Recommended Posts

Spoiler

hJPRGfB.jpg

 

Nozdrza Victora Veeta, właściwie Victora Amberona zostały zaatakowane. 

Trudno było o lepszy środek cucący niż smród Novigradu o poranku, zwłaszcza w okolicach portu. Przez lata rozrastania się miasta zapach ów zyskał nie tylko osobliwy charakter, ale i najprawdopodobniej świadomość. To co w danym momencie odczuł Victor było mieszanką glonów, moczu, ryb i wszechobecnej wilgoci gnieżdżącej się w murach. Cóż, mogło być znacznie gorzej. Dla kogoś, kto znał się na Novigradzie zapach najczęściej określał także położenie geograficzne, a teraz wyglądało na to, że najemnik nie oddalił się nocą daleko od portu. 

Przy Victorze leżała jego torba, w torbie dokumenty i wszystkie inne elementy ekwipunku, które miał przy sobie przed odpłynięciem. Nie zniknęło mu nic, prócz paru godzin życia i tych, którzy go napadli. Po nich również nie było śladu. 

Uliczka była jedną z tych zapyziałych uliczek, w które nie zagłębia się nikt poza pijakami, ćpunami i typami spod ciemnej gwiazdy. Wszędzie stały drewniane, zbutwiałe skrzynie i podmokłe worki. Krajobrazu dopełniał wielki, brązowy szczur który siedział u wylotu zakratowanego kanału dzielącego bruk i bezczelnie gapił się na Victora. Najpewniej starał się określić z bezpiecznej odległości jego przydatność do spożycia. 

Do uszu najemnika dochodziły nieco przytłumione hałasy budzącego się do życia miasta - czyjeś kroki, stukot kopyt o kamienie, głosy ludzi. Panował chłód, czyli kolejny dowód na bardzo wczesną godzinę poranną. 

Jeśli chodzi o samopoczucie, Victor odczuwał tępy ból z przodu czaszki i lekkie osłabienie. To całkiem niewiele jak na fakt, że dostał zatrutym bełtem. Skóra na ramieniu, czyli w miejscu o które zahaczył bełt, była zadrapana i lekko zaczerwieniona. Prócz tego Victor miał parę siniaków i mniej groźnych zadrapań, świadectw nocnej walki. Właściwie na tym lista obrażeń się kończyła.

Usłyszał dźwięk podkutych, ciężkich butów przemierzających uliczkę. Co gorsza  były to dwie pary butów, a to z kolei oznaczało najprawdopodobniej zbliżający się patrol. Novigradzkie patrole zaś miały bardzo niską tolerancję na kogokolwiek, kto nie zachowywał pozycji wertykalnej i sugerował spożycie substancji mącących umysł. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

"Zaraza...", pomyślał, zastanawiając się, co zrobić.

 

W pierwszej kolejności spróbował wstać, lecz świat zawirował mu przed oczami. Skupił się bardziej. Wiedział, że musi się ewakuować. Zaczął więc szukać drogi ucieczki. A w razie spotkania miał też przygotowaną pewną wymówkę o ukrywaniu się przed współgraczem Gwinta, który uznał jego passę za zbyt dobrą. W tej okolicy niejednokrotnie widział takie "porachunki", więc uznał to za całkiem wiarygodne wytłumaczenie swojej obecności w tym rynsztoku.

 

To jednakże wolał pozostawić jako ostateczność. Teraz przede wszystkim liczyła się ewakuacja z tego miejsca.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Kroki dochodziły od głównej ulicy, a zatem potencjalna droga ucieczki była tylko jedna. 

Rozległ się metaliczny brzdęk, potem huk i głuche uderzenie od strony nadchodzącego patrolu. Ktoś jęknął bełkotliwie, ktoś warknął i rozpoczęła się seria dźwięków sugerujących drobną awanturę. 

