Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Arena XIX  

35 members have voted

  1. 1. Kto popisał się większą mocą?

    • KochamCiemie
      17
    • Zegarmistrz
      18


Recommended Posts

Ależ tu gorąco… Wielka i gruba, skalna płyta otoczona przez wysokie i płomienie była bogato zdobiona płaskorzeźbami o barwie lawy. Tańczące tu i ówdzie ognie pięły się ku górze, rozgrzewając powoli stalowe kule znajdujące się w oczodołach sterczącego z sufitu, wyrzeźbionego z pasją smoczego łba.

 

To nie tak miało być. Ognie nawet nie dosięgają tych kawałków metalu. Pozwólcie, że przyspieszę pewne sprawy…

 

Proste zaklęcie w kilka sekund rozgrzało do białości stalowe oczy smoczej rzeźby co w jakiś sposób uruchomiło mechanizm który obrócił smoczą rzeźbą o trzysta sześćdziesiąt stopni. Myślicie, że to koniec? O nie, ze skalnej paszczy wydobył się język ognia rozpalając wielki znicz w centrum areny i wreszcie, sygnalizując początek walki.

 

 

the_final_struggle_by_royal_flush_pony-d

 

 

Nadszedł czas na starcie między świeżo upieczonym Regentem, Chemikiem, a zaprawionym z magicznych bojach Zegarmistrzem! Nie potrafię przewidzieć wyniku tego starcia! Walczcie z całą swoją mocą!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wykurowany, wyleczony i uzbrojony. Jego wady zamienione w zalety, jego słabości zamienione w potęgę. Edwin wciąż żył poprzednim pojedynkiem, wciąż pamiętał osobę która przywróciła mu najcenniejszy z darów - nadzieję.

Stał przed drzwiami na arenę i wysłuchiwał głosu z megafonu. Kiedy minęły pierwsze wezwania a drzwi stanęły otworem, zrobił pierwszy krok.

Kiedy wchodził na arenę jego przeciwnika nie było w zasięgu wzroku. Edwin postanowił nie czekać, lecz przygotować się. Stanął na jednym z końców areny, tak by być naprzeciw drzwi z których jak mniemał wyjdzie jego oponent i wykonał kilka znaków dłonią. Nagle przerwał, jakby w połowie i uśmiechnął się głupio. Racja, nie musiał już stosować znaków.

Zatem rzekł, a głos jego brzmiał jak zgrzyt klucza w starym zamku. 30 lat, 30 całych lat minęło od czasu kiedy go używał. Miał nadzieję że nie zapomniał inkantacji.

 

Deloria mart kaftaranis delo legha farra.

Matko Ziemo, Ojcze Wietrze, wysłuchajcie i przemówcie.

Ja Edwin prosze o waszą potęge, błagam o wasze dzieci.

Taar-łajh!

 

Za jego plecami przestrzeń się otworzyła. Czarna czeluść przypominająca drzwi, lekko owalna lecz hipnotyzująca nieskończonością. Tak przygotowany czekał na przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poprzednia walka była dla Chemika wyczerpująca... i to nie z powodu ran jakich odniósł. Pewnie wydaje wam się, że wnikanie wewnątrz czyiś umysłów, jodłowanie, picie do upadłego, oraz wykonywanie bardzo skomplikowanej magii matematyki, oraz chemii jest bardzo łatwe? Nic bardziej mylnego. Tuż po walce potencjał bojowy naszego bohatera ograniczał się do całodniowej konsumpcji czipsów przed telewizorem... Co prawda 3-dniowa kuracja przyniosła oczekiwany efekt, ale wspomnienia z poprzedniej walki zmusiły go do zmiany taktyki. Przemyślenia oraz pewne umiejętności pozwoliły wypracować chemikowi wspaniałą strategię, jest to mianowicie strategia...

Ej! Nie zdradzaj mojej tajnej strategii narratorze! Ekchm...

No dobra, nie bij! Wracając do walki... Chemik wszedł na arenę, w prawej ręce trzymał otwartą książkę, przypiętą łańcuchem do nadgarstka, w lewej natomiast trzymał krótki jednoręczny miecz wykonany z dziwnego czarnego materiału. Był ubrany o dziwo czyściuteńki fartuch laboratoryjny, jego równiutko wyprasowane kieszenie były wypchane fiolkami oraz probówkami. Fartuch mimo że sam z siebie odbijał światło i raził publikę nieskazitelną bielą, dodatkowo promieniował dziwną aurą... po prostu dziwną! Z daleka mógł dostrzec już swojego przeciwnika.

A więc, to on... Długo czekałem na tą walkę. Może być ciężko. Ale jak to się mówi? Warto spróbować.

- Witaj Edwinie

- Walka z tobą będzie prawdziwym wyzwaniem - pokłonił się - niech lepszy wygra!

Zaczął wypowiadać inkantację...

-Całkus infinitus!

Pod jego nogami pojawiła się 330 mililitrowa coca-cola...

-Znowu nie to zaklęcie...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Zatem wit...

Ledwo Edwin rozpoczął zdanie a już przeleciał obok Chemika i wbił się w tamtejszą ścianę. Mogło być to zaskoczeniem, ale gdyby ktoś przyjrzał się portalowi, zobaczył by tam dość zbrojną rękę zaciśniętą w pięść.

- Morderca! Oszust! Tchórz! JAK MOGŁEŚ ICH TAM ZOSTAWIĆ?!

Za pięścią, z portalu, wylazł jej właściciel. Kształtu kobiecego, obita w pełną zbroję. Metal jarzył się lekkim błękitem gdy oskarżycielsko celowała palcem w Edwina.

- Mogłeś ich uratować, mogłeś zabić tych idiotów! Ale nie, ty wtedy twierdziłeś że nie możesz, bo moc, bo odpowiedzialność! I co teraz kaleko?! Czy ta moc i odpowiedzialność odda Mi siostrę?!

Edwin milczał, wszak nie miał nic na swą obronę. To przez jego zasady jego rodzina nie żyje. A teraz jeszcze musiał uporać się z dwoma przeciwnikami.

- Wydaje ci się że nie zabił bym ich? Wydaje ci się że nie miałem na to najwyższej ochoty? - wstał i zaczął podchodzić do istoty - Nie, ja zabił bym ich na miejscu, wszystkich bym wybebeszył na przestrogę innym. Ale dałem słowo, obiecałem Alie że z moich rąk nie umrze żaden człowiek. Dobrze wiesz czym jest słowo dane twojej rasie Kali, dobrze wiesz że nie mogłem nic zrobić! Twój ojciec ustalił to prawo, ja nic nie mogłem do cholery zrobić. Wiesz jak to jest? Wiesz jakie to uczucie kiedy patrzysz jak twoi najbliżsi umierają a ty nie możesz nawet kiwnąć palcem?!

Łzy ciekły kiedy Edwin wyrzucał z siebie kolejne słowa, Dawne wspomnienia i żal które trawiły go milczeniem od 30 lat.

- Lecz teraz dano mi prawo zemsty. Kali, chcę by ci wszyscy którzy byli odpowiedzialni za śmierć twojej siostry, a mojej żony, zdechli. Jak psy, jak zwierzęta którym nie dane jest odpokutować. I na mocy paktu wezwania, nie rozkazuje, lecz proszę, użycz mi swojej mocy.

Kali stała przez chwilę w milczeniu po czym z wnętrza hełmu dobiegł jej głos:

- Pamiętaj swoje słowa przywoływaczu by nie były twymi ostatnimi. Ja Kali przyjmuję twą prośbę, masz mnie we władaniu.

Edwin otarł spocone czoło. Nikt na arenie nawet nie domyślał się jak blisko śmierci znalazł się jeden z uczestników.

- Wybacz Chemiku ale musiałem tu omówić pewne sprawy, khm, rodzinne. Możemy już walczyć.

Edwin wrócił na miejsce z którego wcześniej wystrzeliła go Kali.

- Zatem jazda!

Edwin rozpoczął inkantację kiedy Kali nie czekając na niego wystawiła w kierunku chemika dłoń:

- Rex Lirus, czarny wąż.

Z dłoni w kierunku Chemika wystrzelił wąż wyglądający jakby był stworzony z czarnego dymu. Zwiewny, mglisty, lecz gotów zatopić kły, z bogom wiadoma trucizną, w Chemiku.

W międzyczasie Edwin wzywał kolejne twory:

Na Światłość i Zieleń

Na Mroki i Czerwień

Wzywam ciebie i komenduje ci

Taar-łajh!

Z kolei z jego dłoni wystrzeliły w kierunku Chemika 3 kule - jedna czarna, jedna biała i jedna fioletowa. Nim doleciały zderzyły się, zaś z miejsca gdzie uderzyły w stronę oponenta wystrzeliła Błyskawica, spowita czarnym ogniem. Zaś wprawne oko mogło zauważyć że całość lekko emanowała fioletowym światłem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nienawidzę węży! Aaaa.... aj się ich panicznie boję!! 

-Apage austenitus!!!

Wąż wyprostował się i przestał się wić... był teraz bardzo szybko lecącym pociskiem... 

Chemik zasłonił się księgą, wąż trafił w nią i wbił się na jakieś 3 milimetry, co jest dosyć imponującym wynikiem biorąc pod uwagę to, że okładka była metalowa... 

-Przeklęty gad!! 

Nie dość, że próbuje zniszczyć mi książkę to jeszcze odprawia tam jakieś... "czary",co on robi? Czy on myśli, że jakieś 3 kolorowe, zderzające się ku... OSZLAG!! 

