Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [A] Oksymoron vs Serox Vonxatian

Recommended Posts

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak dzisiaj trudno o natchnionego fachowca, który nie tylko oryginalną arenę zaprojektuje, ale także zbuduje. Szukaliśmy bardzo długo, nierzadko dowiadując się, że wielu szanowanych artystów w międzyczasie odeszło z tego świata. Uwierzycie, że jednego z nich znaleźliśmy wciąż rozpostartego nad swoim szkicem? Z jednej strony przerażające, z drugiej zaś, intrygujące. Artysta pochłonięty swą pracą, aż do samego końca...

No dobrze, ale po co się tak trudzić, skoro można wykonany projekt zlecić jakiejś ekipie? Ano dlatego, iż efekt końcowy nigdy nie pokryje się z wizją autora. Jak to mówią, „chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam”.

Na całe szczęście, w końcu odnaleźliśmy właściwą osobę. Arena, na której przyjdzie się Wam zmierzyć, ma kształt koła. Ściany zostały gęsto usłane kołami zębatymi, od najmniejszych, aż po te naprawdę ogromne. Spoglądając na nie, możecie dostrzec najróżniejsze odcienie srebrnego oraz złotego. Nierzadko koła zdobione są stalowymi obramowaniami, podkreślającymi ewolwentę oraz kształt ich zębów. Na pierwszy rzut oka wydają się zastygłe, lecz wierzcie mi, wystarczy jedno zaklęcie, aby wały na których zostały osadzone wysunęły się, nastąpił kontakt, a następnie rozpoczęła się praca mechanizmu. Widzicie wielki zegar, umieszczony na wewnętrznej części sklepienia? Już niebawem jego wskazówki poruszą się. Jednak to nie czas będzie ograniczeniem tego magicznego starcia…

Jeśli zastanawiają Was dźwięki dochodzące zza ścian, wiedzcie, że to po prostu ta większa część mechanizmu, która odpowiada za wędrówkę pomieszczenia z areną dookoła wieży strażniczej zabytkowego zamczyska. Gigantyczne i magicznie umocnione prowadnice okalały okazałą budowlę, na szczycie której znajdowała się dziwna, zakapturzona postać, która zdawała się bacznie podążać wzrokiem za areną. Jakby na coś czekała. Może na to, aż magowie zdecydują się zakwestionować ramy pojedynku i przenieść walkę w przestworza? Czy wówczas ten ktoś również włączy się do bitki? Tego nie wie nikt…

 

 

harmony_vs_death_by_1110soulite-d5wr0ps.

 

 

Czas na nowy magiczny pojedynek! Powitajmy na arenie Seroxa Vonxatiana, naprzeciw którego to stanie doskonale znana z niejednej batalii Oksymoron! Zgodnie z wolą stron walczących, w tym pojedynku obowiązuje limit wynoszący po 12 postów na uczestnika! Myślę, że to wystarczająco dużo, by oboje uwolnili całą swą moc, co zapewni nam cieszące oko widowisko!

Skoro wszystkie formalności mamy za sobą, a mechanizm areny pięknie nam przygrywa, nie pozostaje mi nic innego jak ogłosić, iż pojedynek zostaje otwarty!

 

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spokój, harmonia ruchów, idealny cykl. Arena była sztuką, nie dziełem. Pięknym tworem mistrza i jego największą nagrodą. Większość starć, które miał za sobą Cień, kończyła się poważnym zniszczeniem dużej części areny. Najpewniej i tym razem tak będzie. Smutek. Tyle lat ciężkiej pracy, by stworzyć coś niepowtarzalnego, by wpuścić na nie dwie osoby, które zniszczą to w chwilę, podczas walki, której nie da się obejrzeć już nigdy więcej. Kolejny smutek, ale świat się przecież zmienia i to podobno jest w nim piękne. Wraz ze światem, na przestrzeni czasu zmienia się sama istota. Uczy się, myśli, rozwija, wręcz ewoluuje. Można powiedzieć, że sama powoli staje się swoim własnym dziełem, cudem, który prezentuje otoczeniu i patrzy z dumą. Jednak i tutaj występuje smutek. Ponieważ to dzieło pięknieje w zgliszczach, w ruinach i w ogólnym zniszczeniu, które go otacza. Jednak to sprawiło, że jego myśli zbliżyły się do tego co chciał osiągnąć i teraz marzy... Marzy o tym, że nie będzie tylko symbolem kataklizmu, grozy i przemijania, że to się skończy, lub chociaż znajdzie czas, by żyć spokojnie i w harmonii. Niczym dźwięki tego wspaniałego mechanizmu.

