Hoffman

Kresy [NZ] [Seria] [Slice of Life] [Violence] [Adventure] [Sad]

Recommended Posts

4 godziny temu, Hoffman napisał:

@Król Etirenus

Napisałem o tym troszeczkę powyżej ;) Generalnie, do wykonania mapy posłużyłem się narzędziem zwanym Inkarnate. Jest to darmowe narzędzie dostępne z poziomu przeglądarki. Link zapodałem wyżej, Inkarnate jest jeszcze w fazie rozwoju, według zamieszczonych informacji na stronie projektu, znajduje się w fazie beta. Oferuje pewną pulę obiektów, ale można zaimportować do 10 własnych, co uczyniłem. Po wyeksportowaniu mapy podziałałem trochę w Gimpie żeby dodać kilka rzeczy, zmienić balans kolorów, takie tam.

 

Tak pytam ponieważ jednym z założeń mojego projektu jest istnienie innego kontynentu (nie jest to Equestia*) tzw Terra Equus** tj Ziemia Koniowatych, gdzie żyją kucyki i specyficznej wyspy więc taki program by się przydał (moje obrazy to tylko rysunki), więc taki pogram może być pożyteczny przy projektowaniu tego kontynentu, o jakim wspomniałem.

 

*z tym terminem mam problem, bo nie wiem, czy odnosi się on tylko do planety, kontynentu, państwa, lub mieszanki tych wariantów, więc pomoc w tej kwestii wykazana jakby co;).

**nazwa zastrzeżona.

Edited by Król Etirenus

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witajcie!

 

Trzydziesty dzień grudnia kończącego się 2017 roku przynosi kolejne opowiadanie z serii, kontynuację "Spełnienia życzeń" oraz ostatnie opowiadanie wpisane w sagę rodziny Crusto. Jest to "Następny dzień po świętach" i opowiada... Cóż, właśnie o tym ;) Link znajdziecie w pierwszym poście, plik z osią czasową serii zostanie na dniach zaktualizowany.

 

Jeżeli chodzi o przyszłość serii, chciałbym zapowiedzieć kolejną sagę, która zabierze Was na południe, do tej części kontynentu, którą ukazuje zapodana mapa. Jednocześnie poznacie nową rodzinę oraz jej koneksje z rodziną Crusto oraz znaczenie pewnych tajemnic z przeszłości które już niebawem zostaną rozwiązane. Jednocześnie, pragnę zapowiedzieć nie tylko nowe lokacje, nowe postacie, ale także akcję, jej zwroty oraz śmiertelnie poważne konsekwencje tego co wydarzyło się w przyszłości. Mogę chyba powiedzieć, że znane postacie zastaną nową rzeczywistość :) To wszystko w nadchodzącym, nowym roku 2018!

 

Pozdrawiam!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeczytałam pierwsze opowiadanie z serii, czyli "O szyby deszcz dzwoni". Jako że Slice of Life uwielbiam, miałam co do niego spore oczekiwania, jednak absolutnie się nie zawiodłam.

Ten fanfik jest dokładnie taki, jaki każdy dobry SoL być powinien. Nie ma tu wiele akcji, dotyczy codziennych, "życiowych" tematów, ale mimo to zdecydowanie nie nudzi, wręcz trudno się od niego oderwać. Bardzo podoba mi się forma przeplatania się różnych zdarzeń i punktów widzenia, które wspólnie tworzą spójną i ciekawą całość.

Klimat jest w większości poważny, miejscami wręcz mroczny. Świetnie udało się oddać atmosferę ubogiej okolicy, braku perspektyw i poczucia bezsilności, choć nie brakuje też odpowiednio to równoważących, cieplejszych momentów. Do tagu [sad] zwykle podchodzę dość sceptycznie, ale w tym tekście na całe szczęście brak typowych dla tego tagu błędów. Smutek jest niewymuszony i naprawdę autentyczny.

Jedną z najmocniejszych stron tego opowiadania są zdecydowanie opisy. Rozbudowane, bogate, klimatyczne, plastyczne i, jak dla mnie, w idealnej ilości. Sama chciałabym takie pisać.

Bohaterowie... tu mam pewne zastrzeżenia. O ile Gleipnir, Gelgia czy oczywiście Henrietta to interesujące, świetnie wykreowane postacie, to z Fenrirem mam kłopot. Akcja toczy się głównie wokół niego, a mam wrażenie, że przy pozostałych wypada trochę bezbarwnie i przez to trudniej było mi się do niego przywiązać. Gdybym miała powiedzieć coś o każdym z bohaterów, o nim byłabym w stanie powiedzieć najmniej, czegoś mi zwyczajnie w nim brakuje. Odwrotnie mam z Albertem, który z kolei wydawał mi się momentami nieco przerysowany. Rozumiałam, że ukształtowało go takie a nie inne środowisko i co może jego zachowaniem powodować, ale czy aż do takiego stopnia? Henrietta w pewnym momencie myśli, że wciąż go kocha mimo wielu przywar, tylko że w tym fanfiku okazywał tylko te przywary. Zabrakło mi jakiejś sceny, w której pokazałby się z nieco lepszej strony. Ale może zmienię zdanie po przeczytaniu kolejnych opowiadań.

Wspomnę jeszcze tylko, że bardzo podoba mi się to powiązanie imion Gleipnir, Gelgia i Fenrir i ich symbolika, naprawdę ciekawy detal.

Co do strony technicznej - nie jest źle, choć mogłoby być lepiej. Brakowało trochę przecinków, bardzo często były też w dziwnych miejscach, w których ich zdecydowanie być nie powinno. Po wypowiedziach dialogowych raz były duże litery, raz małe, raz kropki, raz bez kropek, w każdym razie nie była zachowana ani poprawność, ani nawet konsekwencja. Nie odbierało to zbytnio przyjemności z lektury, ale jednak część z tego można by wyeliminować. Wszystko, co rzuciło mi się w oczy, starałam się pozaznaczać.

To by chyba było na tyle... na tę chwilę, bo gdy znajdę czas, z pewnością sięgnę po kolejne fanfiki z serii. Mam nadzieję, że będą co najmniej równie dobre, bo przedstawiony świat wydaje się mieć dużo potencjału.

Polecam i pozdrawiam!

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

*wdech*

I love the smell of fanfiction in the morning.


Uwaga, poniższa opinia nie zawiera spoilerów.


Kiedy z początku wziąłem się za czytanie "Kresów", myślałem, że będę miał do czynienia z typową obyczajówką, codziennymi perypetiami i tego typu klimatami. Tymczasem, po przeczytaniu wszystkich dotychczas opublikowanych tu opowiadań, mogę śmiało powiedzieć, że się myliłem. Cała seria w mojej opinii kategoryzuje się gdzieś pośród luźnych przygodówek (slice of life przygodowy?), gdzie jest miejsce zarówno na akcję i adrenalinę, jak i przystopowanie, żeby przyjrzeć się zwyczajnemu życiu bohaterów i dowiedzieć się, co robią poza przeżywaniem swoich epickich przygód. Mimo pozornie długich opowiadań, które składają się na "Kresy", całość czyta się szybko i przyjemnie, tekst wciąga czytelnika niczym bagno. Kończąc każde opowiadanie chciałoby się od razu sięgnąć po następne, mnie osobiście hamował przed tym brak wolnego czasu, ale ostatecznie wyszło mi to na dobre, gdyż mogłem sobie dawkować tę wspaniałą lekturę. Nie żałuję ani minuty, którą poświęciłem na czytanie.


Pierwszą rzeczą, która przykuwa uwagę, jest wspaniale wykreowany świat. Uniwersum "Kresów" jest naprawdę dokładne i niezwykle konsekwentne, tu nie ma miejsca na przypadki czy "widzimisię" autora. Każdy aspekt ma swoje solidne podłoże w tekście, więc radzę czytać uważnie i zwracać uwagę na szczegóły. Rozmach, z jakim Hoffman prowadzi tę serię, jest iście imponujący, a jakość na najwyższym poziomie - tu nie ma momentów słabszych i lepszych, tutaj dzielą się na dobre, świetne i znakomite. Ale czego innego można się spodziewać po pisarzu, który jako jedyny w historii forum potrafił zdominować Konkursy Literackie na tyle edycji? :rdblink: A wziąwszy pod uwagę, że mamy dopiero koniec pierwszej sagi, to śmiało można się spodziewać dalszego rozrostu uniwersum "Kresów".


Teraz to, co urzekło mnie najbardziej - bohaterowie! Jeśli ktoś kiedykolwiek miał problem z tworzeniem dobrych postaci do swoich fanfików, to "Kresy" będą znakomitą ściągawką, są pod tym względem bardziej niż imponujące. Serio, tak świetnie wykreowanych i tak "żywych" bohaterów ze świecą szukać. A najlepsze jest to, że nie mówię tu o pojedynczych przypadkach, ale o wszystkich pierwszo- i drugoplanowych postaciach, jakie występują w tej serii! Każdy bohater ma swój własny, indywidualny charakter, który jest rozwijany przez cały czas trwania sagi. Co więcej, wyraźnie widać tutaj jak różne wydarzenia wpływają na poszczególne postacie, co czyni je jeszcze bardziej wiarygodnymi, realistycznymi. Ponadto grono postaci jest naprawdę sympatyczne (naturalnie nie wszyscy, wszakże "ci źli", którym czytelnik będzie życzył skręcenia karku również występują!), myślę też, że każdy szybko znajdzie swojego "ulubieńca" (bądź ulubieńców). Aż się przypomina Besterowski duet Maks&Mid... Aha, chyba nie muszę dodawać takiej oczywistości jak to, że wykreowane postacie nie są w żaden sposób wyidealizowane i posiadają całkiem sporo wad? Ot kolejny plus dla realizmu. Krótko mówiąc: Hoffman mistrzem kreacji jest.

 

Następnym punktem jest to, czego ja osobiście nigdy nie umiałem dobrze robić, a mianowicie opisy. Kiedyś słyszałem bardzo fajne stwierdzenie, że ludzie dzielą się na zwolenników akcji oraz zwolenników opisów. Ja oczywiście należę do tej pierwszej grupy. Zawsze wydawało mi się, że nie wolno z opisami przesadzać, bo zbyt długie staną się jednocześnie nudne, choćby nie wiem jak dobre były. Tymczasem te w "Kresach" to czyste mistrzostwo świata. Tak obszerne, a jednocześnie tak przyjemne w odbiorze, świetnie działające na wyobraźnię czytelnika... I mówię to ja, czyli zadeklarowany zwolennik "akcji". :rainderp: Kolejny przykład geniuszu pisarskiego autora, naprawdę ciężko mi było wyjść z podziwu.

 

Fabuła... Dosyć ważna kwestia, może powinienem o niej wspomnieć wcześniej? :lunathink: Cóż, nie chcę spoilerować, żeby nie zabierać Wam przyjemności odkrywania jej samemu, więc ten akapit będzie krótki. Jak pisałem na początku, "Kresy" mają w sobie naprawdę sporo elementów przygodowych. Akcja potrafi wjechać z kopyta na pierwszy plan i wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń, każąc mu śledzić je z zapartym tchem. Zapewniam, że nudzić się nie będziecie. Oczywiście nie ma przegięcia w drugą stronę, autor doskonale wie kiedy należy przystopować i poprowadzić fabułę nieco spokojniej, jak i również potrafi zaskoczyć czytelnika. Jeśli dodacie do tego wspaniały klimat, który towarzyszy przez cały czas (naturalnie nie ciągle taki sam, a zmieniający się zależnie od sytuacji), to naprawdę nie pozostaje nic do czego można się przyczepić. Jeżeli chodzi o kwestie bezspoilerowe, to chyba wszystko... włączając spoilerowe, to na temat tej serii można by dyskutować godzinami i wciąż byłoby mało.

 

Podsumowując... "Kresy" są po prostu fe-no-me-nal-ne, ocena 11/10, miejsce w Top10 polskich fanfików murowane. Naprawdę, dawno nie dane mi było czytać tak znakomitych fanfików (a czytam sporo), wrażenia są wręcz niesamowite. Tym bardziej zdumiewa mnie fakt tak nikłego zainteresowania w tym wątku, żeby tyle perełek przemijało niezauważonych w tym dziale? Wziąwszy to pod uwagę, tym bardziej mi imponuje, że autor cały czas prowadzi swój projekt, ba! wciąż go rozszerza i wzbogaca o tyle dodatków, mimo tak nikłego feedbacku. Podziwiam, gratuluję i nie da się ukryć - zazdroszczę takich umiejętności. "Kresy" utwierdziły mnie w przekonaniu, że Hoffman jest bezapelacyjnie najlepszym pisarzem tego fandomu.:salut:

 

Nie mam w zwyczaju robić tego przy dziełach niezakończonych, ale tutaj jestem pewien... Głosuję na [Epic] dla całej serii, powody powyżej.

 

PS: Żaden komplement z mojej strony, występujący w powyższym komentarzu, nie był przesadzony.

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeczytałam kolejne dwa opowiadania, wypadałoby więc jakiś komentarz zostawić. W sumie cieszę się, że poczekałam z tym do skończenia tego drugiego, bo mam w ten sposób pełen obraz tego, co się z poszczególnymi bohaterami działo.

 

Pierwszy fanfik, "Poznając nowy świat", oparty jest na w sumie bardzo prostym motywie, w sumie można by powiedzieć, że zbyt wiele się tam nie dzieje, ale mimo tego opowiadanie ani trochę nie nudzi i się nie dłuży, chociaż prawie 60 stron to naprawdę spory kawał tekstu. Przedstawiona sytuacja jest taka... no, życiowa, czyli idealna na dobry Slice of Life.

Świetnie udało się przedstawić to przejście z jednego świata do drugiego, związane z tym wątpliwości i problemy. Na pewno bardzo pomogły w tym świetne opisy, czy to krajobrazu, czy to różniących się zwyczajów mieszkańców Equestrii i południa. Tak jak w pierwszym fanfiku są bardzo bogate i działające na wyobraźnię, napisane bardzo dobrym stylem, choć niepozbawione wad, ale o tym potem.

Główny bohater jest naprawdę dobrze wykreowany i wiarygodny. Chociaż to jeszcze dziecko, mocno przywiązane do rodziny, specyficznie patrzące na świat i nieco naiwne, to wyraźnie widać w nim też wpływ nieprzyjaznego, dość brutalnego środowiska. Co prawda chwilami zastanawiałam się, czy jak na swój wiek nie jest trochę za mądry i zbyt dojrzały... ale może lepiej nie będę udawać, że znam się na dzieciach.

Muszę też wspomnieć o Albercie, bo dostałam tu to, czego zabrakło mi w pierwszym opowiadaniu z serii. Wreszcie widać, że pod tymi wszystkimi wadami ma jakąś lepszą stronę, że faktycznie troszczy się o swoją rodzinę i chce dla niej jak najlepiej, ale zabiera się do tego w niewłaściwy sposób. I choć nadal zdecydowanie go nie lubię, to jednak jest to ciekawa i realistyczna postać i da się go przynajmniej częściowo zrozumieć.

Nowi bohaterowie z tego opowiadania jakoś nieszczególnie zapadli mi w pamięć, może poza tym współlokatorem Gleipnira. Miło, że pomimo widocznych uprzedzeń i pewnego dystansu przynajmniej jeden z rówieśników nie był do niego nastawiony całkiem negatywnie. Właśnie, jak już przy tym jestem: nie mówię, że ta sytuacja z dręczeniem nowego, w dodatku "obcego", była nierealistyczna i niepasująca do fabuły, ale odniosłam wrażenie, że było to takie trochę... kopanie leżącego? I że obyłoby się bez tego, tym bardziej że ten motyw jest wszędzie.

Nie pasowała mi jeszcze jedna rzecz: jak ta szkoła wyobrażała sobie, że dwunastolatek, który nigdy wcześniej nie chodził do szkoły, nadrobi cztery lata nauki w parę miesięcy? Zrozumiałabym, jakby to był rok czy dwa, ale to już wydawało mi się nieco naciągane. Mogli mu to jakoś bardziej rozłożyć w czasie. No i w sumie oczywiste było, że te testy mu za dobrze nie pójdą, zwłaszcza że nikt mu nawet nie pomógł w przygotowaniach... Ale to taki drobiazg.

