Skocz do zawartości

Obsede

Brony
  • Zawartość

    224
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    23

Obsede wygrał w ostatnim dniu 6 Listopad 2025

Obsede ma najbardziej lubianą zawartość!

1 obserwujący

Kontakt

  • Discord ID
    Obsédé#2898

Ostatnio na profilu byli

Blok z ostatnio odwiedzającymi jest wyłączony i nie jest wyświetlany innym użytkownikom.

Obsede's Achievements

Kucyk

Kucyk (4/17)

62

Reputacja

  1. Seria niepowiązanych ze sobą opowiadań z serii „Apokalipsa” sprawiła, że poczułem się zdołowany i smutny. Uśmiech zagościł na mojej twarzy dopiero, gdy już nie musiałem ich czytać. Ktoś mądry, ktoś uważny zapewne by zapytał, dlaczego nic tych opowiadań nie łączy? Przecież łączy je świat. A ja odpowiem, że fakt, że w dwóch opowiadaniach z czterech przewija się Canterlot, to trochę dla mnie za mało, żeby uznać, że te opowiadania jakoś usiłują zarysować świat dla czytelnika. Dość powiedzieć, że nawet to, co czeka kucyki wchodzące do Canterlotu jest inaczej przedstawione i nie wiadomo dokładnie, z czego te różnice wynikają. Seria „Apokalipsa” składa się z czterech opowiadań. Teoretycznie łączy je świat. W praktyce jednak nie udało się, moim zdaniem, wykreować autorowi spójnego obrazu zniszczonej magiczną bronią Equestrii. Apokalipsy przypominające Fallouta, czy też Stalkera są w fandomie MLP:FiM dość podobne. Różnią się raczej detalami. Gdzieś pomiędzy nimi znajduje się chyba kucykowe Metro, bardziej realistyczne niż Fallout, ale nie zakorzenione w jednym miejscu, jak np. Stalker. Każda z tych ma jakieś powiązania z uniwersum, na którym bazuje. „Apokalipsa” nie ma tych powiązań. Nie mogę napisać, że używanie przez kucyki broni palnej, do czegokolwiek upodobania tego fanfika. Opowiadania dzieją się w różnych miejscach, być może różnym czasie, jak sądzę w kilkanaście lat po zagładzie, gdyż budynki nie są bardzo zniszczone przez klimat, czy rozrost roślinności etc. Każdy fanfik ma innego bohatera lub bohaterów. Każdy jest inny, ale tak w zasadzie wszyscy umierają albo wkrótce umrą. Autor nie zostawia tutaj dużego pola do interpretacji odnośnie do ich dalszych losów. Po zapoznaniu się z ich historiami byłem już tak zdołowany, że jeszcze jedna i bym jako wody po goleniu użył wódki albo zrobił coś szalonego jak np. wypił radlera 3,5%. Może tak mocna dawka alkoholu sprawiłaby, że przestałbym bym myśleć o tym fanfiku. Jednak nie o rychłą śmierć bohaterów mam do autora pretensję. Mam pretensję o to, że absolutnie nic mnie ona nie obchodzi, bo ci bohaterowie mnie nic nie obchodzą. Mam wrażenie, że widzę tutaj zabieg wyjęty z niektórych anime, które chcą opowiedzieć emocjonalną historię tylko, że na poznanie bohatera dają widzowi jeden lub dwa odcinki. Tutaj mamy nieco gorzej, bo góra dziesięć stron. Pierwszy z fanfików z serii „Dzień i nic” jeszcze dodatkowo rozbija tych kilka stron na kilku bohaterów znajdujących się w różnych miejscach i w różnym czasie. W efekcie powstaje przysłowiowy „burdel”. Z tych historii, chyba najlepsza jest trzecia pod tytułem „Nienazwani” opowiadająca o pewnym żołnierzu wraz z towarzyszami penetrującymi Canterlot. Zakończenie jest co prawda otwarte, ale to nic nie zmienia, bo wiadomo, jakie ono będzie. I chyba właśnie ta przewidywalność, te podobieństwa losów wszystkich postaci, pomimo że wiele zdaje się je różnić, powoduje, że bardzo szybko odechciewało mi się czytać fanfika i robiłem to tylko z obowiązku. Strona literacka nie jest najgorsza, chociaż zauważalne są literówki, braki w interpunkcji i powtórzenia. Jest to też fanfik brutalny: Fanfik jest dołujący, ale nie w dobrym sensie tego słowa. Jest dołujący, bo w niczym nie zaskakuje, w niczym się nie wyróżnia. Wszystko jest złe, wszystko się rozpada, wszystko umiera. Nie ma żadnego kontrapunktu, niejednoznaczności etc. Dlatego go odradzam. Po prostu szkoda czasu. Akurat dobrych fanfików postapo w polskim fandomie MLP:FiM nie brakuje.
  2. Fanfik „Powrót Sunset Shimmer” szybko nabiera treści. Przybywające nowe rozdziały, bardzo mnie cieszą, gdyż jest co komentować. Może ten komentarz nie będzie jednak tak długi jak poprzedni. Będzie tak z tej prostej przyczyny, że najnowsze rozdziały to przede wszystkim kontynuacja zaobserwowanego trendu, a nie nowa jakość. Taką dało się zaobserwować po pierwszych rozdziałach opisujących próby Sunset Shimmer zdobycia wszystkie geod od Hair6… wyborny skrót, nieprawdaż, szanowny czytelniku. Fabuła nabrała „rozpędu”. Używam cudzysłowu, gdyż nie ma co liczyć na pościgi, (magiczne) strzelaniny etc. Nie jest to coś, co mnie zaskoczyło, nie spodziewałem się takich „fajerwerków”. Pierwsze dwa rozdziały to kolejne spotkania z przyjaciółmi, to jest księżniczką Luną i księżniczką Twilight. Odbywają one długie rozmowy, takie o życiu… o życiu, samopoznaniu, że nic, co się stało złego nie było nadaremne. Walka o „dobrostan” Sunset Shimmer zostaje przerwana przez portal, który zaczął się wybudzać. Autor podjął dość niebezpieczną grę. Grę z magią. Przez ostatnie dwa rozdziały toczą się dyskusje o tym, jak działa portal, co może zrobić Sunset Shimmer aby się zabezpieczyć przed jego działaniem etc. W związku z tym zastanawiam się, czy autor nie powinien poświęcić więcej miejsca tym sprawom wcześniej, miast dbać o „dobrostan” Sunset Shimmer. Jednak jestem też świadomy, że magia jest czymś co w MLP:FiM zostało słabo opisane. Przykładowo bohaterowie, którzy mogą się teleportować robią to tylko wtedy, gdy tak jest w napisane scenariuszu. Pytanie, czy gdyby wyjaśniać całą magię nie wypełniłoby fanfika tautologiami, względnie ignotus per ignotus, wyjaśnieniami słów, które nic nie znaczą innymi słowami, które nic nie znaczą. Magia to nie jest nauka, chociaż tak też można do niej podchodzić. Ja nie byłem szczególnie zagubiony w tych wyjaśnieniach, ale też prawdę, pisząc, nie zastanawiałem się nad tym, co mówią bohaterki. Zakładam, że autor to przemyślał i do momentu, aż się nie zacznie „plątać w zeznaniach” dam mu kredyt zaufania. Ostatecznie ostatnio magią interesowałem się ponad 20 lat temu i nie wiem, co jest teraz na czasie. Stylistycznie jest dobrze, czasami autor tworzy niezrozumiałe dla mnie związki frazeologiczne np. Twilight była znana z łączenia kropek. Niby wiem, o co chodzi, ale brzmi to dziwnie potocznie. Na szczęście autor poprawia swój tekst, gdy ktoś zauważa błędy. Jeśli chodzi o stronę literacką, jest lepiej, niż w pierwszych rozdziałach i mniej dają się zauważyć „hiper sensualistyczne” opisy doznań Sunset Shimmer. Moim zdaniem wyszło to tekstowi na dobre. Podsumowując, moim zdaniem jest lepiej, ale nadal wydaje mi się, że jest to fanfik przede wszystkim dla fanów Sunset Shimmer niż nawet Equestria Girls. Warto jednak dodać, że nie jest to też fanfik, który najpewniej odrzuci tych, którzy nimi nie są.
