Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Advilion, Riddle] Bring me that horizon!

Recommended Posts

ROSE

 

- Większość tutaj ma skrzydła albo płetwy. Reszta musi sobie jakoś radzić - odparła klacz. 

Jeszcze trochę trwała ta karkołomna wyprawa, ale finalnie klacze dotarły do miejsca docelowego. Tu wszystko wyglądało zupełnie inaczej... Stanęły na brukowanym rynku, niemal na samym szczycie skały - tu widać już było niebo i wznoszące się wokół budynki z bogatych, starych statków. Widać też było krawędzie skał, każda niemal ograniczona mostkiem prowadzącym niżej. Od jednej z krawędzi prowadził potężny, kamienny most na sąsiednią skałę, stojącą parędziesiąt metrów dalej. 

Wszystko bogate, wszystko spływające złotem. Na linach rozpostartych między budynkami wisiały kuliste lampy w różnych kolorach. To wciąż było to samo miasto potowe, ale jego lepsza i jednocześnie bardziej kiczowata wersja.

- No, to tutaj. Brama do "lepszego świata" - zaczęła Roo, z umiarkowanym entuzjazmem. - Bufony, wszędzie bufony. Przypatrz im się dobrze, jak próbują małpować arystokrację Canterlotu, jednocześnie nią gardząc.

Rzeczywiście, przechadzały się tam bogato odziane jednorożce, pegazy, gryfy i morskie kreatury w bogatych strojach, których niemal na każdym z nich było za dużo. Błyszczeli tak, że lampy były zbędne. 

 

REDWATER

 

 - Em... Mogę spróbować coś ugrać niby... Nie będą zadowoleni, ale można coś spróbować. W końcu mnie uratowałeś, co nie? Poczekaj, skontaktuję się z kamerdynerem - powiedział i długimi susami ruszył w stronę wejścia do ogrodu. Drzwi otwarł mu gryf w szykownym fraku, najwyraźniej już mocno podstarzały i miejscami nawet wyłysiały. 

Reda nie było widać zza ogrodowych krzewów, ale za to on mógł obserwować wejście i wszystko co się przy nim dzieje. 

Copper coś do niego mówił, wówczas gryf-kamerdyner pochylał się i kiwał głową. Mały pegaz odwrócił się w stronę Reda i machnął zachęcająco kopytkiem. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rose, gdy tylko zobaczyła całe to bogactwo, uśmiechnęła się szeroko. No tak, szlachta żyje bogato. nawet lepiej, niż w niektórych miastach Equestrii. Jej oczywiście to nie przeszkadzało. Wszak lubiła bogate kucyki, ale one niekoniecznie lubiły ją. Ale to nie szkodzi. Wystarczy tylko, że raz na jakiś czas podzielą się bogactwem.
 — Jak długo tutaj będziemy? I gdzie najprędzej znalazłabym jakiegoś... pasera? Z chęcią skubnęłabym sobie troszkę tego "lepszego świata" — powiedziała z lekkim uśmiechem i raczej wiadomymi intencjami.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Och, będziesz tu bywać, spokojnie. My, dziewczyny Madame Chii jesteśmy bardzo często zapraszane na wystawne uczty, bankiety, bale. Jak chyba każda szlachta są wystawni tylko na zewnątrz, za zamkniętymi drzwiami ich bogatych, morskich pałaców jest burdel większy niż w naszej siedzibie - mruknęła, wzruszając ramionami z obojętnością. - Ale najpierw trzeba się wdrożyć. Niedługo pierwsze przyjęcie obserwacyjne, dowiesz się co trzeba i niebawem będziesz już mogła do woli nasycić swoją sakiewkę... Chociaż głównie za sprawą Madame. 

