Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Guest

[Pojedynek Treningowy] [C] Stachul vs. Lordek

Recommended Posts

Guest

2802919a49606a6197741b8ca02086e3-d5n1cpa

 

Hmmm, zapewne zastanawiacie się, skąd to zdanie 'pojedynek treningowy' w nazwie tematu?

 

Otóż, ten pojedynek będzie nieco odstawał od obecnych standardów. Ten pojedynek będzie służył tylko do ćwiczeń, nie będzie możliwy wybór zwycięzcy przez oddawanie głosów w ankietach. Po prostu, trening.

 

Tutaj zatem zmierzą się Lordek, będący Avatarem Doctora Whoovesa, przy tym bardzo mądry człowiek, oraz Stachul, Avatar Fluttershy, którego ze względu na ogromną popularność i skłonność do szybkiego nawiązywania kontaktów z ludźmi nie trzeba zbytnio przedstawiać.

 

Zatem, życzę udanego treningu.

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zbliżając się powoli na pole walki, Stachul rozglądał się dookoła. Krajobraz był iście malowniczy! Środek lasu, gdzie zwierzęta odpoczywały, pusta polana, na której miał odbyć się trening, gdzieniegdzie pomniejsze krzaki, a najbliższe drzewa w odległości co najmniej trzystu kroków od areny i mały staw na środku, który służył za wodopój. Piękne miejsce, które zaraz... miało się stać tylko kupką gruzu i węglem. 

 

-Przynajmniej będzie jak w domu - rzekł do siebie, gdy tylko myśl o węglu nawiedziła jego umysł. -Tylko szkoda, że to wszystko zniszczeje...

 

I ruszył dalej, nie zważając już na nic więcej. A gdy się poruszał, wszystkie okoliczne kamyczki podskakiwały od uderzeń jego stóp o podłogę, a nic to dziwnego! Wszak był to mąż postury nie najgorszej i dodatkowo miał swoje asy w rękawie. Jakież to asy, pytać się można. Odpowiedź jest bardzo prosta! Bowiem gdy Stachul szedł do przodu, za nim ciągnął się złoty ogon, ciało jego pokryte było łuskami, a zamiast standardowych paznokci, posiadał ładny zestaw pazurów. Był on bowiem Pół-smokiem! Iście legendarna rasą zaginionych magów, którzy swe moce brali od majestatycznych i niszczycielskich istot, które niegdyś rządziły tym światem. Teraz pozostający jedynie legendą... do czasu...

Był póki co jedynym przedstawicielem gatunku, jakiego znał, więc uznał za swój obowiązek nie mieszać się w walki, by nie utracić honoru rasy, na wypadek gdyby miał przegrać. Ale nikt nie mówił, że nie może powalczyć ze swoim dobrym przyjacielem w ramach treningu, czyż nie? No właśnie.

Stanął więc na swoim miejscu, z którego miał rozpocząć pojedynek. Wszystkie mięśnie w jego ciele napinały się i kurczyły, oddech miał spokojny, chociaż niepewny. Był to tylko trening, ale co jeżeli przesadzą? Co jeżeli amok walki spowoduje, że któryś z nich padnie, niczym Łabędź Wiśniewski? Nie! Tych myśli nie mógł się trzymać! Te myśli musiały zniknąć teraz! Musiał wierzyć, że jego przyjaciel wciąż jest rozsądny... ale czy on sam takim być może?

 

-Witaj Lordku! - Krzyknął na idącego w jego stronę towarzysza treningu -I Vas tiratus en nordi!

 

Pozdrowił go w swoim rodzimym języku i oddał hołd, kładąc rękę na piersi i pochylając się lekko do przodu.

 

-Pozwól więc, że ja rozpocznę nasz dzisiejszy trening...

 

Dodał bardziej pewnie, ale wciąż gubiąc ostatnie słowa. Czy to stres? Nie... Czy to niepewność? Może... Czy to strach? Kto wie... Czymkolwiek to było, nie mogło go zmusić do wycofania się, nie teraz. A skoro już tu jest, to nie można się wycofać.