- ...Rrrwa, ci dam zaraz atakować strażnika na służbie! - krzyknął jakiś rozsierdzony mężczyzna. - Działania dywersyjne to były! 

Dywersant, którego do działań wbrew prawu doprowadził najprawdopodobniej alkohol i zachwianie równowagi wydał z siebie kolejne dźwięki przeczące jego bojowemu nastawieniu i potwierdzające pecha. Jednakże jego nieszczęście dało Victorowi możliwość szybkiego odwrotu taktycznego. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

"Los mi chyba sprzyja..." stwierdził w myślach, acz wciąż wiele rzeczy mogło tutaj pójść nie tak.

 

Odzyskując już pełnię ruchu, szybko zebrał swoje rzeczy do torby. Wydostał się spomiędzy skrzyń i ruszył w stronę głównej ulicy. Miał tylko nadzieję, że strażnicy będą na tyle zajęci pijanym nieszczęśnikiem, że go nie zauważą jak wychodzi.

Edytowano przez Niklas

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Strażnicy wedle oczekiwań zajęli się właśnie pijanym nieszczęśnikiem. 

Ulica na którą wyszedł również nie należała do głównych ulic Novigradu, ale było z niej widać majaczący w oddali most świętego Grzegorza. Do rynku było więc całkiem niedaleko - ledwie przedarcie się przez błotnistą ulicę z pojedynczymi straganami, jeśli tylko Victor zamierzał dotrzeć do rynku. 

Nie było jeszcze prawie przechodniów, nawet słońce wyjrzało dopiero zza horyzontu. I właściwie jedynym uczuciem burzącym nastrój novigradzkiej swojskości było nadmierne wrażenie bycia obserwowanym. Nadmierne, bo trudno było nie być obserwowanym pośród takiej ilości zaułków i okiennic. 

 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

Poza tym, każdy już chyba słyszał tę awanturę, a te niezmiernie interesowały mieszkańców dzielnicy portowej. Uważali je za lokalny koloryt i swego rodzaju atrakcję, toteż zawsze chętnie wyglądali na ulice, by zobaczyć, kto tym razem wpadł w sidła straży. Victor widział tu i tam otwierane i pośpieszne zamykane okiennice. Mężczyzna nie przejmował się tym, szedł dalej nieśpiesznym krokiem, nie chcąc zwracać na siebie uwagi, ani nie chcąc forsować swojego organizmu. 

 

Ruszył więc w stronę rynku, by stamtąd dotrzeć do siedziby Banku Vivaldich. Musiał wszakże zdać raport i podejrzewał, iż na tym się nie skończy.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Była środa, więc dzień przed dniem targowym. W związku z tym przejście przez rynek nie wymagało użycia brutalnej siły ani obelg, co było niewątpliwie zaletą.

Problem był tylko taki, że ze względu na wczesną porę bank był jeszcze zamknięty. Było bowiem przed piątą, a pierwsi pracownicy witali do budynku o godzinie szóstej. 

Nad najemnikami w Banku Vivaldich pieczę sprawował niejaki Roden, stary lis. Zbyt stary by parać się pracą terenową, ale zasłużony w firmie, został więc tym, który wydawał polecenia, należności, a nierzadko także nagany. Jeśli tego wymagała sytuacja. 

Póki co Victor miał więc godzinę dla siebie. Godzinę z bolącą głową, pustym żołądkiem i uczuciem bycia obserwowanym. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

Nie był pewien czy to wynik osłabienia, czy też jakiejś paranoi, jednak cały czas czuł na sobie czyjeś spojrzenie. Ulice były jednakże puste, a nieliczni mieszkańcy i strażnicy zajmowali się własnymi sprawami. Nikt z przechodniów nie zwracał na niego uwagi. Skąd więc to uczucie zimna na karku? Wcześniej pomyślałby, że ma przywidzenia, lecz... odczuł coś podobnego, acz nieco słabiej, zanim został zaatakowany w porcie. 