Wzrok Rose wyłapał z tłumu sylwetkę w czerni. Jako że oczy zazwyczaj wyszukiwały kontrastu, na tle całej tej pstrokatości wyróżniała się akurat czerń, w tym przypadku nieco wyblakła. Owa czerń była narzucona na ciało ciemnogranatowego ogiera o ciemnoniebieskiej, rozczochranej grzywie, której włosy im dalej od głowy, tym bardziej jasne się stawały, aż do całkowitej bieli. Jego znaczek był niewidoczny, podobnie jak ogon i potencjalne skrzydła, jeśli nie był kucem ziemnym. Wyglądał bardzo... księżycowo. 

- Zobaczysz zresztą, że uważać trzeba na niektórych, bo większość to stado baranów - odezwała się znów Roo, chcąc najwyraźniej okrążyć rynek. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Redwater nie zwlekał więc długo z pójściem do miejsca, w którym obecnie był Copper i gryf. Nie wierzył w swoje szczęście, więc był pełen obaw, ale i tak miał do wyboru albo liczyć na łaskę rodziców źrebaka, albo tułać się po ulicy. Z tych dwóch opcji zdecydowanie preferował pierwszą.
— Em... Witam — powiedział do kamerdynera. Nie miał pojęcia, jak się przywitać, bo z jednej strony to on był szlachcicem, z drugiej nie wiedział, czy szlachta z lądu jest tu uznawana. Uległość jednak była lepszą metodą zdobycia czegoś na tak niepewnej pozycji, więc starał się nie wywyższać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kuc, czarna szata, cały niebieski. Bez wątpienia albo kultysta, albo złodziej. Może nawet praktykował obie te profesje jednocześnie, w końcu nigdy nie wiadomo. Wtem zauważyła, że Roo okrąża rynek. Dobry pomysł. W takim miejscu kieszonkowcy są pewnie bardzo powszechni. Wiedziała co prawda sporo o sposobach na opróżnienie toreb i kieszeni ofiary, jednak zdawała sobie też sprawę, że nie powinna uważać się z tego powodu za nietykalną. Wystarczy bowiem, że ktoś ją na chwilę zagada; wtedy ktoś inny może w miarę bez przeszkód pozbawić ją dobytku.
— I dobrze. Łatwiej będzie mi ich okraść — mruknęła cicho, uważając, by poza Roo nikt jej nie słyszał. — Czyli nie wiesz nic o kimś, kogo interesują skradzione przedmioty?

Share this post


Link to post
Share on other sites

REDWATER 

 

Gryf zmierzył go surowym wzrokiem, ale przy tym nie patrzył na niego z góry, albo przynajmniej się przed tym powstrzymał. Niemal niezauważalnie skinął głową w oszczędnym geście powitania. 

- Witam serdecznie w domu Sleeverów. Jak rozumiem, charakter naszej operacji jest nieco... - tu spojrzał wymownie na Coppera, co zostało nagrodzone niewinnym, szczęśliwym uśmiechem -... Nieco tajny. Proszę zatem podążać za mną, byle cicho w miarę możliwości - rzekł, przepuszczając ogiera, zamykając za nim drzwi i ruszając pod stronę, drewniane schody.

W środku panował niemały przepych. Była dębowa boazeria, były wielkie obrazy olejne, były dywany i kandelabry, ale przede wszystkim było dosyć ciemno. 

 

ROSE

 

