Tablica liderów
Popularna zawartość
Pokazuje zawartość z najwyższą reputacją 02/21/26 w Posty
-
O proszę! Aż ciekaw jestem - jak Kolega na to trafił po takim czasie? Ktoś tutaj zajrzał, po tych wszystkich latach! Cóż mogę rzec... Jak to zaczynałem pisać, byłem licealistą z kartą dużej rodziny - a teraz też mam KRD, ale, że tak powiem, z drugiej strony. Czasem myślałem o dokończeniu tego dzieła (prócz niego miałem jeszcze w głowie pomysł na chyba ze trzy spinoffy), ale cóż... w którymś momencie stwierdziłem, że lepiej stworzyć coś, co będę mógł normalnie wydać pod swoim nazwiskiem - acz oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, tego nie zrobiłem. Ostatecznie moje aspiracje twórcze największy upust znalazły w... planszowych grach (historyczno-wojenno-politycznych) - jakby kogoś ciekawiło, mogę rozwinąć temat (jedna jest bliska wydania). Również tematyka Rewolucji Francuskiej gdzieś tam zeszła u mnie na dalszy plan - z jednej strony, zwłaszcza pod koniec studiów, dużo więcej uwagi (w tym przynajmniej jeden artykuł naukowy - mogę podrzucić) poświęciłem liberalnej koncepcji umowy-społecznej i wynikającego z niej państwa-Lewiatana. Z drugiej i ten wątek nie doprowadził mnie nigdzie gdzie chciałem, i jeśli coś teraz rozpala moją wyobraźnię, to raczej okres przełomu XV i XVI wieku, w którym właśnie są te gry które - póki co raczej do szuflady - tworzę. Ale przejdźmy do rzeczy - dziękuję za miłe słowa! Czy po lekturze kolejnych fragmentów również będę mógł na nie liczyć? Pozwolę sobie odnieść się do kilku kwestii: Niewątpliwie tworzenie ustroju Equestrii było w tym wszystkim najprzyjemniejsze! Nie wiem czy Kolega widział, ale w tym wątku wrzuciłem małą rozpiskę jak to widzę. Chętnie mogę to rozwinąć! To w sumie bardziej złożone - jednorożce również w dużej mierze straciły władzę na rzecz wąskiego aparatu samej korony. Wątek ten jest rozwijany w bodaj trzecim rozdziale, w którym, że pozwolę sobie na spoiler, rewolucja dociera do Canterlotu i bynajmniej nie organizują jej lokaje. Zresztą w którymś miejscu (nie już w I rozdziale?) chyba wspominam o tym, że jakieś 100 lat przed akcją zlikwidowano radę baronów - w której skład istotnie wchodzili głównie jednorożcowie, ale która za to miała realne kompetencje, w tym akceptowała podatki. W jej miejsce powołano trójkątną radę, która jest organem tylko doradczym. W tym, o czym piszę powyżej, oczywiście chciałem nawiązać do bliskiej mi (przynajmniej wtedy jak pisałem, acz wciąż wydaje mi się, że jest w niej sporo racji) teorii o Rewolucji Francuskiej jako, przynajmniej w I fazie, buncie arystokracji odsuniętej od realnej władzy (i przez to zdegenerowanej w "złotej klatce") przeciwko absolutyzmowi. To zagrożenie nie jest jakieś substancjalne, zwłaszcza dla terenów innych niż oba pogranicza. Z drugiej strony wydaje się, że koncentracja wojsk jest pewną okazją do wzmożenia. Trudno mi teraz podać dobry przykład z historii, ale widzę tutaj pewne podobieństwo do choćby niesławnego zwołania Stanów Generalnych. Tutaj chodziło mi raczej o, w ramach pewnego, jak Kolega zauważył już na początku, skoncentrowania czasowego, pokazania różnych oblicz rewolucji. I tak - w Manehattanie rewolucja jest burżuazyjno-liberalna, w Cloudsdale