Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Nareszcie trochę świeżego powietrza…

 

Przemierzając przedsionek, długi korytarz, salę audytoryjną, wielką klatkę schodową, wschodnią wierzę, bibliotekę, galerię sztuki oraz główną zbrojownię NARESZCIE dotarliśmy na starożytny, kamienny most, łączący ze sobą wschodnią część zamku z zachodnią. Normalnie, goście przechodzą między obiema stronami twierdzy poprzez królewski ogród lub pogrzebaną komnatę, ale my spotkaliśmy się tutaj, by rozpocząć nowy magiczny pojedynek, nieprawdaż? Tak się akurat składa, że wszystkie elementy starożytnego mostu łączy w centrum zamku okazała, okrągła płyta, bogato zdobiona płaskorzeźbami, złotymi ornamentami. Światło księżyca w pełni cudownie oświetla znajdującą się na środku pieczęć, dzięki czemu mamy pewność, że cała uwaga bóstw została skupiona właśnie na nas!

 

Swoją drogą, ciekawe czy ten zamek jest taki gigantyczny dlatego, że jego Lord po prostu potrzebuje tyle przestrzeni do życia, czy też może lubi posiadać różne rzeczy, ażeby móc je gdzieś pomieścić, trzeba było pomyśleć o wielu komnatach?

 

Nieważne. Już za momencik otoczy was mgła, natomiast latające po niebie nocne mary, przywołane przez Lorda jako „poczciwe” i „niegroźne” zwierzątka domowe, zaprzestaną swych łowów i poddadzą się wpływowi Waszej energii. Mamy nadzieję, że wymiana zaklęć będzie równie dobrze widoczna także z dołu, z pozycji ogrodu. Nie jestem pewien, czy Lord znajduje się w swej sali tronowej, na szczycie zamku, ale jeśli tak jest, z całą pewnością będzie mieć oko na Wasze poczynania. Chodzą słuchy, że pamięta księżniczkę Lunę z czasów, kiedy była koszmarną Nightmare Moon. Najstarsi twierdzą, że wciąż uważa ją za jedyną prawowitą władczynię Equestrii. Widać facet ma plecy…

 

 

skyrim_luna_2___aerial_battle_by_niegelv

 

 

Już za chwilę, w nowym magicznym pojedynku, ograniczonym limitem 12 postów na uczestnika, zmierzą się SolarIsEpic oraz Riddler! O ile mnie pamięć nie myli, obaj wojownicy są znani z minionych pojedynków, toteż z całą pewnością ich dzisiejsze spotkanie obfitować będzie w doświadczenie, jakiego z czasem obaj nabrali. Jednakże, czyj bagaż okaże się okazalszy? Kto zwycięży?

 

Czas rozpocząć pojedynek!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Słychać było cichutkie, lecz rytmiczne skwierczenie, dochodzące z punktu zawieszonego kilkadziesiąt centymetrów nad kamienną płytą. Odgłosy powoli stawały się coraz głośniejsze, aż w pewnym momencie ucichły. Nagle rozległ się donośny huk, a po nim seria pięciu trzasków. W momencie w którym zabrzmiało ostatnie trzaśnięcie, na skrajnym końcu płyty pojawiła się płaska, świecąca na fioletowo plama. Zwiększyła swoją średnicę do około dwóch metrów, po czym zmieniła kolor na różowo-biały. Po kilku sekundach bezczynności wyrzuciła na posadzkę okutego w metalową zbroję kucyka, po czym zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie ulatniający się różowy obłok. Metalowa płyta uderzająca o kamienne podłoże zrobiła niemało hałasu, a chrzęstom i dzwonieniu zbroi towarzyszył przeciągły jęk istoty w środku.

 Gdy kucykowi udało się podnieść, najpierw otworzył przyłbicę, ukazując białą sierść, wiśniowe oczy i... klaczy pyszczek. Rozejrzała się, powoli dochodząc do tego, gdzie się znajduje. Nagle portal, ten sam, który przyniósł tutaj kuca, otworzył się raz jeszcze, wyrzucił z siebie glewię, i zniknął tak, jak poprzedni.

