Bosman

[gra] A rzeki spłyną krwią niewinnych...

Recommended Posts

Po schowaniu szkatułki do torby i wyjściu razem z resztą na zewnątrz pozostało chyba już tylko ruszać, ale coś jeszcze zaprzątało myśli kapłana...

 

Rulmolrig miał okazję spotkać kilka wampirów, które niestety nie były tak przyjazne jak ten tutaj, który go zaciekawił, w końcu medyk wampir to rzadkość, chyba nikt temu nie zaprzeczy. Ta ciekawość sprawiła, że krasnolud miał ochotę zacząć z nim rozmowę, poczekał moment i podszedł do medyka. Odchrząknął znacząco. 

- Przepraszam... - tu coś go mu się przypomniało, przez co prawie natychmiast wyglądał na zaniepokojonego, nie przestraszonego, raczej jakby właśnie stanął przed dylematem "Jasna cholera, on jest facetem... czy babą...? Dlaczego wampiry wyglądają tak elfio! Już elfy trudno odróżnić..." pomyślał szybko i wytarł pot z brwi. -... panie... Torin, prawda? - zapytał niepewnie. Miał nadzieje, że się nie pomylił. - Pan mówił, że jest medykiem, tak się zastanawiałem, spuszcza pan krew z pacjentów pijawkami, czy samemu ją wypija? - zapytał opierając łokieć o trzonek młota. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wampir odstąpił od konia i zwrócił wzrok niżej, na krasnoluda. Gdyby kto inny zadał to pytanie, pokusiłby się o złośliwość w odpowiedzi na jawną zaczepkę; ale nie można było winić krasnoluda za bycie bezpośrednim. Torina rozbawił niepokój Rulmolriga i to, że nie był do końca pewien w jaki sposób powinien się do niego zwracać. Zachichotał. 

- Tak, "panie" Torin, nie "pani". Torin jest wskazówką - odpowiedział i położył dłoń na piersi. - I jednak mimo wszystko jestem raczej płaski. Zbyt płaski jak na kobietę. Na brak zarostu nie mogłem nic poradzić - odparł, wzruszając ramionami.

- Co zaś się tyczy pijawek, niestety nie mam ich ze sobą, ale nie używam w tym celu siebie. Pijawki wypuszczają pewną substancję, która z punktu widzenia medycyny jest atrakcyjna. Ja jej nie mam i nie sądzę, żeby pacjenci byli zadowoleni nawet gdybym ją miał. Poza tym, spuszczanie krwi wam raczej nie grozi, a już na pewno nie moimi zębami. - Mrugnął do krasnoluda. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czyli trafił, niestety wampir wyczytał z jego ekspresji znacznie więcej niż krasnolud chciał. 

- Ach, wybacz... po prostu... ciężko to czasem odróżnić... u Krasnoludów jest łatwiej, albo masz brodę i jesteś facet, albo nie masz i jesteś baba - podrapał tył głowy z niepewnym uśmieszkiem. - Ale wiesz, Torin, jeśli jesteś medykiem, znasz się na fachu i takie tam, to jak na moje gdyby to miało mi uratować dupsko to nawet jakbyś własnymi zębiskami miał mi spuścić krew to bym się raczej nie obraził. Się co prawda na medycynie nie znam, najwyżej ranę mogę opatrzyć, więc dobrze to chyba dobrze, że też tu jesteś - oznajmił. Zaraz potem odchrząknął. - No, także ten - znowu odchrząknął. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Torin znowu zarechotał, sprawdzając dla pewności juki konia. 

- Nie ma co wybaczać. Rozumiem. Jeszcze w dodatku noszę się na modłę elfów, a to dlatego że przygarnął mnie i wychował jeden z nich. Ale nie śpiewam do księżyca, nie pląsam po lesie, ani niestety nie rozmawiam ze zwierzętami. Co się tyczy krwi, w naszym przypadku bardziej przyda się raczej uzupełnianie krwi, niż jej upuszczanie - odpowiedział i odwrócił się z powrotem do krasnoluda. 