 

Musiał jednak spędzić godzinę czasu nim w ogóle wejdzie do banku, a żołądek domagał się swojej doli, zatem postanowił udać się do najbliższej karczmy, by coś zjeść. Cały czas zachowywał czujność, tak na wszelki wypadek.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

W Novigradzie mnóstwo był karczm, barów i innych im podobnych spelun, ale o tej godzinie i w tej części miasta otwarty był jedynie "Złoty Jesiotr". Karczma portowa, która otwarta była o każdej porze, dając schronienie marynarzom i nie tylko im. Podstarzały właściciel prócz niezłej strawy i napitku, który nie był nigdy oszukany (powodu szukać można było w gościach - strudzonego marynarza i portowego zabijakę niezwykle łatwo było rozsierdzić) oferował także pokoje, a za porozumieniem z domem uciech o fantazyjnej nazwie "Kuternoga Katarzyna". Reputację ów zamtuz może i miał wątpliwą, ale za to ceny niewygórowane. W "Złotym Jesiotrze" prawie zawsze więc spotkać można było panienki siedzące przy specjalnym stoliku oznaczonym czerwoną latarenką. 

Victora powitała żółta fasada z obdrapaną farbą i rusztowaniami otaczającymi wejście. Nie mogło zabraknąć też podziurawionych sieci rybackich dla ozdoby i paru sprośnych napisów wydrapanych w tynku. Okiennice jak zawsze były otwarte, ale ruch o tej porze jeszcze nie był duży. Ci którzy pofolgowali sobie nocą, zostali już wydaleni z lokalu (jeden z takich egzemplarzy leżał nieopodal progu, mamrocząc), a ci którzy zamierzali pofolgować za dnia jeszcze nie przyszli. Najemnika otoczył łagodny półmrok i zapach palonego łoju. Karczmarz przecierał leniwie deski jednego ze stołów, ukłonił się równie leniwie i rzucił Victorowi wymuszony uśmiech. 

- Służę - powiedział, zarzucając sobie ścierkę na ramię i czekając na zamówienie. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

- Coś zjadliwego i kufel piwa, proszę - odparł, podając karczmarzowi kilka koron.

 

Prawdopodobnie w tym momencie mocno przepłacił, ale nie miał ochoty bawić się w dokładne wyliczenia. Poza tym, i tak miał zawsze pewien zapas gotówki ze sobą na wszelki wypadek. Usiadł sobie przy jednym ze stolików. Uczucie bycia obserwowanym nieco zelżało, ale nie zniknęło. W tym miejscu mógł nieco odetchnąć. Choć zdarzały się tu burdy to jednak właściciel nie pozwalał na ich zbytnią eskalację, w końcu to oznaczałoby wizytę straży, a straż nie służyła interesom. Chociaż z drugiej strony... tamci wcale nie wyglądali na takich, coby przejmowali się zasadami...

 

Oczekując na posiłek, wrócił myślami do tamtych wydarzeń. Tamci zabójcy byli całkowicie podlegli woli dowódcy. Choć było ich wielu, atakowali niezwykle sztywno i przewidywalnie. Jak o tym pomyślał, to nie walczyli za dobrze. Po co więc to wszystko? Efekt zaskoczenia? Owszem, dawał sporą przewagę, jednakże dobry wojownik (za którego, notabene, Victor się uważał) mógł momentalnie obrócić tę sytuację na swoją korzyść...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Karczmarz kiwnął głową z uznaniem i wziął monety, po czym ruszył na zaplecze. Wyczuwalne spojrzenie prześladujące Victora zniknęło, ale tylko na chwilę, by parę minut później wrócić, zamienione w czyjąś niewyjaśnioną obecność. Najemnik był pierwszym klientem w karczmie i prócz mężczyzny krzątającego się po zapleczu kuchennym nie było w środku nikogo. Miało się też wrażenie, że sala pociemniała i bynajmniej nie było to spowodowane chmurami - niebo było bowiem czyste. 

