Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

Arena XXVIII - NimfadoraEnigma vs Hilianus [zakończony]

Recommended Posts

Kolejne starcie przed nami! Oby było równie imponujące, co dotychczasowe wyczyny śmiałków, którzy się na niej znaleźli. A są nimi... NimfadoraEnigma oraz Hilianus!

 

 

magic_show_down_by_karzahnii-d5mtnm3.png

 

 

Wiedzcie, że arena na której się znaleźliście została stworzona z czystej energii magicznej. Może się Wam wydawać, że możecie przenikać przez jej powłoki, ale zapewniam, że są one równie twarde i wytrzymałe do tradycyjne, grube mury. Arena w pewnym sensie jest bardzo podatna na Waszą magię. Możecie nią częściowo "sterować", a powłoki układać w różne kształty. Teraz arena jest okrągła, przypomina bańkę, ale wystarczy odpowiednia inkantacja, by stała się kwadratowym pudłem, czy też walcem. Poczujcie, jak arena reaguje na Waszą energię, na Wasze myśli.

 

Pojedynek już się rozpoczął. Zbierzcie w sobie całą Waszą energię i wywalczcie sobie awans do półfinałów! Powodzenia!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Siedziałem przy niewielkim stole w wynajęty pokoju miejscowego hotelu, zajadając się naleśnikami z miodem kupionymi w restauracji obok. Trzeba tym kolorowym osiołkom przyznać, że w kwestiach kulinarnych znają się na rzeczy. Przed sobą miałem krótką, acz ozdobnie napisaną notkę, informującą o miejscu następnego pojedynku i mianie następnego oponenta. A właściwie oponentki, Nimfadory. Jak widać awantura jaką zrobiłem w administracji po spóźnieniu się na ostatnie starcie przyniosła skutek…

 

Ugryzłem właśnie czwartego już naleśnika, gdy ktoś bezceremonialnie otworzył drzwi i wparował do mojej kwatery. Zamarłem z pełnymi ustami, wlepiając wytrzeszczone oczy w intruza. Tylko siedem osób w multiwersum - oczywiście poza mną - mogło od tak zignorować pułapkę i wejść do tego pokoju. I właśnie się pojawiła się ta, którą najmniej chciałbym teraz spotkać...

 

- Nie masz mi czegoś do powiedzenia, Ziguerro? - spytał Paladyn, krzyżując ręce na piersi. W tym przytulnym pokoiku, stojąc na dywanie w kwiatki i niemalże zawadzając skrzydlatym hełmem o kryształowy żyrandol, wyglądał ze swoją lśniącą zbroją i biała peleryną jeszcze bardziej nie na miejscu niż w domu.

 

Starannie i niespiesznie przeżułem kęs dalej zalegający mi w ustach, wcale nie śpiesząc się odpowiadać. W końcu przełknąłem, otarłem usta chustką i dopiero wówczas odparłem marszczącemu brwi Hilianusowi - temu prawdziwemu, nie temu Ziemianinowi kopiującemu nieudolnie każdą rzecz, jaką o nas słyszy.

 

- Przecież na ostatnim zebraniu mówiłeś, że mamy wyrobić sobie reputację. Uznałem że wygranie turnieju i zdobycie tytułu będzie temu służyć.

 

- A nie wykoncypowałeś po drodze tutaj, że mamy ważniejsze sprawy na barkach, które przysporzą nam nie mniej chwały? - wycedził ledwo nad sobą panując. Aż dziwne, że w ogóle pozwolił mi się wcześniej wypowiedzieć - Pomijając już twoje oświadczenie, że skaczesz do Gildii Lodomówców na kurs u mistrza Fjolsnira, twoja obecność tutaj jest też obrazą dla naszych…

 

- ŁANY, AŁE FO ‘EST PYFFNE! - wykrzyknął nagle głos tuż za mną, sprawiając że poderwałem się z krzesła z przestrachu. Okazało się, że to Zarti, który wykorzystując moje skupienie na Paladynie podebrał mi naleśnik sprzed nosa i właśnie rozkoszował się nim z wydętym policzkiem.