Z ciemności zębatek, ze szczelin między przekładniami, z całego otoczenia, które znajduje się poza wzrokiem każdego, zaczęła wydobywać się czarna mgła, przypominająca skrzący się dym. Obłoki zaczęły się łączyć w jednym punkcie i kondensować. Najpierw była to bezkształtna chmura, wielkości nieco większej niż człowiek, jednak dość szybko zaczęła formować i się i przypominać sylwetkę. Serox wyglądał niemal tak samo, jak podczas wielu starć, gdy pojawiał się nasycony Cieniem. Szata, która jest poszarpana na końcach, kaptur nasunięty na głowę, który w ciemności skrywał całą głowę oprócz jego maski, na której widniał ten niepokojący, trupi uśmiech, przez którą spoglądała para fioletowych i spokojnych oczu, rękawice ze szponami, w tym lewa pokryta runami, jego wierny towarzysz, łańcuch owinięty wokół bioder. Jednak, tym razem doszło parę dodatków. Nakładki na przedramiona zrobione z dziwnego czarno-fioletowego metalu, z tegoż też metalu były płyty na torsie i plecach, połączone mocnymi pasami po bokach. W pasie, oprócz łańcucha nosił szeroki wyglądający na skórzany pas, z którego na linkach zwisały różne sakwy i kule, wokół szyi zaś spoczywał długi szal z dziwnego materiału. Okrywał mu szyję i część szczęki, po czym przechodził za plecy i sięgał ziemi. Na jego końcu znajdowało się wahadło, wielkości pięści i trochę przypominające kolec skorpiona. W prawej dłoni po raz pierwszy Złodziej dzierżył miecz, który nie był tylko zaklęciem. Długie ostrze było z tej samej stali co pancerz i połyskiwał groźnie, a na jego powierzchni pulsowały przepełnione energią runy.

Mag rozejrzał się po arenie, mimo sporego opóźnienia był tu sam. Spodziewał się, że gdy tylko się tutaj pojawi od razu wpadnie, w którąś z pułapek, czy dostanie spokojnie utkanym zaklęciem. Cóż, dziwna niespodzianka, jednak nie zamierza się nią przejmować. Miał teraz czas na to, by się samemu przygotować. Zrobił gest lewą ręką i spod jego płaszcza szybko wydobył się obłok tej samej mgły, w której przybył tutaj. Wyglądało to jak zasłona z atramentu wyrzucona przez ośmiornicę. Dym szybko wsiąkł w grunt co zaowocowało nagłym poruszeniem się areny. Coś zastukało, ruszyło, arena poszła nieco w górę. Jego wzrok przeszedł zaciekawiony po ścianach. Byłoby naprawdę szkoda, gdyby coś się stało tej konstrukcji. Jak na przykład mocny wybuch, albo potężny promień, czy zderzenie z ciężkim obiektem, albo cokolwiek innego co Serox nadużywał w swoich pojedynkach.

Kolejnym etapem przygotowań było posłanie kolejnych glifów w różne miejsca areny przy pomocy pocisków. Każdy ze znaków przypominał mniej lub bardziej kręgi, jednak każdy z nich był inny. Niektóre spadły na krawędziach areny, inne bliżej środka, oznaczając kolejne punkty ogniskujące jego magię. Teraz tylko zgromadzić moc w zaklęciu, utkać je i zaczekać na przeciwnika. Jego lewa ręka rozjarzyła się pod wpływem runy. Kojący błękit podkreślał sylwetkę rzucającego. Teraz tylko przeciwnik musi się zjawić i można zaczynać spektakl. Miał tylko nadzieję, że spotka naprawdę potężnego maga i godnego oponenta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oksymoron weszła spokojnym krokiem na arenę. Wyznawała zasadę, że człowiek nie powinien się w życiu specjalnie spieszyć i nawet magiczny pojedynek nie miał odwieźć jej od tego postanowienia. Bose stopy stąpały spokojnie po podłożu areny, krokiem niezbyt energicznym. W porównaniu do oponenta wyglądała do bólu przeciętnie. Okrągła twarz nie była zakryta ani kapturem, ani maską, ani nawet półmaską. Zielone oczy spoglądały na arenę wzrokiem niezwykle zmęczonym i styranym życiem, kto wie co robiła przez ostatnie tygodnie. Jasnobrązowe włosy zostały spięte w dość niedbały kok, czego skutkiem były kosmyki wyrywające się ku wielu stronom świata.

