Hoffner

[Gra]Planescape: Złodzieje żywiołów

Recommended Posts

Spojrzała na niego z góry patrząc prosto w jego błagające oczy, ona sama starała się sprawiać wrażenie niewzruszonej jego prośbą i tym że jeśli źrebak tutaj zostanie najpewniej rozstanie się z tym światem. Życie tego pojedynczego kucyka jej nie obchodziło tylko czy posiada na tyle sił by znieść ten wzrok? To nie było takie łatwe ale próbowała.  

 

- Spójrz na siebie - powiedziała twardym głosem. - Naprawdę myślisz że jesteś wstanie wytrzymać dłużej niż kilka godzin na zewnątrz? Na tym mrozie, wietrze i w śniegu? - Próbowała złamać jego zapał i pewność siebie. - Masz za wąski kark, zaakceptuj ten fakt i powiedz mi gdzie jest Canterlot. Ta podróż nie jest dla ciebie. - Skoro naprawdę chce przeżyć to nie da się tak łatwo pozbyć a jeśli jest choć trochę inteligenty nie wskaże mi drogi dopóki Kati nie przyrzeknę że zabierze go ze sobą. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Kati]

     Wypuścił powietrze, a jego pysk objęły strumienie pary, która poszła nozdrzami. Wyglądał na upartego, gdy patrzył na nią z byka, zagryzając wargi, myśląc jak powinien się odgryźć. Jego tylne kopyto trzęsło się zdradzając że jest kłębkiem nerwów, wybijając po całym pomieszczeniu swoisty jednostajny rytm, który ustał gdy obrócił się gwałtownie wrzucając parę dodatkowych szczap drzewa do pieca z pomocą lewitacji, którą widać że nie udało się mu opanować do perfekcji, albo po prostu nie miał tylu sił by nad nią zapanować...

     - Nie jestem i dlatego chce iść z tobą - zapowietrzał się co moment - i doskonale wiesz dlaczego... - powtarzał się, gdy w jego uścisku magii pojawił się lekki toporek z pomocą którego rozłupał parę następnych pieńków, przy czym mało się nie napocił. Szczapki rozleciały się po pomieszczeniu ale on ich już nie zbierał. - Zabierz mnie, mam kryształy... Zapasy...

 

[Bright Laugh]

     Tale, bo tak nazywała się nowa patrzyła na wszystko z dystansem, a w jej zielonych oczach, uwidoczniło się coś czego zwykły kucyk nie mógłby wytłumaczyć od tak, nie widząc, nie czując pewnych szczegółów, jak w tym przypadku zapachu jaśminu, którego ogier nie był wstanie nawet poczuć, bo za krótko z nią przebywał. Złowieszcza iskra jak szybko się zapaliła, tak zgasła wygaszając jedną z wielu dróg które miały się jeszcze otworzyć i zamknąć właśnie na drodze tego pegaza.

     Kierownik miał go zaprowadzić najszybszą drogą, a prowadziła ona wąskim skręconym do granic możliwości korytarzem, przy którym pośpiech mógł się okazać dość niebezpieczny. Marmurowe stopnie były w miarę wąskie i niewłaściwy krok mógł skończyć się wydłużonym pobytem w skrzydle szpitalnym... Zwłaszcza że jedyne światło pochodziło od niewielkich kryształowych świeczników zasilanych co jakiś czas iskrą magii przez życzliwego jednorożca... Wychodziło się zza jednego dywanów, by nie niszczyć całego wystroju jednego z głównych korytarzy nieplanowanymi wcześniej zmianami w tym przypadku zniszczenia pewnej symetrii ~ wizji artysty.  Łatwiej było powiesić dodatkowy gobelin na ścianie. Po tym droga była już szybka. Strażnicy patrząc na prowadzącego Brghta jednorożca.

     Mała łazienka dla służby tego było potrzeba naszemu bohaterowi. Niewielkie pomieszczenie w jednym z bocznym korytarzu... a księżniczka miała być tak niedaleko.

[Resztę czyszczenia napisz sam, bo będzie że kieruję Ci postacią XD]

Edited by Hoffner

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rasp

 

Zwolnił trochę bowiem poczucie strachu w połączeniu z jego doświadczeniem oznaczało żądze krwi. W tym lesie polowało coś o wiele bardziej zabójczego niż on sam. Coś, co widziało psa tylko jako przekąskę, którą być może chwilowo nie warto było się zajmować. Ale tym Rasp będzie się martwił za chwilę. Na razie musiał zająć się kucem, którego widział przed sobą. Samo podejście do niego mogło wywołać jeszcze większą panikę, a co za tym idzie, liczniejsze rany. Więc trzeba było podejść do tego inaczej. Poprawił kaptur na głowie upewniając się że niewiele pyska z niego wystaje.

- Hej, wierzysz w potwory?

Poczekał aż te słowa dotrą do kuca. Potrzebował choć trochę jego uwagi.

- Wykrwawiasz się i niedługo umrzesz. Wolisz śmierć, czy pomoc od potwora?

Najpewniej przesadzał z tym wykrwawianiem się, przynajmniej do czasu aż nie sprawdzi dokładniej jego ran. Ale chciał zmusić kopytnego do uznania go za jedyną deskę ratunku. Jak mawiają, tonący brzytwy się chwyta, więc kto wie, może ten zaryzykuje postawienie wszystkiego na potwora?

Edited by Zegarmistrz
Literówki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Obserwowała jak nieporadnie radzi sobie z lewitacją i jak dużą trudność sprawia mu wysiłek spowodowany rąbaniem drzewa przeznaczonego na opał. To był wystarczający dowód na to że nie jest zbyt silny a podczas podróży Kati będzie widzieć w nim jedynie ciężar którym będzie musiała się opiekować. 

