Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Hoffman

Brony
  • Content Count

    1,117
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    21

Hoffman last won the day on September 2

Hoffman had the most liked content!

Community Reputation

678 Equestriańska Legenda

About Hoffman

  • Rank
    Pogromca Draculi i koneser czarnej kawy
  • Birthday July 3

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier
  • Miasto
    To zależy. Mogę być wszędzie.
  • Zainteresowania
    Długo by wymieniać. Głównie to kino grozy, gry wideo, seriale animowane, lata osiemdziesiąte, działalność fanów dotycząca dowolnych marek i masa innych rzeczy. Po prostu, co mi w oko wpadnie i wyda się interesujące, godne uwagi.
  • Ulubiona postać
    Z głównych postaci - Twilight Sparkle.
    Applejack nie jest zła, gdyż w pracy się nie obija.
    Ze złoczyńców - Chrysalis. Po prostu.

Recent Profile Visitors

11,262 profile views
  1. Twórczyni "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", "Grzechów Księżniczki Cadenzy" oraz "W oczekiwaniu na Solarną Księżniczkę", powraca z nową opowieścią, tym razem opatrzoną tytułem "Nowoczesnej Baśni o Księżycu", z Twilight Sparkle w roli głównej. Jak się okazuje, dzieło - choć jeszcze niekompletne - ma z wymienionymi tytułami całkiem wiele wspólnego, począwszy od królewskiej obsady, poprzez gęsty, tajemniczy i na swój sposób mroczny, ale wciąż refleksyjny klimat, na nawiązaniach do astronomii kończąc. Jednocześnie, historia ta - przynajmniej w mojej opinii - wciąż wydaje się świeża i mimo różnych smaczków i nawiązań, nie miałem wrażenia wtórności, choć z drugiej strony ciężko mówić o rozwoju formy czy rewolucji w stylu, gdyż po prostu dostajemy więcej tego, co już znamy i lubimy. Zamiast zmieniać to, co działa, autorka najwyraźniej zaczerpnęła przeróżne elementy z poprzednich dzieł, zebrała je, a potem w oparciu o nie napisała następną, nową fabułę, tym razem realizowaną w formie dłuższego wielorozdziałowca - nareszcie! Tagi również nie wskazują na rewolucję, a prędzej na kombinację tego, co już czytaliśmy właśnie. Ponieważ miałem przyjemność działać przy poszczególnych kawałkach tekstu przedpremierowo, przyznam, że taki zestaw mi odpowiada, chociaż z drugiej strony, tag [Romans] wydaje się być nieco poszkodowany, ale zapewne to tylko chwilowe wrażenie. Czy w tekst podejmuje trudniejsze, życiowe sprawy, porusza delikatne problemy? Tak. Trochę między wierszami, raz w mniej, raz w bardziej widoczny sposób, ale owszem. Czy znajdziemy w nim kawałki życia? Pewnie. Czy jest tajemniczo? No baa A co z przemocą? Tego także nie zabraknie, chociaż póki co nie powiedziałbym, że tekst epatuje kopytoczynami, z pewnością przytrafiają mu się trudniejsze, mroczniejsze fragmenty, gdzie oprócz czynów obserwujemy ich skutki, czemu niejednokrotnie towarzyszy pewna groteska. Jak dla mnie autorka nie przekracza szeroko pojętych granic dobrego smaku, ale każdy ma swój gust, każdy ma swoje wyczucie, toteż i dla każdego wspomniane granice będą szersze czy węższe - jestem ciekaw jak ocenią (między innymi) tę kwestię inni czytelnicy, ogólnie. Bo fanfik istotnie jest ciekawy, chociaż - znowu - nie określiłbym go mianem tak prostego do przełknięcia, (nadal trudno mi ocenić, czy swoją konstrukcją i zagadkami doskakuje do "Solarnej"), niemniej cieszy większa ilość postaci, no i wydarzenia, które zostały porozrzucane w czasie, acz wątek główny został należycie nakreślony, toteż ani razu nie czułem się zbytnio zagubiony; myślę, że jestem w stanie poprawnie określić co dzieje się "teraz", a więc dwieście lat później, a co miało miejsce kiedyś i może zostać uznane za retrospekcję. Jednakże poziom skupienia nad czytaną treścią jak najbardziej mogę zestawić z tym, który udzielał mi się przy "Solarnej" - i tu wspomnę o czymś, czego chyba autorka nie wie, tj. poszczególne rozdziały zazwyczaj czytywałem kilkukrotnie, natomiast przy premierze, a także później, przygotowując się do skomentowania fanfika, jeszcze raz zabrałem się za dotychczasową całość, rozdział po rozdziale, odświeżając historię w pamięci i odnajdując coraz to nowe smaczki (plus pewne drobne modyfikacje, szczególnie przy pierwszych dwóch rozdziałach, których, zdaje się, wcześniej nie było, oceniam je pozytywnie, cieszę się, że mogłem pomóc ), nie czując znużenia materiałem. Gdyby była to gra, powiedziałbym, że cieszy się ona wysoką grywalnością, można rozpoczynać ją od nowa i przechodzić wiele razy, a mimo to się nie znudzi. To bezsprzecznie dobry znak. Uwaga! W dalszej części komentarza możliwe drobne spoilery! Jeżeli jeszcze nie czytałaś/ nie czytałeś fanfika, zaleca się przewinąć wątek do góry i poklikać w rozdziały! Autorka nie zdradziła wiele - wiemy tylko tyle, że Cadance obchodzi swoje dwusetne urodziny. Na pierwszy rzut oka rozwiązuje to kwestię tego, a gdzie umieścić to opowiadanie w chronologii, lecz wczytując się w treść, odnajdziemy mnóstwo scen z przeszłości, których kolejność - znów - z jednej strony wydaje się prosta do odgadnięcia, ale z drugiej, jest to także wprowadzenie do fabuły szeregu wątków pobocznych, które zdają się rzutować na życie protagonistki oraz jej relacje z pozostałymi księżniczkami, nawet te sto kilkadziesiąt ileś lat po fakcie. Na okładce, jaką otrzymało opowiadanie, spogląda za siebie zamyślona Twilight Sparkle, wyższa, dojrzalsza, z dłuższą, lekko falującą grzywą, sygnalizując nam upływ czasu, jednocześnie takie oto przedstawienie nie odbiera znanej postaci królewskości, a znakomicie skomponowane barwy - również przy okazji widocznej w tle Ziemi - wespół z łagodnymi odcieniami oraz miękkim oświetleniem, tworzą wrażenie czystości i łagodności. To jednak tylko pozory - w opowiadaniu dowiadujemy się bowiem, iż Twilight jest byłą Księżniczką Przyjaźni, zaś wydarzenia, jakie przyjdzie nam śledzić, nie są takie bajkowe, często towarzyszą im smutek, złość czy żal, niejednokrotnie łagodność i spokój ustępują miejsca gęstszej, bardziej mrocznej atmosferze, a nawet pewnemu napięciu, zaś wrażenie czystości znika tak szybko jak dowiadujemy się o krwi wypływającej ze świeżych ran, pozostałościach po ofierze nieszczęśliwego "wypadku" tudzież zawartości żołądka wybranych postaci, które to nie zawsze lądują w sedesie, bo także na cudzym kopytku, czy skrzydełku. Rzeczy, które w jakimś sensie można by uznać - przynajmniej na poziomie koncepcyjnym - za serialowe, są tutaj przedstawione inaczej, bardziej "po ludzku", z typową dla naszego świata powagą, autorka nie boi się zestawiać tychże spraw z typowo dziecięcą naiwnością czy ciekawością, nie zawsze zdrową. Pytanie, czy księżniczki siusiają, może, na przykład, początkowo budzić politowanie i śmiech, lecz kiedy okazuje się, że w poszukiwaniu prawdy Twilight odkrywa coś niepokojącego, czego (jeszcze) nie rozumie, człowiek dostrzega problem, jaki porusza autorka, jednocześnie doświadczając tego charakterystycznego, innego klimatu, uzyskiwanego między innymi poprzez podobne zagrywki - coś groteskowego, coś dziwnego, coś poważnego, zagadka do rozwiązania. Innym razem próba przeobrażenia góry błota w tort urodzinowy przez Celestię przypomina Twilight dawne dzieje, kiedy z czegoś, co jest "be" próbowała uczynić coś "amciu" (i odwrotnie), by ostatecznie pogrzebać swój mroczny sekret w domowym ogródku, w obawie przed karzącym kopytem ojca. Dodając do tego postać Starlight Glimmer, Spike'a, wątek podmieńczy (w tym wątek małżeństwa Twilight), a nawet kolejne oblicza niestrudzonej kolejnymi porażkami Trixie, otrzymujemy całkiem różnorodną mieszankę, zarówno postaci, jak i wątków pobocznych, stopniowo odkrywając tajemnice z życia Twilight oraz eksplorując jej relacje z przyjaciółkami, z czasem otrzymując kolejne wskazówki odnośnie pobytu głównych bohaterek na Księżycu. Towarzyszą temu różne refleksje, z czego przoduje pytanie o to, czy warto przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu? Nie tracąc czasu, autorka stara się dokładać do tego coraz to nowe smaczki, co dodaje całości filozoficznego wydźwięku. Mam na myśli oczywiście zagadkę Celestii, a także tajemnice, które chce odkryć Twilight, choć nie wydaje się do końca pewna tego, czy powinna ową wiedzę posiąść. Wygląda też na to, że w tle przewija się dawny dramat Cadance, nie zabraknie również wzmianek o Flurry Heart, co do której podejrzewam, że z czasem stanie się siłą napędzającą zwroty akcji, szokujące rewelacje, które wywrócą nasze spojrzenie na tę historię do góry nogami. Jak zatem Państwo widzą, chociaż fanfik nie jest jeszcze ukończony, już mamy w nim mnóstwo różnych rzeczy, ale jak się to wewnętrznie komponuje, jak autorka prowadzi różne wątki, jednocześnie rozwijając główną linię fabularną? Powiedziałbym, że całkiem kompetentnie i z niczym nie przesadzając, choć początkowe rozdziały potrafią bardzo zmylić. W języku angielskim jest takie słówko - "disjointed" - i ono troszkę pasuje, gdyż rozpoczynając lekturę czytelnik jeszcze nie wie tak do końca co będzie wątkiem głównym, a co nie (autorka nie pokusiła się o prolog, toteż w historię wprowadza nas rozdział pierwszy, który siłą rzeczy musi jednocześnie pełnić funkcję prologu), toteż później, gdy czytamy o perypetiach Twilight i Starlight tudzież gdy powracamy do przeszłości, by poobserwować zmagania małej Twilight z czarnoksięstwem (nie zabraknie także wspólnego wątku z młodszą Cadance), da się odnieść wrażenie, jakby opowiadanie samo gubiło wątek, nie było dostatecznie skoncentrowane, a kolejne rozdziały były ze sobą związane dosyć luźno i przynajmniej na wczesnym etapie fabuła niekoniecznie jest prowadzona w sposób ciągły. Szczęśliwie, po rozdziale czwartym zaczyna się to... harmonizować - spośród poszczególnych scen wyłania się w końcu to, co jest tym głównym wątkiem, czyli księżniczki na Księżycu, nieubłaganie płynący czas, sekrety oraz rzeczy, na które nie ma się wpływu. Plus oczywiście urodziny Cadance i poszukiwanie dla niej prezentu. W tekście zostało to poprzeplatane epizodami z przeszłości i zadaniem czytelnika jest nie tylko zrozumienie kolejności poszczególnych wydarzeń, ale również odnalezienie paraleli oraz odkrycie tego, jak te rzeczy rzutują na księżniczki i ich relacje obecnie, gdy tkwią na księżycu... gdyż nikt już ich nie kocha? Przyznam, że z jakichś powodów, ze wszystkich drobnych szczegółów urozmaicających główny wątek, najbardziej w pamięci zapadła mi scena z tortem oraz cały wątek z zaklęciem przeobrażającym. Za świetnie ukazane emocje i entuzjazm Twilight (jeden z tych "jaśniejszych" momentów, urocze) oraz klimat scenek, w których młoda Twily próbuje czarnoksięstwa. Ciekawe zderzenie jej dziecięcych ambicji i chęci bycia docenioną przez Celestię z karą oraz desperacką próbą odwrócenia sytuacji, co ostatecznie zakończyło się niepowodzeniem, opisanym w dosyć makabryczny sposób, ale co z kolei nadaje tło temu, co się dzieje później, gdy ma miejsce wypadek - fascynacja Twilight gorem, że tak to ujmę. Niedaleko za tą sceną jest motyw zagadki, którą Celestia zadaje Twilight, a którą lawendowa klacz stara się rozgryźć, czemu towarzyszyło mi wrażenie, jakby od jej odpowiedzi zależało niemalże wszystko, zaś im dalej ta brnie, tym bliżej jest czegoś strasznego. Poważnie, ten aspekt fabuły autentycznie ma w sobie szczyptę grozy, chociaż nie za bardzo potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Plus nawiązanie do martwego zwierzątka w pudełku. Na trzecim miejscu uplasował się motyw racji żywnościowych, czyli cztery poszewki na jaśki, wypełnione jedzonkiem, dla każdej z czterech księżniczek plus Celestia, która miała to oszczędnie i sprawiedliwie wydzielać. Nie tylko są to te rzeczy, które mają związki z wybranymi scenami z przeszłości, którymi autorka przemieszała wątek księżycowy, ale to, dzięki czemu opowiadanie - mimo chaotycznych początków - zaczyna zyskiwać na spójności, a czytelnik zaczyna dostrzegać, że wszystko, co autorka zawarła do tej pory w swoim fanfiku, nie znalazło się w nim bez przyczyny i że w tym wszystkim jest jakiś plan. Wierzę, że im dalej, tym więcej rzeczy nabierze sensu, choć zapewne w trakcie do mieszanki dojdą kolejne wątki poboczne, kolejne wycinki z przeszłości, a zagadka będzie się komplikować. W każdym razie, jestem ciekaw ciągu dalszego, tego, jak się to wszystko ze sobą zazębi, zgra i zaskoczy oraz tego, jak daleko zabrnie wyobraźnia autorki i co mnie zainspiruje tym razem Powracając jeszcze na moment do konstrukcji opowiadania, niedawno zauważyłem, że o ile sama treść zapada w pamięci, o tyle po przerwie miałem kłopot z przypomnieniem sobie co konkretnie znajdowało się w poszczególnych rozdziałach. Przygotowując niniejszy komentarz, byłem pewien, że np. scenka w której Twilight zastanawia się co robi Cadance w łazience i czy ma to związek z jej ciasteczkami, była w innym rozdziale, niż w tym, w którym ją ostatecznie znalazłem podczas powtórnej lektury. Nie powiedziałbym, że to minus, z pewnością coś interesującego, czego nie było przy okazji poprzednich fanfików autorki. Co ciekawe, przez ten szczegół wspomnienie fanfika jest niewyraźne, jakby wszystko, co widziałem oczyma wyobraźni, z upływem czasu okrywało się mgłą. Zupełnie jak sen. Aspekt oniryczny? Odhaczone I tym razem jest to bardziej autentyczne wrażenie, niż coś, co można odnaleźć w tekście i zidentyfikować jako coś, co zostało opisane jak sen. Odczuwam pewien vibe z "Tego świata sprzed lat". Jeśli chodzi o tempo akcji, to mam pewien problem. Z jednej strony, rozdziały mają stabilnie około dziesięć stron, z pewnymi wyjątkami, kiedy są dłuższe i podchodzą pod dwadzieścia, co jednak powinno stworzyć wrażenie historii prowadzonej a miarę jednostajnym tempem, niemalże jakby z góry zostało założone jak długie mają być kolejne kawałki tekstu, jaki jest maksymalny dopuszczalny błąd pomiarowy, co z kolei oznaczać powinno dokładne rozplanowanie poszczególnych scen, czy to pod kątem ilości i długości opisów, czy też gdzie i jakie sceny mają się znaleźć. A jednak, jest dosyć nieregularnie, co moim zdaniem wynika ze stylu narracji. W fanfikcji znajdziemy momenty, w których opisów brakuje bądź są one bardzo skromne, co podkręca tempo akcji (wówczas opowiadanie polega na dialogach i didaskaliach), jednakże kiedy opisów jest więcej i są one obszerne, wówczas akcja zwalnia, zaś sama treść wypada bardziej bogato. Wystarczy rzucić okiem chociażby na pierwsze strony pierwszego czy piątego rozdziału i porównać je z całością rozdziału ósmego - jak prezentują się opisy, jaki jest ich stosunek do dialogów, w ogóle, gdzie są one dłuższe i gdzie podejmowane są szczegóły. Różnica między fragmentami "szybkimi", a "wolnymi" jest dość jaskrawa i chociaż mnie osobiście nie przeszkadzało to w lekturze i nie psuło klimatu, to jednak niejednokrotnie czułem się częściowo zaabsorbowany myślą, że czegoś brakuje, że tam spokojnie mogłoby się znaleźć więcej. Zdarzają się rozdziały, które miksują oba style - choćby rozdział czwarty, który rozpoczyna się szybko, niekiedy opisy składają się z jednego, czy trzech zdań, następujące po sobie "entery" powodują scrollowanie i pokonywanie kolejnych stron bardzo sprawnie, lecz z czasem gabaryty opisów powiększają się, przechodzimy do kolejnego wątku, gdzie mamy przemyślenia protagonistki, a tempo zwalnia, co pozwala lepiej się wczuć, zauważyć problem, poczuć nastrój. Zdaję sobie sprawę z tego, że autorka tu i ówdzie dokonała pewnych modyfikacji, niemniej opisywany rozrzut wciąż jest odczuwalny i nie da się o nim nie wspomnieć - rozdziały są pisane konsekwentnie, ich długość w stronach wydaje się być dobrze pilnowana, ale niemalże każdy z nich może poszczycić się swoim własnym tempem akcji. Wszystko zależy od tego, jaki jest stosunek opisów do dialogów, jak długie są to opisy i o czym właściwie traktują. Czy przemyślenia postaci, a może ich dialogi, będą przeplatane pojedynczymi, prostymi zdaniami, czy może dialogów będzie mniej, na rzecz dłuższych opisów, skonstruowanych z większej ilości zdań złożonych? Zależy. W tym sensie, każdy rozdział próbuje nas nakarmić czymś innym, lecz ostatecznie tempo akcji wypada na bardziej nierówne, niż usystematyzowane. Dosyć mocno eksperymentalne konstrukcja i tempo akcji opowiadania nie wydają się zaburzać jego klimatu, który - tak jak przyzwyczaiła nas do tego autorka - pozostaje intrygujący, gęsty, bardzo tajemniczy, niekiedy refleksyjny, a innym razem mroczniejszy, z elementami groteski czy smutku. Zwykle takie zróżnicowanie to ryzykowna sprawa, lecz póki co autorka odnajduje się we wszystkich tych motywach bardzo dobrze i umiejętnie łączy ze sobą przeróżne elementy, zastanawiam się, jak jej pójdzie z zabarwieniem romantycznym, co obiecuje tag [Romans], ale oceniając po jej poprzednich dziełach, myślę, że można być spokojnym. Myślę, że wyjdzie emocjonalnie, dojrzale, wiarygodnie, ale i... mrocznie, a może niepokojąco. Zobaczymy. Sprawie pomagają interesujące kreacje bohaterek, które są - niczym to powietrze na Księżycu - inne. Zaraz, zaraz, jakie powietrze na Księżycu? W ogóle, jak to, czy to nasza Ziemia, nasz Księżyc? Cóż, nie ukrywam, to mi troszkę zgrzyta w tejże historii i o ile tłumaczę sobie warunki panujące na ichnim księżycu kucykowym, bajkowym światem, a więc wynikającymi z tego drogami na skróty, o tyle obraz ten zaburzają mi sugestie, jakoby planeta, z której księżniczki trafiły na (nasz?) Księżyc była Ziemią właśnie. Może to tylko pewne uproszczenie, może szukam dziury w całym, ale mam z tym mały kłopot. Z jednej strony Equestria to zbyt wąskie określenie, gdyż postacie nie zostały wygnane z kraju do innego z kraju, z drugiej stworzenie oryginalnej nazwy planety miałoby więcej sensu, ale mogłoby nie zapaść w pamięć, z trzeciej nazwanie planety Ziemią rozwiązuje ten problem, bo daje coś, co możemy sobie od tak wyobrazić i zidentyfikować, ale przy okazji powoduje inne, stwarzając wrażenie sprzeczności. A może wystarczy przyjąć, że zbieżność nazw jest przypadkowa i kucykowy Księżyc, choć podobny, rzeczywiście jest inny i posiada swoje powietrze, swoje zasoby, które można przeobrażać magią, no i można tam rozbić obóz, a nawet przeteleportować pałac? Tak, to chyba wystarczy. Wracając do postaci - cieszę się, iż najwyraźniej mam z autorką podobne wizje odnośnie tego, jak mogłaby funkcjonować Twilight w różnych scenariuszach i na ile sposobów mogłoby jej się udzielać szaleństwo, ale z zachowaniem jakiegoś toku rozumowania, jakiegokolwiek. Bohaterka, którą obserwujemy, nie wydaje się do końca stabilna, powiedziałbym, że targają nią różne emocje, zaś jej wewnętrzne demony nie dają jej w spokoju nie myśleć o tym, na co nie ma wpływu. Ponieważ lubi się wszystkim przejmować, obsadzenie jej w tej roli oceniam za strzał w dziesiątkę Jej temperament próbuje tonować Celestia, która niby zachowuje w sobie coś z władczyni, mentorki, ale w opowiadaniu daje się poznać bardziej jako kumpela Twilight i tak też podchodzi do jej problemów. Rozmawia dużo swobodniej, przypomina różne rzeczy, dowcipkuje sobie, co nie oznacza, iż nie da się jej zdenerwować, oferuje też Twilight różne sposoby poprawienia sobie nastroju, z czego nie wszystkich spodziewać by się mógł czytelnik. Jest cierpliwa i wyrozumiała. W pewnym sensie przeciwieństwo Luny, która wciąż zachowuje się jak z zamierzchłej epoki - inaczej się wypowiada, inaczej dobiera słowa, widać, że nie zapomniała o swoich królewskich korzeniach i przeszłości, co czyni ją postacią kontrastującą z parą protagonistek, bardziej tajemniczą, dostojniejszą personą, która wzbudza respekt, ale i wydaje się ciężej doświadczona przez los. Z kolei o Cadance i Flurry Heart niewiele mogę powiedzieć, gdyż jeszcze nie przewijają się tak gęsto i często, co Twilight czy Celestia. Są w tej historii i stanowią jej część, ale nie mogę powiedzieć, że biorą w niej udział. Jeszcze nie. Rzeczywiście... Przyznam, że tego nie zauważyłem, ale analizując te postacie pod tym kątem, trudno się nie zgodzić. Co nadaje im - mimo małostkowości - głębi oraz sprawia, że tym bardziej wypadają "ludzko", tak sadzę. Muszę zapamiętać ten wniosek przy lekturze nadchodzących rozdziałów. Oprócz księżniczek, w fanfiku znajdziemy także Spike'a, który pozostaje wiernym asystentem Twilight, choć widać, że chłopakowi raz po raz puszczają nerwy, na przykład wtedy, gdy uwaga lawendowej alikorn jest skutecznie okupowana przez Starlight Glimmer. Postać ta także została ciekawie opisana, głównie skrajnościami. Widzimy ją zadziorną, gadatliwą, nierzadko rzucającą czarne żarty, ale widzimy ją także zrozpaczoną, błagającą Twilight o interwencję, bądź przebaczenie, bo przecież tak postępują przyjaciółki (Prawda?). Zostaje wspomniana Trixie, która przypomina samą siebie z serialu, ale - znów - wypada nieco inaczej, rzekłbym też, że dynamiczniej, co wydaje się