Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
już nie wchodzę

Między Jawą a Snem - Sesja

Recommended Posts

tlwlHxb.png



Infinity

Budzisz się w swoim łóżku. Łagodne promienie słońca przedzierają się przez zasłonięte firany budząc Cię. Miałaś dobry sen. Wszystko miało być dzisiaj dobrze. Jesteś wyjątkowo optymistycznie nastawiona, nawet jak na ciebie.
Nagle czujesz dziwne swędzenie na karku. Pewnie komar Cię ugryzł w nocy, czy coś takiego. Mimo wszystko czujesz, że musisz się podrapać. Kopytem ciężko, więc unosisz za pomocą magii leżącą nieopodal szczotkę do włosów. Drapiesz się po karku. Od razu lepiej. Odkładasz szczotkę z powrotem na miejsce, obok tego cudacznego listu, który dostałaś wczoraj. Zapewne zapomniałabyś o tej sytuacji, gdyby nie fakt, że na szczotce znajduje się wielki pająk.

Bitenbag

Masz straszny sen. Celestia, w swojej najgorszej postaci. Solar Flare. Ognisty demon, chcący Cię zabić za wszystko co zrobiłeś i czego nie zrobiłeś. Nie, to nierealne. Budzisz się. Wszystko jest w idealnym porządku. Ale czy przypadkiem... czy przypadkiem zza drzwi nie wyślizgują się płomienie? Nie, wydaje ci się... a może jednak? Jesteś pewny? Nie czujesz dziwnego zapachu palonego drewna i metalu? Tego dziwacznego ciepła?

Haze Steam

Jesteś w warsztacie. Pięknym, naprawdę pięknym warsztacie. Dokładnie obok twojego domu. Pojawił się dziś rano. Wydaje ci się to takie oczywiste, takie realne. Jesteś pewny, że nie śpisz. Tak, to zdecydowanie jawa. Pod kopytami czujesz coś dziwnego. Jakby papier. Pochylasz się. List. Bez znaczka i nadawcy, tylko adresat. Taki dziwacznie pociągający. Nagle poczułeś jakby... przeciąg ustał? Rozglądasz się. Ściany zaczynają się do ciebie zbliżać. Są coraz bliżej ciebie, jakby chciały Cię zgnieść. Tak, to na pewno jest naprawdę.

Vanilla Pudding

Budzi Cię dziwne pikanie. Jakby pomieszanie budzika ze przestarzałym sprzętem lekarskim. Zrywasz się czym prędzej z łóżka. To musi być sen. To nie może się dziać naprawdę. Nie żyjesz przecież w podrzędnym horrorze, do cholery! Ale jednak się dzieje. Nie jesteś u siebie w pokoju, tylko szpitalu. Z tego co widać, nieużywanym. Z jakiegoś powodu, tylko Bogu znanemu, nie panikujesz. Czujesz spokój i uczucie... rozczarowania. Robisz krok do przodu. Nagle ślizgasz się na czymś. Rzecz wlatuje pod łóżko i musisz się czołgać, by ją wyciągnąć. W końcu ją łapiesz. To list. Dziwacznie hipnotyzujący. Zaraz, zaraz... nie widzisz kątem oka dziwacznej postaci w drzwiach? Kucyk o zielonych oczach... jednorożec... to kolejny koszmar, czy już nie?

Calamity

Jęki.
Jak byś miał opisać jednym słowem to co się teraz dzieje, to byłyby to jęki. Jęki takie nieludzkie, przerażające i prawdziwe zarazem. Każdy zostawiał to chore echo w uszach. Jakby chciał się na tobie zemścić. Z łóżek podnoszą się nadgniłe już ciała. Każda dziwnie znajoma. Każda choć raz widziana na stole operacyjnym. Nie atakują cię. Raczej proszą, byś im pomógł. Wiesz, że nie możesz. To niemożliwe, po prostu. Nie wiesz jak się tu zjawiłeś, ale wydaje ci się to zupełnie naturalne. Na grzbiecie masz juki. W jednej z nich trzymasz ten dziwny list. Ten, który tak dziwnie cię przyciąga.

Deyras

Obracasz w kopytach list. Dziwne, bardzo dziwne. Z czymś takim się jeszcze nie spotkałeś. Słyszysz w krzakach jakieś dziwne szepty. Nie przejmujesz się nimi. W razie czego masz miecze, obronisz się. Nie widzisz żadnego niebezpieczeństwa.
Bo może koszmar ma dopiero nadejść?

Edited by Seluna

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trzymając kopytkami tajemniczy list powoli wyczołguję się spod łóżka. Ciągle jestem zdezorientowana zaistniałą sytuacją i to chyba ta dezorientacja sprawia, że nie rzuciłam się pędem ku drzwiom bądź oknu by stąd uciec. Jakim cudem znalazłam się w szpitalu? I to najwyraźniej opuszczonym... Kładę list na pościeli łóżka, na którym jeszcze przed chwilą spałam. A może wciąż na nim śpię? Może to sen i widzę własne łóżko, ale zmienione i puste? Przełykam ślinę i spoglądam na list. Dociera do mnie, że kiedy go brałam widziałam coś kątem oka. Odwracam się gwałtownie w tamtą stronę, kuląc nieco, bo szok powoli ustępował miejsca przerażeniu. 

- Kto tu jest?! - krzyczę, a po chwili namysłu dodaję - Gdzie ja jestem?! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przez chwilę stoję w miejscu, kiedy myśli chaotycznie przelatują mi przez głowę.

- To niemożliwe! - poruszam ustami, nie wypowiadając jednakże tych słów głośno.

Cofam się o krok, oddychając coraz szybciej, po czym rzucam się do drzwi... i zatrzymuję w pół kroku.

- List! - zbłąkana myśl przebiła się przez zamęt w mej głowie.

Spojrzałem pod nogi, zaś list otoczyła zwiewna, magiczna aura. Nie zastanawiając się nad własnymi poczynaniami, pobiegłem w stronę drzwi.