- Powinieneś się poddać i czekać aż zamarzniesz w tym swoim przytulnym schronieniu - Stwierdziła to co uważała jednak doceniała to że się nie poddaje, dojrzała w jego oczach determinacje a nie błaganie o litość. - Mimo to skoro chcesz się jeszcze trochę pomęczyć i mieć ciężkie wspomnienia na resztę życia to ci w tym pomogę - domyślała się że jego rodzice już nie żyją, inaczej chyba by go nie zostawili prawda? Usiadła na fotelu zakładając nogę na nogę i przeciągnęła się - była już zmęczona i postanowiła że zatrzyma się tutaj na krótką chwilę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Rasp]

     Chwilę trwało, zanim znaczenie słów wypowiedzianych przez Raspa dotarła do źrebaka, w którego uszach dudniły dzięki pracy jego własnego serca, a potem szum niebezpieczeństwa wokół. Dźwięki lasu, odgłosy spadającego śniegu i dopiero jako ostatnie przebijały się znajome frazy oznaczające chęć pomoc od stwora, który nie był jednym z kucyków... Kopyta przestały jednak bić bezsensownie w ziemię w akceptacji własnego losu, ale może i światełka w tunelu. Od diamentowego psa nie biła aura grozy, która znajdowała się wszędzie indziej, a zwłaszcza w cieniach.

     Źrebię rozglądając się wcześniej, próbowało wyjść na spokojnie, zaciskając zęby, a adrenalina wyciszała ból. Gałęzie przesuwały się po przeoranych bokach, a z błękitnych oczu popłynęły łzy, zamarzając z wolna na policzkach i zlepiając sierść. Udało jej się wyjść z pułapki, zwieszając głowę. Z jego krtani wyszedł tylko skrzek z którego nie szło sklecić chociażby jednego słowa, ale było w nim swoiste zaufanie. Ustalić jednak że była to klaczka, gdy patrzyła na psa ukradkiem... Niepewnie i wyczekująco.

 

[Kati]

     Odpowiedziało jej tylko dłuższe milczenie, cięższy oddech, ale i westchnienie ulgi. Smok mu nie odmówił pomocy, a już sama obecność mogła mu pomóc, tylko nie mógł zdradzić jej drogi od tak, bo by zwyczajnie odleciała. Nie mógł też jej zniechęcić, więc jak powinien odpowiedzieć? Co zrobić by przeżyć. Wszystkie myśli jednak wydawały się naiwne i nic nie warte w obliczu. On powie ona odleci i zostanie sam. Tego się bał i dlatego jego oczy uważnie śledziły swego gościa i jedyną drogę ucieczki.

     - Chce spróbować przeżyć - powiedział i to były ostatnie słowa zanim skoczył powtórnie na swe posłanie zagryzając tam podpłomyk zalany miodem...

Share this post


Link to post
Share on other sites

A więc poszli. Droga, jaką pokonywali, stawała się coraz dłuższa, zaś uważanie na to co się ma pod nogami nudne. Strażnicy zaś mijani w równych odstępach czasu zdawali się być wyrzeźbieni i bez życia. 

 

 - Więęęc... dale...
 - Jeszcze trochę.

 

Kierownik musiał być przyzwyczajony do takich pytań. Wielu kurierów musiał odprowadzać pod same drzwi Sali Audiencyjnej, w tym i młodych, którzy swoje doświadczenie dopiero zdobywali. Traktował swoją pracę bardzo odpowiedzialnie, toteż wszelkie komentarze na temat kurierów zostawiał dla siebie. Miał tylko odprowadzić ich pod drzwi.

 

 - Tooo...

 - Jeszcze trochę.

 

Teoretycznie tą samą trasą przechodził już od dobrych 18 lat. Jednocześnie nigdy nie znudziła mu się ona w żadnym calu. Zawsze znalazł coś nowego i intrygującego, czemu się przypatrzył przechodząc tuż obok, czy też całkiem daleko. Dzisiaj był to kawałek cegły w ścianie, jaki pozostał po odbudowie tego skrzydła pałacu. Niedopilnowanie? Specjalne opuszczenie? Cholra wie, wiadomo tylko że ona tam była, przykuła wzrok kierownika i została minięta.

 

 - Ja przepraszam, ale...

 - To już.

 

Zaiste. widać było jakieś drzwi, pilnowane przez podwójne straże, przed którymi stał jakiś kuc we fraku, wpuszczający kucyki stojące w kolejce do Jej Wysokości. Poznał pośród nich kurierów Thurm und Taxis, a więc trafił dobrze.

 

 - Szanowny pan raczy przejść do komnaty.

 - Komnaty? A po co?

 - Szanowny pan chyba nie ma zamiaru z tymi badylami i w tym szaliku z odzysku pokazać się przed Słońcem Jaśniejącym?

 

Z jednej strony śmiertelna obraza spowodowana szkalowaniem szaliczka od mamy kusiła by choćby nadepnąć kierownikowi na ogon; z drugiej zaś było pragnienie zobaczenia księżczniczki. Bright przełknął ślinę oraz swój gniew.

 

 - No nie mam.

 - Zatem zapraszam do komnaty, w której zostanie szanowny pan... poprawiony.
 - Poprawiony?! Lubię swoje ciało!
 - Chodzi mi o sam wygląd. 

 - Och.

 

Bright wszedł w drzwi. Pobył tam około 30 minut, po czym wyszedł przypudrowany, w wielkiej peruce i surducie.

 

 - Wyglądam okropnie.

 - Wygląda pan godnie Jej Wysokości. A teraz proszę usiąść tu na krzesełku, zostanie pan wezwany. Ja idę pana zgłosić, i wracam do siebie. Do widzenia panu.

 - Do widzenia!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rasp

 

To dobry obrót sytuacji. Pozwolił żeby czarny pies znowu ucichł w tyle jego głowy, wyczekując na kolejny atak. Tak, zdecydowanie wolał być widziany jako ostateczność, aniżeli tylko możliwość. I zamierzał to wykorzystać do cna. Choćby grając potwora jeszcze przez te kilka minut.

- Zatem wybrałaś. Czy dobrze, czy źle, o tym dowiesz się w odpowiednim czasie, zapewniam. Lecz miej na uwadze, nic nie robię za darmo. Śmierć odbiera życie - wypowiedział te słowa powoli, by kuc mógł zebrać oddech, by miał chwile na pojęcie jak bardzo jest źle i jak bardzo potrzebował pomocy - zatem składasz owe w moich łapach. Nie zapomnij o tym.

