Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Po prostu Tomek

[Gra] Dies irae [Oksymoron] [może trochę Dark]

Recommended Posts

Ogarnięty jakimś bojowym szałem wróg zdaje się w ogólnym ambarasie albo Iriela nie słyszeć, albo nie rozumieć, albo ma jego słowa kompletnie w odzianej w jasnobrązowe, dobrze skrojone skórzane portki dupie. Jeśli chodzi o zwinność i uniki, były anioł zdaje się mieć jak do tej pory niesamowite szczęście, kolejny raz zdecydowanie za bliskie spotkanie z nadmiarem stali w ciele nie dochodzi do skutku. Niebianinowi udaje się nie zakolegować bliżej ani ze szpikulcem, ani drewnem, ani żadnym innym fragmentem broni tego masywnego, już coniebądź zdziwionego brakiem plus jednego trupa mimo najlepszych starań durnia. Zanim jednak bladokrwisty wypindrzony wąsal zrobił lepszy użytek ze swojego wyszkolenia, ten drugi gość, do tej pory krzyczący coś niezrozumiale w tle, podbiega bliżej i zaczyna się ze swoim kompanem kłócić i szarpać.

Niestety, nawet jeżeli Iriel chciałby spróbować puścić się na oślep przez las by zwiać, szanse są raczej marne. Na polanę wturlał się jeszcze jeden z tych niebieskich jegomości, jak dotąd najspokojniejszy. Ma bliznę na nosie i smutne oczy. Dość nienachalnie staje za szarpiącymi się błękitnymi strażnikami, po czym gwizda w ich stronę. Ten bardziej wściekły klnie coś w swoim języku, jednak oboje doprowadzają się w miarę sprawnie do porządku. Nowoprzybyły patrzy intensywnie na swego poranionego kolegę, po czym z westchnieniem wykonuje gest w stronę... czyżby Iriela? W sumie, i tak i nie. Mężczyzna, który wcześniej powstrzymywał szaleńca podchodzi do eks-anioła z ręką na rękojeści rapieru, ale miną w stylu 'spokojnie kolego, nie chcemy głupot'. Za to ten drugi mija niebianina tak blisko, że nawet jeśli Iriel nie oberwał z barku, to i tak odczuł pęd powietrza i ten wkurw. Poraniony błękitny dżentelmen z mściwą miną podchodzi do dopiero co zaszytego zbójcy i przebija go tym swoim szpikulcem.
- Medyk? - o dziwo, słowa towarzyszące ostatniemu oddechowi zbójcy są zrozumiałe, choć wypowiadający je brzmi jakby żarł cegły. Gość z blizną kładzie dłonie na biodrach, kiedy mówi. Jego ton nie jest specjalnie gniewny, bardziej taki... zniechęcony. Widać, że daleko mu do domu. - Jakim cudem ta banda oberwańców, opojów i wszarzy wieleckich, dorobiła się medykusa? Zresztą... nieważne. Czy ty masz jakiekolwiek pojęcie komu, psie chwosty z pętelkami, wleźliście między piasty? Posłowi, kurwa, króla. I to nie tego waszego prosiaka z drewnianym berłem, tylko samego Wilfrieda Gustawa. Czeka cię za to sąd, i stryk! Zabieraj się, pojedziesz z nami do magisterium, tam się będą z tobą cackać. Ile można przeżyć napadów w tym zasranym kraju...

Z takimi dość definitywnymi słowami ciężko dyskutować, jednak... cóż, jeszcze wygnańca nikt nie zabił. Sądu mu w środku lasu też nie zrobią, a i chyba Bóg Ojciec też nie pozwoli mu tak po prostu zdechnąć. Chyba.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niesamowite, jak szybko postępowały wydarzenia i szanse na utratę życia i/bądź trwałe uszkodzenia ciała. Cholera, szkoda że tamtego zadźgali, Iriel naprawdę się starał zszywając go. Ale ostatecznie lepiej tamten niż on, a jego duch i tak będzie żył dalej i wszystkie te inne bzdety. Nie czas był jednak rozpaczać nad zmarłym, czego Iriel nawet w zwyczajnych okolicznościach pewnie by nie zrobił, także po prostu trudno i tyle. 

