Jump to content

Camed

Brony
  • Posts

    286
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Camed

  1. Budsy umarły, nie sugerujcie nawet że nie
  2. Choć temat jest bardzo ciekawy, obawiam się, iż może być g**noburzogenny. Sam jestem "czymś" dziwnym, ni to wierzę ni to nie. Nie ma jakiejś sprecyzowanej wiary, pytajcie o co chcecie. Mimo, iż moja rodzina jest katolicka, odrzuciłem tą wiarę. Jedyne, w co mogę "delikatnie" uwierzyć, to deizm, mianowicie Bóg sobie gdzieś jest, ale ma gdzieś to co się dzieje na świecie. Głównym powodem dlaczego odrzuciłem katolicyzm, jest pewna niejasność. Pewien dialog charakteryzuje go aż za nadto: Właśnie to. Dodatkowo zastanawia mnie to, dlaczego Bóg, mimo swojej nieskończonej dobroci, nieskazitelności itd., tego, że jest uosobieniem dobra, jest strasznym egoistą. Jeśli nie będziemy się do niego modlić, to nie wpuści nas do nieba. Jak dla mnie, to czysty egoizm.
  3. Uszatka, wykonaj jeszcze to co jest napisane w temacie
  4. Ups! Chyba zaspałem - pomyślałem przeciągając się na fotelu, obudzony przez przeciwnika stojącego na drugim końcu areny. - Całkiem donośny głos! - krzyknąłem wesoło do przeciwnika, wciąż trochę ospały. No nic, trzeba się rozbudzić. - Acceleratio! - krzyknąłem. Poczułem nagły przypływ energii, zacząłem biec. Biec dookoła areny, całkiem dużej, i to w bardzo szybkim tempie. W ciągu kilku sekund wykonałem pełne okrążenie. Byłem już gotów. Rozgrzany, rozbudzony, pełen energii. To było to. Spokojnie, donośnym głosem zwróciłem się do oponenta - Pozwolisz, iż zacznę pojedynek? W sumie dziwne, że w ogóle się o to pytam. - Położyłem ręce na kryształowej ziemi. Skupienie. Wbijam wzrok w punkty pod moimi rękoma. Wypowiadam słowa - Excute lignum - z kryształu powstaje długi, lśniący kij. Więc wszystko znów się zaczyna. Biegnę na przeciwnika. Skupiam się. Biegnę coraz prędzej. Widzę go stojącego około 100 metrów przede mną. Skręcam w lewo. Skupienie sięga zenitu. Trzymam mój kij. - Ianuae Magicae - Znikam. Pojawiam się za plecami przeciwnika. Unoszę kij celując w plecy, gotów uderzyć z jak największą siłą. Został tylko jeden ruch.
  5. Chcę iść zgodnie z moimi marzeniami - czyli >> Technikum Informatyczne >> Studia Informatyczne >> Specjalizacja Security IT I szukanie pracy w firmach/korpo właśnie tego typu
  6. A więc pora na na następną batalię - westchnąłem wchodząc na arenę. Była ona o wiele większa, piękniejsza od poprzedniej. I, co ciekawe - tworzyła ciekawą, niezbadaną jeszcze przeze mnie magiczną florę. Ściany z kryształu rozszczepiały białe słoneczne światło na całe pasmo barw widzialnych - od ciemnej czerwieni po intensywny fiolet. Jednocześnie piękne jak i intrygujące. Jestem na arenie. Przede mną w odległości około 150 metrów stoją jeszcze nieotwarte drzwi. Przeciwnika jeszcze nie było. Znów byłem na arenie wcześniej. Może powinienem się... spóźniać? - pomyślałem. Ale to, że jestem na arenie pierwszy, jak zawsze, ma swoje zalety. Mogłem przygotować się do walki. Sprawdziłem swoje wyposażenie: Ochraniacze - są! Szaty - są! Fiolki - są! Włożyłem jeszcze rękę do kieszeni. To co powinno tam być znajdowało się tam. Jestem przygotowany. - mruknąłem sam do siebie zadowolony. Zacząłem robić coś, co mogło by mi pomóc. Kryształowe podłoże areny jednocześnie powiększało moje możliwości, jak i blokowało użycie kilku sztuczek, które chciałem wypróbować na moim nowym przeciwniku. No nic, trzeba działać! - pomyślałem. I jak pomyślałem tak zacząłem robić. Wycelowałem ręką w podłoże. Szepnąłem jedno słowo - Incrementa - wielkie kolumny kryształów zaczęły wydobywać się na powierzchnię. Tworzą swego rodzaju mur. Kieruje rękę w inne miejsce. Znów wypowiadam to samo zaklęcie. Teraz i tam pojawiają się kryształowe słupy. I mam swego rodzaju fizyczną ochronę. - Spojrzałem z uśmiechem na moje dzieło. Użyłem jeszcze czaru przywoływania - i za murem pojawił się wygodny fotel. Czemu by to czekając na przeciwnika nie zaznać odrobiny przyjemności?
