Hoffner

[Gra]Planescape: Złodzieje żywiołów

Recommended Posts

Spojrzała na niego z góry patrząc prosto w jego błagające oczy, ona sama starała się sprawiać wrażenie niewzruszonej jego prośbą i tym że jeśli źrebak tutaj zostanie najpewniej rozstanie się z tym światem. Życie tego pojedynczego kucyka jej nie obchodziło tylko czy posiada na tyle sił by znieść ten wzrok? To nie było takie łatwe ale próbowała.  

 

- Spójrz na siebie - powiedziała twardym głosem. - Naprawdę myślisz że jesteś wstanie wytrzymać dłużej niż kilka godzin na zewnątrz? Na tym mrozie, wietrze i w śniegu? - Próbowała złamać jego zapał i pewność siebie. - Masz za wąski kark, zaakceptuj ten fakt i powiedz mi gdzie jest Canterlot. Ta podróż nie jest dla ciebie. - Skoro naprawdę chce przeżyć to nie da się tak łatwo pozbyć a jeśli jest choć trochę inteligenty nie wskaże mi drogi dopóki Kati nie przyrzeknę że zabierze go ze sobą. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

[Kati]

     Wypuścił powietrze, a jego pysk objęły strumienie pary, która poszła nozdrzami. Wyglądał na upartego, gdy patrzył na nią z byka, zagryzając wargi, myśląc jak powinien się odgryźć. Jego tylne kopyto trzęsło się zdradzając że jest kłębkiem nerwów, wybijając po całym pomieszczeniu swoisty jednostajny rytm, który ustał gdy obrócił się gwałtownie wrzucając parę dodatkowych szczap drzewa do pieca z pomocą lewitacji, którą widać że nie udało się mu opanować do perfekcji, albo po prostu nie miał tylu sił by nad nią zapanować...

     - Nie jestem i dlatego chce iść z tobą - zapowietrzał się co moment - i doskonale wiesz dlaczego... - powtarzał się, gdy w jego uścisku magii pojawił się lekki toporek z pomocą którego rozłupał parę następnych pieńków, przy czym mało się nie napocił. Szczapki rozleciały się po pomieszczeniu ale on ich już nie zbierał. - Zabierz mnie, mam kryształy... Zapasy...

 

[Bright Laugh]

     Tale, bo tak nazywała się nowa patrzyła na wszystko z dystansem, a w jej zielonych oczach, uwidoczniło się coś czego zwykły kucyk nie mógłby wytłumaczyć od tak, nie widząc, nie czując pewnych szczegółów, jak w tym przypadku zapachu jaśminu, którego ogier nie był wstanie nawet poczuć, bo za krótko z nią przebywał. Złowieszcza iskra jak szybko się zapaliła, tak zgasła wygaszając jedną z wielu dróg które miały się jeszcze otworzyć i zamknąć właśnie na drodze tego pegaza.

     Kierownik miał go zaprowadzić najszybszą drogą, a prowadziła ona wąskim skręconym do granic możliwości korytarzem, przy którym pośpiech mógł się okazać dość niebezpieczny. Marmurowe stopnie były w miarę wąskie i niewłaściwy krok mógł skończyć się wydłużonym pobytem w skrzydle szpitalnym... Zwłaszcza że jedyne światło pochodziło od niewielkich kryształowych świeczników zasilanych co jakiś czas iskrą magii przez życzliwego jednorożca... Wychodziło się zza jednego dywanów, by nie niszczyć całego wystroju jednego z głównych korytarzy nieplanowanymi wcześniej zmianami w tym przypadku zniszczenia pewnej symetrii ~ wizji artysty.  Łatwiej było powiesić dodatkowy gobelin na ścianie. Po tym droga była już szybka. Strażnicy patrząc na prowadzącego Brghta jednorożca.

     Mała łazienka dla służby tego było potrzeba naszemu bohaterowi. Niewielkie pomieszczenie w jednym z bocznym korytarzu... a księżniczka miała być tak niedaleko.