- Kradzione przedmioty? Moja droga, jeśli chcesz być złodziejką tutaj, musisz być bardzo dobra w swoim fachu, albo bardzo naiwna. Wyobraź sobie, mieliśmy tu kiedyś węża morskiego, który słynął z ogromnie bezczelnych kradzieży, ale najlepszy jego numer był wtedy, kiedy okradł jednego z kupców z jego drogocennych diamentów. Dodam, że kupiec połknął je, żeby uniknąć kradzieży - opowiedziała z pobłażliwym uśmiechem. - Tu wszystko jest kradzione albo wątpliwego pochodzenia. To nie jest już tęczowa Equestria, tutaj przyjaźń nic nie znaczy. Znaczy za to dużo przebiegłość i twardy zad. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Rozumiem, że to drugie ma znaczenie przenośne? — mruknęła, lekko się uśmiechając. Znaczenie dosłowne wspomnianego zwrotu z raczej oczywistych powodów jej nie dotyczyło i nawet lubiła się tym chwalić. Oczywiście, w granicach rozsądku. Od Roo raczej usłyszy najwyżej ciętą ripostę, lecz ktoś bardziej pozbawiony skrupułów, a jednocześnie zainteresowany płcią piękną, mógłby ją wykorzystać. Dlatego nigdy nie zwracała na siebie niepotrzebnej uwagi. — Zresztą, są inne podejścia. Bardziej subtelne. Nie trzeba być sprytnym, żeby wyskoczyć na kogoś mniejszego i siłą odebrać mu jego własność. Ale taki właśnie kupiec nie połknąłby kosztowności, gdyby w ogóle nie był świadomy zagrożenia. W Equestrii ofiary kradzieży może i nie są tak groźne jak te tutaj, jednak jest tam prawo. A co za tym idzie, na zbrodnie może odpowiedzieć dwanaście kucyków w pełnej płycie, z bronią palną i włóczniami. Wtedy pokazy siły nie idą już tak gładko.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie tylko. Dla ciebie może i przenośne, chyba, że jednak postanowisz kraść jakieś materialne rzeczy. Wtedy może się różnie skończyć. Wracamy! - oznajmiła Rose i skierowała się w stronę z której przyszły. Zaczęła się żmudna wspinaczka z powrotem w dół po wszystkich tych mostkach, po dachach i innych okolicznościach przyrody. Rose mogła zauważyć, że póki co podążały ścieżkami "bardziej na widoku", gdzie od jednej strony wciąż było morze, a niebo przecinały w mniejszej bądź większej odległości skrzydlate stworzenia, mieszkańcy miasta. Ale były też ciemne zaułki, a właściwie całe miast było nimi poprzecinane. To były miejsca, w które lepiej było się nie zapuszczać. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Normalnie w takiej sytuacji zapalił by magiczne światło, ale skoro miał próbować zachowywać się skrycie, to takich zaleceń będzie przestrzegał. Podążał za gryfem, starając się wydawać jak najmniej dźwięków. Nie przeszkadzało mu to jednak w obserwowaniu przedmiotów w posiadłości i porównywaniem z tym, co niegdyś miał. Próbowałam także przypomnieć sobie, czy kojarzył takie nazwisko rodowe jak Sleever. Nawet jeśli kiedyś je słyszał, to raczej nie zapadło mu ono w pamięć. Bardziej prawdopodobną opcją jednak było to, że zostali "szlachtą" jedynie przez bogactwo, a nie przez nadanie herbu przez władcę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rose westchnęła cicho, zaraz po czym raz jeszcze zaczęła męczącą wędrówkę po dachach, skalnych schodach i śliskich stoliwach. Szczerze, miała już zdecydowanie dość poruszania się po tym miejscu, bo bez skrzydeł faktycznie był to istny horror. Cóż, przynajmniej widok na morze miała całkiem przyjemny, a szybujące po niebie ciemne kształty wydały jej się teraz nawet i majestatyczne, choć pewnie z bliska nie czułaby aż takiego podziwu. Zaś o ciemnych zaułkach wolała teraz nie myśleć. Nie miała ochoty na zmartwienia.
— To co będzie teraz? To znaczy, gdy już wrócimy? — zapytała po pewnym czasie podróży.

Share this post


Link to post
Share on other sites

REDWATER

 

Wewnątrz panowała nieprzenikniona, niemal zakurzona cisza kontrastująca ze zgiełkiem i szumem morza z zewnątrz. Gryf prowadził Reda po schodach kolejno na pierwsze piętro, drugie, aż finalnie doprowadził go na poddasze ze strychem. Po drodze widzieli całe mnóstwo portretów rodzinnych, z których wynikało, że ród Sleeverów musi pochodzić z Canterlotu i zapewne jest jednym z tych zapomnianych rodów. Na krajobrazach w tle widział znajome equestriańskie budowle. 