 - To już? - powiedziała, lewitacją przyciągając do siebie glewię. Stuknęła drzewcem o posadzkę, a broń w mgnieniu oka zamieniła się w połyskujące nikłym blaskiem złote pióro. Pochwyciła je w ząbki i zaczęła... pisać.

 Rzeczywiście. Ilekroć wykonywała ruch piórem, to jego końcówka zostawiała za sobą świecący się na żółto ślad. Wypisała tak przed sobą kilka dziwnych run, po czym puściła pióro. Znaki zaczęły świecić oślepiającym blaskiem, uniemożliwiając dojrzenie klaczy. A gdy światło zgasło, nie było już ani run, ani kucyka.

 Na okrągłej płycie stał młody mężczyzna, mierzący około metr osiemdziesiąt. Miał czarne, rozczochrane włosy średniej długości, jasną cerę i piwne oczy, spoglądające na arenę zza kwadratowych okularów w cienkich oprawkach. Nosił na sobie długi do kolan płaszcz ze skóry w kolorze beżowym, pod którym widać było czarną bluzę z wysokim kołnierzem. Miał też luźne, ciemnobrązowe spodnie z materiału, oraz wysokie buty z czarnej skóry. Do przerzuconego przez ramię pasa podpięte były liczne zwoje, niektóre z pieczęcią, niektóre bez, a przy biodrze wisiała spora księga z twardą okładką, na której widniała sześcioramienna gwiazda w kolorze złotym.

 Mężczyzna złapał za pióro, które lewitowało bez celu wokół jego głowy. Nawet ktoś, kto dopiero poznawał arkana magii, mógł bez większego trudu wyczuć bijącą z przedmiotu energię magiczną. Raz jeszcze napisał w powietrzu zaklęcie; tym razem znaki świeciły się na pomarańczowo. Powoli opadły na ziemię, wnikając w kamień, a pieczęć na środku zaświeciła się. Pisarz machnął kilkukrotnie wolną ręką. Z ziemi wzniosły się błyszczące energią magiczną ptaki, zostawiające za sobą zanikający ślad w swoim kolorze. Latały wokół pieczęci, ciesząc oko fantazyjnymi barwami. Machnął ręką raz jeszcze. Krańce kamiennej płyty zapłonęły ogniem, którego tańczące języki przywodziły na myśl konie, gnające w niekończącym się wyścigu wokół areny. Machnął ręką raz jeszcze, a nad jego głową zawisł błękitny ognik. Teraz przestępował tylko z nogi na nogę, oczekując na swojego adwersarza.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wiele kilometrów nad areną (i parę metrów od niej) leciał nietypowy środek transportu, a ja na jego pokładzie w zwyczajowym rynsztunku bojowym. Czerwony płaszcz, srebrny wizjer z czerwonym szkłem, srebrne metaliczne rękawice, oraz całkiem zwyczajny czarny podkoszulek, niebieskie jeansy oraz czarne adidasy. Na osobie piętnastoletniego chłopaka z rozczochraną fryzurą koloru brązowego wyglądało to wszystko wyjątkowo dobrze. Lecąc na transporcie w postaci wściekło czerwonego gryfa z metalowymi częściami napędzanymi parą zastanawiałem się kiedy wreszcie dolecimy NAD miejsce walki. Kiedy mój parowy towarzysz wydał odgłos który brzmiał jak ryk lwa połączony ze skrzekiem orła którym towarzyszy wypuszczający parę pociąg wiedziałem że na mnie już czas.

-Vulcanie, oddal się na bezpieczną odległość. Przyzwę cię jeżeli będziesz potrzebny- zeskoczyłem z grzbietu stwora który ponownie wydał ni-to-ryk-ni-to-skrzek-ni-to-wypuszczanie-pary po czym zawrócił. Ja w tym czasie mknąłem przez powietrze myśląc o tym jakie to będzie niesamowite wejście. Lot, fikołek tuż nad ziemię po czym wyląduję wywołując falę energii, i tworząc przepiękny wielki krater. Jednak najpierw musiałem się znaleźć bliżej ziemi.