- Nieszczególnie znam się na kulturze krasnoludów. Nie miałem okazji poznać wielu z was, a już na pewno nie kapłana. Jak to jest, kapłan z młotem? - zapytał. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Harald jako tak mimochodem przysluchiwal sie rozmowie dwoch nieludziow, grzebiac w jukach drugiego konia i gestem oraz skinieniem dziekujac mnichowi za dostarczenie czworonoznych tragarzy. W pewnym momencie parsknal smiechem.

- Widzialem bardziej plaskie baby niz ty, kolego Zabek, tak kosciste, ze moglyby pociac mi ledzwie gdybym probowal przeleciec - odezwal sie, totalnie nie przejmujac sie faktem, ze wlasnie wpieprzyl sie komus w rozmowe. Wszak nieludzie, dzieci i ryby glosu nie maja, przynajmniej u brzegow Zmarzlego Morza. - Taka durna moda z zachodu, ze niby jak baba wyglada jak zaglodzona jalowka, to jest atrakcyjna. Zaklepuje tego konia, jesli moge uniknac tachania wlasnej sakwy, zrobie to z przyjemnoscia.

 

Z tymi slowy zdjal tasie z plecow i przytroczyl niechlujnie do konia, ot tak, coby nie spadlo podczas marszu. Buzdygan tez tam zawiesil, miecz zostawiajac przy sobie. A o nozu pod lachami nikt wiedziec nie musial. Och, oczywiscie nie zapomnial przeniesc piersiowy z sakwy do kieszeni,, po drodze pociagajac solidny lyk. Bez slowa poczal prowadzic konia ku temu cmentarzowi czy gdzie. Szedl z wolna, bo w sumie nie wiedzial, czy nie idzie w zla strone.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krasnolud wychodząc z klasztoru łyknął trochę wina i podszedł do pozostałych.

-To... Co mówi mapa?- zapytał drugiego krasnoluda przerywając ten jakże dziwny temat do rozmowy.

Hmm... Ciekawe, nie przypominam sobie żebym wiking zerkał na mapę, więc skąd wie gdzie iść? - pomyślał patrząc jak człowiek oddala się zwolna z koniem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak więc piątka wyruszyła, aby zdobyć jedną część z artefaktu, który może zatrzymać to, co jest nieuniknione. Jedynie człowiek, mężczyzna, który swoim wyglądem przypomina niewiastę został w obrębie murów Bractwa, zapewne po to aby lepiej przygotować się do nadciągającej wojny. Bo wojna nie jest miejscem dla tych, którzy boją się walczyć. (Clocky jest zawieszona z powodów nauki i kilku ważnych spraw. Jest nadal w grze, ale wróci do niej później. Reszta nadal gra)

 

Wszyscy

Mimo nieznajomości otoczenia, czy choćby chęci spojrzenia na mapę, kiedy była jeszcze rozłożona Harald obrał właściwy kierunek. Konie ruszyły za nim, taszcząc w jukach zapasy oraz sprzęt wojaka. Reszta kompanii, zapoznana co prawda z mapą, ruszyła wraz z nim. Droga, którą poruszali się wybrańcy była często uczęszczana przez kupców, którzy jechali nią do kolejnego miasta, tak więc była wyraźna, prosta i sprawdzona. Ale mimo tego atmosfera nie napawała optymizmem. Każdy z wybranych wiedział, że zmierza do miejsca, gdzie śmierć odcisnęła swoje piętno. Było to widać nawet tutaj, wiele mil od celu podróży Wybrańców. Przy drodze można było zobaczyć drewniane krzyże, zniszczone przez czas, deszcze, burze czy silne wiatry. Kolejnym elementem, który świadczył o tym, że śmierć dotarła nawet tutaj były... maki. Niewinne, czerwone kwiaty rosły przy drodze w mniejszych lub większych skupiskach. Kwiaty te kojarzone ją przez ludzi jedynie ze śmiercią, przelaną krwią i cierpieniem. Na domiar wszystkiego, jeśli ktoś potrafił wyczuwać magię, mógł odczuć, że magia na tej drodze jest wypełniona bólem, krzykiem i cierpieniem. Jakby nieżyjący już wojownicy chcieli przekazać innym, co czuli, kiedy umierali. 
Słońce nadal wisiało wysoko na niebie. Do zachodu było nie mniej niż 5 długich godzin. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Torin był medykiem i przejawiał nastroje zdecydowanie antyromantyczne, dlatego też był odporny na wszelkiego rodzaju symbolikę, zwłaszcza tę związaną ze sferą metafizyczną. Jeśli jest się nieśmiertelnym i nie trzeba się martwić o przyszłość (póki na horyzoncie nie pojawi się srebro), kwestie duchowe nie były tymi szczególnie interesującymi. A jeśli było dla Torina coś, co bezpośrednio łączył ze śmiercią, to były to zdecydowanie rany, których już nie dało się zasklepić i zaawansowane objawy nieuleczalnych chorób. Maki były tylko kwiatami, a krzyże tylko symbolami. 

