Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Sign in to follow this  
Zegarmistrz

Arena XV - Bellamina vs Kapi [zakończony]

Arena XV  

5 members have voted

  1. 1. Czyja moc i czyje zdolności przeważyły w tym pojedynku?

    • Bellamina
      3
    • Kapi
      2


Recommended Posts

i_tire_of_games_by_dissonus-d4cv7sp.jpg

Alexsuz spojrzał na listę. Jeszcze tylko dwa pojedynki trzeba było rozpocząć by całość nabrała kolorów. Upił z karafki kilka łyków, coby zwilżyć gardło i ponownie ryknął w mikrofon:

-I oto dochodzimy do przedostatniego pojedynku dzisiejszego wieczoru. Na przeciw siebie staną potężni przeciwnicy. W lewym narożniku będziemy mieli możliwość podziwiania młodej, lecz doświadczonej klaczy. Choć niepozorna to jednak zabójczo skuteczna Rhanaollea. W drugim narożniku wystąpi czarny...tfu...różowy koń tego turnieju! Potężny i zawsze miły, lecz mimo tego niezwykle zaskakujący Kapi!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wielkie wrota prowadzące na arenę z wolna otworzyły się. Widać wszystko zostało doskonale przygotowane, gdyż mosiężne zawiasy nawet nie skrzypnęły. W przejściu ukazała się postać kuca w płaszczu. Rozmiarów był on przeciętnych, a twarz skrywał narzucony kaptur, spod którego patrzyło dwoje bystrych i zielonych oczu, a niżej widniał szczery uśmiech. Kuc nosił na sobie pełną zbroję płytową. Jej elementy lśniły się w słońcu. Wyryto w niej rozmaite znaki, które lekko jarzyły się ciemną zielenią. Jedyne miejsce, którego nie pokrywała warstwa metalu, to twarz. Na szyi znajdowało się rozszerzenie z grubszej stali, które chroniło tą ważną część ciała. Płaszcz był długi i ciemnozielony. Opadał od barków w tył. Przykrywał znaczną część opancerzenia. Po jego tylnej stronie widniało wiele złotych ornamentów, złożonych z lekkich i falistych linii. Jakby dokładnie się przyjrzeć puste miejsca, pozbawione tych motywów, układały się na wzór dużej uśmiechniętej buzi. Po zrobieniu pierwszego kroku w powietrze uniósł się chrzęst metalu. Ogier zbliżał się pewnym krokiem ku centrum areny. Świeciło piękne słońce, a na trybunach zgromadziło się wiele widzów. Greeny słyszał, iż przyjdzie mu walczyć z potężnym magiem, więc nie zdziwiło go tak liczne przybycie gapiów. Wiedział , że bynajmniej nie będzie to łatwy pojedynek. Przyszedł tu w zastępstwo za swojego przyjaciela - Kapiego, który od pewnego czasu studiował usilnie różne książki, aby rozbić jakieś więzienie. Mało wiedział na ten temat, ale gdy ktoś bliski prosi o pomoc, to oczywiście należy jej udzielić, a jako, że lubił magiczne pojedynki przystał na to wszystko z chęcią. Jeden z nich pokazał mu to, że należy oprócz w swojej magii poznać też i inne rodzaje, dlatego od pewnego czasu szkolił się w rozmaitych stylach czarowania. Gdy dotarł na środek areny, włożył kopyto pod płaszcz i wyjął pudełko z muffinami. Czekał na swego przeciwnika, a w jego sercu zaczęły się rodzić obawy, czy da radę choćby wytrwać do końca pojedynku, czy niestety zostanie całkowicie zmiażdżony. Jednak po chwili odpędził to od siebie. To ma być przede wszystkim pouczająca zabawa. Nie przybył tu by wygrać, gdyż nie widział na to szans u siebie, chciał po prostu dowiedzieć się jak najwięcej. Co innego z jego przeciwniczką, ta potężna władczyni mocy magicznej z pogłosek, które słyszał na Jej temat była jednym z najpotężniejszych magów w Equestrii. Będzie się starał jak może, ale ogier wiedział ,że szansę na przejście do następnej rundy są bardzo niskie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gwar widzów było słychać już z daleka. Toczyły się entuzjastyczne rozmowy, wszyscy byli bardzo rozemocjonowani zbliżającym się pojedynkiem. Hazard kwitł, kuce jak i inne stworzenia robiły zakłady o to, który z uczestników dzisiejszego pojedynku wyjdzie z niego zwycięsko. Jeden próbował przekrzyczeć drugiego, co w rezultacie powodowało, że nie dało się odróżnić słów. Gdy na arenie pojawił się mag, krzyki widzów nieco ucichły. Kuc w zbroi był taksowany setkami spojrzeń, które w milczeniu oceniały jego szanse.

