Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Po prostu Tomek

[Gra] Dies irae [Oksymoron] [może trochę Dark]

Recommended Posts

- Dobry, panie Bezdech - odparł Iriel uprzejmie. A więc jednak Bezdech nie był takim trutniem jakim się wydawał być. Jeśli będzie odpowiednio światły, może się okazać, że uwierzy w historię. Jeśli wystarczająco wierzący, obrazi się albo wyzwie eks-anioła od heretyków. Istniała też możliwość, że stary pierdziel uzna go za wariata, co w mniemaniu Iriela nie byłoby jakoś szczególnie szkodliwe patrząc na całokształt działalności Bezdecha. 

 

- No to tak... - Tu pochylił się nieco do przodu, w pamięci mając, że zielarz miał na szyi pętlę wisielczą, ich durny symbol religijny. Wskazał na nią palcem, nie dotykając. - To ma z tym dużo wspólnego. Pochodzę z bardzo, bardzo daleka. Z góry. Nie z wyższych sfer znaczy się, z Nieba, tak mniej-więcej, bo to głębsza sprawa. Byłem specjalistą od waszego świata, ale nasz wspólny Bóg Ojciec nie zaakceptował wszystkich moich działań. - Iriel westchnął, przyłapując się na tym że bez żadnego ładu gestykuluje rękami. - Rozumiesz, panie Bezdech, chciałem dobrze, ale chyba mieliśmy inny pogląd na sprawę, więc zdecydował że mnie ukarze. Wykopał mnie z nieba i usunął skrzydła, mam nawet cztery szramy na plecach, jeśliś ciekaw. Dlatego mnie znaleźliście w dole, nagiego. Przyrżnąłem o ziemię, upadłem i na to nie ma dekoktów, obawiam się - stwierdził, opierając nostalgicznie głowę o ręce. - Ale nie przejmujcie się, nie jestem diabłem, aż tak nisko nie upadłem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bezdech nie poruszył się ani o milimetr podczas całego czasu jaki Iriel poświęcił na krótkie objaśnianie swojej sytuacji. Na uzewnętrznienie się przed tym człowiekiem o cierpliwości godnej góry, jak nie kontynentu. Nie ruszać się ani na chwilę siedząc w takim grubym, włochatym i gryzącym odzieniu przez cały czas, by nie wspomnieć o ciężkim dymie, było już pewnego rodzaju osiągnięciem. Mężczyzna, którego z czystym sumieniem możnaby opisać epitetem "omszały", na raz wciągnął takiego bucha ze swojej fajki, że anioł aż widział tańczące węgielki w cybuchu. Przytrzymał go przez kilka sekund i wypuścił, razem ze słowami, które być może zaskoczyły anioła.
- Łatwo się przyznajesz - oznajmił głosem tak neutralnym, jakby mówił o pogodzie. Zarówno twarz jak i ciało Bezdecha nie nosi nawet najmniejszych znamion szoku czy zaskoczenia. - Ktoś inny niechybnie wziąłby cię za szaleńca. Ktoś ograniczony. Ktoś, kto nie zna sekretów tych różnych kitajskich przepisów, które sprawiają że ja gadam z aniołami a moi podopieczni z samym Panem Bogiem. Ha. Haha. Klama to by cię na kopach wyprosił, aha?

Z jakiegoś powodu, mimo manieryzmów, Bezdech wydawał się jakby bardziej świadomy tego co mówi. To już nie jest do końca takie sobie po prostu zwykłe pieprzenie ćpuna jedną nogą w grobie.
- Nie będę cię pytał czy On jest jednym z wielu, czy jednym jedynym. Nie będę cię pytał o sens życia. Nie jesteś Nim. Jesteś Jego sługą. A wiem tyle, że w żadnej opowieści z Księgi jaką znam, główny bohater i sługa boży nie wygrał forów u góry siedząc w lesie, na pustyni czy w brzuchu ryby. Musiał coś zrobić, albo postanowić że coś zrobi. Spadłeś i jesteś w dupie, to prawda. Jesteś tu z nami wszystkimi i obowiązują cię te prawa co nas. Ale widzisz, ty masz tu o - majestatyczny futrzany kształt przechylił się lekko by dotknąć brudnym paluchem czoła wygnańca - i dzięki temu możesz dać sobie radę. Nie przestaniesz być aniołem, póki nie będziesz chciał przestać nim być.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel jednocześnie był i nie był zdziwiony, ale jego zaskoczenie byłoby zdecydowanie większe, gdyby Bezdech nie uwierzył. Swoją drogą zauważył, że uzewnętrznienie przy zielarzu było zaskakująco łatwe i nawet poczuł się trochę lepiej. Taki Bezdech wydawał się być bardzo dobrym słuchaczem, a byłby słuchaczem idealnym, gdyby jego opary nie próbowały odebrać rozmówcy wolnej woli.

