęcie. Niestety nie uda Ci się to, wiem jak Advilion pokonał twój czar, który tak lubujesz.- Rex przerwał swoją wypowiedź, aby rzucić kolejne zaklęcie.- Firarra!- I strumień ognia poleciał w kierunku konstruktu przeciwnika.- Twój ruch.- powiedział Wojownik nadal trzymając miecz w ręku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- HAHAHAHA - oh tak bardzo był szczery kiedy twierdził że zna jego umiejętności. Gorzej, twierdząc to zamiast skupić się na nim, skupił się na Zarze. I przyjdzie mu drogo za to zapłacić, już Zegarmistrza w tym głowa by odpowiedni rachunek wystawić.

- Zar, kupujesz czas, ja działam. Jazda.

Wbrew pozorom Zar nie musiał czekać na polecenia, sam się już przygotował do zabawy. Skoczył między wilki zamieniając swoje ciało na bardziej odpowiednie do sytuacji - najeżone kolcami które bez problemu nie tylko posiekały przywołane przez Rexa wilki, ale też pozwoliły mocniej się uziemić w podłożu areny. Tak przygotowany, poczekał aż ognisty pocisk rozbije się o jego osobę. Wtedy zaczęła się prawdziwa magia. Zar wchłonął ogień jakby to było powietrze. Pozwolił mu przez chwilę szaleć w swoim żołądku po czym odfiltrował z niego rozkaz i kształt, zostawiając czystą magiczną energię którą się pożywił.

W międzyczasie Zegarmistrz nie tracił czasu na podziwianie tego, co i tak już wiedział. Tak proste zaklęcia nie miały szans nawet spowolnić Zara a co dopiero zrobić mu krzywdę. Co to to nie. Ale nie pora była na podziwianie tego co było oczywiste. Jego przeciwnik miał błahe wyobrażenie o tym co mógł a czego nie mógł zrobić Zegarmistrz, dlatego też trzeba go było uświadomić jak bardzo się mylił.

- Eclipse erose, naga damasis, Elure dali Kana!

Skupił swoją energię tak, by móc ją szybko przekierować w razie potrzeby.  Tak przygotowany rozpoczął swoje działania. A były one bardzo proste, najpierw planował się zabezpieczyć, potem zaś wykorzystać luki w obronie jego przeciwnika. Miał dość energii, przygotował się bowiem na najgorsze, by jego działania wywołały pożądany skutek.

- Raz, dwa!

Dwa szybkie sierpowe spowodowały wyrośnięcie z ziemi podobnych pięści, wykonujących podobne uderzenia. Podobne, bo pięści które powstały z podłoża były wielkości samochodu osobowego. No i były o wiele szybsze.

- Trzy, cztery!

Kolejne dwa uderzenia które wywołały podobny efekt, tym razem jednak były to uderzenia proste, łatwiejsze do uniknięcia, lecz odrobinkę większe. O ile dwa pierwsze ataki były celne, bowiem miały za zadanie trafić we wroga, o tyle dwa kolejne miały by możliwość trafienia tylko wtedy, kiedy przeciwnik wykonał by unik na boki. Zatem przeleciały one tylko koło Rexa, zostawiając za sobą mały ciąg usypanej ziemi.

- Ignis.

Liczył na to, że Rex nie domyśli się, iż usypana ziemia była wypełniona prochem. Domyślił się też, że eksplozja która nastąpiła, pozwoli jednak się domyślić Rexowi co było w ziemi.

Tak dekoncentrując przeciwnika kupił sobie dość czasu by Zar przetrawił magię pochłonięta z ataków przeciwnika. Zegarmistrz rozpędził się i skoczył wprost w objęcia konstrukta.

- Zar, zjednoczenie.

Kryształowa struktura załamała się niczym gwałtownie roztopiona lodowa statua. W jednej chwili stał kryształowy stwór, w drugiej na arenie unosiła się dość sporych rozmiarów wodna bańka wielkości człowieka. Kiedy Zegarmistrz w nią wskoczył, ta zamarzła wokół niego dopasowując się kształtem do jego ciała. W ten oto sposób Zar stał się obroną idealną - mógł pochłaniać magię i ją oczyszczać, zaś Zegarmistrz mógł korzystać z tych zasobów oczyszczonej magii. Ponad to, działał też jak dobrej jakości magiczna zbroja, chronił przed ogniem, obrażeniami ciętymi i kłutymi, nawet w pewnym stopniu mógł niwelować te tłuczone.

- Dobra Zar, ty chronisz, ja atakuje.

Zegarmistrz zrobił dwa kroki w tył powrotne wchodząc do kręgu który stworzył wcześniej, nasycając go ponownie energią. Nie obawiając się ataku, bowiem kurz zasłonił arenę dość skrzętnie, zaczął szykować kolejne linie zaklęć którymi wzmacniał krąg, zaklęcie po zaklęciu.

- Ren ren, dabu nare, hora, hora, Kiva Kiva, Kero Kero, Relu Lure Lono Nai Hab Hab, Hefa, Dami Pore.

Linijka po linijce na ziemi pojawiały się kolejne kręgi wybuchające energią którą przelewał niczym wodę.

- Exist!

Ostatnie zaklęcie wybuchło gigantycznym podmuchem wiatru które odsłoniło Zegarmistrza stojącego pośrodku dziesiątek coraz większych okręgów rozchodzących się po całej arenie.

- Zdaje się że jesteś w zasięgu kolego. Curis des Orichalcum!

Pod stopami jego przeciwnika ziemia wybuchła cała masą metalowych włóczni skierowanych wprost w niego. Włócznie wydawały się proste, lecz na końcu, zaraz przy ostrzu każdej z nich, znajdował się mały kamień który miał za zadanie, w chwili kontaktu, wybuchnąć.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Od czego ma się miecz?- powiedział głośno Rex i zaczął rozcinać mieczem ziemne pięści. Nagle odkrył co zawierały te pięści, więc wykrzyczał rzucając szybko czar- Glacies!- Cała jego zbroja pokryła się lodem, a on sam skrył się za swoją tarczą. O ile zbroja i tarcza ochroniły Rex'a, to siła eksplozji odepchnęła go. - Gratulacje!-  powiedział Wojownik klaszcząc w ręce- Lecz pozwól mi odpowiedzieć na twe czary.- Wojownik cofnął się i rzucił swoje ulubione zaklęcie.

-Duplicate!

Rex stworzył pięć klonów i wszystkie zaśmiały się. Wojownik miał plan, który skopiował po części od przeciwnika.

-Rycerz Śmierci!- wykrzyczały cztery klony naraz i połączyły się wraz z Rex'em tworząc olbrzymiego rycerza, wyglądającego jak Rex , który wysoki był na pięć metrów. Rycerz zaśmiał się i uderzył pięścią w ziemię wzbijając ją w powietrze. Następnie klasnął potężnie w dłonie, tak aby ziemia poleciała w kierunku jego przeciwnika.

-Podłoże drży.- zameldował jeden z klonów, który zamienił się w prawą nogę. Miał on rację, ziemię przebiły metalowe włócznie, które zaczęły wybuchać. Rycerz stracił nogi, lecz tylko zaklaskał i Rex powiedział dosyć głośno- Regeneracja!- Cała ziemia jaką Rex splugawił teraz uleczyła jego "Rycerza", który bez namysłu ruszył na wroga ze swoim olbrzymim mieczem i zamachnął się na swojego przeciwnika. Aby pogłębić efekt swojego uderzenia "Rycerz" kopnął przed siebie i zaśmiał się. Rex spokojnie powiedział.

-Czy tak walczy znany Zegarmistrz? Nie woli on najpierw porozmawiać, tylko od razu atakuje?- Podczas tych słów piąty klon, który cały czas przebywał we mgle rzucił się na Zegarmistrza, co Rex skwitował prostymi słowami.- Chciałeś walki, masz ją.- "Rycerz" wrócił na swoje miejsce startowe gotowy dalej walczyć.- Twoja kolej.- powiedział na koniec.

Edited by Rex *Monster* Crusader

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jego przeciwnik miał dobrą obronę. Ba, nawet plan miał dobry. Tyle tylko, że za planem Zegarmistrz nie czuł żadnej siły.

Tak, to chyba była ich różnica w sile. Jego przeciwnik był wielki, ogromny wręcz. Ale za rozmiar przyjdzie mu gorzko żałować.

Miecz opadł na Zegarmistrza wywołując gigantyczny tuman kurzu. A kiedy jego przeciwnik się cofnął, z owego kurzu wyskoczył klon, którego wcześniej Zegarmistrz nie zauważył. Po arenie rozległ się głośny chrzęst giętego metalu.

Dopiero kiedy kurz opadł, oczom widowni ukazał się efekt którego Rex pewnie nie przewidywał.

Pierwsze co dało się zauważyć, to Zegarmistrz, który , w wyciągniętej przed siebie dłoni, trzymał gigantyczny kawał urwanego miecza. Lecz nawet nie to było niezwykłe. Bardziej niezwykły był pogięty kawałek metalu obok niego, który jeszcze chwilę temu był dość silnym klonem jego przeciwnika. W tej chwili jego przeciwnik powinien już wyczuć, że jego broń waży znacznie mniej niż ważyła w chwili ataku.

- Wydawało ci się że większy znaczy silniejszy? Kiedy ty koncentrujesz energię na dużym obszarze, ja tą samą energię kumuluję na mniejszym. Jak myślisz, łatwiej przebić dużą kartkę papieru czy 50 małych kartek jedna na drugiej, co?!

Zegarmistrz był nie tylko zawiedziony, ale też zwyczajnie wściekły. Jego przeciwnik zgrywa się, nie chcąc używać na nim swojej prawdziwej mocy. Zamiast tego woli tracić Czas na jakieś sztuczki. A niby widział jego walkę i coś z niej wyniósł. Nie, ta zniewaga wymaga ofiar.

- Skoro lubisz sztuczki, pokażę ci sztuczkę...

Jego ciało rozbłysło czerwienią. Jego gniewem i wściekłością. Zamierzał odkorkować cała energię jaką miał do dyspozycji. Planował, żeby następny atak dał świadomość jego przeciwnikowi z czym tak naprawdę ma do czynienia.

- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę ze swojego potencjału!?

Fale energii wzbijały kurz u jego stóp, rozchodząc się od niego, uderzenie za uderzeniem. Czerwone, pełne furii uderzającej raz za razem. Pozwolił przelać się tym uczuciom w kręgi które wcześniej stworzył, przez co mógł wykonać kilka precyzyjnie niebezpiecznych zagrać.