Sięgnął do pasa, wsuwając w łapę dwa z ostrzy do rzucania, zaś drugą sięgnął po przybory alchemiczne. Miał tam jeszcze trochę składników na trucizny, ale kilka z nich nadawało się na maść, która mogła zatamować pomniejsze krwawienia, resztę będzie musiał wygoić siłowo. Nie będzie to przyjemne, ani dla niego, ani dla kuca, ale lepsze to niż umieranie z zimna i wykrwawianie się na jakimś leśnym pustkowiu.

Wciąż niepokoiła go ta żądza mordu, którą odczuł wcześniej. Wytężył zmysły raz jeszcze, gotów zaatakować na jakikolwiek znak nieprzyjaciela, pod, na i nad ziemią. A na swoje szczęście, miał też tutaj odpowiednią przynętę.

- Podejdź, zajmę się twoimi ranami. W tym stanie nie dasz rady opuścić lasu, a tego byśmy nie chcieli, prawda?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uśmiechnęła się na krótką chwilę jakby jednorożec powiedział jakiś żart a nie tylko coś co było oczywiste. Czy powinna mu powiedzieć zdanie które sama słyszała już zbyt często w swoim życiu? - Nie próbuj, rób albo nie rób, nie ma próbowania... Raczej nie, nie dość że oklepany motyw to taka zmiana ze złego smoka w dobrego byłaby nieco zbyt dziwna i nagła. 

- Masz tam kogoś w Canterlocie? Nie żebym się jakoś przejmowała twoim dalszym losem ale po prostu jestem ciekawa. - spytała wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Czy to że zdecydowała się pomóc temu kucykowi to przejaw słabości? Chyba powinna go zostawić i szukać swojego celu samodzielnie, wydawało jej się że tak by postąpił każdy smok którego znała. Pogładziła pazurem metal na swoich przedramionach. Co jeśli skłonność do takich zachowań sprawiła że musiała opuścić swój dom? Im dłużej nad tym myślała tym jej wyraz twarzy stawał się mniej zadowolony. - Kiedy chcesz wyruszyć do tego Canterlot? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kolejny dzień taki sam. Co się ze mną działo? Brakowało mi inności. Schematyczność była tak monotonna, że miałam ochotę ziewać. Brakowało mi Aleksandra, tak stanowczo. To on dodawał mojemu życiu tych dodatków, które czyniły je tak dobrym. Kochałam jego uśmiech i głos. Teraz miałam już go więcej nie ujrzeć. Spokojnie Feain, to było, minęło. Ale czy na pewno chciała by to przeminęło? Może. Nie zatrzymała się przy jednej ani drugiej ciekawej sytuacji choć bardzo chciała. Coś jednak ciągnęło ją do przodu. Wiedziała, że będzie to coś o wiele ciekawszego niż te drobne przyjemności. Nie myliła się. Szybko przed jej nosem pojawił się kij a ona stała przed dwójką tak różnych kucyków. Oczy obu klaczy, były magiczne. Ba! Nawet bardzo. Patrzyła na nie lekko marszcząc brwi. Wiedziała, mimo to strzępiła język. Wywoływała z pustki słowa, które nie przywrócą Aleksandra. Westchnęła.

- Wiesz... Nasza ofiara może na nic się zda ale... Nasze życie zostało zmienione już na tyle, że nic nas nie poruszy. Więc proszę wskaż nam drogę, postaramy się przynajmniej przydać się w jakimkolwiek stopniu. Nawet jeżeli będzie to oznaczało zmienienie roli. Przyszła pora na zdjecie przez nas maski moja droga nieznajomo - mówiąc to klacz rozpuściła swoją grzywę i ogon. - Nie zamierzamy udawać słabej, uroczej panienki. Jesteśmy córką rodu Luned. Rodzice i brat muszą być zadowoleni z wyboru. Więc... Gdzie biegnie moja droga? - zapytała wyjmując z pod koszuli kryształ i podając go nieznajomej z kijem. Za trud zatrzymania jej.

Edited by Clockwork Ruby Who

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Luned]

     - Właśnie dla takich momentów, gdy węzeł zdarzeń się przerywa i całość pogrąża się w chaosie po czasie Lupanowa - powiedziała niezwykle melodyjnie, zadowolona z efektu że uśmiechnęła się szczerze podnosząc kopyto z upominkiem samym koniuszkiem kija, który zdawał się chwile później rozpływać w powietrzu, gdy kolejne jego warstwy materii zanikały, a on sam upłynnił się z sekundy na sekundę że szlachcianka mogła poczuć że jego dotyk zanika pośród jej własnej sierści. - Zatrzymaj, zbędne nam jest to... Prawda Schlüssel? - Obejrzała się na swoją towarzyszkę co dotykała ostentacyjnie klucza ukrytego pośród grzywy w jej jedynym warkoczu. Był tam dość cwanie zapleciony ~ sczerniały najprawdopodobniej złoty kiedyś klucz nie używany od bardzo dawna.

     - Prawda... - ucięła szybko, odwracając wzrok i tylko jedno oko łupało na Star Catcher...

     - Śmierć w pałacu cię czeka w najbliższym czasie z powodu dziecka smoka i kucyka... Staw jej czoła w sali tronowej...

 

[Rasp]

     Źrebaki miały to do siebie że wszystko co niespodziewane zmuszało je do gwałtownego podejmowania niezwykle prostych decyzji. Bardzo często zmuszało do wzięcia nogi za pass i ucieczki w kierunku czegoś im dobrze znanego, byle zmienić zaistniałą sytuacje. W tym wypadku było to ciepło drugiej istoty. Po tym jak śnieg spadł na ziemie, gdy wiatr tylko musną gałęzie wokół mącąc tym wszystkie pozostałe statyczne szumy. Klaczka dopadła nogi wilczura i przylgnęła do niej. Nic niezwykłego, ale właśnie zachowała się tak jakby on był jej matką...

     Same jej rany nie wyglądały dobrze. Zadrapania po kolcach nie wyglądały źle ~ płytkie nic nieznaczące naruszenie naskórka, który może w paru miejscach wymagałby niewielkiej ilości nici... Ale każdą taką szramę otaczały pęcherze surowicze, a każda zdawała się palić, gdy naturalnie różowa skóra, zdawała się przybierać buraczkowy kolor... To nie przez adrenalinę zdawała się nic nie czuć, tylko jad rośliny powoli ją znieczulał blokując połączenia nerwowe... Jedwabnik ~ zwany bezbolesnym snem.