- Przyznałem się tobie, bo wyglądałeś na kogoś, kto zrozumie. A jeśli nie to, to zaakceptuje czy coś w ten deseń. Wyczucie, ot co, tak mi się zdaje - odparł Iriel, choć w rzeczywistości jego działanie miało charakter czysto eksperymentalny. Nie było to jednak zupełnie kłamstwo - nikomu innemu póki co by się nie wygadał. 

 

Mowa zielarza zrobiła na Irielu niemałe wrażenie, ale jednocześnie potwierdziła domysły o tym, że przygłup w rzeczywistości wcale przygłupem może nie być i że trzeba na niego uważać. Poczuł głęboką, wewnętrzną satysfakcję. Nie tym razem, świecie. 

 

- Wydajesz się być mądrym człowiekiem, panie zielarzu - rzekł anioł, ale nie z wyższością, a ostrożnym, nieco zdystansowanym szacunkiem. - A już na pewno otwartym i w pewien sposób światłym. - Dzięki za twoje słowa. To mi było potrzebne - dodał. Choć nawet jeśli dalej był aniołem, to wolał być nim ze skrzydłami i swoimi oryginalnymi umiejętnościami. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zielarz powoli cofnął przybrudzone łapsko od przed chwilą dotkniętej twarzy anioła, wodząc za nim wzrokiem jakby nagle właśnie teraz skóra tej dłoni stała się zajebiście ważna. Wydaje się, że ta iskierka świadomości, którą przed chwilą wykazał mężczyzna ponownie wycofała się, skryła za woalem dymu i owłosieniem niczym zmarznięty... powiedzmy że pączek krokusa wiosną. Kiedy Bezdech skończył się przyglądać dłoni, którą dopiero co dotknął niebiańskiego wygnańca, sprawiał wrażenie jakby kompletnie wrócił do bycia swoim normalnym sobą. Nawet uśmiechał się ni to rozmarzenie, ni to głupkowato. Kiwnął głową, by zaznaczyć iż słowa Iriela do niego dotarły.
- Na mnie zawsze można liczyć, aha? Dlatego mnie tu trzymają... - powiedział głosem mimo wszystko jednak bardziej poważnym, niż można by zakładać po jego gestach. - Ruszaj, gołąbku. Dzień jest długi, a skrzydła jeszcze słabe.

I na tym konwersacja chyba dobiega końca. Zielarz zamiera w swojej druidowej pozycji, ponownie decydując że jednak całkiem fajnie jest być kamieniem lub drzewem. Chłód kompletnie mu nie przeszkadza, lecz by być szczerym, poranne zimno już ustępuje. Mgła znika, promienie słoneczka przeciskają się między liśćmi, jeno powietrze wciąż pozostaje ciężkie. Pojedyncze zaspane głosy wskazują, że zbójcy też powoli się budzą. Wśród tych głosów jest i ten należący do Mieszka - wąsatego herszta. Brzmi podekscytowaniem, choć jest na tyle przytłumiony, że więcej ponadto nie słychać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Irielowi pozostało uszanować wolę zielarza i zostawić go w spokoju. Miał wrażenie, że Bezdech podobnie zachowałby się w obliczu tajfunu i że w tym przypadkach tajfun również nie miałby nic do gadania. 

 

W związku z takim obrotem sytuacji, postanowił wrócić w okolicę obozowiska, już z trochę lepszym nastawieniem. Był ciekaw, kto o tak podłej, porannej (choć, trzeba przyznać, urokliwej) porze z czegokolwiek się cieszy albo czymkolwiek ekscytuje, dlatego też postanowił to sprawdzić. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel idąc może poczuć przyjemnie krążącą po całym ciele ciepłą krew. Jego fizyczne ciało aż samo rwie się do akcji skoro mózg już się obudził, ale może to też być po prostu uboczny skutek tej prymitywnej rzeczy jaką jest fizyczne istnienie. Jest... wyspany. Dobry, niezakłócony sen to zaiste wspaniałe doświadczenie. Głębiej w obozowisku jest jeszcze kilku chłopa, co mają ewidentny problem z pokonaniem zewu własnego barłogu, jednak towarzysze mniej czy bardziej żartobliwymi, ale dość mocnymi kopniakami doprowadzają ich do porządku. Zapewne coś takiego może czekać kiedyś i niebianina, jeśli nie wstanie na czas, kto wie.