Po paru sekundach dostrzegłem arenę już uśmiechając się na myśl o wspaniałym manewrze który zaraz wykonam. Po nad to okolica była piękna, zamek, arena na moście, drugi zamek... ARENA NA MOŚCIE!!! Zawalę most jeżeli tak wyląduje! A ludziom przygotowującym pojedynek to się nie spodoba. Trzeba szybko myśleć, może jeżeli trochę wyhamuję w locie...Nie to by było za mało epickie. Chyba że...tak!

Szybko złączyłem opuszki palców wskazujących tak by jedna dłoń była na górze a druga na dole (względem ziemi a nie względem mnie) po czym obróciłem je tak że dłonie zamieniły się miejscami. Poczułem dziwne łaskotanie w brzuchu, zaczyna się. Teraz trzeba się zając przeciwnikiem, nie był tak okrutny by zostawiać go w takiej sytuacji. Pstryknąłem, a moje srebrne rękawice zmieniły się w ciecz która uformowała się w coś w rodzaju uprzęży, która to leciała tusz obok mnie. Zmieniłem trochę położenie by zamiast lądować na moście przelecieć obok niego, kiedy przemknąłem tuż obok krawędzi pomachałem do mojego przeciwnika, po czym uprząż go chwyciła i poniosła za mną. Kiedy zacząłem się zbliżać do spodu mostu zacząłem zwalniać i wytracać energię, lekko zmieniłem swoje położenie tak że teraz spód mostu miałem nad głową... a właściwie pod stopami. Zwalniałem jeszcze bardziej po czym zatrzymałem się w powietrzu by zacząć znów spadać- tym razem nogami w "dół" i z wysokości metra.

Kiedy wylądowałem srebrna uprząż razem z Riddlerem wylądowała naprzeciw mnie.

-Wybacz, przez fakt położenia areny plan wejścia nieco mi się pokićkał. Musiałem go nieco zmienić- spojrzałem w "górę" gdzie widoczna była ziemia i wszystko co się pod mostem znajdowało, potem spojrzałem w "dół" oglądając chmury- Jakby co. Zmieniłem grawitację w najbliższej okolicy, mostowi nic nie jest, albo jest dość wytrzymały albo niechcący sprawiłem że zaklęcie działa tylko na organizmy żywe-Popatrzyłem na coś co wyglądało jak szczur który spadł z dużej wysokości- chyba to drugie. Wybacz mi za to, w ramach przeprosin ofiaruję ci teraz pierwszy atak...- srebrna uprząż zaczęła się powoli znów zmieniać w ciecz- Chociaż, wiesz? Zawsze chciałem zobaczyć jak ktoś wpada w niebo- srebrna ciecz transformowała się w wielką rękę która wyrzuciła mojego przeciwnika po za arenę, kiedy zaczął spadać "w dół" krzyknąłem jeszcze za nim:

-Wybacz! To ta nieposkromiona ciekawość!- kiedy Riddler już nieco odleciał przyzwałem do siebie srebrną ciecz która owinęła mi się wokół rąk i znów przeistoczyła w rękawice. Po tym, wyciągnąłem zza płaszcza coś co wyglądało jak topornie wyrzeźbione serce (o wyglądzie medycznym, a nie romantycznym) z czerwonej skały. Rękę z przedmiotem włożyłem do podłoża na którym stałem, moja ręka wraz z sercem przebiła się do przez skałę jakby była z budyniu (skała, nie ręka). Następnie wyciągnąłem rękę, już bez serca z kamienia, a miejsce gdzie je włożyłem zasklepiło się tak iż wyglądało zupełnie tak samo jak reszta podłoża (czyli spodu mostu/areny).

Teraz wystarczyło mi tylko czekać, aż mój przeciwnik znajdzie jakiś sposób by nie wpaść w otchłań kosmosu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Magiczne ptactwo, które okrążało arenę, zaczęło krakać, zupełnie niczym kruki. Pisarz usłyszał też świst powietrza, jakby coś się przez nie poruszało ze znaczną prędkością. Gdy spojrzał w górę, ujrzał tam zbliżającego się ze znaczną prędkością... przeciwnika. Jego wygląd przywodził pisarzowi na myśl jakiegoś superbohatera z komiksów. Ciekawe czy działa na niego kryptonit?

