black_scroll

[PROLOG] Ciemna strona wojny - Black Coin (Sajback Aliquam Gray VFV)

Recommended Posts

Karta Postaci

Imię: Oryginalne imię nieznane. Zwykł nazywać się Black Coin, a w skrócie BK.

Rasa: Pegaz (ale nie może latać)

Profesja: Nie posiada, lecz zna się na skomplikowanych mechanizmach.

Cutie Mark: Koło zębate

Płeć: Ogier
Wiek: Nieznany, prawdopodobnie około 23 lat.

Wygląd:

 

tumblr_my7ojxlCjf1t8djt3o1_500.jpg

Historia: Urodziłem się w miasteczku zwanym Aspengria na granicy królestwa gryfów. Owa metropolia była zamieszkana przez kucyki, gryfy i zebry. Moi rodzice nie byli zbyt zamożni i mieścili się w małej podgrupie zwanej enssart, co oznaczało wyklęci. Wyklętym można było stać się na kilka sposobów. Jednym z nich było zabicie drugiej osoby, co skutkowało śmiercią lub wygnaniem, a w najlepszym przypadku zostanie właśnie enssart. Innym sposobem było poślubienie ensserta lub zostanie jego dzieckiem. Mój ojciec został, nim poprzez ślub z moją matką, a ja przez zostanie jej synem. Matka nigdy nie chciała wyjaśnić mi jak, nim została, lecz widziałem w jej oczach, że to z pewnością nie była jej wina. Okres mojego dzieciństwa nie był szczególnie radosnym okresem w moim życiu, o ile taki okres kiedykolwiek zaistniał. Bycie enssartem jest najgorszą egzystencją jaką można sobie wyobrazić w miasteczku. Ciągłe poniżanie, bójki i wytykanie kopytem przez wszystkich wokół. Mimo tych przeszkód udało mi się przetrwać okres dzieciństwa dzięki tak zwanemu cwaniactwu. Często kradłem i nabierałem inne kuce, co najczęściej skutkowało bójką, a raczej wyżywaniem się na mnie, bo w, tedy nie umiałem się jeszcze bronić. Mimo, że to było istne cierpienia, to wyhartowały mnie na silnego pegaza. Swój cutie mark zdobyłem w wieku około 10 lat. Jest, nim koło zębate, które. Zdobyłem go, gdy okazało się, że potrawie zajmować się skomplikowanymi mechanizmami. W miasteczku nie było za wiele szkół i musiałem sam zadbać o swoją edukację podglądając inne osoby przez okno lub wysłuchując wykładów podróżników. Starałem się żyć w miarę godnie i nie pokazywać się nikomu aż do 18 roku życia, kiedy poznałem moją miłość. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, lecz w tedy myślałem jeszcze że bycie z nią zmieni mnie w jeszcze gorszą osobę niż jestem teraz. Jak to możliwe? To bardzo proste, ponieważ ona była gryfem. Zgadza się, zakochałem się w gryfie. Mimo wszystko po pewnym czasie zrozumiałem że to uczucie jest silniejsze od moich wątpliwości i postanowiłem że będę z nią bez względu na to jak zareaguje na to społeczeństwo. Dla niektórych to wręcz niemożliwe i odrażające, lecz ja naprawdę ją kochałem. W tajemnicy wziąłem z nią ślub, jednak byłem pewny, że nie minie dużo czasu, zanim ktoś dowie się o naszym małżeństwie, a to z pewnością zmieni nas obu w wyrzutków. Szczęśliwie żyłem z nią 3 lata, aż pewnego dnia, kiedy wracałem do domu ujrzałem na horyzoncie dym. Leciałem z całych sił, by zobaczyć, co się stało, a to co ujrzałem zmroziło mi krew w żyłach. Nasz dom płoną żywym ogniem. Szybko i bez zastanowienia wleciałem do budynku w poszukiwaniu ukochanej. W końcu znalazłem ją leżącą na podłodze, nie ruszała się. Już chciałem jej pomóc, lecz, wtedy dom się zawalił. Obudziłem się rano, kiedy pierwsze promienia słońca obwieszczały dzień. Próbowałem się podnieść, ale czułem straszliwy ból w skrzydłach. Zostały one niemal całkowicie spalone, teraz są bezwładnie wpalone w moje plecy i niezdatne do lotu. Mojej ukochanej nigdzie nie było, najwyraźniej musiała zginąć. Nagle na ziemi zobaczyłem osmaloną monetę. Wziąłem ją poprzysięgając sobie, że już nigdy nikomu nie zaufam i nie obdarzę uczucie, ponieważ świat nie powinien dostać szansy po zrobieniu czegoś takiego. Na okolicznej belce zobaczyłem chustę z symbolem enssart. Tak, kuce lubiły nas oznaczać, a przy okazji mieć coś, by nas prześladować. W, tedy zdałem sobie sprawę, że to musieli być wrogowie enssart i dlatego spalili nasz dom. Zawiązałem chustę na twarzy i ruszyłem przed siebie. Przez następne kilka lat, bez skrupułów mordowałem tych, którzy szerzyli nienawiść. Nie ważne jest dla mnie, czy to kuc, gryf czy zebra, ważne jest czy żyje godnie, czy nie. Pewnego dnia skierowałem się w kierunku Canterlotu w obawia przed sygnałami, które oznaczały wojnę.