W każdym bądź razie, źródło ekscytacji to, jak się okazuje, jeden z młodych chłopaczków, otoczony niewielkim wianuszkiem starszyzny bandyckiej z hersztem na czele. Zdają się być pogrążeni w żwawej dyskusji, którą z tej odległości już znacznie lepiej słychać.
- ... wypchana od środka atłasem. Sam widziałem! Siedzi w niej taki gruby facet, w żupanie i z wąsami podwiniętymi prawie na nos, na oksytańską modłę. A jakie pierścieeeenie na paluchach! - młody chłopak aż sobie popluł brodę, tak przejęty jest objaśnianiem czegoś.
- I nic straży? - Mieszek zachowuje w głosie pewną rezerwę.
- Czterech konnych, ale pizdusie tacy, w kamizeleczkach i z piórami w kapeluszach. Furda dla nas, zasadzimy się na Przechodzie i kufer, pierścienie, broń wszystko nasze! A ten to kto? - nagle chłopaczyna unosi wzrok, spoglądając na wygnańca z góry nieco podejrzliwie.
- Aaa. Ten tu? Nasz cyrulik, z dalekich krajów, Iriel go wołają. Cyruliku, będzie sprawa. Kroi się robota. Musimy się zastanowić co z tobą zrobić. Bić się umiesz? Albo z daleka czymś walić?
 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie i nie. Jasne, miał parę razy w rękach ogniste miecze i inny tradycyjny oręż, co nie zmienia faktu, że te ręce i tamte ręce to było coś zupełnie innego. Iriel zmarszczył brwi w wyrazie zamyślenia. Z drugiej strony co, odmówi tym tutaj tak po prostu? I jak coś takiego będzie się liczyło do punktacji plusów i minusów u ojca? 

Dobra, raz kozie śmierć. Iriel doszedł do wniosku, że jak już jest na ziemi w ludzkim ciele, to wypadałoby nabrać doświadczeń. 

- Nie uczyłem się nigdy sztuk walki, od zawsze siedzę raczej przy księgach - zaczął, drapiąc się po brodzie. - Ale, jak mniemam, jeśli dostanę miecz i będę trzymał tępy koniec, a walił ostrym, to jakoś to będzie. Zawsze musi być ten pierwszy raz - stwierdził i wzruszył ramionami. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chłopaczek parska paskudnym śmiechem, takim jakie mogą wydać z siebie tylko okrutne dzieci pewne swoich wyimaginowanych przewag. Za to rechot jakim obdarza Iriela Mieszek jest choć rubaszny to jak najbardziej pozytywny i zachęcający. Przywódca zbójników zaraz też potwierdza to całkiem głośnymi oraz bijącymi szczerością słowami.
- Ha, i to jest bojowy duch! - mężczyzna zbliża się by poklepać eks-anioła po plecach. Starszyzna kiwa głowami z uznaniem, lecz także i lekkim rozbawieniem. Nie wiadomo jak z Ojcem Niebieskim, ale u tych kolesi cyrulik zdecydowanie nabił sobie dodatnich punktów. - Żal, że odpowiedź brzmi nie, ale prawiście, Mistrzu Irielu. Zawsze musi być ten pierwszy raz. Odważniście. Czy macie jakieś specjalne preferencje czy proste ostrze wystarczy?

Gdy herszt łupieżców kończy mówić, pstryka na kogoś w tłumie i zaraz jakiś zwalisty chłop w ciężkim czarnym owczym futrze wystawia pełnym, tępym wyrzutem ręki coś jakby naprawdę długi i bardziej wąski tasak. Pokazane narzędzie prawie przecina biednego niebianina na pół tak dosłownie mimochodem, zatrzymując się może pół centymetra od jego mostka. Po zachowaniu otaczających zbójów można wnosić, że to nie próba brutalnego morderstwa. To po prostu podanie broni. Tylko ten gość jest... nieokrzesany.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie mam w tym, panie herszcie, absolutnie żadnego rozeznania, to i mniemam, że najzwyklejsza, prosta jak cep broń wystarczy - odparł, w głębi ducha mając nadzieję, że pierwszy raz nie będzie ostatnim. Usilnie powstrzymywał też myśli o opcjonalnych nieprzyjemnościach związanych ze śmiertelnym zranieniem. 