nie lada osiągnięciem, zważywszy na fakt, że sztukmistrzyni nie występuje w fanfiku fizycznie, dowiadujemy się o niej z konwersacji Twilight i Starlight. Konwersacja ta jest bardzo klimatyczna i ciekawa, zapada w pamięci, jest to jednocześnie jedna z tych jaśniejszych stron w tejże historii. Trixie nieustannie powraca i powraca, wyzywając Twilight na pojedynek, lecz nie jako ona – w ramach każdego starcia klacz wciela się w inną postać, ale nie da się ukryć, że da się odczuć z jej strony przedziwne koleżeństwo, zapewne takie, którego sens rozumie tylko ona sama. Charakterystyczne - w mojej opinii - jest to, że o ile każda z postaci wydaje się inna, zmieniona/ zmodyfikowana, nie miałem wrażenia czystego Out Of Character, wręcz przeciwnie, jak zagadkowo, jak mrocznie, jak krwawo momentami by nie było, cały czas potrafiłem sobie wyobrazić te postacie, w tych konkretnych sytuacjach i interakcjach (zwłaszcza Twilight i jej przedziwne reakcje czy lista rzeczy do zrobienia). Mieściło mi się to w głowie, widziałem to oczyma wyobraźni. I im dalej brnąłem w lekturę, tym bardziej zaczynał mnie się podobać ten inny, dziwny świat, jaki wykreowała autorka - świat nowoczesnej baśni o Księżycu Aha, chociaż pisałem o mroku i krwi, zapewniam, że to z braku lepszych określeń - to z pewnością nie jest najmroczniejszy i najbrutalniejszy fanfik, jaki istnieje, "Nowoczesnej baśni o Księżycu" zdecydowanie bardzo daleko do tych klimatów. Posiada te elementy, ale nie przykrywają one treści, nie wychodzą przed szereg, autorka niczym nie epatuje, wyraźnie stara się je balansować w taki sposób, by stanowiły pewne urozmaicenie do tego, o czym pisze się jej najlepiej. A skoro o tym mowa - pojawiło się też troszeczkę światotworzenia, vide staroequestriański, trochę rzeczy wywodzących się z tamtego okresu oraz naturalne różnice między różnymi rasami kucyków. Drobne rzeczy, ale urozmaicają treść i są ciekawe. Zdaje się, że do omówienia pozostała jeszcze strona techniczna, która jakością nie odbiega od nowszych dzieł autorki - znajdziemy sporo znajomych zabiegów stylistycznych, zdań skonstruowanych w charakterystyczny sposób, ba, całe sceny zostały znajomo skomponowane, nie zabrakło także prób wizualnego uatrakcyjnienia tekstu, tym razem w postaci... no, to może okazać się dla co niektórych czynnikiem negatywnym, ale pozwólcie, że wyjaśnię. Tak, w tekście występuje kolorowa czcionka, tzn. w trakcie czytania niektórych rozdziałów natkniemy się na fragmenty napisane np. kolorem żółtym, czy granatowym. Z reguły fragmentów tych nie ma wiele, występują dosyć rzadko, a i nie są znowu takie obszerne, co nadaje im wyjątkowości, a inny kolor zwraca uwagę czytelnika, niemniej... nie jestem pewien, czy komponuje się to najlepiej zresztą tekstu. Wspomniany kolor żółty, w zależności od ustawień jasności/ kąta pod jakim wychylono ekran laptopa, może ginąć w bieli elektronicznej strony, granat nie ma tego problemu i przy automatycznym czarnym wygląda lepiej. Jest to coś nowego, czego jednak nie jestem ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem. Uważam, że autorka powinna pisać tak, jak chce i jak uważa, ale podejrzewam, że dla niektórych czytelników taka mieszanka może wyglądać źle. Sugerowałbym, jeżeli już, pozostać przy obecnym rozrzucie i gabarytach tychże fragmentów, no i ograniczyć się do jednego innego koloru per rozdział, a do tego nie przesadzać z paletą barw. Ostatecznie ocenić na sto procent będę mógł dopiero wtedy, kiedy kolejne partie tekstu zostaną ukończone, a autorka odsłoni więcej kart, ale na dzień dzisiejszy, na przestrzeni całego fanfika, trzy-cztery kolorki wystarczą. Ale zobaczymy, jestem otwarty na nowości. Dialogi zostały napisane sprawnie i moim zdaniem wypadają dobrze, relacje między bohaterkami wyglądają na autentycznie. Szczególnie luźne rozmówki Twilight i Starlight, czy też wspólne sceny tej pierwszej z Panią Dnia, wszystkie. Jak już wspomniałem, zdarzają się "szybsze" fragmenty, gdzie konstrukcja narracji jest prosta i opiera się na pojedynczych zdaniach, raz po raz nawet pojedynczych słowach, oczami przeskakujemy z linijki na linijkę, a strony scrollują się niczym ekran w klasycznym Super Mario Bros, ale kiedy "entery" hamują, a czytelnik raczony jest dłuższymi, bardziej rozbudowanymi opisami, czyta się to świetnie, wszystko brzmi tak, jak w danym momencie powinno, wprowadzając w atmosferę fanfika i - co najważniejsze - bez pamięci wciągając w lekturę. Myślę, że w trakcie pisania jednym z głównych wyzwań było nie tylko balansowanie różnymi motywami, ale także interpunkcja. Wydaje mnie się, że została zrealizowana tak (zwłaszcza przy dialogach), by powiedzieć nam jak najwięcej o nastroju postaci, ekspresji, o tym, jak poszczególne kwestie mogą/ mają być wypowiadane i wyobrażane. Czytanie idzie sprawnie i chociaż pod względem ilości stron jest to chyba do tej pory najdłuższa praca autorki, w ogóle nie czuć upływu czasu nad nią spędzonego. Chce się do tego wracać, chce się to odkrywać i czekać na więcej. Znakomita robota Ostatecznie, powiedziałbym, że pod kątem formy, najnowszemu opowiadaniu najbliżej jest do "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", z domieszką "Pedantki", zaś smaczki/ wrażenia oniryczne nawiązują najsilniej, moim zdaniem, do "Tego świata sprzed lat". Takie połączenie mi odpowiada, tym bardziej, że mimo znajomych rzeczy, fanfik zachowuje świeżość, a ciągu dalszego jestem niezmiernie ciekaw, głównie dlatego, że spodziewam się mieć taaaką długą listę teorii, domysłów oraz interpretacji Nowe dzieło autorki do najprostszych nie należy, początkowo może się wydać zbiorem niekoniecznie związanych ze sobą scen, które wcale nie muszą tworzyć fabuły ciągłej, jednakże odpowiednio szybko rzeczy ulegają usystematyzowaniu, a nam krystalizuje się główny wątek, zaczynamy też rozumieć, a po co tyle tych "oderwanych" scenek i dodatkowych wątków. Fabuła napędzana jest przez ciekawie napisane, inne, acz podobne do siebie postacie, została okraszona intrygującym klimatem z wieloma różnymi domieszkami, z czego póki co brakuje romansu, ale myślę, że jak tylko na scenie zacznie częściej pojawiać się Cadance, wówczas i ten tag zostanie należycie zrealizowany. Nie zabraknie postaci pobocznych, które z kolei pociągną dodatkowe wątki, a wyzwanie polega na ułożeniu tego w całość i odkryciu jak doszło do tego, że bohaterki tkwią na Księżycu. Powierzona Twilight zagadka, a także urodziny Cadance, trzymają czytelnika w niepewności i nakręcają ochotę na ciąg dalszy. Nie wszystkie zabiegi stylistyczne określiłbym jako w pełni trafne, ale robią swoją robotę - urozmaicają treść, wyróżniają się. Myślę, że jest to jedna z tych historii, których rozwój będzie się śledzić w napięciu. Nie tylko ze względu na fabułę, ale również ciekawość wobec tego, jak daleko zabrnie wyobraźnia autorki i co jeszcze dla nas zaplanowała. Z pewnością jest to coś innego, być może luźno związanego/ nawiązującego do poprzednich tytułów, ale nie wydaje mnie się, by była to inność dla inności - jest w tym wszystkim jakiś plan, zamysł i choćby z tego powodu warto poświęcić fanfikowi nieco czasu. Inne, dziwne, niewyjaśnione, ale wciągające, działające na wyobraźnię. Czy polecam? Oczywiście, że tak
  2. Zacznę nieco inaczej, bo od takiego quasi-podsumowania - jak nietrudno odgadnąć, uważam najnowsze opowiadanie Midday Shine za godne polecenia, bogate pod kątem formy, a przy tym dość przystępne, by mógł się nim cieszyć również taki czytelnik, który raczej na pewno nie gustuje w klimatach romantycznych. Jest przy tym całkiem życiowe i po prostu ludzkie, ale nie w sensie takim, że to Equestria Girls. Oczywiście, można zrealizować kolejną historyjkę o magicznych ludziach, osadzoną w kolorowym, kreskówkowym świecie, ale można zabrać tę magię, stonować kolorki, zrezygnować z kreskówki na rzecz powagi oraz pewnego... realizmu. Wszystkie te rzeczy autorka zrealizowała z sukcesem... poza jedną. Cóż, nie może być za różowo (hie, hie ) i muszę wspomnieć, że o ile pochwalam prostotę, nawet pewien minimalizm okładki opowiadania, tak uważam, że całościowo, jest ona zbyt przesłodzona i przynajmniej dla mnie niezbyt dobrze oddaje to, czym jest opowiadanie. Mnie osobiście nie odstrasza, natomiast wizualnie daje do zrozumienia, że tekst realizuje wyłącznie [Romans], bez [Melancholia] czy [In Memoriam]. Sugeruje, że historia będzie cukierkowa, podczas gdy w rzeczywistości wcale taka nie jest. Mało tego, na drugi rzut oka, spodziewałbym się po niej typowego, szczęśliwego zakończenia. Nie zrozumcie mnie źle, myślę, że łapię jakie były intencje, jednakże będąc z Wami szczerym, dla mnie to troszkę jak marketing ósmej części "Piątku trzynastego" - mówią, że Jason zdobywa Manhattan, ale w rzeczywistości Jason płynie łodzią do Vancouvera, a w Nowym Jorku nakręcili tylko parę minut. Magia xD Pora powrócić do bardziej przyjemnych rzeczy, czyli do pozytywów, których w samym opowiadaniu jest bez liku. Jak wspominałem, przedstawiona przez autorkę fabuła jest życiowa, całkiem realistyczna, dojrzała, jednocześnie z niczym nie przesadzono - ani z rzeczami romantycznymi, ani ze słodkościami, ani z melancholią czy smutkiem, wszystko zostało idealnie wyważone (okładko, rób notatki ;P), dzięki czemu otrzymaliśmy doskonały nastrój, który pozwala wciągnąć się w lekturę od samego początku, wniknąć w głównego bohatera i przeżywać rzeczy wraz z nim. Mieliśmy już prezydenta Sombrę (chociaż tylko wspomnianego i to w fanfiku autorstwa Suna), teraz mamy Sombrę jako uznanego architekta, inżyniera, który ze swoją reputacją i zarobkami, w relatywnie młodym wieku, staje się człowiekiem sukcesu, który może mieć wszystko... poza miłością swojego życia. W ciągu zaledwie dziesięciu stron poznajemy bohatera, który czuje się niekompletny, który podróżuje, pracuje, odnosi sukcesy, ale również wspomina... i wciąż próbuje zrozumieć, dlaczego sprawy potoczyły się tak, jak się potoczyły. Tak jak zawsze o tym wspominam, opowiadanie zostało skonstruowane w taki sposób, że po lekturze miałem wrażenie, jakbym z głównym bohaterem znał się od lat, jakbym wiedział o nim niemalże wszystko, a przynajmniej wystarczająco wiele, by móc postawić się w jego sytuacji i przeżywać jego emocje. Całkiem nieźle opisał to Diamond - generalnie się zgadzam. Historia ludzka i życiowa, a jej bohater wiarygodny, dający się polubić, budzący współczucie... a może i zazdrość, zważywszy na jego sukcesy. Bo domyślam się, że nie każdemu zależy na miłości, komuś na pewno wystarczyłyby pieniądze, ciekawa praca, podróże, ciekawi ludzie i tak dalej, i tak dalej Wracając do fanfika, po prostu muszę pochwalić jego formę - narrację mamy, klasycznie, trzecioosobową, w czasie przeszłym, dialogów nie uświadczymy zbyt wielu, ale spełniają swoje zadanie i urozmaicają czytanie, na dodatek od czasu do czasu wpadnie list, dla odmiany napisany ozdobną czcionką, co w mojej opinii ani trochę nie gryzie się zresztą tekstu, dzięki odpowiedniemu formatowaniu. Wszystko zostało zgrane ze sobą bez zarzutu, sprawy bieżące mieszają się z refleksjami i wspomnieniami bohatera płynnie, naturalnie, dzięki czemu poszczególne wątki śledzi się z zainteresowaniem, bez poczucia, że cokolwiek zostało wsadzone do tekstu bez celu, czego według mnie najlepszym przykładem jest końcówka, gdzie narracja została przemieszana z treścią listu, chyba nie dało się zrealizować zakończenia fanfika lepiej. Dodajmy, że jest to zakończenie nie tylko całkiem melancholijne, ale także wystarczająco otwarte, by czytelnik chociaż przez moment mógł się zastanowić, co mogłaby się wydarzyć dalej, dokąd mogłyby się udać te postacie. Aha, w tekście parę razy przewiną się fragmenty pisane kursywą, jako cytaty, czy wspomnienia, lecz nie opowiadane przez narratora, tylko rozgrywające się w pamięci protagonisty. Nie ma ich wiele, ale - podobnie jak dialogi - urozmaicają tekst, z niczym się nie gryzą, realizują założony nastrój. W ogóle, ciekawe, że z fanfika dowiadujemy się o kilku innych postaciach, z którymi Sombra utrzymuje bliską znajomość do dziś - pokazuje to jego emocjonalne, towarzyskie oblicze, a także to, że gość po prostu miał/ ma życie poza podbijaniem świata pracą i pozostaje dla kogoś ważny, że nie jest sam... jest po prostu niekompletny. Uważam to za godne wspomnienia rozbudowanie charakterystyki bohatera, wizja autorki mi odpowiada i się podoba. Powiem wręcz, że był to dla mnie powiew świeżości. Trzymając się formy, nie sposób nie wspomnieć o kompozycji oraz bogatym słownictwie, dzięki którym tekst brzmi profesjonalnie, niemalże jak coś żywcem wyjętego z tomiku opowiadań czy książki, którą można by znaleźć w księgarni i zakupić. Znalazłem kilka nowych słów, ale przez cały tekst byłem pod niemałym wrażeniem tego, z jaką wprawą i stylem zostały napisane kolejne zdania, z jakim pomyślunkiem skomponowano z nich akapity. To nawet ciężko napisać, a gdyby zacytować co lepsze fragmenty, bardziej opłacałoby się od razu zacytować cały tekst. Ale po co to robić, skoro można po prostu kliknąć w link i go przeczytać? Forma opowiadania bardzo imponuje, dzięki niej czyta się je doskonale, tekst został dopracowany i przemyślany co do najdrobniejszego szczegółu. Nie jest ani za krótki, ani za długi, oprócz tego i wierzę, że o tym również wspominałem przy niejednej okazji, jest ono dosyć krótkie, nie zajmuje wiele czasu, ale czyta się je tak, jakby było znacznie dłuższe - to jest właśnie to bogactwo słownictwa, opisów, wątków, klimatu. To trzeba przeczytać samemu. Po prostu bardzo ładny, przyjemnie brzmiący tekst, który znakomicie się czyta Klimat jest budowany, w mojej opinii, głównie poprzez zestawienie ciepłych, miłych wspomnień, kiedy Sombra przeżywa jeszcze raz spędzone wspólnie z ukochaną chwile, kiedy ich relacja się rozwijała, gdy byli rozdzieleni i odliczali każdy dzień, aż znowu się zobaczą, z teraźniejszością, w której... funkcjonuje, ale czuje pustkę. Oczywiście wspomnienia zmierzają do zerwania oraz do tego, jak bohater próbował sobie z tym poradzić (to są te gorzkie wspomnienia, kontrastujące ze słodkimi), ale generalnie w głowie zostaje to, co było dobre i co napawało nadzieją. Zwłaszcza motyw z wyjazdem i z młodszą siostrą, która zabrała się z zakochanymi na gapę. Miłe rzeczy, realizujące wątek romantyczny, ale z umiarem, stawiając bardziej na subtelne ukazanie relacji rodzinnych, aniżeli ekscesywne opisywanie szeroko pojętych zbliżeń. Jak wspominałem - wszystkiego jest akurat tyle, ile trzeba, ani za mało, ani zbyt wiele. Jak dla mnie, dominuje życiowa, wynikająca z braku czegoś melancholia, realizowana właśnie poprzez to zestawienie - kiedy człowiek, pochłonięty codziennością, rutyną, po prostu żyje dalej i funkcjonuje, lecz czegoś mu brakuje, żyje przeszłością, gdyż w owym czasie czuł się po prostu lepiej, świat widział w jaśniejszych odcieniach, miał jeszcze jeden cel, jakieś marzenie, może nawet odczuwa, że z tego tytułu najlepsze ma już za sobą. Jedynym sposobem, by wspomnienia pozostały żywe i nie wyblakły, jest regularne do nich wracanie, gromadzenie rzeczy bliskich sercu. Na przykład listów czy innych pamiątek. Takie pozostałości po młodych, lepszych czasach, których nikt Sombrze nie zabierze. Midday Shine wiedziała, po jaki efekt chce iść i odniosła na tym polu sukces, bez dwóch zdań. I nawet jeżeli prace nad fanfikiem potrwały dłużej - warto było. Wszystko jest po coś i jeśli tyle to zajęło, ale efekt jest tak dobry, nic się nie stało, wręcz przeciwnie Warto odnotować, że póki wszystko szło dobrze, rozwijająca się relacja między Sombrą, a... Kimś, wypadła bardzo wiarygodnie - czytając kolejne zdania po prostu czuć, że tych dwoje doskonale się rozumie, że darzy się autentycznym uczuciem i że chce ze sobą być, aż do grobowej deski... albo dnia, w którym niespodziewanie związek ów gaśnie. W ogóle, motyw ten dobrze pokazuje jak niekiedy trudno pogodzić się ze stratą, w ogóle, ze zmianą, zwłaszcza niespodziewaną, niepożądaną. Doświadczenie to potrafi zmienić człowieka, odebrać to, co dawało mu jakąkolwiek radość życia, czy możliwości snucia marzeń. Jasne, przewija się cytat, że warto być wdzięcznym za to, że coś w ogóle się wydarzyło, ale... rzecz w tym, że to nie zawsze jest takie proste, ba, nie zawsze w ogóle działa. Zwłaszcza, gdy coś miało trwać dłużej, ale z niewiadomych przyczyn się skończyło. I to, moim zdaniem, także w opowiadaniu widać. Chociażby poprzez to, że uczucie Sombry najwyraźniej nie zgasło - po prostu od lat przestało spotykać się z odwzajemnieniem. Znajomi poszli naprzód, pozakładali rodziny i spełniają się także w ten sposób. On pozostał przy Niej, w przeszłości. No to może czas na wspomnienie o dwóch rzeczach, domysłach i małej teorii, która przyszła mi na myśl zaraz po przeczytaniu opowiadania. Ale najpierw zacznę od domysłów, czyli o tym, o czym autorce nie wspominałem. No, skoro to mamy za sobą, pora na moją małą teorię odnośnie pewnego drugiego dna, które może mieć to opowiadanie. Postaram się krótko, zwięźle i na temat. Opowiadanie jest hołdem złożonym śp. Mikołajowi Klimkowi w rocznicę jego śmierci. Jego głos znają wszyscy, znam i ja. Nie chcąc zbytnio rozdrapywać nie aż tak starej rany, przypomnę, że pan Klimek odszedł niespodziewanie i chyba do tej pory nie do końca wiadomo dlaczego. Jest to coś, odnośnie czego my, jako społeczność, czujemy, że nie powinno się wydarzyć, że miało być inaczej... a jednak stało się i jest prawdziwe. Data premiery fanfika nie jest przypadkowa. Moją uwagę zwróciło to, w jaki sposób zakończył się związek Sombry (postaci odgrywanej przez Mikołaja Klimka) z Kimś i pomyślałem o tym jak o pewnej paraleli, a raczej jakby alegorii co do wymienionego wyżej, smutnego wydarzenia z naszego, prawdziwego świata. Dzieje się to nagle, niespodziewanie i najwyraźniej wbrew logice (w sensie, przecież wszystko szło tak dobrze, zwyczajnie, nie mogło być inaczej), bohater (i przy okazji czytelnik) nie rozumie przyczyn, nie zna ich, przez co trudno mu się z tym pogodzić. Pozostaje życie przeszłością i powracanie do pamiątek, by wspomnienia pozostały żywe. Odnosząc to do świata realnego, mamy dorobek Pana Klimka, na stałe zapisał się historii, toteż w świadomości odbiorców będzie żyć dalej, tym bardziej, że mamy coś, co pomoże nam go wspominać, zachować w pamięci. Jasne, można to zostawić za sobą, podziękować, że się wydarzyło, ale po co, skoro można do tego powracać, przeżywać na nowo i pamiętać? Zwłaszcza, że uczyniło stare czasy w jakimkolwiek sensie lepszymi? Po prostu zbyt wiele rzeczy mi tu pasuje. Sombra rozstaje się z Kimś podobnie jak fani musieli rozstać się z aktorem, którego uwielbiali - nagle, nie wiadomo dlaczego, niespodziewanie. Życie toczy się dalej, ale mamy coś, dzięki czemu pamiętamy - Sombra ma listy, my mamy dorobek pana Klimka, chociażby wszelkie animacje, w których przewinęły się postacie, którym użyczył swojego głosu. Zresztą, król Sombra był jedną z postaci, które odgrywał. Między innymi. Może to tylko ja, ale to serio się zazębia. W tym kontekście, ciekawy wydaje się także tytuł opowiadania - poniesiona została strata, coś się zmieniło na zawsze i chociaż czuje się, że powinno być inaczej, że to nie powinno mieć miejsca, na przekór wszystkiemu, na zawsze w naszych sercach. Uważam, że to interesujący extra kontekst opowiadania, który pogłębia jego znaczenie i czyni z niego coś więcej, niż zwykły hołd. Myślę, że jest to genialne, zarówno w swojej prostocie, jak i złożoności. Podsumowując, mamy do czynienia z opowiadaniem, które zostało wykonane z imponującą dbałością o szczegóły, formę, przekaz, a zwłaszcza klimat. Wrażenia po skończonej lekturze przypominają satysfakcję i poczucie dobrze spędzonego czasu po zakończeniu seansu bardzo dobrze nakręconego, świetnie napisanego filmu. Wszystko, co znalazło się w fanfiku, znalazło się w nim nie bez przyczyny, każdy szczegół dodaje coś do efektu końcowego, poszczególne fragmenty zostały znakomicie skomponowane i do siebie dopasowane, wszystko brzmi bardzo ładnie, elegancko, nie da się ukryć, że autorka miała pomysł i zrealizowała go z sercem. Zero rzemieślniczej pracy, zero rzeczy pisanych na siłę, czy z mniejszym zapałem, po to, by było - opowiadanie z pomysłem, duszą i charakterem, okraszone melancholijnym nastrojem, co wciąga jak diabli i nie pozwala się oderwać. Emocjonalne, ale stonowane, po prostu ludzkie, życiowe. Warto poświęcić mu czas, warto skomentować, dać znać autorce, jak jej poszło. W mojej opinii, projekt okazał się pełnym sukcesem, tym bardziej, że dostrzegam w nim ukryte powiązania ze starszymi fanfikami, no i dodatkowe znaczenie, znajdujące umocowanie w naszej niewesołej rzeczywistości. Całość wypadła życiowo, dojrzale, realistycznie, co po prostu trzeba uznać za osiągnięcie. Gratuluję Pozdrawiam!