Strych był nieszczególnie dużym pomieszczeniem, kryjącym mnóstwo szpargałów i łóżko polowe, które już z daleka pozostawiało wiele do życzenia. Było też wole oko, maleńkie, półokrągłe okienko wbudowane w dach i wpuszczające światło do maleńkiego pokoiku.

- Super, nie? - zapytał Copper. Spojrzenie gryfa mówiło natomiast, że to i tak za dużo jak na osobę Reda. 

 

ROSE

 

- Skołujemy krawcową, ona zrobi przymiarki i wyczaruje ci jakąś godną suknię na bal. Na co dzień jesteś niczego sobie, ale bale to nie jest dzień powszedni. To znaczy owszem, dla wielu tak, ale my nie chodzimy cały czas  w sukniach balowych - wyjaśniła i niebawem zajaśniała przed nimi znajoma, teraz już niemal gościnna budowla. Aż dziw, jak przytulnie mógł się kojarzyć przybytek tego typu. 

Kiedy weszły do środka, Rose uderzyła znajoma gama ostrych barw, które jednak mimo wszystko były lepsze od zabójczej mieszanki morza, glonów, ryb, a gdzieniegdzie też moczu. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Tak... — powiedział przeciągając samogłoskę. Potem jednak się otrząsnął i uśmiechnął się do Coppera. — Naprawdę super. Dziękuję — nie chciał rozczarować dzieciaka, zresztą nie miał czemu narzekać. Od kiedy utracił swój majątek rodowy, to często zdarzało mu się spać w podobnych, albo nawet gorszych warunkach. Zawsze kilka poziomów luksusu wyżej niż na wilgotnej ulicy, na której byle kto może do niego podejść i zabrać mu jego cenną broń, w zasadzie ostatni symbol jego szlachectwa poza manierami (które już powoli zatracał) oraz nazwiskiem.

Zastanawiał go za to ród Sleeverów. Skoro z obrazów wynikało, że pochodził z Canterlotu, to kiedy zniknął. Jak to wyszło, że w ogóle ich nie kojarzył? Zapomniał? Jak wcześnie zniknęli? Chciał się tych wszystkich rzeczy dowiedzieć, ale nie chciał tego robić przy Copperze. Zresztą, to nie było tak ważne, jak to, że miał w końcu łóżko. Podszedł do niego i krótko je obejrzał, szukając tego, czy nie ma w nim jakiegoś robactwa i sprawdzając czy będzie musiał pozbyć się z niego kurzu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 — Czyli tutejsi szlachcice wolą najpierw rozpakować swój prezent? — zapytała, po czym krótko i cicho się zaśmiała. Kiedyś jeszcze była członkiem szlachty i nawet wtedy nie rozumiała tych obyczajów co do ubioru. Ale to może przez to, że była wtedy jeszcze młoda? W każdym razie, na szczęście raczej nie potrzebowała rozumieć celu swojego ubioru, aby go nosić. A z tytułu nie zostało jej w sumie nic. Jednak jakoś za tym nie tęskniła. Gdyby wtedy nie uciekła, to teraz pewnie siedziałaby na obcym dworze jako żona jakiegoś bogatego dworzanina. Ale do tego czasu już wiele razy pokazała sobie, że jest w niej coś więcej, niż atrakcyjność fizyczna.
 No i... dom. Co prawda publiczny, ale może to i lepiej? Takie zazwyczaj musiały być przytulne i wygodne, aby zachęcać klientów. A pracownicy mimochodem również spędzają tutaj czas, toteż bez wątpienia także korzystają z raczej miłej atmosfery. W końcu nawet niektórych bogaczy nie byłoby stać na taki wielobarwny dom, ociekający różnymi kolorami i stanowiący istne przeciwieństwo skromności.
— Mam już czekać, czy może jest coś, czym mogłabym się teraz zająć? To bym zresztą preferowała, bo nie wiem jeszcze, jak najlepiej mogłabym spędzić w tym mieście czas wolny — odezwała się tuż po przejściu przez próg.

