Hoffman

Brony
  • Content Count

    948
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

580 Equestriańska Legenda

About Hoffman

  • Rank
    Pogromca Draculi i koneser czarnej kawy
  • Birthday July 3

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier
  • Miasto
    To zależy. Mogę być wszędzie.
  • Zainteresowania
    Długo by wymieniać. Głównie to kino grozy, gry wideo, seriale animowane, lata osiemdziesiąte, działalność fanów dotycząca dowolnych marek i masa innych rzeczy. Po prostu, co mi w oko wpadnie i wyda się interesujące, godne uwagi.
  • Ulubiona postać
    Z głównych postaci - Twilight Sparkle.
    Applejack nie jest zła, gdyż w pracy się nie obija.
    Ze złoczyńców - Chrysalis. Po prostu.

Recent Profile Visitors

9,051 profile views
  1. No i jestem z powrotem – spiesząc z zaległą opinią na temat najnowszego kawałka tekstu. A ten okazuje się dosyć okazały, bo to aż trzydzieści trzy strony (chociaż ta ostatnia, przynajmniej u mnie, to ledwie parę linijek). Co w nim znajdziemy? Jak poszczególne elementy popychają akcję do przodu, jak poszerzają przedstawiony w opowiadaniu świat? Co cieszy, w rozdziale znalazło się całkiem sporo rzeczy, każda z nich na swój własny sposób ubarwia historię. Oczywiście wszystko kręci się wokół głównej bohaterki, lecz tym razem możemy ją zobaczyć w zupełnie nowych, nie aż tak typowych sytuacjach. Początek przywołuje na myśl poprzednie rozdziały, gdyż mamy okazję przyjrzeć się jednej z sesji terapeutycznych, która w domyśle ma pomóc Cahan zaadoptować się do nowej formy i otoczenia, a także zintegrować się ze społecznością. Dla czytelnika to małe starcie światopoglądów jest kolejną okazją do zapoznania się z główną bohaterką, ale nie jedyną w ramach tego rozdziału. Myślę, że, w miarę kolejnych rozdziałów, da się odnaleźć w jej kreacji coraz więcej cech, czy zachowań, z którymi można się utożsamić. Albo w stu procentach nie zgodzić. Zależy. Tak czy siak, nadal jest wiarygodna, naturalna i jej losy chce się śledzić.Na razie jeszcze nie na skraju krzesełka, ale wciąż z zaciekawieniem. Kiedy pani psycholog raczy uwolnić ją od kolejnych truizmów, Cahan napotyka na innych konwertytów, ktoś tam usiłuje zwrócić na siebie uwagę, ale ona, jak mogliśmy się tego domyślić, odprawia ich z kwitkiem. Ale ogólnie nudzi się, złości, chciałaby wykroczyć poza granice ośrodka, zwiedzić trochę tej prawdziwej Equestrii. Myślę, że czytelnik również nie może się doczekać, by dowiedzieć się co to właściwie za świat. I wiecie co? Wreszcie się to dzieje. Ale zanim przejdziemy do rzeczy, dowiadujemy się co nieco o świecie, z książek. Jest to jeden ze sposobów, w ramach których autorka przybliża nam szczegóły dotyczące wykreowanego przez nią uniwersum. Pomimo dosyć spokojnego tempa akcji rozdział nie nuży, nie męczy, jest bardzo dobrze. Wszystko wypada bardzo ciekawie – czy to kolejne fragmenty z historii Equestrii, czy inspiracje świętami pogańskimi, na