  3. Tak oto dotarliśmy do najnowszego fanfika autorki i zarazem tego fanfika, który może się okazać największą tajemnicą, jaką do tej pory napisała. Z perspektywy czasu oraz po zapoznaniu się z kilkoma jej dziełami, które w jakiś sposób mnie ominęły, jednocześnie jest to dla mnie uświadomienie sobie czegoś, czego nie zauważyłem wcześniej. Mianowicie, oprócz tego, że Nika wie jak pisać zagadki oraz rzeczy tajemnicze, nieznane (niekiedy także dosyć niepokojące, tak, patrzę w twoją stronę, "Pedantko"), dobrze odnajduje się w oniryzmie - potrzeba było lektury "Sekretów nieśmiertelności" oraz spostrzeżeń Madeleine, bym sam to zauważył, ale chyba lepiej późno, niż wcale Myślę, że "Solarna" pokonuje pod tym względem wspomniane "Sekrety". W starszym dziele rzeczy składające się na ten główny wątek są nieoczywiste, acz dość stonowane, w związku z czym trudno ocenić co wydarzyło się naprawdę, a co nie i o co może chodzić. To, co może być rzeczywiste miesza się z tym, co może być snem, wizją, przynosząc nam pytania, ale nie wskazując odpowiedzi na nie w zbyt oczywisty sposób. Musimy sami zdecydować w co chcemy wierzyć. W "Solarnej" ta szczypta oniryzmu działa nieco inaczej i wzmacnia tajemnicza otoczkę, zmuszając czytelnika do przemyśleń, aż ten odkrywa, że... nie wie nic. Nieoczywiste, ba, wręcz nieznane jest nam to, co doprowadziło do tego, o czym opowiada nam podmiot liryczny, z położenia, w jakim się znalazł, będącego następstwem właśnie tej owianej tajemnicą przeszłości. W tym sensie, czytelnika trzyma się wrażenie, że to, co zadecydowało o jego losie, wydarzyło się w rzeczywistości, zaś właściwa fabuła, to w gruncie rzeczy seria jego snów, a może i koszmarów, zważywszy na to, że jego oczekiwanie zdaje się nie mieć końca. Nie mieć końca, no bo brakuje jemu sensu. Dlaczego? No bo najwyraźniej... W związku z powyższym, wiemy doskonale, co jest rzeczywistością, a co senną wizją. Same postacie nam o tym mówią, więc nie ma tutaj wątpliwości. Jednakże o tym, co się wydarzyło w przeszłości, w prawdziwym świecie, nie wiemy zupełnie nic, a pomimo tego, iż gwardzista śni swój sen, tak naprawdę... również wiemy o nim bardzo mało, choć wiele wskazuje na to, iż jest to... Hm, chyba się troszkę pogubiłem. W takim razie, dobrze będzie przybliżyć zarys fabularny. Istotnie, bohaterem tej nie aż tak długiej opowieści jest pewien gwardzista, nieznany nam z imienia, lecz bezgranicznie oddany Pani Dnia, której przysiągł służbę do końca i na której powrót oczekuje, przekonując się w jak wielkim tkwił błędzie sądząc, że w trakcie swego oczekiwania pojął sens nieskończoności. Swoją drogą, bardzo inspirujący fragment - o tym, że dopiero oczekując na księżniczkę Lunę, na jej słowa, zrozumiał, że się mylił i że nie miał pojęcia czym jest nieskończoność. Ale zaraz, księżniczka Luna? Tak jest, moi drodzy - ponieważ Pani Dnia zdaje się... niedyspozycyjna, bohatera odwiedza we śnie jej młodsza siostra. Tak oto rozpoczyna się całkiem przejmująca konwersacja, a także wewnętrzna walka protagonisty, w wyniku których ten dokonuje wyboru. Mając świadomość tego, iż nie żyje, a także determinację, by chętnie umrzeć jeszcze wiele, wiele razy, zamiast dać się zwieść Lunie, której nie ufa, wbrew temu, czego chciałaby Celestia, postanawia zostać i oczekiwać, gdyż wierzy, że w pełnionej służbie nie ma niczego piękniejszego. Jednocześnie ufa, że po nocy przyjdzie w końcu dzień, a wraz z nim jego prawdziwa władczyni. Ale czy na pewno? Wiecie co? Dla ułatwienia, w tym miejscu pragnę ostrzec przed ogólnymi spoilerami, jakie nadchodzą w ramach niniejszego komentarza - ponieważ warto samemu odkryć wszelkie niuanse fabuły oraz związane z nią tajemnice, jeśli jeszcze nie czytałeś bądź nie czytałaś "Solarnej", proszę wykonać w tył zwrot, kliknąć w linki, przeczytać opowiadania, a potem powrócić. I skomentować. W porządku? OK, no to lecimy dalej Powracając do tajemnicy, a także porządkując wątki oniryczne, od których rozpocząłem - podoba mnie się oszczędność w materii ujawniania faktów oraz podsuwania poszlak czytelnikowi. Co do rzeczywistości - swoją drogą, odległej jak tysiące, może i miliardy lat, tak to odczuwam po powtórnej lekturze - wiemy jedynie, że protagonista przez większość życia służył Celestii, że najwyraźniej nigdy nie ufał Lunie i darzył ją niższym poważaniem, dowiadujemy się także tego, iż jest grzesznikiem. Choć wygląda na to, że są jeszcze więksi od niego. Pytanie brzmi - jaki może istnieć cięższy grzech od morderstwa, chociaż krew została przelana za słuszną sprawę? Zważywszy na wierność bohatera, zapewne sprzeciw wobec tej, którą uznał za najwyższą władczynię. Kto taki już raz ośmielił się wystąpić przeciwko niej? No właśnie. Nic zatem dziwnego, że nie ufa Lunie, choć ta zapewnia, że nie jest już Nightmare Moon, a starsza siostra jej wybaczyła i pozwoliła powrócić, choć ta jej złorzeczyła. Ba, wręcz sama chciała jej śmierci. Ale to już przeszłość. Panując nad snami, może zapraszać do czegoś lepszego, niż sen oczekiwania, który najwyraźniej trwa nawet dłużej, niż jej wygnanie. Ale co się stanie z tym, kto nie przyjmie jej zaproszenia? No właśnie - co to może oznaczać? Podoba mnie się to, że im dłużej teoretyzuję, wczytując się w to opowiadanie, tym więcej mam pytań, tym bardziej chcę wiedzieć... już nawet nie mając pojęcia w co powinienem wierzyć i o co się opierać. Myślę, że dla niektórych może to być wada opowiadania, lecz dla mnie to zaleta, gdyż w pełni skrzydła rozwija nie tylko tajemniczość, ale i ów motyw oniryczny, a klimat sprawia, że trudno się oderwać i przestać myśleć o tymże dziełku. Choć bohater miał "nigdy tak naprawdę nie żyć", daleki jestem od tego, by uwierzyć, iż przed swym snem oczekiwania doświadczył jeszcze czegoś innego, podobnie oderwanego od świata realnego, z którym... COŚ się stało. Chyba. Nie wiem, niczego nie jestem pewien i uwielbiam to Domyślam się, że z czasem jego oddanie wobec Celestii przeszło w fanatyzm i w tym sensie zupełnie się zatracił, a może chodzi o ofiarowanie całego swojego życia Najjaśniejszej, po czym nawet nie chce umrzeć, tylko tkwić dalej w miejscu, doświadczając we śnie nocy, która... no właśnie - czy ona jednak kiedyś się skończy? A może Luna, zgodnie z obietnicą, ową noc zabiera, pozostawiając... pustkę? Czy w takim razie, zatracony w swojej wierze gwardzista nie tylko nigdy nie żył, ale teraz, nie mogąc umrzeć, skazany jest na wieczne oczekiwanie na coś, co nigdy nie nadejdzie i to w samym sercu... niczego? Wygląda na los gorszy od śmierci, co zdecydowanie czyni go w jakimś sensie postacią tragiczną. Fakt, że owe oczekiwanie uznaje za coś najpiękniejszego, świadczyć może o tym jak bardzo się zatracił. Ciekawe jest również to, że tak uparcie trzyma Lunę na dystans, opiera się jej, nie chce wierzyć w jej intencje czy słowa, w pewnym momencie sądząc nawet, iż po to oczekuje tak długo, by się z nią (Luną? Nocą? Luną oraz nocą?) zmierzyć. Oczywiście zwycięstwo będzie równoznaczne z dowodem jego wierności wobec księżniczki Celestii. Musze przyznać, że to całkiem ciekawa relacja, umiejętnie rozpisana przez autorkę, powiem nawet, że teraz, mając pełen obraz jej twórczości (No... na pewno pełniejszy. Nigdy nie wiadomo.), widziałbym tutaj pewne podobieństwa między rozmową gwardzisty z Luną, a konwersacją, jaką ta odbywa ze straszą siostrą w "Sekretach nieśmiertelności". Mam na myśli dochodzenie/ odkrywanie prawdy, trudne pytania oraz jeszcze trudniejsze odpowiedzi, wątpliwości. W sumie, całkiem ciekawe, że oba opowiadania próbują dotykać w jakiś sposób tematyki wieczności, nieskończoności. No i ciekawi ta myśl, której Luna ostatecznie nie dokańcza. Czyżby po zabraniu nocy osamotnionego gwardzistę oczekiwało coś tak niewypowiedzianie złego, że nawet jej nie przechodzi to przez gardło? No i to jest właśnie pora na to, byśmy rzucili okiem na drugą, o ironio, jasną stronę opowiadania. Znacznie krótszą, ale za to... cóż, powiem w ten sposób: ona jedne rzeczy jakby wyjaśnia (he, he :] ), ale z drugiej strony budzi nowe wątpliwości i przyznam, że jakiś czas temu, dosyć dawno, gdy po raz pierwszy dane mi było przeczytać to opowiadanie... Cóż, dość powiedzieć, że byłem nieźle skołowany. Co się stało? O co chodzi? Jak? Dlaczego? Ślęcząc nad akronimami, którymi opatrzone zostały kolejne daty, zarówno w jednej, jak i w drugiej części opowiadania, rozwodząc się nad tym, czy to jednak nie dzieje się naprawdę, tylko ery się zmieniają, a może krążymy po różnych wymiarach, gdzie czas płynie inaczej i niezależnie od siebie, wysnułem tylko ogólne, mętne wnioski, które chyba w owym czasie nie usatysfakcjonowały autorki... Wniosek? Cóż, może jestem na to zbyt prosty i dlatego też się mylę, ale wydaje mnie się, że jest to opowiadanie dosyć trudne. Nie w odbiorze - o formie wypowiem się później - ale w zrozumieniu oraz rozwiązaniu zagadki, jaką nam prezentuje, co także nie wszystkim może pasować, w końcu zawsze lepiej wiedzieć, o czym się czyta, a jeżeli już, to mieć jasne wskazówki, pełen komplet elementów puzzli, które wystarczy ułożyć. Niniejsze opowiadanie nie dość, że nie daje nam aż tak oczywistych wskazówek, to jeszcze zdaje się oferować jedynie niektóre fragmenty układanki, resztę musimy dołożyć sami, poprzez przemyślenie treści i interpretację tego, co pozostawiła nam autorka. W tym przypadku, moim zdaniem, nie jest to łatwa sztuka. W każdym razie, wyłapałem informację o upływie czternastu miliardów lat. Na co potrzeba tyle czasu, zapytacie - ano okazuje się, iż jest to długość cyklu życia słońca, co wydaje się zgrabnym nawiązaniem do "Ewolucji gwiazd typu słonecznego" (fanfik, który uwielbiam i który gorąco polecam), ale także kolejną wskazówką. Czyżby Celestia, symbolizująca słońce, a może po prostu wraz z nim, po upłynięciu czternastu miliardów lat, umarła? Może świat przepadł znacznie wcześniej (na przykład po czerwonym olbrzymie, po którym została mgławica planetarna), co rozpoczęło sny oczekiwania, z czego jednym z nich był sen gwardzisty, protagonisty opowiadania? Po tym, jak słońce zakończyło swój cykl życia, nastał nowy "dzień", ale bez nadziei na zmierzch? Czy to może być reprezentacja piekła, w którym króluje Daybreaker? Czy to czeka tych, którzy nie dali się przekonać Lunie i wejść za nią do innych, lepszych snów? Kim w takim razie tak naprawdę jest Luna, skoro przeprowadza śniące kucyki ku czemuś lepszemu i czym są sny oczekiwania? To znaczy, przy założeniu, że nasz protagonista nie jest wyjątkiem. Pytania mnożą się szybciej niż slashery w latach osiemdziesiątych, a tymczasem wypadałoby napisać coś nie coś o formie. Cóż, jeżeli oceniać sam styl, konstrukcję akapitów, dialogów, brzmienie poszczególnych zdań oraz ogólny polot, muszę przyznać, że tekst jest elegancki. Tak, to idealne słowo - elegancki. Owszem, na etapie prereadingu przypominam sobie dwa lub trzy trudniej (w sensie, nieco przekombinowane) brzmiące zdania, lecz w obecnej formie, "W oczekiwaniu na Solarną Księżniczkę" jawi się jako przemyślany, dopracowany i satysfakcjonujący tekst, przy którym po prostu dobrze spędza się czas, brzmi on bardzo dobrze i tak też się go czyta, klimatu mu nie brakuje, wciąga, a gdy jest po wszystkim, skłania do przemyśleń. Są w nim inspirujące zdania i momenty, dużo tajemnicy, czegoś niepojętego, niezwykłego, podlanego szczyptą oniryzmu, przez co, mimo wszystko, czuć troszkę, jakby śledziło się coś wielkiego... No, może nie aż tak, ale jednak - konsekwencje czegoś, co zmieniło oblicze znanego nam świata, chociaż bardziej w skali mikro. Dostrzegam tutaj świadome bądź nie nawiązania do poprzednich dzieł, zbliżanie się do tematyki wiary, wierności, służby, chęci pojęcia nieskończoności, a także próbę pokazania tego, co jest nie tylko po śmierci, ale również... poza granicami poznania. Poza niczym. Poza snem. Nie sposób nie wspomnieć o formatowaniu, co także dotyczy formy opowiadania, lecz jest zupełnie inną para kaloszy, niż słowa, zdania, brzmienie, nastrój. Na tym etapie czytelnicy powinni doskonale wiedzieć, iż autorka nie boi się eksperymentów, jednakże tym razem idą one znacznie dalej, bowiem są dużo lepiej widoczne, niż choćby przy "Ewolucji". Efekty wizualne obejmują niestandardowe kolory strony, a co za tym idzie, także i czcionki, co może przypominać jedną z prac konkursowych autorstwa Sakitty. Stare czasy, ale pamiętam, że wówczas odebrałem to jako coś nowego i ciekawego. Nie inaczej jest przy "Solarnej" i pokuszę się o stwierdzenie, że samo to raczej nie powinno przeszkadzać tym, którzy ponad eksperymenty i bajery graficzne cenią sobie tradycyjne formatowanie. Pod koniec "Ewolucji gwiazd typu słonecznego" mieliśmy coś, co w moim odczuciu miało nadać opowiadaniu pewnej filmowości, tzn. scrollując dalej kolejne strony, gdzie widniały jedynie kawałki tej finałowej myśli, która ostatecznie ukazała się naszym oczom na samym końcu, wydawało się, jakby była to animacja, gdzie kamera powoli przybliża się do twarzy bohaterki, która pogodnieje i nieco nieśmiało zbiera się na wygłoszenie morału, który ma zwieńczyć dzieło i zasiać u odbiorcy określone emocje. Pod koniec "Oczekiwania" (pierwszej, nocnej części) mamy coś podobnego, chociaż tym razem są to puste strony, a potem lawina myśli, wątpliwości, co zapewne miało reprezentować upływ czasu, pustkę, zwątpienie, zatracenie we własnej wierze, we własnym oczekiwaniu. Tutaj założenia nie są już takie oczywiste i domyślam się, że nie każdemu podpasują takie oto zabiegi. Osobiście nie mam nic przeciwko, myślę, że był to odważny krok, gdyż w gruncie rzeczy, poza pogłębieniem stanu bohatera, kolejne wątpliwości w sumie wnoszą... niewiele nowego i raczej spełniają się jako wzmocnienie zakończenia, coś dołującego, pokazującego bezkres tytułowego oczekiwania, przez co można główkować nad sensem decyzji bohatera. Zaznaczam jednak, że to tylko moje zdanie i jeżeli komuś ów zabieg stylistyczny wyda się zbędny - zrozumiem. Ponieważ efekt może się różnić w zależności od czytelnika, ciężko z góry bronić tychże zabiegów - po prostu trzeba to samemu przeczytać, zobaczyć, przemyśleć, a następnie wydać opinię, do czego oczywiście zachęcam. Jednakże to jeszcze nie koniec. Pisanie na setkę w Klubie Konesera Polskiego Fanfika przyniosło nam trzy drabble uzupełniające ową historię i przyznam się Państwu, że to były wskazówki, których potrzebowałem, by wreszcie wyjść z jakąś sensowną teorią na temat tego, co mogło się wydarzyć. Ale najpierw wspomniane drabble. Chyba dość niespodziewanie otrzymaliśmy nie jeden, nie dwa, aż trzy przykłady tego, jaki potencjał drzemie w formie, która wymusza oszczędne gospodarowanie słowami, ważenie każdego z nich i komplementuje zwięzłość, prostotę w przekazie. Siła tkwi w prostocie, powiadają, lecz w przypadku trylogii "Jeden dzień, jedno lustro" widać, że eksperymentowanie z formatowaniem również ma niemały potencjał. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że przeciwnicy tych rzeczy nadal będą kręcić głowami, lecz namawiam, by dać temu szansę i spojrzeć na to, co autorka robi na przestrzeni trzech drabble'i bonusowych. Realizując tytuł serii, poszczególne opowiadania wizualnie przypominają lustrzane odbicia, aczkolwiek to zadaniem czytelnika jest interpretacja tego, co jest powierzchnią odbijającą, co oryginałem, a co odbiciem. To znaczy, na przestrzeni wszystkich drabble'i jasnym jest, że "Dziś", niczym lustro, stoi między "Wczoraj" a "Jutro"... No tak, przecież tak działa czas, ale nie o to mi chodzi. Wydaje mnie się interesującym to, że efekt odbicia lustrzanego jest realizowany nie tylko na tym obszarze, ale również w ramach dwóch wspomnianych opowiadań. Zarówno w przypadku "Wczoraj" jak i "Jutro", narracja pierwszoosobowa (prowadzona przez Celestię) stanowi granicę między tym, co prawdziwe, a tym, co ukazuje się jako odbicie tejże rzeczywistości. I znów, mamy przesłanki ku temu, by zastanawiać się co jest realne, a co nie: I po raz kolejny rzeczywistość wydaje się wątpliwa, trudno ocenić co było snem, co jest wizją, a co dzieje się naprawdę. W pierwszym opowiadaniu wygląda na to, że Celestia prowadzi dialog z Luną, zaś każda kwestia znajduje swoje odbicie w formie myśli tej pierwszej, co najwyraźniej powoli prowadzi ją do wniosku, że była zła. Formatowanie komplementuje zabieg, poprzez umieszczenie narracji po środku, dialogu po lewej, zaś jego odbicia po prawej, przy czym te ostatnie fragmenty zostały zapisane kursywą. Gdy jest po wszystkim otrzymujemy zdanie-klucz, a następnie podsumowanie, dumnie opatrzone złota ramką. Akurat ten motyw przewija się przez wszystkie drabble. Z kolei przy trzecim, ostatnim opowiadaniu, rzeczy ulegają zamianie miejsca, gdzie tylko narracja pozostaje na środku - chociaż nie ma już dialogu, fragmenty pisane kursywą przemieszczają się do lewej, zaś te pisane zwyczajnie do prawej, po tym, jak w środkowym opowiadaniu wszystkie zostały... cóż, wyśrodkowane, co może symbolizować przejście, a może zlanie się dwóch różnych stron w jedno, co tym bardziej wodzi czytelnika za nos. Nie tylko mamy coraz większe wątpliwości odnośnie tego, co było snem, a co nie, lecz również co jest prawdą i co to oznacza. Wiem, że nie przestaję o tym pisać, ale skoro Celestia zadaje pytanie, czy to, co wydarzyło się tak dawno temu, czy to był sen, w takim razie jaką możemy mieć pewność, czym jest prawda i czym jest rzeczywistość? Oczywiście, to wcale nie musi mieć takiej głębi, równie dobrze może to być nawiązanie do... chyba "The Royal Problem", gdzie zobaczyliśmy i Nightmare Moon i Daybreaker we śnie, ale zwracam uwagę na sugerowany upływ czasu, no i na kolejne pytanie: Swoją drogą, ciekawe kogo. Czyżby Syriusza? No dobrze, ale jak to się ma do "W oczekiwaniu na Solarną Księżniczkę"? Rzućmy okiem na to, czego się dowiadujemy. We "wczorajszym" opowiadaniu widzimy rozterki Celestii, a także jej wnioski - że była głupia, że była zła, że była złą siostrą. Najwyraźniej ma sobie za złe to, że wygnała siostrę na tysiąc lat, ale skoro to było jedyne rozwiązanie, dlaczego? Może dlatego, że... Nigtmare Moon jednak nigdy nie była prawdziwa? Celestia umarła zbyt wiele razy, bo słońce umiera wraz z każdym dniem, z każdym kolejnym zachodem. Wieczna noc, którą mogła sprowadzić Nightmare Moon, mogła zatem oznaczać ostateczną, prawdziwą śmierć. Nocą zwykle się śpi, a skoro tak, no to ma się sny. Czy to byłyby te "lepsze sny", to niebo, którym wczoraj był świat? W "Dziś" mamy coś zupełnie innego, jako iż Celestia w pewnym sensie wchodzi w buty Luny, która swego czasu była zazdrosna o starszą siostrę. Celestia nie chce już umierać, uważa, że to Luna powinna być martwa. Skoro słońce umiera każdego dnia, o zachodzie, wtenczas księżyc musi umierać w podobnym sensie wraz z każdym kolejnym wschodem. Zatem wieczny dzień spowodowałby nieśmiertelność słońca i finalną śmierć księżyca. Ale jednocześnie Celestia zdaje sobie sprawę, że jest leniwa, słaba i że się boi. Boi się śmierci. Lecz póki trwa, słońce wchodzi i zachodzi, zmieniając się z księżycem, świat jest w równowadze. Jednocześnie, Celestia przypomina sobie, dlaczego jest Słońcem, na co reaguje płaczem. Wie, że za jakiś czas (czternaście miliardów lat) umrze, a wraz z nią skończy się świat. A co potem? Potem zawsze jest "Jutro". Jutro Celestia podniesie swoją gwiazdę, jutro będzie trwać wiecznie, a ona wreszcie będzie spokojna i szczęśliwa. Jeśli nastanie wieczna noc, Celestia umrze za dnia, znowu. Ale jeśli dzień się nie skończy, nie umrze nigdy. Może, jako istota nieśmiertelna, umierać w nieskończoność, a może nieskończenie żyć. Wnioski? Każda z dwóch sióstr czuje, że codziennie umiera. Są nieśmiertelne, więc mogą to przeżywać nieskończenie długo. Ale one obie chcą żyć, żyć w nieskończoność. Życie jest niebem, a śmierć piekłem. Ceną wiecznego życia okazuje się zło. Widać że Celestia i Luna są swoimi lustrzanymi odbiciami: wieczna noc dla Luny jest niebem, za dnia, kiedy nie żyje, musi się czuć jak w piekle, natomiast wieczny dzień dla Celestii jest niebem, nocą jest jej jak w piekle. Dramat poddanych polega na tym, że oba przypadki będą dla nich piekłem, podczas gdy dla jednej z sióstr świat stanie się niebem. Luna już raz spróbowała stać się zła, by wywalczyć swoje niebo. Teraz kolej na Celestię. Będzie złym kucykiem. Aha - zwracam uwagę na to, że każdy tekst pisany jest w innym czasie. We "Wczoraj" Celestia była, "Dziś" jest, zaś "Jutro" będzie. To też ciekawy i istotny smaczek Powróćmy do "W oczekiwaniu na Solarną Księżniczkę" i zastanówmy się, czy prezentując nam postać bezimiennego gwardzisty - który z tej racji może być każdym - autorka nie próbuje dać nam małej lekcji. W pierwszej części, podczas snu oczekiwania, najwyraźniej mamy wieczną noc, a jak wspominałem powyżej, ten scenariusz (podobnie jak wieczny dzień) powinien być dla protagonisty piekłem, jednakże jest coś, co trzyma go przy... przy życiu to raczej nie, ale przy świadomości. Tym czymś okazuje się wiara, wiara w księżniczkę Celestię oraz w to, że służba jej, niezależnie od okoliczności, jest czymś chwalebnym, wartym wieczności. Mimo piekła, tkwienia w swego rodzaju limbo, przez moment wydaje się pogodzony ze swoim losem, a nawet szczęśliwy: Bo nawet jeśli jest w piekle, ale może wypełniać swoją przysięgę, jest spełniony. Jaki z tego płynie przekaz? Że warto mieć cel, warto wierzyć. Oczywiście, że nie wie - wszakże Luna ma wielotysięczne doświadczenie w nieskończonym umieraniu. Ale ona zdaje się pojmować już znaczenie wieczności. On jeszcze nie. On wie, w co wierzy, nie żałuje życia, choć nigdy tak naprawdę nie żył (według Luny, wszakże jako kucyk ziemski, śmiertelnik, raczej nie wznosił ani słońca, ani księżyca, nie