Ubrana była w zgniłozielone, luźne spodnie z wieloma kieszeniami, z których to sypał się drobnoziarnisty, lśniący piasek. U pasa owych spodni wisiała biała maska z drewna, maska większa od twarzy Oksymoron. Nie przypominała żadnego człowieka i żadnego zwierzęcia. Miała dwie pary oczu pod prostymi łukami brwiowymi i wąski, prosty otwór symbolizujący usta. Widniały na niej gdzieniegdzie błękitne wzory. Na szyi oponentki Seroxa wisiał rzemyk z kilkoma innymi, mniejszymi kawałkami drewna, małymi rzeźbionymi maskami.

- Dzień dobry, proszę się wstrzymać z atakiem - powiedziała, wykonując kilka gestów które to miały powstrzymać ewentualny atak.

No, no, całkiem niezła ta arena. Niezła, ale też bez rewelacji. Ot, ściany z kółek zębatych. Tak po prawdzie chyba nie było trudno znaleźć pomysł na coś takiego, no ale niech już będzie. Pobieżnie omiotła wzrokiem te... rzeczy, które przygotował jej oponent. Minąwszy środek areny i dalej podążając w jego kierunku zaczęła się zastanawiać, czy z tego ciemnego dymu dałoby się zrobić atrament, jaki ma skład chemiczny i dlaczego wygląda jak sepia. Rozpraszała kłęby mgły, aż w końcu dotarła do rywala. Pochyliła nieco głowę, wykrzywiając twarz i próbując dojrzeć rysy twarzy. Nic z tego. Nie tym razem.

Wobec tego wyciągnęła dłonie, chwyciła dłoń Seroxa i energicznie nią potrząsnęła, szczerząc się i dokładając starań aby przypadkiem nie skaleczyć się szponami. Kto by się spodziewał tak gwałtownego ruchu. W trakcie pomyślała, że Seroxowi musi być strasznie ciężko z tymi wszystkimi efekciarskimi bajerami przy stroju. Kiedy już puściła dłoń, z kieszeni bluzy wyjęła małą doniczkę z kaktusem w kształcie kuli, na której szczycie tkwiło małe, krzywe sombrero.

- Niezmiernie mi miło. To kaktus uprzejmości, na szczęście - oznajmiła i zaczęła wycofywać się na swoje miejsce. Kiedy już tam stanęła, kilka razy odetchnęła głęboko, zamknęła oczy i osunęła się na ziemię, pogrążona w głębokim śnie. Cień. Może to i dobrze, że walczy z cieniem. To daje spore pole manewru i miejsce na popis. Pojedynek się zaczął!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cień obserwował swojego oponenta, gdy ten wkraczał na arenę. Cóż, musiał przyznać, że nie wyglądał na zbytnio zatrważająco. Szczerze to w ogóle nie wyglądał jakby miał stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Jednak aura tej istoty mówiła co innego. Zdradzała wiele, więc Serox spodziewał już z czym będzie musiał się zmierzyć. Nie lubił tego typu magii o ile magią można to było nazwać, zwyczajowo kończyło to się często tym kończą się starcia dwudziestu jeden osobników, otoczonych przez watahę innych, gdy komuś nie spodoba się ilość umieszczeń nadmuchanego balonika w miejscu oznaczonym siatką i zawsze otwartą bramą, która nie jest drzwiami. Gdy tą, z którą miał walczyć zaczęła się zbliżać, zaczął ogniskować zaklęcie, ale pod wpływem gestów uznał za "stosowne" zachować zasady "etyki" i nie atakować takich osób. Z jakiegokolwiek powodu ktoś to zarządził.