- Kaedweńskie ciemne - powiedział karczmarz, stawiając przed Victorem kufel spienionego trunku. Zaraz potem wycofał się z powrotem do kuchni, z której już zaczęły dochodzić smakowite zapachy. Nie można było narzekać na czas zamówienia, bo uwinął się całkiem szybko i na nierównych deskach stołu stanęła pokaźna miska gęstej zupy. Na powierzchni unosiły się otwarte muszle małżów i małe rybki. Przez inwentarz wyglądało lekko podejrzanie, ale pachniało bardzo dobrze. 

- Zupa bosmańska ze śmietaną, nie martwi się, wszystko świeże i z dzisiejszego połowu - oznajmił z dumą. - Zaraz jeszcze dorsza w zalewie przyniosę.  

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

- Dziękuję bardzo - odpowiedział, zajmując się jedzeniem.

 

I faktycznie, było świeże i dobre, zgodnie z obietnicą. Victor wiedział, że w takich miejscach lepiej jest sypnąć nieco groszem. Może Jesiotr tak czy siak podawał zawsze porządne żarcie, to jednak dodatkowa moneta mogła zdziałać cuda. Mężczyzna nie mógł jednakże w pełni cieszyć się jedzeniem z powodu tego uczucia bycia obserwowanym. Bywały przecież monstra, które potrafiły być niewidoczne dla ludzkiego oka. Ale jeśli tak, dlaczego taki potwór miałby upatrzyć sobie właśnie jego? Poza tym, gdyby tak było, już dawno taka istota mogła go pozbawić życia, kiedy leżał w zaułku. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Węgorze może i nie były wybitnym rarytasem, ale dodana do nich masa czosnku skutecznie poprawiała walory smakowe. Piwo też było całkiem niczego sobie. 

W trakcie posiłku do karczmy wtargnęło trzech mężczyzn, a każdy z nich ze względu na swoją budowę przypominał szafę. Jedno spojrzenie wystarczyło by określić ich profesję, to jest wszyscy zatrudnienie mieli na statku. Gdyby komuś nie starczył całokształt, obelżywy język wymieszany z marynarską gwarą utwierdzał w przekonaniu. 

- HEJ, KARCZMARZU - zawołał najtęższy z nich. Nie zapowiadało się na burdę, bo i humor mieli całkiem dobry. - Macie cintryjskie faro? 

- Ano mam, mam - odpowiedział odpowiedział karczmarz. - Razy trzy? 

- Razy sześć! - odparł tęgi i poparty głosami uznania ruszył w stronę jednej  z ław, która aż się pod nimi wszystkimi ugięła. Nie wykazali zainteresowania Victorem, zajęci swoimi sprawami. 

-... No więc, ja mu wtedy mówię, że ten gołodupiec Fjelrr się w żadnym razie na bosmana nie nadaje i w dupie mam, że się rwie do pracy i mógłby być synem samego jarla, a na to ten kretyn wygląda za burtę i jak nie wrzaśnie...

- Dobra, dobra, Wermund. Jeden trup to jeszcze bym i może się śmiał, bo to żadna nowość. Ale już pięć to już grubsza sprawa i dzieciak mógł się trochę zlęknąć. Poza tym, mordy mieli paskudne. 

- Truchło jest truchło. Zdechło, nie żyje. Śmierdzi tylko i nic więcej, nie ma co się bać - podsumował tęgi. W tym momencie przyszedł karczmarz, przerywając dyskusję kuflami piwa. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

"Ot, żeglarze ze Skellige..." stwierdził w myślach, słysząc ich historie. "A potem zdziwieni, że utopce..."