[Resztę czyszczenia napisz sam, bo będzie że kieruję Ci postacią XD]

Edytowano przez Hoffner

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Rasp

 

Zwolnił trochę bowiem poczucie strachu w połączeniu z jego doświadczeniem oznaczało żądze krwi. W tym lesie polowało coś o wiele bardziej zabójczego niż on sam. Coś, co widziało psa tylko jako przekąskę, którą być może chwilowo nie warto było się zajmować. Ale tym Rasp będzie się martwił za chwilę. Na razie musiał zająć się kucem, którego widział przed sobą. Samo podejście do niego mogło wywołać jeszcze większą panikę, a co za tym idzie, liczniejsze rany. Więc trzeba było podejść do tego inaczej. Poprawił kaptur na głowie upewniając się że niewiele pyska z niego wystaje.

- Hej, wierzysz w potwory?

Poczekał aż te słowa dotrą do kuca. Potrzebował choć trochę jego uwagi.

- Wykrwawiasz się i niedługo umrzesz. Wolisz śmierć, czy pomoc od potwora?

Najpewniej przesadzał z tym wykrwawianiem się, przynajmniej do czasu aż nie sprawdzi dokładniej jego ran. Ale chciał zmusić kopytnego do uznania go za jedyną deskę ratunku. Jak mawiają, tonący brzytwy się chwyta, więc kto wie, może ten zaryzykuje postawienie wszystkiego na potwora?

Edytowano przez Zegarmistrz
Literówki.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Obserwowała jak nieporadnie radzi sobie z lewitacją i jak dużą trudność sprawia mu wysiłek spowodowany rąbaniem drzewa przeznaczonego na opał. To był wystarczający dowód na to że nie jest zbyt silny a podczas podróży Kati będzie widzieć w nim jedynie ciężar którym będzie musiała się opiekować. 

- Powinieneś się poddać i czekać aż zamarzniesz w tym swoim przytulnym schronieniu - Stwierdziła to co uważała jednak doceniała to że się nie poddaje, dojrzała w jego oczach determinacje a nie błaganie o litość. - Mimo to skoro chcesz się jeszcze trochę pomęczyć i mieć ciężkie wspomnienia na resztę życia to ci w tym pomogę - domyślała się że jego rodzice już nie żyją, inaczej chyba by go nie zostawili prawda? Usiadła na fotelu zakładając nogę na nogę i przeciągnęła się - była już zmęczona i postanowiła że zatrzyma się tutaj na krótką chwilę. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

[Rasp]

     Chwilę trwało, zanim znaczenie słów wypowiedzianych przez Raspa dotarła do źrebaka, w którego uszach dudniły dzięki pracy jego własnego serca, a potem szum niebezpieczeństwa wokół. Dźwięki lasu, odgłosy spadającego śniegu i dopiero jako ostatnie przebijały się znajome frazy oznaczające chęć pomoc od stwora, który nie był jednym z kucyków... Kopyta przestały jednak bić bezsensownie w ziemię w akceptacji własnego losu, ale może i światełka w tunelu. Od diamentowego psa nie biła aura grozy, która znajdowała się wszędzie indziej, a zwłaszcza w cieniach.

     Źrebię rozglądając się wcześniej, próbowało wyjść na spokojnie, zaciskając zęby, a adrenalina wyciszała ból. Gałęzie przesuwały się po przeoranych bokach, a z błękitnych oczu popłynęły łzy, zamarzając z wolna na policzkach i zlepiając sierść. Udało jej się wyjść z pułapki, zwieszając głowę. Z jego krtani wyszedł tylko skrzek z którego nie szło sklecić chociażby jednego słowa, ale było w nim swoiste zaufanie. Ustalić jednak że była to klaczka, gdy patrzyła na psa ukradkiem... Niepewnie i wyczekująco.

 

[Kati]

     Odpowiedziało jej tylko dłuższe milczenie, cięższy oddech, ale i westchnienie ulgi. Smok mu nie odmówił pomocy, a już sama obecność mogła mu pomóc, tylko nie mógł zdradzić jej drogi od tak, bo by zwyczajnie odleciała. Nie mógł też jej zniechęcić, więc jak powinien odpowiedzieć? Co zrobić by przeżyć. Wszystkie myśli jednak wydawały się naiwne i nic nie warte w obliczu. On powie ona odleci i zostanie sam. Tego się bał i dlatego jego oczy uważnie śledziły swego gościa i jedyną drogę ucieczki.