wzmiankach o zwyczajach kończąc. Zadbano nawet o takie szczegóły jak poprawne nazwy dni tygodnia. Logiczne, w końcu skąd kuce miałyby znać "nasze" nazwy dni? W ogóle, koncepcja prawdziwej Equestrii jest stale ubogacana i jest to jeden z tych elementów, które zatrzymują nas przy lekturze. W każdym razie, wreszcie opuszczamy ośrodek, zatem przyjdzie nam zobaczyć jak Cahan radzi sobie ze ichnimi rozwiązaniami technologicznymi. Okazuje się bowiem, że Canterlot znajduje się w takim miejscu, że podróż nie będzie możliwa bez stosownego pojazdu. Taka kucykowa infrastruktura Udzieli jej się lęk wysokości, co jest okraszone całkiem zabawnymi opisami, a na miejscu znajdziemy tłum kucyków, w którym łatwo się zgubić. Jak nietrudno się domyślić, będzie to zarzewie kolejnych komicznych sytuacji, której zwieńczeniem jest wizyta w kościele, która kompletnie zmienia znaną nam dotychczas Cahan, na szczęście nie na zawsze. Powrót do ośrodka, wciąż na nitrotripie, jest to jednocześnie zamknięcie rozdziału i chyba do tej pory najbardziej nietypowa rola, w jakiej znalazła się bohaterka. Nie chciałbym zdradzać szczegółów – to trzeba samemu przeczytać. Zwłaszcza, że rozdział czyta się bardzo przyjemnie, stylistycznie znajdziemy w nim wszystko, do czego przyzwyczaiła nas autorka. Na szczególne wyróżnienie zasługują opisy Canterlotu, czy świątyni, do której wybrała się Cahan, oczywiście pod okiem Sorrel. Ale nie do końca. Wszakże pisałem, że w tłumie to nietrudno się pogubić. Opisy te są niezwykle barwne, słowa zostały dobrane bez zarzutu – są to plastyczne, bogate kawałki tekstu, które można stawiać za przykład jak pisać opisy, aby czytelnik wyobrażał sobie lokacje i mógł wczuć się w ich klimat. Powtórzę, opis świątyni jest wręcz fenomenalny, jeden z najbardziej ikonicznych opisów w fanfiku, na dzień dzisiejszy. Skoro mowa o klimacie, jest to już czysty klimat „Smaku Arbuza”. Chociaż tekst nadal odnosi się do szeroko pojmowanej tematyki adaptacyjnej, z [TCB] nie zostało już zbyt wiele i można rzec, że fanfik, choć początkowo jakoś inspirowany motywami ponyfikacji, biur itd. staje się w pełni oryginalnym, nieuwiązanym niczym produktem, który wciąż posiada duży potencjał i którego rozwój chce się śledzić. Uzyskanie takiej oto własnej tożsamości daje nadzieję na jakieś zupełnie oryginalne motywy, czy elementy świata. Czy będzie to Equestria w krzywym zwierciadle, czy ociekające anegdotami z realnego świata życie konwertyta, a może coś jeszcze innego? Wiadomo – z jednej strony nie naprawia się tego, co nie jest zepsute, ale pojawia się rozkmina, czy istnieje jeszcze cokolwiek, co można by ulepszyć, czy napisać jeszcze lepiej? A może w ramach kolejnych rozdziałów otrzymamy coś zupełnie świeżego? Wygląda na to, że nie pozostaje nic innego jak śledzić „Smak Arbuza” i czytać kolejne rozdziały, do czego oczywiście gorąco zachęcam. Solidna, barwna, niekiedy nietuzinkowa produkcja. Raczej nie pożałujecie. Pozdrawiam!
