Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Tarreth

[Multisesja][Grimdark] Deathwatch (Chemik, Amolek, Lordek, Cygnus, Generalek)

Recommended Posts

Imperium bez przerwy walczy z niezliczonymi wrogami Władcy Ludzkości, Imperatora. Jednym z największych i najliczniejszych zagrożeń stanowią obcy, napadający planety imperialne ze wszystkich stron. W odpowiedzi na to, Inkwizycja w porozumieniu z Adeptus Astartes utworzyła nowy zakon, złożony z członków istniejących zakonów - Straż Śmierci.

 

 

 

 

+++Segmentum Pacificus+++

Subsektor Fesius:

9 planet

3 Zamieszkałe przez ludzi:

- Planeta ul Hemeria

- Planeta-Świątynia Miranda

- Planeta-Forteca Fesius II

 

Inkwizycyjny Czarny Okręt "Wyrok Zagłady", należący do Ordo Xenos przemierzał Spacznię, by dostać się na orbitę planety-świątyni, Mirandy. Na pokładzie okrętu stacjonowała grupa kosmicznych marines ze Straży Śmierci, gotowi do wypełniania swych misji, służąc w ten sposób Imperatorowi. Wśród nich byli: Kapelan Nicodemus z Mrocznych Aniołów, Syriusz i Olaf z Kosmicznych Wilków, Prima Sangue z Krwawych Aniołów i Rohen Moran z Ultramarines. Co łączyło tą piątkę? To oni zostali wezwani przez Kapitana Straży Geleriusa Calleo z Białych Rycerzy przed swoje oblicze.

O tym, że się spotkają... Dowiedzieli się dopiero, gdy jeden po drugim przybywali do pokoju taktycznego Straży Śmierci, przed oblicze swego dowódcy.

Ich dowódca był dumnym, doświadczonym marine. Jego twarz niosła ślady niezliczonych bitew, pozostawiając na niej blizny przeróżnych broni i wypadków. Charakterystyczne było bioniczne oko, które zastępowało kapitanowi jego prawdziwe - utracone przez wybuch granatu na jednej z misji. Jego twarz była spokojna i przepełniona mądrością, lecz kamienna. Ciężko było kiedykolwiek ujrzeć, by usta Geleriusa chociażby drgnęły, nie wspominając o uśmiechu, czy grymasie niezadowolenia. Jego śnieżnobiałe włosy - jeden ze znaków rozpoznawczych tego zakonu - były krótko obcięte, ułatwiając mu noszenie hełmu. Broda zaś - tego samego koloru, co włosy - była zadbana i prosta, jakby czesana. Lśniła mizernie w świetle monitorów i hologramów pomieszczenia.

Zbroja Geleriusa była zdobiona. Poza licznymi Pieczęciami Czystości, przyczepionymi do zbroi nie tylko lakiem, lecz i niewielkimi, metalowymi herbami mieszały się z łańcuszkami i czerwonymi sznurkami, z których wisiały liczne paciorki i medaliki. Małe i duże, niektóre pokryte modlitwami.

Sama zbroja, czarna miała gdzieniegdzie wymalowane białą farbą modlitwy i litanie do Imperatora, mające wspomóc i uchronić jej nosiciela w trudach bitwy.

Prawy naramiennik, poza symbolem zakonu posiadał także tarczę. Czerwoną tarczę ze złocistym młotem na niej wymalowanym.

 

Gdy wszyscy się zebrali i oczekiwali na słowa kapitana, ten tylko obrócił się w lewo. Podążając za jego wzrokiem, ujrzeliście wcześniej niemal niewidocznego człowieka, siedzącego przy jednym z monitorów. Obserwował was bacznie, gdy przychodziliście, czekaliście, wymienialiście się spojrzeniami, gestami. Dopiero jednak, gdy kapitan dał niemy znak, ten powstał i podszedł do biurka. Był on stosunkowo niewysoki i.. chudy. Ubrany w zielony płaszcz, zasłaniający zdobioną zbroję płytową, lekką. Ubranie było dość proste, jak na inkwizytora, lecz dość znamienne. Pieczęć Inkwizycji zwisała na szyi mężczyzny, a spod jego łysiejącej głowy wszystko badały pełne podejrzenia, nieufności i dystansu oczy.

 

- Witam was, Kosmiczni Marines. Jestem Lord Inkwizytor Desmus z Ordo Xenos. Poprosiłem kapitana Geleriusa o przywołanie Zabójczej Drużyny, bowiem... Przybywamy do tego subsektora z pewną ważną misją - Oznajmił, naciskając klawisz na stole z hologramem. Waszym oczom ukazał się cały subsektor - Jakiś tydzień temu, księżyc Mirandy został zaatakowany przez... Orków. Sprawa jest o tyle podejrzana, że Waaagh ominęło planetę-fortecę Fesius II, gdzie ta horda z pewnością by się normalnie kierowała. Orkowie wszakże żyją, by walczyć... prymitywne bestie - wytłumaczył z nieskrywaną pogardą dla zielonoskórej rasy człowiek, a każda nazwa planety, którą wymienił, zaczynała migać na czerwono przez kilka sekund. Po pozwoleniu sobie na chwilę ciszy, by zebrać myśli, kontynuował. Ponownie nacisnął klawisz i ponownie na planszy pokazała się jedna planeta. Była to Merinda.

- Sprawa ważna natomiast dotyczy faktu, że na księżycu tej planety, księżycu pokrytym gęstymi lasami i kanionami mieści się laboratorium Ordo Xenos. Tak, tam Inkwizycja dokonuje swych... Badań i odkryć, by skuteczniej walczyć z Xenos. Nie trudźcie się z pytaniami, czego dotyczą badania - są to informacje ściśle tajne - zaznaczył inkwizytor, ogarniając wzrokiem zebraną drużynę - Ważne jest, że zrobili to sprytnie na tyle, by przejąć kontrolę nad całą fortecą i zabezpieczyć ją tak, by dojście do niej szturmem było bardzo trudne, jeśli niemożliwe. Poleciliśmy flocie subsektora wysłać siły, by zabezpieczyć orbitę. Trwają tam zażarte walki. W każdym razie zesłanie na powierzchnię satelity regimentów gwardii imperialnej nie wchodzi w grę. Nie przejdą. Kapitanie? - przerwał, spoglądając na kapitana straży, który spojrzał na piątkę i wziął wdech.

- Zielonoskórzy nie tylko przejęli kontrolę nad fortecą. Ich przywódca nie jest głupi. Orkowie zabezpieczyli wszelkie ślady swego naloty, zamykając szczelnie wszystkie wejścia i obstawiając je hordami strzelców i nobów. Jak mówił Inkwizytor, atak frontalny nie wchodzi w grę. Tutaj wchodzicie wy, Kosmiczni Marines. Waszym zadaniem będzie skuteczne i ciche sforsowanie blokad i dostanie się do wodza hordy. Bez herszta, reszta ucieknie, umożliwiając siłom Imperium odbicie laboratorium - przemówił potężnym, niskim głosem, który na myśl nasuwał nadchodzącą burzę, bądź okrzyk stu mężczyzn. Była to kolejna cecha zakonu - wada implantu nie zakłóciła jego pracy, jednak zmieniała głos marine, tworząc z niego ryczącego herolda, niosącego Słowa Imperatora do serc Jego sług - Celów drugorzędnych nie przewidujemy. Forteca zapewne nie posiada żadnych ocalałych, a według informacji od Inkwizytora, żadne z prowadzonych tam badań nie zmieści się w pojmowaniu tej prymitywnej rasy, czyli szukają tam czegoś, czego być może tam nie ma- wytłumaczył, spoglądając na Inkwizytora

- Pan wybaczy, chciałbym teraz omówić z moimi podwładnymi szczegóły...

- Nie! Nalegam na pozostaniu przy omawianiu taktyk. Chciałbym się upewnić, że żadne z wytycznych Inkwizycji nie zostaną złamane - odparł burzliwie Inkwizytor, tonem nie znoszącym odmowy. Zirytowało to kapitana, który pomimo braku okazywania tego Inkwizycji nie lubił. Musiał jednak przystać na jego... Wniosek, bowiem ro Inkwizycja tutaj wydawała rozkazy. Straż Śmierci tylko je wykonywała. Nie zawracając sobie więcej głowy człowiekiem wrócił do swoich ludzi.