-Entriopus minimus!!!

Ta niepozorna i względnie do niczego nie przydatna, 330 mililitrowa cola, w przeciągu ułamka sekundy zamieniła się się w małą, lodową, brązową półsferę... która, jak pewnie się domyślacie smakuje jak??? Dokładnie, sok malinowy!! Na nasze nieszczęście nikt oprócz narratora(czyli mnie... HEHEHE) nie zdążył się o tym przekonać, gdyż czas który minął od momentu stworzenia do momentu roztrzaskania ją w drobny mak przez błyskawicę Erwina wynosił zaledwie 0.001 sekund! (czyli w zasadzie tyle co nic...)

Jednakże siła z jaką piorun uderzył w tarczę, nie była na tyle wystarczająca aby stopić do końca całe 330 ml tego wodopodobnego płynu. W wyniku rozproszenia sił oraz prądów powietrznych(których nie było) na arenę zaczął spadać... śnieg! Na dodatek malinowy! (nie żartowałem z tym smakiem!)

-Uff... ledwo, ledwo...

Chyba wychodzę z formy, myślę, że powinienem częściej trenować.

Pora odpowiedzieć na jego atak, pora pokazać mu potęgę magii chemii!!!

Wyciągnął przed siebie miecz, inkantując coś bardzo skomplikowanego, trzymał miecz prosto i w bezruchu celując w Erwina. Po  zakończeniu inkantacji słowem "wielomian interpolacyjny" rzucił w przeciwnika mieczem, tak jak się rzuca bumerangiem. 

Miecz lecąc na Edwina, zaczął się spalać. Do samego Edwina dolatywała, nie tyle co kula ognia, bardziej struga zaklętego, gęstego, fioletowego dymu. Dym powoli przybierał formę, hiperboloidy jednopowłokowej. 

Ciekawe jak sobie z tym poradzi? 

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ja bronię ty atakuj!

I kto tu kim włada, pierwsza myśl Edwina była zabarwiona lekkim humorem, wszak to raczej była niecodzienna okazja by być chowańcem swego chowańca. Ale co poradzić.

Kali nie czekała aż twór Chemika do niego doleci, skierowała wyczarowanego węża tak, by ten zderzył się z mieczem, przy akompaniamencie sporej eksplozji. Lecz na eksplozji się nie skończyło gdy arena pokryła się gęstym dymem.

Sam dym nie był szkodliwy, dał tylko Edwinowi czas na dopełnienie formalności.

- Witaj w Opuszczonym Domu - inkantacja która zapoczątkuje możliwość korzystania z Opuszczonego Domostwa. Teraz dopiero Edwin mógł autentycznie działać.

- Enta terio seru dare!

Wzywam Ciebie i oddaję Ci siebie.

Kaleb terio tesla!

Taar-łajh

Powietrze wokół Edwina zafalowało, powoli wyciągając z przestrzeni 4 okrągłe portale. Wszystkie umiejscowiły się za plecami Edwina, gotowe ruszyć na jego skinienie.

Tak przygotowany nakreślił kilka znaków w powietrzu, powodując niezauważanie zmiany w strukturze padającego śniegu. Ot zwiększenie liczby elektronów w niektórych płatkach. I nie było by to nawet widowiskowe, gdyby nie fakt że mag wystawił w kierunku Chemika dłoń złożoną tak, jakby trzymał w niej pistolet. I kiedy nacisnął niewidzialny spust, z jednego portalu wyskoczyła błyskawica.

Wystarczyła sekunda by na drodze owej błyskawicy zdarzył się przelatywać jeden ze "specjalnych" płatków. Niczym reakcja łańcuchowa, jeden po drugim zaczęły wybuchać, z prędkością światła ogarniając tą część areny na której stał Chemik.

Lecz Edwin nie tracił czasu na podziwianie fajerwerków. Nakreślił szybko na ziemi kilka znaków i czekał na reakcję przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nagła zmiana w strukturze atomów? Nagły nadmiar elektronów? Przecież to oczywiste...

Nie wiadomo skąd, w prawej ręce Chemika pojawiła się puszka dezodorantu. O ile na normalnym dezodorancie zwykle widnieją napisy w stylu "Chroni twoje ciało przed potem!", "Super SKUTECZNY!!", to na tej butelce oznakowanie było raczej... skąpe. (pewnie naruszało 100 przepisów UE jednocześnie) 

-Elektrofilus maximus!!

Nacisnął na spust, w wyniku czego w mgnieniu oka w powietrze wzniosła się chmura bezbarwnego aerozolu. Błyskawica natychmiast zmieniła bieg... 

Ratując skórę Chemika od wszechobecnych eksplozji, błyskawica natychmiast skupiła się na rozpylonej chmurce. 

Efekt rozładowania na obdarzonej ładunkiem dodatniej substancji spowodował silnie egzotermiczną reakcję. Temperatura gazu skoczyła tak wysoko, że zamiast porządnej eksplozji, przed Chemikiem pojawiła się kula plazmy. 

-O to mi chodziło! Poissonus terubbith!

Przekierowując błękitną kulę w kierunku Edwina, czarodziej wykonał kilka gestów. W wyniku ruchów prawą dłonią oraz wymawianiu tajemniczych słów, z kuli wydzieliła się mniejsza o podobnej konsystencji. 

-Rozprężanie adiabatyczne!!

Mała kula wybuchła tuż za tą większą, posyłając ją w kierunku przeciwnika z ogromną prędkością. 

Chemik zaczął rozstawiać w pośpiechu przed sobą jakąś dziwną aparaturę...

Przygotowywał się na kolejny ruch Edwina.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin uśmiechnął się widząc jak jego przeciwnik wystrzelił w niego pocisk.

- Witaj W Opuszczonym Domu.

Powietrze między kulą a Edwinem zafalowało i pocisk zniknął. Sam Edwin zaczął wykonywać pewne symbole i powietrze wokół niego ponownie zafalowało. Tym razem jednak potrzebował dywersji.

- Kali, zajmij go czymś!

Bez słowa Kali nakreśliła zakutą w zbroję dłonią trzy znaki przed sobą. Do znaków po chwili dodała koło i to otworzyło się niczym małe okienko. Bez słowa Strażniczka wyciągnęła z owej dziury długa lancę.

- Lance del Rose!

Kiedy broń zaświeciła się czerwonym blaskiem, Kali wyrzuciła ją wysoko w powietrze. Sama lanca przez chwilę znikła dla oczów widowni, lecz po jednym oddechu z nieba zaczęły spadać całe ich masy.

Lecz i to było tylko dywersją, wszak Kali z gigantyczną prędkością dobiegła do Chemika i podobną lancą jak te spadające, poczęła go wściekle atakować. Założenie było proste, ktoś kto wykonuje uniki nie może tracić ani czasu, ani oddechu, na inkantacje magiczne. Od wieków udowadniano że wystarczy zbliżyć się do maga żeby ten stracił większość sztuczek. Całości dopełniał fakt, że czubek lancy którą walczyła Kali był wykonany z antymagicznego rdzenia, więc Kali nie musiała przejmować się ewentualnymi kontratakami - zwyczajnie przecinała je bronią i  te traciły swoją moc.

Kiedy Kali zajmowała oponenta, Edwin dokańczał formułę. Sporo sztuczek stracił w walce z Dolarem, zaś ich regeneracja jeszcze nie nastąpiła więc trza było się posłużyć mozolnymi inkantacjami by przyśpieszyć odrobinkę proces regeneracji.

Edwin rozpostarł ramiona a pomiędzy nimi, z przestrzeni opuszczonego domu, wysunął się łuk. Edwin uśmiechnął się, wszak amunicji miał pod dostatkiem.

- Accelo.

Jedno słowo a zamiast strzały na łuku pojawił się pocisk, niczym z plazmy. Edwin wycelował broń, naciągnął łuk i wystrzelił pocisk.

W tym czasie Kali zamarkowała uderzenie które nie doszło celu. Miast tego wypluła wprost w twarz Chemika małą chmurkę czarnego dymu, ot zasłona. Zaś po tym opadła płasko na ziemię, pozwalając by pocisk plazmy wystrzelony przez Edwina przeleciał nad nią i trafił Chemika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ledwo widzę... co to za przeklęty dym?! Duszę się...

-E..eee...EKCHY!! E-E-Echky-EGNI-Ekchy-TUM!

Temperatura dymu zwiększyła się na tyle, że zaczął unosić się do góry... (no wiecie, gęstość powietrza)

Wywija tą dzidą jak szalona! Zaraz się zmacham, jak dalej będę próbował unikać jej ciosów... oszla..! Prawie się udało. Na dodatek ten coś jeszcze czaruje... Trzeba ją czymś zająć... Wiem! Rzucę jej "cośbardzofajnego"!

-Odczep się!

Wyjął szybko z płaszcza niedużą oranżową fiolkę i zamaszystym ruchem stłukł ją o ziemię, tuż pod nogami Kali.

To ją na chwile zajmie... ciekawe czy widzi podwójnie czy tez poczwórnie?  

Chyba zaczyna działać... a on co do jasnej wyprawia.. oby to nie było to o czym... A JEDNAK!

Jak tu uniknąć plazmy? Szybko! Myśl, myśl, MYŚL! Wiem!

Z kieszeni wyjął probówkę i zaczął pocierać ją o swoją niezbyt elegancką czuprynę... Co on na Celestię wyprawia!? 

Zaraz go trafi... nie mogę na to patrzeć.