Wygląd: Średniej wielkości kuc, najczęściej odziany w czarny strój, zasłaniając swoje wpalone skrzydła. Jest maści ciemnobrunatnej, a jego tęczówka jest czerwona. Jego włosy są intensywnie czarne i dość krótkie. Ponadto na twarzy widnieje chusta z emblematem.

 

Charakter: Jest sceptycznie nastawiony do innych, a w szczególności do osób, którzy według jego mniemania nie postępująsprawiedliwie. Nie wkurza się łatwo, lecz, kiedy ktoś go zdenerwuje bywa bezlitosny. Darzy szacunkiem towarzyszy, lecz oddawna stara się nie zawierać nowych znajomości. Stara się mówić o sobie, jak najmniej, ponieważ jest bardzo tajemniczy.Prawie nigdy nie zdejmuje chusty robi to tylko podczas pójścia się umyć. Nie potrafi kochać, od, kiedy jego miłość zginęła.Stara się działać spokojnie i prawie nigdy nie jest impulsywny. Głównie stawia na precyzję, a nie na siłę.

Ekwipunek: Posiada czarną osmaloną monetę i ostrze głęboko schowane pod ubraniem. 

 

Cel: Od czasu zniszczenia jego życia, jego jedynym celem stała się ciągła tułaczka po świecie i mszczenie się na innych. Do centralnej części Equestrii wyruszył z nie chęci ukrywania się podczas gdy ktoś bezkarnie chce zająć czyjeś państwo.

 

bc.jpg

 

Westmarch, Equestria. Listopad 1251

 

Ogień, wszędzie ogień, a nigdzie nie widać wyjścia. Słyszysz wołanie, ktoś używa twojego imienia. Płacz. Próbujesz się dostać, przeciskasz się przez zniszczone rumowisko, ale docierasz za późno...

 

- Pobudka! - krzyknęła pani sierżant swoim miłym, choć zmęczonym głosem. - Wstajemy, mamy dziś dużo do roboty!

Razem z innymi wstałeś i wszedłeś na plac. Szybki apel i śniadanie w kantynie zamieniły się w codzienną robotę. Nikt nie chciał kogoś takiego jak ty, ani do lekkiej, ani do ciężkiej piechoty, wobec tego zostałeś przydzielony do zaopatrzenia. Pomimo "utraty" skrzydeł, dalej miałeś lekkie kości, a to czyniło z ciebie dobrego posłańca. Biegałeś więc po całym obozie, roznosząc meldunki, rozkazy, polecenia i inne takie rzeczy. Praca jak każda inna, a większość kucyków zdolna do walki zajęta była treningiem. Każdy żołnierz się liczy.Oczywiście, ty też byłeś zdolny do walki, ale nikt nie chciał tego zaakceptować. Dostałeś od pani sierżant rozkaz, który miałeś pilnie dostarczyć dowódczyni artylerii, jednak idąc przez obóz lekkozbrojnych dostrzegłeś niepokojącą sytuację.