 

Poczuł się trochę lepiej, kiedy ten typ w niebieskim się do niego odezwał. Poczuł się trochę gorzej słysząc, w jakie tarapaty się wpakował. Chuj tam już z tymi wszystkimi posłami, osłami, królami i innymi, oczywiście, Iriel był znacznie wyżej niż oni. Tylko że no, jakby... był. Iriel chciał nawet wytłumaczyć jak to 'banda obdartusów' dorobiła się medyka, gdyby tylko rozmówca był tym zainteresowany. Nie był, toteż Iriel się nie odezwał i póki co czekał na to, co przyniesie los.

Póki co jego myśli popełzły z niewiadomych przyczyn w stronę Bezdecha. Ciekawe, jak stary dziadyga poradzi sobie bez swojej kompanii. Iriel podejrzewał, że pewnie całkiem nieźle. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaiste, ciekawe jak ten człowiek-głaz, to uosobienie nieujarzmionej natury, ten być może nadspodziewanie mądry szaleniec Bezdech poradzi sobie bez swoich. Sam w lesie, ze skrzynią kitajskich leków i drugą skrzynią przepisów i pustym obozowiskiem pod opieką. Któż to może wiedzieć. Tak czy inaczej, Iriel nie ma niestety wiele czasu na zastanawianie się nad drogami życia tego intrygującego indywiduum, jakim jest lub był permanentnie odurzony zielarz. Widząc, że anioł jakoś specjalnie nie zbiera się do ruchu, mimo wyraźnej uprzejmej prośby, żołdak o smutnych oczach kiwa na tego bez srogiej rany głowy. Ów mąż w niebieskim dość sprawnie organizuje trochę mocnej, konopnej liny, aby boleśnie ciasno związać cyrulikowi ręce, Sznur drapie i mocno pije, lecz pozytywną rzeczą jest to, że Iriel ma ręce przed sobą. Tak tak, żołnierze są albo w pośpiechu, albo pewni siebie, z taką lekkością traktują reguły bezpieczeństwa. Ranny, z którego zakutego, dymiącego uchodzącą wściekłością łba nie leci już krew, nie może się powstrzymać by nie zasadzić Irielowi solidnego kopa na rozpęd. Dwóch kopów, w obie nogi.

Po jakimś czasie związany medyk zostaje doprowadzony do drogi, gdzie może szerzej ocenić skalę katastrofy, jaką okazał się być cały ten napad. Żołdacy w niebieskim stoją zebrani przy karecie, niektórzy z nich konno, większość pieszo. Jest ich... no na pewno więcej niż obiecanych czterech. Może z szesnastu, może trochę w tę lub we wte. Dostrzega też jeńców, związanych razem w jeden kilkuosobowy łańcuch, do którego zresztą zaraz Iriela przywiązują. Mieszek, jak się okazuje, też żyje. Dość krwawi i nie ma jednego oka, ale i tak puszcza drugie niegdysiejszemu aniołowi, w geście nieco komediowej rezygnacji. Poza szaroburymi zwłokami zbójników, zostawionych byle jak na ziemi, podle drogi leży pięć ułożonych jak do snu ciał w niebieskich strojach, z kapeluszami naciągniętymi na oczy. Na kapeluszach zostawione są kamienie z pojedynczą runą, która z jakiegoś powod wygląda cyrulikowi jak coś naprawdę paskudnego prawie wylewającego się z tych kamieni. Jest też drugi ranny żołnierz. I to właśnie ten jak dostrzega Iriela to robi się cały biały jak ściana. Brakuje mu tylko pary uciekającej z nosa i uszu do pełnego efektu, milczy jednak jak zaklęty, macając rapier miarowymi ruchami.
- Macie szczęście, szubrawcy - niebieski z blizną zdaje się jako jedyny władać wielecką mową, nawet jeśli wciąż metaforycznie zapycha się cegłami. - Że nasz kraj to cywilizacyja, a nie jedna wielka śmierdząca puszcza, jak tutaj. Wasi szlachetkowie już by na was paliki ostrzyli, a tak zostaniecie uczciwie osądzeni w magisterium za wasze zbrodnie. Zaiste, wielkie szczęście. Świadkami jesteśmy my, oraz Jego Ekscelencja Poseł Witosław Gdzieniebyłło, którego mieliście odwagę napastować. Do najbliższej wsi jest jeszcze kawałek, do miasta nieco dalej. Za ucieczkę najpierw obetną wam stopy, potem łby.