Nie opanował lekkiego drgnięcia, odruchu w związku z ostrzem nieco zbyt szybko i zbyt blisko jego ciała. Najpierw omiótł wzrokiem owego nieokrzesanego typa, żeby potem pewnie wziąć do ręki ów dziwaczny twór. Przynajmniej próbował, żeby było to pewne. Aż żal, że uprzejmie nie dano mu jakiegoś bardziej muskularnego ciała.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Typ jest... po prostu nieokrzesany. Przygaszone oczy, jakby toporem robione mięśnie pod szczeciniastą skórą, duży nochal, prawie zwierzę nie człowiek. Jednak kiedy Iriel odbierał od niego ostrze, koleś nie drgnął nawet na centymetr, pewnie stojąc w tych swoich rozkłapcianych buciorach. Eks-anioł ma swój czas, by poczuć ciężar prostej ale zapewne zabójczo skutecznej, bandyckiej jednak mimo wszystko zadbanej broni. Mieszek spogląda na młodego cyrulika z przyjaznym błyskiem, podczas gdy dzieciuch spluwa i szepcze coś do siebie.
- Hy, hy - odzywa się herszt, pokazując mimowolnie szczelinę między krzywymi zębami. - Nawet łapiesz o co chodzi, medykusie, tylko pomachać byś musiał. Ale będzie i okazja. To co, wszyscy gotowi?
- Ho! - odkrzykuje banda dookoła, tak są pewni siebie. Na szczęście las głuszy dźwięki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel starał się wprost emanować entuzjazmem, bo o szczerym podzieleniu radości towarzyszy nie było mowy. Wpakował się głupio w bagno, chcąc im zaimponować i teraz się zastanawiał czy faktycznie tak wesoło wyraził zgodę na zamordowanie kogoś tym... Czymś. Cóż, póki co jeśli nie stchórzy to pewnie i tak mu nic nie zrobią, bo był im potrzebny. Postanowił po prostu póki co zdać się na los.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cała banda prędko zebrała się do kupy, gotowa do upolowania tego tajemniczego opierścienionego jegomościa, zapewne szlachcica lub zagranicznego dygnitarza. Zdecydowanie męska grupa, dowodzona przez wąsatego i szczęśliwego jak podczas popijawy poprzedniej nocy Mieszka a prowadzona przez tego podejrzanie łypiącego oczkami małego gnojka, ruszyła z obozowiska, które zdumiewająco szybko zamienia się w gęste krzaczory podszyte jeszcze bardziej złośliwym i czepiającym się butów i portek runem. Tutaj zbóje nawet bez walki dobrze pokazują, że są profesjonalistami, bowiem przekaradają się w ciszy i zasadniczo nawet większy szelest nie towarzyszy ich przemarszowi. Ot drące się w gęstej i nieujarzmionej puszczy, takiej jak Ojciec ją stworzył, ptaki przycichają na chwilę z respektem, kiedy mijają ich ludzie. Podobno te obdarzone rozumem cielesne istoty to panowie stworzenia. Czy Iriel mógłby tak nazwać tę bandę, z całą stanowczością? Były anioł zauważył, że między przekradającymi się przez las bandytami nie ma Bezdecha. Powietrze zrazu pachnie tylko świeżością, zielenią i zwierzyną, jednak po pewnym czasie dołącza do tego połączona jakby w jedno woń jednocześnie kwitnienia i rozkładu, wraz z wzrastającą wilgocią.

Za to o mały włos a niebianin potknąłby się o paskudny, poskręcany ciemny korzeń jakiegoś martwego drzewa, kiedy nagle w gęswitnie rozległ się sykliwy i zduszony głos chłopaka. Ten to jest z nimi cały czas, i właśnie informuje o czymś herszta. Niestety Iriel nie słyszy o czym mogą rozmawiać, bo obciążony wieloma bodźcami cielesny umysł dopiero teraz daje mu znać, że grunt robi się luźny. Rozbójnicy nie zmieniają rytmu kroków, jednak Mieszek zbliża się nieco do "medyka".
- Dochodzimy na Przechód. To podmokły teren, uważajcie, Mistrzu Irielu, by nie wpaść w trzęsawisko. Od tej pory stąpajcie z nami w szyku i pewnie chwyćcie broń.

W oddali anioł może dosłyszeć tętent koni oraz przytłumiony turkot. Echo daleko nosi się lasem, ale wozu jeszcze nie widać. Pod koronami gęstych drzew panuje przyjemny lecz zdecydowanie ukrywający ciemnozielony półmrok. Wszyscy szykują się i ustawiają w pozycjach, Mieszek czasem zerka przez ramię czy jego nowe oczko w głowie się nie utopiło. Świat zamiera na wdechu...

Share this post


Link to post
Share on other sites

To nie było to, co Irielowi się w tym momencie podobało. Już samo chodzenie było nieco skomplikowane, a już grunt, który podle pozwala stopie przy kontakcie z nim się wykrzywiać, był dodatkowym utrudnieniem. Jeszcze umysł musiał kontrolować rękę, żeby - jak to powiedział herszt - "pewnie chwycić broń". Dobra, to było w miarę łatwe. Gorzej w momencie, kiedy ta broń się przyda. Iriel czuł dwie rzeczy - albo go zabiją, albo poważnie zranią, albo się skompromituje. Albo kogoś zabije albo zrani, co było równie złą opcją, patrząc na to, że w rankingu ojca pewno był teraz na poziomie ludzi. Czyli był oceniany jak człowiek. 