- Uno. Oczyszczenie.

Ziemia zaczęła się wypalać. Wszędzie tam, gdzie pozostawały jakieś skrawki plugastwa jego oponenta teraz lśniła krwista czerwień. Pozwolił by ciepło rozeszło się razem z blaskiem i oczyszczającym zaklęciem. Wypalał wszystko z siła Tysiąca Słońc. Lecz to był dopiero początek.

- Duo. Absorpcja

Nie tylko wypalał, ale też oczyszczał energię którą jego przeciwnik nierozsądnie zostawiał po sobie. Po co korzystać z własnych zasobów skoro można je wzmocnić czyimiś? Upewnił się tylko że prócz oczyszczenia nastąpi odfiltrowanie woli, ale w tym wspomagał go też Zar, więc nie musiał się o nic martwić.

- Zapamiętaj sobie, większe cele łatwiej trafić! Nieskończona Nocy Metalowego Piekła! Argument Burzy!

Uniósł dłoń i na całej arenie, z każdej strony zaczęły się pojawiać portale średnicy około półmetrowej. Najpierw dziesiątki, potem setki następnie zaś tysiące.

A kiedy zacisnął dłoń, z każdej wyrwy zaczęły wylatywać magiczne pociski. Lecz nie zwykłe. Co to to nie. Za to co jego przeciwnik czynił w miejscu które on uważał za święte, Zegarmistrz nie planował ni krzty litości. Każdy pocisk wyglądał tak samo - iskrząca kulka wielkością nie różniąca się od piłki do tenisa. Każda tak samo jasna i biała. Bowiem nie zamierzał używać żadnej ze szkół magii. Użył czystej magii pierwotnej. Tej samej, która swego czasu zapewniła mu zwycięstwo ze Spromultisem. Magii której nie można skorumpować, nie można splugawić ni przekształcić. W ten sposób miał pewność, że jego przeciwnik nie zniknie pocisków. Zaś ich chmara liczona w setkach tysięcy, o ile nie milionów była widowiskowym posunięciem.

pociski nie poruszały się za szybko, można je było zwyczajnie unikać, ale, po pierwsze jego przeciwnik musiał by unikać całych mas owych pocisków. A po drugie, był na tyle wielki, że trafienie nie stanowiło by problemu. Lecz i na to Zegarmistrz nie zamierzał czekać. Sięgnął w przestrzeń jakby była tylko kurtyną oddzielającą go od pożądanych przedmiotów. Z przestrzeni wyciągnął samą klingę, którą uniósł wysoko nad głowę.

- W imieniu pokonanych. W imieniu walczących. W imieniu zwycięzców. W imieniu swoim i wrogów moich. Raz jeszcze proszę cię o pomoc. Przybądź, która błogosławisz walczącym. Przybądź która błogosławisz odważnym. Ashara senki, Ragno Zaraki!

Za jego plecami co bardziej wyczulone osoby mogły zauważyć uformowanie się postaci jakby z księżycowego blasku, mimo że pora była dniowa. Postać za nim trzymała własny oręż, dwuręczny miecz, w tej samej pozycji co Zegarmistrz.

- Oddaję ci siebie, prowadź mnie o Bogini. I zgaśmy razem świece zmierzchu, by końców wszechrzeczy nastał czas! EXIST!

Razem ze swoją patronką uczynił zamach, zaś jego efekty, jak zawsze, przerosły jego najszczersze oczekiwania. Bogini Zelgis zawsze lubiła widowiskowe zagrywki, ale nie spodziewał się że aż tak.

Z końca jego miecza wyrosło gigantyczne, bo prawie 30 metrowe ostrze. Nie tylko było przekomicznie wysokie, ale też szerokością pokrywało większą część areny. Kiedy skupił się na ostrzu, to natychmiast zmalało, stając się niewiele większe aniżeli dwuręczny oręż wcześniej trzymany przez boginię. Lecz jego rozmiar wbrew pozorom miał znaczenie, bo teraz cała ta gigantyczna potęga czystej magii została skoncentrowana w jednym ostrzu. Ostrzu które nic nie ważyło dla niego. A kiedy wykonał zamach, z miecza, niczym wąż gotowy do ukąszenia, wyleciała przeogromna wręcz fala przypominająca półksiężyc, która uderzając, wywołując reakcję w postaci licznych eksplozji w każdej trafionej na swej drodze kulce. Wystarczyła chwila żeby jego przeciwnik znalazł się w istnym Infernie z czystej i niemożliwej do splugawienia energii. Energii którą Zegarmistrz w niego posłał, a która wciąż stanowiła tylko zalążek jego zasobów magicznych.

Jeśli teraz jego przeciwnik nie potraktuje walki poważnie, to raczej nic go do tego nie przekona.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Jesteś nudny.- powiedział Rex widząc to co stało się z jego klonem- Rax, wybuch.- I jego klon, który był u nóg Zegarmistrza wybuchł.

-Większy nie znaczy silniejszy, tylko że szybciej regeneruje magię i ma jej większe pokłady.- Rex poczekał, aż przeciwnik oczyści ziemię i sam rzucił swój czar- Poświęcenie! Wchłonięcie!- Wojownik zniszczył swego "Rycerza" i wchłonął całą energię, po czym zaśmiał się.

-Wiesz, wściekłość wcale Ci nie pomaga.- po czym wojownik wyciągnął swoją tarczę i rzucił kolejny czar- Żelazna obrona!- jego tarcza rozbłysła jasnym światłem i zaczęła wytwarzać pole ochronne. Zza maski dobiegał dźwięk zgrzytania zębów. Gdy wszystkie pociski przeciwnika już zgasły tarcza znikła, a wojownik zaklaskał.

-Gratulacje, już się rozgrzałeś i masz ochotę na prawdziwą walkę? Ja jeszcze nie, ale przyzwę coś co będzie walczyć za mnie.- Rex wykonął kilka gestów po czym powiedział- Liszu przybywaj!- A przed nim pojawił się Lisz jego wzrostu, wojownik skomentował to prostymi słowami- Zabaw się z naszym wrogiem.

-Żyje, aby Ci służyć!- powiedział Lisz i przystąpił do rzucania lodowymi kolcami.

Rex powiedział po raz kolejny.

-Twoja kolej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zastanawiał się kto nawkładał do głowy jego oponenta takich głupot. Większy nie znaczy silniejszy, to akurat się zgadzało, co też udowodnił chwilę temu. Ale że ma większe pokłady magii i może ją szybciej regenerować? To już głupota najgorszego sortu. Bo gdyby to była prawda, to wielu magów nosiło by ze sobą kostury wielkości wieżowców.

Wybuch nawet nie wywołał u niego mrugnięcia. Nie wiedział co przeciwnik chciał tym osiągnąć, skoro już wcześniej mu udowodnił że ataki czysto fizyczne nie będą działać.

Do tego popełnił on błąd tak karygodny, że winien korepetytantem za to u Hrabiego Dolara zostać.

Jego przeciwnik chwalił się, że widział jego walkę, a wychodzi na to że guzik widział. Bowiem gdyby ją widział, wiedział by też, że im większe emocje odczuwał Zegarmistrz, tym potężniejsza się stawała jego magia. Za to jego kasłanie i zgrzyt zębów przyjął jako dobry komplement. A zamierzał pokazać mu jeszcze kilka sztuczek.

W czasie kiedy jego przyzwaniec, czy też Lisz, który z Liczem niewiele miał wspólnego, starał się go bezskutecznie atakować, Zegarmistrz skupił odrobinkę energii skierowanej po bardzo cienkiej nitce. Nitce, którą jego przeciwnik, ponownie, postanowił zignorować. Cóż, dla Zegarmistrza oznaczało to łatwiejsze zwycięstwo.

Kolejne lodowe pociski rozpadały się na chwilę przed uderzeniem w Zara, napełniając Zegarmistrza czystą energią. Energią której było by wstyd nie użyć.

- No, skoro otworzyłeś bramę, głupio by było nie korzystać, prawda? Exist!

Zbroja na jego przeciwniku nabrzmiała nagle niczym balon i wybuchła. Zwyczajnie, od środka. Zaczynając od maski, kolejne eksplozje odwiedziły ramiona, łydki, barki, stopy, ramiona, aż cała zbroja zalśniła jednym skoncentrowanym wybuchem na arenie. Wybuchy nie były na tyle silne żeby zabić przeciwnika, nie. Ale na tyle silne by go dotkliwie poparzyć już owszem.

- Widzisz, na przyszłość, kiedy wchłaniasz coś, czego dotykałem, sprawdź czy przypadkiem pomiędzy twoje zaklęcia ktoś nie wplótł własnych. Chwalisz się walką która u mnie nie wywołuje nawet zadyszki, ty zaś nie ukazałeś naszej drogiej publiczności jeszcze niczego wartego uwagi. Wielki ale słaby kolos, nieskuteczne ataki z zaskoczenia czy też ta parodia umarlaka którą - wyciągnął dłoń zaciskając ją w pięść, co zaowocowało zgnieceniem relikwiarza, a w efekcie zamieniania lisza w coś na kształt zgniecionej puszki po coli - nie mógłbyś zaatakować niczego silniejszego aniżeli dziecko.

Zegarmistrz poprawił rękawice by wygodniej leżała na dłoni po czym wykonał kilka kolejnych znaków, które utworzyły u jego stóp kolejny krąg.

Zegarmistrz usiadł w nim po turecku, wyskrobując na powierzchni areny kilka dodatkowych znaków.

- Nudny powiadasz. Może i tak, ale mam wrażenie że mówisz tak, bo za tą zbroją czai się strach. Boisz się atakować bezpośrednio, boisz się użyć większych zasobów, być może z obawy o ich utratę a być może z racji ich nieposiadania. Więc odpowiedz mi, co uczynisz teraz kiedy widzisz z jaką łatwością potrafię rozbić twoich sługusów i twoje zbroje. Co zrobisz teraz, kiedy twoje czyny świadczą jedynie o tchórzostwie?

Może nie był sprawiedliwy, ale Rex sam sobie na to zapracował. Zegarmistrz liczył na więcej po kimś, kto tak bardzo potrafił mleć ozorem. Niestety, wychodziło na to że na mieleniu miało się skończyć. To go bolało jeszcze bardziej, bo już w kantynie koło szatni słyszał o sile występujących w turnieju ludzi. Sile której jego przeciwnik wyraźnie nie planował używać. Albo nie mógł.