- Wybrałem was, bo doszedłem do wniosku, że taki skład będzie najodpowiedniejszy. Orkowie są brutalni i trzeba ich zaskoczyć, inaczej zaleją swojego przeciwnika i go wykończą. To zadanie spoczywa na barkach Syriusza i Sangue. Wasze umiejętności szturmowe będą musiały służyć drużynie w tym niegościnnym terenie, chociaż używalność plecaków odrzutowych wewnątrz laboratorium może być niemożliwe. To jednak będzie element, który nie będzie mógł wymagać nagłych uderzeń, a taktycznej precyzji. dlatego wybrałem Ciebie, bracie Rohenie. Jesteś utalentowanym frontowym żołnierzem. widzisz wiele i działasz skutecznie. Twoje umiejętności będą nieocenione przy koordynowaniu waszych akcji. Brat Olaf został przeze mnie wybrany, gdyż jedną z niewielu rzeczy, co może skutecznie zatrzymać orków jest ściana ognia.  Olafie, będziesz służył drużynie, jako zabezpieczenie. Bracie kapelanie, Ciebie wybrałem na dowódcę drużyny i tutaj... urwał. Chciał coś powiedzieć, jednak nie dokończył. Spojrzał tylko na Mrocznego Anioła dość wymownie, licząc, że ten zrozumie jego intencje. Nie umknęło to uwadze inkwizytora, który chrząknął głośno, chcąc skupić na sobie uwagę wszystkich dookoła. Nie po to, by coś wtrącić, tylko po to, by wszelkiego rodzaju "dziwne" pomysły kapitana rozwiały się, rozproszone przez majestat Inkwizycji.

Gelerius natomiast kontynuował.

- Na powierzchnię księżyca dostaniecie się kapsułami desantowymi. Thunderhawk nie wchodzi w grę z uwagi na przejęte przez orków baterie przeciwlotnicze. Jakikolwiek statek w ich zasięgu zostanie momentalnie ostrzelany. Postaramy się odwrócić uwagę orków bombardowaniami w innej części sektora, dając wam okazję do niepostrzeżonego desantu wgłąb dżungli. Według raportów zwiadowczych, orkowie panoszą się po okolicznych lasach, czyli muszą mieć jakieś wejście boczne. Waszym zadaniem będzie wejść tamtą drogą i wyeliminować cel. Potem czekać na dalsze instrukcje. Pytania? - Biali Rycerze nigdy nie lubili dużo mówić. Woleli zachować swój głos, by opiewać Imperatora, modlić się do Niego i nieść Jego Światłość do serc ludzi. To jednak była sytuacja, gdzie nawet on musiał się rozgadać. Zamilkł jednak i patrzył po drużynie w oczekiwaniu.

 

 

//Jak mówiłem, kolejność dowolna.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kapelan wysłuchał inkwizytora bardzo uważnie. NIGDY nie potrzebował powtórzenia rozkazu, miał natomiast wątpliwości co do skupienia się dwóch Kosmicznych Wilków. Przed desantem, tuż po odprawieniu ślubów bitewnych i modlitw. 

 

Wieść o tym, że będzie walczył z Orkami napawała go dziwnym uczuciem. Nienawidził tych plugastw ponad wszystko, nienawidził mutacji... nienawidził obcych. To, że będzie mógł z nimi walczyć przypomniała mu czasy kampanii Altid. Napawała go duma, że będzie mógł prowadzić drużynę ku eksterminacji zielonoskórych! Tylko jeden fakt go niepokoił... mianowicie konieczność współpracy z trzema pół-mutantami. Olaf i Syriusz stanowili szczególny problem. pochodzili z zakonu cieszącego się sławą "zabroń im czegoś, to, to zrobią", sama myśl o niesubordynacji wobec przełożonego sprawiała, że Nicodemus był zdenerwowany. Kolejną kłopotliwą osobą był Sangue, uważał go za pół-mutanta, jednakże nie to stanowiło problem... zakon Krwawych Aniołów cieszył się złą sławą ze względu na "czerwone pragnienie" i "czarny gniew". Wiedział, że w wypadku wystąpienia tych zachowań u swojego brata, musiałby go zabić. Wiedział, że może próbować temu zapobiec, dając mu czas na medytację przed walką. Brat Rohen Moran stanowił najmniejszy problem, wiedział, że na Ultramarinie można polegać najbardziej... miało to jednak pewne wady. Chorobliwa mania przestrzegania Codex Astartes wydawała się dla niego niedorzeczna, nawet w jego mniemaniu synowie Guilimana byli zbyt... sztywni.

 

Przed bitwą pragnął jednego... chwili czasu ze swoimi braćmi. Sam na sam. Gdyby był śród braci ze swojego zakonu, wystarczyła by tylko godzina czasu na modlitwy i odprawienie odpowiednich ślubów bitewnych. Jednakże po wstąpieniu w szeregi Straży Śmierci musiał się upewnić, że każdy rozkaz i każda wytyczna zostanie zrozumiana. Nie ufał nikomu poza Mrocznymi Aniołami, jednakże służba Imperatorowi i dążenie do zmazania plam na honorze jego zakonu pomagała mu w najtrudniejszych chwilach. Mimo emocjonalnej stabilności i nadludzkiej wręcz cierpliwości potrzebował jakiegoś celu... bez Imperatora świat nie ma sensu, a każdy kto zagraża Imperium musi zginąć... SZCZEGÓLNIE ZDRAJCY!  

 

Był gotowy do wykonania misji, na jego twarzy nie poruszył się żaden mięsień, a jej wyraz był jak zwykle "pokerowy z akcentem Calibanu". Podszedł do kapitana Geleriusa i odrzekł. 

 

-Kapitanie Geleriusie. Wszystko zrozumiane i jasne! Chciałem tylko prosić o dwie godziny dla mnie i dla mojej drużyny. Chcę odprawić wszelkie potrzebne ceremoniały tuż przed misją. 

 

Ton kapelana był monotonny i stanowczy. Wiedział, że Biali Rycerze są zakonem lubiącym konkrety. Nie chciał niczego ukrywać przed kapitanem, jego wyszkolenie i nawyki mu tego zabraniały. 

 

Patrzył się na swoją drużynę i myślał nad wykonaniem misji. Był skupiony, w sercu odmawiał modlitwę która miała wzmocnić jego cierpliwość, oraz zwiększyć nienawiść wobec ohydnych obcych. 

Brat Olaf i Syriusz - Dwóch hultajów. Prawie mutanty... na samą myśl o tym jego pięść zacisnęła się mocniej. W głębi serca odczuwał jednak pokój. Wiedział, że Kosmiczne Wilki to dobrzy wojownicy oraz straszne chlejusy! 

 

Brat Sangue - Ponoć pochodził z Terry, bardzo szlachetnie urodzony... blisko Imperatora. W myślach pojawił się inny obraz, to wizja Krwawego Anioła szarżującego na jego samego. Biedni Ci, którzy będą musieli zabić własnego brata. W głębi serca odczuwał jednak spokój. Słyszał o sławie tego zakonu, znał ich doskonałe wyszkolenie i talent do walki wręcz. Idealny materiał na szturmowca. 

 

Brat Rohen Moran - Dumny wybraniec Imperatora. Weteran Macragge, jednym słowem, idealny brat. Minusem była jego nadwrażliwość na przestrzeganie kodeksu... bał się, że ze względu na niezgodność z "Codex Astartes" może zignorować rozkaz. Uspokoiło go jedno... wiedział, że Ultramarines są posłuszni wobec przełożonych. Spodziewał się, że chociaż w pewnym stopniu, współpraca będzie przypominała tę z Mrocznymi Aniołami. 

 

Stał w bezruchu. Czekał na odpowiedź kapitana Deathwatch. 

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Marine przysłuchiwał się uważnie rozkazom, jednocześnie studiując holograficzną mapę przed sobą. Orkowie. Prymitywne, zielonoskóre stworzenia równie zrośnięte z wojną co bliźniaki syjamskie. Jedyne, w czym były dobre, to walka, reszta się dla nich nie liczyła. Można powiedzieć, że Rohen ich nienawidził. Nie, to złe słowo. Gardził nimi. W pewnym stopniu także lekceważył. Ot, kolejny skutek niedokończonego szkolenia. Jednakże... w tym wypadku coś mu nie pasowało. Orkowie zachowywali się zbyt nietypowo. Garną przecież do wszelkiej bijatyki, a planeta-świątynia nie ma często potężnej ochrony. Do tego znalezienie i zdobycie laboratorium Ordo Xenos... To na pewno nie był obiekt, którego położenie potrafi odkryć pierwszy lepszy rębacz.