Następnie uczyniła coś co go zaskoczyło. Uścisnęła mu dłoń. Później stało się coś co zaskoczyło ich oboje, bowiem chwycenie ręki kumulującej magię sprawiło, że ów energia niczym ładunek z akumulatora, przejdzie na ciało przeciwniczki i brutalnie się rozejdzie, sprawiając że potrząsanie ręki było bardziej energiczne niż by tego chciała, a uśmiech dziwnie za szeroki. Gdyby miał powieki pewnie by zdziwiony zamrugał. No ale niestety nie mógł, mógł za to trochę zmienić ich barwę, więc za mrugnięcie musiało mu wystarczyć przelecenie przez wszystkie kolory w sekundę. Ku grozie Złodzieja ona nie miała dość, a nawet nic sobie za bardzo z poprzedniego zdarzenia nie robiła. Wręczyła mu za to roślinę. Pierwsze co przeszło mu przez umysł to "Ale na co mi ten kaktus?". Wniknął go sobie w rękę i ustawił w swojej sferze, na specjalnym piedestale, pod szklanym kloszem. Od razu zleciały się istoty niższe, służące i obserwowały nowość, niektóre nawet pukały oczekując reakcji, lecz kaktus pozostawał dumnie nieruchawy. 

Na koniec poszła parę kroków od niego jakby zupełnie nie uznawała zwykłego dźgnięcia jego mieczem w plecy. Cóż po trochu miała rację, był zbyt zdezorientowany, by to zrobić. Przedwieczna istota, która żyje już eony w wielu czasach i światach na raz, a nawet stworzyła własny, lecz nawet jego zdolności obliczeniowe, nie nadążały za tym co się miało dziać. Tak to jest przy poznawaniu natury. Myślisz, że wiesz już wszystko o pewnym gatunku, a tu nagle okazuje się, że jedna niemal połowa jest zbyt sprzeczna i zmienna, by można było ją zdefiniować i przygotować się na spotkanie trzeciego stopnia. Widział nawet przypadki gdzie druga część rasy zabiera te pierwszą w różne miejsca, jedzą różne rzeczy, tracą całą masę papieru, a na końcu to i tak wszystko jego wina. Wiele razy zastanawiał się, czy próba poznania wszystkiego, to na pewno dobre hobby. I teraz właśnie po raz kolejny miał powody, by rzucić to wszystko. Metaforycznie oczywiście. Gdy dotarła do wybranego przez siebie miejsca, położyła się na ziemi i zasnęła. Cień przeciągnął dłonią po masce, a ta rozciągała się, jak gdyby zupełnie nie była sztywna i na chwilę nawet przybrała wyraz "Krzyku" z pewnego kawałka płótna, po czym powróciła do swojego poprzedniego kształtu.

Czas na kolejne przygotowania. Miał nadzieję, że tym razem nikt mu ich tak brutalnie nie przerwie, tu rzucił nienawistną tęczę jego barwnych oczu w kierunku tej, z którą się mierzył i był o wiele wyższy. Chwycił jedną z sakiewek i rozsypał wokół siebie okrąg z soli i upewnił się, że jest solidny, stały i niezwiewny. Następnie jego ręka na krótko zajaśniała zielenią z brązowym rdzeniem i wytworzył niewielki kryształ o tej barwie. Rzucił go poza krąg, a gdy ten uderzył o arenę, wniknął i z tego miejsca poczęły wyrastać mocarne pnącza, które rozrywały podłoże i poprzez nie zmierzały do śpiącej, by jej w śnie jak najbardziej przeszkodzić.

Musiał się jeszcze bardziej postarać , więc najpierw nieco opadł na ziemie i zaczął się rozpływać, mniej więcej do kolan, a jego szata niczym wrząca maź rozlała się po całej powierzchni wewnątrz okręgu. Następnie na jego czole wyrósł purpurowy kryształ, który badał okolicę w poszukiwaniu tego co ukryte i nieproszone. Gdy już to zrobił, przyłożył lewą dłoń do ostrza i zaczął tkać. Symbole na mieczu rozpalały się w różnej kolejności i różnymi kolorami, podobnie jak jego runy na ręce. Tysiące kombinacji w bardzo krótką chwile, ale jednak chwilę i trochę to musiało trwać.

(O mój boże, czy ja serio tyle napisałem? Niech mi ktoś da papier toaletowy i lek na rozwolnienie, bo chyba mi jest to potrzebne :v Przepraszam tych, którzy nie lubią ścian, a ci co je lubią i mają mokro patrząc na to, to nie wiem co powiedzieć. Papieru?)