     Zmysły Raspa zdały się na nic... Drapieżnik zdawał się rozpłynąć w powietrzu.

 

[Bright Laught]

     Cisza, dyscyplina i gracja... Tymi trzema słowami można opisać każdy szczegół panujący wokół, a także w kolejkonie w którym się znalazł... Dyskusje były raczej krótkie i skomponowane takim szlachcianym slangiem że ciężko było zrozumieć postronnemu cokolwiek ponad sensem wypowiedzi, a zwykle zdawało się chodzić o zwyczajne życie pałacowe. Wyłamała się tylko jedna para i to właśnie mógł, nie musiał usłyszeć przed wejściem do sali tronowej: "Księżniczka ostatnimi czasy jest inna"...

     Sama sala tronowa zdawała się ponad wszystko łączyć wzniosłość i prostotę. Czerwony dywan po którym mógł kroczyć kończył się tuż u piedestału, gdzie znajdował się tron zajęty przez samą Księżniczkę Celestię... Ciężko było zwrócić uwagę na marmurową podłogę w szarych kafelkach ułożoną w szachownicę, białe ściany, czy ogromne witraże przedstawiające historię krainy... Przesz to nie to co znajdowało się dookoła przygnieść mogło mentalnie kucyka tylko postać znajdująca się w centrum.

 

[Kati]

     - Daj zjeść, spakować się to będziemy mogli ruszyć... - odpowiedział jej tylko na ostanie zdanie, a całą resztę puścił mimochodem, jakby odpowiedź na nie wcale mu nie pasowała. Gdy pytała o to, odwrócił wzrok i już nie patrzył na nią. Jakby bał się odpowiedzi, że potrafiłaby wyczytać z jego wzroku dosłownie wszystko.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Brighty zignorował kąśliwą uwagę pary odnośnie Księżniczki. KSIĘŻNICZKĘ SIĘ KOCHA! Jest się jej wiernym podanym, lojalnym sługą, powodem do JEJ DUMY! Oj jak chciał przemówić do rozumu temu fircykowi we wstążkach wetkniętych w grzywę i ogon, dzięki którym wyglądał jak kolorowa miotełka do pajęczyn, albo jak ta, Pinkamena Ruby Emma Pie, jego koleżanka ze szkoły, całkiem zwariowana i wesoła, choć w sumie stuknięta. Jedna z niewielu, która lubiła skrzydełka Brighta. Z zamyślenia nad starymi dobrymi czasami, kiedy mama musiała mu obciąć ogon, bo cały był w żywicy do żucia od Pinkameny, wyrwał go głos stojącego obok ważniaka w firkuśnym stroju.

 - KURYER BRIGHT LAUGH S DOMEM THURM UND TAXIS STOWARZYSZON!

 

Gdyby słowa mogły tylko... aaa tam, przecież mogą. Młody pegaz jak porażony wyprostował się na baczność i najbardziej jak umiał dostojnie, zaczął dreptać w kierunku otwartych drzwi. Stuk za stukiem, kopytko za kopytkiem, był przecież Kurierem, na litość Księżniczki! Stuk, stuk, stuk, stuk, napięty jak struna, dostojny jak paw, szedł młody pegaz ku tronowi. A było mu trudno, bo to co widział, widział pierwszy raz w życiu, i było piękniejsze nawet od Kurii Jej Książęcej Mości. Odwrócić się, popatrzeć? Nie wypada. Ale za to jego oczka latały od granicy do granicy, od kolumny do kolumny, od arrasu do arrasu...

 

Bo cała sala zaś była zmyślnie urządzona. Całe wnętrze miało układ bazyliki, z tronem w apsydzie, na końcu pomieszczenia. Wchodziło się z boku, żeby nie mieć od razu przed oczami Władczyni. Sala tronowa miała 5 naw, z której najwyższa wydawała się nie mieć dachu i ginąć pośród chmur. Była to iluzja stworzona przez najznamienitszych artystów, którzy mieszając farby z magicznymi dodatkami osiągali tak głębokie i realne przedstawienia nieba we freskach. Ściany iskrzyły się od złotych mozaik na które padało światło z okien naprzeciwko. Bright nie mógł nawet powiedzieć i nazwać większości materiałów, kolorów i odcieni jakie tańcowały na ścianach. W oknach zaś wstawione zostały witraże, z których mógł rozpoznać wszelkie wydarzenia  jakich uczył się w szkole w Appleloosie. Kolumny, tak drobno pokryte płaskorzeźbami, a zarazem i malowane, wydawało się że one takie wyrosły, bo nikt nie mógł ich tak wyrzeźbić. Budynki, postacie, zwierzęta i rośliny na kolumnach miały głębię, lekko wystawały, tworzyły mały świat, który chce się czytać, oglądać, a zarazem podziwiać kunszt. Tron... tron zaś był... kompletnie niepasujący do reszty. Znaczy się fakt, całe otoczenie było wręcz upstrzone brązowymi rzeźbami, minifontannami i złotymi żyłami, do tego przed tronem, po bokach, siedzieli Senatorowie Equestrii, na równie zdobionych drewnianych siedziskach, ale sam stolec wydawał się jakby wyrwany i przeniesiony. Bright odebrał to, jako symbol ciągłości władzy - Księżniczka rządziła, rządzi i będzie rządzić! Oby na zawsze! 

Młody kuc musiał ściągnąć uwagę całej sali na sobie, bo wszyscy stopniowo cichli i obserwowali przybysza, a zwłaszcza jego sposób poruszania się. Czasem zza kolumny słychać było ciche parsknięcie, czasem chichot. Kuc z prowincji musiał bawić dwór Jej Wysokości. Ona jednak, Słońce Jaśniejące, wydawała się być niewzruszona, choć widziała w jaki sposób idzie do niej młody kurier z Appleloosy. Brighty skłonił się jak tylko mógł najpokorniej.