Lecz zaraz! Co tu się dzieje? Tor lotu kuli odchyla się tuż przed twarzą chemika?! Co on znowu wymyślił? 

Elektryzując włosy spowodował, że silne pole elektryczne zmieniło tor lotu plazmy... musiało być na prawdę silne.

-Koniec tego dobrego!

Otworzył swoją księgę na stronie numer 4358, zaczął wymawiać jakieś niezrozumiałe słowa, przynajmniej niewymawialne w żadnym ludzkim języku. 

Przez chwilę nic się nie działo, lecz po kilku sekundach można było dostrzec jak buty chemika świecą się na karmazynowo(ale efekciarz... :forgiveme:). Posadzka zaczęła błyszczeć, zamieniała się w smolistą maź, można było powiedzieć, że mag spartolił robotę, ponieważ on sam znajdował się w jej epicentrum. Lecz ku zdziwieniu wszystkich, Chemik zaczął stepować! Normalnie, bez żadnych oporów ZACZĄŁ STEPOWAĆ! 

-Fajnie jest mieć hydrofobową skórę... a teraz, jeśli pozwolisz...

Z kieszeni wyjął ogromną giwerę, było by to normalne gdyby jego kieszeń była 1000 razy większa niż normalnie, lecz kpiąc sobie z wszelakich praw fizyki dokonał niesamowitej sztuczki, to tak jakby wyjąć słonia z kapelusza... przeklęta magia! 

Wycelował w Edwina i wystrzelił, lecz zamiast gradu pocisków na Edwina spadł deszcz długich nitek, pojedynczych włókien które miały oplatywać przeciwnika. Pewnie były bardzo lepkie...

Odrzucając w stronę Edwina zużytą broń, zakreślił na smolistej posadzce bardzo skomplikowany znak... był gotowy na ruch przeciwnika

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widział jak Kali zaczyna chwiać się na nogach. Zaś bagno które pokryło arenę nie pozwalało na swobodne poruszanie się ani na zabezpieczenie tyłów. No nic, trzeba było przejść do fazy drugiej.

Reagując na lecącą sieć uśmiechnął się i wykonał pojedynczy znak palcami. Dwa z czterech portali za jego plecami powiększyły się i wystrzeliły przed siebie strumieniami ognia. Skutecznie spopieliły one nitki które leciały. Lecz trzeba było teraz przygotować się do silniejszych ataków.

- Kali, na mocy paktu który tworzymy, zezwalam na zmianę restrykcji mocy. Serce kamienia, na me rozkazy, przeto rzecze, zamarzajcie.

Chemik powinien odsunąć się. Nie powinien stać przy Kali. Jej zbroja pokryła się szronem a sekundę później we wszystkie strony wyrosły lodowe kolce długie na 5 stóp.

Lód zamroził też sporą część podłoża koło Kali, zamieniając smoliste coś w lodowe coś.

Edwin musiał teraz przygotować się na kolejne niespodzianki. Szybko sięgnął w kolejny portal wyciągając z niego partyzanę. Wykonał nad nią kilka znaków po czym w jego drugiej ręce pojawiła się identyczna kopia broni. Wziął solidny zamach i wyrzucił ją w powietrze. Deszcz kolejnych broni które spadły z nieba tym razem nie był wycelowany, broń upadała gdzie popadnie, wbijając się ostrzem w lód, zapadała się w niezamrożonym bagnie czy też wbijała się w piasek na obrzeżach areny.

- Kali, nie wiem jak ty to robisz że jesteś w stanie to cholerstwo wycelować, niby trenowałem z tobą a nie mogę nawet trafić koło celu, a co dopiero w cel!

Kiedy skończył rozrzucać włócznie ostatnią schował w domu.  Wykonał kilka znaków dłonią i zaczekał na reakcję przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak sobie radzi nasza pomocniczka Edwina? Szron? Od początku wiedziałem, że tutaj jest za zimno... jest coraz zimniej i co to za igie...

-Aaaa, kujące to!

Odskakując jak poparzony, Chemik ledwo umknął z życiem. Te sople na pewno musiały być ostre... nieprzyzwoicie ostre.

-Brrr... zimno mi!

2 milimetry od buta chemika wbiła się włócznia.

Co on wyprawia?! On chyba nie wyrzuci...!

Zanim zdążył skończyć myśl koło chemika wylądowało kilka kolejnych włóczni...

Po krótkim zerknięciu w górę, Chemik dostrzegł spadający grad broni. Wyrzucana być może i chaotycznie, ale nadal śmiercionośna.

Pora coś z tym zrobić! 

Z kieszeni fartucha wyjął fiolkę po czym całą zawartość wylał sobie na plecy. Przeźroczysta substancja została wchłonięta przez fartuch, po chwili można było zauważyć, że fartuch twardnieje. Przyjmując pozycję jak pod czas ataku nuklearnego powinien przyjąć człowiek chemik zakrył tył głowy swoją wielką książką. 

-Kryyyć sięęęę!!! 

Nie tracąc czasu, czarodziej zaczął sobie coś mamrotać pod nosem... 

-Superemum ... integrum ad... JAK RZUCASZ?!minimum calculum...

Po przeczekaniu burzy "dzid", dokończył inkantację słowem

-Numerus.

Po kilku sekundach fartuch zaczął się świecić i topić, normalnej osobie sprawiło by to ból, ale magiczna inkantacja nie zadziałała na Chemika ponieważ jego skóra była odporna na jego własną magię. 

Miarka się przebrała... 

W stronę Kali rzucił probówkę która po rozbiciu wybuchła w obłoku fioletowego dymu. 

Może jest niebezpieczna... ale czy po roztopieniu tej cierniowatej zbroi uśnie w 40 czy 70 sekund?

Myślicie, że odczynniki chemika zostały utracone bezpowrotnie tonąc w kałuży z ciekłego fartucha? Nic bardziej mylnego! Być może ta lepka maź skonsumowała jego eliksiry bezpowrotnie, ale sama maź była teraz odczynnikiem samym w sobie, Była doskonała... bo zaczęła przybierać postać żyjącej istOMATKO CO TO JEST?!

Powitaj mojego pomocnika Edwinie...

Kotopodobna postać zaczęła się łasić(jak to kot) do nóg maga.

Pora na kontratak!

-Bierz go... yyy... jak cię nazwać? Wiem! Bierz go ARGWYNOCHASTĄDTYDRANIU!

Smolisty kot zapłonął żywym ogniem, biegnąc w stronę Edwina pozostawiał za sobą 1,5 metrową scianę pożogi...

Oby nie narobił mi do butów... to by bolało...

Chemik zaczął przerzucać strony w jego tajemniczej księdze... przygotowywał się na ewentualny kontratak.

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ludzie uczą się na błędach. Magowie z kolei uczą się na czarach.

Widząc co wyprawia Chemik, Edwin wykonał dwa znaki. Pierwszy wyrył na ziemi dziwny wzorek. A kiedy Edwin go dotknął, pod jego dłonią, w chmurze kurzu, pojawiła się Leżąca kali. Stare dobre zaklęcie podmiany. Tyle tylko że trzeba było podmienić coś z czymś. W poprzedniej walce dostał od swego przeciwnika niezwykły kryształ. Bursztyn mianowicie. Który teraz znalazł się w lodowej kuli z kolcami. Bursztyn był załadowany, Edwin zadbał o to dwa dni temu. Teraz trzeba było zatrzymać kota, a i to nie było trudne. Zdetonował bursztyn.

Gigantyczna fala antymagiczna. Wszystkie cząsteczki magii nią trafione rozpraszały się. Swoiste zaklęcie wyniszczające magię na pewnym obszarze w mgnieniu oka. Gdy tylko ta dogoniła twór chemika, ten uderzył w ziemię niczym zwykły kleks, ot kupka rzuconego błota. Sam Edwin cieszył się że Kali nie było w pobliżu, wszak ją czekał by niewiele lepszy los. Ale koniec końców miał już wszystko przygotowane. Nic nie dzieje się bez przyczyny.

- Pax Neus Nova Hilis!

Kilka z włóczni zaświeciło się jadowito-zielonym kolorem. Z prędkością światła rozświetliły się i połączyły liniami z nieprzenikalnej bariery. Dla widzów na arenie teraz wykwitło kila zielonkawych ścian. Dla Chemika wyglądało to podobnie, tyle tylko że widziane "od środka". Zaś gdyby którekolwiek z nich widziało arenę od góry, dostrzegli by że ściany układają się w krąg sprowadzenia, najwyższą magię przywoływaczy.

- Erupt, rage of gods, blood from they blood.

Erupt, madness from they bones and light from they flesh.

Come forth and enlight them all.

Come.

Wyglądało to tak jakby arenę nagle rozświetliło światło. Najpierw pojedyncza linia, jakby słońce wychylało się zza chmur. Coraz większe i większe, by z siła tysięcy jednostek czystej energii uderzyć w wyznaczony obszar. Tak, Edwin dosłownie ściągnął Chemikowi SuperNove na twarz. Teraz, gdy ten sam pozbył się płaszcza i większości tego co w nim trzymał.

Lecz sam rozbłysk nie miał trafić Chemika, o nie. Edwin zacisnął pięść. Cały rozbłysk skupił się w jednym miejscu, zebrał się w sobie i zaczął się ściskać, jakby gnieciony niewidzialną pięścią. A kiedy osiągnął masę krytyczną, wybuchł.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiciuś sobie poradzi, dobry kiciuś... uff, jak się cieszę, że już niedługo koniec, ale co to?! Co on wyprawia z tym kamieniem? 