 

Drugi fanfik, "Na głębokich wodach" bardzo się od pierwszego różni, choć ma pewne wspólne motywy, jak dorastanie i radzenie sobie w nowym środowisku. Klimat jest cięższy, miejscami wręcz mroczny, w pewnym momencie zrobiło się naprawdę poważnie, szczególnie pod koniec.

Na uwagę zasługują tu na pewno opisy walk, których w tym opowiadaniu jest sporo. Tak jak wszystkie opisy, są rozbudowane i szczegółowe, ale równocześnie nie brakuje w nich dynamiki.

Mogę też odwołać swój zarzut z poprzedniego komentarza, dotyczący Fenrira. Jego postać została tu rozbudowana i już nie wydaje mi się tak bezbarwny, daje się lubić. Momentami mnie nieco irytował, ale biorąc pod uwagę jego wiek, to jego zachowanie jest jak najbardziej naturalne.

Postacie drugoplanowe również są całkiem ciekawe i dobrze wykreowane. Tego trenera całkiem polubiłam, a Spicy... bardzo nie lubię, delikatnie mówiąc, strasznie mnie swoim sposobem bycia denerwowała. Ale nie uznaję tego za wadę, bo to przemyślana, wyrazista postać, i na pewno jej losy nie są mi obojętne.

W sumie to teraz zastanawiam się, w jakich czasach ma rozgrywać się akcja tych opowiadać, bo z jednej strony są tu latarnie i dość zaawansowana aparatura medyczna, a z drugiej strzelają do siebie z łuków. Nie wiem, może się nie znam, ale wydaje mi się, że broń palna jednak bardziej by tu pasowała.

 

Przejdę do kwestii, które dotyczą obydwu opowiadań. Jak już wspomniałam, opisy są bardzo dobre, jednak nie jestem pewna, czy zapomniałam o tym w poprzednim komentarzu wspomnieć, czy też w rozpoczęciu serii takiego problemu nie było, ale momentami są one trochę przekombinowane. Niektóre użyte określenia są zbyt wymyślne. Nie oszukujmy, większość ludzi nie ma pojęcia, jaki to kolor cynobrowy. Nie mówię, żeby ograniczać się tylko do podstawowych nazw kolorów i nie korzystać z rzadziej używanych wyrazów, ale trzeba uważać, żeby nie przesadzić. Zapadło mi jeszcze w pamięć określenie krwi jako "ważnego dla organizmu płynu" czy coś w tym rodzaju, co jak dla mnie brzmi nieco śmiesznie i zepsuło na moment klimat. I nie był to jedyny taki przypadek.

Starałam się zaznaczać błędy, których niestety trochę było. Zdarzały się literówki i dziwnie skonstruowane zdania, ale najwięcej było błędów interpunkcyjnych. Odniosłam wrażenie, że przecinki stawiane były bardziej na wyczucie niż według jakiś konkretnych zasad.

Szkoda, że seria nie ma korektora czy prereadera (a przynajmniej nie widzę nikogo takiego wymienionego w pierwszym poście), bo znaczną część tych błędów można by łatwo wyeliminować.

 

To chyba wszystko, jak na razie. Mimo drobnych wad, seria póki co trzyma wysoki poziom i bardzo ją polubiłam, więc na pewno będę kontynuować czytanie (i może w międzyczasie dojdę do wprawy w komentowaniu).

 

Pozdrawiam i życzę dużo weny do dalszego pisania.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miło mi ogłosić, że saga rodziny Ashfall właśnie wystartowała, z nowym opowiadaniem, dwuczęściowym, pod tytułem "Wiosna Ĉevalonii" :D Znajdziecie je w pierwszym poście, otwierającym niniejszy wątek ;) 

Natychmiast pragnę gorąco podziękować @Foleyowi, który podjął się prereadingu oraz drobnej korekty najnowszego opowiadania! Poza tym, choć to już któryś z kolei raz, dziękuję niezmiernie @karlik za poświęcony czas oraz rozprawienie się z przecinkami, dając mi dobry przykład jak ich używać ;)

Nie tylko im, ale i każdemu kto przeczytał, kto chociaż troszeczkę podzielił się wrażeniami, wszystkim Wam bardzo dziękuję, nie ma mowy aby w innym przypadku historia zabrnęła tak daleko. A mam nadzieję, że zabrnie jeszcze dalej! :)

 

Przechodząc do rzeczy, "Wiosna Ĉevalonii" jest to pierwszy poważny punkt zwrotny w całej fabule "Kresów". Druzgocąca prawda wreszcie wychodzi na jaw, kiedy to na horyzoncie pojawia się zupełnie nowy rozdział w historii Equestrii, który z całą pewnością na zawsze odmieni życie jej mieszkańców, nie wspominając już o szeroko rozumianym południu, w tym Zebryki, która lada moment ma ruszyć do walki o swoją niezależność. W tej trudnej rzeczywistości, na skraju przełomowych zmian, będą musiały odnaleźć się także znane już nam postacie, nie zabraknie również i całkowicie nowych, które poprowadzą znanych nam bohaterów i bohaterki... Albo też staną na ich drodze. A pewien skrzydlaty ogier znajdzie się w pułapce między przeszłością, a teraźniejszością...

 

Wspomnę też, że z tej okazji chciałem wypuścić kilka nowych dodatkowych materiałów, jednak te napotkały na opóźnienia. Niemniej ich przyszłość jest pewna, toteż wkrótce z całą pewnością coś się pojawi ;)

 

Pozdrawiam serdecznie!

Edited by Hoffman
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spoilerów brak, czytajcie śmiało.

 

A zatem doczekaliśmy się, w sumie to po nie aż tak długiej przerwie, rozpoczęcia kolejnej sagi "Kresów". Kiedy początkowo dowiedziałem się, że będzie się ona skupiać na innej rodzinie niż dotychczas, miałem lekkie obawy. Na szczęście zostały one szybko rozwiane, bowiem bohaterowie, których tak polubiłem, wcale nie opuszczają wirtualnych kart tej serii.

 

"Wiosna Cevalonii" jest opowiadaniem całkiem sporym jak na oneshota (pardon, to dwuczęściówka), ale Hoffman zdążył już do tego przyzwyczaić. Długość sprawia, że zamiast jedynie "liznąć" drugą sagę, otrzymujemy bardzo porządne i obszerne wprowadzenie. Jeśli chodzi o fabułę, nie będę nic zdradzał, ale powiem, że wyrażenia "tajemniczość" oraz "zwroty akcji" byłyby odpowiednie do jej opisania. Światotworzenie znajduje się na wybitnie wysokim poziomie, autor postarał się o doskonałe opisy wielu wydarzeń oraz lokacji. Co jednak według mnie jest najlepsze, to fakt, że wszystkie te opisy znakomicie ubogacają zarówno opowiadanie, jak i całą serię, w żadnym wypadku nie będąc przynudzającymi dłużyznami, które chciałoby się przeskoczyć wzrokiem. Świadczy to o naprawdę wysokich umiejętnościach piszącego, a dla czytelnika jest ucztą dla oczu. Drugą kwestią, wartą pochwały, są oczywiście kreacje bohaterów, czyli to, co Hoffman robi po mistrzowsku. Wszyscy są "żywi", konsekwentnie prowadzeni i doskonale pasują do całej serii. Ich losy można śledzić z prawdziwą przyjemnością.

 

Podsumowując, gorąco polecam zarówno "Wiosnę Cevalonii", jak i całą serię. Szczególnie dla ludzi lubiących przygodówki i starannie dopracowane światy. Miłośnicy SoLi również znajdą coś dla siebie, ponieważ Hoffman wie jak dawkować akcję i serwuje nam sporo przerywników, ubogacających fabułę, uniwersum i postacie. Przy okazji dodam, że spostrzegawczy czytelnik dostrzeże, iż sporo szczegółów pojawiających się w "Kresach", okazuje się mieć w późniejszych opowiadaniach większe znaczenie niż się wydawało...

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dobry wieczór państwu, z przyjemnością ogłaszam, że udostępniłem nowe opowiadanie, a właściwie, jego pierwszą część - "Za nieustającą walkę". Znajdziecie je w pierwszym poście. Wygląda na to, że te pierwsze historyjki z obecnej sagi wyjdą dłuższe, niż się spodziewałem. W każdym razie, znów, pragnę serdecznie podziękować za pomoc oraz wsparcie @Foleyowi, a także zaprosić do zerknięcia oraz podzielenia się opiniami ;)

 

Co do innych, jakoś związanych z tematem aktualności - grafiki są pozaczynane, nic nie jest dokończone, położyłem nieco większy priorytet na obrazki, które jakiś czas temu zobowiązałem się wykonać, ale idzie to całkiem nieźle, zatem w te wakacje równolegle powinien zacząć się ukazywać kontent graficzny związany z "Kresami", a może i czymkolwiek innym. No, w każdym razie, cokolwiek, co nie jest [requestem] :D

 

Pierwotne moje plany odnośnie pisania były bardzo optymistyczne, jednak przeliczyłem moje możliwości raz jeszcze i powiem tak: w tym roku będę celował w przebicie 800 stron, byłoby mega bogato gdyby udało się też wyruszyć do Zebryki. Będzie to ten moment, kiedy na natężeniu znacząco zyska akcja, przygoda oraz tajemnice - dobra motywacja dla mnie, by zacząć tworzyć mniej standardowe grafiki, może też zaplanować coś więcej i wybiec naprzód z fabułą. Zobaczymy jak daleko uda mi się zabrnąć z nowymi opowiadaniami zanim nadejdzie rok 2019 :) Jak zwykle, każda forma wsparcia od Was oraz feedback będą mieć dla mnie wielkie znaczenie i za to będę dozgonnie wdzięczny!

 

Pozdrawiam!

Edited by Hoffman
  • Upvote 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Kresy" rosną jak na drożdżach, Hoffman cały czas niestrudzenie posuwa historię do przodu... nie mogąc przy tym liczyć na komentarze czytelników, bo ich lenie nie zostawiają. :shock: Swoją drogą, to taki zabawny paradoks, że osoba, która na tym forum jest w ścisłej czołówce komentujących, jest też jednocześnie w ścisłej... końcówce tych, którzy komentarze otrzymują. :fswhat: A zapewniam, że opowiadania Hoffmana są takiej samej jakości, jak jego komentarze - czyli najwyższej z najwyższych.

 

Spoilerów poniżej brak, czytać śmiało.

 

Kolejny fanfic z serii, a raczej póki co jedynie jego pierwsza część, przenosi nas raz jeszcze do doskonale znanej już czytelnikom lokacji. To tutaj zamieszkuje póki co większość naszych głównych postaci, na nich też skupia się (głównie) ten trzydziestostronnicowy tekst. Ukazuje nam w doskonały sposób zmiany, które zachodzą w bohaterach. Ich charaktery, mimo iż zostały już porządnie ukształtowane, wciąż poddają się wpływowi coraz silniejszych wydarzeń, które mają miejsce. Jedne postacie radzą sobie z tym lepiej, inne gorzej, jeszcze inne chcą się wycofać, odciąć... chociaż czy jest to możliwe? :twilight8:

 

Oprócz spraw doczesnych, opowiadanie przedstawia nam bardzo ważny dla fabuły fakt, wprowadza i zapoznaje nas z pewną charakterystyczną grupą, która do tej pory nie odgrywała zbyt wielkiej roli, a która okazuje się mieć coraz większe znaczenie. Przy czym całą grupę poznamy głownie za sprawą jednej nowej bohaterki, o imieniu którego wciąż nie jestem w stanie zapamiętać:shrug:, a która to powinna pewnym czytelnikom z tego forum przypaść do gustu ze względu na swoją rasę. I tutaj warto zaznaczyć, że mimo iż jest to kolejna z wielu już wprowadzonych przez Hoffmana do "Kresów" postaci, to nie została w żadnym wypadku potraktowana po macoszemu. Bardzo solidny początek kreacji, za który wypada raz jeszcze pochwalić autora. Co jak co, ale doskonale skonstruowani i prowadzeni bohaterowie (i to wszyscy, wszyscy, a nie tylko najważniejsi!) to jeden z najbardziej charakterystycznych elementów całej tej serii. I jednocześnie jeden z najbardziej imponujących.

 

Jeśli chodzi o fabułę, to mamy w opowiadaniu do czynienia zarówno z wydarzeniami, które rozjaśnią nam wiele nieznanych dotąd faktów z przeszłości, mamy też sporo "teraźniejszości", no i wreszcie mamy też nieco ciut bardziej tajemniczych (czy też raczej nie do końca jasnych) momentów, dzięki którym możemy już snuć teorie co do przyszłości. Jedno jest pewne - wielkimi krokami zbliża się coś naprawdę poważnego. Hoffman z iście chirurgiczną precyzją dba o to, by cały czas utrzymywać czytelnika zainteresowanego, dzięki czemu śledzenie kolejnych akapitów jest czystą przyjemnością. Odkrywanie kolejnych zdarzeń uświadcza czytelnika w przekonaniu, że ma do czynienia z niezwykle przemyślaną i wielowątkową historią. A gdyby sama fabuła to było dla kogoś zbyt mało, to lekturę ubarwią nam również świetnej jakości opisy oraz barwne postacie.

 

Podsumowując: "Kresy" to póki co rewelacyjna historia, z dużą dozą przygód i świetnymi bohaterami. Kolejne opowiadanie z serii pokazuje, że całość wciąż rozwija się w jak najlepszym kierunku. Pozwolę sobie na użycie słownictwa Dolczego: "Kresy" to perełka!:enjoy:

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam ponownie! W ramach kolejnej aktualizacji udostępniam Wam drugą część opowiadania "Za nieustającą walkę" i od razu napomknę, że najprawdopodobniej otrzyma ono jeszcze swoją trzecią część, z uwagi na ilość wątków jaką chcę pokryć w ramach tego tytułu, a co gabarytowo znacznie przerosło moje pierwotne plany. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni zresztą ;) Pomimo różnych utrudnień oraz spraw wyższej wagi, development tej trzeciej części idzie nieźle, mam już plany i nowe pomysły na urozmaicenie nadchodzących kawałków tekstu. Oznacza to, że plany na ten rok, tj. dobicie do określonej ilości stron, a może nawet wyruszenie do Zebryki, nie są aż tak odległe od rzeczywistości.

 

W kwestii grafik na razie nic się nie zmieniło. Myślę, że niektóre rzeczy zostaną nieco odłożone w czasie, jako iż nie jestem w stanie należycie zająć się wszystkim naraz.

 

A powracając do najnowszego tekstu - tym razem wyjawiłem nieco historii rodziny Ashfallów, a także dalekiego południa. Jak się okazuje, Marebork to miejsce pełne nierówności oraz skrajności, o czym za bardzo kucyki nie mogą rozmawiać, ani otwarcie się wspierać. Władza trzyma je krótko. Aczkolwiek czy osądy kogoś, kto spędził tu stosunkowo niewiele czasu mogą być uznane za wiarygodne? Plus, ktoś z daleka bardzo tęskni, chociaż nie do końca jasne jest jak dotarła do bohatera pewna wiadomość...

 

Zapraszam do czytania, a także dzielenia się swoimi uwagami.

 

Pozdrawiam serdecznie!

  • Upvote 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miałem przyjemność nieco pomagać przy "Dzień, w którym Trixie powiedziała prawdę", dlatego musiałem (wreszcie), zabrać się za resztę twórczości Hoffmana.

 

Fanficków w tym temacie jest na tyle dużo, że postanowiłem poświecić każdemu osobną odpowiedź, tak, żeby nie pisać jakiś chorych recenzji/opinii na wiele stron. No to zaczynamy od ff "O szyby deszcz dzwoni".

 

Miasto Neighford to dystopia, zarządza twardym kopytem przez  niejakiego Alberta, herszta wcześniej wspomnianego miasta, chcącego za wszelką cenę utrzymać wszystko w ryzach. Tam życie nie jest lekkie. Nawet dla źrebiąt, co dopiero przyszły na świat.  Ff przedstawia Nam konflikty i zmagania bohaterów z podłą rzeczywistością, w kontraście do odległej i pięknej krainy Equestrii, o której marzą nasi mali bohaterowie. Skrajne ubóstwo, patologia są rozsiane niemalże wszędzie w mały światku kucyków, a sprawy z czasem tylko się komplikują... 