- Hej, oddawaj, to mój owies! - krzyczał młody zebroid. Przy nim stało dwóch ziemskich ogierów, jeden brązowy z czarną grzywą trzymał miskę tamtego młodzieniaszka.

- Bo co mi zrobisz? Zebrom nie należy się owies, to nasza wojna. Możesz spieprzać stąd do Zebriki.

- Ale ja urodziłem się w Equestrii! - niepotrzebnie próbował się bronić młody zebroid. Drugi ogier, zielony z niebieską grzywą, walnął go w szczękę, aż usłyszałeś jak dzwonią jego zęby. Młody ogierek upadł na ziemię z łoskotem, stękając z bólu.

Edited by black_scroll

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Płomienie ogarnęły mnie zewsząd. Nigdzie jej nie widziałem, jedynie ogień, który trawił nasz dom. Nasze wspólne wspomnienia. Coraz gwałtowniej przedzierałem się przez kłęby dymu i odłamki spadające z walącego się budynku.
- Nadi! - Krzyknąłem próbując znaleźć moją ukochaną.
Nagle usłyszałem, że ktoś woła moje imię. Natychmiast skierowałem się w stronę głosu z każdą chwilą coraz bardziej cierpieć z powodu gorąca jakie oplatało moje ciało. Słyszę płacz, który dodaje mi jakby zastrzyk energii. Przedzieram się przez rumowisko z nadzieją, że nie przybyłem za późno, lecz moja nadzieja umiera z ujrzeniem najgorszego. "Pobudka"! Nagły krzyk wyrywa mnie ze snu. Chciałbym, by to był sen, lecz to coś gorszego. Przypomnienie o moim nędznym losie. Ujrzałem panią sierżant stojącą koło mnie. Jej głos był jak zawsze miły i opanowany, a zarazem zmęczony tak wczesną koniecznością pobudki. "Wstajemy, mamy dziś dużo do roboty!" Ogłosiła pani sierżant. Wstałem z resztą i udałem się na posiłek. Lecz Przyodziałem swój struj i chustę. Wielu dziwiło się dlaczego noszę coś takiego, lecz ignorowałem ich. To jest moje piętno i jestem na nie skazany... . Pierwsze dni w wojsku było niczym innym, niż przypomnieniem o mojej misji i okrutnej przeszłości. Nie chcieli mnie oczywiście ani w lekkiej ani w ciężkiej piechocie przez moje skrzydła. Uważali mnie za bezużytecznego, chociaż mimo braku skrzydeł nadal potrafiłem zaleźć za skórę wrogom. Podobne stwierdzenia mieli inni, którzy uznali mnie za niegroźnego, lecz prawda okazała się zupełnie inna. Do dziś widzę ich martwe oczy wpatrzone we mnie. Postanowili ostatecznie przydzielić mnie do zaopatrzenia. Codziennie latałe.... biegałem od namiotu do namiotu z meldunkami. Dobrze wiedzieli, że nadaję się do walki, lecz nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Starałem się nie zawierać bliższych znajomości z towarzyszami. Przynieś, dostarcz, odmelduj, trzy słowa, które świszczały mi każdego dnia. Aktualnie dostałem rozkaz, który trzeba było pilnie dostarczyć dowódczyni artylerii. Idąc przez obóz lekkozbrojnych wyjąłem monetę z kieszeni przypominając sobie sens tego co robię. Moneta była cała czarna z jednej strony, natomiast z drogiej wciąż pozostawały niewielkie srebrne rysy przypominające czym niegdyś była. Schowałem monetę, lecz w, tedy zauważyłem niepokojącą sytuację. Jakiś ogier zabrał młodemu zebroidowi owies, twierdząc, że się on mu nie należy. Najwyraźniej ogier po prostu uważał się za lepszego. Na nic były próby młodego na ochronę przed dwójką uzurpatorów Próbował jeszcze wyjaśnić, że on urodził się w Equestrii. Odpowiedzią drugiego z ogierów był potężny cios w szczękę młodego zebroida. Cios był tak potężny, że aż usłyszałem jak dzwonią jego zęby. Upadł na ziemię i stęknął z bólu. Wolnym krokiem podszedłem do ogierów.
- Zostawcie go. - Powiedziałem dość donośnym tonem próbując zwrócić ich uwagę na mnie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oba ogiery praktycznie natychmiast obróciły swoją głowę w twoją stronę. Początkowo na ich pyszczkach malowało się zdziwienie, lecz gdy ujrzeli, że jesteś sam, na ich ustach pojawił się złośliwy uśmiech. Miska poleciała na głowę zebroida, a obaj oprawcy zwrócili się w twoją stronę.