Wśród zbójników zapanowało pewne poruszenie. Oczywiście nikt nie mówi tego na głos, jednak niebianin może usłyszeć pewne wątpliwości. Po pierwsze, czemu mają sądzić ich obcy, a po drugie, jakim sposobem poseł jakiegoś obcego króla z dziwnym mianem nazywa się jak rodowity Wieleta? Po trzecie, nigdzie nie ma tego małego gnojka, który zarzekał się, że eskorta karocy to tylko cztery osoby... Sporo tematów do cichej dyskusji, które zdecydowanie można roztrząsać podczas bycia ciągnietym za jednym z konnych na zajebiście długim łańcuchu.

Wieś... cóż, wieś to naprawdę duży komplement dla tej niewielkiej grupki niskich omszałych, krytych strzechą chat bez okien, krzywych płotów, ogrodów pyszniących się nie tak marnym kwieciem i w sumie zdrowo wyglądającymi warzywami. Oczywiście znalazło się i miejsce na karczmę, którą chyba prowadzi sołtys bo nigdzie nie widać chaty większej niż inne, oraz kościół z żelazną pętlą smutnie wiszącą w odrzwiach. Na wzgórzu majaczy młyn, osadę otaczają już złotawe pola oraz jedyny w swoim rodzaju zapach wilgoci, gówna, zaszczanej słomy, dymu, taniego piwa oraz dużej ilości na raz ludzi kompiących się tylko w lecie, bo rzeki ciepłe. Dość szybko Iriel i jego kompani lądują w podłej karczemnej przybudówce, przywiązani krótko do belki pośrodku, akurat blisko ozdobionych rdzewiejącym siekierami, łańcuchami oraz sierpami ścian, zostawieni samym sobie o głodzie i chłodzie, podczas gdy ich 'opiekunowie' ruszyli by po walce z bandytami mężnie rozprawić się z smakowicie pachącym jadłem oraz trunkami. Niewątpliwie zasłużyli. Generalnie mieszkańcy wydają się cokolwiek zaskoczeni obecnością koloru niebieskiego. Najbardziej udzielają się dzieci, przynajmniej te co są jeszcze za małe na pracę. Pukają w deski, zaglądają przez szczeliny, rzucają w schwytanych błotem i oby tylko błotem przez coś na kształt pojedynczej dziury mogącej teoretycznie być oknem. Czasem uciekają z piskiem i śmiechem jak któryś zbójnik warknie lub gdy z karczmy wytoczy się jakiś żołdak, sprawdzając czy nikt nie nawiał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdzieś we wnętrzu Iriela zaczęła narastać złość, a zaczęło się to od kopniaka po nogach. Bodziec bólu rozpoczął lawinę, wzmacnianą kolejno zdradzieckim gnojkiem, całym tym pierdoleniem typa w niebieskim, które absolutnie Iriela nie obchodziło, a wręcz boleśnie wbijało się w uszy, groźbami odcinania części ciała, a na koniec oklejonej syfem dziurze, w której ktoś z jakiegoś powodu mieszka i oni musieli w niej przebywać. Nie odzywał się, patrząc tylko marsowym wzrokiem przed siebie i wyobrażając sobie, jak zdejmuje ciało i pali wszystkich widokiem swojego prawdziwego bytu. 