  7. Spróbuj na początku przywrócić ustawienia domyślne Mozilli. Wpisz w pasku adresu about:support, później kliknij przycisk po prawej stronie Reset Firefox (zależy od wersji językowej firefoxa jakiego używasz). Spróbuj wtedy jeszcze raz, ewentualnie odinstaluj wszystko związane z adobe korzystając z dodaj/usuń programy, bądź też CCleanerem. Jak to nie pomoże pisz do mnie
  8. Podbijam fajną zabawę xD 74. Dostał bana i bohatyrnął
  9. mylittleponypedia - twoje codzienne informacje o kucach

  10. Całkowicie się pod tym podpisuje. Dayan - mimo że jako użytkownika bardzo Ciebie lubię, mimo że pisałeś ciekawsze i bardziej merytoryczne posty zagłosuję da Szydło. Powód jest prosty - OP i PG a bardzo tego nie lubię.
  11. - Teraz twoje kolej. Chcę poznać twoje imię. - usłyszałem wolno wydobywające się zdanie z ust przeciwnika. A więc dobrze. Myślę, że nawet wypadałoby, byśmy tak podstawowe informacje o samych sobie wiedzieli - Jestem Camed. Nic specjalnego, czyż nie? - powiedziałem na tyle głośno by oponent, który jak zdążyłem zauważyć specjalizował się w magii gorąca/ognia usłyszał moje słowa. A muszę się naprawdę postarać. Naprawdę, muszę się postarać. Trzymetrowe ściany ognia pędzące wprost na mnie - to nie będzie łatwe. Czas się skupić. - 3... - Ściany ognia są już coraz bliżej - 2... - Jeszcze bliżej, obym się wyrobił - 1... - wykonuje ruch. Pode mną tworzy się duża dziura. Spadam. Tuż przed upadkiem podnoszę pod sobą ciśnienie, ono szybko i bezinwazyjnie spowalnia mój upadek. Spoglądam do góry - widzę ścianę ognia. Wygląda na to, że wszystko jest dobrze. Albo i nie. Widzę palący się materiał spadający prosto na mnie. Dosłownie się wkopałem. Coś co płonęło spadało na mnie z wysokości dobrych ~20 metrów. No nic. Kopiemy się w bok. - Amoveo! - krzyknąłem. Piach obok mnie zniknął i pojawił się na górze. Przesunąłem się. Znów używam tego czaru. W miejscu gdzie stałem pół sekundy temu pojawiła się kolejna wyrwa. Ogień ma tam spaść nie dokonując żadnych poważniejszych obrażeń. Zadziałało. Zaczynam medytację. Odzyskuję energię, lecz nagle zaczynam kaszleć. Że o tym nie pomyślałem! - pomyślałem zdenerwowany sam na siebie. W pomieszczeniu gromadzi się dym. Muszę się stąd jak najszybciej wydostać. Mam raptem kilka chwil. I dobrze, że odzyskałem choć trochę energii. I użyłem teleportacji. Pojawiłem się na arenie, na górze. Już poza zasięgiem ognia. Strasznie zmęczony, podduszony, z wieloma oparzeniami. Muszę wykonać ciekawy ruch. Coś, co zaskoczy Bosmana. Krwisty deszcz już się skończył. A więc wykonam inny manewr. Użyję czegoś, czego się nie spodziewa. Będzie to trudny manewr, zostanie mi naprawdę niewiele energii. Ale szczęśliwie nie muszę niczego przywoływać, gdyż cały wymagany materiał mam tutaj. Piach. Burza piaskowa, swego rodzaju tornado. Siła tarcia i uderzenia milionów ziarenek piasku powinna być wystarczająca. - Harena Tempestate! - krzyknąłem. Błyskawicznie uformowała się kolumna piachu, żwiru i innych drobinek. Zmierzała ku oponentowi z zawrotną prędkością. Widząc to uśmiechnąłem się. Opadłem na kolana. Strasznie mnie to zabolało. Piach wbijający się w poparzoną skórę nie był miłym odczuciem. Rzuciłem krótkie, ciche hasło - Twój ruch - i ponownie zacząłem regenerować energię.