Widząc jak jego kot zaczyna się rozpadać, chemik w pośpiechu wypowiedział, kawałek inkantacji. 

-Negrum ignis et cośtammądrego....

Powtarzając ostatnie zdania jak mantrę przygotowywał się na ruch przeciwnika. Wiedział bowiem, że uniwersalny czar przemiany materii pomoże mu się obronić, od jego przygotowania zależy więc jak bardzo skuteczna będzie jego obrona. Wiedział, że ofensywa w takim momencie może okazać się nieskuteczna, a dla niego samego wręcz śmiertelna. Wolał poczekać aż przeciwnik wykona ruch. Zewsząd  zaczęła się destylować czysta energia magiczna...

-Et meltum ignis defendis...

Przygotowując się na najgorsze, Chemik zaczął topić przed swoimi nogami posadzkę i formować ją w wielką lewitującą kulę.

Energia zbierała się w jednym punkcie, bardzo niestabilna zaczęła szybko osiągać energię krytyczną. 

-ES MAGNETUM EST NEGRO ET MEINE KLEINE ORETYFORMUJSIĘWRESZCIE!! BADMUMTSS!

Eksplodowało! Energia zdolna stopić łańcuch górski uderzyła w Chemika! Z całą siłą, z całym potencjałem termicznym! Przynajmniej długo nie cierpiał... Lecz zaraz, światłość przeminęła, okazało się, że w miejscu gdzie powinny stać spopielone resztki Maga Chemii, stała czarna kopuła. Chemik wiedział co robić, doskonale znał model ciała doskonale czarnego i wiedział, że da się wytworzyć coś podobnego do adsorbowania magii. 

Ale jak pewnie wiecie, nic w przyrodzie nie ginie... (jak głosi pewna mądrość ludowa...) 

Kula zaczęła się rozpływać na ziemię, a z kałuży posadzki wynurzyła się postać Chemika, ubrana w czarną pancerną płytówkę. Reszta cieczy zaczęła nabierać kształt, człowiekopodobny, jak się pewnie domyślacie, chemik zaczął dobrze wykorzystywać magiczną energię, w końcu musiała się gdzieś podziać. Większość skupionej energii skupił na utwardzeniu swojej zbroi. 4 golemy zaczęły podążać powolnym krokiem w stronę Edwina, bardzo niemrawo, ale szły... szły za rozkazami Chemika.

-Być może się obronisz... być może zdążysz uciec, ale ja odtworzę swoje laboratorium. Zbroja zaczęła emitować antymagiczną aurę.

Muszę zdobyć jak najwięcej składników... no dalej! Niech ta moc się na coś przyda...

-Filozofium maksiumus DAWAJODCZYNNIKI!! 

Zaoszczędzę na tym turnieju... może nawet wyjdę z zyskiem heh. Koniec z ZAKUPAMI! JUHU!!

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kolejne odwrócenie uwagi. Chemik powinien skrupulatnie policzyć włócznie i ściany które z nich powstały. Wszak mimo stworzenia golemów - te dalej oddzielone były od Edwina potężną barierą. Sam wybuch miał za zadanie nasączyć ją energią, to że była szansa na spopielenie przeciwnika to tylko przyjemny bonus.

Teraz gdy bariery wibrowały energią, Edwin zaczął inkantować resztę zaklęcia które rozpoczął wcześniej.

- Uroczyście przysięgam że knuję coś niedobrego!

Na te słowa ziemia pod stopami Chemika zwyczajnie znikła. Bezkresna pustka, nieskończona i bezgraniczna. Lecz to tylko portal z którego zaczął wyłaniać się kolejny "chowaniec" przywoływacza.

Łapa która podparła się areny z głośnym zgrzytem zmiażdżyła jednego z golemów. Za łapą zaś nadciągała reszta monstra. I oczom widowni ukazał się stwór.

Bydle wysokie na kilkanaście metrów, pokryte łuskowatym pancerzem. Dwie kończyny zakończone pazurami obite były skrawkami metalu, paszcza związana wieloma sznurami korali pieczętujących. W podobny sposób acz łańcuchami związane były nietoperzowe skrzydła i pozostałe 4 ramiona bestii. Ogon przyozdobiony kolcami i zbroja specyficznego kroju. A nade wszystko, oczy, czarne jak pustka z której wylazła. Pomór który z siebie wydała mógł przyprawić o ból kości, dość gdy robiła kroki by arena kruczyła się pod jej stopami.

- Phelis Pherexian!

Korale na paszczy jaszczuro podobnego monstra pękły z hukiem odsłaniając wiele rzędów ostrych jak brzytwy kłów. Stwór zawył przeciągłym rykiem od którego zatrzęsły się ściany areny. A nawet drgnęły jej osłony.

Nagle nad głową Phelisa zawisło 8 symboli które wystrzeliły by zawisnąć na wyciągnięcie dłoni Edwina. # inne symbole zaczęły okrążać Chemika. Mógł poczuć od nich ciepło, zimno a nawet jakby stłumiony śmiech. Nie trwało to długo gdy wróciły do dłoni chowańca.

- Ssssstryktura zzzzrozzzzzumiana, Ssssselossssh Nasssah!

W jego dłoni pojawiła się czerwona kula światła. Światła od którego nie było czuć ciepła ani blasku. Gdy tylko blask ten sięgnął pozostałe golemy, te rozpadły się jak uprzednio kotopodobny twór Chemika. Sam Chemik mógł poczuć jak jego magia zaczyna z niego parować. Kula była dostrojona do niego niszczyła wszelakie cząsteczki magii które miały jego sygnaturę. Czy to w postaci kieszonkowego wymiaru czy też odczynników. Sama zbroja którą nosił zaczęła powoli pękać, wszak zaklęcie które ją stworzyło nie było inną magią jak jego własną.

 

Kiedy Sumon zajmował się Chemikiem, Edwin skrupulatnie majstrował przy symbolach które ten mu podrzucił. Ostatni raz używał ich ponad pół wieku temu, musiał na szybko sobie przypomnieć który symbol jak działał. Gdyby się pomylił...cóż, dość powiedzieć że nie tylko chemik byłby na arenie "widowiskową" osobą. Szybko wymamrotał parę inkantacji i symbole zamieniły się w kolorowe kamienie wielkości guzika w marynarce. Wykreślił kilka symboli przed sobą i dopasował je do kulek. Przykucnął i jedną przyczepił do zbroi Kali, patrząc jak tą przepełnia blask. Zajmie to chwile, ale jak się uda to Kali powinna być zdolna do walki. Tak przygotowany czekał na reakcję przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Już prawie, moje substancje są gotowe... kończę. Czy pod moimi nogami jest bezdenna czeluść? To ŹLE! RATUNKU!!! Uuuu... przecież jeszcze lewituję w magii...

Ale co to za bestia?! Na domiar złego jego zbroja zaczęła się kruszyć... Chemik lekko spanikował. 

Widząc z jaką łatwością przyzwanie niszczy jego golemy, szybko zaczął inkantować pewne cwane zaklęcie...

-Supremum dimensium. Supremum est! 

Ciekawe jak sobie poradzisz w tylu wymiarach droga bestio...

Swobodnie opadając na ziemię tuż w nicość która pod nim wyrosła, wydawało się, że zaraz w nią wpadnie i zniknie na wieki... ale nic z tego, ku zdziwieniu Edwina, zaraz po tym jak przekroczył poziom posadzki znalazł się tuż obok potwora. Nie do wiary! Przecież przy jego rozmiarach i sile mógł być zmiażdżony zanim by się spostrzegł. 

Jego zbroja wykruszyła się całkowicie, magia ulatywała z niego coraz szybciej! Czemu on nie ucieka, tylko stoi jak wryty przed tym potworem i nic nie robi?!

-Magia nie jest najlepszym sojusznikiem... dlatego 900 wymiarów przestrzennych powinno załatwić sprawę...

Po powiedzeniu tego dał susa w stronę Edwina lecz, pod różnymi kątami sytuacja wyglądała inaczej. Pod jednym się oddalał, pod innym szybował w górę, a sam Edwin widział go wirującego w kierunku północ-zachód po dziwnej spirali... Aż mi się zakręciło w głowie... 

Ni stąd ni z owąd znalazł się na samym brzegu areny. Stanął na baczność i otwierając księgę gdzieś po środku i zaczął recytować formułę.

-Magia to nie chemia, a chemia to nie magia, magia to tylko oddziaływanie... alchemia to połączenie obydwu rzeczy...

Uśmiechnął się od ucha do ucha. Powietrze zaczęło dziwnie wibrować. Spod nóg bestii zaczęły wyrastać, ogromne szaro-metaliczne szpikulce. Wokół Sumona wyrosło gigantyczne więzienie z metalowych szpikulców. Sumon zareagował najbardziej instynktownie, próbował przegryźć kraty, akcja powinna się zakończyć sukcesem. Cienkie i długie szpikulce powinny być złamane jak wykałaczki, patrząc na rozmiar jego szczęki. Lecz próba przegryzienia metalicznego szpikulca skończyła się utratą zębów... dosyć spektakularną, można by rzec. Chemik nie przejmując się losem potwora, za pomocą jednego prostego gestu spowodował, że szpikulce otaczające potwora zaczęły się zlewać w otaczający go sześcian. Wykonując kolejny gest ręką sześcian natychmiast się skurczył do rozmiaru ziarenka pisaku. 

-PŁOŃ! 