  3. „Uczennica maga: wir czasu” to ciekawy utwór i to z kilku powodów. Po pierwsze porusza on niezbyt często spotykany motyw Starswirla Brodatego. Po drugie jest ona zaprezentowana w formie opowieści. W każdym razie przez większość czasu… Jest taka scena w „Gwiezdne Wojny: Zemsta Sithów”, która ma dla mnie duże znaczenie, jeśli chodzi o prowadzenie narracji. Jest nią scena, gdy senator Palpatine, opowiada Anakinowi Skywalkerowi historię lorda Sithów, Dartha Plagueisa, która pełni niebagatelną rolę nie tylko w tym filmie, ale (oczywiście w totalnie spartolony jak ten film, sposób) w ostatnim filmie z serii tj. „Skywalker: Odrodzenie”. Nie będę jej tutaj streszczał, dość jednak powiedzieć, że sam się nią inspirowałem, tworząc podobną scenę w swoim fanfiku. Nie wiem, czy autor „Uczennica maga: wir czasu”, oglądał „Gwiezdne Wojny: Zemsta Sithów”, ale motyw opowieści przekazywany słuchaczom jest dobrze wykorzystany. Nie będę go tutaj streszczał, żeby nie psuć potencjalnemu czytelnikowi zabawy. Dość powiedzieć, że jest to kreatywne rozwinięcie historii o Starswirlu Brodatym, a pośrednio o Celestii i Lunie oraz pewnym OCku, imieniem Ophis. Moim zdaniem nawet lekko wzruszające rozwinięcie. Sama forma teatrzyku, który jest zarazem jakąś formą odprawiania rytuału przypomina mi nieco tradycje antycznej Grecji, gdzie jak pamiętajmy, teatr i widowiska teatralne były częścią kultu bogów np. Bachusa. Nie mogę jednak zbyt wiele zdradzić. Strona formalna jest interesująca, gdyż autor stosuje nieco odmienny od obecnie używanego w języku polskim szyk zdania, jakby, czyniąc go bardziej archaicznym bez używania zbyt wielu archaizmów. Weźmy taki przykład: Nie jestem pewien, czy to zdanie nie zawiera przypadkowego powtórzenia. Dość powiedzieć, że musiałem przeczytać je dwa razy, by zrozumieć co autor ma na myśli. Natomiast i co do tego już nie mam wątpliwości, kilka razy w tekście doszło do błędnej odmiany przez przypadki. Nie jest to zapewne przypadek, tylko efekt braku korekty. Niemniej jednak tekst wygląda przyzwoicie. Zastrzeżenia mam do używania angielskich nawiasów, chociaż nie wiem, czy to gorsze niż zestaw dwóch przecinków i górnego cudzysłowu, który jak widzę dotarł nawet do książek w oficjalnym obiegu wydawniczym. Czy polecam? Tekst jest tak krótki, że można na niego rzucić okiem, zwłaszcza jeśli tęskni się za czasami, gdy przeszłość Celest ii i Luny była raczej tajemnicza. Oczywiście dzisiaj ten fanfik jest całkowicie niekanoniczny, ale w gruncie rzeczy używanie słowa kanon w stosunku do MLP:FiM jest nadużyciem. Dość powiedzieć, że autor twierdzi, że włosy Celestii były kiedyś różowe. Miały to zanegować komiksy, które są niekanoniczne. Ostatecznie zostało to zanegowane przez G5. G5, która okazała się klapą. Ten fanfik, jednak klapą nie jest.
  4. Przeczytałem już niemało fanfików, które zostały zapomniane nawet przez tych, którzy je napisali. „Upiór” jest pierwszym od jakiegoś czasu, który mnie zmęczył, nie będąc przy tym dostatecznie złym, żeby był przez to interesujący. To najgorszy typ fanfika. Najgorszy, bo nudny. Bohaterem fanfika jest… nie wiem, nie pamiętam jego imienia. Prawdę mówiąc, z całego fanfika pamiętam tylko imię tytułowego upiora. Bohater był komandosem, który infiltrował placówkę podmieńców, żeby załatwić pracującego dla nich kucyka. W efekcie jednak został opętany przez tytułowego upiora, który sprawił, że zmienił profesję. Zamiast polowania na podmieńce zaczął polować na wampiry. Wcześniej musiał złożyć do kupy pewien miecz. Proszę mi wybaczyć. Śledzenie fabuły fanfika jest trudne. W ogóle mam wrażenie, że prolog i przykładowo czwarty rozdział są, jakby częściami dwóch różnych utworów, które chyba nic nie łączy. Tę sytuację powoduje przede wszystkim pierwszoosobowa narracja. Nie jest ona zbyt często używana, właściwie ostatnio spotykam się z nią głównie w postaci pamiętników. Tutaj dostrzegam wszystkie wady tej narracji przy braku jej plusów. Jakie są plusy narracji pierwszoosobowej? Przykładowo możliwość podkreślenia odczuć bohatera. W przypadku „Upiora”, wydaje się, że bohater po prostu jest sztywny niczym drewno. Wszystko opisuje takim samym, pozbawionym przebłysków, tempem. Tortury się prawie nie różnią od walki na śmierć i życie. Przecież jego emocje i umysł powinny, aż krzyczeć z podniecenia, z obaw, kiedy mu się zaciskają kły wampira na jego szyi. Wszystko jest opisane w taki sposób, że nie budzi to żadnych emocji. Może bohater jest takim twardzielem, że już nic na nim nie robi wrażenia, ale raczej na wampiry wcześniej nie polował, więc mógłby jednak żywiej reagować. Walki są opisane przy pomocy krótkich zdań i dosłownie cierpiałem próbują wykrzesać z siebie jakiekolwiek zaangażowanie podczas lektury. Nie będę tutaj wspominał o kolejnym plusie narracji pierwszoosobowej, jaką jest możliwość dawkowania czytelnikowi informacji. Informacje są tak dawkowane, że właściwie nic nie wiadomo przykładowo, dlaczego bohater jest na wojnie z podmieńcami i czemu gada jak XX wieczny komandos? Nic, zero, null! Potem nie jest wiele lepiej, bo poznając tożsamość „upiora”, przy okazji skaczemy między przeszłością teraźniejszością, pomiędzy myślami bohatera a wspomnieniami upiora. Pewne sekwencje wyglądają jak żywcem przeniesione z gry, nie mając jednak kontekstu w grze zawartego. Prowadzi to do tego, że w zasadzie przez większość czasu nie wiedziałem, dlaczego coś się dzieje. Jednak pewne nawiązania np. stworzenie miecza ze szczątków starego są oczywiste. Ogólnie jednak jest to taki crossover, który nie pasuje chyba tak naprawdę do żadnego ze światów. Gdyby zastąpić kucyki ludźmi pewnie nie trzeba by tutaj nic zmieniać i wszystko byłoby takie samo. Tak samo mało interesujące. Ale najciekawsze zostawiłem prawie na koniec. Najpierw autor stwierdza w temacie z fanfikiem na forum: Jeśli ktoś sobie robi sam korektę, to zapewne można uznać, że nie takowej nie było. Ale wszystkie dialogi zaczynają się od „-” i bez spacji po niej. Powtórzeń, zwłaszcza imion i nazw własnych jest dużo. Jednak zacząłem dosłownie rżeć ze śmiechu, gdy zobaczyłem, jakiej wielkości czcionką są zapisane rozdziały II i następne. 8. Pierwsze rozdziały mają czcionkę 11, a potem autor nagle schodzi do 8. Widziałem już różne dziwne rzeczy. Widziałem fanfiki o czcionce 14, nawet więcej. Początkujący autorzy sobie powiększają czcionkę, piszą 12 i więcej, żeby tekst wydawał się dłuższy. Bo 20 stron wygląda lepiej niż 16. Ale po raz pierwszy widziałem, by ktoś zaczął używać czcionki o rozmiarze 8. Na szczęście do czytania używam translatora google, ma taką fajną opcję czytania tekstu na głos. Absolutnie nie polecam tego fanfika. On nie jest bardzo zły, po prostu nie jest ani na tyle dobry, by się pozytywnie wyróżniał, ani na tyle spaprany, by przejść do legend fandomu. Jest taki średnio-słaby z naciskiem na nudny.
  5. „Gray Sail – Pamiętnik córki pirata” to nieznany i chyba zapomniany fanfik użytkownika Accurate Accu Memory, który zajmował się głównie lektoratami i nagrywanie meet. Jak wyglądał jeden z jego oryginalnych utworów. O dziwo, jest nawet dobrze, nie mogę zaprzeczyć, że wciągnęła mnie ta opowieść. Niestety została urwana. „Gray Sail – Pamiętnik córki pirata” to pamiętnik, jak sama nazwa wskazuje. Nie jest to coś równie pełnego splendoru, jak „Krystalina Autokratorias”. Opowiada ona o losach tytułowej Gray Sail, która jest córką pirata. Pamiętnik to moim zdaniem ciekawa forma prowadzenia narracji. Jest bardzo subiektywna co pozwala ją wykorzystać np. w opowieściach grozy lub też tam, gdzie potrzebna jest niepewność, jak i głębsze spojrzenie w psychologię postaci. A postać Gray Sail jest ciekawa. Co prawda, na pierwszy rzut oka przypomina trochę girl bossa, ale to wrażenie szybko przechodzi. Gray Sail jest klaczą, która obraca się wśród piratów. Musi być twarda, i to nawet bardziej niż ogiery, żeby zdobyć sobie posłuch wśród piratów. Ma to sens. Poznajemy Gray Sail jako początkującą kapitan resztek pirackiej floty. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że będzie ona żalić się na to, że jej inni nie szanują, bo jest klaczą. Na to też się czasami żali, ale nie stanowi to podstawy całej narracji. Gray Sail się nie żali, że świat jest zły… bo ona jest gorsza dla świata. Właściwie tak po ludzku nie polubiłem tej postaci, chociaż czasami ma ona gest. Przykładowo nie pozwala gwałcić źrebiąt, nie zmusza ich i klaczy do pracy. Ma to, co ciekawe, przyczyny w jej własnej przeszłości, co biorąc pod uwagę, że fanfik nie jest długi budzi moje uznanie. Postać Gray Sail jest nieźle napisana, taka silna niezależna klacz, ale bez ironicznego wydźwięku. Nie jest też ona jedyną zaletą fanfika. Gray Sail myśli strategicznie. Opisy jej poczynań przypominają mi nieco grę strategiczną względnie innego gatunku, gdzie się zarządza działaniami flory, poczynając od budowy jej zaplecza. I to jest bardzo oryginalne. Wszak flota bez zaplecza szybko traci swoją siłę. Co więcej, mam wrażenie, że autor zrobił przysłowiowy „research”, coś tam wie o wojnie na morzu w czasach żaglowców. Zna pewne taktyki jak np. użycie branderów itd. Nie jestem w stanie zweryfikować wszystkich podanych przez niego informacji, ale nie wyglądają na nawijanie od rzeczy, żeby się popisać swoją wiedzą. Zastanawia mnie, czy „Gray Sail – Pamiętnik córki pirata” nie jest jakimś crossoverem z Heroes of Might and Magic III względnie osadzonymi w Erathii częściami Might and Magic. Co prawda nie mam żadnego innego potwierdzenia na moją teorię, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że jest ona zupełnie przypadkowa. Jeśli coś ewidentnie kuleje, to warstwa językowa. Jest trochę literówek i chociaż tekst się nieźle czyta to z całą pewnością nie przeszedł on korekty. Weźmy, choćby ten fragment: Zauważyłem też jeszcze jedną ciekawostkę. Autor prawie nie opisuje lokacji, natomiast chętnie korzysta ze zrzutów ekranu. Przypomina mi to nieco fanfika „Polacy są wszędzie”. Tam przykładowo autor zamieścił notatkę: „Dać zdjęcie jakiegoś fajnego kielicha”. Niestety zapomniał to zrobić. Nie ma to znaczenia, bo „Polacy są wszędzie” to dno tylko trochę mniejsze niż „Nekromanta z Ponyville”, nie ma, więc czego żałować. Ja natomiast trochę żałuję, że nie poznam zakończenia przygód Gray Sail.
  6. Miałem szczęście dorastać w czasie, gdy Star Trek był u szczytu swojej chwały. „Następne Pokolenie”, „Stacja kosmiczna” i „Voyager, stanowiły stały rozkład mojego dnia. „Gwiezdne wojny”, były wtedy czymś odległy, niedostępym, obecnym tylko w grach, do których odpada lenia nie miałem sprzętu albo miałem, ale były to gry w Polsce niedostępne. Były jeszcze komiksy, też zasadniczo w Polsce niedostępne poza dużymi miastami oraz książki, niedostępne raczej w mniejszych miejscowościach. A Star Trek? Star Trek był w telewizji. „Gwiezdne Wojny”, obejrzałem dopiero na kasecie VHS, ale do ukazania się „Edycji Specjalnej” (na którą dzisiaj nie mogę patrzeć) i „Mrocznego Widma” to Star Trek rządził moimi wyobrażeniami o tym, jak powinno wyglądać Sci-fi. Dość powiedzieć, że pewne odcinki Star Treka, te kończące i rozpoczynające nowy sezon, zostały zaadaptowane na filmy i oglądałem je nieraz na wypożyczonych kasetach VHS. Tak… dzisiaj obie marki przeżywają ciężkie czasy, ale Star Trek jest chyba w gorszym położeniu. Tak, tyle wspomnień. Przytoczyłem je, nie dlatego, że byłem wielkim fanem Star Treka, ale w swoim czasie oglądałem go dużo. Być może Kredke też był równie sentymentalny, gdy pisał „Pony Trek”, chociaż chyba nie był to sentyment do Star Treka. „Pony Trek” to zbiór czterech, luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Od razu muszę zastrzec, że Star Trek i nawiązania do niego są bardzo powierzchowne. Nie dopatrzyłem się żadnych nawiązań do znanych scen, czy parafrazowania wypowiedzi itd. Nawet postacie nie są w żaden sposób upodobnione nawet do najbardziej rozpoznawalnych z serialu. Ok, może „hoof face” jest jakimś nawiązaniem do Jean Luca Picarda, kapitana Enterprise z „Następnego pokolenia”, ale to na tyle znany mem, że wyszedł już dawno z fandomu Star Treka i wszedł do kanonu popkultury. Gwiezdne wojny też mają takie momenty. Gdybym miał zatem ocenić wątek samego crossovera, to jest on moim zdaniem bardzo słaby. Może tylko użycie słowa „Derp” zamiast „Warp” jest zauważalne i jednego cytatu z Borga, który też zresztą wszedł do kanonu popkultury. Pony Trek to przede wszystkim komedia. Właściwie to chyba tylko komedia i to nie jestem pewien, czy nie zakrawająca na random, bo nawet poszczególne rozdziały nie mają spójnej fabuły. Gdybym miał porównywać do tego, z jaką komedią mamy do czynienia to z pewnością nie byłyby to „Kosmiczne jaja”, parodia Star Wars ani… ta parodia Star Treka, do której nagrano utwór Space Taxi. Tam parodiowano dosłownie całe sceny. Tutaj udało mi się znaleźć prawie wiernie zacytowane dowcipy o Stirlitzu. Bez Stirlitza, ma się rozumieć. Gdybym miał wskazać, skąd czerpał autor inspiracje, powiedziałbym, że z dwóch źródeł. Po pierwsze jest to polski You Tube, gdyż słyszałem przynajmniej kilka wypowiedzi wyjętych żywcem z materiałów tam zamieszczonych (jak, choćby, że „Big Mac został komendantem melanżu”, co jest nawiązaniem do filmiku „Hitler: w poszukiwaniu elektro”). Po drugie to filmy parodiujące znane hity jak np. „Czy leci z nami pilot” albo „Naga broń”. Chodzi nie tylko o absurdalność sytuacji, które bohaterowie przyjmują z kamienną twarzą, czyli na serio, ale też to, że zwroty będące przenośniami tutaj nimi nie są. Po trzecie to polski „folklor”, czyli picie wódki lub innego alkoholu. Po czwarte i chyba najważniejsze to polskie i nie tylko polskie fanfiki. Przy czymś takim nie zwraca się zbytnio wagi na stronę techniczną, ale mam wrażenie, że tekst nie przeszedł korekty, bo widziałem miejsca, gdzie didaskalia kończące dialogi nie są zakończone kropkami. I to cztery z rzędu. Czy wyszło zabawnie? Kilka razy popłakałem się ze śmiechu. Jeśli jesteś w fandomie od lat z pewnością wyłapiesz wiele nawiązań. A są to bardzo stare nawiązania, które weszły do klasyki naszego fandomu. Jeśli jednak chcesz śmiesznego crossoveru ze Star Trekiem, to musisz szukać w innym miejscu. Moim zdaniem crossover jest to po prostu kiepski. Czy polecam? Jak najbardziej! Ale wiedz, że Trek w tytule jest tylko dla picu, ważne jest tylko Pony.
  7. Poniższy komentarz, nie będzie jedynym, mam nadzieję, jaki napiszę do tego fanfika, kontynuacji interesującej „Ceny prawdy”. Mam taką fiksację na instytucjach w Equestrii, której zapewne nie podzielali autorzy serialu, a i na ogół autorzy fanfików. Jest to zrozumiałe. Nie każdy jest nienormalny. Jednak ostatnimi czasy napisałem komentarz do fanfika „Szyfr”, gdzie wskazałem, jak nielogicznie została tam przedstawiona policja Equestrii, EBI i ich relacje z księżniczkami. „Cena prawdy” była bardzo sensowna pod tym względem. Sprawę kryminalną prowadził tam z polecenia księżniczki kucyk, który się na tym znał, chociaż nie był z policji, której zresztą w Ponyville nie było. Ponadto sprawa dotyczyła jednego z elementów harmonii, więc zaangażowanie na najwyższym szczeblu było uzasadnione. Dlatego z nadzieją sięgnąłem po kontynuację „Ceny prawdy”, czyli „Długi”. Nie będę teraz wnikał w fabułę, dość powiedzieć, że mam wrażenie, że rozdział pierwszy potrzebuje trochę za dużo czasu, aby skierować na właściwe tory. Nie zwróciłem wtedy uwagi na jedną rzecz, na dwa akapity jeszcze z pierwszego fanfika: Zacznijmy od daty publikacji obu fanfików. „Cena prawdy” została opublikowana na MLPPolska 3 czerwca 2012 r. To jest dwa miesiące po tym, jak ukazały się ostatnie dwa odcinki drugiego sezonu MLP:FiM. Sądzę, że autor oglądał go w oryginale, bo używa nazwy „Kącik kostki cukru” zamiast „Cukrowego kącika”. Czy słyszeliście, żeby ktoś tłumaczył zwrot, jakiego często używa Apple jack „Sugarcube” na „kosteczko cukru”? Brzmi idiotycznie, prawda? Ale akurat nazwa cukierni, gdzie pracuje Pinkie Pie się przyjęła w fandomie. A zatem musiał wiedzieć o Chrysalis. Odnotujmy to, przyda się to nam później. W kontynuacji fanfika „Cena prawdy” pod tytułem „Długi” wracamy do tego wątku „straży przybocznej” i „straży królewskiej”. Zastanawiam się, jakim państwem jest Equestria? Spektrum jest zdecydowanie z „innej bajki”. Zastanawiające jest przykładowo, że pierwszą przyczyną śmierci Flutter shy jest dla niego morderstwo. Kto żyjący w pół utopijnym świecie bierze jako pierwszą przyczynę morderstwo? Ktoś dla kogo morderstwa są codziennością, a przynajmniej są czymś, co się powtarzało i to nieraz, a wiele razy. Spektrum nawet nie sprawdził wszystkich okoliczności tylko od razu zaczął skłaniać się do tej konkluzji. Celestia, skoro potrzebuje tajnej straży, to lepiej