     - Chce spróbować przeżyć - powiedział i to były ostatnie słowa zanim skoczył powtórnie na swe posłanie zagryzając tam podpłomyk zalany miodem...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

A więc poszli. Droga, jaką pokonywali, stawała się coraz dłuższa, zaś uważanie na to co się ma pod nogami nudne. Strażnicy zaś mijani w równych odstępach czasu zdawali się być wyrzeźbieni i bez życia. 

 

 - Więęęc... dale...
 - Jeszcze trochę.

 

Kierownik musiał być przyzwyczajony do takich pytań. Wielu kurierów musiał odprowadzać pod same drzwi Sali Audiencyjnej, w tym i młodych, którzy swoje doświadczenie dopiero zdobywali. Traktował swoją pracę bardzo odpowiedzialnie, toteż wszelkie komentarze na temat kurierów zostawiał dla siebie. Miał tylko odprowadzić ich pod drzwi.

 

 - Tooo...

 - Jeszcze trochę.

 

Teoretycznie tą samą trasą przechodził już od dobrych 18 lat. Jednocześnie nigdy nie znudziła mu się ona w żadnym calu. Zawsze znalazł coś nowego i intrygującego, czemu się przypatrzył przechodząc tuż obok, czy też całkiem daleko. Dzisiaj był to kawałek cegły w ścianie, jaki pozostał po odbudowie tego skrzydła pałacu. Niedopilnowanie? Specjalne opuszczenie? Cholra wie, wiadomo tylko że ona tam była, przykuła wzrok kierownika i została minięta.

 

 - Ja przepraszam, ale...

 - To już.

 

Zaiste. widać było jakieś drzwi, pilnowane przez podwójne straże, przed którymi stał jakiś kuc we fraku, wpuszczający kucyki stojące w kolejce do Jej Wysokości. Poznał pośród nich kurierów Thurm und Taxis, a więc trafił dobrze.

 

 - Szanowny pan raczy przejść do komnaty.

 - Komnaty? A po co?

 - Szanowny pan chyba nie ma zamiaru z tymi badylami i w tym szaliku z odzysku pokazać się przed Słońcem Jaśniejącym?

 

Z jednej strony śmiertelna obraza spowodowana szkalowaniem szaliczka od mamy kusiła by choćby nadepnąć kierownikowi na ogon; z drugiej zaś było pragnienie zobaczenia księżczniczki. Bright przełknął ślinę oraz swój gniew.

 

 - No nie mam.

 - Zatem zapraszam do komnaty, w której zostanie szanowny pan... poprawiony.
 - Poprawiony?! Lubię swoje ciało!
 - Chodzi mi o sam wygląd. 

 - Och.

 

Bright wszedł w drzwi. Pobył tam około 30 minut, po czym wyszedł przypudrowany, w wielkiej peruce i surducie.

 

 - Wyglądam okropnie.

 - Wygląda pan godnie Jej Wysokości. A teraz proszę usiąść tu na krzesełku, zostanie pan wezwany. Ja idę pana zgłosić, i wracam do siebie. Do widzenia panu.

 - Do widzenia!

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Rasp

 

To dobry obrót sytuacji. Pozwolił żeby czarny pies znowu ucichł w tyle jego głowy, wyczekując na kolejny atak. Tak, zdecydowanie wolał być widziany jako ostateczność, aniżeli tylko możliwość. I zamierzał to wykorzystać do cna. Choćby grając potwora jeszcze przez te kilka minut.

- Zatem wybrałaś. Czy dobrze, czy źle, o tym dowiesz się w odpowiednim czasie, zapewniam. Lecz miej na uwadze, nic nie robię za darmo. Śmierć odbiera życie - wypowiedział te słowa powoli, by kuc mógł zebrać oddech, by miał chwile na pojęcie jak bardzo jest źle i jak bardzo potrzebował pomocy - zatem składasz owe w moich łapach. Nie zapomnij o tym.