 - Oto rzeczony kurier, Wasza Wysokość - powiedział kolejny upstrzony wstążkami kuc siedzący obok władczyni - Czy mam go odprawić?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Soft Note

Dokończywszy swój trunek i posiłek, ogier zamówił kolejny, przerywając na chwilę dyskusję. Gdy dostał kolejną kolejkę napił się jeszcze trochę i odchrząknął.

- No więc widzisz moja droga, tak to się dziś działo. - oznajmił uśmiechając się, może nie koniecznie wstawiony, ale z pewnością czując się nieco lepiej niż wcześniej.

- Hah. Jesteś strasznym głupcem Note. Takie zachowanie cię zabije. Mówiłam to wiele razy, ale powiem jeszcze raz. Przestań. Znajdź sobie kogoś, a nie zabawiaj się z każdą szlachcianką jaka wpadnie ci w oko. Wiem, masz ten swój "nieodparty" urok, który je zachęca, ale zestarzejesz się i zginiesz samemu. - oznajmiła gryfka poważnym głosem. 

- Fakt, mówiłaś to wiele razy, ale jakoś tak, ostatnio coraz bardziej przyznaję ci rację - kolejny łyk trunku ze strony ogiera. - Przemyślę twoją radę moja droga. - Jeszcze kilka kolejnych łyków. - No ale teraz, masz wolne pokoje, przespałbym się. -  zapytał uśmiechając się niewinnie.
- Ten sam co zwykle. Cena standardowa - rzuciła gryfka wyciągając szpon po pieniądze.
- Jesteś kochana Gryzeldo - oznajmił wyciągając pieniądze z juków i wręczając je gryfce.
- A ty tępy. A teraz spieprzaj. Klientów mi straszysz - rzuciła na co ogier uśmiechnął się szarmancko, dopił trunek i wstał z miejsca, rzucając jeszcze okiem na wnętrze lokalu i kierując się na górę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A gdy tylko odezwał się kuc siedzący tuż obok Jej Książęcej Mości, najbardziej wyróżniająca się persona, w tej emanującej przepychem i bogactwem, uśmiechnęła się... Można, by rzecz, że niczym u najwspanialszej aktorki na jej pyszczku pojawił się uśmiech a w oczach było widać paletę najróżniejszych, pozytywnych odczuć. Przez krótką chwilę nie odpowiedziała na pytanie swego doradcy, jakby zastanawiając się nad czymś... Wyprostowała się, aby wyglądać bardziej dumnie, bo w końcu jej poddany przybył przed Jej oblicze, nieprawdaż?

- Ni-Nie będzie takiej potrzeby... - jej pierwsze słowa zostało przerwane w pół i wydawało się, że będzie donośne... Jednak szybko dopowiedziała resztę. Musiała przyznać, że spodziewała się kogoś innego, jednak to nie odbierało nic a nic z jej radości... Czuła nawet pewne podekscytowanie tą sytuacją. Cisza przeciągała się przez kilka, długich sekund a doradca... Nie odezwał się już jakby nagle speszył się. Atmosferę pogłębiała dwójka strażników, wyposażonych w zbroje zasłaniające całe ciało, którzy wymieniali się ze sobą spojrzeniem, gdy Księżniczka lustrowała przybyłego.

- Kurierze, Bright Laugh, nie musisz stać jak gwardziści na szkoleniu. - zaśmiała się cichutko, nie odrywając wzroku od wspomnianego pegaza. Jednak przez salę przeszło kilka pomruków, które mogły świadczyć o pewnym niezadowoleniu z przyjmowania... Plebsu? Wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie i szepty umilkły. W odpowiedzi na to, Celestia się tylko szczerzej uśmiechnęła. - Ciesze się, że Thurm und Taxis po raz kolejny dostarcza przesyłki w ekspresowym tempie. A jak rozumiem, przybyłeś wraz z przesyłką, prawda? - zadała swoje pierwsze pytanie, do widocznie pierwszy raz tu będącego pegaza, jednak w jej głosie można było usłyszeć drżenie... Może nie mogła się doczekać przesyłki i już ją rozsadza od środka? - Jestem pewna, że tak. Przekaż ją mojemu zaufanemu gwardziście. - dodała bardziej... Władczym tonem, w końcu wydawał polecenia, czyż nie? Tak czy inaczej, jeden ze strażników wyposażony w złotą, trójkątną tarczę ze wzorem słońca, oraz krótką włócznię podszedł bliżej Brighta, a chwilę później wyciągnął kopyto jakby w oczekiwaniu na otrzymanie przesyłki.

Edited by Komputer

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz spojrzała niepewna na postać stojąca obok. Obserwowała klucz który był zapleciony w jej warkoczu. Co mógł otwierać? Dokąd prowadził? Nie używany od bardzo dawna, może do miejsca o którym zapomniano. To wyjaśniałoby jego zczernienie. Klacz delikatnie zmarszczyła brwi przyglądając się uważniej. I spojrzała z powrotem na rozmówczynię gdy gwiazdka wypowiedziała zdanie o śmierci.

- C-co? - wyrwało jej się z pyszczka, choć całkiem przypadkiem. Nieprzyzwyczajona przecież była do tego, że ktoś nieznajomy, zapewne bardziej ważny wróży jej śmierć. Bo co mogła o tym pomyśleć? Skarciła się w duchu. To nie mogła być prawda. Ale przecież, zawsze można zmienić przeznaczenie. Zamrugała kilka razy jakoby obudziła się ze snu. - Przepraszamy, to nie było zbyt taktowne - powiedziała po czym na jej twarz wkradł się delikatny, wyuczony do perfekcji, życzliwy uśmiech panienki z dobrego domu. Bo nie była przecież szczęśliwa. Jednak bardzo zmieszana i niepewna kolejnego kroku. Co ją czekało? Teraz nie była pewna. - Dziękujemy za wskazówki - rzekła po chwili milczenia. - Udamy się tam od razu. Mamy nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy - dodała. Nie ruszyła jednak. Czekała na ich ostatnie słowo. Bo może w głębi serca liczyła na wytłumaczenie, które mogło nie nadejść.