 

Tworząca się w sercu Ultramarine teoria nabierała kształtów i wyrazistości.  Wystąpił na krok przed szereg. Szczerze mówiąc, brakowało mu w tym momencie jego wiernego hełmu, który ukryłby mu twarz przed wzrokiem innych Marines. Nie wstydził się - po prostu wolałby pozostać anonimowym sługą Imperatora. Zabójcze Drużyny formowano zwykle jedynie na czas pojedynczej misji. Zapewne ze swoimi nowymi towarzyszami nie dane mu było się spotkać już nigdy więcej.

- Po pierwsze: chciałbym poprosić o udostępnienie nam zasobów okrętowej zbrojowni na czas misji. Co prawda, posiadamy własne uzbrojenie, jednakże specjalistyczna amunicja będąca w posiadaniu Ordo Xenos z pewnością ułatwi pokornym sługom Imperatora w wypełnieniu zadania w Jego chwalebne imię. - przesunął wzrokiem po twarzach wszystkich obecnych w pomieszczeniu. Jego drużyna miała się składać z Krwawego i Mrocznego Anioła oraz dwóch Kosmicznych Wilków. Obawiał się o powodzenie misji ze względu na ostatnią dwójkę. Zakon Kosmicznych Wilków był znany ze swej niesubordynacji i pogardy wobec przełożonych... oraz Codex Astartes. Wszyscy służyli jednemu Imperatorowi, ale... To miało być ciężkie przeżycie. Najbliżej jego serca znajdował się Prima Sangue. Rohen obawiał się jedynie o wadę geno-ziarna towarzysza. Codex nie wspominał, co robić w sytuacji wpadnięcia przez Krwawego Anioła w Czerwone Pragnienie lub Czarny Gniew. Rohen najmniej mógł powiedzieć o dowódcy, kapelanie Nicodemusie z Mrocznych Aniołów. Jego zakon szczerze nienawidził obcych i mutantów... których w Zabójczej Drużynie było trzech. Ultramarine nie podobało się takie podejście do sług Imperatora. To nie od nich zależało, czy urodzą się mutantami czy nie. Każdy ma prawo wiernie służyć Złotemu Tronowi Terry.

- Po drugie... Zachowanie orków jest niezwykłe. Każdy zwyczajny herszt poprowadziłby swoją armię na Fesius II. Możliwe, że była to usterka w ich niezwykle prymitywnej technologii podróży kosmicznej... Jednakże zdobycie laboratorium temu przeczy. Skąd niby mieliby zdobyć informację o jego położeniu? Takie dane nie są dostępne dla zwykłych obywateli Imperium. Orkowie nie słuchają nikogo poza swymi hersztami, lecz wielokrotnie zdarzało im się być manipulowanymi przez inne rasy czy frakcje... Najczęściej Chaos. Sugeruję spróbować schwytać przywódcę zielonoskórych żywcem, ewentualnie najpierw przesłuchać na miejscu, a dopiero potem dokonać egzekucji. Jako Adeptus Astartes, a także Straż Śmierci pod jurysdykcją Inkwizycji mamy obowiązek sprawdzić, czy nie maczali w tym palców plugawi zdrajcy.

Edited by Generalek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Syriusz wysłuchał generała i Inkwizytora, po czym przyjrzał się, kto będzie mu towarzyszył podczas czyszczenia satelity z plugawych Xenos.

 

~ A więc Aniołek nami dowodzi. Heh, ciekawi mnie, czy dobry z niego dowódca. Kapelan kapelanem, ranga o niczym nie świadczy ~ przeszło mu przez myśl. Spięcia między ich zakonami były doskonale znane, ale Syriusz nie miał zamiaru pozwolić, aby przeszkodziły one w ważniejszym zadaniu. Czasem trzeba odstawić dumę na bok, najwyżej potem się zachleje w trupa.

 

Ta myśl wywołała uśmiech na jego twarzy. Sytuacje dodatkowo polepszał fakt, że w ich drużynie był wilczy brat, Olaf. Kojarzył go ze pobytów z Kle i ciężko opisać radość, jaką poczuł w sercu na jego widok. Przynajmniej nie będzie pił samotnie, no i zawsze raźniej walczyć ramię w ramię z bratem z Zakonu. Radość psuła trochę obecność tego całego Rohena. Zawsze miał Ultramarines za sztywniaków, którzy wkuwają na pamięć ten śmieszny Codex Astartes, a poczucie humoru mają mniejsze niż Nekroni. Przynajmniej on nie będzie nimi dowodził, ale i tak wyczuwał sporo sprzeczek.

 

No i na końcu Prima Sangue, Krwawy Anioł. Zawsze czuł do nich sympatię, jednak wada ich geno-ziarna niosła duże konsekwencje dla wszystkich wokół. Pozostawało mieć nadzieję, że on potrafi trzymać to odpowiednio daleko... przynajmniej, póki będą walczyć razem.

Rozmyślał tak, zachowując milczenie. Nie interesowało go taktyczne obmyślanie sprawy, chciał po prostu móc zatopić szpony w plugawych Xenos. Patrzeć na płynącą krew i latające fragmenty ciał. Nie chciało mu się wierzyć w ciche załatwianie sprawy, bo i tak skończy się na masakrze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sangue powiódł spojrzeniem po zebranych. W głębi swojej duszy czuł nieopisaną radość - nadchodziło starcie z wymagającym, acz barbarzyńskim przeciwnikiem, którego jedyną namiętnością była walka. Wojna w czystej postaci, zajęcie pozwalające oczyścić ciało i umysł z balastu niepotrzebnych zmartwień. Wszakże, jako anioł śmierci Imperatora, jego przeznaczeniem była śmierć w bitwie za wielkie Imperium zapoczątkowane przez Niego, prędzej czy później. Każdego Astartes w końcu to spotyka.

 

Umysł Krwawego Anioła był zajęty analizą sytuacji, czynnikiem istotnym dla próby odniesienia zwycięstwa.

 

Po pierwsze i najważniejsze - jego własny stan psychiczny. Doskonale zdawał sobie sprawę z własnej niedoskonałości genetycznej, zapewne już teraz zalegającej w głowie tak dowódcy, jak i pozostałych braci biorących udział w misji. Nie dziwił się. To, czy drużyna będzie działać bez żadnych... Wypadków niezależnych, z całą pewnością przesądzi o tym, czy osiągną sukces, przepędzając zielonoskórych. Wydawało mu się, że dostatecznie dobrze zna przeciwnika, chociażby z pól bitewnych Armageddonu.

 

Tak doszedł do kolejnego punktu swoich cichych przemyśleń - skąd się tutaj wzięli? Mimo wspomnianego barbarzyństwa, orkowie z całą pewnością nie zasługiwali na miano głupich. Słowa Inkwizytora nieomal doprowadziły go do parsknięcia ze śmiechu, jednak w porę się opanował. Atak na księżyc podejrzany? Według jego osobistej teorii, było to sprytne posunięcie. Gwardia Imperialna, mimo jej waleczności, nie może i nigdy nie będzie mogła równać się z Adeptus Astartes, biczem na wszelkiej maści, plugawych Xenos. Dopóki płoną gwiazdy. Mimo braku interesu w przejęciu wyników badań, musieli wiedzieć, że dla ludzkości to miejsce ma ogromne znaczenie, chociażby z bogatej infrastruktury, to nie umknęłoby niczyim oczom. Musieli także w prosty sposób wydedukować, że Imperium wyśle swoich najpotężniejszych obrońców do zażegnania kryzysu.

Uśmiechnął się kącikiem ust, albowiem zapowiadało to zorganizowaną obronę ohydnych obcych, chcących bawić się starciem z potomkami Prymarchów.

 

Oznaczało to konieczność przyjęcia odpowiedniej taktyki. Pomijając desant, ciasne korytarze kompleksu nie sprzyjały walce manewrowej, polegającej na szybkości i precyzji. Zapowiadało się bardziej o morderczą walkę wręcz o każdą piędź zimnego, stalowego podłoża. To, co synowie Sanguiniusa lubią najbardziej.

 

Otaksował cieplejszym spojrzeniem swoich sprzymierzeńców, zastanawiając się jak ich doświadczenie i charakter wpłynie na przebieg misji. Dwójka Kosmicznych Wilków pochodzących z Fenrisa. Mimo nieokrzesania zdawał sobie doskonale sprawę z ich sprawności bitewnej, w głębi duszy ciesząc się z takich sojuszników. Wsparcie w szturmie to nieoceniona pomoc, natomiast brat dewastator będzie stanowić wspaniałe narzędzie zagłady do przebijania się przez mroczne odmęty laboratoriów. Postanowił, że z całego serca będzie zabiegać o ich sympatię.