by by do niej pasowała nazwa „tajna straż”, a nie przyboczna”, bo akurat jej członków chyba dość często nie ma u jej boku. Nie wiem, po co autor „lazł” w „straż przyboczną”. Z pewnością brzmi ona lepiej niż „tajniacy”, lepiej dla Spektruma. Ostatecznie słowo „tajniak”, „tajny” ma różne konotacje. A Spektrum ma skłonności by się pysznić swoją niezależnością od innych, swoją potęgą. Po co ci potrzebna straż w pałacu, skoro twierdzisz, że nie potrzebujesz jej na zewnątrz? I w pierwszy i w drugim sezonie straż odwozi księżniczkę do Ponyville. Przecież straż królewska nazywa się strażą królewską z tego właśnie powodu, że jest przy władczyni, a nie broni pałacu, czy miasta, gdyż w pierwszym przypadku nazywałaby się strażą pałacową, a w drugim garnizonem. Niepokojący jest fragment o tym, że Straż królewska i przyboczna rywalizują ze sobą. To raczej zła informacja w przypadku ochrony kogokolwiek. Jeszcze gorzej, że Shining Armour nie wie, co robi „Straż przyboczna”. To Spektrum nie utrzymuje z nim kontaktów? Czy to jest profesjonalne zachowanie w jego mniemaniu? I Celestia na to pozwala? Zastanawia mnie, bardzo mnie zastanawia, czy doszło już do ataku Chrysalis na Canter lot. Byłoby to coś, co uzasadniałoby powołanie „straży przybocznej”, a nawet tajemniczość jej działań przed strażą królewską. Ostatecznie Shining Armour mógł stracić zaufanie, dlatego został „zesłany” na odległą placówkę o nazwie Kryształowe Imperium. Tylko, dlaczego autor o tym nie napisał w „Cenie prawdy”? Przynajmniej nie kojarzę, żeby ten problem poruszał, a ponowne przeglądanie tekstu nic nie wniosło do sprawy. Moim, jednak zdaniem, atak nastąpił. Oznaczałoby to, że „straż przyboczna” powstała później, bo inaczej Spektrum by się skompromitował. Equestria jako państwo w serialu nie prezentuje się najlepiej. Właściwie to parodia, która trzyma się na bohaterskich wyczynach Mane Six. Dodawanie kolejnych, rzekomo kompetentnych instytucji, które mają być zapewnić mu trwanie i są one traktowane na „serio”, tylko te instytucje kompromituje. Spektrum kompromitowałby się zapewne raz na sezon. Oczywiście, gdyby Twilight i jej przyjaciółki przestałyby być głównymi bohaterkami. Kiedy czytam o rywalizacji straży królewskiej i straży przybocznej, których obie nazwy są w tym fanfiku pozbawione sensu, dostrzegam podobieństwa z serialem „17 mgnień wiosny”, gdzie w państwie wodzowskim, służby bezpieczeństwa w ramach jednej instytucji znanej pod skrótem SD: Gestapo i Wywiad SS, nieustannie podkładają sobie świnie. W polskiej kinematografii rywalizację podobnych służb pokazywał serial „Stawka większa niż życie”, czego najlepszym przykładem był odcinek „W imieniu Rzeczypospolitej”. Ktoś pamięta, jak się ta rywalizacja skończyła? Ten komentarz, nie jest krytyką czynienia fanfików opartych na bajkach dla dzieci bardziej dorosłymi. Większość fanfików piszą jednak ludzie starsi niż docelowe audytorium. Oni, nawet gdyby chcieli nie mogą postrzegać świata jak dzieci i nie będą pisać kolejnych scenariuszy, które można od razu zaadoptować i przenieść na ekran. Ale czytając i analizując pewne fragmenty obu fanfików, mam wrażenie, że Spektrum jest kucykiem, która nie zawahałby się zawłaszczyć dla siebie jak najwięcej władzy, po prostu dlatego, żeby ją mieć. A to go czyni podobnym do Cosy Glow i generalnie każdego czarnego charakteru w tym serialu. Bliskość księżniczki mu to ułatwia. Jedyną barierą dla powiększenia tejże jest jej nieśmiertelność i jego ograniczony czas życia. Co ciekawe, tylko Spektrum jest taki „dorosły” taki „pozbawiony złudzeń”, wszyscy przy nim zachowują się jakby wczoraj wyszli z kreskówki dla dzieci, są tacy niewinni, tacy… bezmyślni. Podejrzewam, że Spektrum jest jakimś „samowsadziem”, tak nie wyrasta z tego świata, a tak go przerasta. Sądzę, że w fanfiku nie powinno być aż takiej przepaści. A teraz odpowiedzmy sobie na jedno, bardzo ważne pytanie... czy „Długi” są dobrym fanfikiem? Nie wiem, nie czytałem.
  8. „Ziarno prawdy w mitach i legendach” to interesujący i oryginalny fanfik. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie przeczytałem nic podobnego. Fabuła, cóż, fabuła tutaj jest pretekstowa, a zarazem głęboka, nietuzinkowa. Dość powiedzieć, że Celestia nie jest najpopularniejszą bohaterką fanfików, zwłaszcza pisanych z perspektywy pierwszej osoby. O małej Twilight także nie czytywałem zbyt często. Warto zwrócić uwagę, że fanfik jest krótki, lecz bardzo treściwy i moim zdaniem „głęboki”. Głęboki w tym znaczeniu, że dobrze uchwyca nie tylko powierzchowne zachowania mentorki i jej uczennicy, ale wnika w przyczyny tych zachowań. Już samo to budzi moje uznanie, nawet jeśli narracja prowadzona z perspektywy Celesti i bardzo drobiazgowa… sprawiała, że chciałem czytać coś napisanego z większą werwą. Chciałem czytać innego fanfika. Tak jakbym chciał, nie tyle czytać o wszystkim co robi, dosłownie robi Celestia w danej chwili, w szczegółach. A do tego nie tylko co robi, ale też, jak to robi. Przypuszczam, że ten na poły poetycki, a już na pewno bardzo elegancki styl dobrze oddaje charakter władczyni Equestrii, pełen ciepła i dobra. Ja jednak odnoszę wrażenie, że był też potrzebny z innego powodu, niemniej istotnego. Pozwoliła zapełnić 10 stron A4. Bez tego, zapewne tekst można by skrócić do 5-6 stron. Skoro omówiliśmy część formalną, która przy okazji jest częścią o postaci Celesti i, jej postrzeganiu Twilight, a przynajmniej budynku szkoły, przejdźmy do Twilight. Twilight, jak to się dzisiaj idiotycznie ujmuje ma mózg „Powered by Autism”. Jej przywiązanie do szczegółów jest imponujące, plany, jakie czyniła, będąc dzieckiem przypominają mi swoim zaangażowaniem kogoś innego. Dextera z „Laboratorium Dextera”. Skądinąd polecam zapoznać się z tą kreskówką. Opis kroków podjętych przez Twilight działań w poszukiwaniu „Wróżki zębuszki” jest imponujący, treściwy i imponujący. Precyzyjne zapisy o tym, jakie podjęto kroki w celu uniemożliwienia zaśnięcia Twilight przez nią samą są zabawne i trochę straszne, jeśli zastanowimy się, że dziecko wkłada tyle energii w poszukiwania czegoś co nie istnieje. Mimo wszystko to w jaki sposób opisuje otoczenie Celestia, i to jak opisuje swoje eksperymenty, a przy okazji samą siebie Twilight pokazuje jak odmienne są ich charaktery. Dłuższe i poetyckie opisy Celesti i kontrastują z krótkimi i treściwymi, ale zarazem przeładowanymi absurdalnymi szczegółami. Czy ten fanfiki mi się podobał? Tak. Czy mnie zachwycił? Nie, wydaje mi się, nieco „napompowany” patosem. Przypomina mi nieco film, stworzony z myślą o nagrodach, piękny formalnie, lecz nieco patetyczny i rozciągnięty. Naprawdę, mam wrażenie, że gdyby to były zwykłe wycinki z badań Twilight mielibyśmy równie dobre, a może nawet lepsze, bo pozbawione komentarza, ujęcie tego, jak postrzega świat mała Twilight. No i zakończenie, które wydaje się dodane nieco na siłę. Jest ładne, ale nie wnosi nic do fanfika. Mam wrażenie, że ma ono uczynić fanfika jeszcze „głębszym”, dodać Celest ii tego dodatkowego, duchowego wymiaru. Polecam? Tak. Czy jest to fanfik wybitny? Dobry, ale nie wybitny, za to bardzo „konkursowy”.