 Stało się nagle coś, czego Pisarz nie przewidział. Jakaś srebrzysta więź połączyła go z jego adwersarzem, który najwyraźniej nie zamierzał zaprzestać poruszania się do przodu. Lina zaraz miała pociągnąć go za lotnikiem, więc musiał działać szybko. Zgiął dwukrotnie palce prawej ręki, przywołując do działania złote pióro, które nakreśliło na jego klatce piersiowej świecącą na fioletowo linię, biegnącą wzdłuż mostka. Ułamek sekundy później jego oponent pociągnął go za sobą i dokładnie w tym momencie miał miejsce kolejny rozbłysk światła, podobny do tego, który towarzyszył Pisarzowi przy przemianie z kucyka w człowieka. Gdy poziom światła się zmniejszył, Pisarz leżał na zdobionej płycie, śledząc wzrokiem superbohatera ciągnącego kukłę swojego przeciwnika, prawie dokładną kopię Pisarza. Jedyna różnica była taka, ze wokół kukły nie lewitowało złote pióro.

 Czarodziej wstał z ziemi, która zalśniła nikłym, błękitnym blaskiem. Wciąż obserwował Solara, który najwidoczniej jeszcze się nie zorientował, że przez cały ten czas ciągnął za sobą nieżywego sobowtóra. Marionetka została dosłownie wbita w posadzkę, a lotnik wisiał obok niej do góry nogami. "Zmieniłem grawitację"? Pomyślał Pisarz, spoglądając na świecącą się wokół niego podłogę. Następnie skupił swoją uwagę na wylatującym do egzosfery sobowtórze, przysłuchując się adwersarzowi. Ta walka z każdą sekundą stawała się coraz ciekawsza.

 Płaszczyzna w odległości kilku metrów od pisarza zmieniła kolor poświaty z niebieskiego na czerwony. Pisarz zastanawiał się, czy miało to jakiś związek ze wszczepionym do ziemi sercem. Bohater powinien był go już zauważyć, więc czas działać

 - Lubisz zabawy grawitacją, tak? - Chwycił za pióro i nakreślił nim w powietrzu znak, a w efekcie Solar został gwałtownie przyciśnięty do ziemi. Trwało to tylko chwilę, ale było dość bolesne.

 Czarujący piórem nakreślił w powietrzu kolejne błyszczące znaki, pozbywając się ptaków i płonącego na brzegach areny ognia. Te same brzegi po chwili pokryły się zielonkawym kryształem. Mag podszedł do kryształu, stukając w niego końcówką pióra. Spowodowało to pojawienie się swego rodzaju półprzezroczystego, zielonego klosza, uniemożliwiającego wydostanie się z jego wnętrza. Wejście do środka z zewnątrz było nadal możliwe. Następnie mag narysował przed sobą sylwetkę człowieka, która błysnęła dwukrotnie i przekształciła się w kanciasty, pionowy portal. Przeszedł przez niego, a po drugiej stronie pojawił się nosząc kombinezon z zamkniętym obiegiem powietrza, ustylizowany na ubiór czternastowiecznego doktora plagi: długi, czarny płaszcz z kapturem, biała maska w kształcie ptasiego dziobu, oraz niski kapelusz o szerokim rondzie. Wypisał piórem kolejne cztery runy, a wnętrze bariery wypełniło się rzadką mgłą. Mgła stopniowo się zagęszczała, w miarę jak z wnętrza magicznego klosza ubywało tlenu.

 Trzeba jakoś odwrócić uwagę Solara od tego, co faktycznie się dzieje. Pisarz napisał więc przed sobą runę, z której wyleciały trzy świecące kule, pędzące w kierunku oponenta. Gdy przebyły połowę drogi, sama runa zamieniła się w kulę i pomknęła ku niemu z nieco mniejszą prędkością, a trzy mniejsze zaczęły robić nagłe skręty we wszystkie strony, nieprzerwanie zbliżając się do swego celu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Byłem lekko oszołomiony bo walnięciu mną w spód mostu na którym staliśmy ale to szybko minęło, nigdy nie staje do pojedynku ze swoją normalną wytrzymałością.