- Oby były otwarte - powtarzałem w myślach, raz po raz.

Gdzieś w zakamarkach mego umysłu kryła się jednak pewność, że drzwi są zamknięte.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wydałam z siebie nieartykułowany dźwięk, przypominający równocześnie wrzask, pisk i jęk. Poczułam, jak robi mi się czarno przed oczyma. Pająk, ukąszenie, jad, to już koniec, ratunku - w mojej głowie migały różne myśli. Drżącym kopytem sięgnęłam po najbliższą książkę - opasłe tomisko zatytułowane "Become Popular" i celnie rzuciłam w potwora, przy okazji przewracając kubek z niewypitą kawą. Pająk zatrzymał się, zdezorientowany po uderzeniu. W nagłym przebłysku świadomości skumulowałam magię, przekazałam jej elektryczność zasilającą lampę i wystrzeliłam z ogromną siłą w mojego wroga. Usłyszałam huk i poczułam zapach spalenizny. To, co kiedyś było pająkiem, leżało na podłodze i dymiło jak spalona kiełbaska. Ciężko oddychając, usiadłam na łóżku. To powoli zaczynało być dziwne. Przez ostatnie dni już kilkakrotnie stałam się celem i domniemanym obiadem tych włochatych, obrzydliwych stworzeń. Miałam niepokojące wrażenie, że nie tylko ja byłam narażona na niebezpieczeństwa. I że to miało coś wspólnego z listem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Blask płomieni ogniska odbijał się w mych, błękitnych oczach małym, mglistym odblaskiem. Czułem gładkość papieru za każdym pociągnięciem kopyta po fakturze listu niczym muśnięcia krzesiwa o zimną stal miecza. Zastanawiało mnie pochodzenie tego podarunku. Zadbany, gładki, a nawet czułem ten świeży zapach papieru jak prosto z drukarni. Pamiętam ten szczególny zapach przeszłości, to na pewno nie zakurzony pergamin z archiwów Canterlowskich, bardziej jakiś gotowy wyrób z drukarni, ale najbliższe miasto jest parę dni drogi stąd. Coś mi tu nie pasowało. Zauważyłem ten list zaraz po przebudzeniu, uprzednio wydając z siebie obłąkańczy krzyk przez sekundę, dwie. Po uspokojeniu i paru łykach słabego trunku, dla uspokojenia, bo nie mogłem nerwowo wytrzymać... ten dziwny list ktoś oparł o mój podróżny plecak. Tajemnicza wielbicielka o blond włosach? W środku lasu Everfree? Stara, zgrzybiała czarownica? Znałem tylko Zecore mieszkającą blisko Ponyville. Ten kto uznał biedną zielarkę przebywającą, podobnie jak ja, samotnie, gdyż taka już nasza nomadzka natura zebr, za "złą czarodziejkę tańczącą straszne tańce...", musiał być kompletnym, zaszczanym rasistą. A ten list? Rzuciłbym go od razu w ogień gdybym dostawał takie w hurtowych ilościach, cholera wie czy to nie podstęp, choć gdyby mnie znaleźli, zabiliby od razu na miejscu za rzekome "zbrodnie przeciwko koronie". Troszkę dystansu. Ten ktoś najwidoczniej bawi się ze mną w kotka i myszkę. A jeśli to piękna, atrakcyjna klacz o blond włosach, grywa ze mną w dziwną, infantylną grę wstępną, kto wie czy nie ma problemów natury psychologicznej? Jest to na tyle głupie i komiczne w swojej osobliwości, że chyba wolałbym zabić, już którąś to z kolei wiedźmę, za przysłowiowego bochenka. 

 

Nie wydaje mi się też na tyle głupia by schowała się w krzakach. Sześć metrów dalej, po mojej lewej. Aż mógłbym zagrać na lutni w rytm tego sapania, a jestem na tyle przytomny by wiedzieć, że jeszcze nie zwariowałem. Swoją drogą pani "szepcząca pośród cieni" trochę fałszuje tą "melodie", którą znam wręcz na pamięć. Ballada gróźb, pieśń nienawistna, straszak na tchórzy, treny złej wróżby, ten wiersz przewija mi się od małego. Ciemność, ciemność, która zakrywa mi prawdę, a w tej ciemności krew, a w tej krwi...

 

Może lepiej wezmę pomniejszy miecz, oprze go przy boku. Nie podoba mi się ta nagła cisza... 

Edited by Dayan

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Czy ktoś coś tutaj pali?- wykrzyczał Bitenbag wychodząc z łóżka, cisza była jego jedyną odpowiedzią.

-Gdzie moi niewolnicy?- zapytał sam siebie

- Nie masz niewolników- natychmiast odpowiedział mu jego mózg- To, że masz pracowników, którzy pracują na czarno, nie znaczy, że masz niewolników.

-Ale tak czy siak, gdzie oni są?

-Mają dzień wolny, ze względu na twój wczorajszy dobry humor.

-Taa, płatne urlopu, już pamiętam. Dobra idę się napić kawy.

Jak powiedział do siebie tak zrobił, martwiła go pusta, był jednak trochę przywiązany do swoich pracowników, choć starał się być surowy. W głebi duszy... był dobry i współczuł wszystkim swoim pracownikom, czasem czaił się i wrzucał im po monecie do kieszeni. Biten uśmiechnął się na tą myśl, czy raczej wspomnienie.

- List.- powiedział widząc go, lecz po chwili poprawił się, a raczej próbował uspokoić siebie samego.- Jaki list? Nie widzę żadnego listu.

Po czym oddalił się szybkim krokiem i schował za ścianą, ciągle jednak obserwując list.

-Może to od Celestii?- wzdrygnęła nim ta myśl- Lepiej go nie otwierać, Biten idoto, masz ułożone życie, nie bądź głupcem i nie psuj sobie życia.