 

Opowiadanie nie zaczyna się od trzęsienia ziemi, a raczej od drobnego pęknięcia w tamie, która zaczyna przeciekać coraz bardziej i bardziej, aby wreszcie zalać wszystko akcją. Taki sposób rozpoczęcia skojarzył mi się z filmem Stalker, który oglądałem jakiś czas temu. Mamy tam do czynienia z długimi ujęciami lub wręcz nieruchomymi, obrazującymi obraz świata z powolnym rozkręcaniem się akcji. Zauważyłem jeszcze jedno podobieństwo. W filmie mija jakieś 12 - 15 minut, zanim usłyszymy pierwszy dialog. W "O szyby dzwoni deszcz", też musimy nieco poczekać, aż postacie się wypowiedzą. Pierwszy dialog pojawia się w połowie czwartej strony. A co mamy przed tym?

 

Jesteśmy wprowadzani w świat poprzez zwykłą ekspozycję. Sposób w jaki ona została Nam zaprezentowana skojarzyła mi się gawędziarzem, który opowiada historię przy ognisku. Jest to Nam ładnie podane. Ogólnie po przeczytaniu tego wstępu nie mamy już pytań co do świata zaprezentowanego. Orientujemy się w sytuacji. Ekspozycja na początku z jednej strony była dobra, a z drugiej niezbyt trafna, ponieważ Nasz gawędziarz miejscami za dużo gadał i zapędzał się w zbyt duże dygresje.

 

Mamy podane jak na tacy wiele faktów z przeszłości naszego Alberta, zanim jeszcze rozpoczęła się właściwa akcja. Być może miało to zbudować jakiś kontekst, ale naprawdę nie było to potrzebne akurat w tym miejscu. Mam na myśli to, że dawkowanie opisów i ekspozycji na samym początku zostało nieco zachwiane. Dostajemy informacje o postaciach, które Nas nie obchodzą, bo nie mają prawa Nas obchodzić na samym początku, gdyż nie wytworzyła się żadna więź. Opisy miasta były w porządku, wprowadzały nastrój, choć miejscami też były trochę przegadane. Budować świat można nie tylko poprzez takie opisy, ale zaczynając od właściwej akcji. Dajmy na to: Henrietta (która kojarzy mi się z tą z Wiedźmina xd) idzie przez miasto do świeżo upieczonych rodziców i obserwuję na własne oczy zgniliznę, jaka toczy jej miasteczko. Widzimy to poprzez jej perspektywę i dzięki temu jesteśmy bliżej tego świata. Jest Nam to wtedy pokazane, a nie opowiedziane, co lepiej moim zdaniem by się tu sprawdziło. 

 

Postacie zostały zaprezentowane w wiarygodny sposób. To jest mocny punkt tego ff. Współczujemy, złościmy się i cieszymy wraz z bohaterami. Budzą w Nas emocje. Trudno jest się z nimi utożsamić, ale to tylko dlatego, że żaden z Nas nie zaznał takiej biedy (mam nadzieje). W tym przypadku kibicujemy bohaterom lub życzymy im bolesnej śmierci. To działa. Rozumiem i znamy motywacje kucyków. Dobre motywacje. Tutaj została odwalona dobra robota. 

 

Dialogi oczywiście są wykonane bardzo dobrze. Każdy wypowiada się w swój charakterystyczny sposób. Wiemy automatycznie co, kto mówi, nawet bez podpowiedzi, bo rozpoznajemy "głos" bohatera. Poprowadzenie dialogów również jest solidne. Możemy "zobaczyć" w trakcie dialogu jak reagują postacie, jak zmienia się otoczenie. Świat się nie "pauzuje" tak jak w Fallout 3 podczas rozmowy, lecz wciąż żyję. Z tym w innych ff jest czasem problem. Ma się wrażenie, że postacie to tylko "gadające głowy", które wyrzucają swoje kwestie do próżni. Tutaj oczywiście tego nie ma. Jeszcze raz; są to bardzo dobrze napisane dialogi.

 

Stylistyka stawia tutaj wysoką poprzeczkę dla innych pisarzy, także dla mnie. Czyta się to lekko i przyjemnie. Przekładamy kartki w błyskawicznym tempie (no robilibyśmy to, gdyby to była wersja papierowa), bo ta lektura jest po prostu odprężająca momentami. Nie ma co opisywać. Zachęcam do przeczytania, to zobaczycie, co mam na myśli. 

 

O fabule nie będę się wiele wypowiadać. Nie jest ona oryginalna, nie jest to nic odkrywczego, ale również nie jest jakoś zbytnio szablonowa. To jednak jest taki "tyci" problem, bo traktuję tego Oneshota jako wstęp do większej całości, gdzie wszystko jeszcze bardziej się rozwinie. Historia jest poprowadzona dobrze, podręcznikowo, nie mam żadnych zastrzeżeń.

 

Nie mogę temu ff dać innej oceny, niż bardzo dobry. To solidna, rzemieślnicza robota. Warsztat Hoffmana jest dopracowany i bogaty. Polecam szczerze ten ff każdemu! No chyba, że ktoś jest wyjątkowo niecierpliwy i łaknie akcji, no to niestety w takim przypadku, czytelnik z takim charakterem może się nieco męczyć. 

 

Gratuluję temu tekstu, autorowi oczywiście też i cóż... mam nadzieje, że reszta będzie przynajmniej równie dobra.

 

Pozdrawiam!

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hej, dziękuję serdecznie za poświęcony na lekturę czas oraz komentarz ;)

 

Pierwsze opowiadanie z serii pochodzi jeszcze z czasów, kiedy koncepcja cyklu była dosyć młoda, a pomysły na nowe postacie, wątki oraz znacznie bardziej złożoną historię raczkowały. Od tamtej pory zmieniło się wiele, pojawiły się nowe pomysły i rozwiązania, obecnie jest to realizowane. Wierzę, że przez ten czas i długie planowanie fabuły, udało się doprowadzić do wyłonienia tych najlepszych pomysłów, chociaż sporo jeszcze muszę napisać. I pewnie niejedna rzecz się zmieni, bo nagle wpadnę na jeszcze coś innego. Zobaczymy. Jedno jest pewne - zawsze czekam na opinie, uwagi oraz krytykę :D

Kolejne opowiadania z serii są swoimi wzajemnymi sequelami, czerpią z siebie, nawiązują do siebie, ale ogólnie rzecz biorąc, to ma być przede wszystkim historia rodzinna, a by uniknąć pewnej monotonni, tagami zamierzam żonglować. Myślę, że z czasem stanie się to odczuwalne. Na przykład teraz "Kresy" mają stać się nieco bardziej przygodowe (w opozycji do dominującego [Slice of Life]), mają się pojawić intrygi, nowe miejsca, postacie, nowe zwroty akcji. W każdym razie - mam nadzieję, że kolejne opowiadania staną na wysokości zadania i z czasem doprowadzą Cię do tegoż punktu z możliwie jak najlepszymi wrażeniami po sobie.

 

Rzeczywiście, bardzo dużo uwagi poświęcam postaciom, relacjom między nimi, ale także zmieniającej się i oddziałującej na nie rzeczywistości. "Stalkera" nie oglądałem, nie jestem aż tak obeznany z uniwersum "Wiedźmina", zatem o Annie Henrietcie dowiedziałem się z jednego z ekranów ładowania się trzeciej części gry ;) Ale rzucę smaczkiem, że Henrietta z "Kresów", jej imię, to się wzięło ze "Świata według Ludwiczka". Tam babcia głównego bohatera nazywała się właśnie Henrietta Shermann. Moja postać otrzymała imię po niej.

 

Zdaję sobie sprawę, że niektóre opisy, ekspozycje oraz fragmenty mogą nieco nużyć, czy sztucznie spowalniać akcję, ale pracuję nad tym. Poważnie. No, te pierwsze opowiadania mają jeszcze te opisy dosyć obszerne (lubię takie opisy świata czy przemyśleń postaci, a kiedy to jest moja fabuła i świat, wkręcam się jeszcze bardziej), ale obecnie staram się opowiadać zwięźlej, również po to, by historia faktycznie nabrała dynamizmu sprzyjającemu przygodzie. Jak zwykle, pozostawię to do oceny czytelników, kiedy już kolejne opowiadania się ukażą.

 

Raz jeszcze dziękuję za poświęcony czas oraz tak pozytywną ocenę otwarcia cyklu, mam nadzieję, że ciąg dalszy spełni swoje zadanie :) W napięciu będę czekać na kolejne wrażenia i uwagi.

 

Pozdrawiam!

Share this post


Link to post
Share on other sites

1. Wstęp

 

Perspektywistycznie, zajęcie się tą serią zajęło mi za dużo czasu. Obiecałem sobie wcześniej, że wezmę się za nią z rok temu. Jak widać po dacie tego komentarza, niezbyt to wyszło. Sama idea takiej serii Slice of Life skupionej na losie jednej rodzinie w dosyć ciekawym okresie historycznym naprawdę mnie skusiła i narobiła smaka.

 

Póki co przeczytałem dwa opowiadania z serii - “O szyby deszcz dzwoni” oraz “Poznając nowy świat”. Generalnie była to przyjemna lektura i nie zostałem rozczarowany, pomimo że swoje oczekiwania miałem. Nie powiem jednak, że byłem w “pełni zadowolony” jeśli chodzi o to co przeczytałem. Zanim jednak do tego przejdziemy, pozwolę sobie zacząć do tego co w obydwu opowiadaniach, które póki co przeczytałem jest dobre.

 

2. Zalety

 

Jeśli chodzi o styl, muszę powiedzieć, że opowiadania czyta się bardzo dobrze. Jest on dosyć precyzyjny, czyta się przyjemnie. Niestety jako pisarz jedną z moich największych wad jest to, że nie potrafię wyczuć błędów w formie ani też nie widzę klasycznych błędów korektorskich. Nie czuję się więc wystarczająco kompetentny by ocenić akurat ten aspekt serii. Natomiast co mogę ocenić i co bardzo lubię oceniać jest to czy opowiadanie jest przejrzyste - rozstaw akapitów, poprawna czcionka, czy sekcje tekstu nie są za długie, czy zapis dialogowy nie budzi we mnie demona. W tym względzie Kresy naprawdę radzą sobie doskonale.

 

Co do zasady, wszystkie postacie jakie póki co się pojawiły były dosyć przekonujące. Nie mówię, że wszystkie były świetne, część była dosyć łatwa do zapomnienia. Ich motywacje są zrozumiałe, relacje między nimi sensowne, dialogi też napisane bardzo poprawnie. Skazą na tym wszystkich jest dokładnie jedna postać… ale nie uprzedzajmy póki co faktów.

 

Podobnie kwestia ma się z światotworzeniem, a przynajmniej “częściami” światotworzenia. Generalnie, kiedy przychodzi do tworzenia ładnych, kreatywnych opisów, szczególnie w “Poznając nowy świat”, świat autora nabiera ogromnych kolorów. Podobnie też idzie mu świetnie jeśli chodzi o opisywanie dosyć prostych rzeczy, jak pokoi, sielskich scen, opisów pracy, opisów miasta i tak dalej. Z inną częścią światotworzenia idzie gorzej… ale nie uprzedzajmy póki co faktów.

 

Jeszcze jest jedna kwestia, którą chciałbym podnieść. Od [Slice of Life] by nie było nudne zwykle się oczekuje jakiś emocji, skoro akcji typowej dla Adventure nie ma. I rzeczywiście, zwłaszcza pierwsze opowiadanie je budzi.

 

3. Wady (a właściwie to jedna, duża)

 

Niestety, moją przyjemność z opowiadania zakłóciła poważnie jedna rzecz. Esej w spoilerze, acz zanim do niego przejdziemy, chciałem podkreślić, że jeśli piszę o wadach opowiadania, to zwykle robię to dlatego, że opowiadanie jest w ogóle warte krytyki i tego by było lepsze - moje odczucia z obydwu opowiadań są generalnie pozytywne. Skoro mamy ten wstępik za sobą, przejdźmy do “problemu”.

Spoiler

 

Generalnie, trudno mi tutaj uniknąć powiedzenia tego w ciężkich słowach, ale moim osobistym zdaniem postać Alberta została fatalnie napisana. W normalnych warunkach jedna źle napisana postać, która nie jest głównym bohaterem nie byłaby żadną wadą. Problem polega na tym, że Albert jest centralny dla całego światotworzenia w tym opowiadaniu i cały realizm w tym opowiadaniu oraz imersja po prostu leży przez jego kreację.

 

Jak już ci wspominałem Hoffman, jestem zwolennikiem podejścia, że fabuła i światotworzenie ma supremację nad postaciami i lepiej jest uczynić je mniej interesującymi i emocjonalnymi jeśli inne podejście sprawiłoby, że kreowany misternie świat zacząłby się sypać. Niestety, czytając to opowiadanie miałem wrażenie, że zrobiono tutaj dokładnie na odwrót - tak bardzo próbowano nadać konfliktowi między Albertem a jego rodziną emocji, że cała jego postać jak i całe miasto po prostu nie ma sensu.

 

Pierwszym ogromnym problemem jest to jaką funkcję Albert pełni. Jest on Hersztem. Za cholery pojęcia nie mam czemu użyto akurat tego słowa, które znaczeniowo kompletnie nie ma sensu w kontekście. “Herszt” to pojęcie używane dla przywódcy bandyckiej szajki. Tymczasem Albert jedyne co robi w pierwszych dwóch opowiadań, to jest kupcem i właścicielem ziemskim. Poza biciem swojej rodziny, nie używa w ogóle przemocy. Dlaczego miałby się on tytułować “hersztem”, gdy jest to słowo o czysto negatywnej konotacji, zamiast przyjąć tytuł burmistrza, radcy, czy w sumie kogokolwiek innego?

 

Tym bardziej uderza to, kiedy zwróci się uwagę, że w dwóch pierwszych opowiadaniach nie ma pokazanego ani jednego przykładu w którym Albert ma dobre relacje z kimkolwiek. Jest to kompletny idiotyczny gbur, który nie potrafiłby na moment przyjąć dyplomatycznej postawy. Można łatwo się domyśleć, że całe miasto go nienawidzi i pożąda jego bogactwa. I teraz najlepsze - Albert boi się, że go ograbią, ale ani razu nie robi nic by to powstrzymać. Ani nie szuka wpływowych przyjaciół w mieście, ani nie ma jakiejś “szajki” zbirów do wynajęcia, straży miejskiej, czegokolwiek. Wygląda to iście komicznie, jakby autor opisał gułag z więźniami, tylko zapomniał dodać strażników, wieże strażnicze, drut kolczasty. Albert ma tak złe relacje, że nie jest pewne czy nawet jego własna rodzina stanęłaby w jego obronie. Przykład z drugiego opowiadania:

 

Cytat

Pojawiła się wówczas bardzo radykalna propozycja, by raz na zawsze skończyć z ”dziurą” i nędzarzy po prostu wygnać z Neighfordu, a w miejscu baraków zbudować coś pożytecznego. Chociażby dom dla szwaczek, by każdego tygodnia dało się uszyć więcej ubrań, obrusów i zasłon, którymi można by handlować. Co nieco dziwiło, nie był to pomysł Alberta. Gdyby to on miał kiedykolwiek wpaść na coś podobnego, pewno nakazałby biednych po prostu powiesić, najlepiej publicznie, by nikomu już nigdy nie przyszło do głowy, że można nie pracować.

 

Kto niby miałby dokonać tego powieszenia, jeśli całe miasto nienawidzi Alberta, żadnego poparcia, nie ma on żadnej grupy ochroniarzy czy zbrojnych do ochrony? Cały koncept “hersztowania” Alberta to jeden wielki idiotyzm - budzi on terror całego miasta, mimo że nie ma żadnych środków, charyzmy ani czegokolwiek by taki terror budzić i w każdym realistycznym scenariuszu dostałby nóż w gardło po dwóch dniach. Tym bardziej, że Albert jest pijakiem - więc byłby tym łatwiejszym celem.