Edited by Riddle

Share this post


Link to post
Share on other sites

REDWATER 

 

Jedynym co doskwierało prócz braku luksusu był właśnie kurz. No i rzeczy, o które mozna się było potknąć. Gdzieniegdzie Red widział metaliczny błysk, a więc musiało się tu kryć sporo rupieci, niektóre z nich może nawet wartościowe. 

- Przynoś mu jedzenie i picie, Barn. Trzeba zadbać nawet o tajnych gości, sam wiesz. 

- Oczywiście, paniczu - wypluł z siebie niezadowolony kamerdyner. Nastrój nie wydawał się być dostrzeżony przez źrebaka.

- I zaprowadź nocą do łazienki! 

- Nocą, paniczu? 

- Nocą, Barn! 

Odpowiedziało mu nieprzyjemne chrząknięcie. 

- Jak coś to wychodz przez okno. Spokojnie dasz radę. Coś jeszcze? - zapytał. 

 

ROSE

 

- Zaraz powinna przyjść. I tak, zazwyczaj wolą rozpakować prezent. Im bardziej bogato zapakowany, tym lepiej. Niektórzy wciąż czują się obywatelami Canterlotu i wyżej... No wiesz, co robią - powiedziała, zatrzymując się na progu. 

- I niech ci nie wpadnie do głowy samej wychodzić na miasto! Tu jest całe mnóstwo nieprzyjemnych stworzeń i radzę ci o tym pamiętać. Wyrzuć z głowy, że jesteś sprytna, jasne? Byłaś sprytna w Equestrii, tu jesteś dzieciakiem bez doświadczenia, ostrzegam lojalnie! - pogroziła klacz. - A teraz zmykaj do pokoju. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rose zaś z uśmiechem westchnęła i pokręciła głową.

— Jasne, jasne — odmruknęła, po czym udała się do wskazanego jej wcześniej pomieszczenia. Jak długo miałaby tam niby przesiadywać? Marnowałaby tylko czas, talent i piękno. No ale z drugiej strony... kiedy już weszła do pokoju, wyjrzała przez okno i dotknęła pościeli, to wręcz poczuła, jakby coś ją lekko popychało w stronę łóżka. Dłużej już więc nie czekając, wskoczyła na nie, na brzuch, po czym rozłożyła lekko kończyny, rozluźniła mięśnie i sapnęła z satysfakcją, wreszcie zapewniając zmęczonym od chodzenia kopytom odpoczynek w przyjemnym łóżeczku, teraz znowu nie mając zamiaru z niego wychodzić. Może jednak nie będzie tu tak źle?

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

Niedługo trwała chwila odpoczynku, bo oto po gorączkowym pukaniu i bez zaproszenia do środka wpadła młoda, żółta klacz kuca ziemnego o zielonej, krótkiej grzywce. Na oczach miała fikuśne, fioletowe okulary, a wokół szyi centymetr krawiecki.

- Rose, zdaje się? Za mną! - powiedziała i nie czekając na odpowiedź, ruszyła z powrotem. Doprowadziła klaczkę do pokoju na tym samym piętrze, który - jak się okazało - był jej miejscem pracy. Przybytek Madame Chii nie mógł narzekać na skromne płace, skoro zatrudniał własną krawcową. 

Pokój sprawiał wrażenie ciasnego, przez półki na których zalegały zwoje materiałów o najróżniejszych kolorach i kształtach. Gdzieniegdzie leżały woreczki z koralikami i lśniącymi, ozdobnymi nićmi, gdzieniegdzie krawieckie przybory. Pod ścianami stały też manekiny, prezentując napoczęte suknie i inne elementy ubioru, nie pomijając tych wyjątkowo lubieżnych. Centralnym punktem pokoju był kawałek wolnej podłogi z taboretem i dwa duże lustra w srebrnych ramach. 