militarystyczno-faszystowska, w Canterlocie arystokratyczno-libertyńska - a w Ponyville - ludowo-socjalistyczna. Zresztą wszędzie jest wymierzona w tego, kto jest największą podporą Korony - a w Ponyville to właśnie te najstarsze i zarazem największe rody. Wreszcie - lud tutaj w istocie jest wszak narzędziem w rękach demagoga, który już jak najbardziej wywodzi się z klasy średniej! I egzotyczność sojuszu rewolucjonistów - i wynikająca z tego nieufność i brak należytego wsparcia w działaniu - jest wątkiem pojawiającym się w dziele. Istotnie w serialu tak to wygląda (a zwłaszcza najgorzej - w filmie kinowym), ale muszę jednak powiedzieć, że miałem tutaj nieco inne intencje. Postać Celestii akurat nie ma u mnie znaczenia politycznego, lecz... teologiczne. Akurat przyznaję - z tego wątku byłem chyba najmniej zadowolony i był on najmniej przemyślany, ale szukając odpowiedzi na pytanie - czemu tak potężny, w zasadzie odwieczny władca nie rozwiąże od ręki wszystkich problemów, postanowiłem wykorzystać ten wątek by spróbować zarazem odpowiedzieć na pytanie: Dalej - Po pierwsze - oczywiście problem z silną magia byłby taki, że musiałaby zdominować opowieść, a tego nie chciałem. Po drugie - w mojej wersji tego Świata magia jest jednak mocno ograniczona. W którymś rozdziale wspominam o inkwizycji i o ograniczeniach w jej stosowaniu. Ograniczeniach niearbitralnych: Co do teleportacji - akurat taki pomysł nie przeszedł mi jakoś przez głowę. Czy w ogóle zdolności Twillight w ogóle obejmują teleportowanie osób trzecich (w kolejnych rozdziałach postaci używają teleportacji, ale na bardzo krótki dystans i tylko na sobie)? Jeśli tak, to na jaki dystans? Dodam, że oba domy (Rarity i Applejack) były otoczone, więc wyteleportowanie z nich niewiele by dało. Nie będę zresztą ukrywał, że na Twillight nie miałem jakiegoś wielkiego pomysłu - z Mane 6 główne role miały odgrywać obie moje ulubione bohaterki, wspominane wyżej. Plus fanfik powstawał na długo przed tym, jak Twillight została alicornem - pierwszy rozdział dzieje się dosłownie w trakcie trzeciego rozdziału trzeciego sezonu - więc nie wiem czy wtedy była aż tak potężna - a przynajmniej czy było to wiadome. Zdaje się, że dalsze rozdziały wypadają pod tym względem lepiej. Te wczesne zdarzało mi się pisać na telefonie (np. pamiętam, jak rozdział z I odsieczą Ponyville pisałem jadąc autobusem na wczasy do moich Świętej Pamięci Dziadków). Potem, zanim publikowałem, całość sprawdzał niezastąpiony GandziaBrony - acz oczywiście wciąż jakieś błędy mogły zostać, wszak nie była to profesjonalna korekta, a jedynie koleżeńska przysługa. Cóż, kwestie estetyczne zawsze były mi bliskie - swego czasu zachwycił mnie wiersz Herberta "Potęga smaku", czy później koncepcja niejakiego Plinia Correi de Oliveiry o "rewolucji w tendencjach". Ubolewałem zawsze, jak strona "reakcyjna" odpuszcza tę sferę (sam chociażby zawsze najbardziej lubiłem - i nadal lubię - muzykę dawną, zwłaszcza ze wspomnianego na wstępie XV-XVI wieku, podobnie zresztą z innymi dziedzinami sztuki). W każdym razie - raz jeszcze dziękuję. Ja raczej już nie dokończę tego dzieła. Ale gdyby jakiś szaleniec był zainteresowany - to mogę podzielić się tym, co pamiętam z tego, co planowałem. Miałem również pomysły na