 

Zwrócił uwagę na szlachetnego Ultramarine, jednego z weteranów walk z Tyrannidami. Nie miał tutaj żadnych zastrzeżeń co do towarzysza, może poza legendarnym oddaniem wobec Codex Astartes. Trzeźwe spojrzenie na sytuację taktyczną grupy, połączone z jego doświadczeniem powinno przynieść im chwałę w nadchodzących starciach.

 

I dowódca... Kapelan Mrocznych Aniołów. W duchu ogarnął go smutek, albowiem zdawał sobie sprawę, że jeżeli jego umysł polegnie w walce z Czerwonym Pragnieniem i Czarnym Gniewem, to on będzie osobą, której broń zagłębi się w ceramicie pancerza, w celu odebrania jego życia. Liczył się z tym ryzykiem, wpisanym w historię jego służby odkąd został Astartes. Był jednak spokojny co do tego, czy brat Nicodemus sprosta zadaniu doprowadzenia ich do wiktorii.

 

Teraz, już otwarcie, uśmiechnął się, obdarzając towarzyszy pogodą swojego ducha.

Edited by Lordek

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Tak, w ten sposób będzie fajnie."

 

Brat Olaf, stojący razem z innymi Marines, obmyślał właśnie w jaki sposób będzie smażył następnego orka swoim Flammenwerferem. Widok płonących gnid, jakimi są od zawsze orkowie, sprawiał, że Kosmiczny Wilk uśmiechał się. Wiedział jednak, że nie może pozwolić sobie na wyszczerzenie zębów, z powodu ich umiejscowienia, kształtu a nawet i koloru. Niedoświadczony Marine mógłby pomylić go z mutantem, dlatego też nie chciał prowokować innych do zaatakowania go. Spalenie swoich młodszych braci nie przydałoby Olafowi chwały.

 

Poza tym... Z kim on w ogóle tu siedzi? Jakim cudem dał się tu zamknąć z Mrocznym Fagotem jako jego przywódcą? Fakt, te dwa zakony rywalizowały ze sobą, ale Olaf do tej nienawiści dokładał swoje trzy grosze. Postanowił jednak, że zniesie obecność Aniołka dla Imperatora. O, jest i drugi Kosmiczny Wilk, i to kolega od kufla! Nno, znajoma morda, razem można zanihilować każdą armię jaka stanie naprzeciw ich dwójce! Kogo my tu jeszcze mamy... Gość co srać nie może bez protokołu, cudownie, i jeszcze gość którego nie można denerwować, chyba że chcesz jego śmierci, czy jakoś tak to szło.

 

Tak czy siak - najważniejsza jest misja, potem reszta wszystkiego.

 

Olaf ziewnął przeraźliwie, zasłaniając usta ręką. Serio, nie chciał być mylony z ogrami. Następnie patrzył wyczekująco na przywódcę drużyny, który powie reszcie co w tym momencie byłoby fajnie gdyby uczynili. Rozkaz? A smaczne to chociaż?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kapitan spojrzał na Ultramarine. Konkrety. Lubił konkrety, świadczyły o podejściu do sprawy. I jak nie było możliwości, ze ktokolwiek z Aniołów Śmierci Imperatora podszedłby do zadania z przymrożeniem oka, tak w tym momencie zaczął rozmyślać nad Ultramarine. Zawsze był staranny i pracowity. Jakimś cudem nie chełpił się swym pochodzeniem, jak jego brać. Chyba, że on nie był tego świadkiem.

- Póki co, odmawiam. Dostaniecie się na powierzchnię planety, stamtąd przedrzecie się przez dżunglę do miejsca, gdzie orkowie stworzyli sobie przejście do budynku. Nie znamy jego położenia. Osiągając ten cel, podacie nam współrzędne, a my zrzucimy wam kapsułę wsparcia - wytłumaczył Biały Rycerz, wpisując na panelu współrzędne miejsca, w którym drużyna zostanie zrzucona na powierzchnię. Było to około 10km od laboratorium - Samo laboratorium to wielki fort z dziedzińcem. Wysoki na dwadzieścia metrów mur góruje nad gęstym lasem. Wspomniany dziedziniec ciągnie się wokół budynku w promieniu 320 metrów. Co znajdziecie przy i na murach, oraz na dziedzińcu, nie wiemy. Wiemy natomiast, że orkowie zdążyli już tam pobudować swoje fortyfikacje - wytłumaczył dokładniej białowłosy marine, co raz zmieniając obraz holopanelu.

Wtedy zaś Ultramarine zadał kolejne pytanie. Pytanie, na które Inkwizytor niemal eksplodował.

- To nie należy do waszych kompetencji! Waszym zadanie jest oczyścić laboratorium z tego paskudztwa! Czemu to się tam dostało zostawcie Inkwizycji! Ostrzegam, ze niesubordynacja oznaczać będzie konsekwencje! - warknął Inkwizytor, spoglądając bacznej na reakcję Kosmicznych Wilków. Denerwował go fakt, że przedstawiciele tego zakonu zostają tam wysłani. Jednak on nie miał żadnej mocy, by ustalać skład Drużyny. Liczył jedynie, że kapelan z Mrocznych Aniołów przywoła ich do porządku.

Podczas, gdy inkwizytor pieklił się obok kapitana, on sam patrzył jedynie głęboko w oczy Nicodemusa. Miał nadzieję, że ten złapie jego myśli.

- Pół godziny, bracie Kapelanie. Nie mogę dać wam więcej czasu - oznajmił z lekką nutą zawodu Gelerius. Biali Rycerze byli bardzo pobożni. Często się modlili i wyśpiewywali wszelkiego rodzaju pieśni i litanie ku chwale Boga-Imperatora.

Odprawa się zakończyła. Dowódca Straży Śmierci przeprosił Inkwizytora, który patrzył na nich spode łba i udał się razem z drużyną do kaplicy Imperatora na statku. Marsz tam trwał ledwie kilka minut. Po chwili wszyscy stanęli przed olbrzymimi, pozłacanymi i bogato zdobionymi przez płaskorzeźby i ryciny wrotami. Otwarły się z niskim jękiem szeroko, ujawniając swe wnętrze.

Było to obszerne pomieszczenie, wyłożone marmurem, który odbijał w sobie blask niezliczonych świec i lamp. Po obu stronach okrągłego pomieszczenia widniały witraże i pomniki świętych i bohaterów Imperium. Naprzeciw zaś stał wysoki ołtarz z pomnikiem Imperatora. Złota statua przedstawiała Pana Ludzkości w swej pełnej krasie za czasów Wielkiej Krucjaty. Całe wnętrze, tak wypełnione przepychem posiadało liczne akcenty czaszek i Inkwizycji, a pod samym pomnikiem Imperatora stał niewielki, pokryty rycinami przysiąg i modlitw obelisk z symbolem Straży Śmierci.

Gdy Gelerius ujrzał pomieszczenie, niemal odetchnął z ulgą. Czuł się tutaj, jak ryba w wodzie. Jak zabłąkany podróżnik na pustyni, który znalazł oazę. Spojrzał na kapelana.

- Czyń honory, bracie Kapelanie - oficjalne pozwolenie na rozpoczęcie obrzędów przedbitewnych. Gelerius był z nimi... ponieważ lubił się modlić, a to była jedna z tych okazji, w których mógł się temu oddać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wypowiedź brata Rohena zaskoczyła  kapelana. Był wstrząśnięty jego postawą, gdyby był wśród swojej braci, nikt nie ośmieliłby się na wystąpienie przed szereg i zadawanie tak bezpośrednich pytań.  Miało to jednakże swoje zalety, jako baczny słuchacz dowiedział się niektórych faktach szybciej niż potrzebował. Jednakże kolejne pytanie wywołało w jego umyśle swoistą furię. Nie dość, że w obecności INKWIZYTORA raczył PODWAŻYĆ cel misji!

Nawet Ci barbarzyńcy i pół-mutanci z  Kosmicznych Wilków miały na tyle ogłady aby stać w szeregu! Jeszcze ten chaos... sama myśl o spotkaniu... ZDRAJCÓW wywoływała w kapelanie wściekłość i furię, którą powstrzymywał jedynie poprzez swoje wyszkolenie i niezwykłe opanowanie nie dokonał rękoczynu. Jeśli faktycznie jest tam chaos... upadli... to... 