- Szukasz problemów, cudaku? No to właśnie je znalazłeś! - powiedział ten, który wyglądał na bystrzejszego, idąc do ciebie pewnym krokiem.

- Tak, masz przerąbane! - krzyknął drugi, po czym zaczął na ciebie szarżować. Rozpędzał się wolno, ale wiedziałeś, że jak już przyspieszy, mało co go zatrzyma. Jego ciosy będą powolne, lecz jeden kopniak będzie oznaczał dla ciebie koniec, pozbawi cię żeber i powietrza w płucach, co sprawi, że zostaniesz na ich łasce, bądź niełasce. Ten drugi, brązowy, trzymał się cały czas z tyłu, szczerząc zęby w twoją stronę. Widać on nie babrał sobie kopyt w bójkach, które mógł przegrać pozwalając swojemu silniejszemu i pewnie głupszemu kumplowi zająć się niechcianym delikwentem, w tym przypadku tobą. Ale nie znali cię, a na pewno nie doceniali.

Zielony był już na tyle blisko, że zobaczyłeś jego źrenice, zwężone skupione na tobie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moje zachowanie wyraźnie przykuło uwagę tych dwóch nieokrzesańców. Na początku na ich twarzach było widać zdziwienie, które chwilę później przemieniło się w złośliwy uśmiech. Zaraz potem miska z jedzeniem poleciała na głowę młodego ogiera. Mój gniew stawał się coraz większy, ale nie dałem tego po sobie poznać. jedyne co zrobiłem to zamknąłem oczy i zniżyłem głowę. Cudaku... słowo, które towarzyszyło mi niemal przez cały żywot z czasem stało się nieodrębną częścią codziennego dnia. Ci dwaj naprawdę proszą się o śmierć. jeden z nich nagle zaczął na mnie szarżować, natomiast drugi jedynie szczerzył się jakby miał z tego świetną zabawę. Zielony ogier był coraz bliżej mnie. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego moimi przepełnionymi złością czerwonymi oczami.
- Splamiona dusza... - powiedziałem krótko.
Mimo sporej siły z pewnością nie jest za bystrym i szybkim przeciwnikiem. Zapewne nie ma także żadnego planu, czy on się uważa za pociąg, który może bezkarnie mnie przejechać? Postanowiłem lekko go zaskoczyć. Najlepiej będzie, jeśli wykonam przewrót w przód i sprzedam mu podwójny kopniak w szczękę. A w razie czego, gdyby się zorientował, mogę jeszcze podciąć mu nogi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeden kopniak przewrotem nawet ci wyszedł, co spowodowało, że szczęka tamtego chrupnęła przy kontakcie z twoim kopytem, jednak uderzenie nie pozwoliło ci podciąć przeciwnika. Upadłeś na ziemię. a zielony zaczął hamować, lecz nie zdążył i wpadł na namiot, który gdyby nie był tak mocno przymocowany do ziemi, na pewno by się na niego zapadł. Nawet siły rozpędu nie potrafił dokładnie sobie wymierzyć... Tymczasem usłyszałeś kilka tupnięć zza pleców. To brązowy olał zebroida. I pobiegł o ciebie. Jemu też sprzedałeś kopniaka w szczękę, lecz uchylił się on i przednim kopytkiem trafił twój prawy bok. Zatoczyłeś się nieco od siły ciosu, ostatecznie upadając. Mimo wątlejszej budowy niż zielony jego ciosy dalej były mocne i tylko jakimś cudem nie miałeś złamanego żebra. Od drugiej strony podszedł do ciebie wściekły zielony.