przynajmniej trzy prequele-spinoffy - założenia do jednego z nich (o przodku Rarity, co jakieś 300 lat wcześniej zdobył dla Equestrii ziemie koło Sułtanatu Camelu) nawet mam spisane - https://docs.google.com/document/d/1Kj7eFyRlDBTKmCEWZVQTP6_vaAHqOohb4NjHHfgWLKI/edit?usp=sharing Tutaj zaś coś co kiedyś zacząłem i nie wiem, czy tutaj wrzucałem - wstęp do Historii Equestrii, pisany a'la dzieło historyczne autorstwa... ojca Twillight - https://docs.google.com/document/d/1qQqQClVo7sY_Z4I2C_Id4a9dKUm3V5a-S0rcZQWMXcA/edit?tab=t.02 points
-
„Kanclerz” autorstwa Marquise Fancypants di Coroni jest fanfikiem, którego mógłbym postawić tylko trochę niżej niż „Krwawe słońce” Verlaxa. Oznacza to, że jest znakomity. W tym komentarzu poruszę tematykę zaprezentowaną w prologu i dwóch rozdziałach. Wbrew pozorom jest to niemały kawałek materiału. Autor pisze bowiem niezwykle treściwie. „Kanclerz” to fanfik, jakich nie widziałem jeszcze w polskim fandomie MLP:FIM, nawet wśród tych z tagiem „Political”, który też jest niewiele. Porusza on problem rewolucji. Teoretycznie fanfik Dolara „Aleo he polis” porusza podobny problem, ale wątek rewolucji jest tam bardzo pobieżnie przedstawiony i nie jestem pewien, czy to, co tam zaszło można nazwać rewolucją. Rewolucja w „Kanclerzu” nie przypomina mi żadnej konkretnej, być może najbliższa jest rewolucja francuska z lat 1789-1799, ale tak naprawdę i to porównanie jest na wyrost. Odnoszę wrażenie, że Marquis Fancypants di Coroni dokonał pewnej syntezy przyczyn zjawisk rewolucyjnych, jakie zachodziły w Europie od końca wieku XVIII do początku XX wieku. Potem przeniósł te wnioski na grunt Equestrii. Wnioski są ciekawe i nawet stwierdzam, że podejmując podobne przemyślenia także do nich doszedłem. Rewolucja wymaga trzech lub co najmniej dwóch czynników. Po pierwsze jest to sytuacja, gdy stare elity posiadają pełnię władzy politycznej, nie będąc jednak całkowicie domiujące w życiu gospodarczym. Po drugie, władza musi być na tyle mało wydolna lub mało szanowana, że jej polecenia przestają być odczuwane jako wiążące. Po trzecie, aczkolwiek nie zawsze jest to regułą, zachodzi interwencja czynników zewnętrznych. W przypadku „Kanclerza” są to wszystkie te trzy czynniki. Equestria jest krajem, który przeszedł proces industrializacji, lecz jednorożce należące do arystokracji zachowały pełnię władzy politycznej. Ich przedstawicielem jest w fanfiku Fancy Pants, chociaż tutaj jest znany jako wicehrabia Canterlotu Fancy Pants di Coroni, tytułowy „Kanclerz”. Dochodzi jednak do sytuacji, gdy kraj znajduje się w stanie zagrożenia wojną z „Wilczą Konfederacją”, jedną a nawet dwoma. Zapada decyzja o mobilizacji sił na wypadek wojny. Ale Manehattan odmawia. W tym samym czasie w Clouds dale trwa sejmik pegazów, które lokalny przywódca może wykorzystać jako swoją prywatną armię, a w Ponyville dochodzi do otwartego buntu przeciw władzy. To, co mi się niesłychanie podoba w tym fanfiku, to próba stworzenia systemu politycznego Equestrii i powiązania go z systemem prawnym. Coś, czego nie było nawet w „Aleo he polis”. Nie chodzi tutaj o np. dziedziczenie tronu. Chodzi o system rad, jakie są zwoływane przez Celestię i to, kto w nich się znajduje i próba przekształcenia tych instytucji, nieobradujących