  9. Cena prawdy to nie jest zły kryminał. Jest logiczny. Przypomina mi również ten typ kryminału, za którym nie przepadam. Przypomina mi przygody Herkulesa Poirot. Będę starał się unikać spojlerów w tym komentarzu, gdyż uważam, że fanfikowi należy dać szansę, nawet jeśli mi się średnio podobał. Nie znaczy to, że jest zły. Jego zaletą jest niewątpliwie to, że unika schematów z gatunku Occult Detective. Jak wygląda Occult Detective? Mniej więcej tak, że bohater używa mocy nadprzyrodzonych, a nie wyłącznie logiki, aby rozwikłać zagadkę kryminalną. Do tego gatunku należy przykładowo „Unmarked”, który mi się spodobał bardziej niż „Cena prawdy”. Fabuła, a raczej jej założenia, są proste. Flutter shy zginęła. Herkules Poirot… przepraszam, dowódca straży Celest ii imieniem Spektrum, był tego dnia w Ponyville z władczynią, to jest Celestią i został, aby zbadać sprawę. Sprawę, która wstrząsnęła nie tylko Ponyville, ale też przyjaciółkami. Wiecie jak się zaczyna większość odcinków serialu względnie książek o Herkulesie Poirot? Poirot jest w pobliżu miejsca, gdzie ktoś postanawia kogoś uśmiercić. Biorąc pod uwagę, że jest to najlepszy detektyw Świata dziwi to, że morderca postanawia spróbować swojego szczęścia. Tak też się zaczyna „Cena prawdy”. Spektrum jest w Ponyville, ze swoją władczynią, co ma sens, gdyż na tym polega jego praca, a z drugiej strony nikt nie wie, że jest on znanym detektywem, bo w ogóle nie jest w tekście wspomniane, że kiedyś nim był. W takiej sytuacji dziwi, że nim, nie będąc zachowuje się jak profesjonalny śledczy, ale po tym, co przeczytałem w fanfiku „Szyfr”, taka organizacja wymiaru ścigania ma i tak więcej sensu. Ostatecznie w Ponyville nie ma przecież policji, no i sprawa dotyczy jednego z elementów harmonii, a więc pośrednio całego królestwa. Fanfik w kilku miejscach faktycznie przypomina swoim style powieści Agaty Christie. Całość fabuły jest podawana czytelnikowi w taki sposób, by ten nie wpadł, a przynajmniej miał minimalne szanse, na to by wpaść, jakie były okoliczności śmierci Flutter shy. Nie mogło zabraknąć charakterystycznego zakończenia w postaci zebrania w jednym miejscu wszystkich podejrzanych, gdzie Spektrum poskłada wszystkie elementy układanki w jedną całość. Spoiler: Teoretycznie można było dojść do tego, że to Rainbow Dash przyczyniła się do śmierci Fluttershy, o czym świadczy to, że posiada ona alibi w osobie Scootaloo. Jak Scootaloo mogła widzieć Rainbow Dash podczas ćwiczeń, skoro nie może ona latać i nie mogła być w Cloudsdale? Musiała ją widzieć na ziemi, ale przecież Rainbow Dash była cały czas w Clouds dale, więc wnioski nasuwają się same. Muszę przyznać, że zabrakło mi tego „łał, to ta osoba za tym stała”, bo zawężanie kręgu podejrzanych jest faktycznie tutaj czymś ważnym, a nie tylko dla picu, bo na końcu autor wprowadzi coś, co przekreśli całą wiedzę czytelnika. Jednak w przypadku „Ceny prawdy” tak się nie dzieje. Autor jest wobec czytelnika uczciwy. Jednak pewne decyzje autora jednak budzą moje wątpliwości. Autor, jednak myli czytelnika w inny sposób. Nie tylko podsuwa nam fałszywe, choć logiczne tropy: Mianowicie samo śledztwo jest poprowadzone nieco niedbale i, prawdę mówiąc, w ogóle elementy wyjęte z dowolnej książki o Herkulesie Poirot, można uznać za dodanie nieco na siłę. Tym, co mogę zdradzić, a co utrudnia śledztwo jest z pewnością postawa Zecory. Zecora podczas przesłuchania zachowuje się jak stereotypowy amerykański Murzyn, który jest obrażony, że policja o coś go podejrzewa. Zecora faktycznie zachowuje się podejrzanie i miałem wrażenie, że Spektrum mógłby ją po prostu aresztować za utrudnianie śledztwa. Jakoś nie mam wątpliwości, że byłby do tego upoważniony z takiego czy innego artykułu. A Zecora była zebrą, a bycie zebrą nigdy nie było w MLP:FiM porównywane do bycia odpowiednikiem Afroamerykanina. Jeśli mogę się czegoś czepić, to czasami używanego przez autora słownictwa. Oto kilka przykładów. Oczywiście nie mogło zabraknąć dosłownego przekładu nazwy cukierni, gdzie pracuje Pinkie Pie. Bo po co Cukrowy Kącik, prawda? Lepiej przełożyć dosłownie nazwę angielską, co z tego, że brzmi słabo. Ponadto mam problem z samą postacią Spektruma. Nie jest to źle napisana postać. To zimny drań, który lubi prowokować podejrzanych, aby dojść do prawdy. Po prostu, mam wrażenie, że ponownie świat z serialu gryzie się z tym, z fanfika. Twilight wydaje się być bardziej serialowa, Spektrum, mam wrażenie, że zajmował się wykrycie niejednej zbrodni. Podsumowując, poza kilkoma problemami z doborem słów, „Cena prawdy” to rzetelny fanfik i można go polecić fanom kucykowych kryminałów. Mnie nie przypadł on tak bardzo do gustu głównie z powodu czerpania inspiracji prozą Agaty Christie, gdyż bardziej lubię „Porucznika Colombo” niż Herkulesa Poirot.
  10. Są w polskim literackim fandomie MLP:FiM gatunki niszowe. Jednym z nich jest kryminał. Przypominam sobie zaledwie jedną serię fanfików, które należały do tego rodzaju literatury i były napisane w języku polskim. Są tworem SiwulcaDako, który stworzył trylogię o przygodach detektyw Red Stripe. Kolejne części nosiły tytuły: „Pirytowe serca”, „Płyn życia” i „Prorok”. Nie były to złe fanfiki i uważam je za szczyt twórczości tego autora. Stało się tak m.in. dlatego że są one ukończone. SiwulecDako, miał bowiem tendencję, by zaczynać fanfika o ambitnych założeniach, ale po jakimś czasie tracił zapał, fanfik zaczynał pędzić na łeb na szyję i stawał się autoparodią. Najlepszym tego przykładem jest „Przemysł farmaceutyczny” i „Mniejsze zło”. Polecam, ubaw po pachy. Fanfik „Szyfr” zaczął być publikowany w 2015 r. w przerwie pomiędzy czwartym i piątym sezonem i można to zauważyć w tekście, gdyż wspomina się o Tireku, chociaż zastanawia mnie częstotliwość, z jaką Twilight wysyła księżniczce Celest ii listy. Pasuje ona raczej do wcześniejszych sezonów. Zastanawia mnie, czy Twilight miała wziąć udział w wydarzeniach w fanfiku, gdyż była już ali Kornem. Chciałbym, aby tak było, lubię fanfiki z Twilight (z wyjątkiem trzeciego fanfika z serii „Silent Ponyville”, gdzie wciąż biega, rozwiązując „zagadki”, co było bardzo angażujące dla niej, ale nie mnie jako czytelnika). Z powyższego akapitu wynika, że bohaterem fanfika nie jest Twilight, a przynajmniej nie była w momencie, gdy został opublikowany drugi, ostatni rozdział. Bohaterką jest najprawdopodobniej księżniczka Celestia i policjant imieniem Full Metal Jacket. Muszą oni rozwikłać pewną przykrą sprawę. Ktoś z przeszłości Celestii morduje kucyki i wysyła księżniczkom listy z makabrycznymi opisami swoich zbrodni, ale też, dając im wskazówki jak rozwiązać szyfr, który pozwoli uniknąć większej liczby ofiar. Jest to rodzaj zagadki kryminalnej, której czytelnik, jak sądzę, nie może rozwikłać sam. Musi się zatem zdać na bohaterów. Celestia to postać dość podobna do tej z serialu. Ma podobną motywację do działania i nawet Equestria przedstawiona w fanfiku nie odbiega od tej znanej z serialu. Jest to zatem utopijna idylla, w której przestępstwa są tak rzadkie, że policja w zasadzie nie ma po co pracować. Dlatego zdziwiłem się, że ona w ogóle istnieje. W fanfikach podobnych „Przygody Red Stripe” albo „Pinkie Pie nie żyje”, nie mówiąc o „Unmarked”, Equestria nie wygląda równie cukierkowo. Zastanawia mnie, nie tylko, że policja istnieje, że istnieją też jakieś inne służby jak EBI, które zajmuje się fałszowaniem łapania morderców, co sugeruje, że w Equestrii nie ma seryjnych morderców i chyba wszystkie zdarzają się przez przypadek, a zabójcy żałują za grzechy i nigdy więcej ich nie popełniają. W każdym razie nie tego z piątek przykazania. Full Metal Jacket, jest nadkomisarzem. Oznacza to, że ma pod sobą iluś tam policjantów., i to raczej tak dużo, bo komisarz, nie mówiąc o nadkomisarzu to wysoka funkcja. Ale na tym problemy się nie kończą. Jest EBI, które zajmuje się „rozwiązywaniem morderstw”, jeśli wierzyć (bo nie wierzę autorowi, i to nie dlatego, że autor podaje wersję oficjalną, autor, bowiem podaje też wersje nieoficjalne, bliższe prawdy) autorowi zdarzyły się w liczbie 10 podczas ataku Tireka. Ono zajmuje się tuszowaniem wykrywania sprawców, łapiąc podstawione kucyki. Teraz uwaga, będzie ciekawie. Full Metal Jacket uważa EBI za pozerów. Sam przyznaje, że morderstwa są tak rzadkie, że prawdopodobnie ani on ani jego poprzednik, ani nikt w tym stuleciu nie miał takiej sprawy. Skąd się bierze to przekonanie o własnej wyższości? Nie wiem. Zastanawia mnie, co zazwyczaj uważam za zaletę, to jak bardzo dokładnie autor opisuje