Iriel zastanawiał się dłuższy czas, czy po raz kolejny truć Najwyższemu cztery litery o pomoc. Było to też w mniemaniu eks-skrzydlatego dosyć żałosne, ale z drugiej strony... Przecież walczył o przeżycie, a siedząc po uszy w gównie zaprzątanie sobie głowy honorem było nadgorliwością. Pomodlił się więc w duchu i skupił wyjątkowo mocno na rzeczach doczesnych. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

I tak oto świat wypuścił powietrze, a sytuacja zaczęła się rozkręcać, kiedy pomiędzy olchami i krzaczorami zamajaczyła majestatyczna figura ozdobnej karocy, zaprzężonej w aż cztery konie, różnej maści. Wehikuł ma ewidentnie lekki problem z manewrowaniem po czymś, co można określić jako skrzyżowanie brodu i prymitywnej, chłopskiej grobli. Tak jak mówił chłopaczek, oprócz karocy Iriel może także dostrzec migające sylwetki konnych muszkieterów w strojach nie pasujących mu do tej części świata. Skoro niebianin widzi to wszystko, to i zapewne zbójnicy nie mają większego problemu z ogarnięciem sytuacji, wszak są w te klocki znacznie od wygnańca z góry lepsi, jakkolwiek by to nie brzmiało.

O odpowiednim czasie, kiedy karoca swoim ostrożnym tempem mijała ciemnozielone i skryte leśne poszycie, w którym kryła się banda Mieszka, rozległ się donośny gwizd. Woźnica pryknął na konie, zdziwiony i wyraźnie niedoświadczony. Ten błąd kosztuje go cenne sekundy - na ten sygnał nagle bardzo groźnie i poważnie wyglądający rozbójnicy, z rozmaitym orężem w ręku, zarośniętymi mniej lub bardziej mordami i chciwością w oczach wysypują się na drogę. Prawie błyskawicznie rozpętuje się pandemonium, bowiem konni muszkieterzy mają ruchy i mózgi sprawniejsze niż biedny woźnica. Nie chcą też żadnych negocjacji. Są trochę zbyt pewni siebie jak na ich domniemaną małą liczbę. Szczęk broni oraz rżenie wypełnia dotąd spokojną i senną gęstwinę. Ludzie przesuwają się jak mary między światłem i ciemnością, intensywne emocje wykrzywiają ich twarze. Na oczach Iriela najbliższy muszkieter rozłupuje jakiemuś zbójcy głowę ciężką, okutą kolbą swej broni. Poprawia raz i drugi, ciało bandyty z plaśnięciem nie tylko błota ląduje w trzęsawisku, a ogarnięty wojowniczością wysoki człowiek w ładnym błękitnym stroju zwraca się w stronię anioła, omiatając go wzrokiem. Cóż, ma broń, jest ze zbójnikami... muszkieter nie zastanawia się długo, zanim rozpędza się z zamiarem przekłucia tego chuderlaka bagnetem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel zastanawiał się, czy werwa tych drani do obrabowania losowego bogacza nie była uzasadniona szaleństwem. On sam obecnie nie radził sobie z ilością bodźców, to jest nakładających się na siebie dźwięków i kolorów głównie. Gdzieś w tym całym rabanie miał jeszcze podjąć akcje polegające nie tylko na przeżyciu, ale i pokonaniu jakiegoś człowieka i doszedł do szybkiego wniosku, że ktoś kto się w tym wszystkim odnajduje i jeszcze czuje przyjemność niechybnie musi być wariatem. 

I oto nadarzyła się okazja walki o życie. Zdaje się, że to ostre w rękach niebieskiego jest tym, czego za wszelką cenę Iriel powinien uniknąć. Skupiwszy się na celu, pozwolił działać ciału i puścił się biegiem w stronę nacierającego. Ponieważ i tak nie umiał się posługiwać bronią, postanowił zrobić coś raczej głupiego i w odpowiednim momencie rzucić tym ciężkim, nieporęcznym gównem w drania z ostrzem, a samemu odskoczyć w bok, licząc na to, że ciężki oręż zderzy się z głową oponenta. 