- Córo Ognia, usłysz mnie. Synu Ziemi usłuchaj mnie. Jak jest Shen Zegarmistrz Long, ten który wierzy mimo iż nie widzi, ten który daje choć nie ma. Stańcie się moją bramą, stańcie się moim celem i moją siła. Katalizacja Koszmaru, Omen Odwagi!

Całe ciało Zegarmistrza pokryły świetliste linie, jakby światło wewnątrz niego chciało wyjść na zewnątrz. Lecz miast rozerwać go, przelało się w strukturę kręgu który go otaczał. Tak przygotowany był gotów na odparcie każdego ataku. Magicznego bądź nie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Może i zniszczyłeś moją zbroję, a i płaszcz też, ale maska jest trudna do zniszczenia.- Rex zaśmiał się i spojrzał na swój strój, ujrzał postrzępiony płaszcz, rozdarte rękawice i podrapane buty. Do tego czuł, że kaptur ma kilka dziur przez które jego krwawo-czerwone włosy wychodziły, poza kaptur. Pomimo tego wojownik się śmiał i powiedział- Tam skąd pochodzę maski i tarcze są wyjątkowo potężne. Siłę mojej tarczy już poznałeś, a na maskę przyjdzie jeszcze pora.- Wojownik zaklaskał i powiedział jeszcze- Mam dla Ciebie zdanie, które opisuje moją postawę: "Mów jedno, myśl drugie, rób trzecie.".

Rex rozprostował ręce i przed rzuceniem czaru powiedział do Lisza.

-Liszu, dobrze się spisałeś, a teraz odpocznij. Duplicate- przed wojownikiem stanęło trzech Rex'ów, wojownik uśmiechnął się, zrzucił swój podziurawiony płaszcz ukazując sztylety, które wisiały u pasa.- Kombinacja A34 Format Rex'a- powiedział do klonów i rozpoczęto przegotowania.

Rex zajął się lodem, Rax ogniem, Nex ziemią, a Pex wiatrem. Sformowano olbrzymią "kolumnę" składającą się z wiatru, lodu, ziemi i ognia, a Rex wrzucił w nią sztylety i powiedział.

-Atak.- "Kolumna" wystrzeliła w kierunku Zegarmistrza, kolumna była ogromna i ciężko było ją ominąć, a wojownik powiedział- Nawet jeżeli zasłonisz się konstruktem, to Ci nic nie pomoże, tej energii jest za dużo, aby ją wchłonąć. Jeśli spróbuje, ta energia go rozsadzi od środka. A teraz zmienię temat.- powiedział Rex- Powiem Ci, dlaczego nie podchodzę do tej walki poważnie, mianowicie wiadome jest, że ty wygrasz. Mogę się o to nawet założyć, ja wiem, że przegram. Nie podchodzę do tej walki poważnie, ponieważ znam jej wynik i wiem, że przegram. Wiem za to, że nie będę tańczył jak ty mi zagrasz.- Rex zaśmiał się i zwrócił się do swoich klonów- Narysujcie runy obronne!- Gdy zostały one narysowane , wokół wojownika i jego klonów, Rex powiedział- Twoja kolej Zegarmistrzu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rozsadzi? Taka drobnostka? Na litość Eonów, wydawało mu się, że Zar to co, z gliny i piachu ulepiony?

Zdarzało mu się wchłaniać energie o wiele większe niż ta kolumienka. O wiele większe niż sam Zegarmistrz. Gdyby nie fakt, że chciał pokazać widowni jakąś walkę, to Zar mógłby zanegować cała magie w promieniu kilkudziesięciu metrów. Do zera, o wiele skuteczniej niż zrobiły to kolumny przyzwane przez Adviliona czy o wiele mocniej niż zrobił to sam Zegarmistrz w tej samej walce.

Ale to były tylko alternatywy, do których nawet nie musiał podchodzić, bowiem w momencie kiedy tylko kolumna dotknęła granicy kręgu, zalśniła jadowitą zielenią i wróciła do swego właściciela - wzbogacona o jeszcze większą dawkę energii, jak twierdził poprzedni właściciel, niewchłanialnej, a ponad to, zabezpieczona zaklęciem które dotkliwie poparzy każdy byt chcący ją ponownie odbić lub wchłonąć. Że o przekierowaniu nie wspomniał. Tak, Krąg Magii Pierwotnej to nie lada kąsek dla dobrego maga, wyciągnięcie Zegara z jego twierdzy powinno stanowić wyśmienitą łamigłówkę dla Rexa.

- Zatem, tak jak Advilion, zamiast walczyć o zwycięstwo, walczysz byle tylko pokazać że możesz? Walczysz, bo jak sam ująłeś, znasz wynik i stąd twój brak powagi. Czyli kreujesz się na tchórza, byle tylko zyskać w oczach publiki?

To było śmieszne za pierwszym razem. Smutne za drugim, ale za trzecim stawało się bezczelne. Głos Zegarmistrza powoli tracił na gniewie. Zaś gniew zastąpił czym o wiele gorszym.

- Czyli, żeby nie było niejasności. Masz gdzieś mnie, masz gdzieś publikę która dzisiaj tu przybyła by podziwiać naszą, jak myślałem, walkę. A to wszystko dlatego, że nie widzisz swojej szansy na zwycięstwo? Zatem, jeśli mógłbyś odrobinkę prześwietlić temat dla obecnie tu zebranych - po co wyszedłeś z szatni? Po co przybyłeś do tego uświęconego miejsca, swoistej mekki dla magów wszelakiego sortu? A finalnie, po co w ogóle się zapisałeś do Turnieju, skoro już widząc spis zawodników uznałeś i zaakceptowałeś swoją przegraną?

Wstał i kładąc dłoń na piersi spojrzał raz jeszcze na swojego przeciwnika.

- Dotychczas, we wszystkich moich walkach, nie spotkałem kogoś, kto mniej zasługiwał by na miejsce które swoją osobą tutaj zajmujesz. Jeśli jest mi pisana wygrana, z chęcią ją przyjmę. Ale wiedz jedno. Jeśli przegrasz zgrywając tchórza, nikt o tobie nie będzie pamiętał. Jeśli zaś przegrasz rzucając do walki wszystkie swoje siły, to ujrzą w tobie bohatera. Nie każdą walkę da się wygrać, to fakt. Udowodnił mi to Kapi, udowodnił mi to Fisk. Lecz nawet w obliczu tak silnych magów jak oni, nie upadłem tak nisko żeby zwyczajnie oddać walkę.

Skupił energię na miejscu w którym Zar wytworzył mały kamień. Chwycił go w obie dłonie i rozpoczął inkantację. Był świadom że przeciwnik może chcieć go atakować ale nie dbał o to. Teraz, kiedy już wiedział że nie warto starać się dla niego, postanowił postarać się jeszcze bardziej dla publiczności.

- Nastał czas krat i więzi zakazanych, nastał prawości i szyderców los. Kiści, co w braterskiej walce odżywają. Exist.

Zar oddzielił się od niego, tworząc obok idealną kopie swego pana. Stanął do niego plecami, tak, że oboje mogli oprzeć się o sobie. Chwilę później obu oplótł ametystowy łańcuch pełen kolców, które niejednokrotnie przebiły zarówno podłożę, jak i obu Zegarmistrzów.

Gwizd, który rozległ się na arenie był dźwiękiem wdychanego przez Zara powietrza. Powietrza, które było potrzebne by dźwięk dotarł w odpowiednie miejsce.

- Iwake naki ko ya hikari ga gotoshi... - rozległ się głos przypominający szum wody, śpiew ptaków w puszczy, dźwięk głazów uderzanych wiatrem, łąk skraplanych deszczem.

- Młode dzieci są jak światło - zawtórował mu Zegarmistrz.

Na dźwięk ten ametystowy łańcuch rozrósł się niczym bluszcz, tworząc większe kolce, większe sploty. Stawał się twardszy, cięższy, pochłaniał też większe ilości magii z okolicy, zasilając całe zaklęcie.

- Sasage ya sasage ya koto no magatama ya... - rozgrzmiał niczym burza Zar.

- Ofiarujmy Im, ofiarujmy Im, potęgę naszych Słów - śpiewał Zegarmistrz.

Na tym etapie pochłanianie magii było tak silne, że gdyby jego przeciwnik planował strzelanie do niego z jakichkolwiek magicznych pocisków, te rozpadły by się jeszcze w jego dłoniach. Zaś wytrzymałość tworu rosła z każdą sylabą, każdą nutą unoszącą się na wietrze. Gigantyczny, stworzony z łańcuchów bluszcz wyrywał na potrzeby zaklęcia magię nawet z tak odległych miejsc, jak areny które były obok. Każdy mag w promieniu kilkudziesięciu metrów stawał się automatycznie kolejnym źródłem zasilania. A że magia pierwotna istniała wszędzie, właściciele tejże, którzy nie umieli ni jej wykryć ni użyć, nawet nie poczują iż zniknęła.

- Iyase ya iyase ya kashiri towa ni ma ni...

- Uleczmy Ich, Uleczmy Ich, z tej wiecznej klątwy...
Zwrotka za Zwrotką.
- Iwake naki ko wa shinani tsumi nashi...
- Młode dzieci zrodzone w bezgrzesznym świecie...

Zaklęcie za zaklęciem, wplecione w coraz to większy twór, w coraz to potężniejsze dzieło.
- Uchi no kagiri wa takusareshi wasan...
- I przekazaliśmy nasze winy i limity im...

Za dawnych czasów niektórzy magowie nie używali znaków czy narzędzi by wzmacniać swoje twory.
- Kakotsu wa sadame sumau sube nashi...
- My zmusiliśmy je by związały siebie do losu wypełnionego walkami.

Nie używali składników by tworzyć.
- Kodoku ni nenji kaku ayumu michi...
- I nie byliśy w stanie spamiętać, iż każde musi kroczyć własną drogą.

To Głosy ich wypełnione magią i uczuciami tworzyły ich dzieła.
- Sasage ya sasage ya koto no magatama ya...
- Ofiarujmy Im, ofiarujmy Im, potęgę naszych Słów

To Głosy ich kontrolowały i rzeźbiły magię zwaną Pierwotną.
- Iyase ya iyase ya kashiri towa ni ma ni...
- Uleczmy Ich, Uleczmy Ich, z tej wiecznej klątwy...