Wyobraźnia poszła tak daleko, że aż czuł smród swądu mięsa... A nie, to po prostu były zapachy z karczmy. Iriel przyglądał się tak otoczeniu, mając ochotę skopać bezczelnych gówniarzy urządzających sobie bitwę na błoto z gównem, aż jego

wzrok nie zawiesił się na budynku kościoła. 

 

Nie to, że poczuł ulgę czy jakiekolwiek miłe odczucia, bo to się nie pojawiło. Ale zaczął się zastanawiać, co by się stało w momencie wejścia do budynku. Może jakieś dodatkowe umiejętności? Może chwilowe uwolnienie z cielesnego ciała, które tak bardzo mu doskwierało? Otrząsnął się z rozmyślań. Nie, pewnie nie stałoby się absolutnie nic. 

 

Iriel po prostu wrócił do pławienia się w wyjątkowo brutalnych scenach mordowania tych wszystkich kretynów wokół, znajdując w tym chwilowe wytchnienie i czekając na dalsze wydarzenia. Nie miał też za bardzo ochoty rozmawiać ze związanymi ziomkami. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rozbójnicy także pogrążeni są w swoich myślach, jednak w przeciwieństwie do Iriela, ich marsowym minom i powarkiwaniom towarzyszą jakieś niewielkie efekty. Mieszek, przywiązany po lewej, nie robi nic. Jest zbyt poraniony i nie wiadomo, czy w ogóle wyżyje, jednak pozostali testują wytrzymałość sznurów, ciasnotę węzłów, ktoś po prawej od anioła nawet stara się sięgnąć nogą po siekierę czy sierp. Widać, że doświadczeni bandziorzy nie chcą biernie poddać się losowi i czekać na długie więzienie lub egzekucję. Ich własne, osobiste wizje palenia ciał i kopania dzieci obracają się w faktyczne czyny. Po pewnej chwili ten prostujący nogę faktycznie osiąga cel, zahacza rozklekotanym buciorem o siekierę... tylko po to by ta spadła z cichym brzękiem na gnijącą słomę.
- Do chuja świeczki, co za... - harczy z wysiłkiem zbójnik, jego gimnastyka daje mu tyle, że teraz liny wokół niego są zaciśnięte tam, gdzie nie powinny.

Mieszek odwraca głowę i łypie okiem w stronę, z której dochodzą go dźwięki. Jeśli niebiański wygnaniec powędruje za jego spojrzeniem, dowie się, że w sumie ta siekiera wcale nie wylądowała tak daleko od niego, choć jak na złość inni zbójcy nie mają do niej dostępu. Z karczmy dobiegają radosne śmiechy i... czyżby kobiecy pisk?

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Dobra, zamknąć mordy. - Iriel burknął w odpowiedzi na stęknięcie jednego z kompanów, które z kolei było odpowiedzią na siekierę daleko od niego. Zabrał się za działanie, to jest próbował nogą sięgnąć wspomnianej siekiery, przy okazji obserwując czy jakiś chłopski kretyn nie spróbuje zniweczyć działań dążących do uwolnienia się z więzów. Starał się najbardziej jak mógł przysunąć siekierę do swoich rąk, albo rąk sprawnego zbója, który zrobiłby z niej pewnie lepszy użytek. 