 

A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że sam autor wydaje się kompletnie ignorować to “hersztowanie”. Niby jest hersztem, ale opis jego pracy, to “odwiedzenie faktorii, księgi rachunkowe, nadzór pracy”. Czyli nie jest żadnym hersztem, tylko po prostu majętnym kupcem i właścicielem. Od razu rodzi się pytanie - po jaką cholerę nadano mu w opowiadaniu rangę herszta skoro kompletnie nic z tego nie wynika? Tym mocniej to uderza tym, że to było banalne do naprawienia. Wystarczyło by Albert nie był hersztem, a tylko bogatym kupcem, w mieście rządzi rada miejska, która głosuje tak jak on chce, bo inaczej grupa wynajętych zbirów złamie im kości (no i korupcja). Miałoby to dużo więcej sensu.

 

“Albertowe hersztowanie” nie byłoby takim problemem gdyby nie to, że Albert jest centralną postacią dla całego miasta jakim jest Neighford. W rezultacie nie tylko “Albert” jako postać nie ma sensu, ale też cała struktura społeczna tego miasta jest naprawdę mało wiarygodna. Jest kompletnie niezrozumiałe dlaczego ktokolwiek toleruje jego władzę, jakim cudem on jeszcze żyje, oraz czemu nikt nie ucieka stąd, skoro “aparat terroru” Alberta nie istnieje. Autor tak bardzo skupił się na konflikcie rodzinnym wewnątrz rodziny, że nie wyjaśnił jak niby cała ta struktura miałaby funkcjonować.

 

...i to nie jest nawet wszystko. Jest jeszcze drugi aspekt postaci Alberta, który sprawia, że kompletnie nie da się go kupić. Jego rzekoma “pracowitość”, “etyka” oraz bycie jakimkolwiek “autorytetem moralnym”.

 

Czytając opowiadanie dosyć wcześnie doszedłem do wniosku, że Albert jest kreowany na kalwinistycznego kupca w biednym kraju Europy pokroju Szwajcarii i Niderlandów, ale protestancka etyka pracy za Maxem Weberem sprawia, że ma żelazny kręgosłup, pracuje bardzo ciężko i w tym sensie jest autorytetem. O ile w pierwszym opowiadaniu Albert był moralnie złą postacią, to niby dalej był tak aspekt pracowitości, więc wychodził jako szara moralnie postać. W “Poznając nowy świat” Albert jest już w ogóle przedstawiany jako dobry autorytet ojcowski i jego nauki są traktowane przez Gleipnira poważnie. Sugerowane jest wręcz, że Albert po prostu bardzo się troszczy o swoją rodzinę tak bardzo, że się aż “zbyt” stara (trochę się to kłóci notabene z “O szyby deszcz dzwoni”, gdzie tekst nas informuje, że Albert założył rodzinę przede wszystkim dlatego, że ktoś miał odziedziczyć biznes, reszta nie ma znaczenia). W tym sensie - “pomysł na postać” jest naprawdę świetny.

 

Niestety, to wyjątkowo trudno kupić z kilku powodów:

 

- “rady Alberta” brzmią tak skrajnie tendencyjnie i nierealnie, że nie da się ich kupić. To generalnie krytyka postaci, ale herszt miasta kompletnie nie ma charyzmy i w jego dywagacjach o pracowitości również to widać. Za grosza temu błyskotliwości tego co napisał Benjamin Franklin, a co potem zacytował Max Weber na pierwszych stronach jego “Etyki protestanckiej, a duchu kapitalizmu”: (link: http://coin.wne.uw.edu.pl/mbrzezinski/teaching/HE1/Teksty/WeberEtyka.pdf ).

 

- za Franklinem: “Trzeba zwracać uwagę na najmniejsze drobiazgi mające wpływ na kredyt. Odgłosy twojej pracy, które twój wierzyciel słyszy o piątej rano czy o ósmej wieczór, zadowalają go na pół roku; ale jeśli zobaczy cię przy stole bilardowym lub usłyszy w gospodzie w czasie, gdy powinieneś pracować, to już następnego dnia zapyta o zwrot pieniędzy i zażąda ich, zanim zbierzesz potrzebną sumę.”

 

No i Albert ma taką fatalną tendencję, że lubi wrzeszczeć, pije, jest nieuprzejmy do każdego i generalnie - poza pracowitością i organizacją nie ma żadnych  zalet. Innymi słowy - jest oczywiste dla absolutnie każdego, że rodzina Alberta to patologia i ufać komuś takiemu jest bardzo trudno. No chyba, że celem autora było pokazanie go jako hipokryty… tylko, że żadna inna postać w opowiadaniu tak nie uważa.

 

- Albertowe pijactwo - które notabene, jest cechą kompletnie zbyteczną, ponieważ Albert zachowuje się prawie tak samo niezależnie od tego czy jest pijany czy nie, a sam fakt, że zażywa alkoholu w dużych ilościach jest charakterystyką, która ewidentnie się kłóci z budowaniem jego postaci na bazie purytańskich wartości czy protestanckiej etyki pracy.

 

Szczególnie w drugim opowiadaniu miałem też wrażenie, że autor próbował sprawić bym chociaż część charakteru Alberta polubił. Niestety, kompletnie to nie działa, ponieważ sama podstawa tej postaci jest po prostu źle napisana. I jak wspomniałem na początku - w normalnych warunkach źle napisana jedna postać, która nie jest nawet główna dla opowiadania nie byłaby problemem, ale niestety - Albert jest kluczowy dla światotworzenia tego opowiadania i imersja kompletnie mi się sypie bo jest ona kompletnie niewiarygodna.

 

 

4. Podsumowanie

 

Jak już wspomniałem wcześniej, moje generalne odczucia z tego opowiadania są jak najbardziej pozytywne. Podoba mi się forma, styl, przejrzystość oraz postacie. Podoba mi się pomysł w ogóle na całą serię, czyli “one-shoty w jednej rodzinie”. Koncept Cevalonii jako kraju też mi przypadł do gustu, mimo, że gdybym się odpowiednio postarał to pewnie znalazłbym powody by się doczepić.

 

Jedno z kluczowych pytań - czy po przeczytaniu tych dwóch pierwszych opowiadań poczułem się zachęcony by czytać dalej? Po pierwszym szczerze mówiąc nie, ale po drugim już bardziej. Z tego co przeczytałem mam uczucie takiej “dobrze wykonanej, solidnej rzemieślniczej roboty”. Przymiotnik “rzemieślnicza” jest jednak bardzo specyficzny, kryje się w nim i pochwała i przywara. Bo chociaż osobiście uważam, że fanfik jest naprawdę dobry, to nie jest wybitny. A będąc szczery - tego drugiego się spodziewałem. W recenzji mogłem pominąć kilka zalet jak i kilka wad, ale ta ściana tekstu robi się już za długa, więc sobie darowałem.

 

Ostatecznie, raczej będę kontynuował czytanie serii i zobaczę co tam jeszcze spłodziłeś. Ciekawi mnie w jakim kierunku to pójdzie i nie powiem, że losy niektórych bohaterów chętnie bym prześledził. Może w kolejnych opowiadaniach robi się ciekawiej, pojawia się jakaś sensowna intryga, a światotworzenie nabiera lepszych rumieńców? Gdybym tak było, rozważyłbym poważnie głos na Epic. Póki co się z tym wstrzymam.

 

Życzę więc powodzenia w dalszym pisaniu tej serii - liczę, że będzie ci to szło jak najlepiej.

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cześć, dzięki za przybycie, poświęcony czas oraz nieco krytyki! :D

 

Miło mi wiedzieć, że, chociaż nie były to opowiadania idealne, ani pewnie nie do końca z Twojej bajki, to jednak lektura nie była katorgą i wrażenia okazały się ogólnie pozytywne. Zwracam uwagę na to, że te dwa opowiadania to jest dopiero otwarcie serii i mają one już trochę lat. Tym bardziej cieszy mnie ocena opisów, czy też tego jak ogólnie tekst się prezentuje, technicznie. To znaczy, obecnie nie dzieją się na tym polu żadne rewolucyjne zmiany, ale jednak wydaje mi się, że co popełniony tekst ten mój styl jednak się zmienia.

 

Dobrze jest odnaleźć pochwały oraz życzenia aby teksty się udawały, bardzo to doceniam i za to serdecznie dziękuję! Jednak najwięcej punktów, do których warto się odnieść, znalazło się oczywiście w, jak to ująłeś, eseju, zatem usiądź wygodnie i czytaj ;) Ale na wstępie napomknę, że najprawdopodobniej wiele rzeczy wynika z różnic między naszym nastawieniem odnośnie tego jak pisać historię i co jest najważniejsze, nie da się też ukryć, że specjalizujemy się w innych dziedzinach. Ale przechodząc do rzeczy, znalazłem wiele interesujących punktów, do których teraz chciałbym się odnieść.

 

 

Mówiąc zupełnie szczerze, nie potrafię pozbyć się wrażenia, że nie przepuścisz żadnej okazji, by zabłysnąć wiedzą ;) Ale od razu powiem – zostaw sobie amunicję na potem, jak już poważnie dwie strony będą się ze sobą ścierać, jak powyskakują nowe postacie, a ja będę próbować pisać o organizacji państwa intrygach i tym podobnych rzeczach. Mam nadzieję, że wytrwasz przy moich tekstach na tyle długo, by to ocenić i, najpewniej, wyłożyć niejedno zagadnienie z historii.

 

Aczkolwiek, sporo tych rzeczy, również odniesienia do Franklina czy Webera wydają mi się dosyć nie na temat, jako że prawie niczego nie opieram na świecie realnym, w tym na etyce protestanckiej w duchu kapitalizmu. To nie moja specjalność, nic o tym nie wiem. W ogóle, wydaje mi się, że potraktowałeś rzecz trochę zbyt poważnie, co nie oznacza, że nie ma to dla mnie znaczenia – w końcu określiłeś, że wada jest bardzo duża, negatywnie wpływa na odbiór danych wątków i motywów, co przyjmuję do wiadomości, ale nie wiem, czy powinienem zatem powrócić do starszych tekstów i uzupełnić informacje, czy może sprostować rzeczy w nowszych tekstach. Czy myślisz, że przydałaby się pewna rewizja fragmentów tworzących świat w zakresie organizacji Neighfordu oraz tego kawałka południa?

 

Jak to w kółko powtarzam, jest to historia rodzinna – o postaciach, relacjach między nimi, a także pewnych schematach, czy zachowaniach, postawach, więziach. Tworzony dla niej świat ma w pierwszej kolejności umożliwiać mi zrealizowanie moich zamierzeń, co oczywiście nie oznacza, że będę na bakier z wszelką logiką, tworząc w nieskończoność skrajne retcony, czy nagle zmieniać wszystko o sto osiemdziesiąt stopni, bo mi tak pasuje. Pragnę zauważyć, że na ówczesnym etapie, to było bardziej tło do wydarzeń, dzisiaj już przywiązuję do tego dużo większą uwagę.

 

Inna sprawa, że nieszczególnie idę po kreskówkową naiwność, sensacyjną epickość, ani też twardy realizm, gdyż staram się pamiętać, że to nadal świat kolorowych, magicznych kucyków. W pewnych aspektach idę po prostu na skróty. Chodzi przede wszystkim o to, by to uniwersum dostosować do swoich potrzeb i opowiedzieć wymyśloną historię. To jest bardziej taki... No, fantastyczny wymysł. W tym się czuję najpewniej. No i lubię niekiedy realizować rzeczy po swojemu. Ale powracając już do światotworzenia.

 

Zauważ, że w ogóle unikam nazwania „systemu” w oparciu o który działa Neighford. Powiedziałbym, że to żaden konkretny system, po prostu zbiór pozornie losowych rozwiązań, co ma odzwierciedlać to, co się kiedyś z południem stało – Cevalonia była państwem, które dawno temu zostało odcięte od Equestrii, przez co zaczęło upadać do poziomu barbarzyństwa, a którym przez wiele lat Celestia się nie interesowała. Z różnych powodów, które na razie wolę zachować dla siebie. Ale ogólnie chodzi o sprawy magiczne. Jest to motyw zaczerpnięty z gier „Might and Magic”, gdzie po inwazji Kreegan Starożytni stracili połączenie ze światami które stworzyli, a te, uzależnione od ich technologii, zaczynały upadać.

 

Pytałeś o funkcję Alberta, a ja odpowiem, że chyba wziąłeś to na zbyt poważnie i nieco się zagalopowałeś, a to naprawdę nie jest aż tak ważne dla całej historii. To znaczy, nie byłem świadom żadnych negatywnych konotacji słowa „herszt”, a jakoś inne określenia niezbyt mi pasowały, więc użyłem tego. Ale powracając do funkcji i alternatyw. Albert burmistrzem? Rada miejska? Może kiedyś, w przyszłości, z kimś innym :P Te instytucje, funkcje, to jednak troszkę zbyt rozwinięte rozwiązania cywilizacyjne, jak na ówczesny stan Neighfordu. W mojej opinii.

 

Albert jest kupcem, ale zaczynał w taki sposób (było to wspomniane), że zorganizował kucyki, przewodził im i wspólnie podniósł nieco poziom osady, przekształcając ją w miasto, a z czasem nawiązując kontakty z innymi miejscowościami na południu, chociaż sam najchętniej wolałby swojego, samowystarczalnego Neighfordu. Więc to nie jest tak, że on jest totalnie sam, po prostu nikomu nie ufa, a opowiadania nie są o relacjach z jego współpracownikami czy bojówkami. Ale rzeczywiście, na początku była to trochę taka „banda”. Z czasem rzeczy zaczęły się zmieniać, nabierając innego kształtu.

 

Osobiście nie uważam, że powinno się wszystkie informacje podawać natychmiast, osobiście lubię mieć poszlaki i, przynajmniej dopóki sprawa się nie wyjaśni, o ile w ogóle, domyślać się co mogło wyniknąć z czego i kto za coś mógłby być odpowiedzialny. Poza tym, chociaż wtedy jeszcze nie miałem wobec tego takiej percepcji, uznałem, że skoro i tak historia widziana jest (np. w „Poznając nowy świat”) oczami Gleipnira, wówczas nie ma potrzeby szczegółowo opisywać akurat tego jak Albert zachowuje swoje wpływy. Uznałem, że skoro zachowuje jak się zachowuje i włos mu z głowy nie spada, jak krzyczy sobie na kowala a ten wraca do szeregu, wówczas to powinno dać do zrozumienia, że jednak kogoś tam ma, kto mu pomaga to wszystko utrzymać w ryzach. Gdyby sytuacja była inna, czyli historia później leciałaby dalej z punktu widzenia tegoż kowala, to pewnie w końcu ktoś by go odwiedził z „pozdrowieniami”.

 

Czy ja wiem, czy Albert jest kreowany na jakiś autorytet moralny? Bez przesady. To jest taki „autorytet” na zasadzie, że z nim to się prawie nie da żyć, ale jak trzeba sobie poradzić samemu, to stary trochę miał racji. Nie chodzi o jego naśladowanie, ale nie wymazywanie go ze świadomości, przeniesienie pewnych jego metod działania i podejścia na inne realia, z czasem wykształcając własne cechy i to tak należało rozumieć sceny z Gleipnirem, który, będąc w Equestrii, przypominał sobie słowa ojca. A co do tego, że się aż „zbyt” stara – jeżeli już są jakieś elementy zaczerpnięte z realnego życia, to to jest właśnie coś takiego. Schemat, gdzie jeden osobnik tak bardzo wie co jest najlepsze i co jest słuszne, że nie widzi jak rani wszystkich dookoła, chociaż chce dla nich dobrze. Wbrew pozorom dosyć powszechne i objawiające się na różnych obszarach. Znów - głównie chodzi mi o relacje międzykucykowe, gdzie pewne rzeczy zostały podpatrzone w zachowaniach ludzi.

 

Ale najbardziej to się zdziwiłem, kiedy przeczytałem o tym na kogo jest kreowany Albert. Kurczę, ja nic nie wiem o kalwinizmie, o biednej Szwajcarii czy Niderlandach, ani o protestanckiej etyce pracy. Mówisz poważnie? Nie wiem co o tym myśleć... :twiblush:

 

 

Chciałbym też wspomnieć co nieco o moim podejściu do relacji postacie-fabuła i co uważam za ważniejsze dla moich opowiadań i nad czym lubię pracować podczas ich pisania. Wydaje mi się, że to jest taka najistotniejsza różnica między nami, jako twórcami.