Dlatego też szedł raźno przed siebie, od czasu do czasu pogwizdując, ale tak, żeby nie przeszkadzało to żadnemu z uczestników wyprawy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krasnolud szedł przy koniu, widząc krzyże zastanawiał się, co mogą one oznaczać. Ale dla bezpieczeństwa trzymał swój topór mocno, żeby w razie czego się obronić. Dziwił się że wampir szedł sobie na luzie jakby niby nic. Idąc dalej rozglądał się to na reakcje pozostałych, to na otoczenie.

-Co to, cmentarz?- zapytał dla pewności, normalnym głosem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Harald wiódł swego konia dość powoli, krok za krokiem, choć droga była równa i dobrze wydeptana. Nie żeby się wlekł, ale jakoś nie miał ochoty zapieprzać skoro misja mogła być później męcząca. W swoich przygodach natykał się na różne miejsca, błąkał się po różnych cmentarzyskach i polach bitew, dlatego maki dobrze znał. To były kwiaty poległych. Co się tutaj wydarzyło? Czy pod ziemią leżały ofiary jakiejś okrutnej wojny? A może zarazy, na co wskazywałyby choleryczne krzyże? Przynajmniej mężczyzna uznał je za choleryczne. Dla pewności jednak skłaniał lekko głowę za każdym razem gdy jakiś mijali, tak na wszelki wypadek. Jeżeli te krzyże były symbolem jakiegoś boga, wolał okazać należny szacunek, niż dostać po zadzie piorunem lub gorzej.

- Być może. Cholera wie. Tak czy inaczej, nie chcę zostać tutaj na noc.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cerberus szedł nieco uboczem drogi podziwiając otoczenie. Widział już stare pola bitewne, cmentarzyska, czy inne miejsca cuchnące odorem śmierci. Zastanawiał się nawet czasem, czy sam kiedyś nie zostanie ich częścią. Z drugiej strony, nie ma komu go pochować, więc zapewne jego martwe ciało zacznie swój rozkład w jakiejś dziurze. W chodzie schylił się urywając delikatnie jeden z maków. Raczej nikt się za to nie pogniewa...

- To nie cmentarz, tylko droga do niego. A to oznacza, że skoro już tutaj jest odczuwalny wpływ cmentarza, to dalej będzie tylko gorzej - powiedział wczepiając kwiat w, wcześniej zabrany ze stoiska, kapelusz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Daleko było temu miejscu do przyjemnego. Nie znał jednak jednak żadnej symboliki maków, więc dla niego były ty po prostu kwiaty. Dla krasnoludów mało rzeczy było symboliczne, więc i na krzyże nie zwrócił uwagi. A przynajmniej nie na krzyże jako symbole, widział je jako znaczniki grobów. A było ich sporo, do tego wyraźnie robionych na szybko. Samo to oznaczało, że coś tu się musiało wydarzyć. 

Po chwili zrównał krok z medykiem, jak na razie, z nim najlepiej mu się rozmawiało. Odchrząknął aby zwrócić na siebie jego uwagę.