- To co chciałeś nam powiedzieć, cudaku? - spytał brązowy, podczas gdy jego kolega splunął na twój pyszczek.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój kopniak ku mojemu zdziwieniu poskutkował. Aż dało się słyszeć łamanie się jego szczęki. Jednak nie udało mi się podciąć mu kopyt co skutkował tym że się przewróciłem, a przeciwnik nie zdołał wyhamować i trafił w namiot. Wygląda na to że on polega jedynie na sile i działa całkowicie bezmyślnie. Obrzydzają mnie takie kuce. Nagle usłyszałem kroki, kiedy się obróciłem zobaczyłem drugiego kuca który zostawił w spokoju zebroida. Dobrze, teraz ma szansę uciec. Muszę tylko teraz czymś ich zająć. Próbowałem temu drugiemu także sprzedać kopniaka, jednak się uchylił, a ja dostałem w żebro. Gdybym nie miał chusty, można by było zobaczyć jak się uśmiecham. Nie ma bólu który można by porównać do tego jaki czułem tego dnia, więc wszelkie ciosy są dla mnie jak łaskotki. Nie znaczy to że moje ciało nie odczuwa siły tych ciosów. Siła tego sprawiła że ostatecznie upadłem na ziemię. Brązowy spytał czy chciałem im coś powiedzieć, natomiast drugi podszedł do mnie i splunął na mój pyszczek, a raczej na chustę go zasłaniającą. Czy byłem wściekły? Nie. Puki to ja jestem obiektem drwin, jest ok, już się przyzwyczaiłem.

- Widzę że już zapomniałeś. Powiedziałem że macie go zostawić. - Skierowałem wzrok na tego który mnie opluł. - Jesteś naprawdę żałosnym osiłkiem. Zwykłą marionetką idiotyzmu. Założę się że nawet mnie nie trafisz.

Dlaczego to powiedziałem? Jeśli on faktycznie jest taki głupi na jakiego wygląda, to albo na mnie pobiegnie, albo uderzy, a za mną jest jego kumpel. Mimo wszystko mam lekkie kości, więc bez trudu podskoczę w górę na sporą odległość. Wtedy cios skieruje się na jego kompana i to on ucierpi. W razie czego, mogę się także uchylić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Młody zebroid ani myślał uciekać. Widziałeś go jak stoi, tam gdzie stał i gapi się z otwartym pyskiem na wasze starcie. Co za kretyn...

 

Cios nadszedł, podobnie jak twój unik. Tym razem byli celniejsi, gdyż kopytko zahaczyło o twoją nogę, wytrącając cię z równowagi. Poczułeś jak obijasz się o bok "mądrzejszego", usłyszałeś także jego stęk. Upadłeś obok, na twardą ziemię, nie robiąc sobie większej krzywdy. Kilka kopyt trzasnęło o ziemię w miejscu, gdzie chwilę temu była twoja głowa, jednak zręcznie unikałeś tego typów ciosu. Aż wreszcie, zostałeś złapany za lewe przednie kopytko, i dwa razy oberwałeś w pyszczek. Przed oczami stanęły ci gwiazdy, a świat nieco zawirował. Upadłeś na ziemię.

- Coś jeszcze, cwaniaczku?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zebroid stał, tam gdzie stał. Nie był najmądrzejszym przedstawicielem swojego gatunku. Patrzał się i już. Moja walka natomiast, niestety, nie szła najlepiej. Tym razem trafiali o wiele celniej. Skończyło się na tym że, prawie zmiażdżyli mi czaszkę. Kilka sekund później, dostałem jednak kopytem w twarz, co sprawiło że upadłem. Spytali mnie, co jeszcze? Źle, podchodzę do tej walki. Spokojnie odetchnąłem i z powrotem wstałem na kopyta. Postanowiłem że będę skupiać się na unikach. Odrzuciłem wszelkie emocje zewnętrzne. Będę ich spokojnie obserwować i unikać ich ciosów. Zero złości i pełna kontrola nad ciałem. Usiadłem na ziemi.