 

Skóra na mechanicznej żuchwie napięła się zmieniając kolor na blady dookoła nitów, kontrolki w pancerzu wspomaganym pokazywały znaczne naciski w serwomotorach pancernych rękawic. 

 

Pożałują, że zdradzili Imperium i IMPERATORA! Mentalny gniew dobiegł końca, jednakże ciąg rozmyśleń i rozważań na temat zdradzieckich sił ciągle przewijał się w umyśle kapelana. Mało co może wyrwać go ze stabilności psychicznej, nawet bluźnierstwa i kłamstwa upadłego anioła nie zdołały tego zrobić. Był w końcu kapelanem śledczym, nie na darmo przeszedł próby wiary.

 

Słowa inkwizytora mogły wzbudzić strach w najwierniejszym słudze Imperium. Każdy wiedział, jak absolutną i niepodważalną władzę maja inkwizytorzy Ordo Xenos. Patrzył się w oczy kapitana i w sercu przepraszał za podopiecznego. Więcej się to nie powtórzy...

Po odprawie zaniepokoiła go jedna wiadomość, był to czas jaki dano mu na spędzenie z drużyną. Nie niepokoił go bynajmniej fakt, że modlitwa będzie za krótka aby uspokoić brata Sangue, czy też dać chwilę skupienia dwóm Kosmicznym Wilkom, najgorszy był fakt, że nie starczy mu czasu na rozmowę, nie będzie mógł się upewnić dodatkowo czy drużyna zrozumiała rozkazy. 

 

 

Udali się do kaplicy, razem z kapitanem. Wiedział, że potrzebują tego przed misją. Kaplica była wspaniałym, klimatycznym i cichym miejscem. Kapitan dał mu znak, że mogą zaczynać.

Mroczny Anioł kazał marines przyklęknąć, od razu na skinienie kapelana uruchomił się serwitor. Bezmyślna, humanoidalna maszyna służyła jako trzymadełko na księgę psalmów i hymnów do Imperatora. Na rozkaz serwitor otworzył ją na odpowiedniej stronie a kapelan mógł zacząć odprawiać obrzędy. Zaczął od litanii poświęcenia. 

 

 

Gdzie jest niepewność, tam przyniosę światło

Gdzie jest zwątpienie, tam zasieję wiarę

Gdzie jest wstyd, tam wyznaczę pokutę

Gdzie jest gniew, przekieruję jego bieg.

Słowo w mojej duszy będzie jak bolter na polu bitwy.

 

 

Po kilku litaniach nadeszła pora na śluby bitewne. Podchodził do każdego brata z drużyny i powtarzał słowa przysięgi spisane na pergaminowej wstędze. Po zakończeniu ślubu każdy brat przyklejał ów pieczęć do pancerza za pomocą czerwonego laku. Był gotowy, chciał wierzyć w to, że drużyna wykona każdy jego rozkaz bez wahania, miał pewne wątpliwości co do Syriusza i Olafa... oby nie nażłopali się tego swojego cuchnącego piwska.

Zwrócił się w stronę Białego Rycerza i donośnym głosem powiedział. 

 

-Kapitanie! Jesteśmy gotowi!  

 

Teraz był zdany wyłącznie na wyszkolenie zabójczej drużyny i na wolę Imperatora. Oby wysłuchał jego próśb. Herezja rodzi się z bezczynności. 

Nie mógł być bardziej gotowy. Orków czekała zagłada z rąk wybrańców Imperatora.  To ONI! Anioły Śmierci! Młot na obcych! Plugawi zielonoskórzy będą żałować tego dnia, kiedy napadli na laboratoria Ordo Xenos. 

ŚMIERĆ MUTANTOM! ŚMIERĆ WROGOM IMPERATORA! ŚMIERĆ HERETYKOM! 

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ultramarine przysłuchiwał się reprymendzie beznamiętnie, ze stoickim spokojem. Codex Astartes nakazywał bezwzględne posłuszeństwo wobec Inkwizycji, ale... nie szacunek. Widział zbyt wiele niszczonych planet, tylko dlatego, że na ich powierzchni znajdowano heretycki kult. Widział zbyt wielu obywateli Imperium, palonych żywcem wraz z rodzinami, ponieważ okoliczny gwardzista czcił potajemnie bogów Chaosu. Widział, co pozostało z zakonu Niebiańskich Lwów, gdy ten wszedł jej w drogę. Codex twierdził, że Inkwizycja nie powinna mieć nad sobą nikogo poza Imperatorem. Rohen nie kłócił się z tym. Lecz powinna dobierać swych członków rozważniej.

Zwlekał sekundę, po czym cofnął się do szeregu, ponownie stając ramię w ramię z braćmi z innych zakonów. Skarcił się za swe myśli. Każdy Inkwizytor był Ręką Imperatora, której należy się bezgraniczny szacunek. Reprymenda mu się należała - nie powinno zachowywać się tak bezpośrednio wobec swoich przełożonych. Ot, kolejny dowód na niesłuszność szybkiego awansu. Z pewnością dłuższa służba wśród zwiadowców skutecznie wykorzeniłaby tę zuchwałość. Nad wyborem członków Inkwizycji czuwał sam Imperator, a jego osąd nie mógł być błędny. Widocznie kryło się za tym coś ważniejszego, coś, o czego dostrzeżeniu pokorni słudzy Złotego Tronu Terry nawet nie śmieli marzyć. Lecz jednak... Szamotał się w swoim wnętrzu podczas walki bezpośredniego, prostego żołnierza z oddanym wyznawcą Władcy Ludzkości.

 

Moment później odprawa została zakończona i drużyna opuściła pomieszczenie, podążając za kapitanem Geleriusem. Rohen wyszedł ostatni, nie spojrzawszy na Inkwizytora, czy to z gniewu, czy z pokory. Podczas krótkiego marszu obserwował z uwagą mijane pokłady. Nie przyszło mu jeszcze nigdy znaleźć się na statku Inkwizycji. Do tej pory służył na wielu okrętach wojennych należących zarówno do Ultramarines, jak i Marynarki. Spodziewał się... większych różnic. Tymczasem okazało się, że "Wyrok Zagłady" posiada podobne wnętrze do "Zemsty Valina", oczywiście wyłączywszy brak wszechobecnych symboli zakonu Rohena.

 

"Zemsta Valina"... Krążownik uderzeniowy 2. Kompanii Ultramarines, do której należał przez większość swej służby dla zakonu. To właśnie z tego okrętu spadli na głowy orków podczas Ataku na Black Reach, prowadzeni przez ich wspaniałego kapitana Sicariusa, by udaremnić zdobycie miasta Ghospora. Potem wyruszyli na polowanie - zwierzyną miał być tamtejszy wódz Waaagh!, Zanzag. W łowach przeszkodziły jednak błagania o pomoc resztek Sił Obrony Planetarnej, broniącej ulu Sulphora. Według Rohena Sicarius dokonał właściwego wyboru. Siły kompanii zawróciły i uratowały garnizon przez niechybną śmiercią. Chwała Imperatorowi, dwie drużyny zwiadowców, którym powierzono kontynuację poszukiwań, nie zawiodły. Dzięki ich wysiłkom, zlokalizowano centrum dowodzenia orków, znajdujące się w jaskini za bezimiennym wodospadem. Thunderhawk "Gladius" zaniósł tam główne siły Ultramarines, dokonując brawurowej akcji desantu wewnątrz bazy wroga. 2. Kompania, wspierana przez Terminatorów z 1., wytłukła zielonoskórych co do nogi. Żaden obcy nie przeżył.

 

Poniesiony nostalgią Rohen wspominał dawną batalię przez resztę drogi. Wypadł ze swego transu dopiero tuż przed wejściem do okrętowej kaplicy. Jej wnętrze robiło wrażenie, szczególnie zważywszy na jej położenie. Podobnie bogate świątynie znajdowały się niemal we wszystkich przypadkach na powierzchni planety. Oczywiście, widział także i piękniejsze na głównych okrętach zakonnych, ale to nie ujmowało w niczym tej. Po chwili ukląkł na prawe kolano, powtarzając wersety modlitw i psalmów za Kapelanem.