-Kule co? Łatwizna- wyciągnąłem rękę na bok i praktycznie w tym momencie w błysku światła pojawił się w niej całkiem długi (jednak jednoręczny) miecz z czarno-czerwoną rękojeścią oraz srebrnym ostrzem. Po jednej stronie ostrza wygrawerowany był napis idący od podstawy do połowy miecza. Napis był imieniem miecza "Amicus". Teraz wystarczyło poprawić sobie refleks. Wyciągnąłem rękę z mieczem w górę i...zdałem sobie sprawę z faktu iż celuje czubkiem miecza w ziemię. To zaklęcie wymagało bym oberwał piorunem, będąc po mostem jest to nieco skomplikowane.

-Żeż rybka- powiedziałem po czym zacząłem uskuteczniać plan B- Wybacz mały, zaraz wrócisz- powiedziałem po czym wypuściłem miecz...który zaczął "spadać" w stronę nieba, i tak wróci. Następnie potarłem ręce w srebrnym rękawicach o siebie, metal zaraz zaczął się rozpuszczać zmieniając się w płynną stal, która uformowała się w długie srebrne strumyki latające dookoła mnie. Kule były już bardzo blisko.Strumyki zmieniły się w dwa długie i cienkie druty których jeden koniec wbił się w ziemię (dokładnie to w włożone wcześniej w most serce), zaś drugie trzymałem w dłoniach, niedługo gdyż niewiele myśląc skupiłem się nad atomami moimi i drutów, ważne było to bym stał się z nimi jednością.

Poczułem dziwny chłód w żołądku, zaczęło się. Moje organy, ścięgna, kości, atomy oraz wszystko inne zaczęło zmieniać się w coś na kształt organicznego metalu, w tym momencie również puściłem końce drutów które owinęły się wokół moich ramion a następnie "wtopiły się" w metaliczne ciało. Tym sposobem byłem oboma drutami połączony z sercem w ziemi. W międzyczasie moje ubranie również zmieniło się w organiczną stal, będącą metalem jednocześnie o wadzę, komforcie oraz elastyczności zwykłych ubrań. Zresztą tak jak moje ciało teraz.

Nie musiałem już długo czekać kiedy kule trafiły we mnie, to nie był całkiem mądry pomysł ale teraz zadziałał. Energia która po tym manewrze zaczęła palić moje ciało szybko została zmienione przez magiczny metal z którego teraz byłem i przeniesiona drutami w stronę serca. Po tym padłem na kolana, już w normalnej postaci a metal znów zmienił się w rękawicę. Chwiejnie wstałem, jednak z uśmiechem. Spojrzałem na klosz tępym wzrokiem.

-Radzę ci...robienie za piorunochron to bardzo zły pomysł- krzyknąłem do Riddle'a, nie bardzo wiedząc czy mnie słyszy- Nieważne. Ten klosz mi się nie podoba...dawaj...Bifrost- po tym upadłem do tyłu, jednak zamiast spotkać się ze spodem mostu który wciąż robił za podłogę wpadłem na fotel ze skał z których zrobiony był most. rozsiadłem się na nim wygodnie- I dzięki za energię do serca Riddl'e!

W tym momencie ta część mostu na której nie siedziałem (czyli cały most) zaczął falować, tak by mój oponent nie mógł ustać, klosz wciąż był cały jednak w środku szybko otworzyło się podłoże wpuszczając do środka klosza powietrze...albo wypuszczając gaz. Mój przeciwnik zaś upadł na ziemie po czym skała z mostu zrobiła się miękka i mój oponent zaczął w niej powoli grząźć. Zacząłem czekać na kolejny ruch przeciwnika, myśląc nad tym że później będzie trzeba coś zrobić z tym ożywionym mostem.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...