Z małego punktu w mgnieniu oka wydobył się oślepiający rozbłysk. Ziarenko piasku zapłonęło niczym słońce. Plazma przeszła ze skrajnej bieli w głęboką czerwień. 

-ZABRAŁEŚ MI ZBROJĘ! ON MI POSŁUŻY ZA NOWĄ. 

Cała magia wypaliła się... sześcian zaczął się rozrastać i formować w fragmenty zbroi. Lewitując szybko w stronę Chemika, stworzył idealną kopię poprzedniej. Tamta mu jakoś dobrze leżała...

Edwin zaczyna coś kombinować z Kali... Lepiej się przygotuję.

Coś znowu zaczęło wibrować. Wokół Chemika tworzył się dosyć spory okrąg. Znaki układały się w postać bardzo długich wzorów, których rozwiązywanie przyprawiło by o ból głowy nie jednego... Ale nie taki był zamiar, alchemiczne symbole miały za zadanie wypalić całkowicie magię Edwina z otoczenia Chemika.

Jakieś dziwne kształty zaczęły się formować z materii wokół niego... czekał na ruch Kaliego, wolał samemu nie wychodzić z inicjatywą, bo to się zwykle źle kończy.

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin widział jak jego magia niszczeje w otoczeniu Chemika. Widział ją a mimo to dalej się uśmiechał. Chemik mógł założyć że Edwin posiadał wzrok jak normalny człowiek. Czego nie mógł wiedzieć to fakt, iż po walce z Hrabią, Edwin patrzył na świat trochę inaczej niż wszyscy. Poza tym, wypalana była magia Edwina, a nie Phelisa. Mimo że Chemik zgniótł stwora, kula którą ten stworzył unosiła się dalej nad areną, ba, nawet wydawać się mogło że wzlatuje odrobinkę wyżej. I dalej niszczycielsko wyżerała magię jego przeciwnika. Z tą różnicą że nie wchłaniała ją jak bateria, wszak można by ją było zmienić i ponownie użyć. Nie, ona zwyczajnie ją niszczyła, z taką samą skutecznością z jaką bariery niszczyły magię która mogła by uderzyć w trybuny.

 

Lecz trzeba było zastosować środki doraźnie, nie istniało wiele ataków które zdolne są przebić się przez zakrzywienia wymiarowe. Atak wystrzelony w jego przeciwnika równie dobrze mógł wpaść w któryś wymiar i wylecieć mu za plecami. A strzelanie do samego siebie to już Edwin przerabiał.

 

- Pożyczam moja droga, a ty odpoczywaj. I trzymaj kciuki żebym czegoś nie pomylił.

 

Edwin sięgnął po miecz który Kali miała przy pasku. Tyle tylko że była to sama głownia bez żadnego ostrza. Ostrze trzeba było stworzyć.

- Jeśli potrafisz, wybacz.

 

Edwin skierował nieistniejące ostrze w kierunku Chemika i rozpoczął inkantację:

Fragmencie który jesteś Panem Koszmarów
Uwolnij najsurowszą z kar.
Ostrze z ciemnej pustki,

Ostrze z zimnej bezdenności.
Stań się mą Mocą,

Stań się mym Ciałem
I kroczmy razem drogą destrukcji

Niechaj Moc zdolna kruszyć dusze Bogów

Zniszczy wszystkich głupców stojącej na naszej drodze.
 

Miast stali z głowni wystrzeliło ostrze przypominające czarną błyskawicę. Po arenie rozbiegł sie pomruk od którego ciarki przechodziły po plecach.

- Oto broń zdolna zabijać nawet nieśmiertelnych. Przecząca wszelakim prawom, zarówno magii jak i fizyki. Oto ostrze zdolne przeciąć wszystko, na wszystkich płaszczyznach, czy to wymiarowych czy astralnych. Oto ostrze Armagedonu.

Edwin chwycił głownię w obie dłonie i zadał cięcie. Wnet ostrze wydłużyło się tnąc wszystko na swojej drodze. Wymiary pękały jak pokruszone szkło, w miejscu gdzie ostrze uderzyło w barierę , ta zwyczajnie znikała. Cięcie przecinało skały, cząsteczki magii, słowem wszystko co tylko stanęło na drodze. I kierowało się ku Chemikowi z przerażającą prędkością.

- Ragna Blade.

 

Kiedy Edwin atakował, Symbole rozświetliły się jeszcze bardziej.

Edited by Zegarmistrz

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niedługo wymiary ustabilizują się i Edwin rzeczywiście będzie na niego szarżował z przerażającą prędkością.

 

Chemik spojrzał się na Edwina z niedowierzaniem... czy on właśnie...? CO?! Jakim prawem zdobył ten legendarny artefakt. Przecież... to, JEST. NIEMOŻLIWE! 

Ale spokojnie *Edwin przecina jego przeszkodę z łatwością, jest coraz bliżej*, j-j-j-ja... się nie boję... Przecież istniał taki ciekawy artefakt, nawet go miałem ale nie pamiętam gdzie! Gdzie to jest, gdzietojest?! Ach... już wiem.

Chemik wykonał dwa gesty i w jednej chwili e srebrzystej kuli płynnego metalu wyłoniła się... ZAMRAŻARKA TURYSTYCZNA!! Ale po co mu zamrażarka jak Edwin jest już coraz bliżej?! Kula wsiąknęła w podłoże. 

On jeszcze o tym nie wie... *Chemik uśmiecha się*. Otworzył zamrażarkę, w środku można było dostrzec kilka puszek napoju o bliżej nieznanej nazwie... Chemik chwycił w garść cały sześciopak i odrzucił za siebie, po czym włożył rękę głęboko w mroźną osobliwość tego PRLowskiego obiektu. Po wyrazie jego twarzy można było dostrzec, że natrafił na jakiś przedmiot, wyjął rękę ostrożnie, w jego dłonie można było dostrzec... OSTRZE MROZU!!! 

Panie narratorze, po co się pan tak podnieca? To tylko oryginalne ostrze mrozu, ma jeszcze 221 567 lat gwarancji! 

-No dobra... - mruknął pod nosem - Teraz ta inkantacja!! 

Wykuty przez tytanów, do celów niepojętych, po to by wtrącać BOGÓW w mroczne odmęty...

Ej to wszystko? Jego wierszyk był dłuższy!! Ale mój się chociaż rymował... 

Po wymówieniu inkantacji, ostrze zaczęło się świecić błękitnym blaskiem.

Jeszcze jedna sprawa... 

Wyjął z kieszeni fiolkę z czerwoną zawartością, odkorkował po czym wypił całą zawartość. Jego oczy zaczęły się świecić na niebiesko.

 

Nikt nie wiedział co na prawdę powodowało wypicie dziwnej substancji. Nie wiadomo nawet było czy ta substancja istnieje w naszym wymiarze...

Chemik zaczął się przygotowywać do walki jaka go czeka w najbliższych sekundach... zaczął recytować inkantacje alchemiczne... 

 

*ostrze zaczęło wibrować, im bliżej Edwin zbliżał się ze swoją bronią, tym coraz bardziej intensywniej wibrowało... robiło się niebezpiecznie, atmosfera była... dziwna.*

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pęknięcie. Niedostrzegalne a jednak będące tam, gdzie być nie powinno.

Edwin poczuł ciepło w dłoni a chwilę później nastąpił wybuch.

Eksplozja rzuciła nim w tył, sponiewierają delikatnie. Niestety ostrze zniknęło na chwilę nim dotarło do Chemika.

- Szlag, to ciągle nie to.

Edwin wyglądał na złego patrząc na drobne rozcięcia które powstały na jego dłoni. Niezbyt głębokie, wszak runa ochronna zrobiła swoje. Ale teraz był przygotowany na najlepszą część zabawy.

- Zauważyłeś pewnie że sporo tu niedomówień, prawda? Ciągle czymś odwracam uwagę. Jak magik, który pokazuje ci jedną dłoń a drugą wyciąga kartę z rękawa. Pora na mojego asa.

Edwin wstał i otrzepał szatę. Patrzył na to co robi przeciwnik z uśmiechem i częściową obojętnością.

- O Czasie, ukaż łaskawie to co ukryte.

Powietrze zafalowało w miejscu gdzie jego runy wisiały naprzeciw dużego portalu. Tego samego z którego wyszła Kali, a którego on nie zamknął.

- Jak widzisz swoje szanse? Mamy dobrą pogodę, więc co powiesz na rozpoczęcie?

Edwin ustawił się jakby dyrygował orkiestrze. Wyciągnął dłoń w kierunku Chemika i pstryknął palcami.

- Ogień.

Powietrze koło Chemika zwyczajnie wybuchło. Bez ostrzeżenia, bez wcześniejszego syku czy jakiegokolwiek znaku. W ciągu niecałej sekundy wokół Chemika rozpętało się istne inferno, pilar ognia od podłoża aż po nieboskłon. Ogień wybuchł i tak gwałtownie jak się pojawił, równie szybko znikł.

Kolejne pstryknięcie.

- Woda.

Znowu rozległ się kolejny wybuch. Tym razem znikąd Chemika otoczyła bańka wody, tyle tylko, że ciśnienie wewnątrz bańki było ogromne. Zaś przy wybuchu energia miała siłę kilograma trotylu.

Kolejne pstryknięcie.

- Ziemia

Dwie gigantyczne skały uderzyły z obu stron. Jakby wyleciały z niewidzialnej kieszeni. Dwie kamienne kule które z cała potęgą zderzyły się za środek przyjmując jeden cel - Chemika. Cała arena drgnęła od fali która rozeszła się po potężnym zgrzycie zwiastującym zderzenie.