Iriel nie odmówił sobie szaleńczego krzyku w drodze do potencjalnego oprawcy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Całkowitym przypadkiem Irielowi, biednemu, zagubionemu niebianinowi, udało się odkryć bardzo ważną, a łatwo ignorowaną przez mieszkańców Ziemi prawdę. Całe istnienie tych ludzi, wszystkich razem i każdego z osobna, to rodzaj szaleństwa. A w tej konkretnej chwili, dla zesłańca z Wysoty, jest to swoisty koszmar. Chaos i obłęd, nierówna walka, opętanie przyjaznych dotąd zbójców widoczną wszędzie wokół anioła żądzą mordu na bliźnim, którego podobno mieli miłować. Oczy, błyszczące krwią lub chciwością, która wiedzie ich pokryty karmazynem oręż. Rozdzierające wrzaski rannych i dogorywających, głośnie jak gromy gniewu Pana wystrzały z tych mniej mieczowatych broni, metaliczne szczęki i grzechoty tego co ma ostrza. Gulgot ludzi, którym przebito brzuchy lub rozcięto gardła. Tępe i szkliste albo wręcz przeciwnie, bardzo zaskoczone spojrzenia tych, którzy dostali w głowy, by już nigdy nie wstać. Zapach juchy, szczyn, węgla i siarki tłamszący i zastępujący piękno nieskażonej natury. Pojedyncze ciało, patrzące smutnym wzrokiem z błota, jakby ostatnim gestem trzymające się za pętlę Zbawiciela, znikające głębiej i głębiej w mrocznym, tchnącym zgnilizną i wilgocią trzęsawisku.

Te wszystkie rzeczy, rozliczne bodźce są tutaj dużo bardziej prominentne niż tam, na Górze. Albo może po prostu jaśniej objawiają się nieszczęsnemu skazańcowi, bowiem teraz może na owe szaleństwo istnienia patrzeć z innej perspektywy - istoty o fizycznym ciele, ze wszystkimi jego bodźcami. Już nie anioła, przekonanego o swej dumie i nieomylności w sprawach świata, który podobno tak znał. Kątem oka Iriel widzi przez chwilę tego paskudnego chłopaczka, który zdaje się... puszczać mu oko, zanim znika przesłonięty walczącymi figurami, tak szybkimi, że dla anioła będącymi ledwie cieniami widzianych przez niego wcześniej ludzi. A może tylko cień tak padł?

I mimo tego wszystkiego, plan tak szalony, że dorównuje wszystkiemu co zagubiony mężczyzna widzi i słyszy wkoło, udaje się. Jakimś cudem, możnaby rzec. Potężny wojak w niebieskim jest zapewne niemniej zdziwiony, kiedy ciężki trzon paskudnego tasaka wali go z impetem w czoło, skutecznie acz nie śmiertelnie gasząc mu światło. Postawny muszkieter robi jeszcze kilka coraz mniejszych i coraz bardziej tanecznych kroków, samą siłą rozpędu, zanim pada na nie tak grząską glebę praktycznie tuż obok Iriela. Walka w tle trwa nadal. Widać ją, słychać i czuć.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pośród całego tego mordu, smrodu, darcia mord i innych wesołych elementów przedstawienia, Iriel dostrzegł światełko optymizmu po przeprowadzonej kretyńskiej do bólu akcji, która dodatkowo zakończyła się powodzeniem. Najpierw miał ochotę skakać, żeby wydzielić jakoś powstałą radość z ocalenia tyłka, ale potem skarcił się w myślach za akt przemocy, którego właśnie dokonał i towarzyszący temu entuzjazm. Skarcił się bo uznał, że tak wypada, nie dlatego, że poczuł jakiekolwiek wyrzuty sumienia. 

Teraz, kiedy już odwalił pokazówkę z głupawą odwagą, mógł zająć się mniej ryzykowną moralnie kwestią, to jest postanowił znaleźć jakiegoś konkretnie rannego członka swojej bandy, zataszczyć go bliżej lasu i pomóc. Ot, żeby było widać że coś robi. 

W głębi siebie Iriel miał ochotę pomagać też tym napadniętym, ale zdawał sobie sprawę, że to by było bardzo nierozsądne i nie warto było psuć kontaktów, które sobie zrobił. 

Zabrał więc swój ciężki oręż, dodatkowo postanowił też zarekwirować broń swojego pokonanego oponenta. Z ciekawości. A być może i dlatego, że czuł, że zwyciężył i musi sobie zabrać pamiątkę. To właśnie zrobił i przywracając umysłowi czujność i powagę, ruszył pomagać ziomkom.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wygnany anioł dość prędko znajduje jakiegoś nieszczęśnika, który ledwo poruszając dłońmi w z wolna tępiejących ruchach stara się wytaskać z błota, trzymając się za pocięty brzuch. Na szczęście udaje się go dość łatwo z tego błota wydobyć, co do zaciągnięcia pod las jest to zdecydowanie trudniejsze niż kompletnie niedoświadczony w dźwiganiu czegoś cięższego od ubrań niebianin by się spodziewał. A jeszcze obie bronie do tego... o ho ho. Mimo wszystko ta czujność i powaga potrafią jednak całkiem szybko działać. Dlatego też mimo nieporęczności broni, nieznajomości świata oraz ogólnego cielesnego nieobycia w przerażającym gwarze, rzekomy cyrulik wkrótce daje radę położyć dyszącego już i jęczącego zbójcę pod wysokim drzewem. I nawet się przy tym nie potknął, choć portki ma już przemoczone po łydki!