 

Ich obecność sprawiła, że uczucie niepokoju zniknęło. Mógł odetchnąć, przynajmniej na chwilę. Korzystając z chwili wytchnienia, sięgnął do torby i raz jeszcze spojrzał na notatki kupca. Czuł, że musiało w tym być coś więcej.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

-...Niby takie to normalne, ta? Suche trupy w wodzie? Po kiego ktoś miałby wrzucać pięć wyschniętych na wiór trupów do portu, hę? - brnął drugi z żeglarzy. Pierwszy spojrzał na niego lekceważąco, widocznie preferując skupić się na piwie. 

- Nie moja sprawa i ani mnie ona nie obchodzi. Mało to w porcie ludzi ginie? Nynie jak czasy niespokojne, a nuż coś się w jakiejś bramie zalęgło, zżarło chłopaków i już. Się zdarza. 

To wprawiło Skelligijczyków w zastanowienie. 

- Mówicie, że dzisiaj je znaleźliście? 

- Dopierośmy je uprzątneli, bo uznali, łachudry, że jak koło naszego statku to nasze trupy. A co, boisz się, Des? - zapytał mężczyzna zaczepnie. 

- Ty się śmiejesz, a jak przyjdzie co do czego to nawet nie piśniesz i cię będą z bruku zbierać. Albo z wody, jak tamtych. Babka moja czasem opowiadała, że w miastach sukkubi żyją i dlatego na panienki trzeba uważać, bo wysysają z człowieka wszelkie płyny życiowe i... - Tu nie dokończył, bo poważna atmosfera zniknęła, kiedy kolega po fachu znacząco podniósł brwi, a reszta zareagowała rubasznym śmiechem. 

Notatki jak notatki. Interesujące mogły się wydać jedynie urzędnikowi zakochanemu w swoim zawodzie. Nie było tam absolutnie podejrzanych wpisów ani niczego budzącego kontrowersje za wyjątkiem tajemniczego "Staw się. Prędko. A.Z." 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

- W coś ty się wkopał, Edvinie... - powiedział do siebie, chowając notatnik.

 

Zaczął się zastanawiać... Czy aby po jego obronie na ziemi nie pozostało właśnie pięć trupów? Nie pamiętał, a i jakoś szczególnie nie miał ochoty wracać na "miejsce zbrodni". Jednak... nie dawało mu to spokoju. Dopił więc piwo, odstawił talerze i wyszedł z tawerny, pozostawiając rozgadanych marynarzy samym sobie. Wrócił się do uliczki, w której się obudził (strażników ani pijaka oczywiście już nie było) i pomyślał chwilę nad tym, skąd uciekał. Po chwili namysłu ruszył tą drogą.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Skrzynki przy których Victor się obudził nie przedstawiały sobą nic zaskakującego. O wiele bardziej interesująco było w bramie, gdzie zdarzyła się napaść. 

Kiedy najemnik dotarł na miejsce, akurat próbował przejechać tamtędy wóz. Brama jak brama, zwyczajny łuk łączący dwa sąsiednie budynki. Było tam parę skrzynek, jak wszędzie, ale nie wszędzie był taki ogrom błota. Tynk był mokry do wysokości klatki piersiowej Victora, a ziemia była rozmokła tak bardzo, że koła wozu kupca ugrzęzły i na nic zdał się bruk pogrzebany pod błotem. 

Kupiec stękał, próbując pchać najpierw wóz, a potem poganiać leciwego siwka. 

- Panie - zaczął, cały już spocony. Był w średnim wieku, jego ubiór zaś był nader skromny i do połowy łydek upaprany bagnem. - Koła mi ugrzęzły, bądźcież człowiekiem, pomóżcie w potrzebie - poprosił żałośnie. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

Nie przypominał sobie, by ostatnio padało. A poza tym... skąd tutaj nagle tyle błota? Zwłaszcza, że ledwie ulicę obok było sucho... Co tutaj się wydarzyło?

 

Victor nie planował się w cokolwiek angażować, ale przecież nie zostawi kogoś w potrzebie... Zwłaszcza w nie do końca ciekawej dzielnicy. Jednak z drugiej strony, czemu akurat postanowił jechać tędy, kiedy niewiele dalej ma normalną brukowaną drogę, bardziej przyjazną powozom? 