 

Ja akurat uważam, że nie można mieć historii bez jej bohaterów (nie dosłownie oczywiście, ogólnie, dłuższych historii). Kładę duży nacisk na postacie, relacje między nimi, a także przemiany w nich się dokonujące (a wynikające z kolejnych wydarzeń, które również kształtują otaczający ich świat), ale również na fabułę. Fabuła składa się z wydarzeń, również tych wydarzeń, od których zależą losy postaci i ja dążę do tego aby owe postacie były z czasem wystarczająco rozwinięte, posiadały pewne charakterystyki oraz bagaż doświadczeń, aby różne zwroty akcji czy zrządzenia losu miały szansę wywrzeć większe wrażenie na czytelniku. Czy nawet wczuć się, przejąć tym co się dzieje z poszczególnymi bohaterami czy bohaterkami.

 

A jeśli chodzi o tworzenie świata, to bynajmniej nie podchodzę do tego po macoszemu, staram się kreślić różne rzeczy w oparciu o które wszystko to działa, budować środowisko nie tylko w najbliższym otoczeniu postaci, dodawać nowe elementy, poszerzać, odkrywać. Po prostu również w tych aspektach miewam inne priorytety.

 

Czy Albert jest hipokrytą... Może trochę. Na pewno jest paranoikiem i nerwusem. Na razie nie będzie to zbyt często występująca postać, ale kiedy już będę powracać do jego wątku i motywów, również wcześniej nieznanych, obraz powinien nieco się rozjaśnić. Albo otworzy się portal nieścisłości. To już, a jakże, pozostawię do oceny czytelników.

 

No i się zastanawiam, czy sprawy, o których napisałeś rzeczywiście sterczą z treści, czy może po prostu zwróciłeś na nie uwagę, gdyż się tymi zagadnieniami interesujesz. Bo o co mi chodzi – jak dotąd oceniałem, ilość elementów traktujących o strukturze społecznej danych miejscowości, ich organizacji, takie polityczno-ekonomiczne sprawy, to tego było tyle co nic. Dopiero teraz zamierzam co nieco dodać tychże elementów, chociaż nadal to nie będą historie stricte polityczne, czy poświęcone ekonomii. Chodzi mi po prostu o to by spróbować czegoś nowego i nie pisać ciągle o tym samym, żonglować tagami, ale prowadząc dalej tę samą historię. Do tej pory faktycznie nie zwrócono mi uwagi na pewne szczegóły oraz te konkretne aspekty tworzonego przeze mnie świata. Przyjąłem to, bo sam tak to pisałem i tak czułem, że polityka, społeczeństwo, zależności, to w ogóle nie gra tutaj pierwszych skrzypiec bo to nie o tym ma być. Twój esej nakazał mi teraz sądzić, że jednak światotworzenie już dawno poszło w pewne kwestie, chociaż wydawało mi się inaczej. Wiesz o co mi chodzi?

 

 

Myślę, że to by było z grubsza wszystko, co miałbym do odpowiedzenia, na ten moment. Oczywiście, cieszę się niezmiernie, że, pomimo wychwycenia różnych potknięć, Twoje generalne wrażenia nadal pozostają pozytywne. Mam nadzieję, że na tym nie zakończysz „Kresów” i rzucisz okiem na kolejne teksty, które szczęśliwie staną na wysokości zadania i okażą się jak najlepsze. Dzięki jeszcze raz za poświęcony czas, opinię, rzeczy pozytywne, negatywne i dlaczego są negatywne, ogólnie :)

 

Pozdrawiam!

 

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Dnia 12.09.2018 o 16:48, Verlax napisał:

Ani nie szuka wpływowych przyjaciół w mieście, ani nie ma jakiejś “szajki” zbirów do wynajęcia, straży miejskiej, czegokolwiek.

 

Nie pamiętałem dokładnie, więc sprawdziłem - to jest w opowiadaniu o sekretach w pudełku, tam jest to wyjaśnione i potwierdzone (chyba na początku). Albert jednak ma swoich "zbirów do wynajęcia" dzięki którym zachowuje przywództwo. Możemy tam również odnaleźć informację, że jednak zaczął szukać partnerów poza swoim miastem i udało mu się ich znaleźć - prowadzi z nimi współpracę.

 

Dnia 12.09.2018 o 16:48, Verlax napisał:

w mieście rządzi rada miejska

 

Inne miasta w opowiadaniu funkcjonują już trochę w ten sposób - mają przywódcę, który wybierany jest przez mieszkańców. Jest to bardziej cywilizowane.

 

Moim zdaniem, naiwne ze strony Alberta jest raczej to, że pomimo pewnych sukcesów - założenia nowej wsi(?) uparł się, że będzie liderem w regionie mimo, że jest na słabszej pozycji. To jest bardziej błąd w kreacji tej postaci, pewna niekonsekwencja. Jest to obszerny materiał, więc trzeba się z nim zapoznać, żeby wiedzieć pewne rzeczy, również to, czym skończyły się dążenia tej postaci.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ach... W związku ze wczorajszym pojedynkiem fików (który "Kresy" ostatecznie wygrały) zabrałem się za lekturę. I tak oto udało mi się w ciągu dwudziestu czterech godzin przeczytać całość (liczącą bodajże 500k słów wg spisu Dolczego, jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi).

 

Co najważniejsze, nie musiałem się do tej lektury zmuszać. Po prostu zacząłem i poszło. Nie mogłem się oderwać - sagę rodziny Crusto na ten przykład skończyłem czytać grubo po północy. 

 

To nie będzie bardzo długa recenzja, o rzeczach dobrych lubię pisać krótko, prosto i na temat.

 

Co chciałbym pochwalić? 

Udało ci się stworzyć pięknie napisaną, rodzinną sagę, w której plasterki życia przeplatają się z przygodami, do tego miszmaszu powoli wkracza też polityka i wojna - lecz wszystko układa się w harmonijną całość. "Kresy" mają niesamowity klimat, co jest zapewne zasługą przede wszystkim opisów, które mają w sobie "to coś", a także dobrze wykreowanym bohaterom. Każdy, nawet z początku mało znaczący element, koniec końców wchodzi w odpowiednie miejsce w całej tej układance. Tu jest o wiele większy zamysł, niż można by pomyśleć przy rozpoczęciu lektury.

 

Tylko tyle i aż tyle. Z niecierpliwością i podekscytowaniem czekam na kolejne części sagi, bo zrobiło mi się szkoda, że urywa się w takim interesującym momencie. Przed bohaterami jeszcze długa droga, a nie wszystkie karty zostały do końca odkryte.

 

Ocena: 10,5/10 :trixie: Taki będę hojny. A z czasem... z czasem pomyślę o głosie na Epic.

 

Pozdrawiam i zachęcam innych czytelników do lektury.

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Najpierw odpowiadając na twój komentarz:

 

Cytat

“Czy myślisz, że przydałaby się pewna rewizja fragmentów tworzących świat w zakresie organizacji Neighfordu oraz tego kawałka południa?”

 

Już w sumie o tym pisałem:

 

Cytat

A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że sam autor wydaje się kompletnie ignorować to “hersztowanie”. Niby jest hersztem, ale opis jego pracy, to “odwiedzenie faktorii, księgi rachunkowe, nadzór pracy”. Czyli nie jest żadnym hersztem, tylko po prostu majętnym kupcem i właścicielem. Od razu rodzi się pytanie - po jaką cholerę nadano mu w opowiadaniu rangę herszta skoro kompletnie nic z tego nie wynika? Tym mocniej to uderza tym, że to było banalne do naprawienia. Wystarczyło by Albert nie był hersztem, a tylko bogatym kupcem, w mieście rządzi rada miejska, która głosuje tak jak on chce, bo inaczej grupa wynajętych zbirów złamie im kości (no i korupcja). Miałoby to dużo więcej sensu.

 

Nie wiem czy w sumie chce ci się w to bawić. Dla mnie Albert jako całość jest postacią niekonsekwentną do bólu, którego relacje społeczne są niewiarygodne i to w jaki sposób zostaje przedstawiony jest dla mnie niezrozumiałe. Perspektywistycznie, “hersztowanie” to tylko nazwa, gdy problemy są z tą postacią są dużo większe.

 

Cytat

“Czy ja wiem, czy Albert jest kreowany na jakiś autorytet moralny? Bez przesady. To jest taki „autorytet” na zasadzie, że z nim to się prawie nie da żyć, ale jak trzeba sobie poradzić samemu, to stary trochę miał racji. Nie chodzi o jego naśladowanie, ale nie wymazywanie go ze świadomości, przeniesienie pewnych jego metod działania i podejścia na inne realia, z czasem wykształcając własne cechy i to tak należało rozumieć sceny z Gleipnirem, który, będąc w Equestrii, przypominał sobie słowa ojca. A co do tego, że się aż „zbyt” stara – jeżeli już są jakieś elementy zaczerpnięte z realnego życia, to to jest właśnie coś takiego. Schemat, gdzie jeden osobnik tak bardzo wie co jest najlepsze i co jest słuszne, że nie widzi jak rani wszystkich dookoła, chociaż chce dla nich dobrze. Wbrew pozorom dosyć powszechne i objawiające się na różnych obszarach. Znów - głównie chodzi mi o relacje międzykucykowe, gdzie pewne rzeczy zostały podpatrzone w zachowaniach ludzi.

 

Może wyrażę się precyzyjniej:

 

Albert to absolutne moralne dno. Po tym co odwalił w pierwszym opowiadaniu jest oczywiste, że jest to postać bez jakiejkolwiek empatii, psychopata, bardzo zły kucyk. Niestety, autor w każdym kolejnym opowiadaniu wracał do tego Alberta i próbuje wciskać, że ma jakieś dobre cechy i że jego rodzina mimo, że ledwo z nim żyje, to dostrzega, że się stara. No i to kompletnie nie działa, z powodów które wymieniłem w poprzednim poście. Właśnie jedyną pozytywną cechą, o której mogę powiedzieć cokolwiek dobrego w związku z Albertem to właśnie ta pracowitość, charakterystyczna dla protestackiej etyki pracy. To co przedstawiasz w opowiadaniu, to notabene jest protestancka etyka pracy, ponieważ rodzaj myślenia “praca dla samej pracy, zarabianie dla samego aktu zarabiania” to podstawa doktrynerska tego właśnie myślenia. Przed protestantyzmem i jego odłamami w chrześcijaństwie dominował nurt, w którym życie doczesne nie miało znaczenia, czy byłeś biedny, czy bogaty - miałeś być dobrym człowiekiem. Bogactwo wręcz było uznawane za bardzo przeszkadzające w osiągnięciu zbawienia. Logicznym wynikiem takiego myślenia jest to, że pracuje się tylko tyle by żyć, a nie tyle by żyć i coś zarobić, bo na cholerę ci zarobek? Zdarzały się w czasach przeszłych sytuacje, w której ludzie byli pracowici i chciwi pieniędzy, ale zwykle było to związane z hedonizmem, konsumpcją i doczesnymi zabawami i żadnej z tych rzeczy u Alberta nie ma. Natomiast rodzaj myślenia jaki ma Albert jest właśnie klasyczny dla protestanckiej myśli - praca dla pracy, zarobek dla samego faktu zarobku.

 

Jest to jedyna, dosłownie jedyna cecha pozytywna którą mógłbym określić u Alberta i która pozwalałaby mi zrozumieć czemu w późniejszych opowiadaniach na Alberta czasem patrzy się ze strony pozytywów. I to kompletnie nie działa, czemu - to napisałem w poprzednim poście. Właśnie te dyrdymały o pracowitości w ustach Alberta brzmią jak hipokryzja, brakuje im kompletnie charyzmy jak i siły przekonywania. Dlatego ta postać moim zdaniem w swej słabej charakterystyce psuje zarówno światotworzenie, jak i inne postacie.

 

Wreszcie, w stosunku do mojej krytyki światotworzenia, podczas gdy “opowiadanie nie jest o tym, tylko o postaciach”. Moja dłuższa krytyka postaci Alberta z perspektywy również światotworzenia wynika dokładnie z tego, że relacje społeczne Alberta z pozostałą częścią rodziny jak i miasta nie mają sensu. Nie rozumiem na jakiej podstawie ktokolwiek miałby szanować Alberta, który postradał rozum. Jeśli postać jest źle napisana, to często cierpi na tym nie tylko ta konkretna postać, ale również wszystkie inne z którymi interaktuje. A tak na złość się składa, że do tego felernego Alberta różne postacie wracają przemyśleniami nawet gdy nie ma go w pobliżu.

 

Przy okazji, nie wiem czy zauważyłeś, ale w mojej krytyce światotworzenia kompletnie pominąłem technologię. Gdybym chciał, mógłbym się przyczepić, że nie jest to specjalnie konsekwentne i raczej przy stadium technologii X, Y nie wyglądałoby tak jak wygląda. Ale prawda jest taka, że w szerszej perspektywie tutaj nie miało to znaczenia i gdybym naprawdę chciał nad tym przysiąść to wyszedłbym na jeden z tych rodzajów krytyków jak z Everything Wrong with…, którzy czepiają się rzeczy, które nie mają żadnego lub prawie żadnego znaczenia dla odbioru dzieła. Natomiast to, że Albert był źle napisany - to już było istotne i dlatego to podniosłem..

 

Cytat

“Ja akurat uważam, że nie można mieć historii bez jej bohaterów (nie dosłownie oczywiście, ogólnie, dłuższych historii). Kładę duży nacisk na postacie, relacje między nimi, a także przemiany w nich się dokonujące (a wynikające z kolejnych wydarzeń, które również kształtują otaczający ich świat), ale również na fabułę. Fabuła składa się z wydarzeń, również tych wydarzeń, od których zależą losy postaci i ja dążę do tego aby owe postacie były z czasem wystarczająco rozwinięte, posiadały pewne charakterystyki oraz bagaż doświadczeń, aby różne zwroty akcji czy zrządzenia losu miały szansę wywrzeć większe wrażenie na czytelniku. Czy nawet wczuć się, przejąć tym co się dzieje z poszczególnymi bohaterami czy bohaterkami.”

 

Możesz usunąć bohaterów ze świata, zostaną zastąpieni przez innych. Jak usuniesz świat, to bohaterowie będą co najwyżej dryfowali w kosmicznej przestrzeni. Akurat w kontekście opowiadania, o ile w Equestrii wierzę, że gdyby nagle usunąć bohaterów się tam znajdujących to świat dalej żyłby własnym życiem, to nie mam bladego pojęcia jak miałaby wyglądać Cevalonia bez Alberta. Można raczej odnieść wrażenie, że w tym mieście to nic się nie dzieje poza tą główną rodziną i jej “hersztem”. Wynika to z tego, że absurdalnie - Equestria ze strony światotworzenia została napisana lepiej niż Cevalonia i naprawdę łatwiej mi uwierzyć w wielką equestriańską bandyterkę i rozbójnictwo niż w to, że system społeczny w mieście Neighford to utrzymuje się na podstawie herszta i… w sumie nie wiadomo czego.

 

Ale będąc szczery, temat ten jest na tyle wielki, że kontynuować tego tutaj moim zdaniem nie ma sensu. Ja jestem supremacystą narracji nad postaciami, ponieważ zbytnie skupienie się na postaciach nieuchronnie prowadzi do wielu problemów w konstrukcji opowiadania, ale to jest tylko moja opinia. Jeśli chcesz o tym podyskutować, od tego mamy Stowarzyszenie Żyjących Pisarzy na forum, albo Klub Konesera Polskiego Fanfika na Discordzie.

 

---------------------

 

Teraz może coś powiem o trzech innych opowiadaniach, które przeczytałem, to jest: “Na głębokich wodach”, “Altruistka” oraz “Piątek trzynastego”. Klasyczny też disclaimer na początek: jeśli coś krytykę, to robię to w większości przypadków dlatego, że dzieło jest tej krytyki warte.

 

Zacząłbym od “Na głębokich wodach” oraz “Piątku trzynastego” bo niejako są one połączone tym samym bohaterem oraz jego “arc’iem”, to jest historia Fenrira i jego zagłębienia się w niezbyt ciekawy świat klasycznej bandyterki. Wszystkie zalety o których pisałem na początku w pierwszym poście dalej mają tu odniesienie. Szczerze, obydwa te opowiadania mi się spodobały, ale sama postać Fenrira nie budzi we mnie większych emocji i szczerze - kompletnie mi nie przypadła do gustu. Właśnie z postacią Fenrira wiąże mi się też jedyna poważna wada jaka mi gdzieś z tyłu głowy zaczęła świtać.
 