 

Po kilku litaniach Kapelan podszedł do każdego z drużyny, powtarzając śluby bitewne i wręczając im ich słowa wypisane na pergaminowych wstęgach. Rohen spoglądał przez moment na swoją, trzymaną na dłoniach ułożonych w koszyczek. Jego zbroi nie strzegły do tej pory żadne modlitwy czy relikwie. Nie zasługiwał na nie, w przeciwieństwie do swych braci. Odwracały jedynie uwagę Imperatora od osób, które faktycznie mogły coś osiągnąć ku chwale Terry. Taktyczny spojrzał na Kapelana, idącego do kolejnego Marine. Mimo wszystko, ten Mroczny Anioł chciał, żeby poniósł wersety tej przysięgi w walkę.

 

Niech będzie. Jednym ruchem przylepił sobie zapisaną wstęgę do lewego naramiennika za pomocą czerwonego weksla. Na tę jedną misję. Potem przyda się komuś innemu.

- Nie zapomnij o kapitanie, bracie. - rzucił.

Edited by Generalek

Share this post


Link to post
Share on other sites

- A my to co?

Potężny głos Olafa zadudnił, gdy Mroczny Fagot zameldował "gotowość" oddziału do wyruszenia w drogę.

 

- Naciapałeś mi swoim łojem na MÓJ pancerz, doczepiłeś mi swoją plugawą ręką Święte Pieczęcie i jeszcze masz debilu tupet by mi rozkazywać. Ty, cioto, nie masz prawa go dotykać. Nie masz także prawa decydować za mnie co JA mam zrobić. A teraz odsuń się, idę pomedytować.

Naburmuszony Olaf z łatwością odepchnął Mrocznego Anioła, który to odleciał na kilka metrów w bok. Potuptał do jakiegoś ustronnego miejsca, po czym pogrążył się w zadumie. Nie potrzebował bowiem pompatycznego przedstawienia, jakim były te całe modlitwy do Imperatora. Przecież to było bez sensu. Przed bitwą najchętniej Olaf by się narąbał, jednakże chwilowo nie było ani wolnego czasu, ani dostępnego alkoholu. Może Syriusz będzie miał jakąś piersióweczkę. Ech...

Po krótkiej chwili Olaf wrócił do całej grupki. Dał się opieczętować jak starożytna paczka na poczcie i dał sobie przyczepić papierowe tasiemki. Już nawet nie o to chodzi że Mroczny Faget jest dowódcą, to po prostu niszczy zajebistość wylewającą się z pancerza! Jeśli podczas wyprawy Mhroczny Tró Angeł nie natrafi na jakiegoś orka-snajpera, to będzie cud.

Rzuciwszy mordercze spojrzenie Fagetowi powrócił do swej dawnej pozy.

Tępa szmata.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pomieszczenie i jego wystrój wlały Kosmicznemu Wilkowi trochę spokoju w serce. Pomimo, jak to określano często, barbarzyńskiej natury, odczuwał głęboki szacunek przed postaciami świętych oraz Imperatora. Każdy służy mu inaczej, jednak to On jest przewodnikiem i obrońcą. Oni są tylko narzędziami do wykonania jego woli.

 

Podczas całej ceremonii Syriusz pozostawał spokojny, jednak domyślał się, co musi czuć Nicodemus. Tym bardziej po tym, jak zachował się brat Olaf. Rozumiał jego porywczość, ale takie zachowanie w stosunku do kapelana, nawet z nielubianego zakonu, było zdecydowanie przesadą. W końcu to on przygotował i dał im Święte Pieczęcie.

 

- Spokojnie, bracie - powiedział do Olafa i klepnął go po naramienniku. - Po tym wszystkim urządzimy sobie niemałą popijawę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zachowanie braci z zakonu Kosmicznych Wilków wprawiło Sangue w zadumę na temat kruchości życia w towarzystwie osób niezrównoważonych psychicznie.

 

Lwią część przygotowań poświęcił na kojącą umysł medytację, mając zwiększyć jego szanse na uniknięcie Czarnego Gniewu. Spokój krwawego anioła budowały w tym momencie modlitwy - tak do Imperatora, jak i ojca dziewiątego legionu - Sanguiniusa. Niemniej jednak - prawie cały dotychczasowy czas spędził samotnie, oddany analizie i pracy swojego umysłu. Jeżeli grupa ma sprawnie współpracować, to wypadałoby przerwać milczenie, odzywając się do towarzyszy broni. Był w trakcie mocowania ślubów bitewnych do prawego naramiennika swojego pancerza wspomaganego..

 

-Cóż, bracia. Nadchodzi kolejny sprawdzian naszych umiejętności - uniósł głowę i powiódł spojrzeniem po sali, w której się znajdowali. 

 

Uznał, że takie jedno zdanie wtrącone od niechcenia, to dobry sposób na rozwinięcie wątku przez któregoś z zebranych. Odczuwał rosnący niepokój, że paradoksalnie to on jest tutaj najbardziej neutralną i bezstronną w stosunku do reszty jednostką. Zapowiadała się bardzo długa wyprawa, okraszona niejedną utarczką.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Święte modły w oazie spokoju tego przybytku, który Kosmiczni Marines mieli radość odwiedzać pomiędzy misjami, aby się wyciszyć... Był zakłócony. Oto Olaf, Kosmiczny wilk nie wytrzymał, a jego temperament i dzika natura wzięła górę nad szacunkiem do tego miejsca. Warczał i klął w kierunku swego dowódcy, a gdy tylko miał go popchnąć, jego ręce zatrzymały się tuż przed Nicodemusem, a sam Olaf czuł na gardle ostrze wspaniałego, zdobionego miecza, należącego do Kapitana Straży, Geleriusa.

- Nie obchodzi mnie, jakie są relacje między wami. To jest kaplica ku czci Jego Na Ziemi i nie pozwolę, by ktokolwiek bezcześcił święte rytuały swoimi fanaberiami. Żadnemu słudze Imperatora nie przystoi takie zachowanie w tego typu miejscach, więc jeśli nie chcesz być oskarżony o herezję, uspokój się, dzikusie - warknął białowłosy marine, zaciskając zęby. Biali Rycerze odziedziczyli po swoich bezpośrednich ojcach z zakonu Czarnych Templariuszy niespotykany wręcz fanatyzm i lekką rękę przy określaniu kogoś mianem heretyka. Za mniejsze przewinienia kapelani tego zakonu Krzyżowców zabijali swych braci, którzy w swej gorliwości zapominali o tym, kim są i po co są. Nie musieli być heretykami - zapominali, gdzie ich miejsce.

 

Upewniając się, że Olaf ochłonął i nie wykona już żadnego niepożądanego ruchu, Gelerius schował ostrze i powrócił do modlitw, które Nicodemus mógł w spokoju już kontynuować. Kiedy zaś Rohen wspomniał o przysiędze dla niego, ten uniósł dłoń odmownie, tłumacząc, że on z nimi nie leci, a przybył, bo chciał oddać się modlitwie, by Pan Ludzkości strzegł Drużyny.

 

https://www.youtube.com/watch?v=ZCk4RiKH9H0

 

Pół godziny mijało, trzeba było się przygotować do desantu. Marines ruszyli do doków desantowych, gdzie mieściły się kapsuły, w których Anioły Śmierci Imperatora uderzały w grunt pól bitew, by nieść Zemstę.

Każdy z członków drużyny dostał swoją broń, podstawowe zasoby. Jak powtarzał kapitan, osiągając wejście do fortecy, po podaniu współrzędnych, sprzęt dodatkowy miał być do nich zesłany. Kapłani Maszyn i serwitorzy krążyli po doku, wokół kapsuły i drużyny, zapewniając im techniczne przygotowanie i błogosławieństwa maszyn, by i te nie zawiodły.

W końcu jednak nadszedł czas. Każdy z Strażników Śmierci zajął swoje miejsce w kapsule desantowej i dzierżąc w dłoniach poświęconą broń czekali. Syreny zawyły, a okolica zaczęła czyścić się z wszystkich. Wszystkie wrota kapsuły zamknęły się, pozostawiając wewnątrz znikome, zielone światło. Wystarczyło to jednak. Po odliczaniu, marines poczuli, jak ich kapsuła zostaje wystrzelona.

Podczas lotu, kapitan Gelerius mówił do nich przez radio modłami, mieszając się z mechanicznym głosem Kapłana Maszyn, monitorującego lot. Dla Białych Rycerzy każda chwila była doskonała, by się modlić i śpiewać ku czci Boga-Imperatora:

+5 minut do uderzenia+

"Nie znać będziecie strachu,

Bowiem Imperator jest z Wami.

+4 minuty do uderzenia+

On Wam Tarczą i Opoką,

Wy odpłaćcie w czynach Jego Dar.