ciągle w próbą stałej reprezentacji politycznej. A wychodzimy od czegoś tak prostego jak to, kto może być burmistrzem w Ponyville, wszystkich procedur z tym związanych, dzięki czemu poznajemy lepiej prawo Equestrii. Potem przechodzimy na poziom nieco wyższy, do Manehattanu. I w tym momencie zobaczyłem kunszt autora, trwa tam bowiem dyskusja, czy lekceważenie rozkazu kanclerza o przeprowadzeniu mobilizacji jest równoznaczne z lekceważeniem rozkazu księżniczek. I co ciekawe, w tej dyskusji zapada wniosek, że tak. Czołowi przedstawiciele burżuazji miejskiej dochodzą do wniosku, że są lojalni wobec księżniczek, tylko nie wobec kancelarii ich kanclerza. Oczywiście te wnioski są bzdurne, ale w tym kontekście jak najbardziej ciekawe. Autor zręcznie przedstawia nam instytucja ogólnokrajowe i lokalne, pokazuje niejednolitość podziału administracyjnego kraju i to, że np. pegazy mają własny samorząd, ale już Manehattan, czy Ponyville mają własny, oparty na innych zasadach. Przyznam, że czytałem z przejęciem te fragmenty. Zwykle podział administracyjny jest w fanfikach traktowany bardzo po macoszemu, nie mówiąc o wynikających z tego konsekwencjach. Warto pamiętać, że autor pisał fanfika przed odcinkiem „Księżniczka Spike”, który rzucił bardzo dużo światła na ustrój panujący w Equestrii. Jeśli coś mnie zastanawia, a co jest raczej niehistoryczne, to to, że do prób wymuszenia reform dochodzi w sytuacji zagrożenia wewnętrznego. Wydarzenia rewolucyjne zwykle zachodzą w spokojniejszym czasie: przykładowo do rewolucji amerykańskiej doszło po wygraniu wojny siedmioletniej przez Brytyjczyków, do rewolucji francuskiej po tym, jak król Ludwik XVI zwołał przedstawicieli trzech stanów, aby uchwalić nowe podatki. W Rosji w 1905 i1917 obie rewolucje miały miejsce z powodu porażek wojennych. Tzw. Jesień ludów 1989 r. to skutek nieudanych reform gospodarczych. Moim zdaniem, jeśliby się tego trzymać do próby zmiany ustroju powinno dojść nie tuż przed grożącą wojną, ale w jej trakcie. Podobnie rewolucja w Ponyville sięga od razu po maksymalistyczne hasła uspołecznienia majątku rodziny Apple i państwa Cake. Zasadniczo są to przedstawiciele klasy średniej. Ci byli jednym z zapleczy rewolucji we Francji i w ogóle przemian parlamentarnych w Europie wieku XIX. Powinni to zatem być potencjalni sojusznicy rewolucji w Ponyville, a tymczasem zostali skreśleni. Moim zdaniem, już samo to spowodowałoby wielką niepopularność rewolucji i jej haseł nie tylko w Ponyville. Właściwie jakiekolwiek powiązaniem rewolucji z Ponyville i odmową Manehattanu w przeprowadzeniu mobilizacji stałoby się zapewne niemożliwe. Więcej, pewnie sami by ją chcieli przeprowadzić, aby chronić swoje majątki. W każdym razie po tym, jak zobaczyliby kunktatorstwo władzy Celestii. Jednak mogą bronić autora w ten sposób, że po po pierwsze rewolucję wywołują siły zewnętrzne, a w każdym razie wrogie samej państwowości Equestriańskiej. Ich celem jest m.in. wyeliminowanie Mane6, a więc takie działania mają sens. Po drugie elity Cloudsdale, Manehattanu i Ponyville mają wspólnego wroga, czyli koronę. Korona jest sama sobie największym wrogiem. Przede wszystkim dosłownie, Equestria, jakby całkowicie ignorowała swoją władczynię. I nie bez powodu. Celestia