No i Biten poczuł się bezsilny, ostatnio czuł się tak, gdy stracił pracę, więc zrobił to co wtedy, mianowicie położył się pod ścianą i rozpłakał. Nagle coś nim wstrząsnęło.

-List i sen, czy to możliwe, aby te dwie rzeczy były ze sobą powiązane?- kiedy tylko skończył mówić w pustkę, poszedł do kuchni i wziął swoją kawę, którą zaczął pić, a także wziął największy nóż jaki znalazł.

-Cokolwiek chce mnie dostać, najpierw będzie musiało mnie zabić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Smukła klacz czołga się w moją stronę zostawiając smugę krwi. Co chwila zatrzymuje się na plecach dysząc ciężko po czym kontynuuje swoją wedrówkę. Patrzę zafascynowany na jej wysiłki nie mogąc oderwać wzroku.  

Jest piękna.  Jej płomienna grzywa dalej zachwyca choć przesiąknięta krwią    . Wielkie szmaragdowe oczy lśnią mimo iż są pełne bólu.   

 

Gdyby tylko nie widoczne w jej rozciętej piersi słabo bijące serce.

 

Pegazica uniosła się lekko na skrzydle i spojrzała mi prosto w oczy.

-Pomóż mi – zaszlochała klacz.  

-Pomóc? – zachichotałem gdyż niedorzeczność tej sytuacji bawiła mnie – panienko, ja już z tobą dawno skończyłem.

Towarzyszące mi już od dłuższej chwili  otępienie nagle mija a rzeczywistość spada na głowę niczym młot.

Przerażony zrywam się w tył. W panice  potykam się o stojak i toczę po podłodze. Strzykawki, tabletki  i probówki lecą na wszystkie strony.   Szybko staję na kopyta i pędem ruszam ku jedynym widocznym drzwiom.               

Share this post


Link to post
Share on other sites

Infinity

List, list, list. Chodzi ci to słwo po głowie nawet gdy śpisz. Łatwo się domyśleć, że spanie zbyt przyjemne nie jest. Na stoliku nocnym leży nóż do papieru. Nie pamiętasz byś go tam kładła. Jakby znalazł się tam specjalnie po to, by cię pokusić. Wpatrujesz się w nieco przygniecioną kopertę jakby zahipnotyzowana. Dlaczego otwarcie listu jest takie trudne? Dlaczego masz odwagę zabić pająka, a nie masz odwagi otworzyć listu? Patrzysz na kalendarz. Sobota, całe szczęście. Zaczyna brakować jedzenia, przydałoby się zrobić zakupy.

Bitenbag

Pijesz kawę. Nic niezwykłego, robisz to praktycznie każdego ranka. Nagle masz wrażenie, że śmietanka na powierzchni napoju zaczęła się układać w jakieś dziwne wzory. E tam, wydaje ci się. Pijesz dalej. Ten wzór coś dziwnie przypomina słońce. Nie masz wątpliwości. Symbol Celestii. Rzuczasz kawę o podłogę i wybiegasz z domu.
Znasz to dziwne uczucie strachu, gdy coś cię prześladuje?
To było tego najlepszy przykład. Nawet na dworze miałeś wrażenie, że zaraz wyskoczy na ciebie Celestia z gwardią. Nagle usłyszałeś jakieś dziwne krzyki z rynku. Czyżby jakiś festyn?

Haze Steam

Ku twojemu zdziwieniu, drzwi się otwierają. Wypadasz z impetem na trawę twarzą do dołu. Trzeba będzie umyć zęby. Tajemniczy warsztat jakby przestał się kurczyć. Podchodzisz do drzwi. Próbujesz je otwierać, bez skutku. Przyglądasz się listowi. Odkąd go otrzymałeś coraz częściej zdarzają ci się takie dziwne sytuacje. Nagle mocne uderzenie wcześniej daje o sobie znać. Z nosa zaczyna ci lecieć krew. Dużo krwi. Biegniesz do domu i zaczynasz szukać jakichś chusteczek, by zahamować krwotok.

Vanilla Pudding, Calamity

Biały jednorożec wpada do pokoju. Klacz tylko krótko krzyczy, po czym zatyka sobie usta, bojąc się, że ten nowy koszmar wykorzysta to przeciwnko niej. To chyba ten ogier, którego widziała przedtem. Krzyczała do niego, ale on chyba nie zareagował na krzyk, bardziej jakby coś go goniło. Wygląda za drzwi. Oprócz porozrzucanych sprzętów zobaczyła jeszcze czołgające się ciało. Teraz nawet nie tłumiła krzyku. To wszystko przerosło ją już dawno temu.

Deyras

Nagle z krzaków wyskakują trzy drobne postacie. Już jesteś gotowy zaatakować, ale okazują się to źrebaki. Zaczynają śmiać się z ciebie i tańczyć wokółc iebie jakieś dziwne tańce, mające zapewne parodiować kulturę zebr. Wzdychasz tylko. Nie ma się co przejmować rozwydrzonymi bachorami. Źrebaki nudzą się i biegną w stronę Ponyville. Dopiero teraz słyszysz, że dobiegają z niego jakieś dziwne melodie, śpiewy...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cały drżę i mam niespokojny oddech. Nie potrafię się uspokoić, nagle mój wzrok przykuwa kucyk wychodzący zza rogu, wydaje mi się, że to gwardzista Celestii, lecz po chwili nie dostrzegam zbroi ani miecza. Cały jestem pokryty zimnym potem.

-Miecz, miecz, potrzebuję miecza!- krzyczę w myślach, lecz nagle genialny plan wpada do mojej głowy. Tłum jest dobrą kryjówką, to tłum zapewni mi bezpieczeństwo.

Jak szybko tylko potrafię biegę na festyn. Niestety ukrycie się w tłumie nie daje mi oczekiwanego ukojenia, coraz bardziej mi się wydaje, że tłum dookoła mnie to strażnicy, a postać na podwyższeniu to Celestia, rozkazująca gwardzistom dorwać mnie. Próbuję wydostać się z tłumu, lecz potykam się i upadam. Moje oczy obwicie łzawią, lecz ja skupiam się na śmiechu który słyszę z każdej strony.