Odgłosy z karczmy tylko go upewniały w tym, że nie ma absolutnie nic niemoralnego w próbie wyrwania się z bandą dzikich sukinsynów spod topora innych sukinsynów, niemniej dzikich, tylko trochę czystszych zapewne. Zwierzęta, trudno byłoby tę zgraję nazwać inaczej. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Harczączy zbójnik zaczyna sinieć na twarzy, co znaczy, że życzenie anioła co do zamknięcia mord może spełnić się nie tylko w miarę sprawnie, ale i permanentnie, jeśli nikt nic nie zrobi. Liny ściskają mu klatkę piersiową i obojczyki, gimnastyka może kosztować go życie, jednak wydaje się jakoś tak pogodzony z tym faktem. Chociaż próbował. Nawet Mieszek, mimo ran i rezygnacji, stara się jakoś tak przesunąć w więzach, by niebianinowi było łatwiej sięgnąć po to, czego mu potrzeba. Skutek oczywiście jest: Iriel ma na tyle łatwy dostęp do siekiery, że praktycznie ma ją już w dłoniach. Odgłosy z karczmy zaczynają się robić coraz mniej wesołe. Wcześniejszy pisk przechodzi w ewidentne niechętne wrzaski, dołącza do nich protestujący nosowy męski głos, szybko stłumiony i obrócony w ciężkie tąpnięcie. Rubasznie lub pogardliwie brzmiące słowa w relatywnie obcej mowie wypełniają budynek i uszy niegdyś tak radosnych i gościnnych rozbójników, napełniając większość tych co jeszcze mają siły chęcią walki z wrogiem, który już raz ich pokonał.

Dzieci, wcześniej radośnie naśmiewające się ze schwytanych, poznikały. Przez szczeliny w deskach nie widać żywego ducha, cała wieś jakby nagle wymarła, w powietrzu daje się czuć napięcie. Chmury przysłoniły niebo. Lekko gwiżdżący wiatr donosi do anioła odgłos kołysanego metalu. Żaden "chłopski kretyn" nie pokazuje się wygnańcowi nawet na oczy.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z niemal radosnym sapnięciem dosięgnął siekiery, żeby następnie włożyć całą swoją siłę woli i mięśni w równie sukcesywne uszkodzenie więzów. Wkurwiony anioł miał teraz znacznie więcej samozaparcia i zamierzał je, oczywiście wykorzystać, choć z drugiej strony pojawił się jakiś tam dreszczyk emocji i poczucie zagrożenia. Właściwie zaimponowało mu staranie współzbójów, okupione pewnym cierpieniem. Teraz spojrzał na nich nawet trochę łagodniej, kiedy ta pierwsza fala gniewu minęła. 
Przez parę tylko sekund skupił myśli na wyludnionej nagle wiosce. Ciekawe, czy też podła pogoda ich zagnała do chat, czy coś jeszcze innego. Niemniej Iriel miał teraz ciekawsze rzeczy do skupienia myśli i to też zrobił. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzięki temu prostemu, ale niebezpiecznemu i jakże skutecznemu narzędziu jakie były anioł miał w łapach, wkrótce zarówno on, jak i jego towarzysze, byli już wolni. Oczywiście nie zmienia to faktu, że dwóch zbójców nie na wiele się przyda, jednak pozostali z równą Irielowi determinacją zabierają się do łańcuchów, sierpów czy wideł. Dość szybko ci ludzie ponownie obracają się z jeńców w parę wściekłych na tych niebieskich chujków zabijaków.
- Wodzu, to co tera? - jeden z nich zwraca się w stronę poszkodowanego Mieszka. Wąsacz bez oka zamiast odpowiedzieć, wykonuje dość jednoznaczny ruch głową. Spojrzenia dwóch bandziorów jakie po tym geście czuje na sobie Iriel potwierdzają domniemane założenie - teraz to on jest na czele zredukowanej szajki.
- Chyba ich tam tak nie zostawimy - drugi zbój pokazuje ręką zbrojną w gruby łańcuch krowiak na wykluczonych kompanów, a potem spogląda na karczmę. - Jest nas mało, ale głupio tak... uciekać.