  2. Myślę, że doczekaliśmy się całkiem ciekawych czasów. Fanowskie gry i mody mnożą się na potęgę, a do łask powraca old school, co dało do myślenia nie tylko niezależnym twórcom gier, gdyż możemy także wybierać spośród różnych reedycji, remake'ów oraz remasterów, za sprawą których dawne ikony gamingu uzyskują zupełnie nowe życie. I, jak się okazuje, Cahan udaje się wstrzelić idealnie w ten nurt, serwując nam remaster jednej z pierwszych dużych produkcji jej autorstwa, pod tytułem „Cień Nocy”. Nie jest to (jeszcze) remaster kompletny, toteż w dowolnej chwili możecie wskoczyć na pokład i poczuć się częścią tej historii – czy to poprzez śledzenie prac nad remasterem z rozdziału na rozdział, czy przez wsparcie w postaci prereadingu chociażby. Możliwości jest mnóstwo. Miałem przyjemność czytać pierwsze wersje opowiadania, pamiętam premiery kolejnych rozdziałów, starałem się je komentować, toteż w moim przypadku ukazanie się tegoż remastera oznacza przeżycie tej historii na nowo, ale także nostalgiczną wycieczkę do przeszłości, próbkę tego jak bardzo poprawił się styl autorki. Brzmi interesująco? Zakończmy ten przydługawy wstęp i przekonajmy się co opowiadanie, w swej nowej i ulepszonej formie, ma nam do zaoferowania w 2019 roku. Remasteringu czar Bohaterką tej opowieści jest królewna Night Shadow – szlachetnie urodzona czarna klacz alikorna, odkrywająca swój talent do iluzji. Zastała świat podzielony, w którym poszczególne królestwa i rody poszukują koneksji, knują i konkurują. Również zbrojnie. Stawką jest wielka władza oraz idące za nią bogactwa. Night Shadow jednak jest zbyt ambitna, by zgodzić się na narzucenie sobie czyjejś woli i sama chce napisać własną historię. Z Sunshine Arrow jako wzorem do naśladowania oraz czystą determinacją jako swą przewodniczką, wyrusza w drogę ku wolności, władzy i chwały. Każdy, kto pamięta rok 2013, czy 2014, bądź też natrafił na tekst później, zna tę fabułę i wie, że w trakcie swojej wędrówki Night Shadow spotka sojuszników, ale także i wrogów. To, co zremasterowała autorka na dzień dzisiejszy, jest jedynie przedsmakiem przygody. To znaczy, wydarzeniami przed timeskipem. Chyba nikogo nie zdziwię, jeżeli napiszę, że praktycznie wszystko co kiedykolwiek zgrzytało, ślizgało się po sobie, bądź rozmywało obraz świata przedstawionego, zostało poprawione. I to ze znakomitym efektem. Poznikały przydługie ekspozycje, podczas których wymieniane były kolejne imiona, stronnictwa i powiązania, aż szło się zgubić, pomylić. Teraz zostało to przemyślane dużo, dużo lepiej, informacje zostały podzielone i porozmieszczane w różnych fragmentach rozdziałów, wprowadzając odbiorcę w realia i historię świata wtedy, kiedy to potrzebne. Bardzo dobrze. Dużo, dużo lepiej wypadają także wszelkie wątki polityczne, zaś niebezpieczeństwa wynikające z koneksji oraz możliwości budowania powiązań wyglądają teraz znacznie wiarygodniej. Budowa oraz przedstawianie kolejnych elementów świata również się poprawiła. Nie czuć już nigdzie żadnego chaosu, nagłych przyspieszeń, zwolnień, czy wprowadzania elementów, które w danej chwili niewiele wnoszą i mogłyby zostać pominięte. Czegoś jednak brakuje, acz nie pamiętam już, czy elementy te pojawiały się na tym etapie, czy dopiero później. Wydaje mi się, że dosyć wcześnie w fanfiku. Chodzi mi o pieśni, rymowanki, czyli to, co określałem wówczas mianem „folkloru”. Liczę jednak, że z czasem zostaniemy uraczeni czy to piosenkami, czy inkantacjami, modlitwami. Rzeczy te, chociaż same w sobie wcale nie musiały wnosić wiele, budowały klimat, zwłaszcza, gdy czytelnik wyobrażał sobie towarzyszącą temu melodię, dźwięki, czy ekspresje występujących akurat postaci. Fanfik od razu się stawał taki... filmowy? Tak czy inaczej, historia wciąga jak diabli. Główna bohaterka jest silna, ambitna i wyrazista, toteż z miejsca wzbudza sympatię i chce się jej kibicować. Nie jest jednak sama – na razie w historii głównie towarzyszy nam jej brat, Dark Mane, zaś