- To już raczej wszystko. Proszę, możecie mnie pobić lub zabić. Droga wolna. - Stwierdziłem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Co? - zdziwił się brązowy. - Nie! - złapał kopytko zielonego, które już zmierzało w stronę twojego pyszczka. Zmrużył oczy i wpatrzył się w ciebie podejrzliwym wzrokiem. - Kim ty jesteś koleś, co?

- On jest kurierem! - krzyknął młody zebroid. Momentalnie, brązowy zbladł, a zielony po spojrzeniu na swojego towarzysza minę też miał nietęgą.

- Jak to kurierem... - niedoszli oprawcy odsunęli się od ciebie o krok. - Wytłumacz się cherlaku!

Przypomniałeś sobie, że za bójki były srogie kary, a kaleczenie posłańca/kuriera/gościa od noszenia meldunków, były jeszcze surowsze, gdyż mogły sparaliżować działanie całej armii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zdziwienie oprawcy, było na miejscu. Jakiś ogier, nagle podczas walki siada na ziemi i hulaj dusza, rób z nim co chcesz. Ku mojemu zaskoczeniu, powstrzymał swojego towarzysza od ciosu. Zaczął patrzeć na mnie podejrzliwie. W końcu zapytał się kim jestem. Zebroid nagle krzyknął że jestem kurierem. Nie wiedziałem że... chociaż w sumie trudno mnie nie zauważyć. Dość konkretnie się wyróżniam z tłumu. Nagle brązowy zbladł, a zielony, także wyglądał na przestraszonego. Jak to kurierem? Normalnie. W tedy przypomniałem sobie, jakie kary są wymierzane dla tych którzy zaatakują kuriera. Uśmiechnąłem się szeroko, czego nie było widać przez chustę.

- Po prostu. Jestem kurierem i właśnie miałem dostarczyć ważny meldunek dowódcy artylerii. Chyba będę mu musiał wytłumaczyć powód mojego spóźnienia. Chociaż... . - Zacząłem się zastanawiać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Brązowy zrozumiał w lot swoje położenie. Zielony chyba nie do końca, bo patrzył to na Ciebie, to na swojego towarzysza próbując swym ciasnym umysłem ogarnąć sytuację.

- Ej, no nie bądź taki... nie wiedzieliśmy... - odparł niepewnie, postępując kolejny krok do tyłu. - Nie mów nic, zostawiliśmy nawet młodego w spokoju... - spojrzał niepewnie na zebroida, który podszedł do ciebie i stanął obok, pusząc się jak paw. - My się już zbierzemy i nikomu nie stanie się krzywda, prawda, Barrack? - spytał kumpla.

- Eee, tak, wszystko będzie spoko - rzucił niepewnie za swoim towarzyszem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ten mądrzejszy, od razu zrozumiał swoją sytuację. Teraz, jestem dla niego zagrożeniem i to ja trzymam karty. Ten głupszy, na początku nie rozumiał, lecz po chwili, chyba także ogarną sytuację. Mam taki nie być?! Nie wiedzieli?! Oni naprawdę mnie denerwują, a to zły pomysł. Mam nic nie robić, bo zostawili młodego?! Tak, zostawili go, ponieważ skupili się na mnie! Zebroid od razu, dumnie stanął obok mnie. Wie, że teraz nic mu nie zrobią... . Niby się stąd usuną i już?! Muszą zapłacić! I to srogo! Chociaż... , nie jestem przecież psychopatą. Tym razem odpuszczę, ale jeszcze kiedyś mi zapłacą! Zacząłem się lekko śmiać.

- Powinienem wydać was i z uśmiechem na ustach, patrzeć na wasze cierpienie... , ale ja nie czerpię z tego przyjemności. Dobrze, nie powiem nikomu, ale jeśli znowu was zobaczę, a tym bardziej w takiej sytuacji, nie będę się powstrzymywać. - Spojrzałem na zebroida wzrokiem "chodź" i skierowałem się w stronę miejsca dostarczenie meldunku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tak, oczywiście - skłonili się po czym czmychnęli czym prędzej.