  12. Zostało 10 sekund - myślałem medytując. Oby mi się to udało. Ale nie. Poczułem pewien bodziec, coś czego nie powinienem poczuć. Górka ziemi od dołu moją "bańkę" podnosiła na gigantyczną wysokość, przestraszyłem się, miałem lęk wysokości. Kiedy byłem już na wysokości czegoś wskoczyłem na to coś. Zaczęło błyskawicznie spadać, lecz wiedziałem że nic mi ono nie zrobi. Spadałem dalej. Około 5 metrów nad ziemią błyskawicznie zahamowała zmieniając swą prędkość na energię użytą do hamowania. Potem te coś zwyczajnie zniknęło. Wyparowało. A moje akumulatory były pełne w jakichś 70%, ale to wystarczy. Spojrzałem w stronę przeciwnika. Ujrzałem lecące w moją stronę cięcie. Cholera. Dałem się zaskoczyć. To było coś, na co nie powinienem dopuścić. Trudno. Muszę uniknąć tego ataku. Mam mniej niż sekundę. Rzucam się w bok. Prawie zdążyłem. Cięcie uderzyło w moje lewe udo, miałem je teraz rozcięte. Słabo - pomyślałem. Nie mogę pozwolić oponentowi na więcej takich zagrań. Czas użyć czegoś, na co czekałem przez całą walkę. Teraz naprawdę się cieszę, iż byłem na arenie przed przeciwnikiem. Użyję tego - pomyślałem. Czas tego użyć. Muszę to zrobić. Jedno słowo, jakże potężne. Ile mnie to energii będzie kosztować? Nie wiem. Ale muszę to zrobić. Wpierw tylko uleczę swoją nogę. Curatio - mruknąłem. Rana na mojej nodze zagoiła się, pozostała tam tylko blizna po użyciu zaklęcia. Trudno, nie zawsze ze wszystkiego wychodzi się w przysłowiowym jednym kawałku. Lecz kontynuując, używam tego. Wstaję. Skupiam się, zamykam oczy. Jedno słowo - Aetheria. I stało się to, co miało się stać. Z nieba zaczęły spadać krwisto-czerwone krople. Uderzając w Ziemię wytapiały w niej ubytki. Dziury. Coraz to większe. Przed tym deszczem nie sposób się chronić. To... można by rzec samobójczy atak. Lecz nie. To było moje berło. Szczęśliwie dla mnie ten deszcz spływa po mnie jakby nigdy nic. Jak zwyczajna jesienna mżawka. Lecz szkody które jest w stanie wywołać Bosmanowi... wolę o nich nie myśleć. Przykro mi, twój ruch. - powiedziałem widząc pierwsze krwistoczerwone krople deszczu spadające ku oponentowi.
  13. Uwolnił się w ciekawy sposób - pomyślałem. Lecz poczułem się nieco dziwnie. Jakby lekko... urażony. Otóż wyprowadzam dużo ataków, a sam przyjmuje bardzo mało. Przeciwnik albo gra defensywnie, co średnio mi się podoba, albo próbuje wyczerpać mój zapas energii. A do tego drugiego nie mogę dopuścić. Za żadne skarby. Widzę jak przeciwnik czeka na mnie dzierżąc w dłoni nóż. Oddaliłem się o kilka kroków, chcę rozpocząć krótką medytację. Wpierw jednak musiałem nieco się... zabezpieczyć. Nie chciałem by ktoś zakłócił moją medytację. A na arenie o to nie trudno. Protego maxim - mruknąłem. Dookoła mnie pojawiła się przeźroczysta bańka lekko unosząca się ku górze. Znajdowałem się około ~50 cm nad ziemią, byłem chroniony przed fizycznymi obrażeniami. Oby. Co wymyśli oponent? Tego nie wie nikt. Trudno. Rozpoczynam medytację. Nogi ułożone w kwiat lotosu, zamknięte oczy. Energia regeneruje się dużo szybciej niż zazwyczaj. Wręcz czuję elektryzujące uczucie wewnątrz mego ciała, przebiegające aż od palców stóp, aż po czubek głowy. Coraz więcej energii. Jeszcze chwila, dosłownie 60 sekund a będę w pełni naładowany. Będę jak nowy, jak na początku walki. Jeszcze 50 sekund. Czuję się coraz to lepiej, coraz normalniej. Skupienie. Nie dać się zaskoczyć. Otwieram oczy, medytuję z otwartymi oczyma. Zostało 30 sekund by napełnić wskaźniki. Twój ruch - przekazuję Bosmanowi szybką, głośną i energiczną myśl.