- Fkomd go maff? - zapytał już ciszej, ignorując moją zaciśniętą szczękę i poirytowane wstchnienie Hilianusa, choć byłem pewien że zauważył i to i to.

 

- Z “Jabłkowych Cudów” naprzeciwko tego lokalu - warknąłem wyrywając mu z ręki resztki placka - kup sobie własne!

 

- Okej! - potaknął ochoczo i zniknął z cichym świstem. Odwróciłem się do Paladyna. Nancy wyszła ze swojej kryształowej kuli, służącej jej od pewnego czasu za dom, i zawisła nad moim lewym ramieniem. Zapewne wyczuła moje narastajace emocje i postanowiła sprawdzić, czy nie potrzebuję pomocy.

 

O ile nic nie spartolę w przekonywaniu tego blaszaka, to nie…

- Hil, słuchaj, wiem że jesteś przeciwny takim rozwiązaniom - zacząłem łagodnie - Ale sam przecież wiesz, że o ile ty reputację czerpiesz z naszych sukcesów ogółem, ja zadaję się głownie z magami. I niezależnie od tego co o tym myślisz, wygranie choćby jakiegoś niszowego turnieju to rzecz może nie niezbędna, ale poświecenie trofeum przydaje się na niektórych snobów. Poza tym…

 

Jeszcze przez dobrych kilka minut tłumaczyłem nieukontentowanemu Paladynowi moje racje, starając się aby brzmiały jak najlogiczniej. Powiedziałem na przykład o zamiarze przekazaniu nagrody na wyznaczony przez niego cel, poduczeniu się w przerwach między rudami od innych uczestników, i tak dalej i tak dalej. W pewnym momencie pojawił się Zarti, siadając na oparciu kanapy i wcinając jakieś babeczki.

 

W końcu Hilianus uniósł dłoń i skinął głową.

- Dobrze zatem, niech będzie po twojemu. Jest tylko jeden szkopuł - wzniósł w górę palec - Skoro, jak rzeczesz, tak wiele jest korzyści z wygranej, stawiam ci warunek. Masz wygrać i przynieść nagrodę do Cytadeli. Jeśli zaś przegrasz, dostaniesz restrykcje takie, jakie dałem ci za incydent w Raspberry Village.

 

- CO?! - wrzasnąłem, przpominając sobie nagle ze wszystkimi szczegółami karę Hilianusa - Ty chyba żartujesz! To było zupełnie co innego, wtedy przecież byłem…- urwałem nagle, widząc jego złośliwy uśmiech i odwróciłem się do Zartiego - Pokazałeś mu To - bardziej oznajmiłem niż zapytałem. Ten tylko dalej oglądał obraz przedstawiający jakiegoś kuca, zapewne ważnego dla tutejszej historii, nie zaszczycając mnie choćby spojrzeniem.

 

- Zdradził cię słoik po miodzie - odparł Paladyn bez cienia emocji.

 

Stałem chwilę przygryzając wargę. Może pakowanie się w ten turniej nie było aż tak dobrym pomysłem? To co wyprawiali niektórzy przeciwnicy mocno wykraczało poza umiejętności, jakie myślałem że będą posiadać uczestnicy turnieju urządzanego w Equestrii… Skąd w ogóle takie indywidua w świecie mówiących kolorowych kucyków?! Z resztą, nieistotne. Jeśli mam być górą… Wróć, jeśli mam uniknąć restrykcji od Hila, to będę musiał wspiąć się na same wyżyny swych umiejętności…

 

I nagle w moim szczwanym umyśle pojawiło się rozwiązanie. Przeszło pomyślnie szybki proces twórczej krytyki i wykiełkowało na moich ustach szerokim uśmiechem.

 

- Hilianusie…- zacząłem słodkim głosem, przywołując Nancy do dłoni i gładząc ją po cieniutkiej warstwie ozonu - Skoro akceptujesz, że wygrana leżeć będzie w interesie nas wszystkich… - z niemalże lubieżną przyjemnością obserwowałem jak mina mu rzednie, a Zarti odwraca głowę znad odskrobwania farby z drzwi szafy, nagle zainteresowany - To co powiedziałbyś na...