Edited by Clockwork Ruby Who

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Crystal]

     - Wiesz że twoje przyglądanie nic nie zmieni? - Crystal mogła usłyszeć głos klaczy, która wydawało się że pojawiła się znikąd, stojąc tak samo jak ona przy ścianie, a jej głos był w miarę pewny, mimo że zdradzał sporą niedojrzałość swojej właścicielki. Jej rozmówczyni dopiero wkraczała w dorosłość... Co więc mogła wiedzieć o świecie. Wystarczyło że wiedziała że chce się tylko wszystkiemu przyglądać, a nie działać. Co ona mogła mieć do tego?

     - Twoje stanie, twój czas... Nie przyniesie korzyści - odezwała się po raz kolejny spoglądając arogancko na swoje kopyto. - Póki nadal pozostajesz ślepa, mimo że wiesz że ma się coś wydarzyć... Nie zareagujesz. Po co to robisz? - Spojrzała na nią klaczka spod fikuśnego kapelusza o szczerozłotych oczach idealnie oddzielających się od jej mlecznej sierści i zgrywających się jednocześnie z ostrymi rysami pyska... - Skoro masz możliwości coś zmienić...

 

[Luned]

     - Być może szybciej niż myślisz... - Gdy Stern wypowiedziała ostatnie słowa, Arystokratka mogła poczuć jak do jej oczu wlatuje niesamowicie drobny pył, właśnie z jej kopyta. Reakcja organizmu mogła być jedna, ale część zdążyła podrażnić spojówki i poleciały łzy całym potokiem. Klacz czuła na zmianę lód i ogień pod powiekami, widziała błyski i cienie jakby oglądała spektakl świateł, oddychała ozonem unoszący się wokół. Typowym dla zaklęć najwyższego poziomu.

     Gdy wzrok do niej powrócił nie mogło być niespodzianką że jej rozmówczyń już dawno nie było. Niespodzianką, był świat dookoła. który nabrał niesamowitych kolorów. Rozglądając się mogła zobaczyć jak jej własne narzędzie postrzegania świata chce zaciągnąć ją do pałacu. Skupiając się mogła nawet dostrzec do kogo ją ciągnął... Do Celestii, tylko co ona mogła mieć z tym wspólnego?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Teraz mogła ruszać jednak... Poczuła że coś wpadło jej do oka. Coś co znajdowało się o dziwo na jej kopytach. Drobny pył. Nie wiedziała jak się tam znalazł. Z jej oczu poczęły płynąć łzy. Na zmianę czuła ogień i lód pod powiekami. Co się działo?! Światła i błyski. Wciągnięcie powietrza, czuła ozon. Musiało to być jakieś zaklęcie, najwyższego poziomu. Innej opcji nie było. 

 

Nie dziwiło jej wcale, że nieznajome zniknęły. Zadziwiające było to, że stała gdzie indziej niż w rodzinnym mieście. Zamrugała kilka razy. Musiała zostać przeniesiona magią. Taa... Coś ciągnęło ją do pałacu, nie, do konkretnej osoby. Celestii... Bez namysłu ruszyła w stronę sali gdzie się znajdowała. Musiała zobaczyć co szykuje dla niej przeznaczenie. Bo to zdawało się coraz bardziej komplikować sprawę. 

Edited by Clockwork Ruby Who

Share this post


Link to post
Share on other sites

Crystal

To wszystko wydawało się absolutną stratą czasu. Gdyby chciała obserwować jak kucyk opija się cydrem czy innymi napojami udałaby się do znacznie ciekawszego lokalu niż ta speluna. Coraz bardziej miała ochotę opuścić to miejsce a jednak nie mogła. Droga, którą obierała nigdy nie była bez powodu tak jak i w tym przypadku musiała po prostu zaczekać aż nastanie właściwy moment. Najwyraźniej teraz trafiła się właśnie jedna z sytuacji gdzie musiała po prostu zaczekać troszkę dłużej. Nagle jednak do jej uszu dotarł czyjś głos i zaraz skierowała swoje spojrzenie ku jego źródłu. To było dziwne obok niej stała jakaś klacz. Jednak nie sama obecność klaczy była dziwna a sposób, w jaki się zjawiła. Nikt od tak nie był w stanie się do niej zakraść, więc jak to zrobiła ona? Crystal ponownie zaczęła spoglądać w miejsce gdzie siedział ogier.

 

- Mym zadaniem jest obserwować nie ingerować - odparła dalej tam spoglądając. - Są tacy, którym pisane jest zostać bohaterami swych własnych historii i są ci, którzy zapisują te historie by w ogóle mogła powstać. Ja należę do tych drugich. Niezależnie, jakie nie będzie zakończenie historia musi zostać zapisana a ja nie mam zamiaru w nią ingerować - nagle spojrzała kątem oka na klacz obok siebie. - Nie jesteś jak oni - powiedziała mając na myśli otaczające ich kucyki. - Kim jesteś i czegoś tak właściwie chcesz?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Boisz się powiedzieć to na głos? - spytała z ciekawością ale nie oczekiwała odpowiedzi, spodziewała się że to pytanie również pozostanie zignorowane tak samo jak poprzednie. Nie lubiła gdy ktoś zachowywał się w ten sposób, zwłaszcza jeśli wystarczyłoby jedno krótkie zdanie w stylu: To nie twoja sprawa. Efekt ten sam ale osiągnięty bez irytacji Kati. 

- W takim razie poczekam - powiedziała nadal mu się przyglądając - Tylko nie bierz za dużo zbędnych rzeczy, mogę pomóc je nieść ale nie zamierzam bawić się w zawodowego tragarza... Wystarczy mi to że będę musiała ciebie chronić. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Crystal]

- Prawda nie jestem... - westchnęła delikatnie, kiwając przecząco i patrząc na ogiera tylko jednym, nieprzymrużony okiem. - To mimo wszystko nie jest mój świat. - Uśmiechnęła się nawet drwiąco, że nie czeka jej śmierć tak czy siak... - Obcym elementem, a zwą mnie... Fate i jestem młodszym kronikarzem Wielkiej Biblioteki w Sigil - przedstawiła się na jednym wdechu... -  a czego tak naprawdę chce? - zapytała figlarnie. - Móc dalej spisywać historię tej krainy, co za niedługo nie będzie mi dane... - urwała na moment - bo skończy się jej historia mało spektakularnie, gdy wszystkie jej części wrócą do macierzy. Zresztą już wraca. - Umilkła patrząc jak ogier będzie opuszczał ich zasięg widzenia.