+3 minuty do uderzenia+

I wszelki Horror Galaktyki ukorzy się,

Albowiem Jego Święte Słowo niesiecie.

+2 minuty do uderzenia+

Anioły Śmierci, posłańcy Imperatora,

W Chwale Jego żyjecie, ku Chwale Jego umieracie.

+1 minuta do uderzenia+

Imperator z Wami, Kosmiczni Marines!"

 

I wtedy nastąpiło uderzenie. Wszyscy poczuli wstrząs, przyzwyczajeni do niego po wielu latach podobnych desantów. Sakramentalna cisza nie swiastowała w pobliżu wroga, można było opuścić kapsułę. Wtedy jej wrota otworzyły się, uwalniając z zabezpieczeń wszystkich braci. Oni zaś opuścili kapsułę w kompletnej ciszy, mierząc swą bronią do dżungli. Nie wiedzieli, czego mają się spodziewać.

Rohen spojrzał na wschód. Zobaczył przez gęstwiny drzew, że są na wysokim, skalistym wzgórzu, a na horyzoncie widać Imperialne Iglice. To był ich cel. Głosy dzikich zwierząt zakłócały spokój, chociaż nie przeszkadzało to wojownikom, którzy stawiali czoła hordom orków, tyranidom, zdradzieckim legionom marines i innym wrogom Imperium.

 

Czas działać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po zajściu w świątyni kapelan był lekko zdenerwowany, co rzadko mu się zdarza. Nawet gdy dowiedział się, że w jego drużynie będą walczyć Kosmiczne Wilki zdołał nieco przytłumić nienawiść, wiedział bowiem, że mimo licznych wad, braku dyscypliny oraz przede wszystkim  graniczącego z poważną mutacją udoskonalenia genetycznego Olaf i Syriusz będą dobrymi wojownikami... ALE TO CO ZROBIŁ OLAF PRZESZŁO PEWNE GRANICE NORMY! Był gotowy wybić mu kilka kłów z tej niewyparzonej gęby! Szczęśliwie dla niego, kapitan straży zareagował najszybciej i chyba przytłumił ten dziki temperament. Podziwiał opanowanie kapitana Geleriusa. Dzięki niemu misja mogła się odbyć, a niezbędne ceremoniały napotkały TYLKO minimalne zakłócenia.

 

Po zakończeniu modlitw nadeszła pora na wejście do kapsuły desantowej i rozpoczęcie misji. Ku chwale Imperium i Imperatora!

 

Lot nie trwał długo. Nic nie było w stanie zakłócić jego skupionego umysłu. Podczas lotu obmyślał strategię... czuł się odpowiedzialny za swoją drużynę, wiedział, że jej powodzenie zależy głównie od niego. Tuż przed obiegł wzrokiem każdego członka drużyny, wiedział, że teraz jest za późno na cokolwiek. Mógł liczyć tylko na wyszkolenie kosmicznych marines oraz ich fanatyczne oddanie sprawie. Wiedział, że niedługo jego Crozius Arcanum zagłębi się w jakiejś Orkowej, plugawej czaszce. Nastąpiło uderzenie... wylądowali.

 

 

Kapsuła otworzyła się i uprzęże zabezpieczające otworzyły się. Pierwszy wyszedł brat Rohen, a za nim Sangue i Olaf oraz Syriusz. Nicodemus wyszedł ostatni. Otaczała ich bezkresna dżungla, gdzieś niedaleko kręcili się Orkowie, więc trzeba było działać szybko. Nie mogli być wykryci w tak wczesnym etapie misji... tam gdzie jest jeden zielonoskóry, tam są ich tysiące.  Brat Rohen pokierował swój wzrok na iglice Imperialnych budowli, które można było dojrzeć czujnym okiem... więc to tam mamy się kierować.

Zebrał na chwilę drużynę, aby przetestować interkomy. Ważna była komunikacja pomiędzy braćmi. Po chwili zaczął wydawać rozkazy.

 

*Bracie Olafie i Syriuszu! Pójdziecie razem z przodu. Kiedy wyczujecie jakiegoś zielonoskórego, będziecie pierwsi, którzy nas o tym poinformują. ZA IMPERATORA!*

 

Decyzja ta nie była spowodowana niechęcią do dwóch Kosmicznych Wilków, kierował nim zdrowy rozsądek niźli brak sympatii. Wiedział, że zakon Lemana Russa  posiadał naturalnie wyczulone zmysły, zapewne najlepiej wykształcone spośród wszystkich zakonów.  Wywęszą smród zielonych w odpowiednim momencie, to było pewne.

Zaletą wysłania Olafa razem z Syriuszem było to, że mieli na siebie uspakajający wpływ. Szturmowy marine doskonale uspokajał dzikie zapędy dewastatora. Jednocześnie wiedział, że w przypadku rozpętania ogniowej burzy, nie dojdzie do spopielenia żadnego członka zabójczej drużyny.

 

*Rohenie! Będziesz szedł za nimi! Ku chwale Imperatora*

Ultramarine miał stanowić wsparcie ogniowe w przypadku nawiązania walki. Jego zaawansowane systemy celownicze oraz umiejętności dawały w połączeniu dobrego strzelca.

Jednocześnie stanowił baczenie na Kosmicznych Wilków, którzy szli z przodu.

 

*Bracie Sangue, pójdziesz obok mnie.*

Ktoś musi osłaniać tyły... poszedłby z przodu, jednakże wiedział, że jego obecność sprawia, że Olaf i Syriusz będą niespokojni... wiedział, że on tak samo nie przepada za nimi, jak i oni za nim, wiedział jak łatwo wprawić w gniew marines z tego zakonu. Tylko kapelani potrafią przemawiać do Krwawego Anioła w obliczu czarnego gniewu... oby do niego nie doszło. 

 

Kosmiczne wilki były oddalone jakieś 12 metrów od Rohena, niewiele mniej od niego szedł kapelan i szturmowy marine z zakonu Krwawych Aniołów.

 

*W drogę bracia! Imperator strzeże!*

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krwawy anioł zdecydowanie nie był zadowolony z pozycji na tyłach szyku. Według niego, wraz z bratem Syriuszem, powinien stanowić forpocztę ich marszu, na nieco wysuniętych pozycjach na flankach, ze szlachetnym Ultramarine w środku grupy, nieco za nimi, z kapelanem synów Liona oraz wojowniczym Olafem jako wsparcie. Rozumiał jednocześnie brak zaufania z powodu swojej skazy genetycznej. Jedynie Imperator, cześć Jego imieniu, może wiedzieć, jak potoczyłyby się losy misji, gdyby Czarny Gniew ujawnił swoje oblicze.

 

Sama sytuacja w świątyni bynajmniej nie napełniła go radością. Zakłócony został spokój i powaga panujące w pomieszczeniu, a wojownik z Fenrisa nie zaskarbił sobie swoim czynem sympatii pozostałych, obecnych przy zajściu marines.

 

Sam lot w kapsule nie wyróżniał się niczym na tle jego poprzednich desantów. Można wręcz powiedzieć, że był więcej niż zadowolony. W końcu nie powitał go ogień nieprzyjaciela, zarówno z baterii przeciwlotniczych, jak i po uderzeniu w ziemię, kiedy uśmiechem kącikiem ust wyraził zadowolenie z udanego lądowania. Sprawdził, czy oporządzenie leży na swoim miejscu. Zarówno miecz łańcuchowy, jak i pistolet, były na swoim miejscu, przypasane do obojga bioder Sangue. Plecak odrzutowy także nigdzie nie zniknął, dodając wojownikowi wielkości. 

 

Zdecydowanie, acz ostrożnie, razem z resztą braci, wyszedł z kapsuły i zajął się zabezpieczaniem perymetru. Mimo wyczuwalnej atmosfery zagrożenia, orkowie nie znajdowali się w bezpośrednim otoczeniu, a gdzieś dalej, nie stwarzając na obecną chwilę kłopotów.  Po sprawdzeniu jakości voxu zajął swoje miejsce w szyku. Nie miał w zwyczaju kwestionować rozkazów przełożonych, więc postanowił delikatnie doradzić kapelanowi, według swojego punktu widzenia.