był jednym z ciałem niebieskim), nie żałuje swojego życia, wie, za co i dla kogo umarł. To jest dedykacja. Rozumie też, czemu Celestia nie chce mu pokazać swojego nieba, zamiast tego zostawia go we śnie, w nocy. Musi się z nią zmierzyć. Zmierzyć się z piekłem. W ogóle, w fanfiku jest parę momentów, gdzie wybrzmiewa on dosyć... religijnie. Czyżby poza onirycznym, miało ono także sakralne oblicze? Skoro wszystko ma swoje odbicie, czy w takim razie ci, którzy zawierzyli swój los Lunie, oczekują na nią w blasku wiecznego dnia? W niebie Celestii, ale swoim piekle? Ciekawe. A co się dzieje z kucykami, które dają się przekonać i idą z władczynią, w którą nie wierzą? Co by było, gdyby gwardzista poszedł z Luną tam, gdzie będzie dzień, ale nie będzie Celestii? To znaczy, Luna ma nadzieję, że jej nie będzie. Czyżby to miało być prawdziwe piekło? A może tak jak Celestia i Luna są swoim lustrzanym odbiciem, ale w gruncie rzeczy tym samym, może nie ma różnicy między piekłem, a niebem i jedyne, co zostaje, to wiara? Przyznam, że początkowo po zapoznaniu się z drabble'ami Niki miałem zupełnie inną teorię, w ogóle nie podejmującą powyższych zagadnień, za to bardziej umocowaną w rzeczywistości. Podchodząc do zagadki z zupełnie innej perspektywy, acz uznając, że to, o czym czytam, odbywa się w zaświatach, a Celestia, jako Daybreaker ostatecznie skończyła w piekle za swoje zło, zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób postacie w ogóle trafiły do tychże zaświatów. Pomyślałem wówczas, że Celestia w końcu sama zaczęła być zazdrosna o Lunę, co stanowiłoby paralelę do młodszej siostry, której zresztą wybaczyła (A co mogło ją ośmielić do własnej przemiany, no bo kto jej stanie na stronie?). By upewnić się, że nikt jej nie powstrzyma (możliwe, że minęło dostatecznie dużo czasu, że znane nam bohaterki od dawna nie żyją, stąd bez Luny nie byłoby komu kiwnąć kopytem, no, może poza Discordem, chociaż nie wiadomo, co się nim stało), postanowiła wyjawić swojemu fanatycznemu gwardziście, jak zapatruje się na swoją siostrę, pośrednio inicjując zamach, aczkolwiek ta teoria szybko się rozlatuje, gdyż sama Luna stwierdza, że krew wroga (Luny) i mordercy (jego samego), którą ów gwardzista ma na sobie, została przelana za słuszną sprawę. Jakoś mi się nie wydaje, by swoje zabójstwo za sprawę wiecznego dnia uznała za coś podobnego, nawet jeśli byłaby wobec siostry BARDZO wyrozumiała. Ale może wydarzyło się coś innego. Być może Luna zorientowała się, że jej siostra nie chce już opuszczać słońca, gdyż ma dosyć "umierania" w nieskończoność wraz ze swoim ciałem niebieskim, nie wspominając o tym, że sama powinna wiedzieć aż za dobrze jak to jest i jak niebezpieczna to pokusa. Domyślam się, że Luna była jeszcze w stanie nawiązać walkę z Celestią, a nawet ją pokonać, lecz gdyby ta zmieniła się w Daybreaker, szanse Pani Nocy spadłyby znacząco, być może do poziomu, w którym nawet jako Nightmare Moon miałaby problem. Stąd, postanawia zaatakować pierwsza (i to w momencie, w którym starsza siostra była najsłabsza, choć jeszcze skłonna opuszczać słońce), co okazuje się sukcesem, lecz osłabiona od ran Luna nie stanowi wyzwania dla wiernego po wsze czasy Celestii gwardzisty, który w odwecie pokonuje młodszą siostrę, wypełniając tym samym swoją służbę i przysięgę. A jak zginął on? Trudno powiedzieć. Może sam padł od ran, a może odszedł ze starości, ale nawet po śmierci nie może się doczekać na powrót Celestii, w której odejście nie wierzy. Sprawa była słuszna, gdyż jako żołnierz pełnił służbę, nie sprzeniewierzył się swoim ideałom i wierzył, że ratuje Equestrię przed powrotem tyranki, która to i tak była większym grzesznikiem od niego, gdyż już raz wystąpiła przeciwko Celestii, próbując przynieść wieczną noc, a teraz dopuściła się siostrobójstwa, aczkolwiek mogło jej przyjść do głowy, że i to Celestia mogłaby jej wybaczyć, gdyż wiedziała doskonale, że staje się złym kucykiem, ale nic nie mogła poradzić. Tak jak Luna, której jednak przebaczono. W skrócie – za bardzo skupiłem się na tym, za co została przelana krew, kto był wrogiem, kto mordercą, czym była ta "słuszna sprawa", no i... w jaki sposób Celestia i Luna pożegnały się ze światem, no i dokąd trafiły. Znacznie później zdałem sobie sprawę, że chyba nie ku temu autorka chciała zwrócić uwagę czytelnika. Cóż, zawsze dobrze jest sobie poteoretyzować Aha, jeszcze słowo odnośnie formy "Jednego dnia, jednego lustra". Tu zdecydowanie głównym specjałem jest formatowanie oraz to, jak zostały zgrane i skonstruowane te trzy strony (łącznie) tekstu. Samo słownictwo tudzież brzmienie zdań, niczym szczególnym nie zaskakują, w porównaniu z "W oczekiwaniu..." to dosyć... prosto i zwięźle napisana rzecz, co zapewne wynika z limitu słów, ale z drugiej strony nie czuć, że czegokolwiek brakuje. Ciekawie użyta forma, interesująco sformatowany tekst, stosunkowo wiele ukrytych smaczków. Świetna sprawa. O swoich odczuciach oraz przemyśleniach związanych z fabułą oraz tym, czego od razu nie widać, mógłbym pisać jeszcze długo, niemniej uważam ów tekst za godny polecenia i analizy w całości, mając w pamięci starsze dzieła autorki, widać pewne związki pod kątem tematyki, podejmowanych problemów i sposobu ich przedstawienia, a także kreacji klimatu. Przeważnie to coś tajemniczego, nieoczywistego, sentymentalnego bądź mrocznego, nostalgicznego lub wodzącego za nos, ale zawsze tak, by czytelnik się zastanawiał, by nie mógł oderwać się od lektury, a przynajmniej nie w sposób obojętny. Uważam, że "W oczekiwaniu na Solarną Księżniczkę" to naprawdę ciekawy i niezwykły tekst, kolejna godna próbka możliwości Niki, jednakże mimo tego jak sam byłem zaskoczony tym, ile szczegółów mi się zazębia, ile jestem w stanie z tego wynieść, moim ulubionym fanfikiem jej autorstwa pozostaje "Ewolucja gwiazd typu słonecznego". Poprzeczka została zawieszona wysoko i "Solarna" już prawie ją pokonała - zabrakło bardzo niewiele. Wątki mistyczne, szczypta sakralności, wespół z pomysłem na to, by zestawić ze sobą dwa byty, oddzielone od siebie powierzchnią lustrzaną, skonfrontowanie prawdy z kłamstwem, snu z rzeczywistością, śmierci z życiem, śmiertelnika z nieskończonością - to wszystko udało się znakomicie, w bardzo dobrej formie, lecz fanfik ten pozostaje, według mnie, trudny i może się okazać, że nie jest to propozycja dla każdego. Z drugiej strony, nie istnieje takie dzieło, które zadowoliłoby wszystkich, więc to w gruncie rzeczy nic takiego. Nie miałem złudzeń, iż autorka napisała to tak, jak chciała i jak czuła, a to przecież najważniejsze - tworzyć tak, by samemu być zadowolonym z podjętej próby. Nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować koncepcji oraz wykonania, a fanfik oczywiście polecić, jednocześnie namawiając, by dać temu charakterystycznemu formatowaniu szansę i spróbować się wczytać, w poszukiwaniu ukrytego sensu, prawdy oraz przekazu. Opowiadanie jest nieco inne, nietuzinkowe, nie mówi wiele, pozostawiając szczegóły wyobraźni, ale w mojej opinii, wszystko jest do odgadnięcia/ dopowiedzenia sobie, co powoduje, że odkrycie głębi staje się swego rodzaju nagrodą dla czytelnika. Jak dla mnie, to zawsze coś wyjątkowego, kiedy fanfik nagradza swojego czytelnika, gdy ten poświęci mu dostatecznie dużo czasu oraz rozważań Łatwa sztuka to to nie jest, ale czy niemożliwa? Pozdrawiam! PS: A do tego piękna, minimalistyczna okładka. Barwy cieszą oko, w ogóle, wylewa się z tego coś... łagodnego. Jakby znak, że wszystko będzie dobrze. Mały szczegół, ale cieszy i dobrze nastraja na moment przed lekturą albo jak na pierwsze wrażenie
  4. A ja będę bronić tej "niepotrzebnej" sceny otwierającej ów tekst... w pewnym stopniu. To znaczy, zgadzam się, że dla głównego wątku jest ona praktycznie nieistotna, sztucznie przeciąga tekst, który - pomimo osiemnastu stron - jest napisany tak, że sprawia wrażenie znacznie krótszego, niż w rzeczywistości jest. Magia formatowania Jednakże doceniam tę scenkę z tego tytułu, iż... było to dla mnie małe zaskoczenie. Poważnie, ten początek wystarczył, bym nastawił się na kolejną historyjkę z Celestią i Twilight, a tymczasem opowiadanie okazało się o czymś zupełnie innym, zaś tytułowe sekrety nie odnosiły się do tego, iż np. pewnego dnia Twilight także przeżyje niejedno pokolenie kucyków, w tym swoje przyjaciółki, ale do zupełnie innego problemu, jak dla mnie zgrabnie, chociaż niewyczerpująco, związanego z wiarą oraz kwestią tego, czy jeśli dostatecznie liczna grupa ufa w coś wystarczająco mocno, to czy w takim razie owe coś musi/ może istnieć. Powracając do początku - tak, taki mały zwrot akcji na otwarcie nie aż tak długiego opowiadania był dla mnie czymś świeżym i zachęcającym do dalszej lektury, chociaż przychyliłbym się do wniosku przedmówców, iż można było zrealizować owe otwarcie inaczej i osiągnąć cel bez sztucznego spowalniania akcji, a zachowując czynnik zaskakujący. W ten sposób udałoby się również ujednolicić styl, który to - znów zgodzę się z Madeleine - troszkę się rozjeżdża, chociaż ja bym powiedział, że po prostu okazał się niekonsekwentny. Początek, a także dalsza akcja, aż do sceny z Celestią oraz Luną, wybrzmiewają bardziej... nie chcę powiedzieć, że typowo, ale jak coś, czego należałoby się spodziewać po kolejnej zwykłej kucykowej historyjki, opierającej się na serialowych realiach. Jednocześnie na pewno jest to coś, co rozgrywa się tu i teraz. Im dalej, tym więcej jest tajemniczości, delikatnego mroku, ze szczyptą refleksyjności. I tak, ta część wybrzmiewa mniej typowo, mniej serialowo, a bardziej onirycznie (tak, musiałem to sobie wyszukać, bo nie byłem pewny, czy to to, o czym myślę ;P ), jest wrażenie, że z pozoru prostej, milej historyjki, robi się coś bardziej duchowego, głębszego, skłaniającego do refleksji. Nie to, by te dwa style zderzały się między sobą, powiedziałbym, że zostały złączone zupełnie nieźle, jednak granica między nimi jest zdecydowanie zbyt wyraźna, toteż i "przejście" między stylami okazuje się mało płynne. Zatem niby jest nieźle, ale mało płynnie. Mogło być lepiej. Mam pewien kłopot z postacią strażnika, chociaż tylko w jednej scenie. Mianowicie, kiedy zjawia się u Celestii, gdzie daje upust swojej złości, a my otrzymujemy pierwszą wskazówkę, o co tu może autorce chodzić. Sam nie wiem czemu, ale jego dialog, zachowanie, wypadły nieco sztucznie, początkowo narastało pewne napięcie, lecz potem jakoś tak skokowo wykrzykuje co mu leży na wątrobie i ucieka, a Celestia zostaje sama z Luną. Według mnie czegoś tutaj zabrakło. Szczęśliwie, wszystkie późniejsze sceny ze strażnikiem oceniam bardzo dobrze, bo zdecydowanie lepiej sprzedają jego postać, w czym pomaga wątek braterskiej miłości oraz tego w jaki sposób doszedł do wniosków, które tak go poróżniły z samą Celestią, w ogóle, doprowadziły go do zwątpienia... Ale czy słusznie? Trudno powiedzieć. Tekst wydaje się być w pełni otwarty, rzeczywistość realna zdaje się przenikać... zaświaty tak, że nawet po kilkukrotnej lekturze czytelnik nie może być pewien, czy poszczególne sceny wydarzyły się naprawdę, czy nie, co było snem, a co faktycznie miało miejsce. Ta niepewność podsyca tajemniczą otoczkę wokół tego, co się dzieje w tekście i skłania do przemyśleń, jednocześnie nie posiadając religijnego wydźwięku (odnosząc się do słów autorki). Mnie motyw fanfika skojarzył się ze złotym cielcem, z tworzeniem sobie bożków, w które to bożki może wierzyć nawet znaczna większość, lecz niektórzy mogą twardo stąpać po ziemi. Nie odbieram tego jako krytykę czegokolwiek, jedynie jako coś ciekawego, coś więcej, takie drugie dno, nad którym mogę podumać. Zwłaszcza, że nie mamy pewności co jest prawdą, a co nie. W mojej opinii, tekst, jeżeli już, subtelnie pokazuje, że może być różnie. Wspomniana już braterska miłość wypadła wiarygodnie, czasem tylko miałem wrażenie, jakoby narrator za bardzo wchodził w skórę strażnika, niemalże do tego stopnia, że aż byłem skłonny uwierzyć, że to ów strażnik lada moment stanie się narratorem. Tak czy inaczej, pokazuje to, jak strażnik przeżywa swoją stratę oraz los - życie w świecie, gdy tak niewiele kucyków zna prawdę i ma odwagę wykrzyczeć swoje zdanie prosto w oczy księżniczki. Kreacje Celestii i Luny również wypadły poprawnie i wiarygodnie, generalnie sceny, w których brały udział, przypadły mi do gustu, szło to sprawnie, rzeczowo, bez zbędnych przedłużeń, a z zachowaniem tajemniczego klimatu, pewnego oniryzmu (co wydaje się doskonale pasować do Luny), a nawet szczypty grozy. Scena na cmentarzu to zdecydowanie najlepszy, najbardziej klimatyczny fragment historii. Plus zakończenie. Początkowo miałem mieszane wrażenia, lecz gdy to przemyślałem, doszedłem do wniosku, iż takie oto zwięzłe, nieco urwane zamknięcie nie tylko dobrze wieńczy dzieło, ale i oddziałuje na wyobraźnię czytelnika. Jest smutno, refleksyjnie, tajemniczo, a przy okazji nie do końca wiadomo, co było prawdziwe, a co być może było snem. Tak jak kto ma w tym wszystkim rację, o co tutaj chodzi. Czy to było na serio, a może stanowiło zaledwie pewien symbol. A może ta nieśmiertelność to po prostu życie po śmierci? Przetrwanie duszy? Pytań po zakończeniu czytania jest sporo - świetnie. Aha, ciekawe zestawienie siostrzanej miłości do braterskiej, plus dodatek wątku śmierci i prawdy. Świetnie się to komponuje Drobne rzeczy, ale dobrze ze sobą zazębione potrafią podnieść nieco wrażenia z lektury. No, ale żeby nie było tak różowo, pora pomówić co nieco o formie. Oj, widać, że chociaż tematycznie, a także pod kątem kreowanej atmosfery, ów tekst jak najbardziej wpisuje się w standardy Niki, to jednak forma odbiega od nowszych tytułów autorki. No, może na pierwszy rzut oka nie jest to takie oczywiste, w końcu fanfik jest sformatowany i skomponowany poprawnie, jednakże diabeł tkwi w szczegółach: Chociażby występujące tu i ówdzie dywizy, do tego nieoddzielone spacją z jednej czy drugiej strony. Jak wyżej. Innym razem spacja okazuje się zbędna i należałoby napisać coś łącznie Podobnie jak tutaj. "Zresztą". Plus przewijające się raz po raz powtórzenia. Tu - "coraz". Jeżeli wtrącenie ma działać jak przecinek, no to autentyczny przecinek po "to" nie jest potrzebny. No i faktycznie, momentami didaskalia są deczko przydługie. Ale tylko momentami. Ciekawostka - wyraz "opadły" pojawia się w opowiadaniu zaledwie dwa razy. I to akurat w powyższym zdaniu. Obok siebie. Brakująca spacja. Tak oto wyglądały początki, ale z satysfakcją mogę Państwa zapewnić, iż autorka, pisząc i zdobywając doświadczenie, praktycznie wyzbyła się złych nawyków, toteż nowe teksty mają się pod tym kątem lepiej. Wiadomo, zawsze znajdzie się coś do poprawy, jednakże częściej rzecz dotyczy stylu czy słownictwa, może od czasu do czasu zabraknie przecinków, ale tak czy inaczej poszczególne teksty cieszą się poprawioną kompozycją, większym rozmachem, lepszym nastrojem tudzież podwyższoną złożonością, co pozwala mi stwierdzić, że owszem, nastąpiła znacząca poprawa. Co nie oznacza, iż usterki w formie utrudniają czytanie "Sekretów", czy też psują wrażenia z lektury, zaś tekst odstaje od swoich "młodszych braci" - w żadnym wypadku. Po prostu są widoczne i w kontekście współczesnych fanfików Niki, niekiedy trudno uwierzyć jak wiele potknięć przemknęło się do finalnej wersji opowiadania Tekst na pewno ciekawy i klimatyczny, chociaż ustępuje on wybranym opowiadaniom autorki, jeśli idzie o ogólną jakość i złożoność. Mimo to, nie zestarzał się źle, jak najbardziej warto poświęcić mu trochę czasu. Wszystko jest na swoim miejscu: pomysł, solidna realizacja, dobrze wykreowane postacie, klimat. Jest to też niewielkie okienko na to, jak rzeczy wyglądały kiedyś, pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że jest to także rzut oka jak Nika "testowała" swoje możliwości, nim zabrała się za poważniejsze, większe, bardziej złożone dzieła. Przemijanie, życie i śmierć, co jest prawdą, a co nie, w centrum zdarzeń księżniczki oraz ich przeznaczenie. Warto zobaczyć na własne oczy od czego się to zaczynało
  5. Przenieśmy się do ery konkursowej, by powrócić do pewnego niezwykłego fanfika, który miałem przyjemność czytać wielokrotnie, na różnych etapach - ówcześnie studenckiego - życia, o różnych porach roku, w różnych godzinach, a nawet mając zupełnie odmienny nastrój, jednakże z jakichś powodów nie znalazłem czasu, by usiąść, zebrać myśli i skomentować owe dziełko. Dziś najwyższa pora zadośćuczynić za to karygodne zaniedbanie i podzielić się wrażeniami z tytułu, który na pierwszy rzut oka wydaje się niepozorny, jednak, w mojej opinii, ma wszelkie warunki, by zostać uznanym, przynajmniej przez reprezentatywne grono czytelników, za tekst ponadczasowy. A zatem - dlaczego uważam, iż jest to fanfik niezwykły? Głównie przez odczucia, wrażenia, skojarzenia, wszystko to, co widzą oczy wyobraźni, w miarę jak czytelnik pokonuje kolejne partie tekstu. Swego czasu, dosyć dobrze opisała to Madeleine: W ogóle, interesujące wydaje mnie się to, że w zależności od odbiorcy, można mieć zupełnie inne wrażenia, ale dające się opisać w taki oto sposób, tj. jakby było to wspomnienie, jakaś scenka, coś, co ściśle się z czymś kojarzy, co na coś wskazuje, ale w dosyć wyrazisty sposób. Coś tajemniczego, głębokiego. O ile domyślam się, skąd mogło się wziąć wrażenie mojej przedmówczyni, a nawet potrafię je sobie wyobrazić, mnie osobiście tekst skojarzył się z czymś innym. A z czym konkretnie? Ciężko mi to opisać, lecz to dlatego, iż wrażenia z tekstu przywodziły mi na myśl poszczególne sny, z czego niektóre lubią powracać niczym koszmary, jednakże nie zmienia to faktu, że gdy jest po wszystkim, niewiele z tego pamiętam, poza migawkami, czy odczuciami, których jednak nie sposób ubrać w słowa, ale spróbuję, skoro ma być komentarz. Przebierając we wspomnieniach, przypominam sobie dwie wizje senne, które odżywają pod wpływem tegoż opowiadania. W pierwszej z nich, budzę się w miejscu, które wydaje się znajome (a przynajmniej tak wygląda), czuję, jakbym znał je doskonale i spędził w nim kawał czasu, a jednak jest inne (zwykle dziwnie powiększone; pomieszczenia, korytarze), wokół kręcą się też zupełnie inni ludzie, których nie kojarzę, ale którzy za to kojarzą mnie. Przez cały czas towarzyszy mi poczucie, że mam coś do zrobienia, że coś ukończyłem i że jestem "gotowy do drogi". A czas mija. Chyba mogę powiedzieć także o pewnej dezorientacji, która wyłania się chociażby z opisu wrażeń Madeleine. Chyba nie muszę wspominać o tym, że towarzyszy temu pewna nostalgia? Jak się to ma do opowiadania? Ano rozpoczyna się ono scenką, w której jedna z głównych bohaterek budzi się... i jest to też moment, w którym mamy okazję, w ramach tego fanfika, podelektować się refleksyjnością tekstu, a także wejść w myśli i odczucia protagonistki. Pomyślałem, że zarzucę cytatami, gdyż to właśnie one, same w sobie, najlepiej obrazują, z jakim typem refleksyjności mamy do czynienia i rzeczywiście - przynajmniej w moim, osobistym przypadku, bardzo mocno kojarzy się to ze snem, gdzie część rzeczy wygląda znajomo, część już niekoniecznie, towarzyszą nam jakieś luźne myśli, acz pozbawione kontekstu, które wypowiadane "w realu", bez szerszego tła, brzmią bezsensownie, banalnie, niewiele mówią, lecz gdy pozostajemy we śnie i powracamy do niego myślami, wszystko wygląda inaczej - bardziej przejmująco, tajemniczo, po prostu na serio. I tak też, moim zdaniem rozpoczyna się fanfik, co z miejsca wciąga i zachęca do czytania. Warto dodać, że owe "wracanie do siebie", bardzo mocno kojarzy mnie się z przebudzeniem właśnie - powrotem do świata realnego, acz początkowo nie wiedząc jeszcze tak do końca, czy to jeszcze sen, czy już rzeczywistość. W zależności od danej nocy, raz po raz pojawia się wrażenie, że ów sen niesie ze sobą coś więcej, że uczestnicząc w nim, bierze się udział w czymś wielkim. Czy podobnie jest w początkowych partiach tekstu? No, nie do końca. Mamy refleksje, mamy odczucia bohaterki, towarzyszy temu pewne subtelne wrażenie wyjątkowości, ale poza tym, jest troszkę dziwnie. I to, o ile nie jest to porównywalny kaliber, co w przypadku tych najbardziej przejmujących snów, o tyle tworzy wyrazisty nastrój, a fanfik z miejsca się podoba. Proste, dobrze skomponowane opisy, które działają na wyobraźnię, wzbudzają wspomnienia i określone wrażenia, to wszystko jest po prostu świetne Ale co nas czeka dalej? Trafiamy w... plener? Chyba. W każdym razie, z dala od pomieszczenia, w którym przebudziła się bohaterka. Praktycznie od razu otrzymujemy kolejną porcję refleksji, dotyczącą "setek tych, z którymi niegdyś się utożsamiała". Jest to silnie związane z motywem przyjaźni, a także kontynuacją wątku pewnych trudności, z jakimi przychodzi bohaterce postrzeganie tej nowej rzeczywistości, w jakiej najwyraźniej się znalazła. Od samego początku otrzymywaliśmy bowiem przesłanki, jakoby protagonistka nie do końca pochodziła z tego świata, a im dalej w tekst, tym więcej otrzymujemy wskazówek, że faktycznie coś musi być na rzeczy. W pewnym momencie dochodzi do konfrontacji i zarazem przedstawienia drugiej, głównej postaci, jak się okaże, silnie związanej z bohaterką, którą poznaliśmy przy okazji otwarcia tekstu. I jeżeli do tej pory mieliście wątpliwości, co do jej tożsamości, charakter tej drugiej powinien je rozwiać, gdyż tej kreacji nie da się pomylić, a skoro tak, wówczas idzie z miejsca się domyślić, kim jest ta tajemnicza, dziwna klacz, która towarzyszy nam od początku tekstu. Ale bez spoilerów - to po prostu trzeba przeczytać i odkryć samemu, serio! Siostrzane relacje zostały nakreślone w sposób, jak ja bym to uznał, zwięzły, ale jednocześnie przekonujący