- Chce twojej pomocy - spojrzała na nią musząc dość wysoko unosić głowę by móc spojrzeć na jej spojrzenie. - Zresztą nie tylko twojej... bo już raz zawiodłam i wiem że nie mogę liczyć tylko na siebie. Brak mi mocy...

 

//Ojciec przyjechał, a tą część posta mam gotową. Reszcie odpiszę w poniedziałek...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Crystal

- Czy można uciec przed tym, co jest nam przeznaczone? - spytała tylko kątem oka spoglądając na klacz obok siebie. Prawdą było, że nigdy nie spotkała istoty z innego wymiaru a potrafiła zauważyć, że ta obok niej włada magią, której ona nawet nie była w stanie pojąć. Całe swe życie poszerzała wiedze i uczyła się kolejnych zaklęć a jednak wiedziała, że jej wiedza nie może równać się z wiedzą i mocą tej istoty. Potrafiła to po prostu wyczuć. Czyli jednak przeczucie jej nie myliło? Dlaczego jednak musiała pójść za tym ogierem by ją spotkać, dlaczego nie została naprowadzona w inny sposób? Przypomniała sobie jednak zaraz, że tajemnicza istota nie tylko jej pomocy oczekiwała czy mogła chcieć jeszcze jego pomocy?

 

- Czułam, że zniszczenie nadchodzi użyłam wszystkich swych mocy by to zatrzymać jednak na nic to się zdało. Więc czy jeśli naszemu światu pisane jest zniszczenie czy warto walczyć z nieuniknionym? A jednak ty tu jesteś nadal wierząca, że można to zatrzymać, więc najwyraźniej można to powstrzymać lub jest po prostu ślepa wiara z twojej strony - zmrużyła delikatnie oczy jakby nad czymś myśląc. - Dlaczego chcesz pomocy kogoś, kto spisuje historie a nie dąży do tego by zostać bohaterem? Dlaczego nie pójdziesz do pałacu i nie porozmawiasz z księżniczką o tym, co się tu dzieje? - spytała wyraźnie zaciekawiona.

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Crystal][Soft Note]

- Można - zacisnęła zęba - i wiem jak to zatrzymać, problemem jest gdzie zacząć, gdy ta ziemia została pozbawiona obu Alicornów, a na tronie zasiadło coś co pozostaje smokiem i jednocześnie nie... - westchnęła, po czym zaczęła z małą pretensją, jakby to wszystko było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. - Nie poczułaś jeszcze tego? Że słońce przyśpiesza... a robi się coraz zimniej - wyliczała, a jej kopyto zakreśliło łuk w powietrzu i zatrzymało się na drugiej klaczy. - Bo chcesz pozostać w cieniu, a mojego imienia nikt nie może zapisać... - Uśmiechnęła się lekko. - Ty tego nie zrobisz... - Pokręciła głową. - A posiadasz ogromną moc. - Następnie spoważniała - Teraz wybacz, ale muszę zmienić jeszcze jeden los... Bo zaraz będzie późno. - Zachichotała jak to robią małe klaczki zanim coś poważnie nabroją.

- Note! Chcesz materiału na nową balladę!? - krzyknęła ile sił miała, by zatrzymać ogiera, który miał zaraz przekroczyć próg i udać się na górę. Zmienić los...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Crystal

Czyli jednak zaburzenia nie były bez powodu? Miała, co prawda uczucie, że coś dziwnego dzieje się w pałacu, ale nie tego się spodziewała. Więc co się stało z księżniczkami oto brzmiało pytanie. Liczne zaburzenia, które nie działy się od tak jednak, co mogło wpłynąć na to wszystko? Każda kolejna myśl przynosiła kolejne pytanie. Tak samo jak to czy powinna się w to mieszać. Nie używała nigdy swojej mocy by się mieszać w sprawy innych kucyków to oni jej zarzucali, że to robiła. Przesądni głupcy ona jednak używała swych talentów tylko by obserwować. Z drugiej jednak strony nie mogła przejść obok wydarzenia, które może mieć tak wielki wpływ na historie całego świata niezależenie, jakie by nie było zakończenie.

 

- Cóż nie mogę przejść obojętnie, gdy dzieje się coś takiego to by zaprzeczało mej naturze - odparła cicho w kierunku klaczy, gdy ta zaczęła krzyczeć do ogiera, za którym przyszła. Czyli jednak miała racje? Przeczucie ponownie jej nie zmyliło. Kucyk, który ją tu zaprowadził nawet o tym nie wiedząc był pierwszym elementem układanki, który miał ją zaprowadzić do tej właśnie istoty i to właśnie ona wskazała jej dopiero prawdziwy cel. Nigdy by nie pomyślała, że jej talent poprowadzi ją centrum czegoś tak wielkiego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Soft Note] 

 

Krocząc na górę, lekko zmęczony bard, myślał nad kolejnymi zajęciami. W końcu, nie zamierzał cały czas spać. Pieniądze, nawet jeśli jeszcze miał ich na kilka dni, mogły się skończyć, temu albo musiał coś napisać, albo pieniądze spadną mu z nieba. Czy to dosłownie, czy w przenośni. Faktem pozostawało, że musiał działać.

I kto by pomyślał... coś się stało. Jego imię. No, nie imię, pseudonim, zostały wywołane, ale nie był to znajomy głos. Jednak to propozycja materiału na balladę najbardziej go pochwyciła. Odwrócił gwałtownie całe ciało, w płynnym piruecie, sprawiając, że teraz patrzał wgłąb sali. Szukaj właścicielki głosu. 