- Wskakuj  na stołek, trzeba cię pomierzyć - powiedziała klacz, nie bawiąc się w uprzejmości. Nie sprawiała przy tym wrażenia oschłej, była raczej kimś, kto ma na tyle pracy, że nie zajmuje sobie głowy drobnostkami. - Jakieś preferencje? Kolor, krój? W czym się dobrze czujesz? - zapytała, biorąc w zęby centymetr. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rose westchnęła ze zniechęceniem, po czym niezbyt śpiesznie podniosła się z łóżka, następnie troszkę już szybciej doganiając klacz i wchodząc za nią do jej pracowni, a dalej zamykając drzwi, aby hałasy z zewnątrz zbytnio im nie przeszkadzały. Możliwe, ze ot uprzejmość, czy wychowanie, albo też po prostu nawyk z okradania domów, gdzie całe znajdujące się w nim umeblowanie musi skończyć w takim układzie, w jakim je zastała, aby domownicy możliwie jak najpóźniej przekonali się o braku czegoś. W każdym razie, na pewno długo się nie zastanawiała nad zamknięciem drzwi. Wtedy też weszła posłusznie na stołek.
— E... — mruknęła niepewnie, słysząc pytanie. Nigdy tak właściwie nie zastanawiała się nad kupnem sukni. — Wolałabym raczej coś, co nie gryzłoby się zbytnio z kolorem mojej sierści czy grzywy. No i cóż... muszę też wspomnieć, że przywykłam raczej do praktycznych strojów, więc chyba dobrze będzie, jeżeli nie dostanę czegoś, w czym będę musiała na nowo uczyć się chodzić — odparła w końcu, zupełnie poważnym tonem. Kradła bowiem najwyżej materiał na suknie, a szlachcie nigdy się nie przyglądała i nie zna jej mody. A tym bardziej mody panującej w zupełnie obcym miejscu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krawcowa dłuższy moment myślała, cały czas błądząc wzrokiem po ciele klaczy, niebywale zresztą krytycznie. Parę razy przygryzła wargę, parę razy coś tam pod nosem wymamrotała. 

- A czerń? Nie sama, ma się rozumieć. Skromna, przylegająca do ciała i podkreślająca atuty suknia, bez udziwnień, ale z delikatnymi srebrnymi wzorami. Mogą być ornamenty, to jeszcze zobaczę. Dosyć długa, ale bez usztywnień w budowie. Zaraz, zaraz zwizualizuję... - stwierdziła i oddaliła się w stronę stosu pobazgranych papierów, aby chwilę później wrócić z dokładnym szkicem planowanej sukni. 

Rzeczywiście była skromna, a ornamenty nie były pretensjonalne. Spódnica lekko się rozszerzała i zakrywała całe tylne nogi, zaś przód sukienki odsłaniał przednie kopytka, które jednak przebijały przez koronkę. Ogół był bardzo elegancki i nie powinien stanowić problemu w chodzeniu, ani krępować ruchów. 

- No? i jak?

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Damy w Canterlocie by mi takiej zazdrościły — odważyła się na komplement Rose, miło się uśmiechając. — Nie musi być aż tak zupełnie minimalistyczna, ale i taka mi pasuje. — skomentowała. W każdym razie, z pewnością było to coś, w czym chętnie by się pokazała zacniejszemu towarzystwu, a także coś, w czym mogłaby cały dzień chodzić, gdyż wyglądała na całkiem wygodną. Ciekawe, czy dostanie jeszcze do niej pasujące butki?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ha! Wspaniale! - odparła krawcowa, szczerze podekscytowana. - W takim razie rach-ciach i jak tylko będę gotowa, zawołam cię do przymiarek! 

 

Oto i nadszedł dzień balu. 

W cuchnącym rybami mieście trudno było wyobrazić sobie wystawne, szlacheckie przyjęcie, ale oto rzeczywiście takie było. 

Bardziej kiczowate, bardziej wypchane złotem i zdobieniami, bardziej nadęte i sztywne. Aby się tam dostać, klacze z przybytku madame musiały przebyć spory kawałek miasta, co było dość niekorzystne dla części z nich - suknie nie należały do wygodnych, oczywiście poza suknią Rose, która była niemalże wygraną kartą. Klacz kontrastowała zresztą z grupką kolorowych jak pawie towarzyszek, choć trudno było jednoznacznie orzec, że na minus. 