Pozostaje pytanie, co teraz? Iriel ma wiele opcji, lecz najbliższe to faktyczna pomoc coraz bardziej zwalniającemu rannemu, czy latanie za następnymi? Co ciekawe, niby wyglądający na proste zadanie napad jakoś się nie kończy, choć odgłosy walki w tle pomału ustają.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Postanowił, że ostrożne opatrzenie rannego jest najbezpieczniejszą opcją. Jeśli przegrają, będzie przecież tylko medykiem, który przypadkiem znalazł się w nieodpowiednim towarzystwie i teraz z litości serca pomaga nikczemnikowi. Broń oczywiście nie należy do niego, choć musiał się w istocie jakoś bronić. Na jego korzyść przemawiało to, że nikogo nie zabił. 

Iriel co chwila, jak spłoszony zając rozgląda się, żeby przypadkiem nie dostać metalem między żebra z jakiegoś najmniej spodziewanego kierunku. Przy okazji próbuje opatrzyć rany towarzysza. W pierwszej kolejności chce znaleźć wodę albo alkohol, którym mógłby je przemyć. W drugim szuka materiału na opatrzenie i zatamowanie krwawienia - jeśli ma odpowiednio czystą koszulę czy inny kawałek ubioru, właśnie to wykorzystuje. Nie traci przy tym czujności, starając się zrobić to odpowiednio szybko i nie umrzeć. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czy to specyfikacja szerokości geograficznej, czy zwyczaje mieszkańców, czy też po prostu higiena zbójców leżąca sobie wygodnie gdzieś w okolicach maksymalnie jednego punktu na dziesięć, Irielowi znacznie szybciej udaje się znaleźć w najbliższej okolicy trzy różne trunki, niż choćby kubek czystej wody. Na szczęście poza piwem, jakie miał przy sobie nieszczęsny ranny pozostałe dwa woniały tak ostro, że powinny sprawić się dobrze w swoim zadaniu. Co do materiału - ubrania czy to rannego ale te nieokrwawione, czy Iriela dość dobrze nadają się na szarpie. Przebity jak świński pęcherz zbójca praktycznie przestaje się ruszać, ale jeszcze ma tyle siły, by z boleściwym błaganiem złapać anioła za rękę zanim traci... na razie dzięki Ojcu tylko przytomność. Najwyższy czas brać się do roboty, nie ważne co dzieje się w tle.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

- O, by cię... - zaczął Iriel, ale przekleństwa nie dokończył. Już chwycił jeden z mocno alkoholowych trunków żeby go otrzeźwić, kiedy zdał sobie sprawę, że przecież z nieprzytomnym będzie znacznie łatwiej. Dlatego też, korzystając z darmowego znieczulenia i obserwując uważnie, czy chory jeszcze oddycha, Iriel moczy palce w znalezionym trunku i sprawdza, co dokładnie zostało uszkodzone i czy w ogóle jest jakaś szansa. Szczerze wątpił, aby  dar mógł mu jakkolwiek pomóc z taką dziurą w trzewiach, ale przecież nie zaszkodziło spróbować, a nie miał warunków do przeprowadzenia skomplikowanej operacji. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wedle fachowej i wnikliwej ekspertyzy Iriela - mimo braku narzędzi wiedzy nie odebrał mu ani Ojciec, ani ludzie - może być ciężko. Nie wiadomo jak z darem, bo w sumie były anioł mógł go wykorzystać tylko raz i może tylko podejrzewać, na czym polega jego działanie. A chyba tylko dar lub ogromna doza improwizacji mogłaby pomóc mu w zdziałaniu więcej niż opóźnienie nieuniknionego w wypadku braku profesjonalnej pomocy. Zbójca ma ranę kłutą zaraz na granicy brzucha i podbrzusza, jak krwawy póuśmiech, lecz broń która ją zadała została już wyszarpana. Oczywiście mięśnie pod spodem za dobrze też nie wyglądają, lecz nieprzytomnemu rannemu nie wypadają wnętrzności. Najbardziej zagraża mu chyba krwotok wewnętrzny i zakażenie. Co ciekawe, niebianin jako człowiek dość niedoświadczony jeszcze w byciu człowiekiem nawet czuje którędy powinny biec mięśnie, żyły, jelita i inne takie. Dzięki wcześniejszemu przetrząśnięciu okolicy, cyrulik może się też spodziewać dratwy z nitką. Czuje się tak, jakby słyszał te wszystkie rzeczy, szepczące do niego gdzieś z tyłu głowy. Faktycznie, jak się nieco rozejrzy, znajdzie je w jednej z sakiewek przy trupie. Być może i ciepłe ręce mu pomogą...