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Godzina pierwsza będąca godziną zapadnięcia w sen w prywatnym wymiarze czasowym Oksymoron minęła. Przeniknęła do snu który był nie tylko snem świadomym, ale i snem będącym bramą do innych snów. Wystarczył tylko jeden element, aby przedostać się dalej, o wiele dalej, aby pozostać bez ograniczeń i wznowić wędrówkę po tym, co działo się w głowach ludzi, kiedy ich mózg znajdował się w stanie spoczynku. Sięgnęła do kieszeni po szczyptę piasku i splunęła na nią, po czym zacisnęła dłoń. Kiedy ją otwarła, siedziała na niej maleńka, ośmionoga istotka. Połyskujący granatowym światłem spomiędzy ziarenek piasku pajęczak, mały tkacz iluzji sennych, istota niematerialna, ale w pełni świadoma. Łącznik pomiędzy snami, klucz do przeniknięcia sennego świata przez świat rzeczywisty, namacalny. Wszystko co musiał zrobić, to zacząć tkać. A wtedy...

Leżące na arenie zwłoki obudziły się i zaczęły powoli powstawać. Powoli, bo połączenie się ze snem i powrót razem z nim do świata rzeczywistego kosztowało wiele energii i wiele skupienia. Widząc mknące ku niej pnącza odpięła maskę wiszącą u pasa i przyłożyła ją do twarzy. Biała, odrapana twarz z drewna, o kanciastych łukach brwiowych, pod którymi znajdowały się teraz po trzy okrągłe oczodoły. Płaski, kanciasty nos oddzielony był od równie kanciastej brody tylko wąską, prostą szparą będącą ustami. W momencie przyłożenia maski do twarzy z ciała oponentki Seroxa zaczęły wydobywać się ziarna piasku, połyskujące granatowym światłem. Wir który się z nich utworzył zasłonił Oksymoron, a maska już po chwili wyłoniła się spomiędzy małej burzy piaskowej. W oczodołach pojawiły się iskry, a po bokach drewnianej twarzy pojawiły się wiązki błękitnego światła przypominające rogi. Stworzenie które wyłoniło się z piasku było wyższe od ludzi dwa razy. Stąpało na dwóch, umięśnionych nogach i wspierało się długim ogonem, dla zachowania równowagi. Miało długie kończyny górne, zakończone trójpalczastymi łapami.

Nastąpiła godzina druga - wrota zostały otwarte. Pnącza rozrywające ziemię przeniknęły przez piaskowego stwora, na chwilę tylko rozpraszając ziarna piasku, aby zaraz potem wróciły one do poprzedniej konfiguracji. Zamaskowany stwór nachylił się nad podłożem areny i otwarł swoją zaciśniętą dłoń. Wypuścił z niej małego, połyskującego pająka o pancerzyku z podświadomości i sygnałów elektrycznych. Małe, granatowe odnóża pomknęły wprost ku najbliższej ścianie areny. Niematerialny, ale istniejący w trójwymiarowej rzeczywistości. Niepodległy jej prawom fizyki, będący formą życia istniejącą w innej czasoprzestrzeni. Zniknął pomiędzy trybikami w ścianie, aby już kilka sekund później powrócić z tysiącami sobie podobnych pająków. W przestrzeni areny pojawiły się świecące nici. Świeciły tylko po to, aby dać się zauważyć publiczności. Zwykłe efekciarstwo, ot co. Ani tkacze, ani nici nie potrzebowały promieniowania elektromagnetycznego. Małe stworzenia potrzebowały już tylko jednego, aby móc w pełni sprawnie funkcjonować.

Tym czymś była ciemność. Ich środowisko życia, to, co pozwalało niematerialnym tkaczom będącym myślami na swobodę działania. Najchętniej dążyły do ciemności, chcąc otulić się nią i zacząć Przewodzenie. Nawet stworzenia powstałe w umysłach działały instynktownie, toteż cała ich chmara zaczęła zbliżać się ku Seroxowi, będącemu najciemniejszym punktem areny. Zaczęły go przenikać, nie sprawiając bólu ani nie czyniąc żadnej krzywdy. Trudno byłoby skrzywdzić taką istotę. Nie absorbowały jego energii, nie odbierały sił. Wplatały się w niego, zakłócając myśli Cienia szumami i obrazami spływającymi znikąd. Dziwne to były obrazy, ale zbyt chaotyczne aby je odczytać. Podobne hałasowi towarzyszącemu tłumowi ludzi, z którego nie sposób wychwycić narządem słuchu jakikolwiek jasny i sensowny przekaz. Pająki łączyły się między sobą wielobarwnymi, opalizującymi nićmi pajęczyny. Połączone z areną, w dziwny sposób krępowały Seroxa, nie odbierając mu swobody ruchów, ale zakłócając swobodne myślenie. Zagnieździły się w nim, przesyłając między sobą Sny i odsyłając je z powrotem ku innym gniazdom, osadzonym pomiędzy trybikami areny.