Przez deski przesiąkają krople paskudnej, siąpiącej jak katar sienny mżawki. Dymy snują się nisko przy ziemi, powietrze pachnie wilgotną ziemią, słomą i ekstrementami. W większych niż w chatach oknach karczmy przewijają się niewyraźne sylwetki, gra skoczna muzyka. Nie zagłusza ona zbytnio dźwięków pijatyki i zduszonego łkania. Zbójcy sami już rozglądają się za dogodnymi pozycjami, jak gdyby szykowali atak, lecz ewidentnie czekają na polecenie. Nawet tak prostacka banda zna i jako-tako akceptuje swoją hierarchię. Budynek jest prostokątny, z długim gankiem, koniowiązem i korytem przy nim, oraz o ile widać z przybudówki, tylko jednymi drzwiami.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iriel przemyślał sprawę. Sądził, że po zniszczeniu pęt poczuje się wolny, ale poczuł tylko niepokój związany z podejmowanym ryzykiem. Powiedzieć, że poczuł niepewność w związku z niedyspozycją Mieszka to też powiedzieć za mało. W ciągu tego krótkiego czasu zdążył w pewien sposób zapałać do niego jakąś szczątkową sympatią, jako że herszt okazał mu litość i był stosunkowo rozsądny. No ale jak działać, to działać.

- Ja tam wodzem nie jestem i na wodzowaniu się nie znam, ale mogę parę rzeczy podsunąć. Pierwej, wstrzymajmy się z zarżnięciem tamtych obrzydłych opojów, nim faktycznie się nie opiją. I warto poczekać aż się ściemni, coby wyprowadzić stąd rannych. Nas niewielu i mamy kiepskie zaopatrzenie, a tamci mają solidną broń. Jestem za burdą, ale dopiero jak ich zmorzy alkohol. To tylko propozycja. I żeby przypadkiem żaden nie podniósł ręki na wieśniaków, oni niczemu niewinni. 

Z siekierą w rękach czuł się trochę pewniej. Siłą rzeczy i trochę wbrew swojej woli poczuł, jak powoli przestaje dystansować się do swoich zbirów i nawet odczuwa wobec nich jakieś malutkie pokłady empatii. 

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rozbójnicy pokiwali głowami. Co być może zaciekawi Iriela, na wspomnienie o krzywdzeniu wieśniaków zdają się na chwilę nieco obruszeni. Jeden z nich zostaje przykucnięty niedaleko wyjścia z szopy, coby pilnować karczmy, wioski i czasu. Drugi natomiast wraca i przykuca przy Mieszku, który w trakcie przemowy anioła niezdarnie próbował wstac. Kompan łapie herszta gdzieś w połowie upadku wyglądającego na potencjalnie bardzo srogi. Wąsaty bandyta rozkłada się na podgniłym sianie, przyglądając się smętnie światu jedynym okiem.
- Mistrzu Irielu - zbójca zagaduje przyjaznym acz zbolałym głosem. - Całkowicie zgadzam się z tym planem. Bardzo mądre. Od razu żem czuł, że będzie Mistrz ważnym dodatkiem w naszej dzielnej grupie łupieżców, hehe.

Tutaj mężczyzna zakrztusił się troszeczkę. Drugi z bandytów rozgląda się, by po chwili znaleźć wiadro wody, zapewne używane do pojenia czegokolwiek co mieszkało tu przed nimi. Z nieco niepewną miną podsuwa je swojemu poszkodowanemu przywódcy, który z pewną łapczywością chwyta i pociąga łyk. Zrazu krzywi się i kaszle, by następnie wypić jeszcze dwa łyki. Następnie odsuwa od siebie wiadro z pewnym smutkiem.
- Mogłoby być piwo, ech - Mieszek ponownie raczy zabrać głos. - To miała być prosta robota. Serce mi się kraje jak myślę o towarzyszach. W każdym razie... ekhm... czy jest jakaś szansa by mnie poskładać, przywrócić do stanu używalności? Chciałbym pooglądać jeszcze słońce, a jeśli by się nie dało, to i zastępcą bym mianował. Krótko się znamy, lecz w takiej opresji ceni się spryt.
- Pssst, hej! - zbójnik spod wejścia nagle mocniej ściska sierp, odwracając wzrok do eks-anioła oraz kolegów. Jest wyrażnie poruszony. - Przepraszam, szefie, ale kamraci, podejdźcie tu na chwilę!

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...