- Jesteś moją siostrzenicą, Rose - szepnęła Chia, kiedy były już niedaleko pałacu skleconego z rzeźbionych części statków. Cały mały rynek oświetlony był kolorowymi światełkami, wokół gromadzili się już goście. W całej tej otoczce Rose mogła się czuć niemalże wyjątkowa, osnuta aurą tajemniczości. Krawcowa wykonała kawał dobrej roboty, a i buty pasowały. - Nie świadczysz usług jak inne dziewczęta. Jesteś nieśmiała i niewinna, jasne? Uśmiechasz się, ale stoisz nieco z boku. Nie pijesz, nie zaczynasz pierwsza rozmowy, spuszczasz wzrok. Jesteś blisko mnie, przychodzisz na zawołanie. Dzisiaj wprowadzę cię do tego małego, pozłacanego kurwidołka i nie możesz tego zepsuć. Rozumiemy się? - zapytała. Pośród śmiechów i głośnych pogawędek nie było niemalże słychać jej monologu, a obie były otoczone przez dziewczyny. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rosie szła wyprostowana, z zadartym, uśmiechniętym pyszczkiem, zupełnie nieprzejęta stanem swojej sukni, gdyż wiedziała, że nie musiała przykładać do niej tyle uwagi, co jej "współpracownice". I właśnie to lubiła najbardziej; swobodę. Zwłaszcza, że zdawała sobie sprawę ze swojej urody i nie sądziła, by jakiekolwiek upiększenia był konieczne, łącząc tym samym piękno i wygodę. Normalnie nie chodziła też w taki dumny i pewny siebie sposób, no ale skoro już była tak wystrojona...

— Spokojnie. Jeśli nie wypiję, to nawet nie muszę się starać, by spełnić resztę wymagań. No, może poza pokrewieństwem — powiedziała, głosem pełnym radości i optymizmu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- No to może, Rose... Nie wiem, na przykład bądź onieśmielona? - zapytała Chia z lekkim zniecierpliwieniem. 

Właśnie cała rozentuzjazmowana grupka przekraczała próg do wielkiego holu budynku. Minęły odzianego w brązy kuca ziemnego, sprawującego rolę kamerdynera sprawdzającego zaproszenia. Kiwnął głową - nawet ich nie zatrzymywał.

Cały hol rozświetlony był ciepłym światłem świec z żyrandoli. Na balustradę naprzeciw wejścia można było wejść zakręconymi schodami z lewej i prawej, a centrum balustrady wieńczyła rzeźba dziobowa przedstawiająca alicorna. Z holu odchodziły przejścia do innych komnat, ta jedna wyłożona była boazerią różnych barw i różnego pochodzenia. Prócz tego wszędzie posągi, zazwyczaj pozłacane. 

Klacze skierowały się w stronę sali po lewej, skąd dochodziła muzyka skrzypiec. Wszystko było wystawne, ale na pewno nie gustowne. Widać było, że budulcem były statki. Gdzieniegdzie nawet stały jeszcze beczki. 

Pod oknami sali stał długi stół uginający się od jedzenia. Były nie tylko owoce, warzywa i wszystkie ich możliwe pochodne łącznie ze słodyczami, ale i owoce morza i ryby, choć przygotowane na tyle dobrze, że nie obezwładniały kucyków zapachem. Rose widziała przedstawicieli swojego gatunku, widziała też gryfy, pegazy, kuce ziemne i dziwaczne morskie stworzenia. Niektóre ładne, inne pokraczne, ale wszystkie w fikuśnych, jak najbardziej pstrokatych strojach. No, prócz jednego jegomościa, który miał na sobie idealnie czarny surdut. To był ten sam, którego widziała na rynku podróżując z Roo. Granatowy jednorożec okazał się jednak nie być jednorożcem. To co wcześniej skrywała szata, teraz odsłaniał surdut, a były to skrzydła. Alicorn? W takim miejscu? 