Pozwolił by ametystowy kwiat zapuścił korzenie głęboko pod areną, okalając ją niczym matka trzymająca swe dziecię.
- Saranu yaku tote warabe no mae ni...
- Chrońmy dzieci od dalszych nieszczęść...

Korzenie tworzyły łańcuchy, łańcuchy tworzyły korzenie.
- Kiru ga gotoku ni inga wo tokare...
- Uwolnijmy siebie samych z Karmy zabijania się wzajemnie...

Zaś całości układały się w Filary, które to ociekały wręcz magią.
- Makoto no hikari wa ga mi wo terashi...
- Me ciało rozświetli prawdziwy blask...

Gdy pierwszy wstrząs targnął podłożem, było już za późno...
- Hanatsu utagoe ama tarashitari!
- Tak że mój uwolniony śpiewem głos wzniesie się pod niebiosa!

konstrukt bowiem bez ostrzeżenia wystrzeliła wysoko w niebo, wznosząc się na gigantycznym filarze, niczym legendarna wieża Babilon. Ciało Zegarmistrza raz jeszcze rozświetlił jasny blask, czyniąc z niego punkt tak jasny iż mógłby zostać pomylony z gwiazdą. A kwiat wznosił się coraz bardziej i bardziej. Kiedy zaś widownia na dole stała się tylko wspomnieniem, Kwiat uformował się w kule, ta zaś w stożek zdolny zmieść wszystko na swojej drodze. A tym wszystkim  miał być Rex. Ciekawe jak jego zbroja zareaguje na ciepło równe wybuchowi atomowemu. Jak wytrzyma nawał kryształy twardszego aniżeli diament. Siła jaką dysponował Zegarmistrz gwarantowała mu, iż nawet nie musiał wycelować w arenę, bowiem cała arena będzie jednym wielkim polem rażenia. Stojąc na swoim tworze, dzięki powietrzu i magicznym osłonom które zapewnił mu Zar, mógł podziwiać widok, za który niejeden by zabił. Nieskończone ilości gwiazd, planet, księżyców i innych ciał niebieskich rozpościerały się przed nim. Był literalnie u szczytu świata. I zamierzał z niego zejść, niczym gniew Erynia rzucony na wroga.

- O losie o losie, usłuchaj mnie. Kołysanką mą bądź u świata stóp. O losie o Losie, prowadź mnie dziś. Blask Tysięcy Słońc Chwały!

Stożek pod jego stopami zaczął się kręcić, po czym rozpoczął się deszcz. Raz za razem, pocisk za pociskiem, identyczne kopie zaczęły spadać na arenę. Zegarmistrz został wcześniej zapewniony przez organizatorów iż zaklęcia oddzielające publikę od walczących wytrzymają nawet taki pokaz siły. Więc bez zahamowań uderzał tak mocno jak tylko potrafił. A kiedy na arenę spadło 999 identycznych pocisków, spał i on, na finalnym, dziesięciokrotnie większym i potężniejszym pocisku.

Jeszcze niektóre ładunki wybuchały gdy on już stał na ziemi i otrzepywał z siebie kurz. Dzięki znakom runicznym które wcześniej rozmieścił miał pewność, że sama arena nie wyparuje i będzie gdzie stanąć. Te same znaki podstępem rozpraszały zaklęcia ochronne wszelakiego sortu. Wszelakiego, prócz oczywiście tego jednego trzymającego wszystko w ryzach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rex zaśmiał się i zdarł maskę wraz z kapturem ze swojej twarzy, ukazując bujne krwawo-czerwone włosy i oczy, ciemno-brązowy wąs, olbrzymie poparzenie lewej części twarzy i długą bliznę przechodzącą przez prawe oko.

- Odpowiem Ci, dlaczego wyszedłem z szatni. Wyszedłem z niej licząc na fajny, dostarczający przyjemności i doświadczenia pojedynek. Nie patrzyłem na niego pod względem "czy wygram, czy nie", tylko pod względem "spotkam fajną osobę i coś z tego wyniosę."- Rex cały czas uśmiechał się sarkastycznie i gestykulował, a po chwili przerwy kontynuował- A wiesz co widzę? Postać nie do pokonania, dosłownie. Masz niezniszczalnego konstrukta, runy działające po użyciu ich, runy, którym nic nie robi splugawiona ziemia, która pali wszelakie runy, masz runy, których nie na się zniszczyć, masz ataki, których nie da się uniknąć. Co jeszcze? Ach zapomniałbym.- powiedział Rex ironicznie i kontynuował- Masz wsparcie bogów, siłę, której nic się nie oprze.- Rex zacisnął pięść- Czy o to chodzi w tych pojedynkach? Czy chodzi o zabawę, czy bycie kimś nie do pokonania? O to chodzi?- Rex splunął na ziemię- Mówisz o dawaniu spektaklu przed publicznością, mówisz o mnie jak o tchórzu, mniejsza z tym, że niezależnie co robię ty to przebijasz, moje ataki spełzają na niczym, a twoich nie da się uniknąć.- Rex nie przestawał gestykulować- Inną rzeczą są twe runy, jak się one w ogóle pojawiły na tej arenie? Wypaliłeś je magicznie, a ja tego nie odczułem? A może zrobiłeś je przed pojedynkiem? Może splugawienie ziemi, negujące wszystkie czary, nie poradziło sobie z runami?- Rex nie przestawał uśmiechać się sarkastycznie- Na początku powiedziano "Zegarmistrz to wojownik słynący z wielkiej siły", a ty potrzebujesz niepokonanej magii bóstw, aby walczyć. To ma być pojedynek? Bo nie do końca rozumiem celu tego pojedynku. Czy chodzi o to, aby ukazać Ciebie w świetle Zegarmistrza trzymającego formę, który do pokonania tchórza, sam mnie tak nazwałeś, potrzebuje cudzej magii? O to chodzi? Jeśli tak, to zmieńmy nazwę tego turnieju na "Turniej postaci OP". Mówisz, aby dać radochę publiczności, a sam jesteś nietykalny. O to chodzi w tej radości? Patrzcie jak słabeusz jest kopany przez tego, którego nie da się zranić? Co mam począć kiedy twój konstrukt jest nie do zniszczenia? Mam być myszką, a ty kotem? To nie jest pojedynek, to proste.- Rex oblizał usta i powiedział do klonów- Atak, pieszy! - Rex spojrzał do góry, aby ujrzeć ładunki lecące w jego kierunku, po czym zwrócił się do Zegarmistrza- Strzelaj, po co mam się kryć skoro i tak, albo jakimś cudem dostanę, albo mój czar zostanie złamany. No dawaj, czekam na swoją kolejną porażkę, przecież i tak moja obrona zostanie przebita.- Rex założył maskę na twarz- Zamieć- Wojownik miał jeszcze plan, schłodzone pociski, które do tego rozbijały się na skrawkach lodu, nie były już zagrożeniem. Rex wziął głeboki oddech po czym powiedział- Twoja kolej, oszuście- Wojownik zakcentował ostatnie słowo, tak że nie dało się tego nie zauważyć.

Edited by Rex *Monster* Crusader

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Więc to cię boli bratku. Tu mi więcej słódź, żebym wiedział jak cię wyśmiać. Zgrywasz od początku nietykalnego. Przewidującego i smutnego, bo co to on taki przeciwko takiemu jak ja? Przecież i tak przegra, przecież i tak taki biedny i niemocny. A do tego jeszcze ci źli organizatorzy dali przeciw niemu oszusta. Potwora jakiegoś, o la boga, jak oni mogli? To cię bratku boli, a i czuję że nie tylko to. Boli cię sam fakt, że ktoś umie więcej niż ty. Bo jak on śmie wiedzieć i umieć więcej niż ty? Bo przecież to ty powinieneś być tutaj gwiazdą, ty powinieneś lśnić. Nazywasz mnie oszustem bo potrafię zrobić coś, czego ty nie potrafisz. Z pewnością oszustem nazwiesz też rybę, bo ta potrafi oddychać pod wodą, nazwiesz też ptaki, bo potrafią latać. A koniec końców wychodzi na to, że zwyczajnie ignorujesz swoje możliwości. Mówisz że chciałbyś by pojedynek dawał przyjemność, by pozwalał się czegoś uczyć. Notabene zacząłeś walkę od okrzyku, że widząc moją poprzednią walkę będziesz wiedział jak ze mną wygrać. Czekałem na to, przygotowałem się. Advilion też miał mniej czystej mocy niż ja. Ale on przynajmniej dawał mi wszystko. Nie robił z siebie ofiary losu. Ty zaś chcesz żeby inni postrzegali cię jak tego biednego, tego któremu trzeba współczuć.

Zegarmistrz dopiero teraz poczuł się prawdziwie rozbawiony. Teraz kiedy zrozumiał postawę swojego przeciwnika, przynajmniej częściowo, wiedział też jak skutecznie ją zgasić. Młodemu wydawało się że publika kupi jego płacze niczym jakaś przekupka na bazarze. Nie wiedział natomiast że widzowie turnieju to najsurowsze jury jakie mógłby sobie wybrać. Widocznie za mało ćwiczył przed lustrem.

- No to teraz, co nie jest najmądrzejsze z mojej strony, powiem ci jak to działa. A nuż się czegoś nauczysz. Po pierwsze, a może najważniejsze, winieneś odwiedzić Archiwa Pojedynkowe, tam są spisane wszystkie walki jakie odbyły się w tym miejscu. Ja tam byłem, wielokrotnie, to moi, i nie tylko moi, oponenci dawali mi pomysły na ataki oraz sposoby na czerpanie mocy z innych źródeł jak tylko ja sam. Po drugie - ciągnął bez litości. Jego przeciwnik chciał nauki, to ją otrzyma, w najgorszy ze sposobów - nie zadałeś sobie nawet najmniejszej trudności by sprawdzić limity własnych mocy. Nie zastanowiłeś się choć raz, co będzie jeśli twoja, jakże w twoich oczach niepokonana, moc nie zadziała. Ja z kolei robię to zawsze. A co jeśli kręgi zawiodą, co jeśli atak nie będzie skuteczny, co jeśli przeciwnik będzie silniejszy, co jeśli bogowie nie odpowiedzą, co jeśli moc nie odpowie, co jeśli stchórzę? Ciebie te pytania nie dotyczą, ty wolisz z siebie robić poszkodowanego. Tutaj? Nikt o to nie dba. Magia jest jak sztuki walki, to umiejętność naśladowania. Widzisz latające ptaki, zaczynasz pracować nad lewitacją, widzisz pływającą rybę, zaczynasz szkolić się w przemianach chcąc wytworzyć sobie skrzela. A gdybyś choć chwilę poświęcił na naukę, wiedział byś tak podstawowe rzeczy jak działanie moich kręgów. Pierwsze zaklęcie które uderzy w krąg wraca do właściciela. Wystarczy rzucić niemagiczną cegła, a osoba wewnątrz kręgu była by już zagrożona. Wystarczyło wystrzelić strzałę ze zwykłego, niemagicznego łuku a musiał bym już uważać na siebie. A finalnie mogłeś wystrzelić przed swoją wielką kolumną małe ale szybkie zaklęcie choćby powodujące że przeciwnik kichnie, które po kontakcie z kręgiem wróciło by do ciebie, oczywiście wzmocnione więc tych kichnięć pewnie było by więcej. Ale, do rzeczy, zniwelował byś tą osłonę otwierając drogę dla tej swojej kolumienki.