i naprawdę miło mi się to czytało, tym bardziej, że im dalej, tym relacje te przybierały na emocjonalności, co jednak odbywało się w dosyć mozolny sposób, a i na końcu, o ile one emocje wciąż utrzymywały się całkiem stabilnie, o tyle nie wydaje się, jakoby osiągnęły jakiś przełomowy poziom, tzn. że ta dziwna bohaterka przeszła jakąś radykalną przemianę wewnętrzną, co objawiłoby się chociażby zmianą jej manieryzmu, sposobu postrzegania otoczenia itp. Coś na pewno drgnęło, ale w żadnym wypadku nie było to nic zbyt mocnego i to także mnie się spodobało, gdyż pasuje to jak ulał do charakterystyki tejże postaci, no i wpisuje się w zamysł, że emocje, uczucia, kryją się w pozornie małych rzeczach, w szczegółach. I mimo tej - w moim odczuciu chyba nie do końca zamierzonej - mozolności, tekst wybrzmiewa coraz raźniej, coraz pogodniej, coraz przyjaźniej, zachowując jednocześnie nutę nostalgii, może nawet pewnej melancholii, związanej ze wspomnieniami z tego poprzedniego świata... sprzed lat. Jasne, ostatnie trzy wersy wskazują na coś innego, jednakże emocje zostały tam doskonale stonowane, przedstawione oszczędnie, właśnie poprzez niuans, czyli genialne nawiązanie do wyciśnięcia ze skały wody. Mimo wszystko podtrzymuję, że motyw narastał bardzo ostrożnie, pomału, bez jakiegoś wybuchu na końcu, co jednak nie oznacza, że tekst nie ma emocjonalnego wydźwięku. Po prostu reszta leży w wyobraźni czytelnika. Emocje zostały utrzymane w spokojnym tonie, skupiając się na relacjach między bohaterkami, ograniczając w jakiś sposób ten nowy świat do nich samych, bez bawienia się w relacje z innymi kucykami. Czy w tym sensie postacie sióstr wydają się odizolowane od świata zewnętrznego? Trochę tak, ale to tylko podsyca tajemniczość Autorka zadbała o klimatyczne, ładne opisy, które zawczasu zapowiadają nam, czego możemy się spodziewać, nakreślają odpowiednią otoczkę, emocjonalność, czyli to, co będzie/ powinno nam towarzyszyć w miarę odkrywania historii tych postaci, ich relacji, przeszłości, ale także tego, co je łączy, jak jedna polega na drugiej: W ogóle, serce rozgrzewa udzielająca się, o ile dobrze pamiętam, gdzieś w drugiej połowie tekstu (Strona ósma? Dziewiąta?) rodzinna otoczka, kiedy to jedna z bohaterek sądzi, iż swym pojawieniem się zepsuła imprezę rodzinną, zaś druga odpowiada jej, że wręcz przeciwnie, że ona ją ulepszyła i, o ile dobrze zrozumiałem, sama w sobie, okazała się najwspanialszym prezentem, z czasem stając się pełnoprawną członkinią rodziny, taką samą, jak pozostali bliscy krewni. Jest kochana, chciana i... mile widziana. Mimo pewnej historii, z którą związana jest geneza jej pojawienia się w tym nowym świecie. A z czym skojarzył mnie się motyw? Z jedną z doskonale znanych animacji/ bajek, czyli z "Pinokiem" - z tym, że zamiast z drewna, w fanfiku rzeźbiono różne rzeczy z kamienia, no i ożył nie pajacyk z tegoż materiału właśnie, ale rzeźba, zamówiona przez samą Celestię. Brakuje wprawdzie motywu pragnienia zostania prawdziwym kucykiem, ale jeżeli wczytamy się w treść głębiej, okazuje się, że autorka nam tego nie powiedziała, ale pokazała, poprzez wątpliwości i refleksje bohaterki. Przy czym nie powiedziałbym, że koniecznie chodzi jej o to, by stać się prawdziwie żywą istota, tylko, żeby... zrozumieć. Siebie, otoczenie, co się stało, co ona robi. To również jest szalenie ciekawe i... kurczę, mam lekki niedosyt. Było to niezwykle ciekawe i dołożyło swoje do nastroju. Zapomniałbym - jaki jest ten drugi typ snu, z jakim skojarzył mi się fanfik? Ano jest to coś takiego, co zdaje się dużo lepiej nawiązywać do motywu przewodniego fanfika, do jego tytułu, czyli ów "świat sprzed lat". Mianowicie, budzę się, w zupełnie innym, nieznanym miejscu z wrażeniem, że coś przeminęło, że zostawiłem za sobą długą historię, a teraz mam przed sobą coś nowego, nieznanego, ale... w pewnym sensie przejmującego, co powoduje, że nie jestem przekonany, czy chcę w to brnąć. No i to by było na tyle z opisu sennej wizji, gdyż często jest to coś z pogranicza zwyczajnego snu, a snu świadomego, co charakteryzuje się - w moim przypadku - tym, że trwa bardzo krótko i niewiele z tego pamiętam, poza głównymi odczuciami. Zatem nie, nie opiszę ani scenerii, ani pozostałych wrażeń, ale owszem, tak mnie się skojarzyło. W każdym razie, owe przebudzenie się bohaterki oraz jej przemyślenia o swoim obecnym położeniu, przywiodło na myśl właśnie to. Stąd, dziwią mnie nieco głosy, jakoby tekst luźno, zbyt luźno nawiązywał do tematu "Mojego Małego Fanfika". Poprzednia forma bohaterki, jej poprzedni żywot, niczym stary, znajomy świat, to jest właśnie ów świat sprzed lat, który opuściła, by funkcjonować w świecie zupełnie innym, pozornie (?) jej obcym. To jest ta historia, którą za sobą zostawiła, niekoniecznie z własnej woli - tak się po prostu stało. Nie wiadomo do końca jak, ale jednak. A dlaczego uważam, że fanfik ma warunki, by być ponadczasowym? Ano dlatego, że lata mijają, a on... Cóż, w zależności jak na to spojrzeć, albo nie starzeje się niemalże wcale, albo starzeje się bardzo dobrze. Owszem, porównując tekst do nowszych dzieł autorki widać nieco mniejszy rozmach czy mniejsze skomplikowanie podejmowanego problemu, technicznie to też jakby jeszcze nie to. Jeszcze. Niemniej powracając do opowiadania dzisiaj, muszę przyznać, że nadal czyta się je bardzo dobrze, fabuła wciąga, a klimat wylewa się z elektronicznego papieru, zaś ostateczny wydźwięk nadal jest przejmujący. Wspominałem o wizjach sennych, wspomnieniach, mając na uwadze odczucia mojej przedmówczyni, widać jak w soczewce, że tekst nadal działa na wyobraźnię, pomaga przywołać w myślach określone obrazy, czy wrażenia. To bardzo dobrze. Poza tym, o ile historyjka nie jest aż tak wieloznaczna, to jednak podejmuje takie rzeczy, które można utożsamić czy skorelować z problematyką przynależności do grupy (włączając w to grono rodzinne), poczucia posiadania swojego miejsca na świecie, sensu istnienia, czy też radzenia sobie z przeszłością, zwłaszcza jeśli ta przeszłość jawi się jako całkowicie inna rzeczywistość w stosunku do tego, co jest tu i teraz. Są to zagadnienia ponadczasowe, myślę, że znakomita większość odbiorców niejeden raz konfrontowała się z co najmniej jednym z tychże problemów, na przykład w chwili słabości. Dodatkowo, jest w tym sporo nostalgii, lecz takiej zdrowej nostalgii - bo tekst bynajmniej nie dołuje, chociaż jest raczej poważny i nie aż tak wesoły, ma w sobie coś takiego, że po prostu dobrze do niego wrócić. Chociaż technicznie to jeszcze nie do końca to, co od jakiegoś czasu, choć ze zdecydowanie zbyt długimi przerwami oferuje nam autorka, tekst jest napisany sprawnie i dobrze. Ci, którym nieszczególnie przypadły do gustu różne zabiegi w formatowaniu, które są obecne w "Ewolucji..." czy też w "Solarnej", mogą odetchnąć z ulgą - "Ten świat sprzed lat" został napisany "tradycyjnie", to znaczy bez żadnych sztuczek, wizualnych bajerów, które mogłyby wytworzyć wrażenie filmu, bądź też pomóc w wyobrażeniu sobie pracy kamery, serializacji, złapaniu klimatu dzieła, ale ruchomego. Są to po prostu zwykłe akapity i zwykłe dialogi, które razem tworzą zestawienie kilku scenek, które z kolei opowiadają nam określoną historię. Słownictwo jest jak najbardziej w porządku, bo ani zbędnie wyszukane, ani uproszczone, opisy, chociaż miejscami nie takie długie (Czyżby wymogi konkursowe?), to jednak spełniają swoje zadanie, a człowiek nie ma wrażenia niedosytu (samymi opisami - a że chciałoby się, by historyjka była dłuższa, to już nieco inna para kaloszy), historia, chociaż wydaje się otwarta, jednocześnie sprawia wrażenie kompletnej. Dialogi zostały zrealizowane bardzo dobrze, co przekłada się - jak wspominałem - na kreacje postaci, które zadowalają, wypadają wiarygodnie, podobnie jak różne relacje oraz emocje, które im towarzyszą. Właściwie, w tekście próżno szukać poważniejszych błędów, może tu i ówdzie miałbym małe wątpliwości odnośnie interpunkcji, czy też wymienił kilka słów, lecz w kontekście całego dzieła to jest nic - rzeczy, które może i wpłynęłyby na efekt końcowy dodatnio, lecz w nieznacznym stopniu, czyli sprowadziłoby się to do próby naprawy tego, co nie jest popsute. "Ten świat sprzed lat" oczywiście gorąco polecam, zarówno nowicjuszom jak i tym, którzy tekst już poznali, bo warto do niego wrócić. Jest to klimatyczny, refleksyjny kawałek tekstu, zrealizowany naprawdę dobrze i solidnie, bez poważniejszych usterek, dla mnie ponadczasowy, wart przemyśleń oraz uwagi, także ze względu na to jak działa na wyobraźnię i jak jego lektura potrafi zainspirować. Jest nostalgiczny, ale ma również urocze, pocieszające momenty i motywy, które nadają wrażenia bajki, czegoś, co się dobrze kończy, a co można odnieść do własnego życiorysu, chociaż w niewielkim stopniu. Wszystko brzmi bardzo ładnie i naprawdę świetnie się to czyta. Jeśli szukacie perełki sprzed lat - gratulacje, właśnie ją znaleźliście
  6. Rzućmy okiem na jeden z nieco starszych utworów Niki, chyba całkiem unikalny, zważywszy na to, że mamy do czynienia z wierszem, co - o ile się nie mylę - nie przewinęło się po raz drugi na przestrzeni ostatnich lat, kiedy to autorka skutecznie przypominała nam o sobie, swoim charakterystycznym stylu oraz refleksyjności, która nierzadko towarzyszy jej fanfikom, a co z kolei pozwala uzyskać wyjątkowy nastrój i co mnie bardzo odpowiada. Ogółem, spoglądając wstecz, wydaje mnie się, że możemy podzielić twórczość autorki na trzy różne ery. Pierwsza to oczywiście era klasyczna (2013-2014), czyli jej pierwsze dzieła, którą chętnie bym sobie odświeżył, jako, że miałem już przyjemność czytać i komentować te opowiadania (w większości), niemniej chciałbym sobie przypomnieć te historie oraz poruszane w nich problemy, również z czystej nostalgii. Później mamy erę konkursową (2014-2015), kiedy to mieliśmy przyjemność delektować się opowiadaniami stworzonymi z okazji "Mojego Małego Fanfika" oraz Fanfikowych Gradobić, który to okres również ciepło wspominam i który także chętnie bym sobie odświeżył, w wolnej chwili. Trzecia jest era współczesna (2017-), zapoczątkowana przez fantastyczne "Przyjaźń to magia: Ewolucja gwiazd typu słonecznego", które zresztą relatywnie (czytaj: moim zdaniem ;P ) niedawno doczekało się zakończenia, a szerzej znana za sprawą "Pedantki", czyli kolejnego absolutnie wspaniałego dzieła, choć nie dla każdego. Mając tak zarysowane spektrum, odkryłem, że w każdej erze kryje się jedno opowiadanie, które swego czasu pominąłem, przeoczyłem, które chyba widziałem, ale z jakichś powodów nie nadarzyła się okazja, by spokojnie usiąść i poczytać. Dziś najwyższa pora to zmienić, ale oczywiście, ponieważ ja to ja, nic nie może być w pełni zrozumiałe, logiczne i po kolei, stąd rozpocznę od ery współczesnej, cofając się wstecz do ery konkursowej i klasycznej, by potem powrócić do rzeczywistości i skomentować "W oczekiwaniu na Solarną Księżniczkę", najnowszy fanfik autorki. Tak oto rozpoczynamy od "Otchłani", która, jak nakazują sądzić tagi oraz opis od autorki, jest niewesołą historią o miłości, napisaną bardziej lirycznie. Posunięcie ryzykowne, ale bez ryzyka nie ma zysku, nie wspominając o tym, że by mieć wyniki i dane, trzeba eksperymentować, próbować, mieć z czego wyciągać wnioski. Stąd, niezależnie od tego jaki ten fanfik by się nie okazał, warto było, bo tak czy inaczej zostało zebrane cenne doświadczenie i wskazówki, co realizować, co ulepszyć, a z czego zrezygnować, przynajmniej na razie. Fabularnie jest całkiem ciekawie, gdyż początkowo nie wiemy, kto może być osobą mówiącą, ani do kogo utwór miałby być adresowany. Autorka nie zostawiła praktycznie żadnych poszlak, co prawda mamy przesłanki, by sądzić, że w wierszu wypowiada się ktoś szlachetnie urodzony, ale przecież takich kucyków może być sporo, tym bardziej, że z początku nie wiemy także kiedy rozgrywać mogłaby się akcja... Chociaż akcja to trochę złe słowo, może do których wydarzeń tekst nawiązuje, o ile znamy je z serialu. A okazuje się, że znamy, ale o tym znacznie, znacznie później. Stąd z miejsca mamy do rozwikłania pewną zagadkę, jednakże autorka, im bliżej zakończenia, tym śmielej decyduje się na coś, czego bym się po niej nie spodziewał... No, chyba, że się mylę, wówczas to by oznaczało, że Nika zaprezentowała zupełnie mi nieznane techniki wodzenia za nos, no i się nabrałem, ale zobaczymy :D W każdym razie, chodzi mi o ujawnienie punktu w chronologii kanonu, do którego nawiązuje wiersz oraz wydarzenia, do którego odnosi się akcja i które spowodowało rozłąkę bohaterki z ukochanym. Mało tego, w tekście przewiną się jeszcze inne postacie (tj. zostaną wspomniane), aż nawiązanie staje się całkiem bezpośrednie, a aura tajemnicy opada. Ale czy to oznacza, że po skończeniu czytania nie mamy czego się domyślać? No, nie do końca. Dlaczego? Owszem, wiersz - dosyć nieoczekiwanie - ujawnia przed nami wiele w tej materii, ale, może troszkę paradoksalnie, przez to definitywnie mamy dwie podejrzane. W sensie, kto taki mógłby się wypowiadać w tekście i kto taki żywi uczucia do... kogoś. Cóż, nie chcę spoilerować, ale ogólnie, o ile dobrze zgaduję, jest to postać kanoniczna, znana de facto już od pierwszych sezonów, acz na ówczesnym, etapie był ten ktoś tylko wspominany, musiał swoje odczekać, zanim fizycznie wystąpił w serialu. Tekst można rozpatrywać jako obszerny monolog-wspomnienie zakochanej/ tęskniącej klaczy, która wyruszyła ku tytułowej linii horyzontu, celem odnalezienia ukochanego/ kogoś bliskiego. To właśnie w trakcie tej żmudnej wędrówki poznamy jej uczucia, emocje, wspomnienia, jak się okazuje, dość odległe, co daje nam pojęcie jak wyglądały te relacje kiedyś i jak długo rozwijało się w niej uczucie. Acz mam pewne wątpliwości, czy ich adresat zdawał sobie z nich sprawę w pełni tudzież czy traktował je poważnie, po cichu dystansując się od bohaterki, w jakimś sensie zachowując profesjonalizm... Zaznaczam, że cały czas mogę się mylić. W sumie, nie zdziwiłbym się, gdyby przez cały czas chodziło o kogoś innego. Co jak co, ale Nika potrafi siać ziarna niepewności, odwracać uwagę, ukrywać detale i czekać, czekać, czekać, a potem pokazać coś, przez co w głowie czytelnika zapala się żarówka, a on, wstrząśnięty, zaczyna szukać wcześniej przeoczonych poszlak, aż zaczyna rozumieć. Świetne doświadczenie, za które zresztą tak uwielbiam "Pedantkę", "W oczekiwaniu na Solarną księżniczkę" (foreshadowing), a przede wszystkim "Przyjaźń to magia: Ewolucja gwiazd typu słonecznego" Ale poza warstwą emocjonalną, znajdziemy w tekście kilka całkiem ładnych opisów. Np. na początku: Jest to zarazem fragment, który brzmi zgrabnie, dźwięcznie. Na moje wyczucie, rym granatem-światem nie jest może aż tak odkrywczy, ale kaskadami-iskrami spodobał mi się, wydał mnie się świeższy, w ogóle, ciekawie skomponowane wersy. Wymieniając dalej ciekawe fragmenty-opisy: Wspomnę od razu, że gdy przewijają się te ładniejsze fragmenty, różnice w ilości sylab, na przestrzeni kolejnych wersów, są niewielkie i pod tym względem kompozycja jest konsekwentna i nic się nie rozjeżdża, tekst brzmi dobrze, ładnie, czyta się to bez zgrzytów, jest przyjemnie. Wplecione w wiersz opisy sprawiają pozytywne wrażenie, chociaż bolą dość banalne rymy, które akurat tutaj przewijają się gęściej: mrok-krok, skrywa-ukrywa, przybiera-umiera. Na szczęście reszta zastosowanych słów robi robotę, niemniej jest to sygnał, co może być nie tak w tych fragmentach, które wypadają gorzej i na czym mogą polegać usterki. Dlatego też, spróbuję teraz podjąć jednocześnie kwestię opisów, tego, co ukazują nam poszczególne zwrotki oraz zestawy wersów i szeroko pojętej formy, ogólnie, w nieco podobnym formacie, co przy okazji "Szeptu Mgły" autorstwa Cahan. No i od razu wspomnę, że "Otchłań: Linia Horyzontu", troszeczkę przypomina mi doświadczenie z wyżej wymienionym tekstem, acz podobne kłopoty z formą czy kompozycją, są tu lepiej widoczne i, że tak to ujmę, rozrzut między fragmentami udanymi, ładnie brzmiącymi czy po prostu solidnymi, z takimi, które sprawiają mieszane wrażenia, nie radzą sobie najlepiej, jest znacznie większy. Chodzi mi o to, że o ile "Szept" wydawał się trzymać w jakichś ryzach swoje problemy, całościowo tekst starał się utrzymywać w miarę jednolitą jakość, co nie zawsze się udawało, ale plusy i minusy nie kontrastowały ze sobą aż tak, o tyle "Otchłań" jest pod tym względem... dużo bardziej zróżnicowana, wręcz nieskoncentrowana, przez co różnice między lepszymi i gorszymi fragmentami są dość jaskrawe, rzucają się w oczy. Zanim przejdę dalej, przypomnę, że gdybym po raz czwarty w życiu nałożył łyżwy i wyszedł na lodowisko, to okazałbym się lepszym łyżwiarzem figurowym, niż poetą, twórcą lub krytykiem tekstów lirycznych, stąd do moich osądów należy podchodzić z pewnym dystansem. Przyglądając się kolejnym zwrotkom, nie znajduję konsekwentnej kompozycji, ani żadnego wzoru, wedle którego dyktowane są wersy per zwrotkę. Policzyłem je i ogółem wygląda to tak: 8-4-8-5-1-5-1-5-7-6-6-7-1-8-4-8-10-2-8-6-3-9-12-6-8-4-3-7-2-6-1-2-5-15-9-4-8-2-1-1-4 Wychodzi z tego czterdzieści jeden zwrotek. No i mam kłopot. Próbowałem to sobie podzielić na kawałki, np. po cztery strofy i początkowo, czyli: [8-4-8-5], [1-5-1-5], [7-6-6-7], [1-8-4-8], jeszcze się wydaje, że wiersz ma jakiś układ, że może nie ma on wzoru na całą rozpiętość tekstu, ale wzory na kolejne zestawy czterech wersów. Ale zaraz potem mamy: [10-2-8-6], [3-9-12-6], [8-4-3-7] i tak dalej, i tak dalej, gdzie trudno doszukać się wzoru. Może jestem drobiazgowy, ale spędziłem nawet troszkę czasu przyglądając się numerkom, doszukując się równań, ukrytego przekazu, ale chyba do niczego konkretnego nie doszedłem. Poza tym, im dalej, tym bardziej staje się to nieregularne, natomiast pod koniec przez moment miałem wrażenie, że autorka chciała napisać zwykłe zakończenie (to znaczy, gdyby był to fanfik ze zwykłą narracją, acz pierwszoosobową), jakby to nie miała być liryka. Może ta nieregularność miała oddać pogłębiające się załamanie narratorki, jej emocje, niestabilność, ale nawet jeśli, nie jest to to samo widoczne, wyraziste wrażenie, co przy zmiennych gabarytach kolejnych części "Ewolucji...", symbolizujących rozmiary gwiazdy na poszczególnych etapach jej cyklu życia. Skoro już zahaczyłem o zakończenie, wspomnę, że to non omnis moniar na samym końcu, o ile ma sens w kontekście treści zwoju pozostawionego bohaterce, o tyle wydało mi się dość banalne i nie sprawiło zbyt dobrego wrażenia. Hm, tak teraz spoglądam na swoje rozważania o numerologii i dochodzę do wniosku, że chyba mi creepypasta "Fallout 3: Numbers Station" za mocno weszła Ale było ciekawie, nie powiem, że nie. Lubię poszukiwać, lubię się domyślać, nic na to nie poradzę. A co, jeśli w tych cyfrach serio zaszyfrowana jest data mojej śmierci? Z innych rzeczy, które mi zgrzytały, wspomnę o - to także czysto subiektywna opinia - znakach interpunkcyjnych, które przeważnie zaburzały mi i tak już rozjeżdżający się, nieregularny rytm utworu i powodowały mieszane wrażenia. Oto trzy losowe przykłady, generalnie, ilekroć widziałem przecinek, wielokropek, czy kropki, wewnątrz wersu, czy też wykrzykniki, instynktownie chciałem się zatrzymywać, przerywać, ale jednocześnie chciałem to czytać w sposób ciągły, przeskakiwać od słowa do słowa, doszukując się rytmu, próbując jakoś to zebrać, a tymczasem tekst nakazywał mi się zatrzymywać, czekać i ogólnie trochę mi to przeszkadzało. Aczkolwiek, zdarzył się moment, gdzie udało się sklecić z tego ciekawą pod kątem stylistyki rzecz: Tę zwrotkę akurat czytało mi się dobrze i brzmiało to ładnie, pomimo dość banalnego/ średniego rymu w drugim zestawie wersów (pytany-kochany), acz troszkę szkoda, że autorka nie spróbowała stworzyć rymów podwójnych w miejscach, gdzie przewijają się cytaty z ukochanego bohaterki. Pewnie byłoby to trudne, może i trzeba by było całkowicie wymienić cytowane słowa i zmodyfikować sens zwrotki, ale myślę, że mógłby to być ciekawy eksperyment. Innym razem, zwrotka kończy się (wręcz jakby urywa), a pod spodem rozpoczyna się kolejna... która pierwszym (bądź jedynym, jeżeli chodzi o pojedyncze wersy) wersem rymuje się z poprzednią i wydaje mnie się, że to zabieg znany z liryki, niemniej nigdy za bardzo tego nie rozumiałem i niezbyt mi leżało. Jednocześnie, niezłe, ładne rymy (pegaza-odraza, złudzenia-zapomnienia) przeplatają się z bardziej banalnymi (zwierzenia-marzenia, zobaczyć-przebaczyć), co powoduje dość mieszane wrażenia. To główne problemy, jakie miałem z formą. Rytm się rozjeżdża, przy czym owe rozjechanie okazuje się dosyć szerokie, towarzyszą temu dodatkowe zaburzenia spowodowane interpunkcją, no i pod względem kompozycji, jest dosyć nieregularnie, natomiast sama historyjka, o ile nie jest ona najoryginalniejsza, wciąga i ma polot, natomiast, gdy przewijają się te lepsze, ładniejsze fragmenty, udziela się miły nastrój, dzięki czemu tekst czyta się całkiem przyjemnie. Niemniej, chciałbym z tego miejsca zapytać autorkę - czy jest dzieło/ dzieła, którym/ którymi się inspirowała, na którym/ których się wzorowała? Chociażby rozpisując te zwrotki na różne ilości wersów, komponując tekst tak, a nie inaczej, czy też stosując różne zabiegi stylistyczne, w oparciu o wykrzykniki, czyli akcentując emocje. Jestem ciekaw, czy można tę konstrukcję do czegoś porównać i to przeanalizować z innej strony. Generalnie, nie mam jakichś szczególnie negatywnych wrażeń z tekstu, ale nie mam też czegoś, co mógłbym przywołać, by się nad tym rozpłynąć, niemniej chciałbym pochwalić odwagę oraz próbę napisania liryki, zauważając, że tekst ma swoje momenty, ma nastrój, często brzmi całkiem ładnie i czyta się go miło, ale równie często pojawiają się zgrzyty, momentami moją uwagę zwracała kompozycja, co do której więcej miałem pytań, niż powodów do zachwytu, natomiast w pozostałych przypadkach było po prostu solidnie, czy tylko ok. Utwór jest dosyć nierówny, nie mam pojęcia, czy to było pierwsze starcie autorki z formą wiersza, jeżeli owszem, no to w sumie nie było źle, natomiast, jeżeli któreś z kolei, zżera mnie ciekawość jak wyglądały poprzednie i jaki dokonał się na tym polu progress. Myślę, że taka wiedza pomogłaby mi wyprognozować sobie, jakich jakościowo wierszy mógłbym się spodziewać w przyszłości, o ile autorka zdecyduje się kiedyś do owej formy powrócić. Ewentualnie, wpleść wiersz lub piosenkę w przyszłe fanfiki. Znaczy, w "normalną" narrację ;) Ogólnie, to było ciekawe doświadczenie. Miało swoje momenty lepsze, gorsze, solidne, zgrzytające, usystematyzowane, nieregularne. Wydaje mi się, że tutaj trzeba podejść tak, jak zazwyczaj - przeczytać, zastanowić się i podzielić opinią, czy się podobało, czy nie, co wypaliło, a co okazało się chybione, te sprawy. Na pewno takie dane będą cennymi wskazówkami, no i myślę, że jest o czym dyskutować, nad czym się zastanawiać i co doradzać. Jak wspominałem, to było ciekawe. Tekst jak najbardziej godny analizy oraz uwagi, aczkolwiek, mimo pomysłu, blednie przy dużych produkcjach autorki, do których lektury również zachęcam :D