na jej drodze stoi straż, sługi, bandyci, takie oto postacie bez swych imion, ale biorące udział w wydarzeniach, wpływające jakoś na poczynania bohaterki. Kreacje postaci, ogólnie, również uległy sporej poprawie. Co cieszy mnie niezmiernie, remaster nadal zachowuje ten vibe z 2013 roku – postacie są alikornami, cechują się ciemnymi barwami, a ich imiona jeżą włosy na karku Nie ma co z nimi zadzierać. Autorka nie zrezygnowała z tych elementów i, nie po raz pierwszy zresztą, pokazała, że opowiadanie wypełnione alikornami może się czytać wartko, może ono być ciekawe, nie zbudzać żenady. Po prostu alikorny również mogą być normalnymi postaciami i to nie wstyd. Postacie, elementy świata Tak jak pisałem lata temu, tak i tutaj, alikorny nie bolą, toteż poczynania bohaterów śledzi się z zaciekawieniem, a bez kwaśnej miny. Co ciekawe, wydaje mi się, że pewnej rozbudowie uległy relacje między poszczególnymi postaciami, np. Night Shadow i Dark Mane'a, czy też Nighty i jej matki. Podobają mi się dialogi, ich brzmienie, didaskalia dają pojęcie jak kto się zachowuje, toteż wszystko wypada wiarygodnie, łatwo to sobie wyobrazić. Szczególnie maniera tytułowania co ważniejszych postaci pomaga sprzedać to, że faktycznie jest to dwór królewski i rozmawiają ze sobą kucyki szlachetnie urodzone. Narrator nierzadko wchodzi w głowę Night Shadow, toteż możemy poznać opisy jej przeżyć, myśli, uzyskując obraz tego jaką jest postacią i jak reaguje na różne rzeczy. Między innymi, widząc pewne sygnały, sama zaczyna spekulować co się może wydarzyć między królestwami, zatem jest świadoma wielkiej polityki, próbuje dostrzec dla siebie szanse. Na uwagę zasługuje również ojciec królewny, który występuje rozpostarty nad grą wojenną, przesuwający figurki, co nie tylko buduje jego wizerunek, jako monarchy, ale także daje czytelnikowi pojęcie, że świat być może lada dzień znajdzie się na skraju kolejnego konfliktu. Są to jedne z tych scen, w których lśnią poprawione wątki polityczne. Historia nadal jest prowadzona organicznie, a więc zniknięcie Night Shadow w sytuacji, gdy jej kopytko było komuś obiecane, powoduje określone skutki i wymusza zmianę dotychczasowych planów. Widać to doskonale. Innym przykładem rozwijania poszczególnych charakterystyk, jest scena, w której Night Shadow wychodzi znaczek. Ma to związek z Darkness Swordem, zatem przy okazji poznajemy inne jego cechy, a także jak traktuje poddaną mu straż. Autorka znajduje różne sposoby na kreowanie danych postaci, czy to umieszczając je w określonych sytuacjach, czy korzystając z możliwości Night Shadow – tutaj mieliśmy do czynienia z iluzją surowego króla, był to interesujący motyw. W sumie, jakby się nad tym głębiej zastanowić, najmniej z tego tortu otrzymuje matka głównej bohaterki, Moonlight Dust, aczkolwiek, z tego co pamiętam, otrzymała ona więcej czasu antenowego dopiero w późniejszych kawałkach tekstu. Zacieramy zatem ręce i czekamy. Z innych rzeczy – w najnowszym rozdziale pojawiło się zwierzątko, młoda mantykora. Taki kotek, który towarzyszy Night Shadow przez jakiś czas Poświęcono jej sporo uwagi, toteż początkowo przeszło mi przez myśl, że czasowo zastąpi ona, jakże ważną zresztą, postać smoka Hualonga, który zostanie przedstawiony później, niż miało to miejsce w oryginalnej wersji. Ale to już zostało wyjaśnione – po prostu Hoffman jest starym dziadem i nie pamięta już, że mantykora przecież zawsze tam była, a Hualong został przedstawiony w zupełnie innym miejscu. Postacie dają się polubić i wypadają jeszcze lepiej niż poprzednim razem, a sposób, w jaki prowadzona jest akcja, a także proporcje w czasie występowania danej bohaterki, czy bohatera, sprzyjają spójności kompozycji, nikt nie wyskakuje nagle z kapelusza, nikt nie robi nic głupiego, wszystko jest na swoim miejscu. Opisy, kompozycja, klimat i inne takie Jakość opisów waha się między po prostu solidną, a znakomitą. Zwłaszcza kiedy opisywana jest nam natura, drzewostan, rośliny, ale