badanie miejsca zbrodni, wykonywanie opisów zwłok, a potem sekcji. Zastanawia mnie, bo skoro morderstwa i przestępstwa w ogóle prawie w Equestrii nie występują, to gdzie ci policjanci nabierali praktyki? Czy zostali tak perfekcyjnie wyszkoleni by zabezpieczyć miejsce zbrodni i prowadzić śledztwo nawet bez praktycznego doświadczenia? Jeśli tak jest, to czemu EBI musi udawać, że wykryto sprawcę? Czemu w takim razie w ogóle się tego uczy policję zamiast od razu dawać sprawę EBI i w ogóle nie męczyć policjantów szkoleniami etc. Nie ma to żadnego sensu, nieważne czy założymy, że ostatnie morderstwo zostało popełnione 1200 lat temu, czy zostało spowodowane przez Tireka. I najciekawsze jest to, że wiedza o tym, że EBI fałszuje dochodzenia jest raczej dostępna. To nie jest jakaś tajemnica, którą trzeba zachować dla siebie, bo ktoś zostanie zamordowany, czyli ulegnie wypadkowi. Kto stworzył ten system? Celestia. Ale Celestia z fanfika to nie jest jakiś wypaczony potwór. Ona się naprawdę troszczy o swoich poddanych. Przeżywa zbrodnie, na które nie ma żadnego wpływu. Nie wiem, co chciał autor osiągnąć, ale mieszając serialową Celestię z policją rodem z Batman: The Animated Series, osiągnął komiczny efekt. Porównanie policji do tej z przywołanej kreskówki jest uzasadnione. Policjanci przywołują mi na myśli Harveya Bullocka, twardego glinę, który je ciastka, pije kawę walczy z nadwagą tyleż z co z przestępcami. I nienawidzi Batmana, bo jest lepszy od niego. Rozumie to jego przełożony, komisarz Gordon, który musi jakoś godzić nocnego mściciela ze sfrustrowanym podwładnym. Czy można wyjaśnić, dlaczego policja istnieje, jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw, bo robi to inna instytucja, która jest chyba też jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw, tylko udaje, że złapano sprawcę? Czy można to powiązać z serialową Celestią? Czy można założyć, że jest tak wrażliwa na cierpienie swych poddanych, że służby jej o nim nie informują i biedaczka nie wie, co się dzieje? No ale skoro nie wiem, że coś się dzieje, to po co finansuje policję, tę samą policję, która jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw. Informacja, że policja nie ma co robić pochodzi od narratora, nie jest prywatną opinią jakiejś postaci. Nie jest obowiązkiem czytelnika doszukiwać się sensu tam, gdzie autor mógł się nim w ogóle nie przejmować. Dla mnie w takiej sytuacji, gdzie policja nie ma nic do roboty nie ma ona racji bytu. Takimi sprawami zajmuje się albo nieprzeszkolona, albo słabo przeszkolona lokalna, ochotnicza służba tworzona Ad Hoc, która jest mała i nie ma w niej miejsca na stanowisko nadkomisarza, albo straż królewska, która jest stałą formacją pod bronią. Względnie zajmuje się tym EBI, ale wtedy nie może nie prowadzić śledztw, tylko udawać, że złapano sprawcę. Jestem zdania, że ponieważ już w pierwszych (i jedynych) dwóch rozdziałach autor stworzył coś tak nierealistycznego jak na fanfika, który chce być realistycznym kryminałem (z magią, ale zawsze), to raczej nie trzeba się przejmować wiedzą lub niewiedzą Celestii, jej psychologią. Takie rzeczy powinny iść w parze. Czy jednak „Szyfr” miał być faktycznie kryminałem? Pierwszy rozdział i spora część następnego tak sugeruje. Zagadka bowiem zostaje rozwiązana przez autora, zanim postacie z fanfika będą miały szansę, cokolwiek zrobić. Natomiast co do rozwiązania tytułowego szyfru, jak na razie brak jest jakichkolwiek postępów. Sądzę, że ich nie będzie, wszak fanfik jest porzucony od 11 lat. Sądzę, że fanfik miał potencjał. Z wyjątkiem problemów z logicznym uzasadnieniem istnienia policji, gdy nie jest ona w zasadzie potrzebna oraz tym, dlaczego Celestia pozwala działać EBI, która tuszuje sprawy morderstw i przeprowadza lipne śledztwa nie wygląda to źle. Niestety strona literacka nieco kuleje, zdarzają się powtórzenia, ale jak na tekst bez korekty jest do przyjęcia. Podsumowując, dwa rozdziały to za mało, żeby uznać, czy dany fanfik byłby udany, czy nie. Dużo by zależało od tego, w jakim tempie działy by się wypadki.
  11. Zastanawiam się, czy jest sens komentować fanfika, który zajmuje może dwie strony A4? Cóż, być może możliwość napisania dłuższego lub chociaż porównywalnego tekstu niż sam fanfik, byłaby tego uzasadnieniem? „Black Star” to bardzo stary fanfik. Pierwszy post ukazał się w grudniu 2012 r.! Był to początek trzeciego sezonu. Podobno fandom już wtedy umierał. A przecież tyle było przed polskimi broniakami! Filmiki Stalina CWHC i tak dalej. Ba, pomimo początków śmierci fandomu, serial miał jeszcze trwać 6 sezonów. Już przez tą wczesną datę publikacji zwrócił na siebie moją uwagę. Kolejną przyczyną był sposób publikacji. Jedyne dwa rozdziały, zostały zamieszczone jako posty na forum. Co za oldschool! Niestety, nie należało oczekiwać od tego formatu zbyt wiele. Fanfik jest tak krótki, że aż dziwi mnie, że ma jakiś zarys fabuły. Przypomina mi on nieco taką mroczną wersję Harry'ego Pottera, który bez tiary przydziału otrzymał zaproszenie do Slytherinu. Tym razem, celem „Slytherinu”, chociaż tutaj nazywa się on „Stowarzyszeniem Czarnych Gwiazd” jest zniszczenie Equestrii. Skąd o tym wiem, skoro fanfik jest ledwo napoczęty? Cóż, autorka zdradziła plan na fabułę w pierwszym poście w temacie zawierającym przy okazji prolog do fanfika. Jest to bardzo oryginalna „strategia”. Nie pamiętam fanfika, który by streścił fabułę na samym początku. W przypadku większości fanowskich opowiadań byłoby to nawet niemożliwe, krępowałoby autorowi przysłowiowe ręce. Kto wie, może miało to wpływ na porzucenie fanfika? A może zadecydowało coś innego? Niezależnie od tego czuć tutaj klimat wczesnego fandomu. Fabuła jest skoncentrowana na Twilight Sparkle i innych kanonicznych bohaterkach. Nie jest ona nawet jeszcze alikornem (co być może także miało wpływ na porzucenie fanfika, gdyż skrzydła Twilight ponoć zniszczyły sporo head canonów). Warto dodać, że bohaterki zachowują się jak one, ale być może za wcześnie wyciągam wnioski. W każdym razie akcja zakończyła się, zanim jeszcze mogła się rozpocząć. Nie można tutaj wiele napisać. O formie można napisać już więcej. Więcej, nie znaczy lepiej. Zwracają na siebie uwagę powtórzenia oraz „uczłowieczanie” kucyków. Mamy wspomniane kopytka, pyszczki, ale głos należący do klaczy jest już kobiecy. Z drugiej strony słowo „klaczy głos” brzmiałoby dziwnie. Rzuca się w oczy, że tekst był napisany i opublikowany pod wpływem chwili. Opisów jest bardzo niewiele i są bardzo pobieżne. Na ogół autorka relacjonuje po prostu czynności postaci. Mimo wszystko zwraca uwagę, że po dialogu, w którym następują didaskalia kropka pojawia się dopiero na ich zakończenie. Nie będę oceniał tego fanfika. Ten komentarz ma po prostu wydobyć „Black Star” z zapomnienia, przynajmniej na kilka tygodni, pokazać fandomowi, od czego zaczynał i jak daleko zaszedł. A że komentarz jest zbyt długi? Cóż, nie przeczę. Jednak lubię pisać komentarze.