Zegarmistrz nie tracił czasu tylko na przemowę, w międzyczasie skupiał energię tworząc kolejny krąg u swoich stóp, w ten sposób wręcz prowokował przeciwnika do ataku. W kręgu zaś wpisywał kolejne formuły mające nie tylko chronić, ale też przygotować go na zrobienie przeciwnikowi solidnego "zazi".

- Po trzecie, kwilisz jakiś to słaby względem mnie a jaki to ja potężny, ale z jednym z moich najpotężniejszych zaklęć poradziłeś sobie jednym słowem mocy. Zatem z kogo chcesz zrobić głupca? Z siebie, ze mnie czy może z widowni? Bez najmniejszego problemu zamroziłeś cały tysiąc magicznie spreparowanych pocisków, które, każdy, miały siłę małej bomby atomowej. Udajesz ignoranta ze mnie robiąc megalomana. Nieźle, nieźle, tyle tylko że nie wziąłeś jednej rzeczy pod uwagę. Disperse.

Przez chwilę delikatna mgła spowiła Zegarmistrza ukazując go widowni takim jakim był. Proteza nogi wykonana ze stali i chromu, podłączona w kolanie. Brak lewego ramienia, w miejscu kończyny także widniała proteza, wykonana z metalu który miał wzmacniać przechodzącą przezeń magię. Do tego kilka kamieni, mniej lub bardziej ochronnych, coby nagle w pojedynku się nie rozpadła. Do tego masa blizn w różnych miejscach. Widok iście żałosny, mógłby powiedzieć laik, lecz dla tych wszystkich, którzy nie raz obserwowali pojedynki, Zegarmistrz chciał ukazać chart ducha weterana, który nie boi się zagrać najcięższymi kartami robiąc to co lubi. Chwilę później mgła zniknęła, zaś Zegarmistrz na powrót stał się wizualnie idealny, ni kurzu nawet na jego kamizelce czy butach. Ot proste zaklęcie iluzji, które miało za zadanie rozproszyć przeciwnika. Bo jak to, on stara się uderzać w niego a mimo to nic mu nie jest?

- Po czwarte zaś, popełniłeś ten sam błąd co Spromultis w swojej pierwszej walce. Magia Pierwotna to czysta energia. Dodaj do niej wolę ognia i masz magię ognia, dodaj wolę ziemi, masz magię ziemi. Chwyć za nią i użyj do wskrzeszania zmarłych a wnet okrzykną cię nekromantą. To ona korumpuje, przywracać pierwotny wygląd zaklęciom, przez co te były mniej posłuszne swoim stwórcom. Ale po kolei, niezniszczalny golem? Nic z tych rzeczy, sam Spromultis raz prawie go zabił, co samo w sobie przeczy twoim słowom. Runy działające po użyciu ich, no dziwne gdyby działały przed, nieprawdaż? Osobiście jeszcze nie opracowałem zaklęcia które działało by przed rzuceniem, zazwyczaj działanie objawia się po rzuceniu zaklęcia, ale kto wie, może mnie czegoś w tej kwestii nauczysz. Runy którym nic nie zrobi splugawiona ziemia to też ciekawa bajka, to że zanieczyścisz kawałek gleby miało by zniszczyć mi runy? Ot tak, samo z siebie? Nie pomyślałeś że te runy mogły by być chronione? Wydaje ci się, że po co dodawałem o jedną linię run więcej niż zwykle? Już wychodząc z szatni przygotowałem się na walkę z tobą, czego nie mogę powiedzieć o tobie, gdzie pozwolę sobie raz jeszcze przypomnieć TOBIE o fakcie iż widziałeś moją walkę i RZEKOMO wiesz jak mnie pokonać. A dodatkowe zwrotki o odporności też możesz zawdzięczać Spromultisowi, on na długo przed tobą planował szachrować z moimi runami, to dzięki niemu zacząłem je lepiej zabezpieczać. Bo wbrew obiegowej plotce runy łatwo zniszczyć, tylko trzeba wiedzieć jeszcze jak. Ale tego też pewnie nie chciało ci się dowiadywać. Zatem nasuwa się pytanie, co z ciebie za mag, który wychodząc na arenę chciałby się dobrze bawić i czegoś nauczyć, a jeszcze przed wejściem decyduje że będzie się źle bawił i niczego nie będzie się uczył? Bo mam ataki których nie da się uniknąć? A którego przed sekundą uniknąłeś jednym słowem? To żę głupio zaabsorbowałeś moje zaklęcie w siebie bez sprawdzenia tego to też nie moja zasługa, tylko twoja. Ja je tylko zdetonowałem w chwili kiedy ty pokryłeś się nim. To TY dałeś mi tą możliwość. A moi przeciwnicy wykopali ci grób. Kapi nauczył mnie że magia może być nieprzewidywalna, że żadne zaklęcie nie musi być tym, na co wygląda. Nauczył mnie wątpić w siebie. Spromultis nauczył mnie że są zaklęcia przeczące logice, że można zrobić wiele rzeczy, mniej lub bardziej udanie, których przeciwnik może się nie spodziewać. Lordek nauczył mnie że czasami wystarczy odpowiednia zasłona, żeby główne działania uszły uwadze wroga. Sunset nauczył mnie o tym, żeby nie oceniać na pierwszy rzut oka, Zmara nauczył mnie radzić sobie z szybko zmieniającym się przeciwnikiem, Lunatic jak wykorzystywać światło i iluzje do swoich potrzeb, Nocturnal von Dort zaś jak radzić sobie z tymi, którzy mają o wiele więcej mocy niż ja. Finalnie, obserwowanie poprzedniego turnieju, walki pomiędzy pewnym Niemym a pewnym Hrabią dało mi niezachwianą wiarę, że zawsze jest jakaś nadzieja na zwycięstwo, że nie warto i nie wolno się poddawać.

Kiedy zakończył przemowę stał w gotowym kręgu. Z Zarem u swojego boku, z mieszanką rozbawienia i radości na twarzy. Miło było bowiem wspomnieć tych wszystkich, którzy mu pomogli stać tu, gdzie teraz stał. Czuł jak ich wiedza podpiera jego własną. Jak ich magia rozpiera jego osobę.

- Kiedy wchodzisz tutaj, twoja pozycja przestaje istnieć. O twoim jestestwie decyduje to, co potrafisz i co chcesz pokazać publiczności. W chwili wejścia w to miejsce stajesz się jednym z wielu, bezimiennym który musi wywalczyć swoje imię w sercach widzów. Każdy czas jest dobry na walkę, każda chwila jest dobra na walkę, każdy stan jest dobry na walkę, każdy przeciwnik jest dobry na walkę. Jeśli nie potrafisz wykorzystać każdego stanu swego dla swojej korzyści, to nie jesteś godzien walki. A prawda jest taka, że boisz się otwarcie walczyć przeciwko dysponującym sporą mocą kalece.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Zegareczku, oj Zegareczku.- powiedział spokojnie Rex- Błędne wnioski wyciągasz i nie rozumiesz aluzji.- wojownik zaklaskał sarkastycznie  i kontynuował- Przeinaczasz moje słowa, nie powiedziałem nic o złych organizatorach, lecz użyłem aluzji do ważnej zasady: "Znajomości rządzą tym światem.". Twierdzisz, że boli mnie, że jesteś silniejszy ode mnie. Nie wiem skąd to wziąłeś, ale radzę Ci przestać tyle pić, to może rozumowanie Ci się rozjaśni.- Rex zaśmiał się szyderczo i kontynuował- Spotkałem w życiu wiele osób potężniejszych ode mnie i zawsze czułem szacunek do nich, jednak ty łamiesz tą tradycję, ponieważ jesteś potężniejszy ode mnie, lecz nie czuję do Ciebie szacunku.- wojownik ponownie zaklaskał sarkastycznie i mówił dalej- Wiesz czemu jednym zaklęciem zablokowałem twoje? Udało mi się tak zrobić, ponieważ pochodzę z lodowej pustyni i lód mam we krwi. Pytasz, też z kogo chcę zrobić głupca, odpowiedź jest prosta: z Ciebie. Mówisz, że nie sprawdziłem limitów własnej mocy, odpowiem Ci, że po co mam sprawdzać coś co wiem zawsze i wszędzie? Mówisz, że mogłem Ciebie tak i tak zaatakować, ale wiesz co? Kolumna miała się rozbić, lecz jej prawdziwym celem miało być ukazanie, że atakować potrafię. Mówisz też, że boję się Ciebie zaatakować otwarcie, ja nie nazwałbym tego strachem tylko walką partyzancką, kiedy ty tracisz energię, ja używam pomniejszych czarów, aby kiedy twoje czary osłabną zaatakować pełnią mocy.- Rex przez chwilę umilkł i mruczał zaklęcie pod nosem, efektem było pojawienie się olbrzymiej szachownicy na środku areny, zielone figury stały na przeciwko jasno-niebieskich.- Ty zaczynasz, jesteś zielonymi.- uniósł dłoń zachęcająco, a po chwili dodał- Jeżeli chcesz zmienić kolor swoich po prostu go zmień. Na czym skończyliśmy? A, już pamiętam. Filar Lodu!- Rex wbił w ziemię dwie kotwice, które wystrzeliły z jego rąk i mocno je pociągnął wyciągając na powierzchnię mały, zaledwie dwumetrowy filar i począł napełniać go magią. Temperatura na arenie zaczęła gwałtownie spadać, aż ziemia pokryła się szronem. Co najlepsze w powietrzy nie było magii, zimno było spowodowane filarem, który działał jak olbrzymi chłodnik. Wtedy wojownik zaśmiał się i uderzył, wyciągnął z filara dwa sople i wbił je w ziemię, a te poczęły przebijać ziemię wyrastając z niej, dzielić się i zmierzać w kierunku Zegarmistrza, omijając szachownicę przy okazji.- Na sam koniec powiem Ci, że nie do końca byłem na twoim i Adviliona pojedynku. - Rex zaklaskał jeszcze raz i powiedział.- Twoja kolej, doświadczony wojowniku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wiedział że wygrał w chwili kiedy przeciwnik postanowił zagrać w jego grę.