- Ktoś mnie wołał? - zapytał donośnie, rozglądając się w poszukiwaniu kogokolwiek kto go zawołał. Czuł ekscytację na samą myśl o nowej pieśni. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rasp

 

Miał dziwne wrażenie, że cokolwiek było w tym lesie, jeszcze z nim nie skończyło. Lecz chwilowo musiał zając się problemem który teraz miał w łapach. I to dosłownie. Nie miał czasu na nadmierne rozmyślanie. Teraz liczyło się każde ziarnko piasku w klepsydrze kuca. Pobieżna analiza dała mu dość informacji, by wiedział z czym walczy. I by zrozumiał, jak bardzo ta walka nie jest łatwa. Ale kto nie kopie ten nie je, jak mawiało stare przysłowie. Zawinął kuca w swój płaszcz, po czym zaniósł go do obozu, lub tego co z niego zostało, gryfów. Zamierzał wykorzystać je do ostatniej kropli. Najpierw podał kucowi jeden ze specyfików który miał na stanie. Dość żeby utrzymać go na nogach przez najbliższe kilkanaście minut. Pancerze gryfów były spore, specjalnie jeśli chciało się w nie wcisnąć kuca. Więc Rasp postarał się rozkulbaczyć te które były na ziemi, pomagając sobie tu i tam pazurami, a następnie Zebrał je wszystkie na kupie tak, by osłonić jak najlepiej kuca. Wspomógł się też swoim płaszczem, tak, by razem z pancerzami tworzył dla poszkodowanego mały namiot. Potem zabrał się za drewno, karczując pazurami okoliczne krzewy i gałęzie, które wisiały za nisko. Te mające więcej igieł posłużyły za wzmocnienie "ścian" namiotu, powiązane każdym kawałkiem rzemienia jaki znalazł przy gryfach, te mniejsze będą podpałką. Wyciągnął jedną z licznych mikstur jakie posiadał, dodał do niej kilka kropli innej po czym oblał drewno. Swąd siarki był okropny, ale miał dwie zalety, po pierwsze odstraszał niektóre zwierzęta. Po drugie, nie taki zapach można by było wybaczyć, jeśli towarzyszył mu buchający ogień. Lata spędzone z ojcem w głuszy były teraz dla psa błogosławieństwem. Dorzucił większe kawałki drewna z gałęzi, ale zdawał sobie sprawę że na długą metę to nie wystarczy.  Ale dość żeby kuc się ogrzał, przynajmniej chwilowo. Jedno z ostrzy wsadził w ogień, tak, żeby wystawała tylko rękojeść. Musiał przypalić niektóre rany kuca, nie miał wystarczająco opatrunków ani maści żeby załatwić to inaczej.

- Pobudka mały, masz, pij - kolejny specyfik, kolejna trucizna, choć tym razem powodująca bezsenność - wiem, niedobre, ale musisz pić, musisz żyć.

Wiedział, że być może kiedyś będzie mu za to wdzięczny. I wiedział też, że zaraz będzie go za to przeklinać.

- Muszę ci wypalić niektóre rany. Inaczej trucizna rozejdzie się po ciele. Jesteś słaba, organizm nie da sobie rady sam. Potrzebujesz adrenaliny, potrzebujesz ciepła.

Co mówiąc sięgnął po nóż i po pas od swojej torby.

- Gryź, z całej siły. Nie będę kłamał, będzie bolało. Ale przeżyjesz - złapał ją mocniej, by nie wyrwała mu się, po czym zaczął przypalać, miarowo, raz za razem każde z większych skaleczeń. Nie było to miłe, ani dla niej, ani dla niego, ale wiedział co musi być zrobione. Adrenalina wypali jego truciznę z ciała, tak jak ogień wypali resztę roślinnego jadu.

Potem przyjdzie zmęczenie, adrenalina opadnie, najpewniej urywając świadomość. Wtedy pozwoli jej spać, sprawdzając tylko co jakiś czas oddech. W końcu miał obietnice do dotrzymania. Ułoży ją plecami do ognia, by ciepło zrobiło swoje, a sam zacznie robić potrawkę z mięsa gryfa i kilku drobnych przypraw z własnych racji. Obecne tu ciała były w idealnym stanie dla niego. Zimno nie pozwala na rozmnożenie się zarazków i robactwa, a mięso gryfów miało przyjemny smak, zbliżony do kurczaka. Dodatkowo nie musiał martwić się o zużycie zbyt wielu racji, że o tryskającej krwi nie wspomni. Musiał się z tym uwinąć szybko, bo kuc swoje już widział i nie trzeba do tego było dodawać patroszenia gołąbków. Dlatego tam gdzie nie mógł poradzić sobie ostrzami, to radził sobie kłami i pazurami. Jedną blaszaną stronę czyjegoś napierśnika wykorzystał nawet jako patelnię, żeby mieć na czym smażyć, czyjś hełm z kolei, po odpowiednim wybebeszeniu miękkiej strony, posłużył za garnek. Okoliczny śnieg, po roztopieniu i przepuszczaniu przez jego alchemiczny filtr, pozwalał pozyskać wodę na herbatę. Co prawda nie był to pierwszy raz gdy parzył ją przyborami alchemicznymi, ale akurat tutaj wolał być ostrożnym. Wciąż miał w myślach to uczucie strachu, które nijak mu nie pasowało. Dlatego ani na chwile nie zostawiał ostrzy dalej, niż na zasięg łapy.

  • Thanks 1
  • Haha 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Crystal][Soft Note]

Kiwnęła tylko, w odpowiedzi drugiej klaczy, posyłając jej kolejny ze swych prostych, wręcz dziecinnych uśmiechów, nie niosących ze sobą nic po za tym że albo będzie dobrze, czy wszystko się uda... Taką właśnie miała urodę, która gryzła się z jej doświadczeniem czy wiekiem, ale była już to kwestia magii, a nie biologii czy stylu życia...

- Tutaj grajku! - zawołała jeszcze raz, machając na dodatek dość energicznie swoim drobnym kopytkiem, próbując zwrócić na siebie uwagę wśród typowej karczmowej atmosfery. A ogier mógł zobaczyć jak przywołuje go prawie klaczka o ponad głowę niższa od swej towarzyszki do której chwilę wcześniej się uśmiechnęła... Jej samej nie widział... ale Crystal? Zawsze mogła mu mignąć wcześniej. Tylko czy ją pamiętał albo dostrzegł?

Share this post


Link to post
Share on other sites