- Więc. Co uważasz jak na razie? - zapytał zerkając na niego. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wszyscy

 

Kiedy kompania przemierzała kolejne metry trafiła na rozwidlenie dróg. Jedna z nich prowadziła w lewo, co wedle mapy, którą wcześniej widzieli miało ich poprowadzić do krypty z częścią miecza. Druga droga natomiast prowadziła w las. Po obu stronach widać było zarówno krzyże, jak i maki. Jednak coś przykuło szczególną uwagę dwójki z wędrujących. A był to dziwny zapach dochodzący z lasu. Jednak Torin i Cerberus od razu rozpoznali zapach. Spotkali się z nim już nie raz. Był to zapach śmierci. A dla ścisłości rozkładającego się ciała. Po popatrzeniu się na drzewa przy jednym z pierwszych można było dostrzec ciało. Leżało oparte o pień drzewa. Był to mężczyzna, człowiek. Miał na sobie poniszczone ubrania a gdzieniegdzie było widać fragmenty kości i mięśni. Niby nic nadzwyczajnego, zwykły trup, którego zostawiono, żeby się rozłożył zamiast zakopać go w ziemi. Jednak nagle stało się coś niezwykłego. Oczy trupa, wcześniej puste i martwe zaświeciły się zielonym blaskiem, a sam martwy jegomość podniósł głowę i "popatrzył" na kompanię. Ktoś, kto potrafił wyczuwać magię mógł wyczuć aurę wokół ciała. Mroczą aurę.

 

Ruby

W czasie, kiedy kompania wyruszała Ruby dziwnie się poczuł. Coś w jego aurze magicznej sprawiło, że nagle stracił kontakt z rzeczywistością. Poczuł, jakby ktoś wyrwał go z ciała, wytrząsł na wszystkie strony a potem z powrotem wrzucił. Jedyne, co wyczuwał to dziwną, mroczą obecność. Kiedy Yrd otworzył oczy leżał na ziemi w klasztorze. Obok niego siedział mnich, który wcześniej przyprowadził im konie. 

- Wszystko z tobą dobrze? - Zapytał delikatnie podnosząc chłopaka do pozycji siedzącej oraz podając mu kubek z wodą. - Nagle odpłynąłeś.  I leżałeś tak z dobrą godzinę. Przenieśliśmy cię do środka i próbowaliśmy ocucić - Powiedział spokojnie patrząc na niego z troską. - Reszta już wyruszyła na misję - Dodał siadając na pobliskiej ławce i obserwując młodego maga. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z początku krasnolud skupiony był na mapie, nie na okolicy. Gdy już miał powiedzieć coś o tym, że mają iść w lewo zauważył gapiącego się na nich trupa.

- Oi, trupy chyba powinny leżeć i się nie ruszać. A nie się gapić - rzucił chowając szybko mapę do torby, chwycił swój młot oburącz i obrócił się w kierunku nieumarłego. - Wracaj do ziemi ty cholerny zgnilcu! - pogroził celując w niego młotem. Zaraz potem zerknął na resztę, nie wiedząc co oni mają z tym zrobić. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gronkiel widząc że drugi krasnolud się zatrzymał i przyjął postawę bitewną, usiłował odszukać punktu w który on patrzy. Kiedy jego oczy zatrzymały się na patrzącym trupie, zląkł się przez chwilę.

-Poczekaj, on narazie tylko patrzy, może chce nam coś powiedzieć- powiedział do drugiego krasnoluda. Był ciekawy czy to w ogóle ma zamiar ich zaatakować, ale nadal trzymał topór w pogotowiu.

Edited by wopybookLight46

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Uważam, że pogoda jest doprawdy sprzyjająca - odparł. Zaczynał lubić towarzystwo krasnoluda. A potem nagle znaleźli trupa, który nie do końca był trupem.

Torin lubił jasne sytuacje. To nie była jasna sytuacja. Albo ktoś żył, albo nie żył i nie znosił tego rodzaju niezdecydowania. Było w tym coś bardzo nieodpowiedzialnego i nieodpowiedniego, przede wszystkim. Torin był wampirem, ale to go niepokoiło.