Ataki stały się bardziej otwarte. NA razie planował zignorować szachownicę, nie miała dla niego większej wartości strategicznej. Bardziej interesował go ten filar, który skutecznie ochładzał temperaturę areny. Nie trzeba było długo czekać aż całe podłoże pokryło się szronem. Niezbyt ciepło ubrany Zegarmistrz też odczuł spadek temperatury na własnej, teraz kąsanej mrozem, skórze. Tym razem jego przeciwnik miast mięśni, użył rozumu. Niemagiczne zimno skutecznie ignorowało jego magiczny krąg. Mógł przewidzieć, że zimno będzie bazą dla jakiegoś ataku, w końcu pociski zostały zamrożone a przyzwaniec też miał lodowe ataki, a jednak postanowił zignorować te czynniki. Niedobrze, bowiem teraz będzie musiał za to zapłacić. Wzdrygnął się na kolejne ukłucie. Zdecydowanie, zimno nie służyło starym ranom. A już na pewno nie świeżym oparzeniom które zaserwował mu Advilion. Iluzja mogła je kryć przed wzrokiem, owszem, ale nie chroniła przed bólem z nimi związanym. Do tego arenę zaczęły pokrywać dość szybko kolejne i liczne kolce.

Czuł że za atakiem było coś więcej. Coś czego miał nie widzieć. To jak ukłucie z tyłu czaszki, tak znajome dla weteranów. Uczucie dobrowolnego wejścia w paszcze lwa.

Szybko zaczął się wycofywać, pozwalając by lodowe kolce zniszczyły krąg. Co gorsza, świadomie lub też nie, przeciwnik wybrał sposób na który magia kręgu nie działała. Być może było sporym błędem wytłumaczenie jednej z ważniejszych sztuczek w arsenale.No nic, trzeba było się bronić.

- Exec_Cosmoren, Ensi Elo Kahsao, Exist!

Ziemia wokół Zegarmistrza wyleciała w powietrze, w tumanie kurzu oraz odłamków. Sam zaś Zegarmistrz postanowił wykorzystać w pełni zaklęcie ochronne przygotowane właśnie na takie chwile. Jeden z klejnotów w jego ramieniu rozbłysnął delikatnym różem, otulając cała jego postać. Zaklęcie przyjemnie grzało, pozwalając mu się skupić na czymś innym niż wciąż spadająca temperatura. Jasnym było że nieuważnie wszedł wprost w pułapkę wroga, cała arena pewnie była teraz jednym wielkim polem do popisu dla Rexa. Ale nie czuł strachu, nie. Mieszanka uczuć które zaczynał odczuwać powoli zmierzała ku zadowoleniu. Czy nie o to w tym chodziło? O walkę jakiej nie mógł mu dać nikt inny? Kiedy już kolce porozbijały się wokół niego, wystrzelił z ramienia małą kulę. Ta, uderzając niedaleko Rexa, wybuchła gęstym jak smoła dymem. Zwykły, nie wzmocniony magią dym zasłonił Zegarmistrza który postanowił wykorzystać ten sam numer który użył przeciwko Kapiemu.

Szybkim ruchem wyciągnął z kieszeni talię kart. Specjalnych, warto dodać, bowiem karty te były wcześniej przygotowane do walki w kolejnych bitwach turniejowych. Ale musiał ich użyć teraz, bo teraz albo być może nigdy.Potasował talię i wyciągnął z niej trzy pierwsze karty. Na jego szczęście akurat te, których potrzebował.

- Pax Multiply, Pax Kuro Hat, Pax Mirror - Zegarmistrz uniósł dłoń a w niej trzy karty. Magia którą zebrał w nich rozbłysła. Oplotła go swoim ciepłem, swą potęgą upiła. Oto nieskończona siła magi, którą kształtuje umysł.

Wielki błysk światła towarzyszył ogromnemu podmuchowi wiatru który dość mocno rozwiał zasłonę kurzu. Kiedy dym opadł a światło osłabło, oczom wszystkich ukazał się dość dziwny widok. Na arenie bowiem miast Zegarmistrza był wyrysowany krąg palący się kolorowym ogniem i 5 czarnych cylindrów ponumerowanych od 1 do 5.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rex zaśmiał się widząc reakcję swojego przeciwnika. Pozwolił sobie na chwilę spokoju, aby obejrzeć cały kontratak. Wojownikowi popsuł się humor kiedy bomba dymna wybucha tuż obok niego, zaczął od razu szykować silny atak.

Zamrożenie!- Rex zamroził ziemię wokół siebie, lecz na tym nie poprzestał- Oczyszczenie!- Wojownik dawno temu stracił rachubę w runach przeciwnika, więc na wszelki wypadek użył czaru pozbywającego się ich z otoczenia Rex'a-Mróz lodowej pustyni!- wykrzyczał wojownik i władował jeszcze więcej energii w filar, zmniejszając przy tym jeszcze bardziej temperaturę, a po chwili kontynuował rzucanie czarów- Krąg mrozu!- Lód narysował krąg wokół wojownika i filaru, krąg od razu połączył się z filarem, przez co stał się silniejszy- Splugawienie kręgu!- ziemia w kręgu została splugawiona, a z czystą energią mrozu była bardzo potężna. Rex zaśmiał się i rzucał czary dalej, wciągając przy tym energię z ziemi, stworzył sam sobie elektrownię dającą mu moc, którą zużywał- Krąg przywołania!- Wojownik zaczął mruczeć zaklęcie przywołania, jakiego Zegarmistrz jeszcze nie widział- Lodowy żmiju, przybywaj! - Z kręgu wyleciał olbrzymi Żmij lodu, który od razu zaczął mrozić arenę. Zanim Rex kazał żmijowi zaatakować rzucił kilka prostych czarów- Iskra lodu! Duplicate!- kilka prostych strumieni mrozu wystrzeliło w kierunku Zegarmistrza i poczęło szukać luki w jego ociepleniu, Rex doskonale wiedział co wtedy się stanie, iskra wejdzie do środka i przekształci każdą energię magiczną w lód, lecz wojownik nie miał czasu, więc postanowił dalej atakować- Żmiju atakuj! Mgła cieni!- Rex uwielbiał tą mgłę, mianowicie powodowała ona halucynacje, mgła nie robiła nic przywołanym istotom, ani specjalnemu zaklęciu ochronnemu jakim pokryta była maska wojownika. Mgła sięgała do podświadomości i ukazywała to czego najbardziej się boimy, wojownik zaklaskał i na chwilę umilkł.

-Kotwice splugawienia!-po chwili z rąk Rex'a wystrzeliły dwie kotwice, które wbiły się głęboko w ziemię i poczęły ją plugawić, dostarczając tym samym więcej energii wojownikowi.

-Twój ruch, mrożonko.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie był pod wrażeniem. Wręcz przeciwnie, widział wyraźnie jak przeciwnik próbuje nieudolnie coś robić. Coś, bo w przypadku Zegarmistrza było to najlepsze określenie.

Usiadł sobie po turecku na podłożu pod jednym z cylindrów. Był tutaj całkowicie i niepodważalnie bezpieczny, bowiem magia tychże[cylindrów] chroniła każdą osobę która była w środku, o ile ktoś nie rozgryzł jak się jej pozbyć.

Tak więc cylindry blokowały o wiele bardziej niż skutecznie zimno, trucizny, halucynacje i wiele innych, niewątpliwie niebezpiecznych rzeczy jakie mógł mu zaserwować Rex.

A do czasu aż przeciwnik nie rozgryzie zaklęcia, Zegarmistrz mógł sobie zwyczajnie odpocząć, zregenerować siły, słowem - odetchnąć.

Dzięki magicznym właściwością "pomieszczenia" w którym był, mógł swobodnie oglądać co jego oponent wymyślał, samemu wymyślając odpowiednią kontrę.

Choć i z wymyślaniem nie musiał się chwilowo męczyć, bowiem miał przed sobą gotowe kilkadziesiąt zaklęć zamkniętych we wcześniej przygotowanych kartach.

Wyciągnął trzy kolejne i przyjrzał się co też mu los podarował. Mogło być lepiej, owszem, ale to nie było złe rozdanie. Specjalnie że zdawać by się mogło, będzie miał dość czasu na przygotowanie wszystkiego.

Najpierw obrona, potem posiłek.

- Pax Negate, Pax White Rabbit, Pax Alice.

Wszystkie kapelusze jednocześnie zalśniły fioletem, bielą i błękitem. Zegarmistrz usatysfakcjonowany z efektu powoli zaczął szykować pułapki na nieudolnego podróżnika.

Wystarczyło przekazać odpowiednie polecenia w odpowiednie miejsce by odpowiednie rzeczy zaczęły się odpowiednio dziać.

Nic skomplikowanego, wszak koniec końców wolał teraz działać cicho. Kiedy tylko skończył przekazywać instrukcje, rozpoczął przygotowywanie odpowiedniej inkantacji.

W przestrzeni przed sobą rysował kolejne znaki nadając im sens i znaczenie, niektóre znane inne wymyślone na potrzebę chwili.

Teraz potrzebował czasu, ale że przeciwnikowi nie śpieszyło się do otwartej walki, to czemu by tego nie wykorzystać?

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Gratuluję obrony.- powiedział Rex kłaniając się-Jednak, kiedy zdecydujesz się wyjść z tego swojego kręgu spotka Ciebie niezbyt miła niespodzianka. Widzisz, kiedy ty nie atakujesz, ja rosnę w siłę. Mój Lodowy żmij im dłużej jest na tej arenie, tym bardziej jest silniejszy. Ja jestem wzmacniany przez splugawioną ziemię. Najśmieszniejsze jest, że nie ruszyłeś się swoimi pionkami, to jest jednym z wielu błędów jakie popełniłeś. Gdybyś się nimi ruszył ja nie mógłbym ich zniszczyć, lecz kiedy ich ruch nie nastąpił ja nie mam żadnych barier.- Rex zaśmiał się i zrobił kilka ruchów rękoma- Lodowe kolce!- kolce z lodu przebiły figury Zegarmistrza i króla Rex'a- Widzisz, te figury są tylko przykrywką dla soczewek skupiających jakie w nich umieściłem.- Wojownik machnął ręką i figury utworzyły pół okrąg w dosyć sporej odległości od swego wroga, w tym czasie Rex rzucił zaklęcie, które zużyło większość jego energii- Wrota!- Wojownik przykląkł na jedno kolano i oparł swe ręce o splugawioną ziemię, aby móc wciągnąć więcej energii, a po krótkiej chwili odezwał się.