-Ch***ż się, Celestio!- krzyczę na całe gardło, lecz z każdą chwilą wydaje mi się mocniej, że wszyscy dookoła mnie to strażnicy chcący mnie dorwać. Zakrywam, więc oczy kopytami i płaczę coraz mocniej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wracam ostrożnie do salonu, odchylając głowę i przyciskając lekko chusteczkę do nosa. Siadam do stolika, spoglądając nieznacznie na list, leżący przede mną, na wyciągnięcie kopyta. Zostawiłem go tutaj, kiedy pobiegłem do łazienki po chusteczki higieniczne, a także aby przepłukać usta i umyć twarz. List. Skąd się wziął w warsztacie? Nie mogę sobie przypomnieć, w jaki sposób się tam znalazł. Odkąd go otrzymałem, nie miałem okazji zajrzeć do koperty. Zawsze jakieś ważne sprawy odciągały mnie od niego.

Odsuwam chusteczkę, spoglądając na ciemną plamę na niej, i uśmiecham się krzywo do samego siebie.

- Przecież to tylko list - myślę sobie.

Chociaż wcale tak nie myślę. Jedynie staram się to sobie wmówić. Ponownie spoglądam na list. Symbol mojego postępującego szaleństwa? Potrząsam energicznie głową i wstaję.

- To się robi niedorzeczne - mruczę pod nosem.

Wyciągam z szuflady niskiej komody nożyk do papieru i ponownie siadam przy stole. Powoli przysuwam kopytem list do siebie, zaś mały, prosty nożyk kołysze się nieznacznie ponad kopertą, utrzymywany moją magią. Co jest w środku? Kto go wysłał? Siedzę tak, wpatrując się w list, z nożem do papieru nad nim, sam nie wiem jak długo. Ostatecznie odkładam nóż i z przeciągłym westchnięciem, odsuwam kopertę jak najdalej od siebie, jakby z odrazą, choć nie od razu zdaję sobie sprawę z własnej reakcji.

Warsztat. Czy ja miałem warsztat? Jestem prawie pewny, że nie, ale... Na pewno? Przecież jego widok wcale mnie nie zdziwił. Nie mogłem do niego wrócić. Czy on wciąż tam stoi? No i ten list. Nie wiem od kogo, ale wiem, iż na pewno do mnie. Spoglądam na kopertę ponownie.

- Haze Steam - poruszam bezdźwięcznie ustami, odczytując imię adresata.

List leży tam. Ot, zwyczajna biała koperta, a jednak sama myśl o otwarciu jej sprawia, że czuję się wyjątkowo nieswojo. Nerwowo stukam kopytami po blacie stołu, rozglądając się po pomieszczeniu; prostym, wręcz stereotypowym salonie. Myśli pełzają mi w głowie, a każda kolejna jest bardziej nieprawdopodobna od poprzedniej. Nie otworzę listu. Wiem o tym, aż za dobrze.

Nagle jedna myśl, niczym cios boksera, sprawia, że natychmiast się prostuję. Kiedy ja go dostałem? Znalazłem go w warsztacie, to wiem na pewno, ale jestem także prawie pewien, że list otrzymałem wcześniej, a jeśli tak... To skąd się wziął w warsztacie; a co ważniejsze, kiedy i w jakich okolicznościach go otrzymałem?

Z tymi myślami wstaję od stołu i, po raz ostatni rzucając okiem na list, wychodzę na zewnątrz. Muszę się upewnić, że ten warsztat istnieje. Że on wciąż tam stoi. Muszę się upewnić, iż list pozostanie tam, gdzie go ostatni raz widziałem. Że kiedy wrócę do domu, będzie leżał na stole, niedaleko nożyka do papieru.

Czy ja oszalałem? Ulotna myśl przemyka mi przez głowę.

Edited by Arkane Whisper

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niech się one zamkną! Ta rozwydrzona banda gówniarzy! Bahory! Co za ignorancja... drodzy przodkowie, dajcie mi sił, ponieważ może faktycznie stanę się tym dzieciobójcą, o którym to tak głośno mówią. W sumie sam nie jestem z siebie dumny, niby wojownik, sługa kroczący drogą prawości i pokory, mistrz szermierki, kroczący w cieniu świata, asasyn! A zaczynam myśleć jak zwykły, zapluty barbarzyńca z litrem wódki. Do tego czuje się lekko nieprzytomny. Może uda mi się wstać. Nogi mi trochę zdrętwiały, a przysiągłbym, że pomorduje te dzieciaki, a głowy wbije na pale jako trofea. 

 

Nie mam wiadra wody, ani specjalnego koca. A co mi tam. Machnąłem prawym kopytem w stronę ogniska, gasząc go magicznym gestem telekinezy. Od taki pomniejszy czar z praktyczniejszych zaklęć "Znaków" naszych szamanów z Zebricy. 

 

Pakuje manatki. Broń, prowiant, cała reszta. Przy okazji zjem sobie nadgryzione jabłuszko, z wczoraj. Bym jeszcze zapomniał o liście. Wyrzucić? Może nie? Przeczytam go sobie rano, jak Słońce nastanie i nie będę sobie oczy psuł czytając po ciemnu w świetle ogniska. Ale fajnie było sobie tak głaskać po fakturze, takiej gładkiej, zakurzonej... 

 

Oczy przyzwyczaiły się do ciemności lasu, która zaczynała mnie powoli uspokajać. Jedynie blask księżyca przebijał się przez korony drzew, tworząc na ściółce, mozaiki bladych śladów, niby błękitnych szkiełek, niby świetlików. Z bliska można zauważyć, że to jedynie gra światło-cieni. Tej nocy księżyc był w pełni, a w lesie kręcą się zapewnię patykowilki. 