Sięgnął do pasa, wsuwając w łapę dwa z ostrzy do rzucania, zaś drugą sięgnął po przybory alchemiczne. Miał tam jeszcze trochę składników na trucizny, ale kilka z nich nadawało się na maść, która mogła zatamować pomniejsze krwawienia, resztę będzie musiał wygoić siłowo. Nie będzie to przyjemne, ani dla niego, ani dla kuca, ale lepsze to niż umieranie z zimna i wykrwawianie się na jakimś leśnym pustkowiu.

Wciąż niepokoiła go ta żądza mordu, którą odczuł wcześniej. Wytężył zmysły raz jeszcze, gotów zaatakować na jakikolwiek znak nieprzyjaciela, pod, na i nad ziemią. A na swoje szczęście, miał też tutaj odpowiednią przynętę.

- Podejdź, zajmę się twoimi ranami. W tym stanie nie dasz rady opuścić lasu, a tego byśmy nie chcieli, prawda?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Uśmiechnęła się na krótką chwilę jakby jednorożec powiedział jakiś żart a nie tylko coś co było oczywiste. Czy powinna mu powiedzieć zdanie które sama słyszała już zbyt często w swoim życiu? - Nie próbuj, rób albo nie rób, nie ma próbowania... Raczej nie, nie dość że oklepany motyw to taka zmiana ze złego smoka w dobrego byłaby nieco zbyt dziwna i nagła. 

- Masz tam kogoś w Canterlocie? Nie żebym się jakoś przejmowała twoim dalszym losem ale po prostu jestem ciekawa. - spytała wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Czy to że zdecydowała się pomóc temu kucykowi to przejaw słabości? Chyba powinna go zostawić i szukać swojego celu samodzielnie, wydawało jej się że tak by postąpił każdy smok którego znała. Pogładziła pazurem metal na swoich przedramionach. Co jeśli skłonność do takich zachowań sprawiła że musiała opuścić swój dom? Im dłużej nad tym myślała tym jej wyraz twarzy stawał się mniej zadowolony. - Kiedy chcesz wyruszyć do tego Canterlot? 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Kolejny dzień taki sam. Co się ze mną działo? Brakowało mi inności. Schematyczność była tak monotonna, że miałam ochotę ziewać. Brakowało mi Aleksandra, tak stanowczo. To on dodawał mojemu życiu tych dodatków, które czyniły je tak dobrym. Kochałam jego uśmiech i głos. Teraz miałam już go więcej nie ujrzeć. Spokojnie Feain, to było, minęło. Ale czy na pewno chciała by to przeminęło? Może. Nie zatrzymała się przy jednej ani drugiej ciekawej sytuacji choć bardzo chciała. Coś jednak ciągnęło ją do przodu. Wiedziała, że będzie to coś o wiele ciekawszego niż te drobne przyjemności. Nie myliła się. Szybko przed jej nosem pojawił się kij a ona stała przed dwójką tak różnych kucyków. Oczy obu klaczy, były magiczne. Ba! Nawet bardzo. Patrzyła na nie lekko marszcząc brwi. Wiedziała, mimo to strzępiła język. Wywoływała z pustki słowa, które nie przywrócą Aleksandra. Westchnęła.

- Wiesz... Nasza ofiara może na nic się zda ale... Nasze życie zostało zmienione już na tyle, że nic nas nie poruszy. Więc proszę wskaż nam drogę, postaramy się przynajmniej przydać się w jakimkolwiek stopniu. Nawet jeżeli będzie to oznaczało zmienienie roli. Przyszła pora na zdjecie przez nas maski moja droga nieznajomo - mówiąc to klacz rozpuściła swoją grzywę i ogon. - Nie zamierzamy udawać słabej, uroczej panienki. Jesteśmy córką rodu Luned. Rodzice i brat muszą być zadowoleni z wyboru. Więc... Gdzie biegnie moja droga? - zapytała wyjmując z pod koszuli kryształ i podając go nieznajomej z kijem. Za trud zatrzymania jej.

Edytowano przez Clockwork Ruby Who

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Chcesz dodać odpowiedź ? Zaloguj się lub zarejestruj nowe konto.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to bardzo łatwy proces!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się