Piaskowy stwór rozciągnął swoje piaskowe mięśnie. Sięgnął ku swojej klatce piersiowej i wyrwał z niej garść granatowego piasku, drobnego jak pył. Poruszał się zwinnie, dziwnymi, długimi skokami do których przystosowane były jego kończyny. Okrążył swojego oponenta, potężnego Maga korzystającego z magii Cienia i zdmuchnął garść piasku prosto w jego twarz oczywiście ze względu na brak mięśni twarzy nie przyjmując żadnego grymasu. Mimo to Cienisty wiedział, że jego ślepia przyglądają się uważnie mieczowi.

 

 

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy kombinacja run z mieczem się zakończyła, Cień poczuł pierwszych intruzów w sobie. Znów głosy, szepty, obrazy i dźwięki, których nie potrzebował i nie chciał. Jednak tym razem nie była już to dla niego nowość i wiedział jak to wykorzystać. Wyszedł z tej swojej kałuży, po czym przysiadł, położył swój miecz na kolanach i wpadł w coś na kształt transu, czy medytacji, jednak nic nie mówił, ani robił, spuścił tylko głowę. Mimo to jednak każdy kto mógł zobaczyć jego aurę, widział wyraźną zmianę. Oprócz wielu błysków tych pajęczaków pośród chmury przepięknej kompozycji purpury i fioletu, tworzącej coś na podobieństwo mgławicy, właśnie ten obłok energii Złodzieja zaczął powoli zmieniać kolor i kształt. Z łagodnej, skupionej i spokojnej, zaczęła się zmieniać w istny wściekle czerwony wir o ostrych, poszarpanych krawędziach. Nagle ciałem Seroxa wstrząsnął pojedynczy dreszcz, na który ów odpowiedział chichotem. Aura przy głowie stała się istnym ogniskiem tej krwisto czerwonej energii, który zaczęła opływać całej jego ciało. Jednak tym razem nie wypierały się, tylko zwyczajnie starały się obie aury nie mieszać w swoje sprawy. Niemalże od razu po tym zaczął się maniakalnie śmiać i podniósł głowę w stronę piaskowca. Z oczodołów ściekały mu strużki czarno-purpurowej substancji przypominającej smołę. W połączeniu z jego uśmiechem komponowało to iście przerażający widok. Głowa cały czas obserwowała przeciwniczkę niezależnie w którą stronę skierowana była reszta ciała. Piasek, który leciał w stronę jego maski na parę centymetrów od niej zamieniał się w granatowe szkło i opadał w dół.

To jednak nie koniec efektów wywołanych przez dość brawurowe zagranie istoty. Nie miał zamiaru zajmować się tymi pajęczakami, wykorzystał tę odrazę, pogardę, chaos i szał, którą w sobie nosił Wojownik do wszelakiej magii i począł również w nie wnikać. Po chwili i te granatowe "gwiazdy" w aurze maga zaczęły przyjmować purpurowego odcienia. Co było gorsze, nosiciel tego szaleństwa słyszał różnego rodzaju szepty, głosy, krzyki i widział różne przewidzenia i iluzje, że gniazdo nie było w stanie rozróżnić swoich "snów" od koszmarów i wysyłał je do innych gniazd i tak rozpowszechniała się zaraza. Pierwsze chichoty i śmiechy zaczęły wydobywać się z pomiędzy kół zębatych, zębatek i przekładni w ścianach, lecz jeszcze Szaleństwo nie objawiło się inaczej. Na następne "syndromy" jeszcze czas.