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Teleportowałem się na wyznaczoną arenę zaraz po tym jak wybrzmiały słowa konferansjera, a animator wciskający słuchawkę jak najgłębiej w swoje końskie ucho skinął mi z przyzwoleniem. A może lepiej byłoby powiedzieć… Nie, “mnie” oraz “mi” i tak w pełni oddają istotę sytuacji…

Tak czy inaczej znajdowałem się teraz na powierzchni stworzonej z czystej mocy, wdychając powietrze przesycone aromatem jednego, ale niezwykle skomplikowanego i potężnego zaklęcia, jakie posłużyło do skoństruowania płaskiej platformy i okalającej jej z boków i z góry bańki. Przepiękna robota.

 

Gotowy?

Jak nigdy!

I było to prawdą. Po dwóch już stoczonych pojedynkach, przeciwko oponentce którą zdążyłem wcześniej nieco poznać, z błogosławieństwem Paladyna, z otwartymi kanałami dostępu i naładowany mocą dzięki tym razem przedpojedynkowej sesji energetyzującej - nie mogłem być bardziej gotowy. Nie pominąłem też w “enerdżajzingu” swojego rzeźbionego kostura z rubinem czy mojej Nancy, która pląsała radośnie wokół mnie po okręgach, zostawiając za sobą świetlisty ślad. Niczym miniaturowy meteor mieniący się wszystkimi kolorami tęczy. Mój uroczy meteorek.

Blah!

Milcz.

W przerwach miedzy rundami udało mi się ją mocno usprawnić Teraz bary z PR-em…

Wracając jednak do opisu wyglądu - Wciąż miałem na sobie dziej przypominała już skompresowaną do formy małej kulki pełnoprawną, silną istotę magiczną niż przechwycony, zpersonifikowany konstrukt energetyczny, z którego się wywodziła. Ciekawe, czy w końcu przyda mi się na coś w tym pojedynku.

 

Wyglądałem nieco inaczej niż podczas wcześniejszych pojedynków. Wiedząc że na tej arenie raczej trudno byłoby o surowe żywioły, celowo zostawiłem swoją poprzednią, wzorzystą i kolorową szatę w hotelu, zamieniając ją na połatany płaszcz podróżny o bardziej wszechstronnych właściwościach. Oraz z większą ilością ponadprzestrzennych kieszeni i zakamarków. Miałem też na sobie wysokie, zgodnie z konwencją zakurzone i przybłocone buty podróżne, a na moim czole znajdowały się znoszone, magiczne gogle ochronne Zartiego, mające o wiele więcej niż 101 zastosowań. Raz otwierał nimi buteleki z piwem, a innym razem potrafiły nawet ocalić mu wzroku gdy wyławiał zębami jabłka z balii z kwasem...

 

Ej! - wtrącił się głos w mojej głowie - Byłem pod wpływem, to raz. Dwa - skąd miałem wiedzieć że jabłka są z mazniętej czerwoną emalią platyny?! Trzy…

No już, dobra, nie gorączkuj się tak! Po prostu robię ekspozycję.

To chociaż nie rób w niej ze mnie debila. I tak już mam wystarczające problemy z PR'em.

 

Jako że i tak nie miałem nic do roboty zanim nie pojawi się moja przeciwniczka, postanowiłem przetstować arenę i na wszelki wypadek zabezpieczyć się paroma konstruktami. Najpierw arena… Zamknąłem oczy i wsiąkłem umysłem w strukturę zaklęcia areny. Widziałem ją jako wielką plątaninę warunków i reakcji jakie one wywołają, zastrzeżeń i przyzwoleń, zasad, załączników i uogólnionych da mojego wzroku połączeń pomiędzy tym wszystkim. Na szczęście, nie byłem z tym sam…

 

Dosyć szybko ogarnąłem jak to wszystko się łączy w kupę i jak na to wpływać. Co ważne, dowiedziałem się czego należy pod żadnym pozorem nie robić, a co, choć potężne, robić można. Przyda mi się to później. Dla wprawy zmieniłem kształt areny na stożkowaty, potem na piramidalny, a potem znowu na bańkowaty. Dość proste w procesie i nie wymaga energii praktycznie wcale, ale trzeba wiedzieć jak chwycić, aby wywrzeć wpływ. Ktoś, kto mniej czasu spędził na tkaniu własnych zaklęć i manipulacjach w surowym astralu, a więcej na uczeniu się gotowych inkantacji i gestów, może mieć z tym na początku niezły problem…I chyba o to chodziło twórcom. Na docenieniu ludzi twórczych, a utrudnieniu życiu wyłącznie odtwórczym. Nic dziwnego, że użyli tego miejsca dopiero w ćwierćfinałach…