także niektóre pomieszczenia, lokacje – dobór słów zadowala, żaden akapit nie jest ani za długi, ani za krótki, zaś czytelnik bez problemu wyobraża sobie otoczenie, jego barwy, panującą temperaturę, zapach czy to lokalnej flory, czy też bród, smród i ubóstwo, bo również i takie miejscówki się przewijają. Bardzo dobrze opisane zostało również odzienie poszczególnych postaci, ze szczególnym wskazaniem na pancerze, czy dodatki. Nierzadko trafiają się unikalne, profesjonalne określenia na poszczególne elementy ubioru, czy też fachowe nazewnictwo dotyczące końskich ruchów itp. Dla zaznajomionych z twórczością autorki nie będzie to jednak żadna niespodzianka. I chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że w opowiadaniu uświadczymy głównie kunsztowne zamki, czy lasy, opisywany świat daleki jest od ideału. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że to iście obrzydliwe miejsce, a do tego wyprany z moralności, jako że każdy ma swoje słabości, wliczając w to szlachciców i władców, którzy nie panują nad chucią, zatem nie brakuje błąkających się po świecie bękartów. Kucykom znana jest bieda, woda w fontannie przy zaniedbanym rynku śmierdzi, tu i ówdzie znajdują się sterty śmieci. Zebrane w całość, tworzy to pewien kontrast – Night Shadow ma do wyboru życie w złotej klatce, bród i smród znajdujące się "w sąsiedztwie", albo to, co czeka ją poza granicami cywilizacji, czyli naturę, wolność. Póki co, zróżnicowanie otoczenia, klimat, zdają egzamin, natomiast w przyszłości, o ile dobrze kojarzę oryginał, czekają nas nowe lokacje, postacie, a także przygody. Widząc jak dobrze wypadł ten kontent, który już został zremasterowany, mogę stwierdzić, że moje oczekiwania są dość spore, acz jestem spokojny, że poniżej pewnego poziomu jakość opowiadania nie spadnie nigdy. Prognozy na przyszłość Końcówka rozdziału czwartego zawiera ważną wskazówkę. Mianowicie, pojawia się nowa (tak naprawdę to nie) postać, lecz organizacja, w której jest zrzeszona, nosi inną nazwę. Jest to chyba pierwsza poważniejsza zmiana/ modyfikacja w historii. Co to oznacza? Oceniając „Cień Nocy” z 2013 roku dziś, można się zgodzić, że fanfik był produktem swoich czasów, zaś autorka dopiero rozpoczynała pisanie, toteż miała do zdobycia najwięcej doświadczenia. Co jednak podtrzymuję do dnia dzisiejszego, opowiadanie broniło się i dało się je polubić, lektura była wciągająca, czasu na nią poświęconego nie było co żałować. I ciągle wracało się po więcej. Wygląda na to, że te właśnie elementy, a także podstawowe założenia, kluczowe mniej lub bardziej wydarzenia, to zyskało zupełnie nową formę w remasterze, natomiast pewne rzeczy jednak zostaną zmienione. Pamiętajmy, że oryginalny „Cień Nocy” nie był fanfikiem ukończonym, toteż od pewnego momentu, jak Bogowie pozwolą, rozpoczną się zupełnie nowe rozdziały, a historia nareszcie pójdzie dalej. Na obecnym etapie czekam na kolejne postacie, związane z organizacją Łowców. Ciekaw jestem, czy może czyjeś imiona nie ulegną zmianie? Osobiście spekulowałbym coś w stylu: Awful Look – Pitiful Look albo Pitiful Impression, tego typu rzeczy. Chociaż z drugiej strony, nie ma na co liczyć – jeżeli dobrze pamiętam, co niektóre postacie nawiązują do wybranych użytkowników Tawerny.biz i był to dość charakterystyczny „smaczek” i w sumie sam nie wiem, czy ci bohaterowie, acz z poprawionymi imionami, to już będzie ten „Cień Nocy”. Przekonamy się. A co poza tym? O pieśniach i rymowankach już pisałem, ale mam nadzieję, że niejeden raz potowarzyszymy postaciom w ich podróży, co będzie okazją do delektowania się wspaniałymi opisami przyrody i fantastycznych stworzeń. Jest to wierny remaster, bez jakiegoś ekscesywnego dodawania nowej zawartości do od dawna udostępnionych już rozdziałów. Trzymam kciuki za porywające zwroty akcji, trzymające w napięciu intrygi, a także pamiętne bitwy, bo nie ma mowy, by Night Shadow zgodziła się ustąpić komukolwiek. Opowiadanie oczywiście polecam Pozdrawiam!