Jaką jednak magią władał nasz mały smoczko-człowieczek mierzący jakieś dwa i pół metra? Otóż była to bardzo specyficzna odmiana mocy, która wychodziła nie z zaklęć, nie z inkantacji, nie z umysłu, ale uczuć. Każde uczucie przybierało obraz w kolorze płomienia. Był to więc iście tęczowy rodzaj walki i jakże w tym niebezpieczny! Wszak ogień innego koloru nie musiał już palić... i nie musiał wcale gasnąć...

Pierwszy cios więc nie mógł być specjalnie silny. Nie musiał, miał jedynie rozgrzać serce, by potem zebrać większa moc. Stachul zdjął więc swój płaszcz (który nosił wcześniej) i rozpostarł swe skrzydła, by znaleźć się kilka metrów nad ziemią. Nabrał do płuc pełno powietrza, aż iskry z rozbijanych cząsteczek magii, zawartych naturalnie w powietrzu, zaczęły tworzyć barwę świateł dookoła. Gdy już zebrał odpowiednią ilość, w jego myślach pojawiła się scena jego odrzucenia przez pierwszą osobę, którą poznał. Ból i strach napełnił jego serce, a płomień zmienił kolor na czarny... czarny płomień, który nigdy nie gasnął, który pochłaniał i zamykał w ciemności przeciwnika, by potem spalać go wiekami w niezniszczalnej barierze, jeżeli tylko okrążyłby przeciwnika. Atak ten zwany był "kula rozpaczy", która to z płomienia powstała i w kryształ z zewnątrz się zmieniała... I taki własnie płomień posłał w niebo, wysoko nad oponentem. Tam to wystrzelił w jego stronę, chwile później, szybszy płomyk, który zaraz po zderzeniu, rozbił ogromną kulę na deszcz ognia... I tak ogień padał, a Lordek musiał jedynie uważać, bo każde spotkanie z tym ogniem, kończyło się przemianą w czarny kryształ danego kawałka ciała, który został trafiony...

 

-Miejmy nadzieję, że masz więcej rozsądku, niż szczęścia... Twój ruch, przyjacielu!

Share this post


Link to post
Share on other sites

W istocie. To był pięknie zapowiadający się dzień. Od ładnych kilku godzin Lordek, mag młodo wyglądający, jak na swoje lata oczywiście, szczęśliwie hasał po rozległej, ciemnej kniei. Wędrując od drzewa do drzewa stwierdził, że popełnił jeden zasadniczy błąd. Jego orientacja w terenie, niewspomagana czarami nawigacyjnymi, dorównywała przeciętnemu czajnikowi. W porywach. Mocno wiejących porywach. Zamiast, jak na cywilizowanego człowieka przystał, wejść na leśną arenę razem ze smoczym oponentem, stwierdził, że zrobi bardziej majestatyczne wrażenie, nadciągając od przeciwnej strony lasu. 

 

-Założę się, że kiedy ja tutaj błądzę, ten cwany jaszczur robi z tej naturalnej architektonicznej perełki matki natury drugi park jurajski. W zasadzie... Czym do licha jest park jurajski? - myślał, dziarsko pokonując kolejne krzaki

 

Jego zmagania z florą przybierały na sile. Nawet niezbyt biegłe oko, jeszcze mniej biegłego w obserwacjach człowieka, żeby było weselej, niewidomego, dostrzegłoby trzęsący się las, wprawiany ruch, przez spacerującego przez niego oszołoma w spodniach i gustownej pikowanej przyszywce. Lubujący się w psionice człek, z nieodłącznie wiszącym na szyi amuletem, zaczął wręcz wrzeć ze złości i irytacji. Dosłownie. Z jego nieokrytej głowy zaczęły wydobywać się kłęby pary. Kiedy zebrała się ich pokaźna ilość, stwierdził, że fajnie byłoby je kreatywnie wykorzystać do walki z tym buszem. Skumulował energię zrodzoną z jego wściekłości na okoliczności przyrody, dodając odrobinkę mocy, z głębi swojego umysłu, po czym skierował ją do palca wskazującego prawej dłoni. Takowym, niczym ołówkiem, narysował w powietrzu przed sobą okrąg, o jakichś dwóch metrach średnicy. Następnie lekko dmuchnął w jego kierunku, a twór, niczym kopnięty, ruszył naprzód z oszałamiającą prędkością, rozrzucając drzewa i krzaki na wszystkie możliwe strony, co sprawiło Lordkowi niebywałą radość. Wreszcie mógł bezproblemowo dotrzeć na arenę. 