  7. W przyjemnością powracam do "Cienia Nocy", choć tym razem, by odpowiedzieć na kilka pytań oraz poteoretyzować. A raczej, nadinterpretować. Albo jeszcze lepiej - zgadywać. Długo o tym myślałem, ale dyskusja w ramach czytania rozdziału siódmego na Kąciku Lektorskim zachęciła mnie, a raczej, ośmieliła, by wyjść znacznie dalej poza ramy, które sobie pierwotnie ustaliłem. Szczególnie myśl, jakoby postacie miały naprawdę małe pojęcie o historii i nie mogą wiedzieć, co jest grane, skoro obiektywnie nie mają źródeł wiedzy, ani skąd się dowiedzieć... Zupełnie, jak czytelnicy W jakimś sensie. Autorka zapewne będzie mieć niezły ubaw z tego, jak usiłuję znaleźć drzewo siedząc na gałęzi, ale liczę, że cokolwiek, co sobie dopowiedziałem, wyda się w miarę ciekawe Nooo... Może to moje spaczenie po gierkach retro, ale nie powiedziałbym, że to chwila. Ale to tylko ja Ale rozumiem, że inaczej czas płynie, gdy się steruje i ogląda to na ekranie, a inaczej, kiedy się to czyta, gdzie w tekście rzeczy są opisywane słowami, nie obrazem. Wciąż, nie pomyślałbym, że trwało to właśnie tyle, bo czuło się, że trwało nawet dłużej. Że poszczególne akcje trwały zbyt długo. No, ale zgodzę się z przedmówcą, to są detale. Bez ściemniania – zdecydowanej większości kwestii po łacinie nie czytałem, zaś przy pierwszym czytaniu jedynym, nad czym się pochyliłem, było znaczenie imienia Gdyż zaciekawiło mnie to, dlaczego miałby być zwany również Zważywszy na zapowiedzi, że w tekście przewinie się łacina, od razu skojarzyłem sobie imię z tymże zacnym językiem i spróbowałem je przetłumaczyć. Pierwsza próba niewiele dała, więc podzieliłem imię na dwa człony. Zadziałało. W nawiązaniu do jednego z Twoich pytań, odnośnie tego właśnie osobnika... W każdym razie, zmierzyłem się z kwestiami po łacinie przy okazji drugiego czytania, wprawdzie nie odbyło się ono w ramach sugestii drugoplanowych, o których wspominałem poprzednim razem, ale znalazłem trochę czasu w zeszłą sobotę, po czym miałem ładnych parę dni na zebranie myśli i sformułowanie teorii. Uwierzcie mi, analizując szczegóły, rozdział ma naprawdę wiele do zaoferowania, dociekliwy czytelnik powinien móc, w drodze analizy, dopowiedzieć sobie możliwe scenariusze, wpisać je w znaną dotychczas chronologię i w ten sposób wyjść z niejedną teorią na temat tego, o czym tak właściwie był ten rozdział i co próbowała schować przed nami autorka. A także, co tak naprawdę mogło się wydarzyć w tym świecie i jak bardzo błądzą znajome postacie. Jak się domyślam, zdecydowana większość tych moich domysłów – o ile nie wszystko – nie będzie mieć nic wspólnego z wizją autorki i po prostu okaże się, że cały czas chodzi o coś innego, ale jak wspominałem na początku, liczę, że będzie to co najmniej interesujące, a przy sprzyjających wiatrach, otworzy szerszą dyskusję, o spoilerach, ukrytym lore w "Cieniu Nocy" oraz przyszłości znajomych postaci. Na początek, pytanie odnoszące się do jegomościa, którego hintnąłem w recenzji jako sojusznika, którego w pewnym momencie napotyka Night Shadow. Jeszcze więcej o tejże postaci: Sporo się naprodukowałem, a przecież rozchodziło się tylko o to, czy domyślam się, kim jest niemniej, potrzebowałem nie tylko uzasadnienia, ale także wyczerpującej bazy pod kolejne odpowiedzi i teorie, zatem nie przedłużając... Co nieco więcej o tym, dlaczego idę ze swoimi teoriami tak daleko: Tak poza tym, możliwości te wydają mnie się ciekawe w kontekście bezsensowności wojen, przemocy oraz śmierci niewinnych, czyli motywu, który przewija się na dłużej po raz pierwszy właśnie w rozdziale siódmym. I który zarazem dodaje kolejną warstwę głębi do jej charakterystyki. Jestem bardzo ciekaw, dokąd dalej zabrnie ten aspekt Zatem tyle w ramach odpowiedzi na zadane pytania, przeplatanych własnymi teoriami, mniej lub bardziej śmiałymi, no i interpretacją poszczególnych elementów fanfika. Oprócz tego, w nawiązaniu do tego, o czym już pisałem, mam jeszcze parę szybkich, luźnych przemyśleń. Teoria Otchłani: Każda wizyta w Alikorngard jest spersonalizowana: Przyszłość Night Shadow: Uff... To by chyba było na tyle tych moich teorii. Przyznam, że wymyślanie tego, spisywanie uzasadnień, argumentów oraz wpisywanie całości w to, co już mamy, było dla mnie niemała frajdą Tym bardziej przychylam się do opinii Verlaxa, że do tej pory to najlepszy rozdział i o ile poprzeczka wisi niebotycznie wysoko, myślę, że jest możliwe napisanie kolejnego kawałka, co najmniej tak samo dobrego tekstu w ramach "Cienia Nocy". Oczywiście zachęcam do lektury, jeżeli jeszcze tego nie uczyniliście, a także do dyskusji oraz snucia teorii Pozdrawiam!
  8. Kolejny, siódmy rozdział zremasterowanej wersji "Cienia Nocy" jest dziełem, przy którym miałem plan spędzić jeszcze trochę czasu, na etapie prereadingu i korekty. Szczęśliwie dla czytelników, autorka mnie uprzedziła, toteż już w ten ostatni dzień tygodnia roboczego możemy cieszyć się nowym materiałem, trudno o lepszy początek weekendu ;) Jednakże pozwolę sobie uściślić, w kontekście tego, co chciałem wykonać – rozumiem jak najbardziej chęć budowania poszczególnych opisów ze zdań prostych, krótkich, celem nadania dynamizmu, zamierzonej chaotyczności, elementu zaskoczenia, lecz zważywszy na to, że rozdział (dużo dłuższy i bogatszy w content, względem poprzedniej wersji) posiada fragmenty spokojniejsze, w niektórych miejscach próbowałbym połączyć co krótsze zdania w jedno dłuższe, rozbudowane, by w ten sposób skomplementować ów spokojniejszy ton, jaki raz po raz udziela się w rozdziale. Podkreślam, jest to tylko i wyłącznie moja subiektywna sugestia, w znacznej mierze wynikająca z własnych upodobań, nie jest to sprawa obiektywna, jak ortografia czy interpunkcja, zatem z pewnością niczego Państwo nie tracą w związku z tym, że "zaspałem" z nadprogramowymi propozycjami względem formy rozdziału Zakładając oczywiście, że decyzją autorki, rzeczywiście cokolwiek trafiłoby do finalnej wersji tekstu. Powracając na chwilę do wyżej wspomnianych spokojniejszych fragmentów, nie powiedziałbym, że były to elementy podpadające pod [Slice of Life], ale z pewnością w płynny sposób spowalniają one akcję, dając czas na wzmocnienie klimatu oraz zwracając uwagę czytelnika na szczegóły, czy przeżycia wewnętrzne protagonistki. Każdy, kto czytał i wciąż pamięta stary rozdział siódmy (opatrzony wówczas innym tytułem), od razu zauważy jak wiele nowych rzeczy dodała autorka, przy okazji dużo, dużo lepiej realizując szeroko pojętą tajemniczość – zgodnie z zapowiedzią, w sposób mroczny, krwawy, niekiedy całkiem brutalny, na przykład w postaci opisów odnoszonych obrażeń. Główną bohaterką oczywiście pozostaje Night Shadow i to w znacznej mierze wokół niej krążą przedstawione w rozdziale wydarzenia, ale Łowcy, w mojej ocenie, otrzymali całkiem sporo czasu na to, by mieć swoje momenty i brać udział w fabule w sposób aktywny (a im bliżej końca, tym tejże akcji więcej), choć najbardziej spośród znajomych najemników błyszczy Bastard Spell. Występ Javelin Ichora oraz Blood Makera uznaję za satysfakcjonujący i taki, który się zapamiętuje, Random Adventure zdawał się przebijać w początkowych partiach rozdziału, potem, na moje wyczucie, "przewijał się", ale robił swoje, podobnie jak Awful Look, który z kolei wybił się pod koniec... Lecz z zupełnie innych powodów. Przyjąwszy zlecenie od samego Darkness Sworda – ojca Night Shadow – bohaterowie wędrują do upadłego przed laty Alikorngard, w poszukiwaniu Amuletu Alikorna. Nie wszyscy są zdecydowani na wyprawę, bowiem nie będzie to ich pierwszyzna, zaś nauczeni doświadczeniem, wiedzą już, czego się spodziewać. Istotnie, na miejscu czyha mnóstwo niebezpieczeństw, spośród których nieumarli wydają się stanowić najmniejszy problem – nie to, co wciąż chodzi po przeklętej ziemi stanowi największe zagrożenie, lecz to, co kryje się w głębinach, a co najwyraźniej wzywa do siebie Night Shadow. Z czasem, bohaterka doświadcza niepojętego, walcząc z tytułowymi grzechami, przeszłością, ale również własnymi słabostkami. Nie oznacza to jednak, że w trakcie tej niezwykłej wędrówki nie znajdzie sojusznika. Powróciwszy do rzeczywistości, wraz z Łowcami zmierza ku ostatecznej konfrontacji z królem Alikorngard, który wciąż tkwi we własnym limbo, jak się okazuje, wraz z poszukiwanym przez bohaterów Amuletem Alikorna. Czy są gotowi uiścić cenę jednego życia, by odejść z pustymi kopytami, a może zaryzykują wszystko, by uzyskać szansę na zdobycie Amuletu? Odpowiedzi znajdziecie w tekście. Tak przedstawia się zarys fabularny najnowszej odsłony zremasterowanego "Cienia Nocy". Jak nietrudno zauważyć, mamy szereg nowych wątków, co oczywiście oznacza nowe sceny, lokacje, a także momenty, w których to udzieli się to mroczniejsze, tajemnicze oblicze tej części historii, choć w inny, bardziej wyrazisty sposób, niż zapamiętaliśmy. Wszystkiego jest więcej, jest to też obszerniej i lepiej opisane, jednym z moich ulubionych przykładów jest opis Alikorngard. Lokację tę możemy sobie bez problemu wyobrazić, także kolorystycznie, a jednocześnie pole do własnych wyobrażeń jest na tyle szerokie, że mimo pewnych podstaw, jakie dała nam autorka, w zależności od odbiorcy, każdy może mieć nieco inną wizję upadłego miasta alikornów. To jest, moim zdaniem, świetne, za to się kocha słowo pisane :D W podobny sposób zrealizowano przeżycia wewnętrzne Night Shadow – powiedziałbym, że jej reakcje na to, co się dzieje, na istoty, które napotyka, myśli, a także chwile słabości, to wszystko czyni z niej postać, którą tym bardziej chcę śledzić, której tym bardziej chcę kibicować i która nabiera głębi, po prostu. Innym przykładem są opisy zniszczeń różnych struktur, śladów pozostawionych przez czas, a które dają nam pojęcie o tym, co kiedyś mogło się wydarzyć, podobnie zresztą są opisywane obrażenia, rany, stan, w którym Night Shadow zastaje kolejne trupy, wliczając w to nie tylko kwestie cielesne, ale także zniszczenia ubioru. Czy to jakieś zastygłe strużki, pęknięcia, plamy krwi i ropy, czy niepokojące wrażenie "normalności", jakby lada moment miał wstać nowy dzień, a na zewnątrz mieliby wyjść mieszkańcy Alikorngard, jak gdyby nigdy nic złego się nie wydarzyło, te drobne szczegóły mają duże znaczenie i wspólnie tworzą, mimo nastroju, barwną treść, którą doskonale się śledzi i która, jakkolwiek przewrotnie miałby to brzmieć, żyje w wyobraźni odbiorcy ;) Nie chciałbym spoilerować niczego więcej, toteż powiem tylko tyle, że po lekturze czuję się "najedzony" – rozdział ma aż sześćdziesiąt sześć stron (Serio, tyle się u mnie wyświetla, choć na ostatniej widnieje tylko jedno zdanie. Pewnie jakiś glitch po mojej stronie xD), ale wciąga jak diabli, chociaż jednocześnie starałem się wyłapywać różne usterki i zwracać uwagę na formę, w ogóle nie zauważyłem upływu czasu, który to czas okazał się naprawdę dobrze spędzony. Jak dla mnie, tempo akcji zostało poprowadzone praktycznie bezbłędnie. Były fragmenty, w których dominowała akcja, napięcie, robiło się przy tym mrocznie, czuć było zagrożenie, a z drugiej strony, przewijały się momenty spokojniejsze, koncentrujące się na psychice i przeżyciach głównej bohaterki, tam również było pewne napięcie, mrok, niebezpieczeństwo wyziewało z każdego kąta. Ale nie są to jedyne rzeczy, które pozostają wspólne dla obu typów scen. Przez cały czas czuć przygodę, czytelnika trzyma się poczucie, że dzieje się coś ważnego, wszystko zostało podlane sytą porcją fantastyki, z elementami grozy do smaku. Obawiałem się troszkę wrażenia czysto rzemieślniczej pracy, jednakże, nawet jeżeli to właśnie jest na rzeczy, nic a nic tego nie odczułem. Dodatkowo, przejścia między fragmentami bogatszymi w akcję, pojedynki, zaklęcia, próby ucieczki, a scenami prowadzonymi spokojniej, skupiającymi się na Night Shadow, są bardzo płynne, toteż ani razu nie wydawało mi się, że akcja nagle szarpie do przodu albo zostaje sztucznie stonowana. Znakomita robota! Kreacje bohaterów, choć dużo lepsze i bardziej urozmaicone, to jednak radykalnych zmian w ich charakterach nie uświadczymy. I chyba bardzo dobrze, w końcu po co naprawiać coś, co nie jest zepsute? Postacie są po prostu takie, jak je zapamiętaliśmy z poprzedniej wersji, tylko lepiej zarysowane, aktywne, powiedziałbym, że bardziej żywe, przez co żywiej zapadają w pamięci, a ich losy chce się śledzić z większym zaangażowaniem. Mamy zatem satysfakcjonujący rozwój znajomych charakterów, spośród których najwięcej zyskał w mojej opinii Bastard Spell. Wydał mnie się bardziej zdeterminowany, nieustępliwy, dużo silniejszy. ...no i wypadł wiarygodnie jako lider: ten przywódca najemników-pegazów, ten nauczyciel młodej królewny, alikorna. Bardzo dobrze wykonana postać, miałem wrażenie, że na jego kreację przeznaczono sporo czasu i skierowano dużo wysiłku. Plus, doceniam chwilę niepewności, kiedy to... Zyskują także kreacje Javelin Ichora oraz Blood Makera. Szczegółami nie tylko zadbano o nieco lepsze nakreślenie relacji między tymi dwoma, ale znacząco, o ile mnie pamięć nie myli i oczywiście moim zdaniem, zwiększono ich siłę. Bohaterowie ci walczyli moim zdaniem skuteczniej, co ciekawie kontrastuje ze strachem, gdy zbliżali się do zamku, na początku. Mimo obrażeń, pewnej przewagi przeciwnika (również zważywszy na otoczenie oraz warunki), nie poddawali się, potrafili zadawać uszkodzenia... Generalnie, zrobili na mnie wrażenie, jako wiarygodni wojownicy, podejmujący walkę i mimo braku perspektyw na odniesienie zwycięstwa, w sensie, zabicia na śmierć wszystkich przeciwników, potrafili stawić opór dostatecznie długo, by dać czas swemu przywódcy oraz "zabezpieczyć" ucieczkę. W tym wszystkim przewija się gdzieś Green Crossbow, co do którego mam chyba najmniej do powiedzenia. Po prostu jest sobą i robi swoje. Chociaż bardzo dokładnie podkreślono jego wiarę w Harmonię, nie przypominam sobie tych szczegółów z poprzedniej wersji. O Randomie oraz Awfulu już wspominałem, nie mam więcej do dodania w tej materii. Mamy zatem kompetentnie wykreowane i poprowadzone postacie, jedne oczywiście pełnią ważniejszą rolę, robią więcej, a także spędzamy z nimi więcej czasu, drugie natomiast wspierają je, działają sobie, niby nic wielkiego, ale ich obecność cieszy, bo bez nich fabuła, na tym konkretnym etapie, nie byłaby kompletna. Świetna sprawa ;) Powracając jeszcze do głównej bohaterki, jej zapadających w pamięć, charakterystycznych momentów jest więcej, vide rozgryzanie pułapki opartej na iluzji i wyszukiwanie bezpiecznego gruntu, czytało się to jak grę w platformówkę, sympatyczna rzecz :) Innym razem są to kolejne próby, którym jest poddawana Nighty, a także pomysł wykorzystania talentu do iluzji celem zdobycia artefaktu, w miarę możliwości, bez walki. Za każdym razem było to interesujące, utrzymane w odpowiednim nastroju, wszelkie okazje do pochylenia się nad przemyśleniami, emocjami, wątpliwościami czy aspiracjami Night Shadow, zostały wykorzystane dobrze, niekiedy nawet w troszkę zaskakujący sposób, przynajmniej dla mnie. To pozostawia mnie z kwestią pojedynku wieńczącego rozdział. Cóż, to chyba najtrudniejsza dla mnie sprawa. To prawda, że build-up tej walki został zrealizowany bardzo dobrze, obszernie, klimatycznie, dobrym tempem i tak dalej, i tak dalej. To prawda, że wymiany zaklęć, opisy poszczególnych akcji, obrażenia, to także mocna strona finału rozdziału, gdzie nie tylko akcja znajduje swoją kulminację, ale również ogólny chaos oraz poczucie zagrożenia (co jest niemałym osiągnięciem, zważywszy na to, że przecież mamy ciąg dalszy, wiemy, komu się uda, że ci bohaterowie mają przed sobą przyszłość), co owszem, nadaje dynamizmu i stwarza napięcie, dzięki czemu śledzi się to na skraju krzesełka. Natomiast, mam pewne wątpliwości, czy walka ta nie okazała się troszkę przeciągnięta. Nie zrozumcie mnie źle, to było bardzo satysfakcjonujące zwieńczenie, ale myślę, że było ono nieco za długie. Tak, to jest możliwe – można coś przeciągnąć i uczynić to męczącym, nużącym, a można przeciągnąć, ale nie stracić przy tym satysfakcji, ustrzec się przez wrażeniem przesytu. Przeciągnięcie walki oznacza, że protagoniści dłużej wymieniają kolejne ataki, wykonują uniki i odnoszą uszkodzenia, a to rodzi pytanie jak to wytrzymali i ujmuje troszeczkę wiarygodności, że istoty te, w tym konkretnym świecie przedstawionym, funkcjonującym na takich, a nie innych zasadach, faktycznie mogły to przeżyć. Jasne – Bastard Spell może być usprawiedliwiony, skoro... Jednakże co do reszty, łącznie z Night Shadow, pod koniec zaczynałem już trochę powątpiewać. Początkowo uwagę na tym polu zwracał przede wszystkim Awful Look, ale im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że coś za żywotni są ci awanturnicy. Akurat Awful... Ale co do reszty, próbowałem to sobie wyjaśnić, że to przecież doświadczeni najemnicy, pewnie dużo trenują, są zahartowani, a jednak nadal trzymały mnie się wątpliwości. Co chyba jest pewną sprzecznością, no bo w końcu dzięki temu zyskały kreacje Javelina i Blooda, Bastard Spell mógł zabłysnąć, a poza tym, mamy kontynuację realizacji myśli, że alikorny nie są maszynami do niszczenia wszystkiego i zabijania każdego byle mrugnięciem oka – obrywa nie tylko Night Shadow, ale także nieumarłe alikorny i to od "byle" pegazów – a mimo to, jak dla mnie, trwało to trochę za długo. Może to przez wgląd na chaotyczność, która zapewne miała dopełniać efektu – po pewnym czasie człowiek zaczyna się do tego chaosu przyzwyczajać i w jakimś sensie ulega on "uporządkowaniu", więc i emocje nie są już takie, jak początkowo, gdy walka się rozkręcała. Niemniej, końcówka godnie zamyka rozdział i wzbudza apetyt na kolejne zremasterowane rozdziały. Zwłaszcza, że im dalej, tym więcej nowości, tym lepiej wykonane są znajome sceny, tym bardziej dopracowane opisy i kreacje postaci, jest także klimat, który wręcz wylewa się z ekranu i nie pozwala się oderwać. Wszystko, czego dusza zapragnie ;) Podsumowując, mamy bardzo dobry miks przygody z fantastyką, z pewną domieszką grozy, całość utrzymana jest w tajemniczym, mrocznym nastroju, dzięki któremu rozdział ma charakter, nie pominięto przy tym bohaterów, których kreacje cieszą i satysfakcjonują, zaś obok akcji, tajemnicy, znalazło się miejsce na pewne światotworzenie, głównie w materii lore alikornów, z czego wynika rozbudowa charakterystyki Night Shadow – ciekawskiej, zdeterminowanej, acz nadal posiadającej pewne słabe punkty, z którymi również toczy walkę. Wszystko to jest bardzo zajmujące i nie tylko zachęca do dalszego odkrywania fabuły, ale również do obserwowania rozwoju postaci królewny, czytelnik chce zobaczyć, jak staje się coraz silniejsza i jak dąży do celu. Wizerunek poszczególnych lokacji jest budowany również poprzez niuanse, które owszem, mają znaczenie i nadają całości smaku oraz charakteru. Dzięki szczegółom, dobrze wkomponowanym w treść, możemy sobie wyobrazić kolejne rzeczy, a otoczenie wydaje się żywe, plastyczne. Widzimy oczyma wyobraźni barwy, struktury miejsce, zniszczenia, wręcz czujemy smród śmierci, a jednocześnie wiele możemy sobie wizualizować samodzielnie, co sprawia, że wrażenia z lektury mogą być różnorodne w zależności od czytelnika, pomimo pewnej wspólnej podstawy. Stąd, rozdział nie jest "sztywny", a my swobodnie brniemy dalej, aż do zakończenia. Plus, ciekawe zagadki i tajemnice do rozwikłania po drodze. Ostatecznie, była to lektura wciągająca, ciekawa, miejscami nawet zaskakująca, innym razem budząca niepokój, ale zawsze ujmująco tajemnicza, nastrojowa. Gorąco polecam zarówno nowym, jak i dotychczasowym czytelnikom, zwłaszcza tym, którzy pamiętają stary "Cień Nocy" Osoby, które chciałyby napisać coś przygodowego, mroczniejszego, a którym przydałaby się inspiracja, też powinny zajrzeć. Raczej się nie rozczarują. Zachęcam także do komentowania i dzielenia się własną opinią. Co sądzicie o tym rozdziale, czy przebił wszelkie oczekiwania, a może czegoś Wam zabrakło? Co Was zaskoczyło, a co udało się przewidzieć, no i jak zapatrujecie się na końcowy pojedynek? Czy był za długi, a może w sam raz, a może – w końcu co człowiek, to opinia – przydałoby się go jeszcze więcej? :D Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w dalszym pisaniu, a także remasterowaniu.