Umysł Cienia niemal płonął od tego posunięcia. Mimo że to nie jest już pierwszy raz, to i tak był problem, by go utrzymać i nie stracić kontroli. Czas na otoczenie. Po raz kolejny sięgnął do paska i chwycił jedną z kul tam zamieszczoną. Potrząsnął ją przed swoimi oczami i w środku pojawiła się pomarańczowa chmura. Jego lewa ręka, trzymająca tę szklaną sferę zajaśniała na przemian na blado, zgniło zielono i czarno, a obłok w środku zaczął szaleć, niby chciał się wyrwać ze swojego przezroczystego więzienia. Zamachnął się i cisnął ten obiekt o ziemię, roztrzaskując ją i uwalniając pewien dziwny gaz. Żółtawo-pomarańczowe obłoki zaczęły się rozszerzać i opływać po arenie. Półmagiczny, półpyłowy ale w stu procentach toksyczny i wypierający cały tlen ze swojej objętości i uniemożliwiając oddychanie. Najdziwniejszym fenomenem tego było fakt, iż chmura nie rozpływała się jak powinna, tylko nieco trzymała w kupie i sięgała na czterech metrów wzwyż i kilkunastu w promieniu. Była jakby kupą piany w formie zwykłego powietrza. Zapewne to te umagicznienie tworzy tę napięcie powierzchniowe.

Ręka Serox'a znów zajaśniała tym razem na jego prywatny kolor między purpurą, a ciemnym fioletem pobitego bakłażana, w ciemnym zaułku, i skoczył od przeciwnika, jednak nogi ruszyły się ostatnie z miejsca i teraz spód szaty skierowany był w oponentko--golemo-coś. Nagle w środku coś błysnęło i potężny promień wystrzelił w stronę przeciwnika i odepchnął go sporą odległość. Nie miał problemu z wylądowaniem i zahamowaniem. Na jego czole począł pojawiać się kryształ i oplatać jego głowę świetlistym diademem. Patrzył teraz swoimi trzema oczami, które jarzyły się złowrogo, na głowie, która w dziwnych impulsach błyskawicznie się ruszała niczym koszmar cierpiący na padaczkę.

Zniżył się nieco i dotknął dłonią jeden z kręgów, przy którym wylądował, w powietrze wystrzelił słup cienistego światła i wyciągnął z podłoża spory kryształowy słup, pokryty runami i zdający się oscylować w jakiś sposób z mieczem, który powoli zaczął sam wydzielać tę dziwną czerwoną aurę. Wbił ów broń w ten blok i czekał na ruch.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Istota po odepchnięciu przez promień wylądowała miękko na dnie areny kilka metrów dalej, przykucając nieco aby zamortyzować upadek. Cień przyspieszył nieco nadejście Koszmaru, jednocześnie sugerując poprzedniemu aktorowi zejście ze sceny. Na każdego przychodzi czas, a teraz czas przyszedł na Strażnika, granatową istotę z białą maską. Koszmar przemieszczał się z zawrotną prędkością po łączach pomiędzy pająkami. Łączach, które za pośrednictwem tkaczy wciąż krępowały postać Seroxa. Każdy pająk jest jadowity i to był ten moment, kiedy senni tkacze zaczęli kąsać. Syczały i gryzły, zaburzając wewnętrzną harmonię wojownika jeszcze bardziej, niż wcześniej. Skakały, chwytając się wspomnień i zbierając najgorsze z nich. Zmieniły się w pasożyty. Cały ten szał, chaos i negatywne emocje przechodziły przez nici, wprawiając je w drganie. Z samych nici unosiły się cienkie strużki czarnego jak smoła dymu.

Granatowy Strażnik zaczął wodzić wzrokiem po żyłkach, powiewających wcześniej lekko na wietrze, teraz napiętych i jakby grubszych. Na tNapiął pyłowe mięśnie, odchylił długie ręce za siebie i podskoczył, celując kosturem w najbliższe kłębowisko linii. W zetknięciu z nimi kij zaczął płonąć i czernieć, rozsypując się na drzazgi i wydzielając zapach palonych włosów. Połączenia pomiędzy ziarnami piasku zrywały się bardzo szybko, a zatem całą fala piachu opadła na podłoże, lśniąc jeszcze i opalizując. Pośród tego wszystkiego stała Oksymoron, zdejmująca właśnie z twarzy maskę Strażnika. Była chyba trochę bardziej rozczochrana niż wcześniej. Wykrztusiła resztki piasku które jakimś cudem znalazły się w jej ustach i wytarła twarz wierzchem dłoni. Przypięła maskę do pasa. Strażnik przybędzie jeszcze na tą arenę, ale jeszcze nie teraz.