  14. kc sprzątanie pokoju

  15. Więc żywiołaków już nie ma... Szkoda - pomyślałem. A miałem taki ciekawy pomysł na wykorzystanie ich potencjału. Nieważne. Nie śpimy, stała czujność. Oponent wyprowadza silne, a co ważniejsze szybkie ruchy, muszę mieć się na baczności. W moim kierunku zmierza kilka fal energii. Idziemy na przód. Wprost na "cięcia". Wyciągam ręce do przodu. Mówię: Tendero. Powstała swego rodzaju tarcza z energii. Wyczerpująca, lecz efektywna. Nie mogłem pozwolić na choćby najdrobniejsze zranienie się. Spora część mojej energii została zużyta, czas trochę się zregenerować. Użyć mocy Ziemi, nie tylko swojej. Ruszam w kierunku sporego pęknięcia w ziemi. Zamierzam to wykorzystać. W, krótko mówiąc, ciekawy sposób. Wypróbuję zaklęcie nigdy wcześniej nie używane. Zerknąłem na swój płaszcz. Otworzyłem kieszeń, znalazłem paczkę z dosyć nietypowymi nasionami. Błyskawicznie ją otworzyłem a nasiona zasiałem wewnątrz małego wąwozu. Błyskawicznie je przykryłem. Potem powiedziałem tylko jedno słowo: -Hervesto Nasiona zaczęły rosnąć. Używały one mocy Ziemi przywołanej przeze mnie zaklęciem. Zaczynają rosnąć w błyskawicznym tempie. Po zaledwie 10 sekundach wydostawały się już poza wąwóz. Ich oślizgłe macki ruszyły w stronę Bosmana. Miały za zadanie oplątać go i... poddusić, "wyssać" z niego jak najwięcej energii magicznej. Działają całkiem podobne do chowańców, ciekawych stworzeń rodem z piekła. Lecz były "ziemne" i pracowały dla mnie. To właśnie odróżniało je od nich. Ciekawe są te rozmyślania. Nieważne. Grube, zielone pędy otaczają Bosmana. Ma mało możliwości ruchu. Dodatkowo, gdzieś tam wysoko, znajduje się coś czekające tylko na dogodną sytuację by wymierzyć wiązkę energii prosto w oponenta. - Ciekawy przeciwnik, bardzo ciekawy. Bazuje jak widać na magii fizycznej. Ale ja stawiam umysł ponad ciało. - I uśmiechając się zrobiłem mały krok do przodu - Twój ruch. - Szczęśliwie sam miałem jeszcze kilka asów w rękawie...
  16. Mgła została rozwiana, wróciłem do poprzedniego stanu skupienia. Znów jestem ciałem. Nie tylko myślą i wodą. Co oczywiście nie zmienia faktu, iż rozwiana mgła zatrzymała pochód żywiołaków piachu. Wciąż szły ku niemu pewnym krokiem. Wszystko wydawało się całkowicie normalne, choć brak ruchu Bosmana (prócz rozwiania mgły oczywiście) wydawał się... lekko podejrzany. Co najmniej lekko podejrzany. W sumie nieważne. Walka wciąż trwa, i chyba jeszcze trochę potrwa. Ruszyłem do przodu. Szedłem wolnym krokiem około 10 metrów za szeregiem żywiołaków piachu kierujących się na oponenta. Były coraz bliżej, a ja stałem nieco zaniepokojony. - Trzeba coś zrobić - pomyślałem. Teraz to. Słowo coś. Samo to słowo jest czymś. Może mieć wiele postaci. Przykładowo w formie pisemnej jako "coś", czy też w formie werbalnej (fale dźwiękowe), jak i binarnej (011000110110111101110011). Mnogość form zwykłego cosia zaskakuje - czyż nie? Gdyby to pomyśleć nieco dłużej - nie mam pojęcia ile, od kilku sekund, przez minuty, aż po dni czy godziny da się wymyślić jeszcze dużo form zapisu, odtworzenia tego - czyż nie? Więc robimy prawdziwe coś. Nie byle jakie coś. Ruszam. Ciekawe czym okaże się coś ale wkładam w to spory zapas energii. Czyli to coś będzie silne. Rozpoczynam coś. To coś już się zaczęło. Nagle w powietrzu widać coś. Ma to naprawdę spory zapas energii. Skupia się w jednym miejscu działając jak laser. Coś skupia swoją wiązkę i celuje w Bosmana. Teraz zagrażają mu nie tylko żywiołaki, ale i coś.