- Rety, ale im dałeś popalić! - ucieszył się zebroid, idąc z tobą. - Pokazałeś im, chociaż nie wyglądasz na żołnierza. Słyszałem, że posłańcy są pegazami, bo tak szybciej dostarcza się meldunki, ale i tak zostają nimi tacy, który średnio radzą sobie z walką - przy tobie zebroid stał się wielkim gadułą.

- Tak w ogóle, to jestem Delta Belts, ale większość mówi na mnie Belty - trajkotał dalej. - W ogóle to dokąd idziemy, co? W ogóle, jak masz na imię? Jak się tu dostałeś? Bo ja uciekłem od rodziców i zaciągnąłem się do wojska - powiedział, cały dumny z siebie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaraz po moich słowach, oba ogiery uciekły. Coś nie wierzę że ich już nie spotkam. Zebroid nagle otworzył się przy mnie... aż za bardzo... . Ja im dałem popalić? Przecież nieźle mnie poobijali i prawie uśmiercili... . To że nie wyglądam na żołnierza, to sam wiem. Pegazy... szkoda że ja też nim jestem, chociaż moje skrzydła wrosły mi się w grzbiet. Nawet się przedstawił. No brawo. Za dużo słów na jeden ciąg zdań. Belty? Nie będę go tak nazywał. Delta bardziej mi pasuje. Za dużo pytań na raz. Uciekł od rodziców? Nie masz być z czego dumny... . Muszę chyba coś powiedzieć. Rzadko kiedy ktoś się mną tak interesuje.

- Odpowiadając na twoje pytania, idziemy na mój pogrzeb, a w najlepszy wypadku, wiązankę niemiłych słów, pod moją osobę. Imienia nie mam. Mów mi Black Coin, skróć to sobie jak chcesz. Dostałem się pieszo. Ucieczka od rodziców, to nie powód do dumy. Co do stwierdzenia o meldunkach, to faktycznie, jestem pegazem, a przynajmniej kiedyś nim byłem. Czy wiesz dlaczego ci pomogłem? - Spytałem przyspieszając kroku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Black Coin? Fajowe imię! - zebroid zachwycił się twoim imieniem. Twoje pytanie dotarło do niego z opóźnieniem. Trochę się zmieszał, lecz nagle jego pyszczek pojaśniał, gdy znalazł odpowiedź. - Dlatego, że złych takich jak oni zawsze spotyka kara, a ty pomagasz tym dobrym, prawda? Mama mi czytała kiedyś o takich bohaterach. Pewnie jak będzie bitwa to i tak pójdziesz i zabijesz mnóstwo gryfów!

Chyba w jego opinii, właśnie znalazł przyjaciela, a przynajmniej swoistego ochroniarza, który dałby mu możliwość bezkarnego odgrażania się silniejszym współtowarzyszom niedoli. Wasze kopytka zaniosły was pod namiot, do którego miałeś dostarczyć meldunek. Ten był dużo większy i staranniej wykonany, niż inne. Nie miałeś jeszcze okazji w nim być, ale wiedziałeś, że będzie prawdopodobnie tak samo snobistycznie urządzony, jak te, które już widziałeś. I najpewniej zamieszkiwał go jednorożec, gdyż to właśnie jednorożce, z jakiegoś powodu, były faworyzowane przy obdzielaniu wyższych stopni wojskowych.

- Łał, to tu masz zanieść rozkazy? - Delta wydawał się być zachwycony wyglądem zacnego płótna, które zakrywało wnętrze namiotu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Podoba mu się moje imię? Ja nie wiedzę w nim nic ekscytującego. Jest to jedynie smutne przypomnienie mojej przeszłości i tego jakim potworem się stałem. Po kilku chwilach zebroid odpowiedział na moje pytanie. Po części ma rację. Tych złych zawsze spotyka kara. Czy ja pomagam tym dobrym? Po prostu nie mogę patrzeć na niesprawiedliwość. Bardziej karzę złych. Bochaterach? Ja nie jestem bohaterem... . Nigdy się za takiego nie uważałem. Miły ten zebroid. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć takie osoby. Co do zabijania gryfów... . Najpewniej i tak mnie nie puszczą. W końcu dotarliśmy do namiotu. Był pięknie ozdobiony, z resztą jak wszystkie inne gdzie dostarczałem rozkazy. Najpewniej z jakimś jednorożcem. Oczywiście one zawsze były uważane za lepszych i inteligentniejszych. Delta widocznie zafascynował namiot. Dla mnie to nic nowego.