 

W ramach przygotowania na Nimfadorę wplótł między pajęczynę czaru kilka własnych warunków oraz efektów jakie będą powodować, nie naruszając w miarę możliwości poprzednich struktur. Jeśli tylko wystarczająco trafnie wszystko ująłem, arena sama zajmie się oponentką, bez najmniejszego mojego udziału. Co jeszcze lepsze, zaplątałem to wszytko w taki sposób, że trzeba by istnego Hakera Trzynastej Pieśni aby wykryć i odwołać moją ingerencję. W końcu robiliśmy to we dwóch - jeden robił, drugi sprawdzał…

 

W końcu otworzyłem oczy, z uśmiechem napotykając Nancy unoszącą się przed moją twarzą. musnąłem ją opuszkami palców i poszedłem na drobny spacer wokół areny, dyskutując nad możliwymi atakami zaczepnymi. Jedynymi dżwiękami jakie mi towarzyszyły to szelest ubrania, stuk outego końca kostura o podłoże i dziwne echo, jakie rozchodziło się wewnątrz bańki od tego ostatniego.

 

Znałem Nimfadorę jeszcze sprzed samego turnieju. Pomogłem jej mianowicie poradzić sobie z pewnymi… Nieporozumieniami, jakie wynikły między nią a władzami jej kraju. Widziałem też relacje z jej pierwszego pojedynku (tego, w którym to jej przeciwinik jednak się pojawił). Wiedziałem więc czego się mniej więcej po niej spodziewać. Na pewno nie będzie tracić czasu na nie wiadomo jak długie monologi ani energii na efektowne wejścia czy zbędne efekty wizualne. Z nią walczy się szybko i do rzeczy. Chyba że ma kaca, ale o tym kiedy indziej…

 

Miło byłoby ustawić jakiś konstrukt w postaci, bo ja wiem… Zamku lub chociażby ukrytych steli z runami wzmacniającymi moją magię lub szkodzącymi oponentce. Problem w tym, że tutaj WSZYSTKO widać. Cokolwiek powołasz do istnienia, widać to jak na dłoni, tym bardziej że powłoka i sama przestrzeń areny reagowała nawet na myśli, nie mówiąc już o wibracjach jakie by poszły od zrobienia nawet czegoś niewidzialnego czy pseudo-niewykrywalnego. W związku z tym wystarczy mieć choćby lekkie wyczucie wibracji astralu lub często się rozglądać, a ruchy przeciwnika nie będą miały dla nikogo tajemnic.

 

Chyba, że o to ma chodzić, a ruchy te będą niezozumiałe…

Co proponujesz, Podróżniku?

 

Po kilku krokach przedstawił mi już całą koncepcję, na którą uśmiechnąłem się i przytaknąłem. Zaraz też przystąpiliśmy do roboty. On babrał się przenikalnością wymiarów i ucieraniem ścieżek dostępu do “miejsc” docelowych. Ja zaś wyciągnąłem pierwszą lepszą rzecz z losowej kieszeni pożyczonego płaszcza. Padło na pianki, takie do pieczenia nad ogniskiem.