  3. Ciąg dalszy powyższego posta. Idylla Nie tylko w „My Little Dashie”, ale ogólnie w fanfikach, z reguły występuje, jeśli nie antagonista, to coś, co ogranicza poczynania bohatera lub bohaterów, wymusza na nim zmianę postawy, czy też z czasem stwarza zagrożenie, czy wręcz buduje napięcie. Jakiś zbiór okoliczności, takie a nie inne warunki, cokolwiek. Mamy coś takiego w oryginale, być może mamy i w „Naszej małej Sunset”, lecz... no, napięciem tego nazwać nie można. W ogóle, świat jest mocno wyidealizowany, cukierkowy, żeby nie powiedzieć naiwny. Co jak sądzę było zamierzone, toteż nie ma co się nad tym rozwodzić – taka wizja autora, dajmy jej szansę, przeczytajmy, oceńmy. Rzeczywiście, Aelita obawia się, że gdyby Sunset została wykryta, wówczas miałaby na ogonie różnych niegodziwych typów chcących na klaczce z innego świata eksperymentować, robić jej krzywdę itp. Jednak kiedy przychodzi co do czego, to jest to business as usual – rodzice są zachwyceni, nie mają żadnych wątpliwości, nawet stryjek, duchowny nie widzi w tym niczego nadzwyczajnego, co może być całkiem zabawne zważywszy na fakt, że co jakiś czas, w realnym świecie, przekonuje się nas, że „szatan jeździ na kucyku pony” Tak czy inaczej, negatywny wpływ na bohaterkę (Aelitę) mają tutaj demony przeszłości. To właśnie one powodują, że trudno jest się jej odnaleźć, czy skoncentrować na swoim życiu i przyszłości. Interesująco wypadają pewne paralele z Sunset Shimmer – obie kiedyś wydawały się być z innego świata, ich obecność w „tym właściwym” wydawała się abstrakcją, obie potrzebowały pomocy. Świetna rzecz, acz jej potencjał nie wydaje mi się maksymalnie wykorzystywany. W ostatecznym rozrachunku, bohaterom wszystko udaje się zbyt łatwo. Skoro są to katolicy, praktykują wiarę i ma to dla nich ogromne znaczenie, może właśnie taki ewentualny test wiary byłby czymś, co stworzyłoby namiastkę jakiegoś napięcia, przeszkodę do pokonania? Chodzi mi o test wynikający z odkrycia prawdy o istnieniu innego świata, w którym działa magia i w którym żyją kucyki. Świata, które ma przecież swoją historię i przyszłość. Tego typu rzeczy. Na pochwałę zasługują sceny, w których Sunset odkrywa świat – uczy się alfabetu, powtarza słowa, bada otoczenie, bawi się, śmieje, spędza czas czy to z wynalazkami Jeremiego, czy z rodzicami we własnej osobie. To są właśnie sceny i smaczki, których chciałbym jak najwięcej i których się spodziewałem po tytule. Zostały napisane solidnie, brzmią całkiem dobrze, wszystko wkomponowuje się w kreskówkowy klimat. W ogóle, spodobały mi się opisy dotyczące rogu Sunset oraz istnienia wewnątrz energii, która może wydostawać się na zewnątrz i biec po żłobieniach. Nie ma żadnych kłopotów z wyobrażeniem sobie takiej sceny, opisy są pod tym względem naprawdę dobrze skonstruowane. Innym razem otrzymujemy wyjaśnienie w jaki sposób Sunset chwyta kopytem różne rzeczy. Cieszą też smaczki w postaci nawiązań do jej opisu wygłoszonego przez Celestię w pierwszym „Equestria Girls”, mianowicie, mała Sunset denerwuje się i niecierpliwi, chce osiągać więcej, nie rozumiejąc jeszcze, że na pewne rzeczy dobrze jest poczekać ("kiedy nie otrzymała tego co chciała, tak szybko jak chciała...") Za każdym razem, kiedy w tekście przewija się tego typu scenka, czy moment, atmosfera wiele zyskuje, a Sunset znów jest w centrum uwagi, wzbudzając przy tym sympatię. Zdecydowanie