O ile zdąży się wyrobić. Kątem oka może dostrzec światło, zapewne słońce przedarło się przez chmury i korony drzew, a w nim ewidentny brak dużej ilości sylwetek ludzkich. Błyska tam tylko taki wyblakły, jak zimowy dzień, odcień niebieskiego, pociągłe i poważne twarze z wąsikami i bródkami.
 

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel poczuł presję. Najpierw próbował 

Po znalezieniu dratwy przystąpił gorączkowo do działania, to jest zszycia dziury w brzuchu. Oczywiście to było rozwiązanie tymczasowe, ale póki co lepsze to niż nic. Iriel gdzieś z tyłu głowy czuł, że jeśli zbój przeżyje, to przy zdejmowaniu szwów będzie na niego złorzeczył. Powiedzenie że gruba nić którą znalazł była niedelikatna było srogim niedociągnięciem, ale niech się niewdzięcznik cieszy, że ktoś mu w ogóle pomógł. No, jeśli przeżyje. 

W całym tym ferworze walki i chaosie z początku nie zauważył niebieskiej, zimnej mary, która pojawiła się znikąd. Inna sprawa, że nie zjawisko wizualnie nie było zbyt natarczywe, niemniej po skończonej robocie Iriel zwrócił na nią więcej uwagi, próbując dojrzeć i zinterpretować to co widziały oczy i przy okazji wciąż zachować tyle przytomności, żeby nie dostać metalem. Dla bezpieczeństwa chwycił lekki miecz swojego pokonanego oponenta. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rozbójnik coś tam jęczał i syczał, gdy działający pod pompującą presją anioł zajmował się zaszywaniem mu brzucha, ale nie padały rzadne konkretne słowa, wszystko zlewało się w mamrotanie półprzytomnego rannego, szturchniętego jakimś nowym bólem. Były osobisty współpracownik samego Boga odnosi pewne sukcesy, a rana znika spięta dość prowizorycznie grubą nicią. Iriel wartko zbiera się, podnosi miecz pokonanego wroga, a dosłownie mrugnięcie potem o mały włos dostaje metalem. I to zupełnie przypadkowo, od swojego.

Przypadkowo dlatego, bo inny rozbójnik przecina polankę, tupiąc jak spłoszony zwierz, niby z ciężkim, trochę okrwawionym i paskudnie zakrzywionym nadziakiem w dłoni ale jakby zapomniał, że go ma. Ledwo dobiega do miejsca z rannym, dysząc ciężko, by zaraz paść jak rażony piorunem, do wtóru strasznego huku z krzaków. Dźwięk jeszcze dzwoni aniołowi w uszach kiedy na polanę wbiega dwóch rosłych chłopa w tych charakterystycznych niebieskich strojach, wąsikach z bródkami i kapeluszach z rondem, które nijak nie pasują do mieszkańców kraju, w jaki przyszło niebianinowi spaść. Jeden z nich, zapewne strażników karocy, taki z okrwawioną głową i jeszcze dymiącą nie do końca znaną wygnańcowi bronią wydaje z siebie wściekły ryk, by zaraz zaszarżować i spróbować zrobić użytek ze szpikulca na końcu. Drugi coś tam krzyczy, chyba chce go powstrzymać, ale bez efektu...

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel widząc na co się zbiera, doszedł do wniosku, że to chyba nie jest czas na głupie męstwo, a na obsranie zbroi i kapitulację... Połączoną być może z dramatyczną obroną. To wszystko działo się odrobinę za szybko, a już w osłupienie wprawiła go ta dziwaczna broń na dystans, która chyba z odległości zabiła niedawnego kompana. Z tym nie wygra, nie ma opcji. Poczuł się jak zwierzę zapędzone w pułapkę. W dodatku z niewiadomych przyczyn miał wrażenie, że ten pędzący na niego z okrwawioną mordą to chyba ten, z którym uprzednio "wygrał pojedynek". Mógł się upewnić, że wygrał trochę dokładniej. 

- Żeszkurwa - wymamrotał, ale nawet nie wstał, sparaliżowany strachem. Podniósł dłonie w górę, mając nadzieję, że ktoś powstrzyma tego kretyna przed zabiciem jego ciała, ale kiedy doszło do niego, że to może nie wypalić, wstał na równe nogi pchnięty impulsem. Następnie próbował jakoś w miarę odskoczyć, ale dopiero kiedy oponent byłby blisko. 

- Ja tu jestem tylko medykiem! Tylko medykiem, nie ma sensu... Proszę, o, ja tylko zszywam tego tutaj, nie mam broni, nie mordujcie! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...