Kolejne pstryknięcie.

- Powietrze

I nagle nastała cisza. Całe powietrze zniknęło z areny. Bez powietrza nie ma cząsteczek które mogą przewodzić dźwięk. Tyle tylko, że gdy całe powietrze ścisnęło się wokół Chemika, nastąpił kolejny wybuch. Tym razem w kompletnej ciszy. Po chwili zaś huk dosłownie zgniatał uszy. To powietrze które rozchodząc cię po arenie przełamywało barierę dźwięku.

Kolejne pstryknięcie.

- Ciemność.

Chemika otoczyła kula z ciemności, żywej i bolesnej. Wijąca się niczym smoła utwardziła się do konsystencji skały, uniemożliwiając uniki.

Kolejne pstryknięcie.

- Metal.

Niczym z opuszczonego domu z przestrzeni wysunęły się dwa ostrza które przebiły kulę ciemności. Ciężkie i ostre, z łatwością przebiły tą barierę.

Kolejne pstryknięcie.

- Światło.

Arena rozświetliła się. Przez chwilę widzowie nie widzieli co się dzieje. W tym czasie w kule w której Edwin zamknął Chemika uderzył piorun, promień światła zdolny spopielić wszystko na swojej drodze. Bez grzmotu, czysta wiązka energii która rozerwała i kulę i spory kawał areny pod nią.

I wtedy powietrze zafalowało i opadła zasłona. Obok Edwina stało 7 postaci w podobnych zbrojach jak ta, którą nosiła Kali. Każda trzymała jakąś broń, od włóczni, duch sztyletów, topora po tarczę i lancę włącznie. Każda uzbrojona i gotowa do walki.

- Panowie i panie, oto przed wami pragnę przedstawić unikalną mieszankę potęgi militarno-magicznej. Oto Śniący. A żeby zaspokoić państwa ciekawość, lub by rozwiać wątpliwości, tak, w czasie kiedy ja zajmowałem Chemika, oni, pod osłoną prostego czaru kryjącego ich prezencję, rozmieszczali się po arenie. Dzięki nim mogłem przygotować dzisiejszy pokaż, specjalnie dla Państwa!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wybuch wstrząsnął Chemikiem, szczerze powiedziawszy nic dziwnego, nie był przygotowany na tak ogromną eksplozję, jednakże mikstura którą wcześniej wypił przyspieszyła na tyle reakcje jego układu nerwowego(magic!), że bez problemu wrócił do równowagi. Otrzepując się z pyłu Chemik dostrzegł, że jego fartuch jest w strzępach.

-NO NIE! - wrzasnął Chemik. - Niedawno go prałem! Nie chce mi się kupować nowego...

Ocierając pot z czoła mógł dostrzec na swojej ręce karmazynowe zabarwienie potu.  Zapewne jakiś odłamek miecza trafił go w głowę, jednakże po intensywności krwawienia można było stwierdzić, że odłamek wywołał jedynie powierzchowne zadrapanie...

Chemik szukał powoli wzrokiem przeciwnika. Gdzie on jest?

-Prawdziwy mag ma co?

 

Natychmiast po przemówieniu zaczął się spektakl Edwina...

Zaczęło się! Jeden po drugim, żywioł za żywiołem otaczały Chemika i dawały pełną prezentację swoich sił. Wspaniały spektakl dla widzów(ILE ONI MUSIELI WYDAĆ NA ZABEZPIECZENIA WIDOWNI), temu nie można zaprzeczyć, ale ten co znajdował się w środku musiał właśnie doznawać ataku serca, to tak jakby wrzucać metalową zapalniczkę do ogniska i nie zdążyć schować się za drzewem *bum! ściana ognia*.

 

Ale, ale, nie zapominajmy, że substancje działające w tej chwili na Chemika wyostrzały każdy jego zmysł, te efekty na prawdę musiały wmurować go w ziemię. Zgniatany przez wodę, podpalany, oraz ogłuszony. Inkantacje ochroniły go przed częścią co bardziej niebezpiecznych efektów.

 

Jednakże zamknięcie w tej dziwnej sferze zdołało go skutecznie unieruchomić, jednakże ostrza które ją przebiły nie zdołały dosięgnąć celu, książka wytwarzająca silne pole magnetyczne na życzenie właściciela ściągnęła je natychmiast do siebie, Chemik zamruczał coś pod nosem, ostrza natychmiast rozgrzały się do białości i uformowały poręczny mieczyk, który natychmiast znalazł się w rękach Chemika, broń zastępcza można by powiedzieć. 

 

Ciemność przeminęła.Chemikowi jakimś cudem udało się wydostać z tej mrocznej kuli, jak wiele można powiedzieć dobrego o małych przenośnym latarkach, można czytać dzięki nim po nocach... i nie tylko.

Oczom Chemika ukazała się mała armia Edwina.

-No proszę mi tu światło wyłączyli na chwilę, a ty już masz armię. Szybki jesteś zaiste.... ciekawe co po...

Nie zdążył skończyć, szybki rzut oka zmusił go do odwrócenia się i użycia oręża

-Oż ty!

Postać z tarczą zaatakowała Chemika! Ledwo zdążył zblokować. 

-Mam dość!! 

Jego oczy zapłonęły żywym ogniem, Ręce zmetalizowały się, z jego nosa i ust wydobywał się najczystszy ogień, Ostrze nagle rozżarzyło się do białości i zamieniło w długi szpikulec.  Chemik odpowiedział na atak, celował w ciało nie specjalnie starając się omijać tarczę, TO NIE BYŁO KONIECZNE, szpikulec przeszedł przez nią jak metalowy nóż przez powietrze. Ledwo spenetrował pancerz tajemniczej postaci, a ona sama zamieniała się w kupkę płonącego żużlu.

Chemik był zdenerwowany, był na serio wkurzony! Wpadając w furię  lewitacyjnie otworzył przed sobą księgę, wykrzyczał coś co brzmiało okropnie, chociaż nie było to w żadnym znanym ludzkim języku. 

-ERGABERIYUT THES! 

Chemik zaczął wytwarzać przed sobą kulę czystej skondensowanej materii. Zanim osiągnęła gęstość gwiazdy neutronowej, rozdzieliła się na wiele mniejszych. Zaczęły wirować z ogromną prędkością wokół Chemika. Wystrzeliły w górę, i spadając z góry nakierowywały się na armię Edwina. Można było zobaczyć, że każda postać trafiona taką kulą zapada się niczym gwiazda do czarnej dziury, po całkowitej kompresji, ziarnko materii jakie z niej zostaje, wybucha ogromnym słupem ognia.

-Na twojego potworka mam coś lepszego.

Chemik czekał aż śniący zbliży się tuż przed jego oblicze, oczekując na jego atak wymawia specjalne zaklęcie...

Z jego palca w stronę przeciwnika wystrzeliwuje pajęczyna monomolekularnej nici. Przenikając przez niego zostawia na nim cieniutkie czerwone linie.

-A żeby być pewnym...

Chemik wykonał nagły gest ręką. Potwór zaczął się rozpadać na plasterki... tuż pod jego nogi.

-Teraz pora na kremację.

Z jego miecza wystrzeliła błyskawica, trafiając w to co zostało ze Śniącego zamieniła go natychmiast w kupkę barwnego popiołu...

-Ciekawy kolor, ktoś niedokładnie umył podłogę.. 

-Drogi Edwinie, mówiłeś coś o asie w rękawie? - Na jego twarzy wymalował się paaaskudny uśmiech.

-Musisz się czymś zająć, bo robisz się uciążliwy. 

Otworzył lewitującą księgę na następnej stronie. Szukał pewnego zaklęcia. 

-Pod B... Ach mam! Ekchem! BOR ET LEIT SQM DOVIS!

Z miecz wypuścił w powietrze barwny pocisk, ten w locie zaczął się powiększać, docierając na sporą wysokość eksplodował. Coś zaczęło spadać i wbijać się w ziemię. 

-Przywitaj się z monokrystalicznymi pajączkami drogi Edwinie

Z perforacji w podłodze zaczęły wychodzić ogromne ilości małych błyszczących i niemile wyglądających stworzonek... zaczęły skupiać się wokół Edwina, pragnęły go zjeść... ups? 

-Sprej na owady to za mało, taka mała podpowiedź, no i chyba brygada czołgowa też nie pomoże... A tu masz coś prosto od serca!

Powietrze wokół Edwina zmieniło kolor na brązowy. Nagła implozja. Edwin wyglądał niczym posąg, był nieruchomy, przypominał trochę czarny granit. 

-Chyba się przegryzą... Miłego dnia. *ukłon*

Chemik z nudów zaczął kreślić pod sobą tajemnicze runy końcówką swojego miecza... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak bardzo brakuje nauki na błędach. - pomyślał Edwin patrząc jak kolejne iluzje się rozpadają.

Skoro coś zadziałało raz, to czemu nie miało by zadziałać raz jeszcze? Te najprostsze zaklęcia są zwykle ignorowane, wszak nie zadają obrażeń i magowie nie widza dla nich potrzeby. Edwin uważał inaczej. To te proste zaklęcia są kluczem który otwiera drogę dla tych skompilowanych.

 - Gotowi? Gaya, ty pierwszy, za tobą Roc i Nemu, reszta wedle uznania - wykonując gesty dłonią wydał odpowiednie polecenia. Czary ukrywające działały tylko wtedy kiedy autentycznie ktoś starał się ukryć.