 

"A może faktycznie mam już paranoję...", pomyślał.

 

- Dobra... - mruknął.

 

Stanął więc przy tyle wozu i spróbował go wypchnąć.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Musieli się co prawda trochę siłować, ale wkrótce operacja się udała i wóz stanął nieopodal, na twardym gruncie. Kupiec wytarł czoło brudną chustą, opierając się o koński bok. Jak słusznie Victor zauważył, przewoził głównie rupiecie. 

- No, dzięki żeście mnie w potrzebie nie zostawili. Żeby nie było żem cham niewdzięczny i prostak i odwdzięczyć się nie umiem... - Tu nastąpiła przerwa, podczas której kupiec grzebał zawzięcie w mieszku uczepionym u pasa. Po chwili z dumnym "A-HA!" wyjął z niego połyskujący krwistą czerwienią, oszlifowany kamień oprawiony w miedź i podał go Victorowi. Oprawa była prosta, bez zbędnych udziwnień. Właściwie nie było to arcydzieło kunsztu rzemieślniczego i wyglądało trochę jak zrobione przez amatora. - Monety są mało eleganckie, a i mniej wartościowe, wspomnisz pan moje słowa. Widzę, żeście wbrew swojej mordze całkiem porządny chłop, to i podziękowanie chciałem zrobić porządne. I niech bogi bronią to sprzedawać. No, trzymajcie się - powiedział, skinął głową i ruszył dalej, idąc u boku konia. "Miejsce zbrodni" zostało znów puste. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

Victor stał przez chwilę przy bramie. Trzymał w dłoni kamień, zastanawiając się nad tym wszystkim. Bo choć oprawa była faktycznie całkowitą amatorszczyzną, to sam kamień... był niezwykle piękny. I te szlify... Nie wykonał go byle kto... Biła z niego jakaś tajemnica... Skąd bowiem tak niepozorny kupiec z rupieciami miałby coś takiego? Czy to przypadek, że znalazł się akurat o tej porze?

 

Schował kamień do torby. Może to i zwykła błyskotka, a może jakiś amulet, na razie nie planował go sprzedawać.

 

"Może później się uda zobaczyć czy jest w nim coś więcej niż na pierwszy rzut oka..." pomyślał.

 

Mężczyzna raz jeszcze obadał okolicę. Nie znalazł jednak niczego niepokojącego. No, może poza tą nadmierną wilgocią. Na to zjawisko nie miał jednak żadnej odpowiedzi. Póki co, nic mu nie podpowie, co tutaj zaszło. Musiał więc wrócić do banku. Wyglądało na to, iż zegar wybił już godzinę szóstą.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Jeden był tylko niepokojący szczegół w owym błocie. Cuchnęło niemiłosiernie i nie był to bynajmniej smród błota, ale jakby do całego tego bagna zamiast wody ktoś dodał tłuszczu i to możliwie najpodlejszego, zwierzęcego tłuszczu. Było to zresztą błoto lepkie, kleiło się do butów i było bardziej grząskie. Zapewne zepsuje dzień komuś, kto będzie je musiał posprzątać. 

Na rynku krzątało się więcej ludzi. Prócz dnia targowego plac również cieszył się popularnością, bo i był tu zielarz i medyk, płatnerz, księgarz i paru innych lokalnych rzemieślników. Warto wspomnieć, że bank Vivaldich też nie narzekał na brak klientów. Żeby dostać się do środka, należało przejść pod krużgankiem, po krótkich schodach i wówczas stawało się przed drewnianymi drzwiami. 

W środku interesanta witał spory hol, na przeciwko drzwi zaś postawiono zakratowane okienka, zmorę każdego z klientów. Po bokach natomiast znajdowały się schody prowadzące na wyższe piętra. Zarząd banku zainwestował także w ławeczki, a nawet rośliny doniczkowe, aby uprzyjemnić klientom pobyt. Łatwo się domyślić, że niewiele to dawało. Pokój dla pracowników - czy też dyżurka - znajdował się po lewej stronie, również na parterze. 