 

Przy okazji może wpadnę do Zecory, o ile ją zastanę. Może znajdzie coś na słuch, bo mnie te śpiewy i melodie zaczynają powoli irytować. A na pewno nie jestem schizofrenikiem. To blisko Ponyville, nie widzę problemu tam zajrzeć, przyda się jakieś nowe zlecenie, jeść trzeba.

Edited by Dayan

Share this post


Link to post
Share on other sites

Narzuciłam na siebie swoją ulubioną kurtkę dżinsową, a na kopyta włożyłam trampki.

- Babciu, idę kupić żarcie - zawołałam, schodząc po schodach w stronę drzwi wyjściowych, gdzie ta coś porządkowała przy akompaniamencie jakiejś starej piosenki. Wzięłam z komody kopertę z pieniędzmi od rodziców i wyszłam z domu. Pocwałowałam do głównej drogi, minęłam tory Ekspresu Przyjaźni i dotarłam na ponyvillski targ. Swoje kroki od razu skierowałam do stoiska z dżemami. Przywitałam się ze sprzedawcą i zaczęłam prowadzić walki ze swoim sumieniem, czy kupić wszystkie, czy tylko jeden. W końcu zdecydowałam się na malinowy i jabłkowy. Zapłaciłam i potruchtałam do piekarni. Wróciłam stamtąd z bułeczkami, drożdżówkami i chlebem. Następnie skierowałam swoje kroki ku mleczarni, warzywniaku, cukierni i kioskowi. Przez te pająki czuję się strasznie nijako, uznałam. Przynajmniej pokonałam swój lęk... tak trochę. Heh, to brzmi jak jakiś cytat z "Niezgodnej" Mareronicki Trot.

- Infinity, słyszałaś, że Derpy Hooves została zwolniona z pracy? - zapytała mnie Summer June, kioskarka i plotkarka, wręczając mi "Teen Hoovogue'a" i "Horse-bs'a". Plotki się rozchodzą z prędkością światła. Oczywiście, że obiło mi się to o uszy.

- Bidulka - westchnęłam. Tia, najgorzej to ma Dinky. Miły z niej kucyk, kiedyś pomogłam jej w lekcjach. Teraz znajdzie się w wielkich kłopotach... Ta odpowiedzialność rodzicielska... Zawsze wpędza nas, młodzież, w tarapaty... Podziękowałam Summer i ruszyłam w stronę domu. W powolnym rytmie wystukiwanym przez moje kopyta zaczęłam rozmyślać na temat listu i pająków. Po prostu WIEDZIAŁAM, że mają one jakiś związek. Jeśli czegoś nie zrobię, to pająki powrócą, a prawdopodobnie będą większe i ohydsze. A list będzie mnie dręczył ze zdwojoną siłą.

- Noża mogę przynajmniej użyć do pokrojenia jabłek - mruknęłam.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pobiegła czym prędzej przed siebie chcąc schować się gdziekolwiek tylko będzie można. Padło na jeden z pokoi. Zatrzasnęła drzwi tak mocno, że miała wrażenie iż zaraz wypadną z zawiasów. Nie żeby posiadała tak ogromną siłę, po prostu wyglądały na bardzo stare i najpewniej takie były. Oparła się o nie i dyszała ciężko. 

- Co to było?! 

Krzyknęła sama do siebie lecz od razu zatkała sobie pyszczek kopytkiem. Zerknęła na drzwi i odsunęła się z pomocą skrzydeł, zgrabnie lądując na drugim końcu pokoju. Obserwowała wejście i nasłuchiwała strzygąc niespokojnie uszami. Jej nogi drżały, delikatnie się kuliła. Spodziewała się, że cokolwiek tam widziała - a widziała dwa duchy i jedno ciało - przyjdzie po nią. Zdradziła się krzykiem. 

~ Bądź dzielna. To tylko koszmar. To musi być koszmar. 

Mówiła do siebie w myślach. Pocieszała się, zdając sobie sprawę, że to wszystko jest zbyt prawdziwe żeby było snem. Przełknęła ślinę i zrobiła krok w stronę drzwi po czym cicho do nich podleciała. Przyłożyła ucho do starego drewna. Zamknęła oczy i skupiła się na tym co słychać z drugiej strony. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie mogę wprost uwierzyć jak szybko  bije mi właśnie serce. Kołocze mi w piersi niczym ptak próbując wyrwać się na zewnątrz. Nieprzerwany dźwięk bijącego serca zagłusza niemal wszystkie dźwięki...

 

Nie licząc monotonnego stukania w szybę.

 

Ona wciąż tam jest.

 

Nie przestaje łkać. „Pomóż mi”.”Zobacz co mi zrobiłeś”. „Nie zostawiaj mnie”.   Zostawiając krwawe smugi nieporadnie mocuje się z klamką. Nie ma szans,  Jeszcze  w życiu czegoś nie trzymałem tak mocno.  

 

Nagle stukanie ustaje.

 

W końcu nie wytrzymuję martwej ciszy i drżąc oglądam się przez ramię.

Wciąż tam jest. Niczym wyrzut sumienia dźwiga się na skrzydle i patrzy mi prosto w oczy. Pamiętam. Te same oczy ciekawe szczegółów czekającej operacji.  Takie same jak jej matki. Zarówno pełne nadziei, jak i pełne łez. ”Zobacz co mi zrobiłeś”. Nie, to nie moja wina.

 

To nigdy nie jest moja wina.

 

Z transu wyrywa mnie głośny trzask. Przerażony patrzę jak zdesperowana  klacz raz za razem uderza głową  w szybę.  Bez skargi. Bez zastanowienia. Nie zwracając uwagi na krwawy strup i odłamki szkła przebija się przez drzwi.

 

To już za wiele. Rzucam się ku jedynym widocznym drzwiom. Gdziekolwiek byle nie tu.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Infinity //połączony z Bitenbag

Idąc do domu nie możesz nie zauważyć leżącego na ziemi skulonego kucyka [bitenbag]. Zdaje się prawie, że płakać. Wykrzykuje różne przekleństwa. Masz wrażenie, że promieniuje z niego dziwna aura, taka jak od listu. Spoglądasz na niego chwilę, myśląc czy do niego nie podejść.