Chemik kreślił kolejne znaki gdy te wybuchły. Zwyczajnie, wyrzucając sporą ilość ziemi w górę, jakby pod spodem był gejzer. Trenowali to już wiele razy, przygotowani na kolejne ataki potrafili się chronić, do tego Chemik dał dość mocny pokaż ciężkiej magii, Edwin liczył że takie marnowanie energii na iluzje prędzej czy później zmęczy maga.

Śniący z lancą stal z przodu, za nim Topornik i Halabarda. To Blokerzy, ich zadaniem było zatrzymanie kontrataku, wszak mieli bronie które mogły niwelować magię. Za nimi Edwin i pozostała czwórka, gotowi zaatakować i wspierać przednią straż.

Do tego pokaz Chemika miał jeszcze jeden solidny minus - pozwolił na skopiowanie wzorca magicznego, przez co teraz cała "armia" wiedziała jak rozbić energię Chemika. I nie zawahała się wykorzystać tej wiedzy.

- Jazda! - wyłaniając się za Chemikiem musieli wyglądać imponująco. Wszak chwilę temu zneutralizował ich wszystkich a tu hops, i znowu stoją nietknięci. Liczył że ta sekunda spowolni reakcję przeciwnika.

Pierwsze zaatakowały pająki, i jako pierwsze też otrzymały największe obrażenia.

- Droga Ognia - Płomień Świętego Elma - jednym machnięciem topora cała arena się stopiła. W ciągu mikrosekund wszyscy mogli poczuć żar bijący niczym z kowalskiego pieca. A razem ze stopieniem powierzchni całe pajęcze tałatajstwo zamieniło się w niewiele więcej aniżeli dymiącą plamę.

- Droga Wody - Oddech Lewiatana - tym razem Śniący uzbrojony w dwa miecze zamachnął się nimi. I tak jak uprzednio arena się rozpaliła, tak teraz, niczym potraktowana azotem, ochłodziła się i zamarzła.

- Droga Ziemi - Aegis Legionów - tarcza blokera stojącego na przedzie rozświetliła się błękitnym blaskiem. To tarcza pozwalająca niwelować magiczne ataki Chemika, wszak już teraz szykowali się na kontratak.

- Droga Metalu - Włócznia Longinusa - stojący na samym końcu Śniący uniósł i wycelował w Chemika swój łuk. W stronę wyrzuconego w powietrze przeciwnika poleciał istny deszcz pocisków. Wykonane i przetopione z różnych metali, niektóre twarde inne miękkie, jeszcze inne antymagiczne. Lecz wszystkie zabezpieczone prostym zaklęciem zapobiegającemu ich przemianie i wykorzystaniu przez kogoś innego niż ich pierwotny właściciel - wszak Iria uczyła się z tego co pokazał jej Chemik.

- Droga Światła - Ścieżka Prawdy - Śniący który trzymał halabardę uderzył nią z ziemię. I nagle, bez ostrzeżenia sztylet który trzymał Chemik wybuchł mu w ręce. Dagoth mógł manipulować światłem, nadając mu nawet prawdziwy kształt. Zaś metal który wykorzystał w swoim pokazie Chemik nie pochodził ze źródła innego jak właśnie iluzja Dagotha.

- Droga Ciemności - Teatrzyk Cieni - Na arenie wykwitło wiele "grupek" podobnych do tej która atakowała Chemika. Gra Cieni pozwalała stworzyć prawie że namacalne kopie które mogły wybuchać różnymi niespodziankami kiedy się je atakowało.

- Droga Powietrza - Mglisty Zamek strzeżony Oddechem Smoka - W końcu czas na najwyższego ze Śniących. Uzbrojony we włócznie mógł nawet wyglądać imponująco. Zakręcił kilka razy młynka nad głową a z jego włóczni wystrzelił kłąb dymu. Jakby już Gra Cieni ich nie maskowała, na arenie pojawiła się gęsta mgła która miała specyficzne właściwości. Między innymi kiedy ktoś patrzył w nią przez termowizje, mógł nie zobaczyć nic lub wręcz przeciwnie, zobaczyć więcej niż było w niej naprawdę. Skutecznie myliła każdy rodzaj wykrywania, a to tylko jedno z jej zastosowań.

Atak i obrona - oba aspekty potężne. Był gotów zatrzymać dowolny czar który jego przeciwnik wystrzeli, do tego sam mógł atakować dosłownie z każdej strony. Prawie nieskończona liczba scenariuszy.

Jego przeciwnik miał wyjątkowego pecha, wszak kto mógł przewidzieć iż Hrabia przywróci Edwinowi pełnię jego mocy?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak miło, że nie wpadł na pomysł wysłania mnie w powietrze... To ciepełko pod stopami jest bardzo miłe. Zaraz? Jak to ciepło?! 

*potężna eksplozja tuż pod stopami Chemika* Jak ja wrócę na ziemię? 

Chemik zaczął spadać, jego ognista natura tylko pogarszała sprawę, nie dość, że sama grawitacja... 

*plask!* ... to jeszcze zwiększone ciśnienie za nim spowodowało, że wbił się w posadzkę... z ogromną siłą, zaraz po nim do dziury którą wypalił(to gorąco trochę go uratowało) wpadła jego księga. Można było usłyszeć głośny jęk i wiązankę przekleństw. 

Po chwili Chemik wyczołgał się z dziury jakby nie specjalnie to zaszkodziło jego ciału, ale ból zapewne odczuwał.   Stanął na nogach i był gotowy na resztę. 

-Jak pewnie widzisz twoja spopielona armia...

 

Szybkie zerknięcie za siebie...

 

-To się zaczyna robić nudne...

 

Zatrzasnął z hukiem lewitującą księgę, chwycił ją i czego nikt się nie spodziewał, użył jej jako broni do walki wręcz,. Nikt nie spodziewał się, że Chemik może mieć tak niesamowicie szybki refleks i kocie ruchy, oraz tytaniczną siłę. Na nic zdały się bloki oraz kontrataki, w mgnieniu oka Chemik stał się smugą... chwilę potem można był dostrzec jak  wiru walki wystrzeliwują w górę wojownicy Edwina... Co to? Szkoła latania? Jednakże Chemik nie mógł sobie pozwolić na tak częste korzystanie z lekko trujących eliksirów. To go powoli wyczerpuje, oraz powoli uczula na magię.  

 

-Obyło się nawet bez użycia magii... kocham moje eliksiry.

-No to to mamy z głowy - powiedział Chemik stawiając stopę na jednej z pokonanych ofiar - Oni chyba mają już dość - spod stopy dało się słyszeć cichy jęk...

 

Chemik był trochę zdziwiony... Edwin bez trudu pokonał ciężar skorupy która jego otaczała. W sumie nie ma się czemu dziwić, to miało go tylko na chwilę spowolnić. 

Edwin wykonując pierwszy czar zapomniał o jednym, ognista natura chemika nie była natury magicznej, była to zasługa czystej alchemii z odrobiną fizyki i teorii flogistonu(Co z tego, że został obalony?) Mimo odparowania jego pajęczej armii, Chemik nadal stał na posadzce i kreślił runy, widać było, że księga została ponownie otworzona i lewitowała tuż przed jego nosem... a może to nie była zasługa lewitacji? 

 

-Trochę mi gorąco, oczekuję ochłodzenia. 

 

  

Nastąpiło ochłodzenie, ale nie w taki sposób w jaki oczekiwał. Był przygotowany na adsorbcję tego chłodu, ale nie spodziewał się, że wygasi to jego ognistą naturę... stopiona posadzka nagle zamarzła, przez to nie była już tak równa, przypominała teraz spękaną ziemię w czasie suszy.  

Czemu Chemik zignorował to zjawisko i nie machnął nawet palcem aby jakoś się bronić? Może to zasługa jego run, nie były magicznego pochodzenia, ta zmiana energii musiała być jakoś zrównoważony... albo zgromadzony. Chemik nie mógł dalej korzystać z ognia, było na to zdecydowanie za chłodno, wyczerpał cały runiczny potencjał tego zaklęcia. Musiał opracować coś innego. 

 

-Dobrze, że twoja mała armia... - *szybkie zerknięcie do tyłu i grymas niezadowolenia...* - No ZAWSZE jakiś jeden zostanie pominięty!

 

Może to dlatego, że temu się świeci tarcza? Nawet ładne te wzorki. Oj! Ten tarczownik nie wygląda zbyt przyjaźnie...

Chemik nie wysilił się specjalnie, wystrzelił swoją księgę w kierunku legionisty, po chwili można było dostrzec na niebie mały oddalający się punkcik, przynajmniej szybko nie spadnie... księga jak gdyby nigdy nic wróciła na miejsce.... To nie była magia, to zwykła alchemia i trochę praw fizyki, specjalny silniczek tkwił w grubej okładce jego książki stabilizując strumień gorącego powietrza który z niej wylatywał, ta książka była najnowszą zdobyczą technologiczną, moc silnika starczała na napędzanie kilku fabryk. Śnięty i tak miał szczęście, że nie został przebity na wylot.

 

-Musisz się bardziej wysilić... -Powiedział Chemik przyciskając butem pokonanego legionistę do ziemi.

 

Jeśli dobrze by wysilić słuch, to można było by usłyszeć, syk lotek.... coraz głośniejszy... jeśli by się postawić na miejscu maga chemii. 