  17. 01000011 01101111 00100000 01110111 01111001 11000101 10011011 01100011 01101001 01100101 00100000 01110100 01110101 01110100 01100001 01101010 00100000 01101011 01110101 01110010 01100100 01100101 01100010 01100101 01101100 01100101 00100000 01111010 01110010 01101111 01100010 01101001 01101100 01101001 00100000 01111000 01000100 00001101 00001010 00001101 00001010 01000011 01101111 00100000 01110111 01111001 00100000 01101110 01100001 00100000 01110100 01101111 00101100 00100000 01100010 01111001 00100000 01110111 01111001 01101011 01101111 01101110 01100001 11000100 10000111 00100000 01100011 01101111 11000101 10011011 00100000 01101110 01101001 01100101 01110100 01111001 01110000 01101111 01110111 01100101 01100111 01101111 00100000 01110111 00100000 01110100 01111001 01101101 00100000 01110100 01100101 01101101 01100001 01100011 01101001 01100101 00111111 00100000 01101000 01100101 01101000 01100101 01101000
  18. Nagle zrobiło się naprawdę gorąco. Tak, całkiem piekielnie gorąco. Czemu nie? Widziałem wielką kolumnę wirującego piasku niszczącą moje klony jeden po drugim. Prawie zdążyłem uciec, lecz piasek dostał mi się do oczu, butów, uszu. Okropne uczucie, dodatkowo był gorący. Widziałem trochę gorzej niż powinienem, trzeba było się nieco "podleczyć". - Helio octopus - gotowe. Widziałem już lepiej. Zostały tylko poparzenia na twarzy i kilka zadrapań po pędzącym piasku. - Ciekawy ruch - pomyślałem. Ruszyłem do przodu. Ujrzałem przeciwnika czekającego spokojnie na moją kolej. Jeżeli chce tak walczyć - proszę. Walczmy. Piasek jest gorący. Znów zamienię się w wodę i myśl. Gotowe. Myśl jest już w powietrzu, woda na piasku - wrze. Paruje. Teraz w powietrzu jestem i ja, i myśl. Stanowimy "odrębną" całość - ciekawe, czyż nie? Zapętlamy się. Woda tworzy chmurę. Niską chmurę - popularnie zwaną mgłą. Lecz ta mgła była inna. Była "żywa". Myśl tworzy teraz coś co z tej mgły się wyłania. Duże stadko (9-10) żywiołaków piachu. Gorących piaskowych potworów, zmierzających w stronę przeciwnika. Lecz wciąż ukrytych we mgle. Mgła ta była stworzona z ~80% mojego ciała. Lecz myśl wciąż jest. Myśl nie potrzebuje ciała. Myśl potrzebuje innych źródeł energii. Lecz tymczasowo ukryte we mgle żywiołaków piachu zbliżało się do Bosmana. Ciekawe, jak na to zareaguje. Woda na niewiele się zda, wtedy będą to tylko żywiołaki piachu, które "pełzną" roztopione i bezkształtne w jego stronę...