Spoiler

 

Fenrir w trakcie bycia członkiem gildii rozkwasza mordy wielu kucykom, uczestniczy w nielegalnych/półlegalnych pojedynkach bokserskich i… dalej uważa, że nie może zabić kucyka. Szczerze, to jest to bardzo niekonsekwentny pomysł. Przecież poziom śmiertelności takich pojedynków musi być naprawdę spory i równie dobrze Fenrir mógłby on kogoś zabić bądź permanentnie okaleczyć, co mogłoby być losem gorszym od śmierci. Same opisy tych pojedynków oraz myśli Fenrira na ten temat również zdają się sugerować, że Fenrir to zabijaka i bardzo lubi patrzeć na naprawdę porządnie obite przez niego ofiary.

 

Kompletnie nie podobało mi się więc przez to potem jak nagle z osoby, która ewidentnie czerpała przyjemność z ekstremalnego bicia kucyków nagle wracamy do kucyka, który ot tak “nie może zabić bo… bo… eee…”. Fenrir kompletnie nie wzbudził mojej sympatii w opowiadaniu i taka kreacja moim zdaniem była słaba. Pomijając już to, że samą swoją obecnością w gildii i pomaganie jej przy mniejszych pracach wspierał finansowo gildię, która w międzyczasie bez niego robiła zlecenia na których mordowano kucyki. W pewnym momencie opisy wyglądały tak jakby autor chciał sprawić by zrobiło mi się go żal bądź bym współczuł - kompletnie tego nie poczułem. Fenrir zarówno mało wiarygodnie wlazł w ten światek przestępczy (czemu nie próbował uciekać niedługo po zakończeniu “Na głębokich wodach” tylko po prostu dał się ponieść i ot tak przyłączył się do niedoszłych morderców jego mentorskiej postaci, która mu pomagała od szmatu czasu?) jak i “wyjście” z tego świata przestępczego (od rozwalam kucykom mordy, choć równie dobrze mogę ich zabić, do “nie zabiję kucyka, nawet by ratować moich towarzyszy”). Próby tłumaczenia się Spicy z jej zachowania w scenie w młynie wypadły miałko, ale chyba też taki był zamiar więc tutaj tego nie będę uznawał za wadę.

 

 

 

 

Natomiast wszystko inne, czyli: opisy tej bandyckiej Equestrii, światotworzenie, liczne postacie poboczne, dialogi, forma czasami humor… wszystko to było wykonane dobrze. Samo światotworzenie podobało mi się notabene dużo bardziej niż w Cevalonii. Ostatecznie więc podsumowując - te dwa opowiadania mi się autentycznie podobały, były ciekawe na swój sposób i pomysł fabularny jak to poprowadzić był okej. Moje odczucia po zakończeniu lektury były jak najbardziej pozytywne.

 

Teraz, Altruistka. Przy większości opowiadań z Kresów miałem uczucie tzw. “dobrej, rzemieślniczej roboty”. Określenie to może być interpretowane jako wada bądź zaleta, zależnie od oczekiwań. Żadne opowiadanie póki co w Kresach nie zrobiło na mnie wrażenia, że jest “wybitne”  przez duże W w swej postaci. Altruistka miała szansę, ale… niestety, im dłużej myślę nad tym opowiadaniem tym bardziej umacniam się w przekonaniu, że to póki co moje największe rozczarowanie z serii.

 

Zacząłbym od tego, że prawie wszystkie zalety z pierwszego opowiadania dalej mają tu miejsce, takie jak forma, przejrzystość, relatywnie okej dialogi… ale to w sumie tyle. Zacząłbym od samego pomysłu fabularnego, który ma niestety ogromny problem.

 

Spoiler

Niestety, byłem w stanie od pierwszych stron opowiadania przewidzieć jego zakończenie. Było to oczywiste, bo używany tutaj motyw jest straszliwie już przejedzony w kulturze. Określany przez TVTropes jako “Passed-Over Inheritance” jest motywem, żeby nie było - bardzo dobrym i prawdziwym. Jeśli chodzi właśnie o “Passed-Over Inheritance”, to dla mnie w sposób mistrzowski zrobiono w Gran Torino (reżyseria Clint Eastwood). Tylko skoro tak, to czemu mam taki problem z tym motywem tutaj, a Gran Torino nie mam nic do zarzucenia (a sam film uważam za mistrzowski?). No cóż, coś w dziele kultury poza tym motywem musi być. W Gran Torino kwestia odziedziczenia tych rzeczy w sumie nie ma większego znaczenia, a film ma świetnie dialogi, sceny oraz inne różne wątki (takie jak zderzenie kulturowe, gettoizacja, przestępczość gangowa). W Altruistce jest zaś tylko jeden inny wątek, który również wypadł blado - próba uwolnienia się Silkflake od tyranicznej matki. Dlaczego moim zdaniem wypadł blado? Niech będzie to w drugim spoilerze, a ja w między czasie dodam jeszcze jeden element. Przy całym tym motywie, nie było w nim kompletnie nic unikatowego. Liczyłem po trochu, że skoro użyto tak zdartego motywu, to będzie jakiś ciekawy twist, np. “któryś z członków rodziny zmarłej staruszki w wyniku zażądania badań o poczytalności psychicznej w trakcie spisywania testamentu sprawi, że jednak Silkflake nic nie dostanie, choć było blisko”. Nic  takiego nie było.

 

No i kolejny problem. Szczerze, zacząłem już zwracać na to uwagę w pierwszym opowiadaniu “O szyby deszcz dzwoni”, ale wtedy to przy komentowaniu pominąłem, bo wydawało mi się to mało istotne. Teraz jednak przeczytałem kolejne opowiadanie w którym znowu mamy to samo. Tak więc przechodząc do rzeczy:

Spoiler

 

Postacie wrzeszczą za dużo, do tego stopnia, że traci to jakikolwiek emocjonalny efekt na pisanych scenach. Jeśli Blossom wrzeszczy, wydziera się, woła, lub po prostu w zdaniu jest wykrzyknik sugerujący podniesiony głos, to ja naprawdę w pewnym momencie przestaje to rejestrować i nie robi to na mnie kompletnie żadnego wrażenia (podobnie zresztą też Silkflake gdy przychodzi do kłótni jej z matką). I to samo też tyczy się “O szyby deszcz dzwoni”, tylko dopiero teraz spostrzegłem, że to nie jednorazowy wybryk.

 

Niestety, jak wstawisz wykrzyknik do wypowiadanej kwestii to ta nie stanie się nagle bardziej emocjonująca, a czytelnik bardziej się nie przejmie. Powiedziałbym, że wręcz kompletnie odwrotne. Jeśli postacie przez znaczącą większość czasu rozmawiają ze sobą normalnie, jak zdrowo myślące kucyki, to te bardzo nieliczne momenty w których postacie zaczynają wrzeszczeć w furii w trakcie kłótni zaczynają mieć realne odczucie na czytelniku. Ale jeśli taką scenę mam co moment… to niby co ja mam czuć?

 

Z całego opowiadania generalnie mam takie uczucie, że autor tak bardzo na siłę próbował wzbudzić we mnie emocje i robił to tak usilnie, że osiągnęło efekt kompletnie odwrotny. Antagoniści i w “O szyby deszcz…” jak i w “Altruistce” są zbyt przerysowani by traktować ich jak żywe postacie. Z każdą kolejną kłótnią miałem wrażenie, że odczuwam mniejszy “emocjonalny impakt” od tych straszliwych wybuchów emocji z dwóch stron. Sprawiło to również, że zacząłem przewidywać różne kłótnie na sceny do przodu - o, tu nie będzie wątpliwości, że Blossom jeszcze coś rąbnie bo tak. Jak były wyciągane rzeczy z plecaka to już przewidywałem, że te robótki będą wyrzucone do kosza (nietrafiłem, ale było blisko - zamiast tego je podarła).

 

No i nie powiem, że po już raz doświadczeniu skrajnie przerysowanie złej postaci Alberta dostałem w twarz drugą, niemalże taką samą postacią, kropka w kropkę, tylko nazywa się Blossom, jest tyraniczną matką, nie ojcem, i zamiast zmusić do konkretnej pracy chce zmusić do konkretnego zamażpójścia i wyboru kariery.

 

 

Ehh. Muszę przyznać, że po przeczytaniu tego opowiadania poczułem się bardzo zmęczony. Nawet nie wiem jak tu sensownie zarekomendować coś na przyszłe fanfiki. Może spróbować nie pisać tak przerysowanie złych antagonistów, że nie da się w ich wierzyć? Może warto spróbować pisać kłótnie rzadziej, a tak by naprawdę miały uderzenie? Może spróbować w ogóle nie robić kłótni, a tworzyć konflikt nie przez durne wrzeszczenie, a przez zwyczajne toksyczne docinki lub bezpośredni, a nie pośredni konflikt interesów? “””Porządny””” rodzic potrafi sprawić by dziecko zaczęło płakać bez podnoszenia głosu. W tych opowiadaniach jednak bez dodatkowych decybeli nie dają rady.

 

Ostatecznie podsumowując, o ile obydwa opowiadania o Fenrirze ostatecznie mi się spodobały, pomimo że miałem pewne wątpliwości. Nie żałuję przeczytania ich i miałem z tego przyjemność. Po Altruistce nie czułem kompletnie nic, a miałem wręcz uczucie straconego czasu, jakbym czytał właśnie streszczenie z TVTropes połączone z kiepskimi cechami poprzedniego “O szyby deszcz dzwoni”. Osobiście, dla mnie to było rozczarowanie.

 

EDIT. Zapomniałem dopisać, ale powtórzę się: na pewno przeczytanie powyższych utworów mnie nie zniechęciło i pozostałe opowiadania z serii Kresów też przeczytam i też zamierzam je skomentować. Klasycznie też, jak w poprzednim komentarzu, życzę ci Hoffman by ci się powodziło przy pisaniu tego opowiadania. 

Edited by Verlax
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hura! Przeczytałem „Poznając nowy świat” części pierwsza, a to jeszcze nie koniec tej pięknej, ale momentami nieco gorzkiej podroży, gdyż na każdej ścieżce czasem muszą zdarzyć się jakieś wyboje!

 

Nie chciałbym zbytnio się powtarzać po mojej poprzedniej „recenzji”, gdyby się tak stało, to wybaczcie, ale chciałbym napisać ten post bez czytania jakichkolwiek innych opinii, nawet własnych. (no może poza paroma wyjątkami)

 

No to zacznij od tego, że – ponownie – styl, konstrukcje zdań są fajnie. Ładnie jest to napisane, tekst wyjustowany jak należy. Sposób pisania już od dawna należy do mocnych stron autora. Ten tekst płynie tak gładko, spokojny jak sen, unosi się i opada. Nadaję lekkości podczas czytania. To jest niezmienne. Autor ma już swój styl wyrobiony i tego będzie się trzymać. Jest do tego charakterystyczny i jak przeczyta się coś niepodpisanego od Hoffmana to istnieje spora szansa, że na myśl przyjdzie mi pióro obecnie komentowanego przeze mnie pisarza. Jest tylko jeden mankament, o którym chyba nie wspominałem wcześniej. Być może tym razem rzuciło mi się to w oczy.

 

Często w tekście mamy do czynienia z „powtarzajkami”. Nie chodzi tu o styl. Zdania same w sobie brzmią nieźle. Jednak mamy tutaj powtarzane często po sobie sensy wypowiedzi, tak jakby nie wystarczyło raz o czymś napisać, tylko dostajemy kolejne opisy tego samego. Zapycha to trochę i odsuwa czytelnika od właściwej akcji. Czasami „mniej, znaczy więcej” i potok opisów może tylko osłabić wybrzmienie danej kwestii, w odróżnieniu od jednej, celnej myśli, z którą zostawiamy na moment czytelnika. W potoku słów i wszędobylskich opisów, które momentami wpychają się jak jakiś nielubiany gość do fotki grupowej, ginie ta esencja, gdyż jest zbytnio rozwodniona innymi, mniej znaczącymi informacjami. Mamy w tekście dużo szczegółowych opisów, nadszarpnięte wątki (jak np: to, że być może szykuję się wojna, bo Equestria się zbroi), a także mamy monologi, takie nieco dłuższe, które są wstawione pomiędzy dialogi postaci. Tak się nie robi. Zaburza to dynamikę wypowiedzi. Niech jakiś etap dialogu stanowi zamkniętą całość. Bo wygląda to trochę tak, jakby ktoś pauzował pilotem na telewizorze rozmowę dwóch postaci i włączał na drugim ekranie coś innego.

 

No dobrze, to teraz przejdźmy do tego, że pierwsza połowa tego tekstu jest strasznie rozciągnięta przez te opisy i budowanie klimatu miasta. To już mieliśmy na początku poprzedniej części. W ostatnim komentarzu pod tym tematem wspomniałem o tym, że początek ładnie Nam zarysowuję miejsce akcji i w kolejnym tekście znowu dostajemy to samo. W sensie, jest to budowanie klimatu, są opisy rytmu życia mieszkańców Nieghtford, ale tak na dobrą sprawę niczego istotnego się nie dowiadujemy. Bo to co, złapało mnie za serce znajdowało się gdzie tak na 12 stronie. I od tego momentu historia robi się bardzo ciekawa. Tylko no... musiałem doczłapać do tego momentu z lekkim trudem. To jest właśnie to, o czym wcześniej wspominałem. Odsuwanie tego, co najlepsze na później. Budowanie świata nie powinno według mnie wypierać budowania i przedstawienia postaci. To do bohaterów można zapałać prawdziwą  sympatiom i to z nimi można się utożsamić. To oni podejmują trudne decyzje i to im można współczuć i tak dalej... 

 

Bardzo mi się spodobało od drugiej połowy. Pod koniec czułem taką autentyczną pasję. Żeby się temu źrebakowi wreszcie udało i żeby doznał spokoju. Chciałem, że wreszcie wyrwał się z tej duchoty i nędzy, które to roztaczały się nad miastem Neigford. Poza usterkami w postaci przerywanych przez monolog dialogów, nie było niczego, do czego ja mógłbym się przyczepić. Bardzo dobra robota!

 

Dodam jeszcze, że jakiś czas temu na serwerze Discord @Verlax poruszył temat Alberta i jego szefowania w tym mieście. Mam podobne zdanie co do niego. Nie wspomniałem o tym w poprzednim poście, dlatego zrobię to tutaj. Nie chcę też powtarzać po koledzę powyżej, jedynie daję do zrozumienia, że zgadzam z Verlaxem.

 

Ta część podobała mi się bardziej od poprzedniej. Poziom jest bardzo wysoki i mam nadzieje, że będzie tylko lepiej!

 

Pozdrawiam!

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przybywam po przerwie, spiesząc z podziękowaniami za Wasze opinie, czas przeznaczony na lekturę oraz spisanie swoich wrażeń, no i ogólnie, za możliwość wzięcia udziału w starciach fanfików. Dla niezorientowanych – jest to najnowszy event organizowany w ramach Klubu Konesera Polskiego Fanfika. Zapraszam do wzięcia udziału w owym wydarzeniu, ale i dołączenia do Klubu, ogólnie, jeżeli ktoś jeszcze tego nie zrobił, bądź ma wątpliwości ;)

 

Co do samych „Kresów”, przedstawiam państwu kolejną, trzecią część „Za nieustającą walkę”, zamykającą to opowiadanie. Teraz mamy już pełen obraz stanowiącego przeciwieństwo Equestrii, opresyjnego państwa, które się rozpycha i które będzie przeciwnikiem bohaterów w nadchodzących opowiadaniach. Jednocześnie w samej Equestrii dzieją się ciekawe rzeczy. Tylko jaki jest wspólny mianownik?

Tekst znajdziecie je w pierwszym poście tegoż wątku, jak zwykle :D Kolejne opowiadanie będzie bardziej fillerowe, ale pisanie idzie dosyć gładko, toteż najpewniej ukaże się jeszcze w tym roku. Nie wiem natomiast co będzie z dalszymi opowiadaniami, w których miałyby się pojawić zebry i które miałyby rozpocząć taki bardziej przygodowy cykl w... no, cyklu. Bardzo chciałbym pokazać coś jeszcze w tym roku, ale nie wiem na ile mi pozwoli zdrowie oraz czas. Przekonamy się.