- Niech nikt się nie zbliża. Może zarażać w najlepszym przypadku trupim jadem, a na trupi jad odtrutki nie ma - ostrzegł. - Sugeruję czekać, aż zaatakuje, albo aż ujawni się ktoś, kto za tym stoi. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Trupy nie mówią - powiedział do Gronkiela wyciągając po cichu ostrze. Miał już wątpliwą przyjemność napatoczyć się na łażące trupy, aczkolwiek była to u niego rzadkość. Nie był do końca pewien, co w tej sytuacji zrobić. Normalnie wycofałby się powoli na bardziej dogodną pozycję, ale nie mógł zostawić reszty ekipy. A może mógł?

Ostrożnie i rozglądając się na wszystkie strony podszedł do wampira. - Mam nadzieję, że mimo zażyłości między rasami mogę ci ufać - powiedział.

Edited by Arekeen
Poprawka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uhhhh, elokwentnie zagadnął sam siebie Harald na widok niecodziennego obijbruka. Umarlaków nie lubił, i to nie lubił ich bardzo. Można powiedzieć, sprawa bardzo osobista, jako iż mężczyzna bardzo szanował swoich przodków i generalnie zmarłych. Przez to nekromancję i jej efekty uważał za podwójnie, a nawet potrójnie złe. Tak bardzo, że w walce z nimi sprzymierzyłby się z każdym, nawet nie wiem, smokoludami. Wstrzymał konia, kładąc delikatnie dłoń na jego chrapach aby ten się nie spłoszył. Byłoby szkoda, jakby ich tragarze po prostu spieprzyli z całym sprzętem.

 

Brodacz spojrzał na gapiącego się umarlaka, ujmując twardo buzdygan. Jeśli dobrze pamiętał, trupki odsyłało się do krainy zmarłych poprzez pozbawienie ich głowy lub zniszczenie jej. Ewentualnie zabicie nekromanty, który je kontroluje.

- Nie wiem co niby miałby nam powiedzieć. "Dzień dobry, zabłądziłem, szukam drogi na najbliższy cmentarz?" - sarknął, stając w pozycji bojowej. - Co mówi mapa, którą drogę mamy obrać?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wszyscy

 

Trup, co zresztą było do przewidzenia nie odpowiedział na żadne z pytań czy zaczepek. Za to podniósł się przy akompaniamencie strzelających kości, które prawdopodobnie nie poruszały się przez wiele miesięcy. Martwy człowiek zaczął powoli iść w stronę kompanii, obserwując ich swoimi świecącymi oczami. Nie wydawał żadnych dźwięków, jeśli nie liczyć odgłosów ocierających o siebie kości. Ciężko było określić jego zamiary, ale raczej nie szedł się przywitać lub wskazać im drogi. Po chwili Torin i Cerberus dostrzegli jeszcze cztery świecące punkty, które skrywały się w lesie. Dwa kolejne trupy, prawdopodobnie też ludzie, zaczęły się zbliżać w ślad za towarzyszem. Po chwili cała piątka wybrańców dostrzegła trzy trupy, które zbliżały się w ich stronę. Pierwszy z nich był już zaledwie kilka metrów od nich. W tym momencie już każdy czuł trupi odór, który wydobywał się z ciała. 

 

Genn

 

Kiedy Genn otrzymał list był w połowie drogi do pobliskiej wioski, aby tam wykorzystać swoje zdolności i wiedzę medyczną, niosąc pomoc potrzebującym. Dopiero po wizycie w mieście planował udać się na miejsce. Ale widać los nie chciał, żeby tak się stało. Będąc w środku lasu, na trakcie wilkołak poczuł najpierw zapach konia z jeźdźcem a po chwili go usłyszał. Minęła może minuta lub dwie i obok mężczyzny zatrzymał się czarny koń. Jego jeźdźcem był mężczyzna w czerwonej szacie, przepasanej czarnym sznurem. Miał przy sobie jedynie krótki miecz oraz niedużą torbę z jedzeniem. Popatrzył on z góry na Genna.