  12. „Nadzieja, która błyszczy” to bardzo interesujący fanfik. Prawdopodobnie, gdyby był krótszy byłby jeszcze lepszy. Wśród złoczyńców MLP:FiM najwięcej fanfików poświęcono Discord owi oraz Chryssaliss lub Sombrze. Piszę tutaj o kanonicznych złoczyńcach, ma się rozumieć. Tirekowi, chociaż był to jedyny antagonista z korzeniami jeszcze w pierwszej generacji My Little Pony poświęcono niezbyt wiele fanfików. Ja pamiętam tylko jeden, „Into The Depths” autorstwa Pen Stroke’a, gdzie się przewija, a i wtedy była to postać nawiązująca właśnie do pierwszej generacji MLP, a nie czwartej, gdzie Tirek się jeszcze nie pojawił. Fanfik zaczął być pisany w 2012 r. Także bohaterce „Nadzieja, która błyszczy”, Cosy Glow, bardzo rzadko poświęca się uwagę i pisząc bardzo rzadko, mam na myśli, że w jest to pierwszy fanfik o niej, który przeczytałem. A przecież przeczytałem ich dużo. Już to czyni fanfika oryginalnym. Zastanawia mnie co zainspirowało autorkę. Mnie opowiadanie przypomina nieco film „Dzieciństwo wodza” z 2015 r. w reżyserii Brady’ego Corbeta. Narodziny złoczyńcy zaczynają się od skromnych początków, od czynników, które zdawałoby się nie są aż tak istotne. Dla Cosy Glow tym, co popchnęło ją ku złu był fakt, że była jedynym pegazem w rodzinie jednorożców, z czego wypłynął wniosek, co prawda nie należący do bohaterki fanfika, ale jej kolegów i koleżanek z klasy, że jej mama się „puszcza”. Wątek ten zresztą nie wychodzi na pierwszy plan od początku. Cosy Glow ma wyjątkowo tolerancyjną rodzinę i nie jest otwarcie dyskryminowana przez dziadków, ani też ojca (który w fanfiku jest prawie nieobecny) a jej mama ją bardzo kocha. Autorka opisuje w fascynujący sposób mieszankę kompleksów, jakie odczuwa Cosy Głów wobec jednorożców. Poszła ona tropem „Fallout: Equestria”, gdzie jednorożce są faktycznie OP (jak się mówi pomiędzy graczami kompetytywnymi), gdyż magia pozwala im na niemożliwą do uzyskania dla innych ras kucyków precyzję we władaniu przedmiotami. Rozgrywki szachowe pomiędzy Cosy Glow a jej dziadkiem są tego dobrym przykładem. Nie chodzi tutaj nawet o samo posunięcie na planszy, ale o sposób przesuwania bierek. To bardzo interesujące, chociaż chyba niezgodne z kanonem MLP:FiM podejście. Wspominam o tym, bo fanfik, próbuje raczej być zgodny z serialem. W szkole właśnie za mamę, która się „puszcza” Cosy Glow jest szykanowana przez kolegów i koleżanki z klasy. Źrebaki są tutaj okrutne w jakiś wyolbrzymiony sposób, ale są bardzo złośliwe. Kiedy porównałem to, co opisywano w fanfiku z tym, do czego dzieciaki w szkołach są zdolne to muszę przyznać: poczułem, że byłyby to wiarygodne sytuacje. „Hiperseksualność” młodzieży, jako element wchodzenia w świat dorosłych, tak jak ja ją pamiętam z moich szkolnych lat jest tutaj dobrze oddana. Momentem przełomowym dla Cosy Glow jest przybycie Tireka, który odebrał magię wszystkim kucykom, łącznie z główną bohaterką. Tylko że pegazy są po zjedzeniu ich magii po prostu osłabione, a jednorożce całkowicie bezradne. Autorka ponownie pokazuje partię szachów jako przykład tejże bezradności. W tym momencie miałem wrażenie, że Cosy Glow zaczyna mi trochę przypominać Starlight Glimmer, która szukała równości, pozbawiając inne kucyki mocy ich uroczych znaczków, zachowując jednak swój. Jednak Cosy Glow nie ma takich możliwości jak Starlight Glimmer. Postanawia posłużyć się Tirekiem. W tym momencie „Nadzieja, która błyszczy” zaczyna mi przypominać nieco „Jojo Rabbit” z 2019 r. w reżyserii Taiki Waititiego. Nie widziałem tego filmu, ale bohaterem był chłopiec, który miał wymyślonego przyjaciela. Był nim Adolf Hitler. Dla Cosy GLow jest nim Tirek. Tirek jest z Cosy Glow na lekcjach, odrabia z nią zadania domowe itd. Fragmenty, gdy Tirek jest wyimaginowanym przyjacielem pegazicy są chyba najlepszymi w fanfiku. Potem następuje wymiana korespondencji z Tirekiem oraz Twilight Sparkle i… I gdyby „Nadzieja, która błyszczy” zakończyła się w momencie, gdy Cosy Glow postanawia udać się do Szkoły Przyjaźni uznałbym ten fanfik za arcyciekawy. Ale naiwny świat kucyków, napisany przecież dla dzieci gryzie się z tym młodzieżowym, wyrastającym z dziecięcej niewinności. Co Twilight Sparkle, która ocaliła Equestrię ileś tam razy, miała odpowiedzieć na list Cosy Glow, w którym informowała ją, że ma problemy w szkole, bo się jej mama puszcza? Cóż, postać z kreskówki miałaby tutaj spory problem. A Twilight nie została tutaj pokazana jako postać ze świata fanfika. Twilight, to po prostu Twilight. Generalnie im bardziej zbliża się moment, gdy świat fanfika i świat kreskówki się zazębiają, tym mam wrażenie, pojawia się więcej zgrzytów. Już sam fakt, że Tirek otrzymuje medalion, pozwalający się komunikować listownie z Cosy Glow, jest nieco naiwny. Jest naiwny w realiach fanfika, ale w serialu ten problem został w ogóle zignorowany. Ale to nie jedyny przypadek, gdy pojawiają się zgrzyty. Weźmy inny przykład: w serialu postacie nie załatwiają swoich potrzeb fizjologicznych (poza jednym odcinkiem). W fanfiku uwięzieni w Tartarze są wypuszczani z klatek, aby mogli się załatwić, co sugeruje, że ktoś, jednak nad nimi czuwa, podczas gdy w serialu odnosiłem wrażenie, że, prawdę mówiąc, nikt ich nie pilnuje. Czasami próba udzielenia odpowiedzi rodzi więcej problemów niż pozostawienie czegoś bez odpowiedzi. Mam także wrażenie, że serialowa Cosy Glow nigdy nie traktowała przyjaźni z Tirekiem ani przyjaźni jako takiej poważnie. Że samorozumienie znaczenia tego słowa było wypaczone. Dlatego uważam, że Cosy Glow z serialu to nie Cosy Glow z fanfika i mam wręcz wrażenie, że „Nadzieja, która błyszczy” to AU. AU, które bardzo chce się stać jednością z naiwnym serialem dla dzieci. To wywołuje komplikacje, bo wydarzenia, które rozgrywają się w serialu powodują postacie kierujące się innymi czynnikami niż te z fanfika. Chcę po prostu napisać, że gdyby wziąć Cosy Glow z fanfika i przenieść się do serialu, wówczas prawdopodobnie postępowała by inaczej. Serialową Cosy Glow nie interesowała bowiem przyjaźń. Ją interesowała władza. A tę z fanfika interesowałoby raczej to, żeby inni byli tak samo nieszczęśliwi jak ona. Wtedy poczułaby się lepiej. Zastanawia mnie także rodzina Cosy Glow. Jest ona bardzo „tolerancyjna”. Ba, mąż toleruje, że żona go zdradza, chociaż córka ma wyrzuty sumienia, że jej mama śpi z nauczycielem, żeby miała wzorowe zachowanie na świadectwie. Dziadkowie nie robią Cosy problemów, że jest bękartem. Zastanawia mnie jednak wyjaśnienie, czy raczej próba wyjaśnienia tego stanu rzeczy: Chciałbym usłyszeć wersję męża, bo relacja mamusii się nie chce skleić w mojej głowie. Jej wersja kojarzy mi się z wizją świata hrabiny Ponimirskiej z serialu „Kariery Nikodema Dyzmy”. Niestety, brakuje mi tutaj nieco wyjaśnień ojca, a tutaj by się akurat przydały. Podsumowując, „Nadzieja, która błyszczy” to bardzo interesujący fanfik, który najlepiej działa tam, gdzie nie miesza się z wydarzeniami, z serialu (łącznie z cytowaniem go słowo w słowo). Optymalnym byłoby zakończenie go tuż przed tym, jak Cosy Glow zaczyna „naukę” w Szkole Przyjaźni, gdyż uproszczony świat z serialu nie zawsze się łączy z bardziej dojrzałym światem z fanfika. Pomimo wyżej wymienionych wątpliwości, polecam.
  13. „Pamiętnik Luny” to dzieło z okresu, gdy fandom MLP:FiM już okrzepł. Był on już wtedy świadkiem pierwszej katastrofy, jaka spotkała twórców wiernych „lore” serialu: Twilight dostała skrzydła! Ale to nie o niej będziemy tutaj wspominać. Poza tym był to okres, kiedy pojawił się nowy, niezwykle popularny złoczyńca. Był nim król Sombra. Sombra zrobił furorę, chociaż w pierwszym epizodzie, w którym się pojawił miał ledwie kilka kwestii. Potem też nie był obecny zbyt często, a i wtedy liczba dialogów nie powalała. Lepiej jego postać przedstawiły komiksy wydawane przez IDW i muszę przyznać, że tutaj zakończenie jego historii było chyba najlepsze. A Luna? Księżniczka Luna przynajmniej posiadała więcej czasu antenowego i jako tako mogę zrozumieć jej popularność w fandomie. Dlaczego o nich wspominam? Czynię tak, gdyż są oni bohaterami fanfika „Pamiętniki Luny”. Utworu moim zdaniem porzuconego przedwcześnie. „Pamiętnik Luny” to jak sama nazwa wskazuje pamiętnik. Gatunek literacki, który wydaje się zaskakująco prosty, a jednak nie spotykam się z nim zbyt często. Szkoda, bo moim zdaniem można przedstawić w ten sposób pełne niedopowiedzeń, subiektywne treści. Idealnie sprawdza się w horrorach, dreszczowcach, pozwala dobrze przedstawić sposób myślenia postaci etc. Sądzę jednak, że w tym wypadku „Pamiętnik Luny”, powinien nosić tytuł „Dziennik Luny”. Księżniczka odnotowuje ważniejsza wydarzenia prawie każdego dnia 6 miesiąca roku, w którym pokonano Discorda. Wpisy, chociaż