 

- Bracie kapelanie, z całym szacunkiem, lecz mam pewne pytanie dotyczące zagadnienia taktycznego - rozpoczął, dobywając jednocześnie broni, jak i zajmując miejsce u boku dowódcy. - Zdaję sobie sprawę, że nasi druhowie z Fenrisa są gorącokrwiści, lecz wydaje mi się, że wraz z bratem Syriuszem powinniśmy zająć pozycje na flankach, żeby wypatrywać niebezpieczeństwa, jak i stanowić awangardę kontrataku, w razie nawiązania kontaktu z zielonoskórymi - pokornie, schylając lekko głowę wygłosił to, co miał na myśli. - Oczywiście, stanie się Twa wola.

Edited by Lordek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gniew Białego Rycerza nie wzbudził zdziwienia w Syriuszu. Mógł uspokajać Olafa, ale wchodzenie w drogę fanatycznemu Geleriusowi nie byłoby dobrym pomysłem. Przez moment miał wrażenie, że ta drużyna jest jedną wielką pomyłką. Oraz zaczął obawiać się o to, żeby konflikty nie przeszkodziły im w wykonaniu zadania. Służba Imperatorowi przede wszystkim.

 

Lot nie był niczym szczególnym. Był wręcz nudny. W Syriuszu znowu zaczęła odzywać się potrzeba jakiejś walki. Oby napotkali Xenos jak najszybciej, może to też uspokoi na trochę Olafa.

 

 

- Skoro takie jest twoje widzimisię - odparł, gdy Nicodemus rozstawiał ich w szyku. Cieszył się, że będzie mógł przypilnować Olafa i miał nadzieję, że na powierzchni planety jego porywczy brat nie wykorzysta okazji, aby zrobić krzywdę Mrocznemu Aniołkowi.

Syriusz rozejrzał się po okolicy. Dżungla... nienawidził dżungli. Zbyt dużo zieleni i innego szajsu, pełno miejsc na zasadzki. Trzeba będzie bardzo uważać, aby nie wpaść w jedną z wymyślnych orkowych pułapek. Wolałby górzyste tereny. Albo zimowy krajobraz Fenris i wielką ucztę w Kle.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ultramarine spoglądał jeszcze przez chwilę na Imperialne Iglice, pnące się w górę ponad drzewami, myśląc nad swoją teorią, po czym odwrócił się ku braciom. Trzymał w rękach swój wierny bolter, naładowany pociskami gotowymi rozerwać na krwawe strzępy każdego brudnego obcego, który nieopatrznie wejdzie pod lufę. Sprawdził, czy uderzenie w powierzchnię planety kapsuły desantowej przypadkiem nie rozregulowało starożytnych systemów celowniczych wmontowanych w jego broń i hełm. Wszystko wydawało się w porządku, ale Rohen i tak wyszeptał bezgłośnie modlitwę błagalną do Ducha Maszyny zamieszkującego jego pancerz.

 

Po chwili Marine posłusznie ruszył za dwoma Kosmicznymi Wilkami w odległości kilkunastu metrów. Codex Astartes nie wspominał nic o takiej formacji, jednakże byli nietypowym składem, który ciężko zdefiniować. Brat czuł swego rodzaju przerażenie - nie, to złe słowo, Aniołowie Śmierci Imperatora nie czują strachu - swego rodzaju niepokój, że święta księga Ultramarines nie posiada żadnych wskazań dotyczących Straży Śmierci. Żadnych schematów drużyn, formacji czy określonych wymagań podczas rekrutacji członków. Wszystko zależało od kaprysu Inkwizycji. Czego dowodem była obecność kogoś takiego jak Rohen pośród wybranych, doświadczonych Astartes.

 

Ultramarine szedł żwawo do przodu, starannie mierząc szybkość kroków, by przypadkiem nie przekroczyć prędkości określanej przez Codex jako "marszowa". Jednocześnie co chwila lustrował lufą broni otaczające ich krzaki. Orkowie nie potrzebowali tu nawet specjalnego kamuflażu, ich zielona skóra perfekcyjnie pasowała do okolicznego klimatu. Na szczęście byli zbyt głupi, by wykorzystać w pełni ten potencjał. Jedynie ich komandosi specjalizowali się w zasadzkach i tylko do nich Rohen czuł szczątkowy szacunek. Według Codexu to właśnie cierpliwość determinuje, kto jest łowcą, a kto zwierzyną. Obydwie czynności Marine wykonywał automatycznie, dlatego resztę swej uwagi skupił na słowach brata Sangue. Krwawy Anioł miał nieco racji, jednakże formacja utworzona przez kapelana nie była głupia. Ultramarine został umieszczony w środku ze względu zasięg swej broni, dzięki której mógł wspierać ogniem zarówno przód, jak i tył kolumny. Gdyby zaś został zaatakowany on sam, obydwaj szturmowcy mogli w porę doskoczyć do niego za pomocą swych plecaków.

- Codex Astartes nie przewiduje istnienia tak zróżnicowanych składów jak nasz. - Rohen postanowił wtrącić się do rozmowy. - Dlatego praktycznie nie da się wybrać formacji, która w pełni wykorzysta potencjał i umiejętności każdego członka drużyny. Brat Sangue ma częściowo rację. Nasze aktualne rozłożenie zapewnia silne czoło i tył kolumny, ale odsłania jej flanki. Przesunięcie szturmowych Marine na boki nie tylko odpowiednio je wzmocni, ale i zapewni nam możliwość natychmiastowego wsparcia każdej strony formacji. Ma to jednak też swoje wady - poszerzymy technicznie kolumnę, przez co zwiększy się ryzyko wykrycia przez orkowe patrole. W sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy, Codex zaleca jak najdłuższe pozostanie w ukryciu, wyłączywszy przypadek, w którym takie działanie zagrozi celowi misji. - zakończył wywód i pomilczał przez chwilę, po czym dodał - Decyzja należy do ciebie, bracie kapelanie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tchórze. Chowają się za plecami Kosmicznych Wilków jak szczenięta za swoimi sukami. Wiedzą kto tu jest najlepszym wojownikiem. Kosmiczne Wilki! Ci, którzy Codex Astartes mają w głębokim poważaniu wiedzą, jak należy walczyć. Niech debatują, Olaf miał to tam gdzie wilki swą zdobycz po kilku godzinach. Pokaże im jak walczy prawdziwy Sługa Imperatora!

Ale jeszcze nie teraz. W tej dżungli jest cholernie zielono, tak różnie od Fenris. Tyle tu życia. I pewnie tyle samo orków. Jakie to szczęście, że Olaf potrafi wypalić te wrzody jego kochanym Flammenwerferem. Padeł ma szczęście, że dowodzi, inaczej byłoby z nim kiepsko.

 

Pozostali bracia słyszeli tylko mamrotanie pod nosem. Jedni odbierali to jako modlitwy, inni myśleli że czyni śluby. Jeden Olaf wiedział, ile jadu wylewa na orki i Mrocznego Anioła.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sugestia brata Sangue, w normalnych warunkach była by uznana za bezczelność i brak szacunku wobec przełożonych, był przyzwyczajony do zakonnej dyscypliny i posłuszeństwa bardzo mocno... jednakże Deathwatch rządził się innymi prawami. Szturmowy marine był bardzo doświadczonym żołnierzem, jego rady taktyczne były cenne.

Flanki były ważne, to prawda... jednakże puszczenie dwóch kosmicznych wilków oddzielnie od Siebie i dodatkowe narażało ich na niebezpieczeństwo ujawnienia się.

 

 

Chwilę potem przez interkom, brat z zakonu Ultramarines wygłosił kolejną radę. Co prawda, samo wspomnienie o Codex Astartes, wzbudziło w Mrocznym Aniele lekkie zażenowanie.  Tak, same treści znajdujące się w świętej księdze Ultramarines były cenne, ale sugerowanie się wyłącznie nimi było dla kapelana lekko mówiąc "dziwne".

Jednakże w dalszej części wypowiedzi brata Rohena  znalazł coś niezwykle trafnego. Przekonało go to do kontynuowania marszu w takiej samej formacji jaką ustalił.

Cel misji był wyraźny... wedrzeć się do bunkra nie ujawniając się. Byli co prawda kosmicznymi marines, aniołami śmierci, wybrańcami Imperatora, ale całej armii Orków by nie odparli, musieli więc ujawnić się najpóźniej jak to możliwe.

 

 

-Bracie Sangue. Twoje rady są przemyślane i mądre, jednakże brat Rohen ma rację, musimy iść, tak jak idziemy, aby pozostać w ukryciu, możliwie jak najdłużej - odpowiedział Nicodemus w stronę Krwawego Anioła, po czym dodał przez interkom - Kontynuować marsz. Meldować o jakiejkolwiek obecności tych plugawych obcych. Bądźcie czujni bracia!

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...