- Witaj Gennie. Nazywam się brat Katerius. Zostałem wysłany tutaj, aby poprowadzić ciebie do reszty towarzyszy, którzy również odpowiedzieli na wezwanie brata Felicjusza - Powiedział do niego spokojnie, pozwalając sobie na lekki uśmiech - Mam nadzieję, że rozumiesz, że sprawa jest najwyższej wagi i nie możemy zwlekać - Dodał, bacznie obserwując mężczyznę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Genn, po otrzymaniu listu, był zaskoczony. 
- Ktoś potrzebuję mojej pomocy? Wojna? Ja jestem w stanie na nowo rozpalić płomień nadziei? - Spojrzał jeszcze raz na list. - Co mi szkodzi? Może rzeczywiście mogę pomóc. Co nie zmienia faktu, że muszę zaopatrzyć się w zapasy i dobrze przygotować. - Nie zdążył ruszyć ponownie, a już wyczuł zapach konia z jeźdźcem. Wiedział, że to nie może być przypadek. Po chwili podjechał do niego mężczyzna w czerwonej szacie i powiedział, że przysłał go brat Felicjusz. 
- Nie spodziewałem się tak szybkiego kontaktu z waszej strony - powiedział wilkołak patrząc z dołu na jeźdźca. - Mam z tobą ruszyć? Tak od razu?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ugh, ale śmierdzi. Nie ma co, delikwent leżał pod tym drzewem dłuższy czas. Zwłoki jak to zwłoki, zbyt elokwentne nie były, więc chyba nadeszła właściwa pora, aby przejść od słów do czynów. Harald, ostrożnie stawiając kroki, począł zbliżać się do zombiaka, lekkim półkolem od lewej. Zamierzał zobaczyć, czy kolega po niezłej imprezie obróci się w jego stronę, czy dalej będzie maszerował do reszty. Jeżeli to pierwsze, to przystanie i spróbuje zaatakować buzdyganem na szczękę, gotów do odskoku. Jeśli to drugie, to po prostu piźnie mu na odlew w skroń aż ten się nogami nakryje. Brzmiało jak dobry plan na początek.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krasnolud widząc kolejne trupy dalej zrozumiał że to napad więc podniósł swój topór żeby być gotowym na oddanie zamachu. Gdy trup był już bardzo blisko, w krasnoludzie obudził się instynkt przetrwania i podbiegł do trupa z zamiarem oddania zamachu poziomego celując w szyję z całej siły. Następnie obserwował skutki swego ataku.

-Radziłbym jak najprędzej opuści to miejsce zanim przybiegnie tu cała horda trupów- powiedział do reszty, głównie do Haralda do którego nie musiał się za bardzo odwracać.

Edited by wopybookLight46

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tja - mruknął do siebie Cerberus podnosząc miecz, po czym zaczął iść od prawej z zamiarem zajęcia się innymi truposzami. Miał nadzieję, że jego towarzysze jako tako sobie poradzą. Mają broń, mimo wszystko.

Westchnął cicho. To przywołuje wspomnienia, kiedy podróżował z kimś po świecie. Pełne śmiechu czasy...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trupy nigdy nie były przyjemnymi przeciwnikami. Ale nie należały do grupy istot którym porządny cios młotem w łeb nie zabrał by całej chęci do ataku. Nie ważne jak śmierdzący byli. 

- Młotem w hołotę! - Z takim radosnym okrzykiem bojowym krasnolud wręcz skoczył w kierunku trupa celując swoim młotem w jego łepetynę. Z jego krzepą, cios mógłby urwać trupowi łeb, zwłaszcza jeśli ten był już gnijący

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wampir postanowił obserwować rozwój sytuacji, gotów bardzo szybko zareagować. Najpierw chciał zobaczyć, czy w ogóle niedoszły trup zareaguje na Heralda, a dopiero potem podjąć odpowiednie kroki. Szkoda, że krasnolud tak szybko rzucił się na zwłoki, bo jeśli zrobi się chaos, to może dojść do ran, a potem całkiem łatwo do zakażenia trupim jadem. To byłoby wysoce niefortunne. Dobrze, że przynajmniej nie wszyscy rzucili się na truposza, bo dzięki temu był mniejszy bałagan. 

Torin był przygotowany do przyjęcia swojej pierzastej postaci i podjęcia szybkich ataków z powietrza, zakładając, że ożywieńcy są wrażliwi na urazy głowy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.