duży plus opowiadania. Byłoby dobrze, gdyby w przyszłości było tego więcej, a i by na drodze bohaterów wreszcie wystąpiły jakieś trudności związane bezpośrednio z obecnością Sunset (no bo na dorastanie jest troszkę za wcześnie), aby móc im pokibicować. Znany jest tytuł kolejnego rozdziału – „Konfrontacja”. Przekonamy się, czy to już ten moment, czy jeszcze nie. Postacie W gruncie rzeczy, nie ma zbytnio do czego się przyczepić – mamy grono postaci głównych, ważniejszych, no i tych z dalszego planu. Nie potrafię ocenić na ile postacie z „Kodu Lyoko” zgadzają się ze swoimi kanonicznymi charakterami, ale wszyscy wypadają dobrze, są sympatyczni, każdy ma jakąś szczególną cechę, która wyróżnia go na tle pozostałych (Aelita mierzy się ze stratą ojca, Odd często zmienia dziewczyny, Ulrich podkochuje się w Yumie itd.), wszystko to się chwali. Chyba jedyne zastrzeżenia jakie mam dotyczą samej Sunset. Wydaje mi się zdecydowanie za kumata jak na swój domniemany wiek, widzę też pewną niekonsekwencję. Klaczka uczy się szybko, może i za szybko, raz przekręca różne słowa, nie odmienia wyrazów i buduje zdania proste (very cute BTW), ale innym razem potrafi i składniowo, i stylistycznie „zabłysnąć”, przez co tempo jej rozwoju traci na naturalności. Wygląda to tak jakby raz miała jeszcze problemy z formułowaniem zdań, a raz potrafiła już w pełni poprawnie i płynnie mówić po francusku. Czyli w skrócie – strasznie szybko się nauczyła mowy. Aż trudno uwierzyć. Czy przeoczyłem jakiś timeskip? Poza tym, acz nie wiem jak to było w „Kodzie Lyoko”, rzuciła mi się w oczy jedna rzecz, na którą narzekałem bodajże przy „Nowych początkach”, gdzie Sunset zapewniła sobie środki do życia poprzez grę na giełdzie itp. Znów – jak Jeremie pozyskał fundusze na czesne dla Aelity i wszystko inne? Grał na giełdzie. Skąd miał kapitał? Kieszonkowe od rodziców? Zresztą ile on ma lat? Troszkę krzywe mi się to wydaje, aczkolwiek już prędzej w to uwierzę tutaj, aniżeli w „Nowych początkach”. Ale poważnie, nie dało się wymyślić czegoś innego? Np. gra w pokera w internecie, za żetony za prawdziwe pieniądze? Chłopak widać jest inteligentny, ma dryg do cyferek, mógłby sprawdzić się jako gracz. Przynajmniej ja nie widziałbym problemu i zdecydował się na takie rozwiązanie. Ale generalnie postacie wypadają całkiem dobrze. Mają jakieś swoje cechy szczególne, przyjacielskie relacje są wiarygodnie, cieszą zawierane tu i ówdzie związki. W związku z niedawnym ukończeniem przez nich szkoły, do czytelnika wysyłany jest sygnał, że bohaterowie zaczynają dorastać, co w kontekście opiekowania się córeczką przez Aelitę i Jeremiego nabiera zupełnie innego wymiaru. Technologia Muszę przyznać, że, zwłaszcza w porównaniu z „Kodem Equestria” (Ale nie sprawdziłem jeszcze całości!), jest całkiem dobrze i solidnie, chociaż znalazłem sporo rzeczy, które bym poprawił. Nie pamiętam, czy był to rozdział trzeci, czy czwarty, ale w którymś momencie tekst nie był wyjustowany. Jeśli chodzi o styl, zdarzają się powtórzenia, zdrobnienia również są dosyć liczne, bardzo dużo „zdawało się” tam, gdzie moim zdaniem powinno być „wydawało się”. W ogóle niektóre zdania napisałbym inaczej, ale możliwe, że wynika to z mojego stylu i percepcji – po prostu gdybym ja miał to pisać, to by brzmiało inaczej. Mamy zdecydowaną dominację dialogów nad opisami, co akurat w tym przypadku nie powoduje żadnych