 

 

@Coldwind

Całość w jedną dobę? Imponujące tempo i w tym sensie czuję się troszkę zawstydzony, ale i zaskoczony :) Nie przypuszczałem, że w ciągu tygodnia, przed pojedynkiem, uda się komukolwiek uporać z całością, bo przecież nie mogła to być ani jedyna, ani najważniejsza rzecz do zrobienia. Rozpocząć lekturę, to tak. Materiału tyyyle zdołałem naprodukować.

 

Dlatego też bardzo dziękuję za poświęcony czas oraz pochwały, mam nadzieję, że „Kresy” staną na wysokości zadania, kiedy, w miarę rozwoju fabuły, świat będzie rozszerzany, pojawią się nowe wątki, postacie, ale i pewne zagadki. Cieszę się, że klimat dał się poczuć, no i ogólnie, że tak Cię mój fanfik wciągnął. Doceniam to i z ciekawością będę czekać na kolejne Twoje opinie. Oczywiście najchętniej do końca tego roku rozkręciłbym fabułę w tym sensie, że napisałbym co nieco o zebrach i spróbował napisać coś bardziej przygodowego, ale liczę, że nawet jeśli zajmie mi to więcej czasu, to jednak wytrwasz do tego momentu. Jak napisałeś  prze bohaterami jeszcze długa droga ;) Jestem ciekaw jak wypadnie ten nowy kierunek, w którym pójdzie fabuła.

 

 

Generalnie, jeżeli chodzi o rzeczy, na które zwrócił uwagę @Verlax, chciałbym zakomunikować, iż omówiliśmy to na Discordzie, jako że forum miało awarię niedługo po napisaniu jego najnowszego posta w tymże wątku, a którego to posta zdążyłem przeczytać. Generalnie porozmawialiśmy o różnicach w naszym podejściu do tekstów, o ekspresywności występujących u mnie postaci oraz innych rzeczach, które wynikają z mojego podejścia, upodobań i wyobrażeń, a które niekoniecznie mogą przypaść do gustu wszystkim.

 

Są jednak kwestie, których chciałbym na łamach forum bronić i teraz to nich przejdę, ale postaram się tym razem zwięźlej (jak to się skończy chyba sami już przeczuwacie :P).

 

Podnosząc temat Alberta – zapoznawszy się z przytoczonymi argumentami rozumiem, że może on wypadać niewiarygodnie jako osoba przewodząca miejscowości na południu i że może się to wydawać wielce nielogiczne, naciągane, że ktoś taki był w stanie utrzymać władzę tak długo. Że kucyki go słuchają, chociaż nie darzą go szczególną sympatią. Że to w ogóle działa i tak dalej, i tak dalej.

Natomiast, jeżeli chodzi o jego postać, jako ojca rodziny oraz jego relacje z najbliższymi, a także ogólną atmosferę panującą w jego domy, między nim a Henriettą chociażby, absolutnie nie mogę się zgodzić, że jest to „absolutne moralne dno”, bo chociaż nie jest dla nich dobry i wiele mu do ideału brakuje, to jednak z drugiej strony do owego dna również mu brakuje. Powiem nawet, że, bazując na własnych doświadczeniach oraz obserwacjach, jego zachowanie da się jeszcze tolerować.

 

Natomiast dlaczego w opowiadaniach ta postać powraca i, tak to ujmę, wskazuje się, że mieć może jakiś pozytywne cechy (tak o nim wypowiadają się dane postacie, czy wspomina o tym narrator, nawiązując do punktu widzenia określonej postaci) – bo to jest dosyć życiowe. Południe jest, w zależności od regionu, w różnym stopniu przeciwieństwem Equestrii. W Neighfordzie klacze są zależne od ogierów, w miejscowości tej powszechne są różne patologie, uzależnienia. Zostało to podane w tekście.

Takie środowisko sprzyja opresyjnym relacjom w rodzinie, a które są umacniane przez dalsze trwanie w takim otoczeniu oraz uzależnienia emocjonalne. Pomimo XXI wieku, jest to dosyć powszechne, że partnerka jest zapatrzona w partnera, czy też jest z nim pomimo jego wad i tego jak ją traktuje, nie tylko przez brak innych perspektyw, wsparcia z zewnątrz, ale także przez uzależnienie emocjonalne. Potomstwo również może stać się uzależnione od jednego, czy obojga rodziców, na tym samym tle. Prowadzi to do tego, że często się usprawiedliwia różne przywary, czy zachowania. Jest się po prostu z tą osobą, pomijając krzywdę, czy przykrości, jakie może ona wyrządzić. A każda karczemna awantura na drugi dzień się rozchodzi po kościach, nie było sprawy.

 

No i tak to trochę funkcjonuje w fanfiku. Henrietta jest w jakimś stopniu uzależniona emocjonalnie, ale również coś do niego czuje, jest też w pewnym stopniu związana z ziemią. Dzieci mają wpojone, że trzeba trzymać z rodziną, ojciec jest jaki jest, ale to ojciec. Uprawiany jest trochę taki „kult”, w tym sensie, że nie zadaje się pytań, tylko się przyjmuje członków rodziny takimi jacy są, niezależnie od tego jak potrafią zranić. Przez to chociażby dzieci są gotowe usprawiedliwiać różne rzeczy, czy doszukiwać się jakichś dobrych chęci, czy cech. Warto wspomnieć też o tym, że w tak młodym wieku potrzeby przynależności i miłości mogą wyprzeć np. potrzebę bezpieczeństwa, stąd dzieci są emocjonalnie związane z rodzicami, nawet jeżeli doświadczają z ich strony przykrości. I jeśli wyrastają w takim środowisku, to potem po pierwsze bardzo ciężko jest im się "oduczyć" pewnych schematów, a po drugie, potrafią patrzeć w przeszłość z pewną nostalgią dostrzegając w postawach rodziców pewne wcześniej niezauważone "zalety".

Czasami jeszcze jest tak, że, stając po stronie opresyjnego partnera, matka jest gotowa przedłożyć jego dobro ponad własne, a także dzieci. Akurat Henrietta taka nie jest, jest bardziej mediatorką, stara się to naprawiać, czy łagodzić, chociaż częściej jest to walka z wiatrakami. Ale robi to dalej. Dlaczego? Najwyraźniej ma swoje powody. Czy też ja jeszcze nie zacząłem pewnych tekstów pisać, ale to melodia przyszłości.

 

Dziękuję tutaj @Tricowi, za wspomnienie, że kolejne opowiadania rzucają nieco światła na to jak Albertowi udaje się utrzymać władzę (chociaż przyznaję, są to raczej wstawki, dosyć lakoniczne tłumaczenia wplecione w poszczególne akapity), ale także na to, że napomknął co się dzieje potem i jak się to hersztowanie skończyło. Do tej pory nikt z rodziny nie miał za bardzo wyboru, a pozycja Alberta symbolizowała pewien komfort, który pozwalał mu uskuteczniać pewne zachowania. Teraz rodzina ma wybór, a on nie ma komfortu. I jest to jeden z nowszych wątków, chociaż nie „najgłówniejszy” i którego jeszcze nie napisałem w całości. Nie ma już Neighfordu, jest Equestria – inne środowisko, promowane inne wzorce i zwyczaje. I albo się Albercik zmieni, albo na stare lata zostanie sam, bo rodzina już nie jest do niego uwiązana, Henrietta ma wybór, a dzieci stają się samodzielne. Takie rzeczy również się zdarzają. Często dramat potrafi trwać latami, ale czasem na końcu jest leczenie, terapia, naprawa stosunków.

 

Tak jak pisałem – jest to opowiadanie między innymi o relacjach, stąd też taka jest główna rola Alberta, jako postaci, hersztowanie to bardziej tło, ale zgoda, rozumiem i przyjmuję do wiadomości dlaczego ten aspekt nie wypada tak dobrze.

 

Trochę podobnie jest w wypadku Vibrant Blossom, jej zaborczości, agresji itp. Z tym, że ona po prostu ma pewne wygórowane oczekiwania względem córek oraz, w swym tunelowym myśleniu, jest przekonana, że tylko ona ma słuszność i wie co jest dla nich najlepsze. Zwłaszcza, że w tle jest pogoń za pieniądzem i chęć przypodobania się określonej społeczności. Wstrzelenie się w pewne środowisko. Jest to rzecz, którą znam, chociaż w tym przypadku w całości z relacji znajomych i przyjaciół.

 

Od razu chciałbym zwrócić uwagę na rozdzielenie dwóch kwestii oraz wyodrębnienie dwóch skali,skąd też wydaje mi się, że powyższe rzeczy nie wymagają odpowiedzi oraz dalszej dyskusji. Przyjmuję do wiadomości i rozumiem dlaczego w szerszej skali hersztowanie Alberta oraz jego relacje z mieszkańcami Neighfordu wypadają niewiarygodnie, a gdzie i jak mogłem to poprawić. W sumie, to zacząłem przeglądać kolejne teksty i zwróciwszy na to większą uwagę, dostrzegam podobne błędy co może za jakiś czas ostatecznie skłonić mnie do pewnych poprawek, czy rewizji. Ubisoft (wówczas nazywany Ubivalem), chyba za czasów „Heroes V”, miał bodajże takie powiedzenie/ politykę „Patching Eternal”, myślę, że u mnie może to być coś podobnego ;)

 

Natomiast w skali mniejszej, ja zawęziłem relacje do osób najbliższych i w tym sensie chcę zaznaczyć, że nigdy nie zgodzę się, że to wypada niewiarygodnie, bo niewiarygodnie wypadać nie może skoro sam od lat się z tym stykam co jakiś czas w realnym świecie, czy to osobiście, czy jestem świadkiem pewnych zdarzeń, czy też dowiaduję się o czymś od osób, którym ufam. Nie wspominając już o tym, że w różnych miejscach co jakiś czas pojawiają się publikacje na ten temat.

 

Co do kolejnych tekstów oraz cennych uwag na ich temat:

 

Osobiście nigdy nie odczułem, jakoby motyw dziedziczenia jakiegoś dobra był wyeksploatowany do poziomu jakiejś kliszy. W ogóle, pojęcie „kliszy” bywa jak dla mnie coraz częściej nadużywane, aż niebawem strach będzie poruszyć jakikolwiek znany już motyw, choćby w najmniejszym stopniu. W ogóle, mam dosyć wysoką tolerancję dla znanych rozwiązań, może to dlatego.

Ale nie ma sprawy, rozumiem. Twistu żadnego nie mogło być, gdyż opowiadanie to miało wyjaśnić jak to się stało, że w tak młodym wieku Silkflake miała już własny domek w Dodge City. „Samotny pegaz na rozdrożu” jest rewritem opowiadania konkursowego bodajże z VII Edycji Konkursu Literackiego (2013 rok) i pojawiło się przed „Altruistką”. Na tamtym etapie jeszcze nie miałem planu fabuł dla serii, tylko luźny koncept.

 

Osobiście nie widzę też, by przytoczony element kreacji Fenrira był jakimś szczególnym problemem. Są postacie takie jak np. Spicy, które zabijają i wiadomo z góry, że będą zabijać, a jest np. Fenrir, który jest, nazwijmy to, usatysfakcjonowany poturbowaniem oponenta, ale żeby odebrać komuś życie, to nie. On ma po prostu jakieś wyrzuty i odruchy, nie wiadomo z góry co zrobi ani jak się zachowa. Nawiasem mówiąc, na tym etapie Fenrir samego siebie jeszcze odkrywa, nadaje się do bicia, zabijania potworów bardziej. Inna sprawa, że on sam w sobie, nie jest za kumaty.

Walki uliczne to swoją drogą, oczywiście, że ryzyko śmierci czy kalectwa jest wysokie, ale z drugiej strony, zanim boks zawodowy został objęty ściślejszymi regulacjami, sport ten również niósł za sobą wysokie ryzyko, może niekoniecznie śmierci, ale kalectwa. A jestem święcie przekonany, że przytłaczająca większość tych zawodników poza ringiem nie mogłaby zabić człowieka. Jasne, że to nie to samo, ale mi chodzi o pewien model. Zabicie kogoś to nie jest taka prosta sprawa, a Fenrir, jak zostało już podkreślone, się do tego kompletnie nie nadaje. Na tym etapie to on leczy kompleks niższości, chce manifestować jaki to nie jest silny, a przy tym desperacko próbuje zaspokoić swoją potrzebę przynależności.

 

No cóż, zdaje się, że to by było wszystko, czym chciałem się podzielić na łamach forum. W każdym razie, dziękuję serdecznie za uwagi oraz krytykę, cieszę się, że nawet „Altruistka” nie zniechęciła Cię do dalszego czytania, toteż czekam w napięciu na kolejne opinie oraz spostrzeżenia.

 

 

@Grento YTP

Dziękuję za komentarz, cieszę się, że znalazłeś w tekście tyle pozytywów, ale również biorę na poważnie wskazane wady oraz inne uwagi. Generalnie, pamiętam, że kwestia zbyt obszernych opisów (i przez to „zamulających" akcję, czy dialogi) przewinęła się po raz pierwszy jeszcze przy moim opowiadaniu z Trixie, ale nadal jest aktualna i możemy o niej dyskutować. Akurat te opowiadania, one mają już swoje lata i powstawały jeszcze zanim po raz pierwszy zwróciłeś mi uwagę na precyzję przekazu, na tę esencję.

 

Myślałem, że pomału zaczynam pozbywać się pewnych nawyków, ale teraz tak patrzę na nowe kawałki i w sumie nadal są dosyć obszerne :/ Wprawdzie nie musi to oznaczać, że dalej akcja muli, tylko po prostu wychodzą długie, ale wciąż, mam teraz mieszane odczucia. Wygląda na to, że będę potrzebował więcej praktyki, bo na razie wciąż mam obsesję, że jeżeli poucinam tu i tam, wówczas nie przekażę idealnie tego co mi chodzi po głowie. A jest to dla mnie dosyć ważne. Jestem ciekaw jak ocenisz pod tym względem kolejne opowiadania i czy ów mankament będzie mniej-więcej równo rozłożony, czy zdarzą się kawałki pozbawione tego problemu. Byłoby dobrze – wróciłbym do danego tytuł i spróbował zrobić sobie z tego taki template.

 

Ale ogólnie, dziękuję za pochwały oraz cenne uwagi. Doceniam to i biorę pod uwagę, chociaż kiedy piszę, to ten mój mocno zorientowany na opisy styl bywa silniejszy niż... Cóż, cokolwiek, co mogłoby mi zasygnalizować, że nieco zaburzam tempo akcji. Postaram się przy tym podziałać ;)

 

 

Pozdrawiam!

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na przykład o Białymstoku mówi się, że alkoholizm jest na porządku dziennym, takie jest życie i nikogo to nie dziwi. Zastanawia mnie, czy Glepnir za jakiś czas nie zmieni zdania o ojcu i sam się zacznie tak zachowywać. Patologie często się reprodukują. Ale byłoby lepiej, gdyby los był bardziej łaskawy dla tej rodziny.

 

Jeśli chodzi o Fenrira - to zależy od wybranego punktu widzenia. Tak naprawdę ofiarami byli niewinni mieszkańcy, których żołnierze bronili przed jego kompanami;  Podpalenie miasta to ogromna przesada, skoro on i tak wiedział że źle robił to nic dziwnego, że się zawahał.

 

Może napisz od nowa to świąteczne opowiadanie konkursowe, bo teraz znacznie odstaje ono od reszty.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moje komentarze w tym wątku coraz częściej przybierają formę ścian. Napisanie tego konkretnego posta było dosyć męczące dlatego tym razem tylko krótko odpowiem na twój poprzedni @Hoffman. Gdybym nie wyczerpał materiału albo czegoś nie podjął, możesz mnie złapać na Discordzie i w szczególikach przeróżnych możemy to przedyskutować bardziej dokładnie.

 

Co do postaci Alberta, dalej niespecjalnie mnie przekonałeś. Jeśli:

 

Cytat

 

Natomiast dlaczego w opowiadaniach ta postać powraca i, tak to ujmę, wskazuje się, że mieć może jakiś pozytywne cechy (tak o nim wypowiadają się dane postacie, czy wspomina o tym narrator, nawiązując do punktu widzenia określonej postaci) – bo to jest dosyć życiowe. Południe jest, w zależności od regionu, w różnym stopniu przeciwieństwem Equestrii. W Neighfordzie klacze są zależne od ogierów, w miejscowości tej powszechne są różne patologie, uzależnienia. Zostało to podane w tekście.