-Poznałeś już moje Deadry?- w tym czasie z wrót wyszło sześciu łuczników, którzy ustawili się na skrzydłach Rex'a i wycelowali w Zegarmistrza- Jeszcze nie?- Wojownik zaśmiał się, a z wrót wyszło trzech magów, którzy ustawili się przed Rex'em i poczęli strzelać błyskawicami w figury, które mnożyły pocisk i strzelały nim w Zegarmistrza- Jak sobie z tym poradzisz?- zapytał śmiejąc się Rex, a za nim pojawił się wojownik niosący Deadryczną zbroję dla wojownika.- Wiesz co lubię w Deadrycznej zbroi?- zapytał się Rex przywdziewając napierśnik, buty, spodnie i hełm, który założył po zdjęciu maski, którą przytroczył do pasa, na sam koniec przywdział długi czarny płaszcz, który ciągnął się za nim po ziemi.- Trudno ją przebić.- Rex rzucił kolejny czar i ukazała się przed nim replika jego miecza, którą dał wojownikowi stojącemu przed nim.

-Ave Dominus Rex morituri te salutant!- powiedziała Deadra i ruszyła z mieczem na plecach w kierunku swojego wroga, gdy już wojownik podszedł do kręgu Zegarmistrza wyciągnął miecz i wbił go w ziemię mówiąc.- W imieniu Kapitana Rex'a ofiarujemy Ci nagi miecz.- po tych słowach Deadra rozpadła się na drobne kawałki,choć większą uwagę powinna przykuć karteczka, którą Rex umieścił przy rękojeści miecza. Napisane na niej mianowicie było: "Żmija zajmij lisem( którego przyzwiesz), a on wtedy odsłoni się i uderzysz w niego od tyłu kulą ognia. Figury zniszcz kolcami stworzonymi z ziemi i pamiętaj niechaj widownia ma spektakl. Pozdrawiam Rex".

Wojownik po chwili klasnął w dłonie i powiedział.

-Twoja kolej, czekaczu.

Edited by Rex *Monster* Crusader

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż, jego przeciwnik wyjątkowo poprzysiągł sobie z niego kpić. Że niby miałby z nim ustawić walkę? I co, potem niech publika osądza który lepiej udawał?

Ową karteczką obraził nie tylko jego dumę, jako wprawionego maga i wojownika, ale też publikę, jak i każdego wojownika który w tym uświęconym miejscu chciał udowodnić swoją wartość.

Nie, tego już za wiele. Dobrze, że dał mu źródło do użycia przygotowanych wcześniej zaklęć.

Kiedy tylko pierwsze błyskawice doleciały do cylindrów, te rozświetliły się, budując przed sobą lustrzaną ścianę. Koleją rzeczy było, iż pociski trafią w ścianę i odpowiednio wzmocnione, wrócą do właścicieli, kompletnie niszcząc zarówno owe "soczewki" jak i te Deadry które nimi miotały. W ten sposób Zegarmistrz zredukował populację na arenie.

Uśmiechnął się krzywo, bo wszystkie trybiki były na swoim miejscu. Sięgnął po kolejne karty i aż mu się oczy zaiskrzyły na to, co los postanowił mu ofiarować.

- No, to by było na tyle. Teraz to go dopiero zaboli.

Upewnił się że Zar jest tam, gdzie być powinien po czym uniósł w górę karty, i dla samego siebie tylko, bowiem nikt poza cylindrami nie mógł go usłyszeć, krzyknął:

- PAX CYLINDER, PAX REVERS, PAX G-ZERO!

Tym razem wszystkie cylindry zalśniły szkarłatem, kiedy Zegarmistrz ukrywał pod nimi kolejne zaklęcia. potężne zaklęcia, warto dodać.

Czekanie bowiem było jak najlepszym rozwiązaniem w tej chwili. Jego przeciwnik przyzywał twory których łatwo mógł się pozbyć, sam był tak długo nietykalny jak Rex nie postanowi zaatakować. A do tego czasu mógł fortyfikować się coraz bardziej. Czekanie było jak najbardziej po jego stronie. Dla publiki mogło to wyglądać podobnie. Zegarmistrz pod cylindrami, a przeciwnik co by nie robił, nawet go nie draśnie. Dla kogoś mogło by to być nudne, ale po co miałby marnować energię, skoro przeciwnik miał coraz mniej czasu?

Tak długo jak Zegarmistrz przebywał w swojej twierdzy, tak długo nie musiał się martwić wieloma szczegółami. Wystarczyło przygotowywać kolejne kontrzaklęcia, no i planować odrobinkę w przód, bowiem jego przeciwnik miał dziwne nawyki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Wybacz mi Zegareczku, ale zapomniałem napisać na kartce, że po pewnym czasie Żmij lodu staje się odporniejszy na ogień. O i widzę, że masz słabe nerwy.- Rex zaśmiał się, lecz stracił humor gdy jego Deadry zaczęły obrywać. Zaczął je pojedyńczo przyciągać do siebie i je niszczyć- Niekompetentni imbecyle! Jesteście zakałami wszystkich Deadr!- grzmiał Rex niszcząc kolejne Deadry, zanim zabił ostatnią zabrał jej łuk i kołczan pełen strzał.- Co to są za je...- wojownik na chwilę umilkł, aby po paru minutach rzec zupełnie innym głosem- Ale się uniosłem, było minęło. Trzeba teraz tylko odreagować.

Rex ukrył prawą dłoń za sobą, aby po chwili wyciągnąć pomidora i rzucić nim w Zegarmistrza.

-Duplicate!- Na arenie pojawiło się kilku Rex'ów, którzy poczęli miotać pomidorami w swego wroga. Rex mruczał coś pod nosem, aby w końcu stworzyć kilkanaście sucharów i nimi też miotać.

-Zobaczymy jak sobie poradzisz z moimi sucharami!- Wojownik zaczął się śmiać- Czekaj to jeszcze nie koniec!- Rex machnął ręką i stworzył pięć kotletów schabowych, a po utworzeniu ich przemówił śmiejąc się po każdym słowie- Idźcie moje schaby! Wywołajcie u mojego wroga biegunkę i problemy z trawieniem!- Rex cały czas się śmiał, lecz po chwili spoważniał, gdy jeden z jego klonów wyszedł z ziemi i rzekł.

-Runa Rozproszenia Magii- Klon padł sam ofiarą swego zaklęcia, lecz otworzył wojownikowi drogę do ataku. Atak był z góry przewidziany, pomidory miały tylko wybadać pole ochronne i je minimalnie rozproszyć, najważniejsza była jednak runa rozproszenia, która miała przepuścić kilka strzał i pomidorów przez tarczę. Rex wystrzelił z łuku czym prędzej, aby zdążyć nim runa sama siebie pochłonie, a do tego rzucił kilkoma pomidorami, żeby ubrudzić swego przeciwnika. Wojownik nie tracił czasu i rzucił kolejne zaklęcie.

-Mgłoczłeki przybywajcie!- Z splugawionej ziemi zaczęły wychodzić te upiorne kreatury i iść w kierunku Zegarmistrza, a do tego Klony Rex'a zaczęły grać pieśń bojową na stworzonych przez siebie bębnach. Wojownik powiedział na koniec to co zwykle, dodając kolejne przezwisko wymyślone dla swego przeciwnika.

-Twoja kolej, poważny człeku!

Share this post


Link to post
Share on other sites

I to był cały cel jego działań. Same pomidory jak i reszta pożywienia były zwyczajnie zbyt słabe żeby magia chroniąca cylindry się uaktywniła.

Ale strzał z łuku był wystarczający.

Kapelusze zalśniły jasno i czas na arenie stanął. Krzyżówka Alicji z Krainy Czarów z Białym Królikiem nie tylko mogły zatrzymać czas obiektu, ale też zwiększyć stosownie(dzięki Alicji) zasięg działania tego zaklęcia. A to był dopiero początek, bowiem kiedy odpaliło jedno zaklęcie ochronne, za pierwszym poleciały kolejne.

Dla Rexa musiało być to dziwne uczucie, najpierw widział jak strzela do cylindrów. Potem zaś, dzięki zaklęciu teleportacji, znalazł się przed owym cylindrem, jak i przed strzała która zmierzała w jego pierś. To zasługa G-Zero, zaklęcia które powoduje, że napastnik teleportuje się przed swój własny atak.

Zaś runiczne rozproszenie uderzyło tylko w Rexa, bowiem Cylinder miał za zadanie odbić pierwszy, magiczny, atak wprost do swojego właściciela.

Kiedy tylko Rabbit przestał działać, a czas na arenie zaczął płynąć, w Rexa uderzyły oba ataki - w pierś strzała(co było ciekawostką, bowiem deadryczne strzały rzekomo miały dość mocy by przebić deadryczną zbroję) i rozpraszająca runa w plecy.

I w ten prosty sposób Czarne Kapelusze pozostały nietknięte, zaś Zegarmistrz mógł aktywować kilka ciekawszych zaklęć.

A nie zamierzał na tym poprzestać, bowiem dzięki przeciwnikowi miał baterię która dawała mu nieograniczone pokłady mocy.

Kiedy tylko Rex odsunął się, mimowolnie, od swojego generatora, Zar natychmiast go pochłonął, razem z cała zawartą w nim magią. Jego przeciwnik nie zwracał uwagi na konstrukta, który to powoli, acz dokładnie drążył arenę od spodu, byle by tylko znaleźć się bezpośrednio pod filarem, który teraz bez większego problemu przetrawiał.

Zachwycony tym widokiem Zegarmistrz pociągnął z talii kolejne 3 karty.

- Pax Devastation Virus, Pax Light Sword, Pax Black Hole.

Pod kapeluszami wylądowały kolejne 3, potencjalnie zabójcze, karty. musiał przyznać, tym razem miał wspaniała rękę, dawno nie wyciągał takich układów.