Bum! Coś wybuchło w dłoni Chemika... lekko zdezorientowany Chemik zaczął się rozglądać dookoła. Wybuch na nim nie zrobił specjalnego wrażenia. Mocniejsze rzeczy mu wybuchały w dłoni czy też przed twarzą, a nawet w kieszeni fartucha. Był po prostu przyzwyczajony... i lekko uodporniony.  

 

-Co znowu? No tylko nie to! Nie lubię gradu strzał.... Ty mi pomożesz - Chemik zdjął stopę z wojownika... przelewitował go przed siebie... i użył jako żywej tarczy. 

 

Można było usłyszeć jak strzały rykoszetują o unoszącego się wojownika, przytomny, ale poddany jego całkowitej kontroli używał swojej tarczy, która ku zdziwieniu Chemika zadziałała bardzo dobrze! Albo Śniący ma słabe strzały, albo Edwin dba o swoich żołnierzy. 

Kolejna sztuczka przeciwnika, na arenie można było  dostrzec jak znikąd pojawiły się całe legiony.... LEGIONISTÓW Edwina! 

Te dziwne twory wydawały się być niestabilne oraz zabezpieczone jakąś chytrą magią.

Nagle arenę spowiła gęsta mgła...

 

-Znowu?! Muszę się odwołać do silniejszej alchemii, To chyba rozdział drugi o ile pamiętam... ach tak... mam!

 

Niby mgła utrudniała widzenie, ale Chemik nie przejął się tym zbytnio, kiedy wzrok zawodzi, można posłużyć się zapachem. W laboratorium bardzo ważną umiejętnością było wyczuwanie zapachu, to mogło ratować życie, ale receptory węchowe Chemika były na tyle wyostrzone, że mógł wyczuć każdy ppm domieszek jakiejkolwiek substancji w powietrzu, wystarczyło ten zmysł uruchomić, co zapewne Chemik zrobił natychmiast po pojawieniu się mgły.

Chemik skupił się na jednym, na wyczuciu położenia każdej z większych grupek. Po precyzyjnym zlokalizowaniu Chemik wymruczał jakieś dziwne zaklęcie z pamięci. Można było usłyszeć kilka dźwięcznych eksplozji i ryk Śniącego... oraz ciche przeklnięcie Edwina, ten cały teatrzyk cieni działał teraz na jego korzyść. Kolejne eksplozje, kolejny ryk, teraz jakby dłuższy i przeciągany... z malejącą amplitudą...

 

-*to chyba jego mam z głowy...*  

 

Chemik zamknął oczy... skoncentrował się,, widać było jak w jego rękach znikąd pojawia się wierna kopia miecza który stracił w wybuchu, może nie tyle co kopia, a bardziej doskonalsza replika, bardziej przyozdobiona, lepszej jakości, mistrzowsko wykonana, a co najważniejsze, pozbawiona magii. 

 

-Teraz pora na mój teatrzyk.

 

Chemik wymówił jakąś inkantację.... można było dostrzec jak mgła koloru czarnego zmienia kolor na purpurowy. Mgła rozrzedziła się i można było dostrzec zarówno niedobitki armii Edwina jak i rozerwanych przez eksplozje Śniących... resztki armii Edwina były w opłakanym stanie, a co więcej można było dostrzec jak niektórzy z nich walczą ze sobą. Zapewne był to wpływ tego dziwnego dymu... 

Koło  Chemika  można było dostrzec ognistego kota który łasił się do jego nóg, zapewne domagając się pieszczot. 

 

-Dobra robota. - Powiedział Chemik po czym podrapał kata za uchem. 

-Jak widzisz Edwinie, alchemia ma też swoje ścieżki. Teraz Ci je zaprezentuję. 

-Elementy! 

 

Po wypowiedzeniu tego słowa, przed nogami Edwina  pojawił się ogromny układ okresowy pierwiastków, ilustrowany i kunsztownie zdobiony, w postaci rysunku na posadzce. Z każdego pola zaczął wyrastać malutki golem. Każdy wykonany z innego pierwiastka. Po osiągnięciu wysokości 12 centymetrów, golemy zaczęły maszerować w kierunku tego wykonanego ze złota. Nie minęła sekunda a już można było zobaczyć jak pięknie się zlewają. Po całkowitej fuzji przed obliczem Edwina stał wysoki na 14 metrów błękitny golem.

Mimo ogromnej postury wydawał się być lekko... mało zręczny i powolny. Ale to miało tylko odwracać uwagę przeciwnika. 

 

-Przywitaj się z panem Edwinem. I zajmij się nim jak na dżentelmena przystało. Pora na kolejną sztuczkę.

-Przekierowanie energii!

 

Miecz Chemika zabłysnął. Runy się zaświeciły na śliczny, oślepiający zielony kolor. Brak ognistej natury Chemika przejawił się natychmiastową reakcją. *Auu PARZY!!!* musi się wreszcie nauczyć prawidłowo trzymać rękojeść.

 

-Widzisz, to się nazywa władanie energią, już nawet nie pamiętam ile materii z ilu galaktyk trzeba było przekształcić na ową energię... ale to chyba idzie w setki. A teraz pora na... organika!

 

Z spod stóp Edwina wyrosły długie na 10 metrów czarne walce, było ich sporo... każdy z nich był błyszczący i cicho wibrował.  Były bardzo blisko przeciwnika, ale nie wyglądały na groźnie, nawet przypominały trochę czarne monolity. 

 

-Tu masz przykład jednej z najbardziej wybuchowej substancji jaką opracowałem. kształt walca optymalnie rozprowadza ciepło i falę uderzeniową.

 

Był gotowy do detonacji. Dokładne wyliczenia oraz doświadczenie upewniły go, że na eksplozji nie ucierpi ani on ani jego golem. 

 

-Jakby co nie próbuj ich wyparowywać, zamrażać, ani teleportować. One są antymagiczne albo odporne na magię, już nie pamiętam co napisali w instrukcji..... A teraz pora na...

-DETONATOR. 

 

Chemik rzucił pod siebie małą kocią chrupkę. Kot ją natychmiast spałaszował. Chwilę po konsumpcji zaczął emanować ogromną ilością ciepła. Wielki wybuch! Słup zielonego ognia, kota już nie był. Zamiast niego przed Chemikiem stała ogromna ognista bestia. Wysoka chyba na 20 metrów.

 

-Jeszcze masz to kiciu... 

 

Rzucił w jego stronę kolejnego chrupka, po wchłonięciu go przez jego ognistą naturę, po chwili można było dostrzec jak ogień wielkiego kota(a raczej tygrysa) zmienia kolor na niebieski, był w tej chwili odporny na magię, oraz Chemik dzięki przekupstwu zyskał nad nim całkowitą kontrolę. Jak zwykle, kolory były bardziej dla efekciarstwa, ale czego nie robi się dla widowni. Doceńcie to.

 

-No widzisz, moje materiały i ogień ni zbyt się lubią..... powodzenia w walce.

 

Chemik oddalił się i wyciągając składane krzesło z portfela, rozłożył je, usiadł i zaczął czytać księgę . 

Przygotowywał się na poczynania Edwina, nadal się obawiał kontrataku. Zaczął studiować rozdział oznaczony "Ochrona przed magią dla profesjonalistów."

 

-Ciekawa lektura....

 

Oczy Chemika błysnęły fioletowym blaskiem.  Oby kotek nie był takim draniem jak był zazwyczaj, jak będzie próbował prosić o chrupkę, to spali na skwarkę, nie mógł już używać ognistej przemiany.  Nie w tej walce. 

Edited by KochamChemie
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

To był bez wątpienia najdłuższy i najbardziej emocjonujący pojedynek tej rundy! [Zgadzam się ~Tric] Aż żal przerywać to przepełnione magią starcie, ale cóż... Kiedyś trzeba. Kiedyś trzeba wyłonić zwycięzcę.

 

To z całą pewnością będzie bardzo trudny wybór. KochamChemie, czy Zegarmistrz? Kto był lepszy? Kto przejdzie do rundy trzeciej? Czekamy na Wasze głosy.

Edited by Tric

Share this post


Link to post
Share on other sites

Godni siebie przeciwnicy - obaj pomysłowi, obaj nie dawali pardonu, ani go nie oczekiwali. Chciałoby się widzieć więcej takich pojedynków.

 

Mój głos idzie na Zegarmistrza, który wydawał się być tę ociupinkę lepszy, chociaż najchętniej przyznałbym po punkcie obu uczestnikom.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ten pojedynek był wyjątkowy. W  każdym calu. Najdłuższy, najbardziej pomysłowy, jego uczestnicy walczyli do końca wykazując się wolą walki i niegasnącą mocą. Wyniki ogłaszam z bólem serca, gdyż zarówno Zegarmistrzowi jak i Chemikowi należy się zwycięstwo. Ale cóż, zwycięzca może być tylko jeden i tylko jeden z nich może przejść do trzeciej rundy... Zobaczmy zatem jak rozłożyły się głosy...

 

KochamChemie - 17

Zegarmistrz - 18

 

Niesamowite. W żadnym pojedynku turniejowym nie mieliśmy tylu głosów! Świadczy to tylko o wielkiej popularności tego starcia, które wygrywa Zagarmistrz mając na swym koncie jeden głos przewagi. Gratulujemy!

 

Panowie, to było coś. Wasz pojedynek był chyba najdramatyczniejszy - aż do końca nie można było przewidzieć kto wygra. No i ten jeden głos przewagi... Niesamowity pojedynek! Oby pojedynki trzeciej rundy dostarczyły nam podobnych emocji!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...