Bitenbag //połączony z Infinity

Zbiera się wokół ciebie dużo kucyków. Kucyków, czy strażników? Wyczuwasz jakby od jednej strony przyciągała cię dziwna aura [infinity]. Trochę jak ta od listu... a może po prostu przyszła do ciebie Celestia? Chcąc cię za coś ukarać...

Haze Steam

Z centrum Ponyville dobiegają odgłosy festynu. Z jakiej on okazji? Nie pamiętasz. Wracasz do domu. Pójść na niego? Patrzysz na list. Jest w tym samym miejscu, w którym go zostawiłeś, jakby kpił sobie z ciebie i twoich podejrzeń.

Calamity //połączony z Vanilla Pudding

Wbiegasz do drugiego pokoju. Coś tu pusto... ale są krzesła. To chyba poczekalnia. Krzesła mają paskudny, zielony kolor, podobnje jak ściany. Serce ci pulsuje. Miałeś wrażenie, jakby przez trans, w którym jesteś, przebił się czyiś krzyk i traskanie drzwiami [Vanilla Pudding]. Jeśli tak, to znaczy, że jest w tym drugim gabinecie. Iść to wybadać, czy nie?

Vanilla Pudding //połączony z Calamity

Ten "duch" [Calamity] nie zauważył cię. Wygląda jak w transie. Jedyne na co patrzy to to ciało. Ucieka do innego pomieszczenia. Chyba cię nie zauważył. Jakim cudem...?

Deyras

Nagle słyszysz warczenie. W krzakach mignęły ci ślepia patykowilka. Drętwiejesz, co jest dziwne. Przecież patykowilk to nie jest jakiś straszny potwór! Radziłeś sobie z wieloma większymi. Próbujesz iść dalej, ale nie możesz zrobić ani kroku. Nawet drgnąć.

Edited by Seluna

Share this post


Link to post
Share on other sites

W krzakach mignęły blado-zielone świetliki z oczodołów tego stwora. Miałem wrażenie jakby wwiercały mi się w głąb duszy, a w tym mrocznym lesie zielone światła jakby rozmywały się, pozostawiając po sobie smugi, jak we mgle, albo bardziej jakby ktoś malował je przed moimi oczami, choć na pewno byłem na tyle przytomny by racjonalnie ocenić rzeczywistość. Żadnych dziwnych ziół nie brałem, choć może dałoby się coś znaleźć. Chyba coś widziałem po drodze. Ale... skąd ja faktycznie przyszedłem? Gdzie jest południe, a gdzie północ? Rozejrzałem się dokoła. Kątem oka zauważyłem kolejne zielone świetliki. Patykowilk okrążał mnie szerokim łukiem. W tych martwych ślepiach nieumarłego kawałka drewna wyczuwałem coś złowróżbnego, może mnie zna? A ja nie mogę się ruszyć. Nawet nie mogę nic wydusić z siebie. Gardło mi zatkało. Zimny pot zalewa mi plecy. Patykowilk szeleści liśćmi, zaraz potem wysuwa się z za gałęzi. Warczy. Duszę się. To był moment. Smoliste kły z kleistą śliną z odrażającego pyska drewnianego stworzenia, które wyskakuje na mnie zażarcie, a żywiczny odór zatyka mi nos, aż nie mogę wytrzymać. Rozwarta paszcza rzuca mi się w twarz. Wyciągam srebrny miecz. Szybkie cięcie. Skomlenie. Dopiero teraz zauważam, że rozciąłem my łeb na drzazgi. Łapy się jeszcze ruszały. Silnymi ruchami rozdrabniam resztę ciała na kawałki. Widok straszny. Jak w tartaku rzeźnika. Wsuwam srebrny miecz z powrotem. Padam na ziemie, gdyż nogi mi zdrętwiały. Strasznie mnie boli. Dopiero po jakimś czasie rozruszania kończyn, mogę w końcu chodzić normalnie, a nie jak paralityk. Nie nadawałbym się do walki gdyby nie nogi. Nie dotarłbym tak daleko. Najpewniej bym już nie żył.

 

Dziwi mnie, że nie zareagowałem od razu. Normalnie takie potwory roztrzaskuje w sekundę. W tym momencie ataku, nie byłem nawet pewien co się dzieje. Zupełnie jakbym chodził we śnie. Jak w jakimś transie. 

 

Przemierzam dalej las. Oglądając się za siebie czy przypadkiem coś mnie nie śledzi. Denerwuje mnie nawet odgłos sowy. Głupiej, durnej sowy. Niegroźnego puchacza. Może z jego perspektywy okolica wygląda inaczej niż z mojej. Spróbuje wdrapać się na drzewo, aby przeczekać do wschodu słońca. Na horyzoncie już zauważam lekkie zabarwienia nieboskłonu, znak zbliżającej się jutrzenki, choć ziemie dalej zakrywa głęboka ciemność. 

 

To potężne drzewo wydaje mi się odpowiednie do wspinaczki. Ma dużo gałęzi, nada się. 

Edited by Dayan

Share this post


Link to post
Share on other sites

W porządku. Wszystko na pewno da się racjonalnie wytłumaczyć. Ustalmy fakty. Warsztat stoi, tam gdzie stał... a przynajmniej od dzisiejszego ranka. Nie jestem w stanie ponownie się do niego dostać. Trochę to dziwne, ale mniejsza z tym. List leży, gdzie go zostawiłem i niech tam sobie spoczywa. W Ponyville trwa jakiś festyn. Festyn?