Na miejscu przywitał go smoczy oponent, który nie przejął się zbytnio falą uderzeniową, która przybyła przed człowiekiem.

 

-No, on raczej na strachliwego nie wygląda. Zobaczymy jak to będzie. - uspokoił sam siebie w myślach.

 

Po paru chwilach, pokryty łuską przeciwnik, rozpoczął swój atak. Wyglądał klasycznie, jednak mag wiedział, jakie radosne komplikacje go czekają, jeżeli ze spadającym płomieniem zetknie się choćby fragment jego ciała. Bardzo lubił pokrywającą go skórę, więc postanowił, że nie ma czasu do stracenia.

Splunął w górę, a spadający wytwór jego ślinianek podzielił na dwie części samym spojrzeniem, potęgą umiejętności wykonania zeza rozbieżnego. Ciecz przeleciała ładny kawałek drogi, po czym upadła, wsiąkając w glebę. Nadeszła pora na drugą część lordkowego przedstawienia. Niczym gwiazda teatru z Holywoodstein'u, przyłożył obie ręce do ziemi, jakby chciał zostawić w nich swój odcisk.

 

-Niegasnący płomień? Ciekawe, wszystkie niegasnące płomienie, jakie do tej pory widziałem, okazywały się tracić swoją właściwość, po odcięciu dostępu do tlenu. Sprawdźmy więc...

 

W jednym momencie, poprzez ślinę w glebie, nawiązał kontakt z drzemiącym w niej żywiołem wody.

 

-Ej, woda, chodź. Pobaw się z nami.

-Chędoż się bucu, nigdzie nie idę.

-No, skoro nie chcesz...

 

W tym momencie tchnął moc w ziemię, a z miejsc, gdzie jego płyny ustrojowe zlały się w jedność z Matką Ziemią, wytrysnęła woda, tworząc coś na wzór łbów legendarnej Hydry. Lordek pokierował swoim orężem dłońmi, iskra po iskrze, zamykając w wodnych objęciach deszcz niegasnącego ognia, który, jak gdyby pierwszy raz słysząc o prawach fizyki, zgasł, pozbawiony dostępu do gazowej postaci pierwiastka o uroczej nazwie - tlen. 

 

-Czas na mój ruch.

 

Pstryknięciem palców pozbył się zalegającej w przestrzeni masy wodnej. Nie dając rywalowi czasu na reakcję, klasnął w dłonie, a kiedy je rozpostarł, był już właścicielem eleganckiej lunety. Chwycił ją odwrotnie, niż powinno się to prawidłowo robić i spojrzał na unoszącego się w przestworzach Stachula. Najpierw na jedno skrzydło, a potem na drugie. Wyglądały zabawnie drobno poprzez odwróconą lunetę. Kiedy Lordek odjął ją od oka, okazało się, że czar zadziałał, a rozmiar narządu lotniczego oponenta zmienił się z rozmiaru ,,bardzoxxl'' do ,,chybaspadam''. Żeby spadający Staś nie czuł się zbyt bezpieczny, bohater ponownie chuchnął, a z pary wydobywającej się z ust, uformował kilkanaście lodowych pocisków w kształcie kolców, obniżając gwałtownie ich temperaturę, po czym posłał je prosto na przeciwnika.

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

​No bo cóż to za dzień, gdy nie można spojrzeć na swego przeciwnika z trochę innej perspektywy, czyż nie? Zwłaszcza, gdy takie cuda się dzieją. No bo cóż to za  niebywała sytuacja, gdy przeciwnik myśli, że wszystko wie, podczas gdy wciąż pozostaje w uścisku oponenta... ale o tym może później.