Przyszedł czas na godzinę trzecią. Godzinę objęcia władzy przez smoki i potwory, godzinę kiedy to mrok, wszelkie niepowodzenia życiowe i porażki, smród rozkładu i spalenizny wydostają się spod łóżka. Godzinę podczas której płuca napełniają się wodą, nozdrza wypełnia woń dymu, najlepsi przyjaciele zdradzają, a ofiary wstają z grobów i prześladują swoich oprawców. Oto przybył Koszmar.

Z kłębowiska nici zaczęła ściekać brunatnoszara, gęsta ciecz. Kapała wprost na wyciągniętą dłoń dziewczyny, a stykając się ze skórą syczała i dymiła. Wokół wirowały czarne i zielone plamy światła, które powoli zaczęły zakrywać postać Oksymoron. Zanim jednak zupełnie zasłoniły jej widok, Serox mógł zauważyć jak zdejmuje z szyi sznurek z jedną z malutkich masek, a potem rzuca garścią piachu w parując ciecz. Coś wybuchło, rozświetlając arenę i wypełniając powietrze metalicznym smakiem. Coś huknęło, powodując odpadnięcie kilku trybików ze ścian. Coś przywiało ze sobą zapach wilgotnej i zimnej piwnicy z trupami ukrytymi pod podłogą. Dym rozwiał się i w miejscu w którym wcześniej stała Oksymoron lewitował teraz Koszmar, jedna z twarzy Strachu, najpodlejsza jego forma. Gad atakujący w czasie kiedy śpiący regenerują siły, bezbronni.

Twarz była okrąglejsza, niż twarz poprzedniego mieszkańca Snów. Jej góra przypominała nieco maskę wenecką - jedno oko było w kształcie migdała, otoczone czarną, równą plamą o tym samym kształcie, stykającą się z brwią. Drugie oko było idealnie okrągłe, poza szramą która pozostawała koło otwarte i szła równo aż do górnej krawędzi maski. Nos był jeszcze całkiem zwykły, niezbyt różny od nosa przeciętnego człowieka. Gorzej sprawa się miała z ustami. Wyglądały jak rozerwane, rozciągały się w przerażającej karykaturze uśmiechu prawie na całą szerokość maski. Były otoczone czarnym konturem i miały całe cztery rzędy zębów, ustawione jeden na drugim. Żuchwa była kanciasta i wąska, co przypominało nieco Arlekina. Za maską ciągnęło się potężne cielsko splecione z czegoś na kształt kilkudziesięciometrowych macek meduzy. Przez macki przebiegały impulsy świetlne - od brunatnych, przez czerwone i zielone.

Koszmar zatoczył kilka kółek wokół areny, szczerząc się pogardliwie w stronę publiczności i kłapiąc zębami. Uwielbiał robić dobre, pierwsze wrażenie. Poruszał się płynnie, falował i wirował, jakby pływał unoszony prądami wody. Potem obniżył nieco lot i zawisł nisko nad ziemią, wgapiając się wprost w Cienia. Nie sposób było znieść jego spojrzenie dłużej, niż kilka sekund. Kilka z macek sięgnęło po kryształ wyrastający z podłoża,  skażając jego strukturę i rozrywając łączenia. Zaczął ciemnieć i rozsypywać się. Pan najczarniejszych scenariuszy przybył...

- ... Zamącić w głowie czarnemu rycerzowi. Czego czarny rycerz się boi? Czy boi się upadku? Czy boi się myszy? Może boi się deszczu, albo zarazków? Czego czarny rycerz się boi?

Meduzowate macki sięgnęły teraz po miecz i po nim powoli zaczęły oplatać samego Seroxa. Maska wciąż znajdowała się przed jego twarzą, a odnóża plątały się i przywierały do szat, przypalając je. Działał na umysł i to umysł był najmniej przed nim ubezpieczony. Cień odczuł  taki ból, jakby cały płonął. Mięśnie zadrżały, a miecz wysuwał się z jego ręki, ulegając stopniowej korozji. Koszmar wyszczerzył się jeszcze szerzej - jakimś cudem potrafił przybrać różne wyrazy twarzy, choć w jego przypadku oznaczało to gamę od pogardliwego uśmiechu, do przerażającego uśmiechu.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...