Tłum tak bardzo skupił się na nowo przybyłym, że nie zauważyli jego przeciwnika, lub, lepiej powiedzieć - przeciwniczki. Rhanaollea krążyła chwilę nad nimi. Jej duże, czarne, gęsto upierzone skrzydła mocno kontrastowały z błękitem czystego od chmur nieba. Zniżyła lot i wylądowała za bramą prowadzącą na teren areny. Jej skrzydła ułożyły się w normalnej pozycji. Nerwowo wygładziła ręką sterczące pióra. Długie włosy upięła rzemykiem w dość niedbały koczek, by nie wpadały jej podczas potyczki do oczu, które przecież są tu tak ważne. Gdy podeszła do bramy wrota otworzyły się bez szmerów, zgrzytów ani innych dźwięków charakterystycznych dla otwieranych drzwi. 

Przekroczyła próg pewnym krokiem. Jej przeciwnik już na nią czekał. Chcąc przyjrzeć mu się dokładniej, osłoniła dłonią oczy od słońca. Słyszała o nim niejedno. Mag o silnej, nieprzewidywalnej mocy magicznej. Pojawiał się, by dobrą zabawę łączyć ze zdobywaniem jeszcze większego doświadczenia w tej dziedzinie. Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i ukłoniła, kładąc prawą rękę na sercu na znak wielkiego szacunku i poważania.

 

Wyprostowała się, wzrok hybrydy przykuła połyskująca zbroja. Była dla niej dużym problemem - na oko wykonana z metalu odpornego na czary magii prostej jak również te bardziej skomplikowane. Nie zrzuci jej sama, trzeba więc stworzyć odpowiednie okoliczności, by oponent pozbył się jej.

 

Rhanaollea wyciągnęła ręce przed siebie, lewą zginając w łokciu. Prawą dłoń obróciła tak, by zewnętrzna część dłoni była skierowana ku niebu. Powoli zaczęła ją wznosić ku górze, by po chwili gwałtownie przyciągnąć do siebie. Ziemia gwałtownie zadrżała, jednak zarówno ona jak i stojący kilka metrów przed nią kuc utrzymali się na nogach. Dziewczyna opuściła ręce, trzymając je wzdłuż ciała. Efekty zaklęcia nie były odczuwalne dla niej, jednak zielony kuc miał odczuć je już przy pierwszym ruchu. 

Pole zwiększonej grawitacji obejmuje 5 metrów kwadratowych wokół jej przeciwnika, który znajduje się w samym środku. Siła przyciągania nie słabnie na brzegach owej strefy, w każdym miejscu jest jednakowa.

Kuc zachwiał się. Zbroja wyraźnie ciągnęła się ku ziemi, tak i się stało. Drugi uczestnik pojedynku został zwalony z nóg i pozbawiony możliwości ruchu przez swoją własną obronę - metalową zbroję.