Stachul przyglądał się z uwagą staraniom Lordka i jego błyskotliwości. Chociaż czy to była bardziej uwaga, czy rozbawienie? Ciężko było zgadnąć, bowiem cały czas na swym gadzim licu, miał umieszczony niewielki uśmiech. Ten jeden, niezłomny. Wieczny uśmiech, który pogłębiał się wraz z kolejnymi łapanymi płomykami, których celem było właśnie zostać pokonanymi. A co dopiero można powiedzieć o tym wodnym... członku męskim, który nie miał jednej główki, ale kilka! No Hayate to dopiero miałaby radość, to co dopiero Stachul. Bo powiedzmy sobie szczerze, to co miało być głową hydry, raczej, w niektórych oczach, tak nie wyglądało...

 

-Bardzo dobrze! Pokaż mi więcej! - Krzyknął w czystej esencji radości. Jakby każdy płomień smutku, który znów zmieniał się jedynie w pył magicznej esencji, przy obumieraniu, wzmacniał dobry nastrój smoka.

 

A gdy tylko ostatni z nich zgasł, jego dobry nastrój zmienił się w istną euforię. Wśród śmiechu i kolejnych próbach złapania oddechu, spoglądał na poczynania oponenta, który to chyba tak bardzo się pogubił, że nie wiedział nawet, jak się trzyma lunetę!

 

-Może potrzeba Ci z tym pomocy? - Krzyknął w jego stronę, gdy tylko udało mu się złapać oddech, po czym pazurem zebrał łzę, która akurat wypłynęła z oka gada, własnie poprzez ten śmiech.

 

I unosił się tak jeszcze chwilę nad ziemią, gdy... nagle zaczął sobie delikatnie spadać w dół. Co ciekawe, jego nastrój pozostał niezmienny i taka sytuacji wywołać mogła w nim jedynie jeszcze większą radość z darmowej nauki spadania! Czyż to nie wspaniałe, gdy mógł wypróbować coś nowego? O tak! A w dodatku te skrzydełka! Takie malutkie i takie urocze! Jakby wróżką się stał! Toż to radość sama z siebie! Zwłaszcza, gdy można pośmiać się z własnej ułomności. 

Podczas spadania, Stachul usłyszał kolejny dźwięk. Był to atak, który Lordek postanowił wyprowadzić w "niby" bezbronnego przeciwnika, który opadał delikatnie na ziemię z prędkością... spadającego mamuta, czy czegoś takiego. No delikatność jak nic. A to dopiero byłoby delikatne, jakby w tę ziemię przywalił i zrobił kolejny miły staw dla tych wszystkich kochanych zwierzątek. I jak się tym nie cieszyć? I właśnie takie podejście miało być jego obroną.

Smok postanowił więc zebrać tę radość. Nim jednak zabrał się do tego, całe powietrze, które dotychczas było w jego płucach, postanowił wystrzelić w ziemię, by zmniejszyć swój pęd spadania. Był to smoczy ryk, który nie wykorzystywał magii, a jedynie duża pojemność płuc gadów. Gdy tylko ziemia została ucałowana z daleka, siła wysłania ryku spowolniła opadanie, a same płuca pozostały puste, by zebrać całą radość, która mieszała się cały ten czas z drobinkami magii. Stachuł zaczął więc dosłownie ssać wszystko co było dookoła niego i w miejscu, gdzie był wcześniej, a gdy tylko płuca odmówiły posłuszeństwa, z jego paszczy wydobył się potężny strumień ognia, który został całkowicie skierowany w ziemię. Był to nie tylko amortyzator, ale także sposób, by osłonić się przed atakiem Lordka. Uderzając bowiem w ziemię, zielony płomień szczęścia zaczął wesoło tańczyć na ziemi, tworząc tym samym wesoło skaczącą tarczę, która całą swoją mocą szczęścia i chęci przytulania, "hugała" kolejne pociski, aż wszystkie z nich zniknęły. A Stachul w tym czasie wylądował sobie na ziemi.

 

-Chyba jednak... - Powiedział do siebie, uśmiechając się wciąż. -Jestem wróżką!