  19. Bosman spadał. I nagle przestał, zobaczyłem mały rozbłysk światła. Oponent też już lewitował, i osiadł na piasku niedotkniętym moim zaklęciem. Z jego twarzy wyczytałem swego rodzaju zaciekawienie i intrygę. Nagle posłał w moją stronę 2 szybkie cięcia. W jakiś sposób zmaterializowały się i pędziły w moją stronę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to że jest to jedne z najbardziej elementarnych części magii bitewnej. Byłem tego ciekawy. A ciekawość, to pierwszy stopień do piekła - tyle zależności! Uśmiechnąłem się, a fale magicznej energii były coraz to bliżej. Zrobiłem to, co dyktowała mi intuicja - zszedłem zaklęciu z drogi. Nie była to zaawansowane posunięcie, lecz efektywne. Czy jednak to właśnie nie jest piękne? Że to najprostsze pomysły, że wszystko jest możliwe do wykonania za pomocą najprostszych dostępnych działań? Magia jest jak matematyka, fizyka. Wymaga myślenia, abstrakcji i prostoty by okazać swe piękno w całości. Ominąwszy prowizoryczny atak Bosmana, złapała mnie chęć na wykorzystanie w kreaktywny sposób niektórych teorii. Stwórzmy organizm. Organizm ten nie będzie komórką, jednak będzie wymagał on ich do pracy. Wirus Wektorowy - stworzony przez Antrophos, czyli człowieka wirus zmieniający genom ofiary. Nazywam go "Czarnym Aniołem", lecz z czernią, śmiercią i anielskością miał niewiele wspólnego. Wystarczy pstryknięcie palcami, mam w magicznej materii ukrytą buteleczkę z pół sekundy temu wytworzonym przeze mnie Biogazem. Otworzy się dopiero przy nim. Utworzy wokół niego swego rodzaju barierę. Zmodyfikuję kod genetyczny oponenta. Jego skóra będzie biała jak śnieg. Zabraknie melatoniny. Bosman zacznie odczuwać zimno. Duże ilości zimna. Odbierzmy mu ciepło. Ale z tym spokojnie. Tymczasem zmaterializuję moją myśl - równie realną jak to wszystko co widzisz dookoła. Mam pojemnik. Teraz tylko kolejny punkt programu, w mojej sztuce. Replicionare - szepnąłem. Dookoła zaczęły pojawiać się moje klony. Dokładnie - moje myśli, moje własne alter-ega. I wszystkie trzymały ten sam pojemnik z biogazem. Było ich w sumie 6, największą jednak ich słabością była zależność ode mnie. Nie były one moją idealna kopią, jedynie odwzorowaniem mnie. Lecz tyle mi wystarczy. Teraz tylko skupienie. Wymieszanie się w tłumie samych siebie. Potem prędkość. Błyskawiczne otoczenie oponenta. Wycelowanie pojemników z biogazem. Namierzanie celu. 1, 2, 3 - strzał. Skóra Bosmana będzie błyskawiczne bladła. Będzie biała. Biała jak śnieg. Efekt braku melatoniny. Odbija całe ciepło które do niego trafia. Dodatkowo nic go nie będzie chronić przed promieniami UV, a to jest szczególnie groźne na arenie bez dachu - dokładnie takiej, jak tej. Będzie mu... Chłodnawo. Kto powiedział, że w piekle będzie gorąco? - pomyślałem, jednocześnie delikatnie się uśmiechając. Wówczas któryś z moich klonów krzyknął - Twój ruch, amigo! A Biogaz błyskawiczne przemieszczał się w jego stronę.
  20. Masz rację, jestem tu - powiedziałem. W dołku, który uformowałeś amortyzując swój upadek zaczęłem szybko się formować. Z wody, która błyskawicznie przesączała się do góry, przez piasek przecząc prawom fizyki. Uformowałem się, już nie byłem tylko myślą w powietrzu. Podszedłem do oponenta. Klepnąłem go po przyjacielsku w plecy, powiedziałem tylko jedno: Witaj. I znów zacytowałem, tym razem Dana Browna, który inspiracje czerpał również z Boskiej Komedii Najmroczniejsze czeluście piekieł przeznaczone są dla tych, którzy zdecydowali się na bierność w dobie kryzysu społecznego. Wydaje się, że nie jest to powiązane z aktualną sytuacją, lecz sens tych słów poznasz jeszcze podczas tego pojedynku. - rzekłem. Nie czekając na jego reakcję oddaliłem się. Odwróciłem się do niego plecami. W mojej głowie pobrzmiewała jedna myśl. Skupienie. Energia. Całkowicie się skupiłem. Czułem energię. Czułem swoją myśl. Należy rozpocząć walkę. Uruchomić machinę. Nagle wzniosłem się do góry na jakieś 5-6 metrów. Lewitowałem. Potem wystarczyło mi tylko jedno słowo, i racjonalne użycie energii. Cado - po łacińsku kropla. Kropla w ekstremalnie suchym otoczeniu. Ta kropla to jednak tylko symbol, a mam zamiar połączyć go z ogniem. Nagle ziemia pod stopami oponenta zaczęła się osuwać. Powstała głęboka, 15-16 metrowa wyrwa. Wyrzeźbiona przez kroplę. Na dole płonął ogień. Na dole było "Piekło" Dantego - Te, o którym Ci wspominałem. Krzyknąłem lewitując, widząc spadającego w kierunku ognia oponenta. Przez moją twarz przemknął cień uśmiechu. Zdanie sobie sprawy, iż ten świat to iluzja, iż to co materialne, w rzeczywistości wcale nie jest. Kluczem do zrozumienia świata, kluczem do osiągnięcia harmonii, jest wiara w samego siebie i myśl - nie w istoty nadprzyrodzone, gdyż poświęcanie życia dla istoty, której istnienie jest wątpliwe, mija się z celem. Zabawne jest też to, iż te przemyślenia trwały tylko ułamek sekundy, a oponent był coraz bliżej ognia, wydrążonego przez kroplę wody.