jest szalenie bierna w tym fanfiku. Generalnie przychyla się do wniosków innych, sama nic nie proponując. Dlatego na plan pierwszy w tym fanfiku na czoło wysuwa się księżniczka Luna. Ale nie tylko Celestia jest bierna. Twilight także została w ogarniętym rewolucją Ponyville i… jest tam. Ogólnie tak przedstawiona Celestia przypomina mi potężnie znerfioną wersję z ostatnich dwóch sezonów. Twilight, jednak jest typem bohaterki, dlatego tutaj akurat zachowuje się jak nie ona. Może to jest uzasadnione jakimś załamaniem nerwowym, nie wiadomo. W każdym razie absolutne bierność Celestii zmusza jej otoczenie do działania. Konkretnie Lunę i jej wojskowych. W tej sytuacji Celestia mi trochę przypomina mi nawet nie króla Ludwika XVI, czy cara Mikołaja II. Przypomina mi uniwersalny typ władcy, który nie wie, co robić, więc wycofuje się i pozwala działać innym. Odnoszę wrażenie, że kucyki po prostu kochają swoją władczynię, ale się jej nie boją. A nie boją się, bo ta nic od nich nie wymaga, ale też, jakby i ona nie ponosiła odpowiedzialności, Jak to ładnie ujął autor, porównując alikornicę do brytyjskich monarchów „Królowa panuje, ale nie rządzi”. Odnoszę wrażenie, że tak faktycznie wygląda władza Celestii w MLP:FIM. Autor po prostu antycypował i doszedł do wniosków, które zostały niezależnie od niego, tak czy inaczej wprowadzone do serialu przez autorów. Pytanie brzmi, czy fanfik ma wady? Tak, ma kilka. Zacznę może od Twilight Sparkle. Kiedy czytałem „Kanclerza” zastanawiałem się, czy autor nie zaczerpnął jednej rzeczy od twórców serialu: teleportacji, wtedy kiedy fabuła na to pozwala. Naprawdę, Twilight była całkowitym „koksem”, jeśli chodzi o magię w miasteczku i samodzielnie mogłaby zapewne przeteleportować przyjaciółki z rodzinami poza Ponyville. Ale nie robi tego. Po tym wszystkim co dokonała Twilight sądzę, że sama by mogła uśmierzyć bunt. Od strony formalnej, tekst budzi pewne zastrzeżenia. Po pierwsze jest to właściwie ściana tekstu. Po drugie autor oddziela fragmenty „porucznikami”, nawet jeśli opisują one wydarzenia i te „poruczniki” nawet nie posiadają odstępu od poprzedzającego i następnego akapitu. Prawie cała akcja opiera się na dialogach, opisów wydarzeń jest niewiele, a opisów miejsc to już w ogóle prawie nie ma. Jeśli coś jest w serialu, to dobrze, ale jeśli nie ma to już widz sobie musi co wymyślić jak coś może wyglądać. Przy czym same dialogi zaczynają się od „-”, po których nie ma odstępów. Poza tym w tekście jest dużo literówek, zwłaszcza problem z poprawnym zapisem słowa „Ekscelencjo”. Wpierw myślałem, że to może cecha jednej z postaci, ale ten problem się powtarza w sposób zupełnie losowy. Do innych przypadków można zaliczyć „nozdzry”, „wyciagnął” etc. Na koniec muszę przyznać, że autor napisał tekst nie tylko będący ciekawą analizą rewolucji (pomimo wskazanych przeze mnie błędów). Napiszę więcej, autor jest prorokiem. Przewidział zalew brzydkich i otyłych kobiet w grach wideo. Nie wiem, tylko czy mieszanie świata ludzi i kucyków naprawdę jest warte tego, żeby wyrywać czytelnika z immersji. Moim zdaniem nie. Również moim zdaniem, „Kanclerz” jest znakomitym fanfikiem, któremu czytelnik powinien dać szansę.1 point
Tablica liderów jest ustawiona na Warszawa/GMT+01:00