może należałoby je raczej nazwać notatkami, są bardzo krótkie. Przedstawiają one Lunę nie jako osobę niezrozumianą i przyćmioną przez starszą siostrę. Luna, owszem, nie zawsze sobie radzi z obowiązkami współwładczyni oraz ciągnie ją ku zupełnie nieksiężniczkowym zajęciom, ale nie może być uznana za outsidera. Odnoszę wrażenie, że jest ona tutaj raczej nastolatką, taką która chce zasmakować życia, zakochać się etc. Właśnie strona uczuciowa księżniczki jest tutaj zarysowana o tyle interesująco, że właśnie bardzo naiwnie. Luna chciałaby spędzać czas z kimś innym, ale obowiązki jej na to nie pozwalają względnie siostra doprowadzi ją „do porządku”, etc. Naprawdę interesujące jest to, że oblubieńcem księżniczki został właśnie Sombra. On sam zwrócił na siebie uwagę księżniczki, oblewając ją atramentem. Zastanawia mnie jak wielki miałby on wpływ na późniejszą przemianę Luny w Nightmare Moon? Na te pytania, ważne dlatego, że wiemy jak się potoczyły późniejsze losy księżniczki jednak nie poznamy już odpowiedzi. Fanfik został porzucony. Forma jest przyzwoita, chociaż wpisy mogłyby być dłuższe. Jeśli coś mi przeszkadzało to to, że Luna wyraża się niekiedy mało po królewsku lub wręcz błędnie. Być może jest tak dlatego, że Luna jeszcze nie nabyła swoich bardzo formalnych nawyków, ale wydaje się, że pomiędzy jej wygnaniem na Księżyc, a pokonaniem Discorda nie mogło upłynąć aż tak dużo czasu, przez to ta wizja Luny bardzo gryzie się z tą z serialu, zwłaszcza z drugiego sezonu. Podoba mi się w fanfiku, natomiast przywiązanie do pewnych detali życia księżniczki np. wpływ gorsetu na oddychanie albo próby rozwikłania zagadki jak matka księżniczek chodziła w obcasach. „Pamiętnik Luny” przypadł mi nawet do gustu, nieco zaintrygował i żałuję, że został tak szybko porzucony. Mógłby z tego wyjść jeden z klasyków polskiego fandomu MLP:FiM.
  14. Myślałem, że nie lubię TCB. Nie wiem, jakim sposobem, lecz wszystkie fanfiki oznaczone tym tagiem okazywały się bardziej depresyjne niż „Rok 1984” George'a Orwella. Co prawda nadal nie jestem pewien, czy bym polubił „Rose May Kill”, ale fanfik zapowiadał się całkiem interesująco. Główna bohaterka nie była kucykiem, była człowiekiem. O kucykach wiedziała tylko tyle, ile zobaczyła w serialu My Little Pony: Friendship is Magic, który oglądał jej chłopak. Ułatwiło jej to przystosowanie się do nowego ciała. Niestety, nawet jako kucyk miała pewien przykry nawyk z czasów, gdy była człowiekiem. Potrafiła zabijać. Potrafiła i lubiła to robić. Tak można pokrótce streścić fabułę „Rose May Kill”. Sama bohaterka używa imienia Deadly Rose co bardzo pasuje do jej osobowości. Jest ona bowiem zabójcza. Niestety nie kontroluje ona swoich unikalnych „talentów”, co nie zawsze wychodzi jej na dobre. Fanfik sugeruje, że będąc człowiekiem była zabójczynią na zlecenie. Ciekawe, ale gdy kucyki stykają się z ludźmi przybywającymi do ich świata, ci najczęściej używają wobec nich przemocy. Rozdziały są krótkie i treściwe. Próbują przedstawić świat kucyków oczami bohaterki i zadają raczej nowe pytania, niż próbują coś wyjaśniać. Nie mam o to do autora pretensji, gdyż fanfik raczej był przewidziany na ponad sto stron. Autor wyraźnie nie spieszył się w popychaniem fabuły do przodu. Ogólnie jednak byłem raczej zaciekawiony treścią, a i główna bohaterka, chociaż mało o niej wiedziałem, nie była mi zupełnie obojętna. Jeśli miałbym się czegoś czepić, to tego, że bohaterka już w czwartym rozdziale zaczyna prowadzić życie seksualne. Problem w tym, że jest najwyraźniej na tyle niewyrośnięta, że kucyki uznały, że powinna pójść do szkoły. Pod względem formy jest zupełnie nieźle, tekst przeszedł korektę, a i sformatowany został przyzwoicie, chociaż dręczą go bolączki, gdzie akapity są wyróżnione nie tylko poprzez wcięcie, ale też poprzez odstęp, co jest zbędne. Nie pamiętam nawet, czy doszukałem się poważniejszych literówek. Sądzę, że jak na początek fandomu MLP:FiM to poziom był bardziej niż przyzwoity. Niestety, „Rose May Kill” został porzucony. Autor, jak sam wyjaśniał nie mógł znaleźć nowego korektora. Wielka szkoda, że fanfik nie był kontynuowany, jednak sam dość często podważałem sens umieszczania w publicznym dostępie fanfików, których jakość jest ewidentnie zaniżona np. z powodu braku doświadczenia autora (słynne pierwsze próby) i tak dalej. „Rose May Kill” mogłoby w tym wczesnym okresie fandomu zaznaczyć swoją obecność przyzwoitą jakością. Widać, że autor ma już pewne doświadczenie w prowadzeniu narracji, o czym świadczy, że prowadził on RP w innych systemach RPG. Zastanawiam się jak takie doświadczenie przełożyłoby się na treść fanfika. Niestety, w tym wypadku, nie dowiemy, jakby się potoczyły losy kucyka imieniem Deadly Rose.
  15. Fanfik „Powrót Sunset Shimmer” zdecydowanie nie jest dla każdego. Nie oznacza to jednak, że mieści się w on w kategorii „dla fanów”, co zazwyczaj oznacza coś średniego, ale wykorzystującego lubiany przez wspomnianych motyw. Nie będę używał zwrotu „Kultowy”, gdyż ten zwrot, względnie „kultowy klasyk” nabrał już pejoratywnego znaczenia, „Kultowym klasykiem” w fandomie MLP:FiM byłyby np. „Babeczki” albo abominacja „Polacy są wszędzie”. „Powrót Sunset Shimmer” jest natomiast pozycją nową. Jak stwierdziłem wyżej „Powrót Sunset Shimmer” nie jest fanfikiem dla każdego. Po pierwsze trzeba lubić i nieco znać uniwersum „Equestria Girls”. Po drugie autor ma specyficzny styl, z którym spotykam się albo bardzo rzadko, albo po raz pierwszy. Fabuła jest prosta i, prawdę mówiąc, przez 6 rozdziałów mam wrażenie, że bardzo się nie posunęła do przodu. Sunset Shimmer musi zamknąć portal z Equestrii do świata ludzi, gdyż magiczna energia ze świata kucyków może go zniszczyć. W tym celu Sunset Shimmer musi jednak udać się na drugą stronę… lustra… i na zawsze porzucić szkołę i przyjaciół. Nie wiem, jak długi ma być recenzowany fanfik, zakładam jednak, że mogłem przeczytać już ponad połowę zaplanowanych rozdziałów. Fabuła ma to do siebie, że na początku rozwija się bardzo szybko. Sunset Shimmer musi pozyskać geody od swoich przyjaciółek, czyli uczłowieczonych wersji mane 6. Odbywa się to w bardzo szybkim tempie i miałem nieodparte wrażenie, że autor albo nie ma pomysłu, jak przedstawić próby czekające Sunset Shimmer albo mu się spieszy. Nie wykluczam też, że nawiązano do prób, jakie musiała przejść Twilight Sparkle w pierwszym epizodzie „Equestria Girls”, gdzie te nie były ani długotrwałe ani wymagające. Potem, gdy (co nie będzie dużym spojlerem), Sunset Shimmer wraca do Equestrii fabuła zwalnia. W tym momencie na plan pierwszy wychodzą opisy emocji, jakie odczuwa bohaterka i inne postacie. Pełno w nich nostalgii, niepewności, ale też dumy i łagodności. Z takich właśnie opisów składa się większa część obecnie opublikowanych rozdziałów fanfika. Nie brakuje również opisów działania magicznej energii. Są one ładne i zgrabne, a ponieważ to właśnie one zajmują sporą część tekstu zgaduję, że nie są one dodatkiem, lecz właśnie celowo na nich opiera się fanfik. Mam jednak wrażenie, że autor nadużywa słów „miękko”, „łagodnie” etc. Czasami też tworzy dziwne związki frazeologiczne: „Zapach porannego światła”. Nie mam pojęcia, co to może być. Poza tym tekst jest sformatowany schludnie z wyjątkiem pierwszego rozdziału, gdzie dialogi są po prostu podzielone w dziwny sposób i jakby każde zdanie tworzy tam osobny akapit, to nie mam tutaj większych zastrzeżeń. W tej chwili nie można napisać o „Powrót Sunset Shimmer” zbyt wiele, zapowiada się dobrze, a przyłożenie olbrzymiej wagi do opisów emocji, a nawet fizycznych odczuć jest niezbyt często spotykanym zabiegiem. Autor musi jednak uważać, żeby nie zdominowały one całkowicie jego dzieła, bo może to znacząco obniżyć jego przystępność. Sądzę jednak, że na razie jest to dobry debiut.
×
×
  • Utwórz nowe...