 

I śmiał się wciąż, w głębi smoczego serduszka, gdy płomień znikał. A kiedy czas tańców i przytulania minął, był już gotowy, by odpowiedzieć swoim atakiem. Kolejnym przemyślanym, chociaż mniej widowiskowym. 

Gdy jeszcze ogień skrywał pole widzenia Lordka, Stachul zebrał w sobie kolejne drobinki magii z powietrza. Uczucia, im towarzyszące, były jednak bardzo odmienne. Zebrał on bowiem w sobie kolejno płomienie: czarny - strach, zielony - szczęścia, niebieski - spokoju, czerwony - gniewu i biały - nadziei, po czym wystrzelił po jednym małym płomyku, nad każdym palcem prawej ręki. Używając także swojej władzy nad ogniem, rozkazał, by każdy z tych płomieni zaczął lecieć w przeciwną stronę, jednak wciąż wokół dłoni smoka. Ogniki tańczyły, idealnie nie zderzając się ze sobą. W łapie Stachula pojawiła się, tym samym, niewielka kula, która koloru swego jednolitego nie miała. Gdy tylko utworzyła się do końca, ogniki zaczęły lecieć po jednej orbicie dookoła kuli, tworząc tęczową obwódkę w odległości jedynie kilku centymetrów od samej kolorowej kuli. Zaklęcie było gotowe, a osłona z ognia już idealnie zdążyła zniknąć. Widząc więc swego przeciwnika, smoczy mag zrobił zamach i niby miotacz, który rzuca piłka, posłał w Lordka swoją kolorową kulkę wraz z jej towarzyszącymi ognikami. By jednak mieć pewność, że trafi, przejął on kontrolę nad ogniami i stworzył tym samym niszczycielski, samonaprowadzający pocisk emocji, który po przedwczesnym zniszczeniu, mógł stać się tak niestabilny, by nawet stworzyć wyrwę w przestrzeni... ale liczmy na to, że i tym razem uda się Lordkowi coś wykombinować...

 

-Dam Ci podpowiedź! - Krzyknął w stronę Lordka. -Ta kula w środku podtrzymuje te płomienie... nie ugasisz więc tego, bo nie wymagają one ani powietrza, ani nawet przestrzeni... Powodzenia!

 

I kierował pociskiem dalej tak, by trafił w przeciwnika i pochłonął go wszystkimi płomieniami... jeżeli tylko nie uda mu się obronić...

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Podpowiedź? Wspaniałe wsparcie z Twojej strony otrzymałem już wcześniej przyjacielu. - rzekł z zaintrygowaniem, gładząc czule swój amulet, wyobrażający czarną źrenicę na czerwonym tle. Oko Terroru. 

Tak, istotnie, bohater zdał sobie sprawę, że smoczy heros sam włożył mu w dłonie potężną broń przeciwko sobie samemu. To, co w starożytnych czasach, w innym wymiarze, przyniosło zgubę Wielkiemu Horusowi, właśnie miało ocalić Lordka, od zdominowania przez przeciwnika.

 

-Wyrwa w rzeczywistości... A więc przejście do Osnowy. Dobrze, niech i tak będzie.

 

Widząc zmierzający w jego kierunku pocisk, postanowił nie marnować ani chwili dłużej. W końcu popis, jaki zamierzał wykonać przed Stachulem, był nie lada gratką dla konesera magii chaosu. Z ciała maga zaczęły się wydobywać purpurowe smugi. Było ich osiem. Oczywiście ich liczba to nie przypadek. Z ogromną prędkością uderzyły w taką samą ilość punktów, na planie idealnego koła wokół teatru zmagań. Powstałe rozbłyski energii ruszyły ziemią w kierunku epicentrum, gdzie za kilka chwil miał dotrzeć atak nieprzyjaciela. Dla obserwatora, który znajdowałby się nad tym miejscem, wyglądałoby to na coś, w rodzaju gwiazdy. Lordek uklęknął na jedno kolano, jednocześnie przykładając dłoń do miękkiej gleby. Po ułamku sekundy, w centrum tworu, wyrosła lodowa ściana.

 

-Jeżeli chcę definitywnie pozbyć się zagrożenia, muszę być pewien, że różnica temperatur będzie odpowiednio wysoka.

