O niee… Ja już widzę, że to będzie ciężkie do czytania.
SPOJLERY
Pierwsze, co się rzuca w oczy, to szumne zapowiedzi długiej sagi, która niczym Pieśń Lodu i Ognia rozpocznie tyle wątków, że sam autor potem będzie miał spore problemy z ogarnięciem tego wszystkiego. Tutaj niestety mamy tylko jeden, krótki i mało ciekawy rozdział i do tego napisany bezpośrednio w poście. Nie wspominając o tym, że wszystko jest tak nieczytelne, że się gubiłem i musiałem podążać za kursorem myszki.
Najpewniej plany były aż za ambitne. Napisanie 30 rozdziałów w trzech tomach, a mamy tylko jeden niezbyt obszerny. Ale czego się tam dowiadujemy? No więc mamy Romulusa z rodu Voltów, który zakochał się w klaczy o imieniu Liara. Niegdyś spotkał on wróżbitę Macieja, który wywróżył Romulusowi, że urodzi mu się syn, który będzie wielkim bohaterem. Niestety noworodek w ogóle nie przypomina z wyglądu ojca, więc Romulus, wściekły na żonę, postanawia wygnać ją i małego bękarta, który otrzymał imię Snow (już wiecie, dlaczego nawiązałem wcześniej do Gry o Tron). Zanim dochodzi do wygnania, to brat Romulusa, który potajemnie kochał Liarę, postanawia zapewnić im dach nad głową na jakieś pół roku. Po tym czasie nasz mały Jon dorasta w Ponyville, gdzie zdobywa przyjaciół i okazuje się, że jest bardzo uparty i wytrwały. Jako źrebak za wszelką cenę ćwiczy, żeby przeskoczyć beczkę, co finalnie mu się udaje. Wkrótce po tym Liara, jego matka, zakochuje się w Rufusie (dlaczego te imiona w ogóle nie są kucykowe?), czyli… kimś tam. Nie wiemy, kim jest ten cały Rufus. W ogóle niczego tak naprawdę nie wiemy. Ale dobra, jeszcze się uspokoję. Tak więc, jak to się wszystko kończy? Po tym jak Snow wraz z matką wyjechał do rodzinnego miasta Rufusa, nasz bękart, po osiągnięciu pełnoletności, postanawia wrócić do Ponyville.
I tu się to kończy… Ten tekst nie przypomina fanfika. Już wspominałem o tym na początku, ale czytanie tego doprowadza do bólu oczu. Naprawdę, nie polecam tego czytać. Wystarczyłoby to jakoś wyjustować, dodać wcięcia, każdą kwestię zapisać w innej linii. A tak to mamy ścianę tekstu i kompletą sieczkę. Sama treść również pozostawia sporo do życzenia. Narracja przypomina streszczenie, tylko troszkę bardziej szczegółowe od mojego. Nikt nie ma powodu, aby się tym ekscytować. Nie czuć żadnej głębi, żadnych więzi z bohaterem, co było esencją Pieśni Lodu i Ognia, bo przecież ta saga zasłynęła z tego, że tam każdy, nawet najbardziej lubiany bohater, mógł zginąć w wyniku błędnych decyzji. Tutaj zabrakło rozwinięcia. To wszystko opisywane jest w tak żmudny i nudny sposób, że chce się zasnąć w trakcie czytania. Paradoksalnie jedyną, dobrą cechą tego dzieła jest to, że nie ma zbyt wiele do czytania. Aż nie chcę sobie wyobrażać, co by to było przy dziesięciu stronach. Po prostu zabrakło doświadczenia i pomysłu, aby móc zaplanować taką opowieść, która swoją wielowątkowością i objętością mogłaby dorównywać choćby samej Grze o Tron, bez następnych części. Jeżeli nie pisało się nigdy wcześniej żadnego dzieła, to nie ma sensu zabierać się za obszerną sagę, bo wiadomo, że taki młody pisarz się pogubi. Nawet najlepsi się gubią. Czy nie lepiej było napisać jakieś krótkie opowiadanie w tym uniwersum, które byłoby zamkniętą całością i jednocześnie wprowadzeniem do czegoś większego? Sapkowski tak zaczynał.
Czy polecam? Nie… Ale chciałbym przeczytać coś w tych klimatach. A to już jest jakiś zalążek. Który niestety umarł. No ale cóż. Nie wiem, co mógłbym jeszcze napisać. Ten fanfik jest strasznie ubogi.
Tyle ode mnie.
Pozdrawiam!