- Tak, to tutaj. Co do pytania dlaczego ci pomogłem. Powiem tak, i lepiej to zapamiętaj. Co z tego że wygramy tę wojnę, jeśli przegramy na niej samych siebie... . - Zaraz po tych słowach, wkroczyłem do namiotu. Nadszedł czas na opiernicz, ponieważ nie sądzę by byli zachwyceni moim spóźnieniem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wnętrze namiotu było eleganckie i pasowało do zewnętrznego wyglądu. Stało tu jedynie proste łóżko, stołek na którym usadowiony był zad klaczy oraz biurko, przy którym pracowała posiadaczka owego zada. Kiedy usłyszała twoje kroki, przestała pisać i obróciła się w twoją stronę. Była niewiele młodsza od ciebie, chociaż jej fioletowe oczy wskazywały, że była mądrzejsza od wielu podobnych sobie klaczek.

- Posłaniec, tak? Powienineś być tu... jakieś 10 minut temu! - powiedziała nieco nerwowo, spoglądając na zegarek. - To mogą być jakieś ważne wieści, a ty się przechadzasz po obozie! Co masz na swoje usprawiedliwienie?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak jak się spodziewałem, wewnętrzny wygląd nieustępował elegancją zewnętrznemu. Było tu kilka prostych mebli. Łóżko, biurko i stołek na któym aktualnie znajdował się zad klaczy. Była nieco młodsza ode mnie. Wydawała się mądrzejsza od sobie podobnych klaczek. Rozpoczął się przewidywany ochszan. Pora się jakoś wytłumaczyć.

- Proszę wybaczyć pani, lecz honor nie pozwala mi na dokładne opisanie zdarzeń, które doprowadziły do mego spóźnienia. Powiedzmy że musiałem pomóc przyjacielowi w potrzebie. Oczywiście jestem świadomy swojego przewinienia i spokojnie przyjmę na siebie ewentualną karę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz wstała i podeszła. Miała kontynuować swoją tyradę, gdy nagle zamilkła, a jej źrenice zwężyły się. Najpewniej dostrzegła Twoje obrażenia.

- Rety, ktoś cię napadł? Mamy dezerterów? Co się stało?

Podeszła bliżej. jej róg zaświecił na fioletowo, lewitując do ciebie kawałek bandaża. Prosta uroda, brak zapachu perfum, minimum zadbania o siebie - wyróżniała się nie tylko na tle klaczy, ale także spośród ogierów, piastujących podobne stanowisko do niej.

- Nie dostaniesz kary, nie ma dlaczego ci jej dawać, skoro ktoś cię pobił. Ale chyba rozkazów ci nie zabrali? - pytała nieco przyspieszonym tonem, oglądając siniaki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz nagle dostrzegła moje obrażenia. Podbiegła do mnie szybko z bandażem. Spytała czy ktoś mnie pobił. Wyglądała bardzo ciekawie. Minimum zadbania o siebie, prosta uroda, brak zapachu perfum. Z pewnością wyróżniała się od innych klaczy a nawet ogierów na podobnym stanowisku. Zaczęła szybko oglądać moje siniaki i zadawać przyspieszonym tonem, podstawowe pytania.

- Nie, nie zabrali mi rozkazów. Mam je tutaj. - Wyjąłem rzeczony dokument - Co się stało? Musiałem obronić przyjaciela i niestety skutkiem takowej próby jest mój obecny stan. To wszystko. Zdaję sobie sprawę że rozkazy są najważniejsze, ale coś po prostu nie pozwalało mi przejść obok tego obojętnie.

Share this post


Link to post
Share on other sites