 

Tuż przed momentem zderzenia, zbliżył kciuk do swoich ust i nagryzł go, utaczając kroplę krwi, która spadła na naziemną konstrukcję w tym samym momencie, kiedy pocisk i lód zlały się w jedność. Brak stabilności smoczej kuli zainicjował powstanie wyrwy w rzeczywistości, która, poprzez czar człowieka, została ustabilizowana, tworząc portal do dominium Chaosu, w który dziarsko wkroczył. Wrota zamknęły się tuż za nim.

W jednej chwili znalazł się poza czasem i przestrzenią. Poza areną i walką. Niemniej jednak, poprzez wciąż istniejący krąg, posiadał kontakt z wymiarem rzeczywistym, mogąc w każdej milionowej części sekundy wrócić, w wybrane przez siebie miejsce w jego obrębie. Jako, że wszystkie prawa fizyki traciły tutaj na znaczeniu, miał praktycznie nieograniczoną ilość czasu do tego, aby przygotować się do powrotu. Powrotu w wielkim stylu. Jako, że jego dzisiejszy rywal, posiadał naturalny pancerz w postaci swoich łusek, postanowił ponownie okryć się swoją świetlistą, gotycko-barokową zbroją, pozostawiając jednak nieskrępowane orężem dłonie. Postanowił zupełnie powierzyć swój los magii, a nie sile stali. Skumulował energię w rozpostartej dłoni, celem wykonania misternego uderzenia ,,z karata'', które miałoby szansę odnieść jakiś efekt, pomimo grubej warstwy naturalnego, łuskowatego pancerza.

W końcu stało się. Za plecami Stachula pojawił się Lordek, emanujący potężną energią Chaosu, który zdawał się wręcz wylewać z jego dłoni. Nie dając czasu na reakcję, wymierzył cios prosto w potylicę. Przeciwnik nie był jednak w ciemię bity, zdążył odskoczyć, przez co uderzenie chybiło, a cały impet przyjął na siebie obojczyk. Rozległ się donośny trzask. Mag, tak szybko jak tylko mógł, oddalił się od sparing partnera. Zauważył coś z zadowoleniem.

 

-HA! Złamany obojczyk! To osłabi Twój obojczyk!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaiste walka ta była nie lada zaskakująca. Ale czego się dziwić? Tak oto dwóch przyjaciół, którzy znali się prawie na wylot, postanowiło sobie zrobić trening, z czego jeden jechał na całego, a drugi... jedynie bawił się w walenie ogniem wszędzie. No ale tam gdzie smok, tam i drwa rąbią, czy coś takiego. 

Stachul koncentrował się na przeciwniku, by cios wszedł idealnie, by Lordek poczuł magię, nie tyle przyjaźni, ale jednak magię, która miała zostać skontrowana... i została! Chociaż w niespodziewany sposób. 

Gdy tylko Lordek chwycił za amulet, było pewnym, że chce wykorzystać ten atak przeciwko magowi. Ale taka była jego taktyka, od zawsze starał się wroga zwalczać tym, co sam mu dawał i własnie to czyniło z niego idealnego przeciwnika.

 

-Dobrze! - Zaklaskał w dłonie, gdy Lordek zniknął z jego oczu. -Jednak nie najlepiej...

 

Po tych słowach zamknął oczy i zaczął "przyglądać" się wszystkich drobinkom, które powstawały w skutek emocji... Powoli je zliczał, tutaj jedna, tutaj druga, tam dziesięć... Idealnie!

Stanął znów wyprostowanym, czekając na ruch przeciwnika. Nie trwało to tak długo, jak się mogło wydawać, jednak dla smoków, każda sekunda może trwać nawet latami, wewnątrz ich umysłów. Czas bowiem nie był dla nich nigdy problemem, co innego ostrożność. Ano właśnie, skoro o niej mowa...

 

-Ajaaaaaaaaa - Krzyknął Stachul, odskakując do tyłu i robiąc malutkie salto. -Chcesz mną posmarować chlebek tym... nożykiem?