Edited by Bellamina Quartcente

Share this post


Link to post
Share on other sites

No cóż pojedynek zaczął się o wiele wcześniej, niż Greeny się spodziewał. Po krótkim przywitaniu, bez słów, jego przeciwniczka rozpoczęła inkantację czaru. Zanim się obejrzał leżał na ziemi, przygnieciony ciężarem metalu. Muffiny prawie spadły na ziemię, jednak udało się ogierowi ocalić te cenne wypieki. Ciężko było poruszać jakąkolwiek częścią ciała, gdyż bardzo ciążyła, a znowu Greeny nie był szczególnym siłaczem. Nie do końca tak chciał to zacząć, jednak to, iż przeciwnik postanowił prawie bez ostrzeżenia zaatakować, nie mogło spowodować, że nie dopełni tego, co sobie postanowił. Nie da się tak traktować, nie tutaj, to co ma do zrobienia jest zbyt ważne, aby z tego zrezygnować. Choćby miało to kosztować wiele.

 

Greeny skupił się, a z pod kaptura dobył się blask, najprawdopodobniej pochodzący od jego rogu. Po chwili całego ogiera ogarnęło zielone światło, a następnie zamknęło go w kuli, która znikła. Pojawiła się tuż przy Rhanaolleli. Pole pękło i Greeny zmaterializował się na tamtym miejscu. No cóż tradycyjny teleport magiczny pozostaje niezawodny w każdej sytuacji, takie proste zaklęcie, a jednak pomaga wydostać się z opresji.

 

-Chciałem się tylko przywitać, więc mam nadzieję, że możemy jeszcze na parę sekund wstrzymać się z przemocą i rzucaniem czarów. Życzę Ci powodzenia, zwycięstwa i dobrej zabawy, a także wielu doświadczeń, obyś wygrała ten turniej.- Następnie wysunął rękę z pudełkiem muffinek i wyjął jedna z nich. Podał Rhanaollei, widząc ,że początkowo się waha, szybko dodał - Nie martw się, masz moje słowo, że nie są zatrute, ani w żaden sposób nie zmniejszą Twojej wartości bojowej, są to moje najzwyczajniejsze muffinki powitalne, zaczarowane tak, aby powiększać się przed ugryzieniem, a potem zmniejszać w żołądku, dzięki temu jesz dużo, a nie boli Cię brzuch i nie tyjesz.

 

Greeny stał z wyciągniętym kopytem i czekał na reakcję przeciwniczki na podarek, a w międzyczasie schował pudełko, wypełnione muffinkami pod płaszcz i uśmiechnął się szczerze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rhanoella zdziwiła się takim obrotem spraw. Bo jaki przeciwnik na rozpoczęcie pojedynku ofiaruje muffina? Mimo to musiała przyznać, że był do bardzo miły gest ze strony Greeny'iego. Przyjęła ten skromny podarunek tylko nieznacznym skinieniem głowy deklarując swoją wdzięczność. Ciastko zostało prędko zjedzone, harpia musiała przyznać, że nigdy nie jadła tak doskonałego wypieku.

- Miło wiedzieć, że wśród wielu zalet, jakie posiadasz jako utalentowany mag jest też umiejętność pieczenia - lekko przechyliła głowę w prawo uśmiechając się szczerze. Naprawdę jej smakowało, w przed chwilą wypowiedzianych słowach nie było ani trochę ironii czy wazeliniarstwa. Sama nie była mistrzynią w dziedzinie gotowania, przygotować umiała tylko najprostsze potrawy.

 

Czas jednak nadszedł, by powrócić to właściwego pojedynku. Cały turniej należał do tych bardziej prestiżowych, a dziewczynie na sam początek trafił się trudny przeciwnik. Od niechcenia machnęła ręką teleportując się kilka metrów dalej. W tym momencie stała w miejscu, które wcześniej zajmował jej przeciwnik, tymczasem on znajdował się tam, gdzie przed chwilą stała. Machnęła skrzydłami i wzleciała w górę. W tym samym momencie z ziemi za nią wystrzeliły dwie wieże. Obie były aksamitnie czarne i sprawiały przygnębiające wrażenie. Mimo swojej smukłości do zbudowania ich użyto ciężkiej, czarnej skały pochodzącej z najgłębszych poziomów kopalni Stalliongradzkiej. Używano jej głównie w przemyśle magicznym, przez dużą skłonność do wchłaniania i naginania mocy magicznej. Rhanoella stanęła z powrotem na dwóch nogach. Greeny otworzył oczy. Zamknął je wcześniej żeby był, jaki wzniosły wystrzeliwujące z ziemi budynki nie wpadł mu do oczu.