  21. Ciemno wszędzie. Głucho wszędzie. Ale jakoś to będzie. - 21:59 - zerknąłem na zegarek wchodząc na pustą jeszcze arenę. Była ona prosta, złożona głównie z piachu, braku dachu oraz dopiero co zbierającej się widowni chronionej specjalnym antymagicznym spektrum. - Repetitrionale - pomyślałem. Czar ten był prosty, nie wymagający zbyt dużych umiejętności magicznych, ale nadzwyczaj skuteczny. Co prawda zabierał bardzo dużo energii, ale zapewniał widowni należyte bezpieczeństwo. Szedłem dalej. Przeciwnika wciąż nie było. Uznałem, iż bierna obserwacja nie ma sensu. Jak to było napisane w Boskiej Komedii? - Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate - co znaczy oczywiście "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie". Jednak ja uważam, że bez ryzyka nie ma zabawy. - Naj­niebez­pie­czniej­szy wróg to taki, którego nikt się nie obawia. - kolejny jego cytat, jakże pasujący do sytuacji. Dlatego należy być stale czujnym. Nie dać się zaskoczyć. Dałeś się zaskoczyć? Już po tobie. Nie żyjesz. A więc refleks. Koordynacja. Płynne ruchy. Jedność z magią jak i światem fizycznym. Myślenie abstrakcyjne. Przewidywanie ruchów wroga. Tworzenie niemożliwego - wbrew pozorom nie jest niemożliwe - wymaga zwyczajnie nieco więcej wysiłku. Nieco więcej... finezji w działaniu. I z pewnością wytrwałości. Spójrzmy na ziemię. Widać tylko suchy piach. Teraz skup się. Zamknij oczy. Wysil swój mózg, wydobądź z siebie nieco energii. Otwórz oczy. Czy widzisz to co ja? Bo ja widzę stworzone przeze mnie z niczego krystaliczne berło. Bardzo kruche, lecz jakże potężne. Użyjmy go. Ciekawe co ono spowoduje. Skupiam się i je uruchamiam. Widzę jasny błysk i słup światła pędzący ku górze. Nagle przestaje go widzieć, berło kruszy się i znów zamienia się w piach. Jakby go nie było. Bo czymże jest nasz świat, jeśli nie iluzją? Ruszam dalej. Oby to berło coś robiło. Coś. Sam nie mam pojęcia co. Ale mówi się trudno. Tworzymy dalej. Idziemy dalej. Myślimy dalej, bo bez myśli bylibyśmy nie lepsi od kamieni, od drzew, od istot nie posiadających własnego ego, własnego ja. Ruszam do przodu. Skupiam się, zapadam się pod ziemię. Dosłownie. Harmonia. Z wodą. Zamieniam się w wodę. Człowiek jest z 80% zbudowany z wody, więc nie jest to trudne. W powietrzu znajduję się ja, jako myśl. Drugie, cielesne ja wsiąkam w Ziemię. Patroluje z góry wydarzenia i czekam na swojego przeciwnika. Wydobywa się moja myśl. Ta myśl to: Twój ruch, przyjacielu.
  22. Camed

    Playarena

    Krótko i jak w temacie - czy bierzecie udział w tych rozgrywkach? Ja aktualnie zaczynam, wydaje mi się, że będzie ciekawie
×
×
  • Create New...