 

No tak. Pytanie iście na miejscu, gdy przeciwnik uszkodził mu własnie obojczyk, ale oj tam obojczyk... jakby jeszcze wykonywał bardziej skomplikowane ruchy, albo inkantacje, to byłby mu potrzebny, jednak tutaj? Proszę Was... tutaj był mu potrzebny po to, by... by go mieć. No i ręką ruszać. I jak oddychał, to też się przydawał... ups.

Spojrzał na swoją ranę i uśmiechnął się znów. Tak się dać zaskoczyć? Nie... nie dał się zaskoczyć, wyczuł bowiem, że za nim zbiera się fala uczuć, wyczuł ten zamiar... ale dlaczego został trafiony?

 

-Chyba się robię na to za stary - Rzekł z szyderczym uśmiechem. -Albo Wy robicie się coraz szybsi!

 

Położył swoją dłoń na ranie i pozostawiając na niej trochę czarnego ognia, znów wrócił do poprzedniej pozycji. Ogień szybko stał się kryształem bólu, który jednak w tym wypadku był jedynie usztywnieniem na ranę i czymś, co trzymało obojczyk w całości. 

​Trzeba było jednak dać też nauczkę przeciwnikowi. No bo bez przesady... starcia siłowe? Serio? No jak tak, to...

 

-Niech będzie i tak! - Krzyknął i nabrał znów powietrza do płuc, jednocześnie wystawiając rękę i wskazując na Lordka.

 

Gdy tylko płuca napełniły się do połowy, pokierował czarny ogień dookoła siebie, by ten owinął go naturalnie i w taki sposób, by powstały kryształ stał się zbroją. Tak oto smok przywdział ubranie z własnego jedzenia. Potężne i nie do przebicia... Ale nie był to, w jakikolwiek sposób, plan na zaatakowanie oponenta. O nie! Była to jedynie kontra na jego przyszłe ataki. By jednak nie dać Lordkowi czasu do namysłu, wystawioną ręką wykonał tajemniczy gest w powietrzu, który skutkował zebraniem się wszystkich drobinek naładowanych odpowiednimi emocjami. W ten sposób z powstałej także kuli (która wcześniej leciała w Lordka, a teraz pozostawiła piękna smugę) zebrał energię, która "stworzyła" piec odbić oponenta smoka. Było to pięć ognistych postaci, które paliły się na wcześniej wspomniane kolory i oznaczały odczucia łamacza obojczyków. Były to niezwykle wierne kopie, bowiem posturą go przypominały, a także posiadały dokładnie taki sam sprzęt. Nie było więc mowy o tym, by Lordek miał sobie poradzić bez małej pomocy...

 

-Dam Ci kolejna rade, o ile się nie pogniewasz... - Rozpoczął, gdy tylko jego pancerz się uformował -Widzisz... każde uczucie pozostawia na polu walki swoje piętno w postaci odpowiedniego koloru. Ja natomiast połączyłem wszystkie pozostawione przez nas emocje i wybrałem najsilniejsze, by stworzyły... Ciebie! Czyż to nie piękne?! To jesteś Ty! Ale o wiele weselszy! A tamten bardziej smutny! A tamten bardziej zły! O tak! Ale nie zapędzajmy się... oto przed Tobą są Twoje i moje uczucia... aby je pokonać, każdemu z nich musisz odpowiedzieć dokładnym jego przeciwieństwem! Nie myśl jednak, że da się ich wszystkich pokonać naraz... oni nie są już płomieniami... ONI SĄ TOBĄ! Tylko, że trochę bardziej... uczuciowym.

 

I po takim dialogu odsunął się do tyłu, by przyglądać się całemu wydarzeniu. Póki co to nie on był przeciwnikiem Lordka, ale Lordek, Lordek, Lordek, Lordek i Adam... nie no żartuje, był to Rafał. Bo Lordek było dla tego wesołka nudnym imieniem.

I tak oto pięciu Lordków rzuciło się na Lorka, by rozpocząc swój morderczy szał siekania go na kawałeczki... chyba, że był w stanie im odpowiedzieć! No ale na to... sobie poczekamy...

 

-Baw się dobrze w swoim towarzystwie! 

Edited by Smok Stachul

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...