Zerkam na kalendarz. Nie mogę sobie przypomnieć żadnej okazji, z jakiej mógłby być organizowany festyn tego dnia. Z drugiej strony nie jest to nic niezwykłego, ponieważ nieczęsto pamiętam daty ważnych wydarzeń dla miasta. Stojąc w domu na pewno się tego nie dowiem. Muszę wyjść, choćby po to, aby odciągnąć swoje myśli od listu i warsztatu. Tak, spacer po miasteczku na pewno dobrze mi zrobi.

- A ty tu zostajesz, łachudro - myślę, zerkając na list. Kiedy ja go dostałem?

Wychodzę z domu, rzucając odruchowo okiem ku niebu, po czym kieruję się w stronę miasteczka, wypatrując czegokolwiek, co powiedziałoby mi, z jakiej okazji w Ponyville trwa zabawa. A jak wrócę, otworzę wreszcie tę nieszczęsną kopertę; obiecuję sobie w myślach.

Edited by Arkane Whisper

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dosyć długo unoszę się przy wizjerze w drzwiach i obserwuję pusty korytarz. Zbyt pusty jak na szpital. Nie jest dobrze, gdy szpitale stoją opuszczone. Takie miejsca zawsze powinny tętnić życiem. Po raz kolejny tego dnia przełykam ślinę, zastanawiając się przy tym jakim cudem jeszcze nie zaschło mi w gardle. 

- Weź się w garść Vanilla...przecież nikogo tutaj nie ma. 

Śmieję się nerwowo i ląduję na kopytkach. Łapię za klamkę, ale zwlekam z otwarciem drzwi. Widziałam coś. To był...kucyk, ale jakiś dziwny. Stał tam choć miałam wrażenie, że go nie ma. Potrząsam głową. 

- Pierdoły! 

Naciskam na klamkę i wychodzę ze swojej kryjówki. Powoli stąpam korytarzem, kuląc się i nasłuchując dźwięków dobiegając zewsząd. Każdy z nich niepokojący. Wiem, że ktoś tutaj jest, czuję czyjąś obecność, a co gorsza nie jest to jeden kucyk. Dlaczego musiałam trafić akurat do opuszczonego szpitala...? Dlaczego nie mógł to być opuszczony ogródek, albo stary park, albo nawet lochy w Canterlocie. Wszystko byłoby lepsze niż to. No, może poza lasem Everfree. Zatrzymuję się przed schodami i spoglądam w dół. Powoli zlatuję z nadzieją, że na końcu znajdę wyjście. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czuję, że coś się zbliża, tak czuję to w powietrzu. Nagle dostrzegam kto maszeruje przez sam środek tłumu strażników, to Celestia! Wstaję, aby stawić jej czoła, lecz ona wydaje się być niższa niż zapamiętałem, to było dziwne uczucie, ta klacz wyglądała jak Celestia, lecz nią nie była. Czuję jak się pocę.

-Co robić? Co robić?- pytam siebie nerwowo w myślach.

Próbuję się cicho cofnąć, lecz potykam się i niezdranie upadam przyciągając uwagę. To był błąd, Celestia na pewno mnie teraz znajdzie.

Edited by Rex *Monster* Crusader

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nagle moją głowę przeszywa przeraźliwy ból, jakbym została potraktowana jakimś mocnym czarem. Teraz już jestem tego pewna, że ten kucyk ma coś wspólnego z magią listu. Może to on mi go dostarczył? A może jest zakamuflowanym pająkiem, gotowym mnie pożreć i wypatroszyć? Wzdrygam się, przez co migrena nasila się. Nieśmiało spoglądam na ogiera. Próbuję sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek go widziałam - jeśli tak, szansa, że jest pająkiem zmaleje. Ku mojej chwilowej uldze, w moim mózgu pojawia się obraz biało-czarnego kucyka idącego przez obrzeża Ponyville. Wolno podchodzę do leżącego ogiera. Czy jest przyjacielem, czy wrogiem? Teoretycznie istnieje pięćdziesiąt procent szans, że będzie naprawdę potrzebował mojej pomocy i tyle samo, żebym za chwilę leżała martwa. Czy to kucyk, czy marionetka magii listu? Ryzykuję i biorę głęboki wdech.

- Przepraszam pana, czy wszystko w porządku? Potrzebuje pan może pomocy? - pytam się ze strachem w oczach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Emiel zrezygnował z sesji, więc jego postać staje się ja na razie NPC.]

Infinity //połączony z Bitenbag i Haze Steam

Ogier przed tobą [bitenbag] nie wydaje się groźny, bardziej przestraszony. Nagle czujesz kolejny atak migreny. Coś się zbliża. Kolejne źródło aury [Haze Steam]. Kucyki dookoła wydają się być coraz mniej zainteresowane leżącym ogierem. Na mównicę wychodzi pani burmistrz rozpoczynając mowę na temat wielkich zasług sadownictwa w historii Ponyville.

Bitenbag //połączony z Infinity i Haze Steam

"Celestia" [infinity] podchodzi do ciebie. Nie wydaje się być wrogo nastawiona. Nawet całkiem grzecznie się pyta. Przyglądasz się jej przez chwilę. Nie, to nie Celestia. Inna grzywa, inne spojrzenie. Brak skrzydeł. Nagle wyczuwasz dziwne promieniowanie [Haze Steam]. Czyżby to strażnik? A może prawdziwa Celestia? Jedynie urywki mowy burmistrz przebijają się do twojego umysłu.

Haze Steam //połączony z Infinity i Bitenbag

W uliczce, którą idziesz jest pusto. Pewnie wszyscy poszli na festyn. W nocy chyba padało - rynny są wciąż mokre. A może po prostu przewożono tędy baniaki? Mało prawdopodobne, by dzień przed taką imprezą lunął deszcz. Mógłby zniechęcić kucyki do przyjścia. Dochodząc już na rynek widzisz skulonego na ziemi ogiera [bitenbag] i stojącą przy nim klacz [infinity]. Promieniowała od nich dziwna aura...