- Chia! - krzyknął ktoś piskliwym głosem. Rose ujrzała gryfa o brązowych piórach i bladoróżowej głowie. Gryfica właśnie zajmowała się przyjaznym duszeniem właścicielki przybytku. - To samo miasto, a tyle się nie widziałyśmy! Co słychać? - zapytała. 

- Stara bieda, Doni. Stara bieda. No, może prócz pewnej nowości! ROSE CHODŹ NO TUTAJ, POKAŻ SIĘ. Tym razem żadna tam nowa dziewczynka, a moja własna siostrzenica, świeżo z Canterlotu! PRZYWITAJ SIĘ! - zarządziła Chia, wskazując kopytkiem na uśmiechniętą gryficę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Nie, już raczej nic... Dziękuję — odpowiedział ogier, z utęsknieniem patrząc na łóżko. Spać... Och, jak o tym marzył, jak tego potrzebował. Tylko byle Copper i lokaj sobie poszli. Dziwnie by się czuł, kładąc się spać otoczony przez chłopca i gryfa... Brr. Wstrząsnął się na samą myśl. Nie, dla niego są tylko młode damy, najlepiej klacze. Gryfki raczej nie dla niego, jeśliby chciał pierza, to ma je w poduszce. No, może akurat nie w tej, ale myśl pozostawała ta sama. Klaczy w końcu też tutaj nie miał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Oj! No tak! — powiedziała, po czym cicho, choć wesoło się zaśmiała i zaczęła "teatrzyk", w milczeniu idąc sobie zgodnym z grupą tempem i unikając kontaktu wzrokowego z kucykami, zamiast tego z wymalowanym na twarzy zdziwieniem obserwując "bogate" pomieszczenia. W Canterlocie był co prawda jeszcze wystawniejsze... ale wiedziała, że takie uwagi lepiej zachować dla siebie. Dalej zaś na swój sposób reagowała na to, co widziała, jak chociażby uśmiechając się lekko do muzyki, albo spoglądając z apetytem na niemięsną część bufetu. Zadziwiła ją także obecność skrzydeł i rogu na jednym kucyku, choć starała się zbyt długo na niego nie gapić, pamiętając upomnienie Roo. O gryfce zaś nie myślała dużo.
 Na krzyk Chii podskoczyła lekko w miejscu, zupełnie jakby została wyrwana z zamyślenia, albo po prostu przestraszona. Posłusznie zbliżyła się jednak do pracodawczyni i przez chwilkę popatrzyła na gryfkę z delikatnym, nieśmiałym uśmiechem na pyszczku.
— Um... dzień dobry — powiedziała spokojnie, kłaniając się lekko, a po wykonanym geście nie podnosząc jednak wzroku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

REDWATER

 

Kości Reda dawno już nie zaznały luksusu miękkiego i sprężystego materaca i choć tęsknota za nim przemknęła mu przez myśl, miał ciepły kąt i to się liczyło. 

Istotnie, Cooper został wyprowadzony przez niezadowolonego lokaja, który tym samym dał Redowi swobodę. 

No, poza jednym. Coś jeszcze nie pasowało. Miał wrażenie, że nie jest w pokoju sam i bynajmniej nie chodziło o szczury ani im podobne paskudztwa. Jednocześnie Reda przepełniało poczucie bycia obserwowanym i wiedział, że nikt inny by się w schowku nie zmieścił. Były tam przecież tylko rupiecie i szafa...

 

ROSE

 

Ptasi, nieco szalony wzrok gryficy omiótł Rose od kopyt do głowy. 

- No, no, Chia. Nie wyglądasz na kogoś kto miałby takie złotko w rodzinie. He, he. Żartowałam, nie krzyw się tak. No, co cię sprowadziło tu z Canterlotu, maleńka? I dlaczego Chia ci poskąpiła na suknię? 

- Klasyczna czerń bardziej pasuje do delikatnej urody Rose - pospieszyła z wyjaśnieniem klacz. 

- A może i faktycznie... No, to co tu robisz? Rozrywek ci się zachciało?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...