  9. Jeżeli miałbym opisać „Grotę” jednym słowem, powiedziałbym, że było to opowiadanie imponujące. Dlaczego? Głównie z uwagi na satysfakcję, jaką sprawiło czytelnikowi wysoką jakością wykonania. Racja, początkowo można odnieść subtelne wrażenie czysto rzemieślniczej pracy, lecz odpowiednio szybko wkracza znakomicie podkreślony klimat, dzięki któremu początkowe odczucia mijają, a czytelnik bez pamięci zatapia się w lekturze, nie mogąc się oderwać. A przynajmniej tak właśnie było w moim przypadku Przechodząc od ogółu do szczegółu, imponująca, godna pochwały oraz naśladowania jakość udziela się opowiadaniu na praktycznie każdej płaszczyźnie. Przede wszystkim, nastrój oraz stylistyka, dzięki której to pierwsze, w mojej opinii, wypada tak dobrze i udziela się niemalże od razu po rozpoczęciu czytania. Naprawdę, bardzo, ale to bardzo spodobały mi się te solidne, przemyślane co do najdrobniejszego szczegółu opisy, nierzadko wzbogacone o nazwy własne, głównie statków kosmicznych, niemniej to bardzo atrakcyjny dodatek, który pomaga zorientować się z którym uniwersum zostały skrzyżowane kucyki, o ile ktoś przeoczył zapodane grafiki, tudzież zaspał. Generalnie, wydaje mi się, że gdybym miał przytoczyć fragmenty, które najbardziej mi się spodobały, musiałbym zacytować tutaj jakieś dziewięćdziesiąt procent opowiadania. Mógłbym wybrać jakieś próbki, ale wydaje mi się, że wyrwane z szerszego kontekstu, mogłyby wydać się zwykłe, a na pewno nie aż tak imponujące, a to byłaby ogromna strata. Niezależnie od tego, czy to opis otoczenia, wykonywanych przez postacie czynności, gestów, czy też – skądinąd znakomite, perfekcyjne wręcz – pojedynek między Mistrzynią, a uczennicą, wszystko czyta się tak, jakby było to profesjonalna robota, a klimat wylewa się z ekranu hektolitrami. Co więcej, opowiadanie powinno okazać się w pełni przystępne i zrozumiałe także dla kogoś, kto nie jest fanem Gwiezdnych Wojen, a nawet przez całe swoje życie nie obejrzał ani jednego filmu, nie przeczytał ani jednego komiksu, co najwyżej zbierał tazosy, jeżeli urodził się w odpowiedniej epoce. Gracze mogą skojarzyć postać Starkillera ze „Star Wars: The Force Unleashed” na platformy siódmej generacji, niewykluczone, że ktoś skojarzy „Star Wars” z zestawami Lego, które niegdyś dało się pobrać z półki w sklepie. Niezależnie od tego, czy ktoś urodził się o czasie, by na bieżąco śledzić sukces Gwiezdnych Wojen, bądź kojarzy lata 90, gdzie tazosy i Lego podejmujące uniwersum zdobywały popularność, tudzież bliższe są mu współczesne czasy oraz najnowsze odsłony filmowego cyklu, z pewnością odnajdywanie nawiązań sprawi trochę radochy, natomiast ci, którym owe uniwersum jest kompletnie obojętne również będą mogli oddać się lekturze i zrozumieć, o czym to jest, bez najmniejszego skołowania, czy zagubienia. I to jest świetne. Jednak nie samymi opisami człowiek żyje, skoro to starcie dwóch istnień, no to wypadałoby, by bohaterki co nieco powiedziały, weszły w interakcję inną, niż pojedynek. W pewnym momencie mamy dosyć sporo dialogów, jakby na moment opisy zostały odsunięte na bok, a czas się zatrzymał, po to, by obie strony mogły wygłosić swoje stanowiska, co dla czytelnika jest okazją do zaczerpnięcia z ich kreacji oraz poznania ich tła. Faktycznie, był to moment, w którym dialogi zdominowały opisy, jednakowoż kwestie mówione okazały się obszerne, napisane z charakterem, zupełnie tak, jakby były to opisy, toteż zero zarzutów w mojej strony. Powiem więcej – był to moment, od którego zaczęło narastać napięcie, co znalazło swoje rozwinięcie w scenie walki, natomiast ujście w punkcie kulminacyjnym oraz w zwrocie akcji, od którego natężenie akcji skokowo spadło, zostawiając nas z zakończeniem. Wydaje mi się, iż był to wręcz podręcznikowy przykład prowadzenia akcji. A skoro o akcji mowa, nie sposób nie wspomnieć o dobrym tempie, które dało czytelnikowi akurat tyle czasu, by dać się porwać, wciągnąć w treść, a między wierszami chłonąć klimat, przy jednoczesnym zapewnieniu, że ilość okazji do nudy, czy wrażenia dłużyzny bądź nagłego przyspieszenie wyniesie okrągłe zero. Słowem, akcja została poprowadzona bardzo kompetentnie, autor nie zostawił sobie najmniejszego miejsca na błąd. Co prawda czuć trochę, że jest to przełomowy punkt w dłuższej historii, lecz z uwagi na wypowiadane przez bohaterki szczegóły, można część fabuły sobie dopowiedzieć, do czego jednak nie wystarczy sama wyobraźnia, dobrze by było znać realia oraz fabułę Gwiezdnych Wojen, aczkolwiek trudno mi określić jaki stopień znajomości będzie wystarczający. Póki co, nie zanosi się na to, by autor do tej historii powrócił, bądź też zaprezentował inne, wybrane z chronologii, przełomowe epizody, natomiast widzę potencjał, który doświadczony, znający crossoverowane uniwersum pisarz, mógłby przekłuć w coś dużo większego, rozmiarami w jakiś sposób nawiązującymi do tegoż świata, toteż w tym sensie oceniam opowiadanie również jako inspirujące. Nie da się tez ukryć, że jest to jakaś zachęta do odświeżenia sobie Gwiezdnych Wojen, tudzież rozpoczęcia swojej przygody z tymże dziełem, aczkolwiek akurat w moim przypadku, zapewne skutki będą mierne, ale prędzej przez braki wolnego czasu oraz i tak już zbyt długa listę rzeczy do nadrobienia. Cóż, może kiedyś... Z pojedynkami zazwyczaj jest dosyć ryzykowanie. Można wyróżnić kilka gałęzi tego aspektu pisarstwa, począwszy od zwykłych pojedynków na czary, poprzez sceny batalistyczne z wykorzystaniem bardziej ludzkiego, współczesnego sprzętu wojskowego, na broni białej, czy gołych kopytach kończąc. W przypadku „Groty”, powiedziałbym, że mamy fuzję magii z bronią białą. Występująca w opowiadaniu Moc bardzo przypomina typowe zaklęcia, natomiast miecze świetlne wpisują się w broń białą, służącą do walki wręcz, po prostu, że tak to ujmę „zasilanie” jest nieco inne, gdyż zadawanie uszkodzeń nie opiera się wyłącznie na użyciu mięśni, ostrze składa się z energii, która również wnosi swoje do ogólnej siły oraz skali odnoszonych przez przeciwnika obrażeń. Znów muszę pochwalić opowiadanie, gdyż autor doskonale opisał zarówno ruchy i akcje oparte na Mocy, jak i wymianę ataków zadawanych przy pomocy mieczy świetlnych. Zwłaszcza przy okazji postaci Mistrzyni, Darth Eclipse, która operuje dwoma mieczami. Ogółem, znakomicie zrealizowana walka, dość dynamiczna, ale nie zbyt rwąca do przodu, idealnie wyważona pod kątem tempa, a przy tym niezmiennie ciekawa i trzymająca w napięciu, no i nie aż tak przewidywalna, jako, że na chwilę autentycznie zwątpiłem w jedną z postaci, toteż kolejny plus. Jednocześnie, walka nie okazała się zbyt długa, no i poszczególne akcje każdej z postaci były na tyle zróżnicowane, by scena wypadła na różnorodną, urozmaiconą, toteż – ponownie – zero nudy. Całość wieńczy bardzo dobre, satysfakcjonujące zakończenie, które pozostaje otwarte – w ogóle,fanfik pozostaje otwarty z obu stron, że się tak wyrażę – jednakże nie odczułem żadnego niedosytu, jedynie zdrową ciekawość, jak losy tego świata mogłyby potoczyć się dalej. Bardzo przyjemna sprawa i kolejny obszar, na którym autor odniósł sukces Koniec końców, jest to bardzo dobry, pełen klimatu fanfik, który został zrealizowany na tyle kompetentnie, by móc mówić o wrażeniu profesjonalizmu. Stylistyka, konstrukcja opisów, wyważenie tempa akcji, kreacje postaci oraz sposób, w jaki przybliżane są nam rzeczy, wszystko to wypadło szalenie imponująco, cieszy również fakt, że tekst jest w sumie dla wszystkich i ci, którzy nie znają uniwersum Gwiezdnych Wojen, w żadnym wypadku nie powinni się czuć dyskryminowani. Zresztą, jest to tam znana, uznana marka, nawiązania do niej pojawiły się w tylu innych dziełach (grach, serialach, komiksach itd.), nie tylko memach, że co ważniejsze smaczki w sumie powinien kojarzyć każdy. Tym lepiej, bo mogę z czystym sercem polecić „Grotę” każdemu – raczej nie pożałujecie, po prostu świetne opowiadanie, zrealizowane znakomicie na każdej płaszczyźnie
  10. Jeżeli jest cokolwiek pozytywnego, co mogę powiedzieć o tym opowiadaniu, to to, że jest to dobry wybór dla osób słabiej widzących. Dzięki odpowiednio dużej czcionce, każdy może się przekonać, jak raczej nie powinno pisać się fanfików Niestety, wszystko w tym tekście jest nie tak i mimo usilnych prób, nie jestem w stanie znaleźć w nim niczego pozytywnego ponad to, o czym już wspomniałem. No, może jeszcze jego gabaryty, które powodują, że nie trzeba wiele czasu, ani skupienia, by zapoznać się z tekstem w całości. Z drugiej strony, w tym samym czasie można np. wykonać speedrun „Super Mario Bros” na NESa i co by nie mówić, będzie to czas lepiej spędzony. Przede wszystkim, minęło trochę czasu, a ja nadal nie wiem, skąd to osamotnienie w tytule, skoro fanfik bynajmniej tej tematyki nie podejmuje, wręcz przeciwnie – Trixie z niczym nie została sama, najpierw pomaga jej Luna, a potem odznaczone kolejnymi numerkami kucyki (a przepraszam, bodajże jednego kuca poznajemy z imienia, drugiego z profesji), które kierują ją na trop tego, czego poszukiwała, już zdążyło mi wylecieć z głowy, co to takiego było, tak bardzo ubogi pod kątem wykonania okazał się ten fanfik. Nad czym mimo wszystko ubolewam, gdyż koncepcyjnie, wydaje się to ciekawe – kontynuacja wydarzeń z „Magic Duel”, zahaczająca o to, jak to się stało, że Trixie dowiedziała się o Hoofdinim i skąd miała instrukcje, jak wykonywać jego popisowe numery, no i wreszcie, jak się tych sztuczek nauczyła. To mogłoby płynnie zaprowadzić bohaterkę do etapu sprzed „No Second Prances”, zaś fanfik mógłby posłużyć za pomost między wymienionymi odcinkami i w tym sensie uzupełnić kanon. Niestety, otrzymaliśmy coś, co udaje, że jest wielorozdziałowcem, nie oferując jednak ani należycie opisanej fabuły, ani kreacji postaci, ani klimatu, w ogóle, czegokolwiek, co pozwoliłoby się wczuć, odnieść wrażenie, że to przemyślana historia, w której realizację włożono bodaj minimum wysiłku. Właściwie, jest to zbiór dialogów, okazyjnie opatrzonych źle napisanymi didaskaliami dającymi znać, że w tle słychać szelest albo czyjś głos jest tajemniczy. Wiecie, że niby nie wiadomo, kto to jest Przypomniało mi to okna dialogowe oraz teksty postaci z gier wykonanych w RPG Makerze, ale tych „moich pierwszych, proszę o wyrozumiałość”, bazującymi na RTP, długimi na parę minut. Narracja chyba miała być pierwszoosobowa. Forma leży, tak się nie pisze ani akapitów, ani narracji, ani dialogów No, chyba, że miały być to RPG Makerowe textboxy, gdzie można zadbać o to, by poszczególne kwestie zostały podpisane imieniem osoby mówiącej. Przewija się ilustracja, w postaci znaczka poznanej przez protagonistkę znaczka, co samo w sobie jest nawet ładne, ale do fanfika wnosi niewiele. Czyżby autor nie wiedział jak ów znaczek opisać, toteż pomyślał, że mały obrazek wyrazi więcej? Nawyraźniej. Fabularnie, wygląda to bardzo ubogo. Mamy odniesienia do dwóch, klasycznych już epizodów, w których mieliśmy okazję podziwiać Trixie, cobyśmy nie zapomnieli co się jej przytrafiło. Ni stąd, ni zowąd, pomoc oferuje jej księżniczka Luna we własnej osobie, jednak nie ma ona zbyt wiele do powiedzenia. Ubóstwo fabularne próbowano zamaskować kolejnymi lokacjami, takimi jak Fillydelphia oraz dodatkowymi kucykami, które spotyka bohaterka, a także próbę (chyba) zbudowania napięcia, nuty niepewności, czy aby na pewno jej się powiedzie. Niestety, wszędzie brakuje wszystkiego – opisów, scen z prawdziwego zdarzenia, kreacji postaci, wiarygodnych dialogów oraz należytej narracji, w ogóle nie czuć, że Trixie ma problem do rozwiązania, że wskazówki Luny w czymkolwiek jej pomagają, że coś się z nią dzieje (z Trixie, nie Luną) i że do czegoś to zmierza. Tekst błyskawicznie wylatuje z głowy, poza tą czcionką, nie ma w sobie niczego, co byłoby warte zapamiętania. A wielka szkoda, gdyż, jak wspominałem, koncepcyjnie przedstawiało się to interesująco, gdyby napisać to porządnie (forma Oneshota powinna wystarczyć), być może wyszedłby z tego dobry, serialowy, klimatyczny fanfik, do którego mile by się wracało Niestety, „Osamotniona Trixie” (tak naprawdę to nie) okazała się zmarnowanym potencjałem, zrealizowanym tak, jakby w ogóle nie był to fanfik. Nawet nie półkrwisty, ani nie ćwierćkrwisty. Niema w nim rzeczy charakterystycznych dla dowolnego, poprawnie napisanego fanfika, bardziej przypomina to szkic, luźną koncepcję, wizualnie przywodzi na myśl gry RPG Makerowe i to takie z niższej półki. W sumie, tempo, skakanie między lokacjami, dialogi i to, jak niewiele wysiłku trzeba, by dotrzeć do końca, jak nieabsorbujące i nijakie to jest, tym bardziej przypomina podobny twór, nie wspominając już o błędach. Tekstu nie polecam. Trixie dostaje wskazówkę, że powinna dokądś się udać, dokąd zresztą się udaje. Następnie, ma odnaleźć i przejąć coś ważnego. Pyta o to losowe kucyki, po czym wypełnia swój cel. I tyle. Hoofdini wspomniany przelotem, co tylko przypomina czytelnikowi o tym, że mogło wyjść z tego coś dużo, dużo lepszego. Niestety, może innym razem, może spod pióra kogoś innego. Wielka szkoda – zabrakło warsztatu, zabrakło (najwyraźniej) chęci, zabrakło wiedzy o tym, jak pisać i jak formatować. Cóż, nie po raz pierwszy i jak znam życie, nie po raz ostatni
  11. Na wstępie powiem, że po cichu liczyłem na jakieś nawiązanie do Franza Kafki (oceniając po tagach), ale w iście komediowym, a może i całkiem absurdalnym stylu. Otrzymałem... no, nie do końca to, ale nic nie szkodzi. Chociaż w sumie... Na upartego dałoby radę to związać Zresztą, historyjka rozpoczyna się znajomo (w kontekście autora, którego przywołałem) – Celestia budzi się i jest czymś innym, w tym przypadku pająkiem. Ale nie takim zwyczajnym pająkiem, gdyż gabarytowo nawiązuje w jakiś sposób do swojej formy alikorna. Protagonistka nie wydaje się być tym faktem szczególnie poruszona, toteż od razu przechodzi do rutyny, jak gdyby nigdy nic. Co jak co, ale radzi sobie ze swoją przemianą i obowiązkami lepiej, niż Gregor Samsa Urocze i intrygujące zarazem. Spodobało mi się otwarcie opowiadania oraz scena z Luną, przy śniadaniu. Cieszą zupełnie drobne rzeczy, jak wystraszona służba, jak zdziwiona Luna, gapiąca się na pajęcze ciało swojej siostry, czy też wszelkie wzmianki o wielu parach nóg, czy oczu, włącznie ze skromnym opisem konsumowania posiłku jako pająk. Jedno mnie tylko zastanawia – skoro widziała siebie samą w odbiciu talerza, to dlaczego dopiero później, gdy dokładnie siebie ogląda, uznaje przed Twilight, że jest pająkiem i postanawia to ogłosić? Jasne, ogłoszenie odbyło się za sugestią lawendowej klaczy (chociaż pewnie nie takiej reakcji oczekiwała), ale samo uznanie swojej nowej formy... Czy już wtedy przy śniadaniu nie powinno paść coś a'la: „Nie, wszystko gra, po prostu jestem pająkiem.”? W każdym razie, dosyć prędko rzuca się w oczy jedyny, ale dość istotny problem tego opowiadania – jest ono za krótkie! Naprawdę, chociaż nie była to najkwieciściej opisana, podniośle przedstawiona, największa epicka przygoda wszech czasów, opowiadanie wciąga od samego początku i cały czas czyta się je świetnie, lekko i niezobowiązująca, a człowiek po prostu się ciekawi, a jego wyobraźnia cały czas pracuje, wyobraża sobie poczynania Celestii w pajęczej postaci. A potem nagle koniec i... ogromny niedosyt. W zasadzie, otrzymaliśmy tylko cztery scenki (przebudzenie, śniadanie, inspekcja, biblioteka), niby każda posiada swój urok (aczkolwiek, inspekcja wypada najmniej fajnie, ale może to tylko moje odczucie), nadal nie mogę się zdecydować czy najbardziej spodobała mi się scenka śniadaniowa, czy ta końcowa, w bibliotece. W każdym razie, chciałoby się tego poczytać więcej i nie sądzę, aby np. dołożenie zbyt wielu extra interakcji różnych postaci z pajęczą Celestią miało popsuć efekt końcowy – zwięzłość to zdecydowanie mocna strona opowiadania, podkreśla sprawne tempo akcji oraz współgra z pewnym absurdem, w jaki zostaliśmy, jako odbiorcy, wrzuceni, ale drugie tyle, a może nawet jeszcze cztery stronki... Mogłoby być świetnie. Cóż, trzeba się cieszyć tym, co jest, a co przychodzi bez najmniejszego problemu, zważywszy na dość lekki, prosty język, w jakim owa opowiastka została napisana. Jest to w jakimś sensie literatura absurdu, pewna abstrakcja, co samo w sobie jest bardzo intrygujące i w dużej mierze decyduje o nastroju, jaki będzie nam towarzyszyć. A ten, o ile ma serialowe przebłyski, okazuje się całkiem wyrazisty, tekst wwierca się w czaszkę, między innymi z uwagi na fantastyczne opisy, dialogi i wtrącenia właśnie, dzięki którym wyobrażenie sobie wszystkich pajęczych czynności przychodzi bez problemu, podobnie zresztą mają się sprawy w przypadku otoczenia, które - co jest zrozumiałe - dziwi się temu, co zastało. Ale to jest właśnie piękne, ten kontrast, w którym dla Celestii to po prostu kolejny, zwyczajny dzień, tylko wszystko wokół niej jakby zwariowało. Ta przewrotność, że przecież z punktu widzenia zwyczajnego gwardzisty, czy służącej, jest zupełnie odwrotnie. Jasne, z opowiadania w zasadzie nic nie wynika, wprawdzie zostawia czytelnika skołowanego, skłania do przemyśleć, co tu się właśnie stało i dlaczego, ale akurat w tym przypadku bardzo mi się to podoba. Przede wszystkim, było to coś innego, ale wykonanego ze smakiem. Im dłużej o tym myślę, im więcej się na ten temat produkuję, tym bardziej nie mogę wyjść z podziwu, jak tak prostymi, wydawać by się mogło, pierdołami, zbudowany został fanfik charakterystyczny, nietuzinkowy, o którym się myśli, zwłaszcza po skończonej lekturze No i świetnie brzmi po polsku! Dolar84 znów nie zawiódł Nie wiem, co jest grane, ale mi się to podoba i chciałbym więcej. Zdecydowanie polecam!