Vanilla Pudding

Zlatujesz na dół schodów. Po chwili słyszysz wydobywający się z górnego piętra zduszony jęk. Lepiej tam nie wracać - to zbyt niebezpieczne. Rozglądasz się dookoła. Miejsce wygląda jak zwykła recepcja w szpitalu Ponyville, tylko że dużo bardziej zniszczona. Nagle słyszysz dziwny zgrzyt za sobą. Po chwili przed tobą pojawia się obraz idącego kucyk. Coraz więcej takich obrazów pojawia się dookoła ciebie. Nagle na mniej niż sekundę robi ci się ciemno przed oczami. Gdy z powrotem otwierasz oczy znajdujesz się w recepcji szpitala. Tej prawdziwej. Wokół ciebie jak gdyby nigdy nic kręcą się inne kucyki. Nie patrzą na ciebie dziwnie, choć pewnie zaraz zaczną. Patrzą jak na zwykłego pacjenta w szpitalu.

Deyras

Powolnymi, ale precyzyjnymi ruchami wspinasz się na drzewo. Siadasz na gałęzi. Wschód słońca w lesie Everfree to najpiękniejsza rzecz jaką można zobaczyć. Jest dziki. Podczas wschodów słońca pegazy ustawiają chmury w taki sposób, by ładnie wyglądało, ale to nie to samo co oglądanie prawdziwego piękna natury.

Czujesz jakby w twoich uszach narastało ciągłe dzwonienie. Jakby jakaś siła wyższa była wyjątkowo poirytowana twoimi czynami i chciała ci to pokazać w jak najdelikatniejszy sposób.

...Calamity nie zastanawiał się długo. Pobiegł jak najdalej może. Chciał dobiec na koniec korytarza, znaleźć tam jakiekolwiek wyjście. Jednak ściana się oddalała, a coraz bardziej zbliżało się widmo krzesła i zawieszonego nad nim zwiniętego przedmiotu...

Edited by Seluna

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przystaję na chwilę, przyglądając się tej dwójce z zainteresowaniem, po czym nie mogąc dopatrzeć się powodów, dla których ogier leży na ziemi podchodzę ostrożenie bliżej, pytając:

- Czy wszystko w porządku?

Popatruję przy tym to na Bitenbaga, to na Infinity.

Zdaje mi się, że skądś znam tego ogiera... chyba widywałem go niekiedy w miasteczku. Co do klaczy jednakże nie jestem pewien. Nie mogę sobie przypomnieć, abym ją widział.

Szybko rozglądam się wokół siebie. Skąd to dziwne uczucie? Zupełnie jakby...

Potrząsam niecierpliwie głową i ponownie skupiam wzrok na dwójce kucyków przede mną, oczekując na ich odpowiedź.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Unoszę się ciągle nad podłogą i rozglądam z przestrachem. Jeszcze do mnie nie dotarła, że najwyraźniej zasnęłam w locie, albo miałam jakieś majaki, ponieważ przerażające zniszczenia zniknęły, a na ich miejscu pojawiły się pomalowane ściany, podlane rośliny i zadbane okna. Kucyki, zwyczajne i bez wątpienia żywe, przyglądają mi się jakbym była szalona. Śmieję się cicho pod nosem, bo zapewne w tej chwili tak właśnie wygląda. Czy ja krzyknęłam na dźwięk przerażającego krzyku innego stworzenia? Nie jestem pewna, ale na pewno krzyczałam niejednokrotnie. 

Powoli stawiam nogi na podłodze. Ciepły i miękki dywan pieści moje kopytka, a ja wzdycham cicho czując ulgę. 

- Mogę w czymś pomóc? - pyta kucyk za recepcyjną ladą. 

- Nie, dziękuję. Zabłądziłam - uśmiecham się i spokojnym - choć może nie aż tak spokojny, bo ciągle jestem w głębokim szoku - krokiem kieruję się do wyjścia ze szpitala. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Raz, dwa, raz, dwa. Kolejne gałęzie pokonuje bez trudu, to jest kwestia przypomnienia. W Zebricy mieliśmy takie ściany wspinaczkowe w wapieniu, nawet nieumyślnie oderwany kawałek mógł się dla nas źle skończyć. W końcu znajduję większą gałąź tego liściastego kolosa. Wdrapuje się na niego, udało się! Teraz wystarczy mi się dobrze ułożyć na niej i podziwiać ten fantastyczny widok. Wschód słońca w lesie Everfree. Cudowne. Te fantazyjne paski przechodzące z oranżu do błękitu, aż po głęboką czerń. Niebo tuż za horyzontem niczym palący papier pergaminu, odsłaniał wyblakły ślad wczorajszego dnia. Zeszłych wydarzeń i wspomnień wypłowiałe na małej miedzy zanikające ku wieczności. Znoszona przez Celestie ognista tarcza słońca zacierała po nich ślad, paląc je i nigdy nie odtwarzając. Mimo dzikości tego lasu, odosobnienia tego miejsca i niewygody tej gałęzi, poczułem się jak w domu. A moim domem był cały świat. Tam gdzie mogłem spać, zjeść, wymyć i podziwiać piękne cuda. Pegazy właśnie ustawiały chmury, które pod tym słońcem wyglądały na granatowe chmury burzowe, dające doskonały cień. Nawet tutaj sięgnęła cywilizacja i swymi długimi ramionami próbuje modyfikować naturę. A przecież sama w sobie jest doskonała, nie trzeba jej poprawiać. No i jeszcze ustawili chmury w kształt napisu reklamujący jakiś produkt lub usługę. O ironio. "Możesz zmienić świat - Foto Finish, projektantka mody".

 

Cisza już przestała być ciszą. Zaczynała być za głośna. Narastający szum w uszach początkowo irytujący stopniowo doprowadzał mnie do szaleństwa! Nie wiem co to jest, ale mi się nie podoba. Nawet nie mogę się spokojnie zdrzemnąć. Muszę jakoś to przecierpieć. Mam nadzieje, że Zecora coś mi pomoże.

Edited by Dayan

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...