Koło obu szczytów pojawiła się konstrukcja przypominająca armatę. Różnicą było to, że nie posiadała żadnej pokrywy zewnętrznej, gołym okiem można było dostrzec całą konstrukcję mechanizmu. Poza tym była o wiele dłuższa od klasycznych armat. Do uszu obu magów dobiegł ogłuszający huk, a w stronę ogiera pomknęły dwa świetliste harpuny, lecące z każdej z dwóch wieży, jakie znajdowały się w zasięgu wzroku ogiera.

 

Mimo oczywistego zagrożenia, jakim mogą się wydawać dwa ostre przedmioty lecące z dużą prędkością w kierunku żywego celu, fizycznie nie miały szans przebić zbroi płytowej Greeny'iego. Poza tym Rhanoella miała na uwadze regulamin pojedynku, z którym zapoznała się przelotnie przy dzisiejszym śniadaniu.

Harpuny były tak naprawdę pewną dozą mocy magicznej przemieszanej z alchemią i najzwyczajniejszą wodą destylowaną. Bo uszkodzeniu tudzież naruszeniu domyślnego kształtu natychmiast do niego wracały. W związku z nieposiadaniem formy stałej pancerz nie miał tutaj wiele do gadania, kolokwialnie rzecz ujmując.

Zarówno wieże, jak i harpuny nie należały bezpośrednio do harpii, można powiedzieć, że je pożyczyła. Tak naprawdę cały ten "sprzęt" był własnością hrabiego Viko, zajującego dwudzieste siódme miejsce w rankingu szlachty Podziemia. Mimo swojej wysokiej pozycji nie był to demon bardzo bystry, a jego podeszły wiek niczego nie ułatwiał. Darzył Rhanoellę sympatią i z chęcią pożyczał jej co jakiś czas swoje wynalazki. Jego zbiory były naprawdę imponujące, więc można było znaleźć odpowiedni przedmiot niemal na każdą sytuację.

 

Celem harpuna, już po przeszyciu ciała przeciwnika nie było sprawienie bólu. Tak naprawdę mógł czuć tylko łaskotanie, co pozwalało chociaż na chwilę uniemożliwić oponentowi pozbycie się narzędzi utkwionych w jego ciele. Ponadto na nierozszerzonym końcu pojawiał się w pełni materialny, szeroki szpikulec uniemożliwiający "zsunięcie się" z kolca. Gdy energia magiczna dostaje impuls do działania, zaczyna wysysać siłę z pancerza, aż ten w końcu zupełnie się rozpływa. Wtedy również i harpun opada pod nogi nogi i wsiąka w ziemię wracając do swojego prawowitego właściciela.

Rhanollea oczywiście dopuszczała fakt, że Greeny zablokuje w jakiś sposób jej atak, więc przezornie umieściła jeszcze dwie wieże za jego plecami. Wśród całego pyłu, szumu i skupienia, jakie musiał poświęcić na lecących w jego stronę ostrzach mało prawdopodobnym było, że zauważy, że tak naprawdę z zawrotną prędkością lecą na niego nie dwa, lecz cztery harpuny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Greeny ujrzał dwa harpuny pędzące w jego stronę. Szybko odchylił kopyta na boki. Tam gdzie przed chwilą stał ogier powietrze było lekko zielone, ta plama przemieszczała się dość szybko w bok. Cały kuc zmienił się w małe pojedyncze cząsteczki, które latały w powietrzu. Były połączone ze sobą tylko umysłem i wolą. To kazało im się przemieszczać do wyznaczonego miejsca, zostały również wsparte magiczną energią, która znacznie przyśpieszała ich ruch. Ze zbroją stało się to samo, jak i z całą resztą ekwipunku. Gdyby nawet Greeny nie zdołał odpowiednio szybko odlecieć harpuny rozcinały powietrze przed sobą i pchały jego cząsteczki, taki podmuch zawsze jest przed ciałami, które się poruszają z dowolną prędkością, im szybciej, tym podmuch jest silniejszy. Ponieważ ogier był w małych cząsteczkach, taki podmuch odsunąłby je od ostrzy, przez co nie zostałyby trafione przez harpun. 