 

Takie środowisko sprzyja opresyjnym relacjom w rodzinie, a które są umacniane przez dalsze trwanie w takim otoczeniu oraz uzależnienia emocjonalne. Pomimo XXI wieku, jest to dosyć powszechne, że partnerka jest zapatrzona w partnera, czy też jest z nim pomimo jego wad i tego jak ją traktuje, nie tylko przez brak innych perspektyw, wsparcia z zewnątrz, ale także przez uzależnienie emocjonalne. Potomstwo również może stać się uzależnione od jednego, czy obojga rodziców, na tym samym tle. Prowadzi to do tego, że często się usprawiedliwia różne przywary, czy zachowania. Jest się po prostu z tą osobą, pomijając krzywdę, czy przykrości, jakie może ona wyrządzić. A każda karczemna awantura na drugi dzień się rozchodzi po kościach, nie było sprawy.


 

 

Problem z tą obroną tej postaci jest taki, że akurat te argumenty są celne, tylko szczerze - ja nie czuję by to było tak mocno zaznaczone w samym opowiadaniu, jeśli w ogóle. Nie kojarzę by jakakolwiek postać poza może Henriettą miała jakikolwiek dłuższy fragment poświęcony temu “co ja właściwie sądzę o Albercie” co pozwalałoby zrozumieć ich punkt widzenia (i przez dłuższy fragment mam na myśli porządne kilka akapitów myśli postaci w których próbuje pogodzić i dojść do wniosku jak właściwie rozumie postać Alberta). Więc o ile w tym cytacie co tu dałem oraz również w części akapitów poniżej dajesz dobre argumenty, ja nie jestem do końca pewny czy w samym opowiadaniu te wątki są rzeczywiście tak zarysowane jakbyś chciał.

 

Cytat

Ale nie ma sprawy, rozumiem. Twistu żadnego nie mogło być, gdyż opowiadanie to miało wyjaśnić jak to się stało, że w tak młodym wieku Silkflake miała już własny domek w Dodge City. „Samotny pegaz na rozdrożu” jest rewritem opowiadania konkursowego bodajże z VII Edycji Konkursu Literackiego (2013 rok) i pojawiło się przed „Altruistką”. Na tamtym etapie jeszcze nie miałem planu fabuł dla serii, tylko luźny koncept.

 

W takim razie moje czepialstwo w tej sprawie jest trochę bezcelowe. Jednak nie mogę też nie powiedzieć, że nadal opowiadanie było do bólu przewidywalne i było mocno “meh”. W każdym razie, rozumiem czemu takie podejście.

 

Cytat

 

Osobiście nie widzę też, by przytoczony element kreacji Fenrira był jakimś szczególnym problemem. Są postacie takie jak np. Spicy, które zabijają i wiadomo z góry, że będą zabijać, a jest np. Fenrir, który jest, nazwijmy to, usatysfakcjonowany poturbowaniem oponenta, ale żeby odebrać komuś życie, to nie. On ma po prostu jakieś wyrzuty i odruchy, nie wiadomo z góry co zrobi ani jak się zachowa. Nawiasem mówiąc, na tym etapie Fenrir samego siebie jeszcze odkrywa, nadaje się do bicia, zabijania potworów bardziej. Inna sprawa, że on sam w sobie, nie jest za kumaty.

 

Walki uliczne to swoją drogą, oczywiście, że ryzyko śmierci czy kalectwa jest wysokie, ale z drugiej strony, zanim boks zawodowy został objęty ściślejszymi regulacjami, sport ten również niósł za sobą wysokie ryzyko, może niekoniecznie śmierci, ale kalectwa. A jestem święcie przekonany, że przytłaczająca większość tych zawodników poza ringiem nie mogłaby zabić człowieka. Jasne, że to nie to samo, ale mi chodzi o pewien model. Zabicie kogoś to nie jest taka prosta sprawa, a Fenrir, jak zostało już podkreślone, się do tego kompletnie nie nadaje. Na tym etapie to on leczy kompleks niższości, chce manifestować jaki to nie jest silny, a przy tym desperacko próbuje zaspokoić swoją potrzebę przynależności.

 

 

Generalnie, koncept niższości jest świetnym argumentem z twojej strony (podobnie jak to, że Fenrir jest trochę głupi), tylko mam podobną wątpliwość jak miałem wyżej - czy na pewno ten koncept niższości był tam tak mocno zarysowany? Bo ja pamiętam tylko, że nie cierpiał, że nie dostawał normalnych zleceń od gildii no i można było coś wyczuć, że ma zazdrość o niektóre elementy szkolenia walki. Ale właśnie - nie miałem wrażenia, że ten kompleks niższości tutaj pomagał tu tłumaczyć to mordobicie, możliwe że dlatego że sam wątek nie został popchnięty mocniej.

 

Generalnie to dosyć spory problem i sam się na tym łapałem, że między innymi przy naszej dyskusji pod KSem, że miałem niby świetne i dobre argumenty tłumaczące czemu coś jest w opowiadaniu tak, a nie inaczej, ale potem miałem drugie myśli - “czy aby na pewno to co powiedziałem w argumencie w ogóle było tak podkreślone w opowiadaniu by dało się to spostrzec i odnotować?”. Mam podobną myśl tutaj jak czytam Kresy.

 

----------------------------

 

Przechodzimy do dwóch kolejnych opowiadań: “Shhh! To sekret!” oraz “Tajemnica Białego Bazyliszka”. Zacznę prosto z mostu - obydwa opowiadania mi się bardzo podobały i poczułem ogromny skok jakości jeśli chodzi o prowadzenie fabuły. Po raz pierwszy będę miał naprawdę problem z wyznaczeniem jakichkolwiek wad.

 

Zacznijmy od “...To sekret!”. Wszystkie zalety jakie wymieniałem w pierwszym poście dalej są obecne, ale tym razem chciałbym podkreślić coś innego. W tym one-shocie mamy kluczową dawkę world-buildingu, która bardzo poprawiła odbiór Cevalonii. Pierwsze strony tego opowiadania bardzo rozbudowały tę krainę i zrobiły to w bardzo dobry sposób. W sumie to jest zabawne, bo te opisy nie miały potem większego przełożenia na to co właściwie w opowiadaniu się działo jak i na jego główny wątek, a mimo tak była to chyba moja ulubiona część fanfika. Po dłuższym zastanowieniu, nie byłem w stanie niczego określić czego mógłbym się sensownie przyczepić i stąd też - nie mam nic do dodania. Gratuluję - naprawdę ci to wyszło.

 

“Tajemnica Białego Bazyliszka” również moim osobistym zdaniem była na poziomie wyżej niż poprzednie opowiadania z tej serii. Klasyczne zalety dalej są, a sama przemiana Fenrira, polowanie na bazyliszka jak i generalnie cały koncept opowiadania wypadły naprawdę dobrze. Natomiast mam dwa… hmm… “spostrzeżenia”. Nie są to wady w żadnym stopniu, tylko coś co pobudziło mnie do przemyśleń.

 

Spoiler

Bardzo lubisz Herosy i to widać trochę za bardzo (uśmiech). Magiczna strzały, błyskawice, implozje, ważki które rozpraszają magię, no nie powiem - ładnie. Jako wielki fan i Heroes III i Heroes V czytałem kolejne nawiązania z uśmiechem. Nie powiem, że one dodały coś pozytywnego czy negatywnego do fanfika. Osobiście uważam, że system magiczny z tego uniwersum jest nudny i lepiej pójść coś w autorskiego, ale to samemu opowiadaniu nic nie odbiera. Sam preferuję system z Dominions 5 jako najbardziej kompleksowy, a jednocześnie zarówno interesujący i ciekawiej pasujący do realiów.

Spoiler

 

O ile samo opowiadanie mi się bardzo podobało, gdzieś z tyłu głowy miałem dwie myśli na temat tego czy w samym koncepcie opowiadania nie ma dwóch problemów, które nie tyczą się tego co generalnie w opowiadaniu jest, tylko jak ono zostało obmyślane.

 

Pierwszy z nich - czy nie lepiej było by Fenrir przeżył tę przemianę zaraz po spaleniu miasta i zerwaniu ze Spicy? Czy nie miałoby to lepszego uderzenia emocjonalnego i jednocześnie nie miałoby więcej sensu biorąc pod uwagę jak dramatyczne były wydarzenia z “Piątku trzynastego”?

 

Drugi z nich - czy akurat tak istotny plot point, jak przemiana wewnętrzna głównego bohatera musiała być dokonana przez elementy fantastyczne (Czeluść, biały bazyliszek). Jak bardzo lubiłem alegorycznej podróży przez jaskinię, rozmowę z własną świadomością i tak dalej to dalej mi gdzieś dudniło w głowie - czy fakt, że zrobiono cały ten motyw przez elementy czysto fantastyczne i magiczne nie odbiera wartości postaci Fenrira? Że zamiast samemu dojść do tej przemiany potrzebował magicznej interwencji?

 

 

Jak wspomniałem, to bardziej spostrzeżenie niż wady. Nie odebrały mi one przyjemności z czytania i ostatecznie po przeczytaniu jestem bardzo zadowolony. Te dwa opowiadania zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie i po przerwie będę się brał za kolejne z serii.

 

Pozdrawiam

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam ponownie po przerwie ;)

 

Chciałbym szybko podzielić się jedną rzeczą z @Verlaxem. To i owo omówiliśmy niedługo po ostatnim poście na Discordzie, ale ostatnio pewna kwestia do mnie wróciła i w sumie trochę o niej myślałem, a teraz jest dobra okazja, by to napisać. Uznałem, że mogłoby się to znaleźć w wątku, aby i inni wiedzieli. A chodzi mi o argumenty oraz wątpliwość, czy aby na pewno wynikają one z treści fanfika.

 

Zacznę od tego, że, o ile pisząc mam w głowie konkretne rzeczy i w jakimś stopniu próbuję sformułować tekst tak, aby rzeczy wynikały z siebie, o tyle lubię zostawiać za sobą pewne niedopowiedzenia, tworząc tym samym pewne pole do własnej interpretacji, czy snucia teorii. Nie wiem jak Ty, ale zawsze lubiłem różne vlogi przybliżające teorie czy domysły dotyczące danego dzieła i zawsze myślałem o tym, jak by było świetnie poczytać trochę czyichś teorii na temat własnych opowiadań i postaci, a na podstawie pozostawionych przez siebie poszlak. Co do jednych pewnie bym wiedział doskonale jak jest naprawdę, bo miałbym w planach dopowiedzenie tego i owego, a co do innych - niekoniecznie. Poza tym, publikując teksty tutaj, mamy platformę dyskusyjną w postaci forum czy serwera na Discordzie, gdzie możemy wymieniać się pytaniami i wyjaśniać sobie poszczególne aspekty danych tytułów. To jest dla mnie drugie, choć nie podstawowe źródło informacji na temat szczegółów fanfików, bo nie uważam, że z tekstu powinno wynikać absolutnie wszystko. A przynajmniej nie od razu. Gdyby tłumaczyć każdą drobnostkę, myślę, że czytelnik zgubiłby wątek, rozmyłby się mu obraz świata przedstawionego, a w ostatecznym rozrachunku nieźle byśmy go zanudzili.

Przywołałeś naszą dyskusję w wątku z "Krwawym Słońcem" - nie wiem czy obiektywnie przytoczone wówczas przez Ciebie argumenty faktycznie klarownie wynikają z treści opowiadania, tylko ja jestem mało rozgarnięty, ale na pewno wiem, że wielu rzeczy (głównie co do sensu postaci Rising Storma) dowiedziałem się drogą rozmowy z Tobą na forum i na Discordzie, i uważam, że jest to absolutnie świetne. Tak tutaj, jak i w innych przypadkach, można rozmawiać, można się dowiadywać bezpośrednio od autora. Myślę też, że żaden twórca nie jest w stanie przewidzieć absolutnie każdej wątpliwości, czy uwagi jaką mogliby mieć potencjalni czytelnicy, czy czytelniczki ;) Dlatego dobrze jest mieć gdzie się wygadać.

 

Ale to tak bardziej w ramach ciekawostki, gdyż podniesione przez Ciebie kwestie są raczej zagadnieniami podstawowymi, fundamentami fabuły i świata, toteż nie powinny podlegać teoretyzowaniu i tym podobnym. Na pewno moje podejście wówczas (dzisiaj w sumie też, do pewnego stopnia) wpłynęło na kształt kolejnych akapitów.

 

No dobra, jeszcze dwie rzeczy:

1. Co do Heroesów - zgadza się :) Uważam, że tamtejszy jestem zaklęć jest bardzo prosty, można się go (za)szybko nauczyć na pamięć, lecz nie wydaje mi się by sam w sobie, od początku, był nudny. Kwestia implementacji. Powiedziałbym, że system ten ma niezły potencjał (mam na myśli trzecią część), ale został on zrealizowany w taki sposób, że bardzo szybko się nudzi, gdyż po osiągnięciu mistrzostwa w danych dziedzinach magii (co zresztą zbyt czasochłonne nie jest), sprowadza się to do spamowania kilkoma czarami, reszta ma dosyć okazjonalne zastosowanie. A przynajmniej ja to tak zapamiętałem po latach. Uznałem, że w ramach mrugnięć okiem sprawdzi się to doskonale. Na dłuższą metę pewnie będę próbować napisać coś swojego, ale nie zdziwię się, jeżeli wyjdzie z tego coś, co już było, tylko ja gdzieś sobie zaspałem. Sporo już wymyślono, ale próbować zawsze warto.

2. Dziękuję za spostrzeżenia, wydają mi się one całkiem interesujące. Co do przemiany Fenrira i co ją nakręciło - rzeczywiście udział "sił wyższych", ale głównie chodziło o to, że nagle doznał on wizji ze swymi rodzicami, których dawno stracił i wówczas coś w nim pękło. Chłop ma na tym punkcie trochę obsesję. Co zresztą będzie miało niebanalne znaczenie potem. Ale bez spoilerów. Nigdy nie wydawało mi się, że urządzane przez Spicy bałagany byłyby lepszym zapalnikiem dla tego typu zdarzeń.

 

 

W porządku, pora przejść do aktualizacji wątku, a więc kolejnego i zarazem ostatniego w tym roku opowiadania - "Żegnajcie, dawne dni". Mówiąc szczerze, to właściwie tytuł roboczy, ale został z braku lepszego rozwiązania. Najwyżej kolejny tekst będzie miał w tytule coś z przywitaniem i się to wtedy ładnie skomponuje ;) Niemniej jest to filler i zakończenie poświęconej nowej Cevalonii części historii. Zobaczymy co tam słychać u znajomych postaci, powróci kilka kucyków, które wydawały się postaciami "jednorazowymi", trochę smutnych przemyśleń, trochę dziwnych sytuacji, trochę miziania się ;P

Następnym razem bankowo ruszymy do Zebryki, poznamy nowe, pasiaste postacie i przeżyjemy parę przygód. Możliwe jest też, że zanim to nastąpi, rzeczywiście powrócę do starych tekstów, chociaż bardziej po to, by wyszukać kiedyś niezauważone błędy, powtórzenia, potknięcia, takie tam. Możliwe, że faktycznie zastanowię się nad nową wersją "Spełnienia życzeń", gdyż nawet w obecnym rozszerzeniu ciągle brzmi jak opowiadanie konkursowe z zamierzchłych czasów, kiedy jeszcze tylu rzeczy i opowiadań nie było. No, ale tak czy owak - nowy tekst znajdziecie w pierwszym poście niniejszego wątku. Za prereading i pomoc dziękuję serdecznie @Foleyowi :D

 

 

No i, ponieważ nie wiem jak to będzie z moją aktywnością w sieci w najbliższych dniach, chciałbym już teraz złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia świąteczne, ze szczególnym uwzględnieniem zdrowia, radości, trafionych prezentów, inspirującej atmosfery, no i ogólnie - spełnienia marzeń wszystkim, udanego wypoczynku, hucznego Sylwestra i kolejnego roku, lepszego od poprzedniego :D

 

Pozdrawiam!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Restore formatting

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.