Ale nie mógł spocząć na laurach, nie teraz kiedy planował zrobić drobne świństwo przeciwnikowi.

- Zar, mógłbyś wykorzystać nadmiar mocy by tu trochę posprzątać?

I Zar zrobił o co go poproszono. Konwertując pochłoniętą magię na pierwotną, zyskał sporo materiału do działania. A co z tym szło, mógł swobodnie tworzyć własne wizje.

Przybrał kształt humanoidalny, przypominając tym statuetkę Buddy trzymającą gong. A kiedy uderzył w niego pięścią, fala czystej, niczym nie zmąconej magii pierwotnej zaczęła rozchodzić się po arenie. Wszystko co było obce, co nie należało do tego świata bądź nie było tworem Zara lub Zegarmistrza, zaczęło się rozpadać. Splugawiona ziemia była oczyszczana, temperatura powietrza wzrastała, lodowy Żmij zaś w agonalnym okrzyku rozpadł się niczym bańka mydlana. W końcu fala zniszczyła też zarówno klony Rexa, spopielając je na miejscu, jak i owe kreatury zrodzone z mgły. A kiedy skończył na arenie pozostał tylko On, Rex i 5 wciąż nietkniętych Kapeluszy.

A wszystko dzięki nieuwadze jego oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Och, Zegareczku. Dajesz mi broń do ręki?- zapytał Rex wyciągając strzałę ze swojego ciała, które natychmiast się zregenerowało tak jak zbroja. Do tego wyciągnął z ziemi miecz, który wbiła w niego Deadra.- Ech, mówiłem Ci już o definicji odnawiania się? Chodzi o to, że Żmij i Mgłoczłeki, które teraz zamienią się w Gniewoczłeki raz zabite odnawiają się. Ciągle, ciągle i ciągle, chyba, że ich twórca je zabije.- Rex zaśmiał się, gdyż za jego plecami pojawił się Żmij lodu i kilka Gniewoczłeków.- Nie da się też ich "strawić". Hi hi. Teraz moja kolej. Widzisz moją maskę?- wojownik popukał w maskę przytroczną do pasa- To moja tajna broń, a wiesz na czym ona polega? Na kopiowaniu!- wykrzyczał Rex, po czym dodał- Skopiuj Zara!- obok Rex'a pojawił się prawie taki sam konstrukt jak Zar, z jedną prostą różnicą, Raz, bo tak wojownik nazwał swoją broń, miał na piersi herb Hohenbergu( czerwony zamek na czerwonym wzgórzu, na czarnym tle).

-Mgła!- powiedział nagle Rex, po czym dodał- Ciemność nadchodzi ze mną! Mam takie pytanie: Czy Zar jest odporny na ataki fizyczne?- wojownik otoczył arenę mgłą przez, którą tylko on widział, po czym dobiegł do Zara i zaczął ciąć go mieczem, lecz po kilku atakach odszedł, aby przywołać coś co miało ogłuszyć Zegarmistrza.

-Głośna muzyka! Szorstka muzyka! Muzyka zniszczenia!- fala dźwięku rozeszła się po całej arenie, lecz nie był to koniec ruchu wojownika.

-Absorbcja!- Rex sięgnął swoją macką po moc tworzoną przez cylindry, mackę mógł zniszczyć tylko atak fizyczny, lecz kto w mgle mógł dostrzec kryjącą się mackę?

-Twoja kolej, niszczycielu tego co po śmierci powstaje na nowo silniejsze!- powiedział na koniec Rex, szykując potężny atak.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ataki jego przeciwnika stawały się coraz słabsze. Gdyby Zegarmistrz nie widział wcześniej tego co zrobił, mógłby nawet powiedzieć, że desperackie. A co gorsza, wszystkie te działania Zegarmistrz przewidział. I teraz mógł się z nich tylko śmiać.

Najpierw skopiowanie Zara.

Sam fakt próby powinien wypalić umysł jego przeciwnika do gołej czaszki, bowiem to tak, jakby kalkulator chciał skopiować bilion terabajtów w jednej chwili.

Potem atak fizyczny na istotę, która potrafiła wytrzymać napór tworzącej się Supernovy. Prócz serii brzdęknięć nie przynoszący żadnego innego efektu.

Zaś jego ponowne przyzwanie istot które już raz dał radę zniszczyć zakrawało na prawdziwą pracę godną Syzyfa.

Przecież wystarczyło pstryknąć palcem, a Zar ponownie uderzył w gong, ponownie obracając w perzynę wszystkie te twory, z "Raz'em" włącznie. To nie był balet czy gra w oczko, tutaj użycie tego samego ruchu dwa razy, jeśli było opłacalne, to się go używało. Głupotą było by sądzić, że Zar nie wiedział jak radzić sobie z istotami swojego pokroju, zwyczajnie anihilował twór, wchłonął i wzmocnił samego siebie. Oczywiście odpowiednio odfiltrowując z niego wszelakie zaklęcia których wolał by uniknąć.

Proces ten mógł powtarzać tak długo, jak tylko Rexowi by się chciało, wszak każda chwila kiedy jego tworów nie było, to chwila jaką Zegarmistrz mógł swobodnie wykorzystać. Ponad to, każde wchłonięcie powodowało iż Zar stawał się coraz silniejszy, co też nijak nie szkodziło Zegarmistrzowi.

A macka? Ta żałosna namiastka zaklęcia przechwytującego? Tylko aktywowała kolejne z zaklęć ochronnych jakie posiadał. Tym razem to potężniejsze. W chwili kiedy tylko dotknęło cylindra, przed macką otworzył się portal, który ją wciągnął. I to poniekąd był koniec dla Rexa. Portal pochłonął mackę, kopiując z niej wzór magiczny oponenta. A dzięki temu mógł rozróżnić co było a co nie było Rexem. I zaczął wchłaniać tylko to, co raz już wchłonął - wszystkie twory które mogły umknąć Zarowi, nie miały nawet najmniejszych szans z Czarną Dziurą która je wyłapywała i skutecznie więziła. A to co pożarła już się nie regenerowało. Nie pojawiało ponownie, bowiem w chwili kontaktu z Zegarmistrzowym tworem, nie tylko znikał twór, ale też przestrzeń, wola i sens istnienia magicznego dzieła. Owym zaklęciem Zegarmistrz nie tyle niszczył, co wymazywał wszystko co zostało wciągnięte. Z istnienia, z pamięci, z continuum. Gdy tylko Żmij dostał się do środka, znikł, wymazany z pamięci widzów, z pamięci Zegarmistrza nawet czy swego właściciela. A jak wezwać ponownie coś, o czym się nawet nie pamięta?

Jego przeciwnik był chyba niespełna rozumu, jeśli myślał, że tak proste sztuczki, to magią ciężko to nazwać, zadziałają.

Ale usunięcie tworów to był tylko dodatek do tego tortu. Dziura nie zamierzała skończyć na tworach, jej siła wciągania reagowała na wszystko co miało jakikolwiek związek z Rexem. Z nim włącznie. Tak więc po żmiju i owych ludkach mgielnych, nadeszła kolej na ziemie, glebę po której Rex stąpał, na powietrze którym oddychał, w końcu zaś na niego samego. A zaklęcie raz rzucone z kart miało wspaniałą właściwość. Bowiem nikt i nic nie mogło go zatrzymać wbrew zasadom. Nawet sam Zegarmistrz. Tak więc patrzył, spod kapeluszy, które nie przepuściły nawet tak drobnej rzeczy jak jazgot którym chciał go potraktować przeciwnik, jak Dziura się powiększała, przyciągając coraz mocniej jego oponenta. Co prawda dało się zatrzymać zaklęcie wedle praw nim rządzących - wystarczyło by, że w pobliżu nie było by żadnej magii którą wcześniej dziura pożarła, lub odsunąć się na odpowiednią odległość od dziury, plus minus jakieś 400 metrów, ale o tym wroga nie musiał informować.

Teraz to naprawdę była już tylko kwestia czasu.

Specjalnie że przeciwnik, jak dotąd, był boleśnie wręcz przewidywalny.

Mimo tego iż był pewny wygranej, postanowił jeszcze raz pociągnąć za karty.

- Pax Black Moon, Pax Maze, Pax Shadow.

Tym razem rozświetlił się tylko kapelusz z numerem 3, lecz było to wystarczające by zaklęcia wylądowały tam, gdzie ich potrzebował.

Share this post


Link to post
Share on other sites

GONG!

 

To koniec pojedynku, lecz jeszcze nie znamy jego zwycięzcy. No i tu wkraczacie WY, droga publiczności!

 

Zapraszam do komentowania, głosowania, gratulowania, wskazywania na swego faworyta! Który z magów zaskarbił sobie Wasze uznanie i który z nich przejdzie dalej? Przekonajmy się!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pierwszy!

 

Zakończył się najpopularniejszy pojedynek pierwszego etapu II Turnieju Magicznego. Rex miał to nieszczęście, że trafił do grupy śmierci. A jeszcze większego pecha miał, trafiając na finalistę poprzedniego turnieju oraz faworyta tego, przy nieobecności Fiska.

I, co prawda potykając się raz za razem, dotrzymywał kroku Zegarmistrzowi prawie do samego końca. Obaj używali ciekawych czarów ( choć tutaj najbardziej było widać średniość doganiania Zegarmistrza przez Rexa ). By jednak na ten moment wyrównać, Zegarmistrz kierował postacią, którą kreował na znacznie potężniejszą od przeciwnika. Nie napiszę, że neutralizuje to fakt, iż takich magii używał wcześniej i Rex mógł je poznać ( czemu I Turniej jest zablokowany? ), bo Zegarmistrz głównie pasywnie chronił się przed atakami Rexa - nie zbaczał z swojego planu, używając wcześniej rzuconych czarów do obrony przed atakami. 

Jednak mój punkcik poleciał do Zegarmistrza. Używał on ( trochę ) ciekawszej magii oraz pisał znacznie lepsze posty. Na niekorzyść Rexa ponadto działała także inspiracja znanymi dziełami ( czyli brak chęci na drobne przerobienie Daedr na swoją korzyść ) oraz "płacz", który niewiele dał podczas walki - liczyłem, że ciekawiej poprowadzi ten wątek.

Tak sądzę i to rzekłem ja, Oporowe Ciastko.

 

EDIT

No, ja  napisałem już pierwszą opinię na tym Turnieju, a tu jeszcze pojedynki z tego etapu niezakończone.

Edited by Ohmowe Ciastko
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...