 

Po przeleceniu na bezpieczna odległość od miejsca, gdzie stał poprzednio i gdzie wycelowane były pociski. Greeny zauważył pozostałe wierze. Wyglądały strasznie i musiał to przyznać. Miał mało czasu, zanim przeciwniczka zareaguje na jego unik. Odchylił płaszcz i zdjął z pleców pewien przedmiot. Był to długi, metalowy kij, ozdobiony lekką ornamentyką. Na samej górze znajdowała się czaszka z fioletowymi oczami, a w okół niej kręciło się kilka kolorowych kryształów. Miały kształt rombu obróconego w okół własnej osi, który tworzył bryłę trójwymiarową. Nad czaszką znajdował się wielki, choć podobny do pozostałych biały kryształ, a na samym dole kostura umieszczony był różowy. 

 

Greeny przesunął swe kopyto wpierw na lewą stronę, a potem powoli i falistym ruchem na prawo. Z każdego kryształu wyłoniła się mała stróżka energii w jego kolorze, która rozrastała się formując podobny do oryginału kamień. Kolejny ruch kopytami, z których jedno poszło w górę, a drugie w dół powiększyło kryształy skopiowane do rozmiarów metra. Te zaczęły się pomału kręcić. Greeny rozłożył kopyta w bok, a kamienie rozsunęły się lewitując za nim i oddaliły się w stronę ściany areny. Jeden z nich, ten fioletowej barwy, zaczął wysyłać promień, ledwo uchwytny na tle powietrza do każdej z wierz, jego dół zaczął z lekko emanować fioletowym światłem. Jednak, jak na pewno przeciwniczka wyczuła, ta wiązka nie niszczyła i nie pozbawiała mocy konstrukcji, nie wpływała na nie w żaden sposób.

 

Teraz przyszła pora na kontratak, ale czym on jest bez odpowiedniego przygotowania. Nie warto rzucać zaklęć bez zadbania najpierw o siebie. Dlatego Greeny zatoczył kopytem duży okrąg. W powietrzu pojawiła się złota linia energii, która stworzyła elipsę. Po chwili wypełniła się w środku tym samym kolorem. Na jej obrzeżach pojawiły się lekkie znaki runiczne i symetryczne symbole słońca. Ogier zatoczył podobne kółko drugą ręką, tym razem powstało coś analogicznego, tylko w odcieniach granatu i z symboliką księżyca.

 

Tak przygotowany obmyślał dalszą strategie uważnie obserwując przeciwniczkę, która z pewnością już inkantowała zaklęcie, aby zmieść swego przeciwnika z powierzchni ziemi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas minął i trzeba wyłonić zwycięzcę tego pojedynku! Cóż, może nie był on zbyt długi, lecz po raz wtóry wspominam, że nie ilość, lecz jakość się liczy. Myślę, że jakościowo zaprezentowane zaklęcia i pomysły wystarczają, aby uczynić wybór niełatwym.

 

Już czas. Kto przejdzie dalej? Bellamina, czy Kapi? Wybór należy do Was.

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadszedł czas wyłonić zwycięzcę pojedynku! Co prawda nie był on zbyt długi, ale ogólne wrażenie prezentowanych zaklęć oraz klimat jaki stworzyli na arenie wojownicy wystarczyły, by uczynić wybór dosyć trudnym. Sprawdźmy wyniki ankiety.

 

Bellamina - 3

Kapi - 2

 

Głosów zbyt wiele nie było, jednakże Bellamina odniosła zwycięstwo! Ten jeden głos przewagi zagwarantował jej przejście do rundy drugiej turnieju! Gratulacje!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.
Sign in to follow this  

×
×
  • Create New...