 

Wzruszyłem ramionami i zbliżyłem je do ust, szepcąc do nich wymyślane z marszu zaklęcia. Bo najlepsze są właśnie takie czary - nieplanowane, nieprzemyślane i wręcz dzikie w swej nieprzewidywalności. Dynamiczne i opierające się na czystej mocy inwencji. I to nie tylko dlatego, że przeciwnik nie wie czego się dokładnie spodziewać, przez co traci czas i/lub energię. Dla mnie taka właśnie magia ma urok[stary, fatalnie dobierasz słowa…]. Ten pociągający, pobudzający mnie gdzieś pod sercem ognik, który sprawił że jestem teraz tu, gdzie jestem. Magia, która nie wymaga tachania ze sobą hektolitrów mikstur, ton sprzętu bojowego upchanego w nadprzestrzennych plecakach, stosów kryształów z gotowymi zaklęciami wybrzuszających kieszenie czy opasłych ksiąg pełnych zaklęć stworzonych przez znudzonych życiem starych pryków z kompleksami niższości wywołanymi garbatym nosem. Magia, do której potrzebujesz jedynie źródła mocy, wyobraźni i czegoś do zaczarowania. Magia, przy której nie jesteś przytłoczony umowami, paktami i klątwami, lecz jedynie właściwą dla każdego szanującej się istoty rozumnej odpowiedzialnością za własne czyny. Magia, która…

 

Nie zagalopowałeś się?

A, tak, pianki. Nie martw się, to tylko na potrzeby ekspozycji. Podczas samej walki nie walę takimi filozofiami.

Jasne. Ale zastanawianie się nad istotą wszechrzeczy nie przeszkadza ci gdy przycinasz bokobrody?

Nie. Już tobie prędzej przeszkadza namyślanie się nad tym z ilu światów pochodzi gówno, którym właśnie srasz.

 

… I tym oto sposobem, celną i trafną uwagą pozbywszy się docinków Zartiego mogę w końcu powiedzieć co zrobiłem z tymi cholernymi piankami. Otóż było ich sześć. Do każdej po kolei streszczałem jej zadania, pracując jednak głównie umysłem, a słowa mając tylko za przekaźnik. Ziemianom pasował będzie tutaj termin “rozkaz.rar”. Gdy skończyłem, rzuciłem je wszystkie w powietrze, celując mniej więcej na środek areny.

 

Dwie z nich, gdy spadły, urosły, rozwarły klejące się paszcze uzębione twardym jak szmaragd, wzmocnionym cukrem, rozstawiły cienkie nogi i stanęły jako dwa mierzące półtora metra w kłębie ogary. Powarkując z cicha i błyskając wokoło ślepiami zaczęły syntezować w bebechach kwas do obrzygania nim Nimfadory. Dwa następne także urosły, ale stworzyły w ten sposób idealny obrazek sielankowego obłoczka, jakich pełno było tu w Equestrii. Na razie miał tam tylko wisieć i podejrzanie wyglądać. Piąty wydłużył się i stwardniał, tworząc wąski, marmurowy piedestał, który wylądował idealnie pionowo na powierzchni areny. Ostatni zaś zwolnił i zawisł nad piedestałem, czekając.

 

A czekał aż posiłkując się wskazówkami Zartiego powyjmuję z płaszcza spodeczek i filiżankę (niestety z różnych zestawów) oraz dzbanek pełen parującej, pierwszej jakości gorącej czekolady Hilianusa (sam widziałem jak ten drań podwędził mu go wczoraj w jakiejś restauracji, po czym ledwo powstrzymał Hila od pobicia goblina mającego niebezpiecznie podobny dzban na własnym stoliku). Następnie najzwyczajniej w świecie nalałem gęstego napoju do naczynia i odesłałem je dosyć powolną telekinezą (aby nie rozlać) na piedestał, sterując za pomocą oszczędnych ruchów kostura. Dopiero wtedy pozwoliłem ostatniej piance opaść, przyozdabiając kradziony rarytas z cichym “plum!”.

 

- Chciałabyś się napić, Nimfadoro? - zapytałem głośno, acz uprzejmie przeciwniczkę, która chwilę temu pojawiła się po drugiej stronie areny i obserwowała w milczeniu końcówkę mojego małego rytuału.

Edited by Hilianus

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wygląda na to, że kolejny pojedynek kończy się walkowerem, a mnie pozostaje jedynie ogłosić jego zwycięzcę. A jest nim Hilianus, czyli Skrzynek, Tekstościanowiec Nieposkromiony! To właśnie jego zobaczymy w półfinale!

 

Oby w następnym pojedynku znalazł się ktoś, kto przeciwstawi się jego mocy... Wszak już wystarczająco spokojna była ta runda, prawda?

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...