- Witam w banku Vivaldich, zapraszam do... Ach, to ty - odezwała się słodko Mada, młoda urzędniczka. Przynajmniej wyglądała na młodą, bo w banku pracowała nim jeszcze zaczął pracować tam Victor. Miała niesamowitą umiejętność wyrażania słodkim głosem sugestii niewypowiedzianej grozy i cierpień czekających na potencjalnych klientów. Do tego, mimo niezaprzeczalnej urody była ruda, co w niejednym śmiałku potrafiło wzbudzić poważny niepokój. - Kto cię tak urządził, Victorze? - zapytała, niosąc stosik papierów do okienka. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

Mógł lekko odetchnąć. Był wśród swoich. 

Ponownie bowiem przez całą drogę towarzyszyło mu uczucie bycia obserwowanym. To zniknęło dopiero w momencie, w którym przekroczył próg banku.

 

- Nie... jestem pewien, Mado - odparł. - Ale ktoś zadał sobie sporo trudu, bym już nie wrócił żywy... Jest już Roden? - spytał. - Muszę z nim porozmawiać. Pilnie.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

- No to widocznie nie postarał się szczególnie, bo na upiora mi nie wyglądasz - odpowiedziała, przeglądając plik papieru. - A Roden i owszem, jest. U siebie, jak się zdaje. 

I ruszyła dalej. 

Drzwi do "biura" Rodena zazwyczaj były zamknięte, bo emerytowany najemnik cenił sobie ciszę i prywatność. Kroki ze środka utwierdziły Victora w przekonaniu, że zajmuje swoje miejsce. 

- Co za ranny ptaszek zawitał - odezwał się na powitanie ochrypłym głosem, kiedy już drzwi się otwarły. A potem przenikliwe spojrzenie zlustrowało najemnika od stóp, do głów i Roden stracił nieco humoru, zwłaszcza patrząc na twarz mężczyzny. - Dobra, ilu ich było, czego chcieli i przede wszystkim co z van Doorfem? 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Niklas    2748

- Co najmniej pięciu, z tyloma przyszło mi walczyć - zaczął. - Zachowywali się dziwnie, jak nieumarli, nie atakowali mnie, dopóki ich dowódca nie podał odpowiedniego rozkazu. Edvina nie zastałem w kamienicy, był za to burdel, że Kuternoga by się nie powstydziła. Wszystko obrócone w perzynę. Ci goście szukali czegoś, ale zdecydowanie tego nie znaleźli. Podczas walki przeczesali mi torbę, ale nie było tam tego, co chcieli. A z domu kupca zabrałem to. - Podał Rodenowi notatnik. - Są to w zasadzie same zapiski handlowe, ale szczególnie interesująca jest ta notka, którą otrzymał Edvin.

Edytowano przez Niklas

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Roden westchnął ciężko, wstając od swojego biurka zawalonego książkami. Odebrał od Victora zapiski, przewertował kartki, odczytał rzekomo interesującą notatkę i pokiwał rzeczowo głową, marszcząc czoło. 

- Świetnie. Tylko że gówno mi to mówi - podsumował i wypuścił z siebie powietrze. - Ktoś będzie to musiał przekazać Vimme'emu i tym kimś będę ja. Edvin to nie był szaraczek i ja ci to mówię, że będą z tego problemy jak nie wiem. A ten przywódca... Jak wyglądał? Może jakiś czarownik, hę? Zabiłeś ich wszystkich? - kontynuował "przesłuchanie". 

Edytowano przez Arcybiskup z Canterbury

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Chcesz dodać odpowiedź ? Zaloguj się lub zarejestruj nowe konto.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to bardzo łatwy proces!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się