  12. Być może będzie to kontrowersyjne, ale mnie osobiście niniejsze opowiadanie ani nie porwało, ani nie wyróżniło się czymś szczególnym, nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas kompletnie wyleciało mi z głowy Na usta ciśnie się określenie „nijakie”, jednakże użycie go byłoby bardzo krzywdzące dla tegoż tytułu, a powstrzymuję się dlatego, że ma on swoje atuty – w swojej prostocie, brzmieniu oraz pomyśle, opowiadanie jest bardzo klasyczne i radzi sobie z przywołaniem uczucia nostalgii, pierwszych lat fandomu całkiem nieźle. Po drugie, kreacje bohaterek wypadają bardzo serialowo, nie brakuje też humoru, dzięki czemu dialogi między nimi (jest to główna część opowiadania, zbyt wielu opisów tu nie uświadczymy) wypadają sympatycznie i człowiekowi podczas lektury jest po prostu miło. Kłopot w tym, że o ile absolutnie nie żałuję czasu poświęconego na te trzy strony fanfikcji (konkretniej – polskiego przekładu), o tyle po zakończeniu czytania odczuwam... nic. Na tle innych, klasycznych opowiadań, a także pozostałych tłumaczeń w wykonaniu Dolara84, które do zdążyłem zbadać i skomentować, ten tekst wypada chyba najbardziej blado. I to wcale nie dlatego, że nie jestem fanem herbaty, gdyż rzeczywiście, o ile o wiele bardziej wolę kawę, nie pogardzę dobrym naparem, a rozpływanie się Celestii nad świetnością tego napoju nie tylko do niej pasuje, ale jest czymś, pod czym obiema kończynami mogę się podpisać. Zgaduję, że po prostu nie jest to mój typ humoru, no i na tym etapie nie „jara” mnie coś takiego, że: „O matko, to znowu Sombra!”, tym bardziej, że ostatecznie... nawet nie wiem, co wynika z opowiadania ponad to, że herbatka jest dobra na wszystko. Tekst po prostu się skończył. I tyle. Aczkolwiek wcale bym się nie zdziwił, gdyby to wszystko też było nawiązaniem do jakiegoś serialu/ skeczu/ dowcipu, tylko ja nie zrozumiałem kontekstu. W każdym razie, jeżeli chodzi o treść, to jest klasycznie, serialowo, miło i lekko jak piórko, ale przychodzi mi do głowy sporo innych tytułów, które zrealizowały to samo dużo lepiej, a i zdołały zapaść w pamięci w bardziej charakterystyczny sposób niż „aha, to tamten fanfik o Celestii pijącej herbatę”. Poważnie, „Pinkie Pie And Celestia Have Some Tea” zapamiętałem lepiej, w ogóle, spoglądając wstecz, tamto opowiadanie wydaje mi się barwniejsze. A też było o piciu herbaty... poniekąd. Cóż, czasem tak bywa, że wszystko jest na swoim miejscu, pasuje i bawi, ale gdy jest po wszystkim pozostają mieszane odczucia. No to może w takim razie warto by było przejść do formy? Poza jednym, brakującym wcięciem akapitu na pierwszej stronie, nie uświadczyłem widocznych, poważniejszych błędów i przekład stoi na bardzo wysokim poziomie. Nie po raz pierwszy zresztą, magia angielskiego tłumaczenia płynnie przeszła w ojczysty język i opowiadanie brzmi równie dobrze, co w oryginale, toteż czytelnik płynie po opisach, gdy przewijają się dialogi, słyszy w głowie znajome głosy, widzi oczyma wyobraźni mimikę, czuje smak i aromat herbaty. Tylko i aż tyle. Jak przy okazji „I'll Kill You With My Teacup”, całość wypada, jak to wówczas ująłem, stylowo. Tempo akcji bardzo sprawne, acz wynika to (moim zdaniem) ze zdecydowanej dominacji dialogów nad zwykłymi opisami, acz narracja, która przewija się między poszczególnymi tekstami, przejmuje część obowiązków hipotetycznych opisów, dzięki czemu udało się uniknąć wrażenia przegadania tego jakże prostego wątku. Natomiast, na dzień dzisiejszy, nie wiem co to za [Random], ale w materii tagów jestem średnio kompetentny, no a ten konkretny tag to chyba jeden z tych, odnośnie których moja intuicja bywa najbardziej zawodna, ale być może znowu czegoś nie rozumiem, więc będę powściągliwy w osądach Czy warto sięgnąć po to opowiadanie? Myślę, że chyba tak. Zależy jak na to spojrzeć, mnie osobiście czegoś tutaj brakuje i tekstu nie przyjmuję tak ciepło, jak inne wybrane tłumaczenia przygotowane przez Dolara84, ale dla spokojnej, opanowanej Celestii, skupionej na chłonięciu najdrobniejszych smakowych niuansów z herbaty, dla Luny, z która utożsamiam się dużo bardziej, za sprawą kawowych upodobań, czy wreszcie dla Twilight, która po prostu nie może się oprzeć potędze boskiego naparu, warto. To zaledwie trzy strony, które sprawdzają się jako czasoumilacz, lekka lektura na każdą porę dnia i nocy, jednakże mogę pomyśleć o paru innych dziełach, które robią tę robotę lepiej, przynajmniej dla mnie. Koniec końców, warto przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie. Wszakże lektura powinna zabrać mniej czasu, niż zaparzenie herbaty, więc nawet gdyby miał to być czas stracony, napój nawet nie zdąży ostygnąć Ale myślę, że to nie wchodzi w grę. Jak można zaobserwować, sam finalnie mam mieszane wrażenia, ale nie żałuję. To chyba też można odnotować jako plusik
  13. Cóż, przeczytałem opowiadanie kilkukrotnie, co nie kosztowało mnie zbyt wiele czasu, niemniej, o ile zgodzę się, że po nim się płynie, że czyta się znakomicie, lekko, niezobowiązująco i przyjemnie, o tyle w ostatecznym rozrachunku... to chyba nie jest historia dla mnie. To znaczy, nie zrozumiałem ponyfikacji, ani kontekstu, toteż początkowo trudno mi było cokolwiek poczuć, a co dopiero sformułować swoje wrażenia. Ot, przeczytałem, bardzo fajne, ale nie wiem o co chodzi Potem zapoznałem się ze scenką, której ponyfikacją jest ów tekst i cóż, może to kogoś zdziwi, ale autentycznie nie znam tego dzieła, nie wiem kim są te postacie, o co chodzi, po co tam są i czym się to charakteryzuje. Po obejrzeniu zapodanego przez Suna klipu zareagowałem beznamiętnym „aha” i tyle. Nie bardzo mi to pomogło w ogarnięciu ponyfikacji, ale jak tak do tekstu powracałem i powracałem... doszedłem do wniosku, że w sumie na paru obszarach robi całkiem dobrą robotę Po pierwsze, tekst brzmi naprawdę dobrze, powiedziałbym wręcz, że ma w sobie coś szczególnego. Dobry balans między opisami, a dialogami to jedno, lecz ilekroć powracałem do opowiadania, za każdym razem brzmiało ono tak samo stylowo. Trudno to opisać, ale wydaje mi się, że być może to magia brzmienia języka angielskiego... a w przypadku przekładu – magia doboru słów, jakości tłumaczenia oraz ogólnego wrażenia, jak dobrze te opisy, narracja oraz dialogi potrafią brzmieć po polsku. Z usterek natknąłem się może na jedną brakująca kropkę: Ale poza tym, nic poważniejszego. Z jednej strony, nie powinienem być zaskoczony, zważywszy na osobę tłumacza oraz skład ekipy patroszącej, ale z drugiej, różnie to bywało, choćby przy okazji Twilight odkrywającej Wikipedię, ale ogółem jestem bardzo zadowolony Jak na [Oneshot], w dodatku taki, którego nie załapałem od razu (na dzień dzisiejszy nie rozumiem kontekstu w nieco mniejszym stopniu), zaskakuje „czytalność”, a także to, że przy każdym powrocie fanfik radzi sobie bardzo dobrze – jako niedługi, prosty czasoumilacz, lekka lektura na wolną chwilę, coś innego, coś, co siedzi w głowie dlatego, że... człowiek zadaje sobie pytanie jak mógł nie znać oryginału? Skoro scena doczekała się ponyfikacji, to chyba znaczy, że rzecz jest całkiem popularna, czyż nie? Druga rzecz, to tempo akcji, wynikające poniekąd ze zwięzłości oraz konsekwencji w realizacji ponyfikacji, acz na ten temat nabrałem lepszego rozeznania po zapoznania się z materiałem źródłowym. Mam tu na myśli oddanie tempa oryginału oraz konstrukcję opowiadania – jest krótki wstęp, jest „gadane” rozwinięcie (gdzie pomału, ale jednostajnie jest budowane napięcie, choć tytuł już nam zdradził, co się stanie), a także krótkie zakończenie. Rzeczywiście, opowiadanie czytało się tak samo, jak oglądało się klip na YouTube. Satysfakcjonująca treść, nic dodać, nic ująć No i trzecia sprawa, czyli kreacja księżniczki Celestii, która to bardzo przypadła mi do gustu. Ogólnie, jestem otwarty na różne koncepcje oraz podejścia, ale zwykle bardzo lubię (acz od relatywnego niedawna), gdy jest przedstawiana jako silna, bezwzględna władczyni o wielkiej mocy, która ma głowę na karku i cały czas wie, co robi i co chce osiągnąć. Tutaj dostrzegam wszystkie te cechy i myślę, że do tej roli nie dało się znaleźć lepszej postaci. Cóż, fani gryfów pewnie będą deczko zawiedzeni, ale taka to kolej rzeczy – jest alikorn, jest moc, jest impreza Wszystko to osadzone w zupełnie niezłych klimatach, chociaż widnieje tu tag [Alternate Universe], jakoś ciężko mi było kupić, że faktycznie znajduję się w innym świecie. Czułem się „swojo” podczas lektury. Ciekawe spostrzeżenie Suna, odnośnie porcelany, aczkolwiek nie doszukiwałbym się tutaj żelaznej logiki, czy zgodności z prawami fizyki. Powiedziałbym wręcz, że na tym polega zabawa – Celestia, jako księżniczka, jako alikorn, zabija na śmierć gryfiego imperatora przy pomocy przedmiotu, co do którego nawet trudno podejrzewać, że do czegoś podobnego mógłby się nadać. W tym sensie, jest to abstrakcyjne, chyba nawet bardziej, niż materiał źródłowy. Abstrakcyjne? Kreskówkowe w sumie też. A to tylko dodało uroku i dopełniło efektu Ostatecznie, warto rzucić okiem i zapoznać się z tekstem. Na pewno jest to coś, czego do tej pory nie czytałem, a co za każdym razem wydało mi się tak samo dobre – wciągające, znakomicie brzmiące i klimatyczne, z pewną nutą intrygi, no bo przecież znajomość materiału źródłowego ogranicza się wyłącznie do klipu z YouTube, a scenka wyjęta z kontekstu niewiele wyjaśnia, toteż utrzymuję, że nie wiem o co chodzi Kolejny bardzo dobry, godny polecenia przekład, przy którym miło spędziłem czas. Polecam!
  14. Podobnie jak przy „Pinkie Pie And The Fly”, to, co zostało opisane w fanfiku, okazało się na serio, aczkolwiek tym razem zostałem zaskoczony, gdyż do ostatnich partii tekstu byłem przekonany, że jednak będzie inaczej, że to tylko jakieś wizje czy cokolwiek mniej lub bardziej abstrakcyjnego, ale jednak nie. Niby szło się zorientować po tagach, ale jestem bardzo zadowolony, że trwałem w niewiedzy, gdyż... myślę, że tym lepsze okazały się końcowe wrażenia Ale po kolei. Za plot device posłużyło tym razem to, iż Opalescence jest kotem, a więc nadstworzeniem, które trzeba czcić. Grzesznica, która ośmieliła się nie nakarmić jej o czasie (Rarity), ma ponieść surową karę za swoją zbrodnię, jednak sama Opal nie spodziewa się, że jej gniew rykoszetem odbije się po kilku postronnych istotach, ale ona sama i tak pozostanie ona nietykalna. Natomiast, czy ostatecznie Opal będzie miała zapewnione pełnowartościowe posiłki o najodpowiedniejszych porach dnia i nocy? Ta z pozoru niewinna historyjka bardzo szybko zmienia się w taki soft slasher, gdzie obserwujemy poczynania mordercy, który krok po kroku eliminuje z utworu kolejne ofiary, póki nie zostanie ta jedna, ostatnia final girl, której w jakiś sposób udaje się przeżyć, oczywiście odpowiednio szybko na miejscu zbrodni zjawia się policja, ale mordercy udaje się zbiec, co oczywiście ma zostawić otwartą furtkę na sequele. Wiecie, trzy, cztery, ewentualnie kilkanaście, takie tam Co należy pochwalić, to zabawa konwencją – poszczególne ofiary Opal są nam nieznane aż do ostatniej chwili, acz z uwagi na osobę Rarity (naszej final girl), możemy pewnych rzeczy się domyślać, niemniej i tak był w tym taki pierwiastek zaskoczenia. Oprócz tego, policja owszem, zjawia się, lecz tym razem nie przysyłają jednego, nieuzbrojonego funkcjonariusza, ale kilku gości, wyposażonych w pączki... OK, scena z pączkami była creepy i przyprawiła mnie o uczucie dyskomfortu W każdym razie, zawijają oni final girl, podczas gdy morderca (który pozostaje bezkarny), przygląda się temu i zachodzi w głowę, kto go nakarmi następnym razem. OK, może to nie do końca takie slasherowe jak to opisałem, ale jak na zaledwie cztery strony tekstu, należy docenić oszczędność słów, sprawne tempo oraz konwencję, która przywodzi na myśl ten właśnie odłam horroru, acz z horrorem ma to niewiele wspólnego. Co natomiast pasuje do slashera? Komedia. Nie, poważnie Kolejny strzał w dziesiątkę, czyli po prostu rozpisanie tego jak prostej, czarnej komedii, którą czytało mi się naprawdę dobrze i która niejednym mnie zaskoczyła i to tylko w jednym przypadku na minus (zlizywanie pączusi). Ale to miał być chyba jeden z elementów charakterystycznych historii i co by nie mówić, udało się. Strona techniczna okazała się dopracowana, toteż nic nie odwracało uwagi czytelnika w trakcie lektury, przekład stanął na wysokości zadania i, w mojej opinii, oddał styl oraz klimat oryginału bardzo wiernie. Ale, jak przeważnie powinno się robić, rekomenduję zajrzenie do oryginału, choćby po to, by samemu porównać i ocenić Po dłuższym namyśle, zastanawiam się, jak oni zidentyfikowali dwie ofiary w kucach, no bo jeżeli Fluttershy została rozpuszczona kwasem całkowicie, aż została w ziemi dziura, to jak śledczy mogli określić, że to była ona? Poza tym, nietuzinkowa kreacja Opal, gdzie – jak ja to odebrałem – kocia próżność jest przerysowana, wyolbrzymiona ponad miarę, toteż kolejne zamachy nie ograniczają się do zrzucenia na właściciela telewizora, gdy ten ćwiczy spięcia brzucha, ani atak donicą z wysokiej półki. Nic, co można łatwo posprzątać/ odkupić tudzież wyleczyć. Wisienką na torcie jest to, jak Opal zawsze przekłada siebie oraz swoje plany ponad wszystko – a to zmarnowali jej pułapki, a to zawinęli Rarity i nie będzie komu ją karmić, tego typu smaczki tylko dopełniają efektu, po prostu nie można się nie zaśmiać Aczkolwiek, zapewne nie będzie to lektura dla każdego. Fanfik jest specyficzny, został napisany w taki sposób, by kojarzyć się z szeroko pojętą kreskówkowością (tyle, że postacie nie przeżywają kolejnych perypetii, ich obrażenia nie znikają w kolejnej scenie itd.), a jednak wybrzmiewa inaczej, troszkę bezwzględnie, delikatnie randomowo, ale cały czas jest to czarna komedia, gdzie znana z kanonu kocica nie jest tak niewinna, jak mogłoby się wydawać, zaś z hojnością ma wspólnego tyle, że sypie śmiercią niczym z rękawa. Myślę, że nawet jak na te cztery strony, trzeba wykazać się dystansem do kanonu oraz zimną krwią. No bo z tego co się orientuję, Fluttershy na przykład, wciąż zajmuje wysokie lokaty w rankingach ulubionych głównych postaci, toteż scena pożarcia jej przez kwas siarkowy może wywołać u co zagorzalszych napady paniki, niepokój, bóle głowy, depresję, nadpobudliwość, wzmożoną nerwowość oraz chęci wysadzenia czegoś w powietrze, co poniekąd rozumiem. Trochę lipa, zostać potraktowanym kwasem siarkowym, zamiast, dajmy na to, fluorowodorowym. Ale już w pełni na serio – ciekawe, chociaż krótkie doświadczenie, ale cieszę się, że zdołało mnie zaskoczyć, no i co by nie mówić, kolejna próbka tego, ile można zyskać oszczędnością słów oraz odwagą w materii realizowania nawet tych pokręconych pomysłów. Jestem przekonany, że „Tha Darn Cat” to zaledwie wierzchołek góry lodowej i jeden z łagodniejszych pokręconych pomysłów, jakie fandom ma do zaoferowania, a raczej, jakie ten konkretny autor ma do zaoferowania. Co tylko rozbudza ciekawość, apetyt na więcej Zatem jeśli ktoś myśli o nabraniu odwagi, być może ten właśnie fanfik jest dobrym startem i sposobem na oswojenie się z bardziej powykręcanymi rzeczami, niekoniecznie utrzymywanymi w pogodnych klimatach, raczej nieco mhroczniejszych. Natomiast, podobnie jak Dolar84, nie powiedziałbym, że historyjka ta jest wybitna, ale czy jest dobra? Akurat dla mnie owszem Spodobała mi się, z podobnych powodów zresztą. No i mam jeszcze troszeczkę własnych skojarzeń, no i odczuć, które towarzyszyły mi podczas lektury, a które skutecznie podniosły ostateczną ocenę opowiadania. Opowiadania, do którego spróbowania oczywiście zachęcam, ale ostrzegam, to nie jest kolejna, niewinna historia o głodnej Opal i pochłoniętej pracą Rarity
  15. Pora na kolejny krótki klasyczny klasyk, jak być może ujęłaby to Pinkie (), który również kojarzę z przeszłości, a który miałem okazję odświeżyć sobie w ramach Kącika Lektorskiego Bronies Corner. Cóż, trudno się tutaj rozpisać, gdyż tekst jest krótki, treściwy i w gruncie rzeczy ma semi-zamknięte zakończenie, aczkolwiek... kto ich tam wie? Może wokół planety serio orbituje coś dziwnego, co niebawem może wystrzelić i narobić zniszczeń? Wtenczas Twilight należałoby oskarżyć o kolaboracje, gdyż udaremniła plany Pinkie Pie – jedynej, która potrafiła przejrzeć na wylot plany muchy i w porę je zniweczyć przy pomocy packi, gazety, kapcia albo jakiegoś sprayu Czy orbitalny laser zniszczył świat zanim kucyki podjęły próbę zestrzelenia go, tudzież zniszczenia poprzez wmanewrowanie w niego promem kosmicznym? Tego najpewniej nigdy się już nie dowiemy. A przynajmniej nie na sto procent. Natomiast, gdyby ktoś porwał się na post-apo, będące kontynuacją tego fanfika, to... Hm, mogłoby wyjść generycznie, a mógłby wyjść pokaz kreatywności. Nie przedłużając, co znajdziemy w fanfiku? Zwięzłe, acz barwne opisy przybliżające nam zwyczajny (Ale czy na pewno?) dzień Twilight Sparkle, która to Twilight spotyka na swej drodze Pinkie Pie, która zachowuje się... w taki sposób, że nasza lawendowa klacz dziwi się temu, choć z drugiej strony, jeśli to Pinkie, nie należy się niczemu dziwić Należy zaufać jaj nadzwyczajnym zmysłom. Tym razem, zmysły te, pozwoliły jej zorientować się, że czynności czyszczące, jakie wykonują na ogół muchy, być może wcale nie są tym, czym wydają się na pierwszy rzut oka i że stworzenia te mogą w przerwach w denerwowaniu kucyków knuć plany podboju świata. Całość została ubrana w – jak już wspominałem – barwne i lekkie w odbiorze opisy, które czytało się z przyjemnością i naprawdę miło, że wszystko można sobie wyobrazić (ruchy postaci, mimikę i manieryzm kucyków itd.), a poszczególne dialogi „słychać” wypowiadane głosami tych postaci. Oznacza to serialowy klimat, dzięki czemu tekst wypada niczym oficjalny short lub usunięta scena. Piszę o tym często, ale to może świadczyć o tym, iż serialowych fanfików mamy na forum dużo więcej, niż się wydaje Cóż, bardzo dobrze, wszakże nie samymi alternatywami, crossoverami i darkami człowiek żyje. Przyznam jednak, że treść była dość przewidywalna, te lata temu, gdy czytałem opowiadanie po raz pierwszy. To znaczy, wiedziałem, że te wszystkie podejrzenia Pinkie wydadzą się trafne. Ona po prostu była w to wszystko zbyt zaangażowana Ale to nic, bo lektura była przyjemna, lekka, klimatyczna, no i przypomniała o starych czasach oraz młodych latach twórczości fandomowej. Tylko cztery, w dodatku niecałe strony, toteż tym bardziej warto sobie ów tekst odświeżyć i poświęcić mu kilka minut. Jest to przyjemny przerywnik, nadający się w zasadzie na każdą porę dnia i nocy, czy też jako urozmaicenie dowolnej przerwy. Jasne, prędzej czy później idzie się znudzić, toteż warto żonglować różnymi krótkimi fanfikami, do smaku. Chodzi mi o to, że „Pinkie Pie And The Fly” jak najbardziej powinno się znaleźć w puli tychże opowiadań, bo to po prostu świetny, lekki, elastyczny wręcz kawałek tekstu, celujący w dosyć szerokie grono odbiorców. Spróbujecie, raczej Wam się spodoba W sumie, nawet jeżeli ten orbitalny laser by nie wypalił, jestem skłonny wyobrazić sobie i uwierzyć w ekspansję na wszystkie możliwe słodycze i wypieki. W końcu jest to jedna z tych rzeczy, które uwielbiają muchy – latać w okolicach słodkiego (ale nie tylko), siadać na tym, zostawiać ślady, myć się itd. A ponieważ słodkości są domeną Pinkie Pie, nie dziwota, że zależało jej nad tym, by rozgryźć muszy plan podbicia babeczek. Pod kątem formy, jest rewelacyjnie Dobry balans między dialogami oraz opisami, czyta się to wartko, sprawnie, tempo dobrane wręcz idealnie do fanfika. Zdecydowanie tytuł godny polecenia. Prosty, lecz w swej prostocie genialny
×
×
  • Create New...