zgrzytów. Rozdziały są dosyć krótkie i szybko się przez nie brnie i pomimo pozornie mozolnego tempa akcji, nie dostaje się wrażenia dłużyzn. No, może troszkę na początku kiedy wiele wątków wydaje się być po prostu fillerami. Po prostu raz po raz czytelnik zastanawia się, czy prezentowane wydarzenia rzeczywiście są aż tak istotne dla historii i czy cokolwiek wnoszą lub czy nie lepiej by było skupić się na „kamieniach milowych” fabuły i w ten sposób na przestrzeni tychże dziewięciu rozdziałów zawrzeć dużo, dużo więcej. Zgodzę się z Cahan, iż przydałoby się więcej opisów wyglądu. Jasne, mamy pewne określenia, takie jak „szatyn”, „blondyn” itp. w związku z czym można sobie wyobrazić dane postacie, ale jak się idzie w Google i szuka z ciekawości jak one naprawdę wyglądają, okazuje się, że to kompletnie inny design. Moim zdaniem dobrym pomysłem byłoby od czasu do czasu wrzucenie akapitu poświęconego tylko Sunset Shimmer, możliwe, że nawet bez jakichś dialogów, a po prostu opisy jej zachowania, przemyśleń, wrażeń, lęków. Ogółem w warstwie technicznej znajdą się rzeczy do dopracowania, ale nie mam większych zastrzeżeń. Jest w porządku. Werdykt Jak widać, o fanfiku można napisać bardzo dużo. Pomysł był bardzo ciekawy i stwarzał szerokie pole manewru, odnośnie wykonania, czy pewnych decyzji dotyczących stylistyki, czy kreacji klimatu, mam już zastrzeżenia, niemniej opowiadanie wypada całkiem dobrze, chociaż nie jest ono przeznaczone dla wszystkich – nie mówię, że od nadmiaru dobroci, wyrozumiałości i pobożności od razu dostanie się cukrzycy, ale fani mroczniejszych klimatów, poważnych, skomplikowanych opowieści pełnych intryg i zwrotów akcji raczej nie mają tu czego szukać. Co cieszy, opowiadanie można czytać nie znając nic a nic „Kodu Lyoko”, autor zapewnił nie tylko prolog, ale także dobrze wplecione w treść odniesienia, które rzucają nieco światła na te uniwersum. Posiada szereg mocnych stron, którymi się broni i chyba póki co daje sobie świetnie radę. Mam jeszcze wątpliwości, czy fani Sunset Shimmer będą usatysfakcjonowani taką ilością Sunset Shimmer w fanfiku o... Sunset Shimmer. A może po prostu to moje wrażenie. Nawiązując do „My Little Dashie”, tam po prostu było widać, że główny bohater przebudował całe życie dla Rainbow i ona była jego oczkiem w głowie, opisywał jej zachowanie, emocje, itd. Gdyby zamiast o tym ciągle opowiadał o swojej przeszłości, przywoływał różne wydarzenia z najnowszej historii, czy komentował co się aktualnie dzieje na świecie, myślę, że efekt byłby podobny. W każdym razie, tekst jest lekki i przystępny, ma w sobie sporo ciekawych koncepcji, a także potencjał, który trzeba tylko wykorzystać. Jestem otwarty na różne pomysły. Myślę, że z ciekawości warto dać opowiadaniu szansę. Na pewno jestem zainteresowany ciągiem dalszym oraz tym, czy w końcu pojawi się ktoś lub coś, co rzuci bohaterom wyzwanie Pozdrawiam!
  4. Skoro zdecydowałem porwać się na Lyokoverse, lektura „Naszej małej Sunstet” była nieunikniona i, co ciekawe, wiele wskazuje na to, że jakimś sposobem jest to jeden z przystępniejszych (o ile nie najprzystępniejszy) fanfików, jakie ma do zaoferowania uniwersum stworzone przez Lyokoherosa (na mój aktualny stan wiedzy na ten temat). Autor ani trochę nie ukrywa swojej sympatii zarówno do „Kodu Lyoko”, jak i postaci Sunset Shimmer, niejednokrotnie wypowiadał się ciepło na temat doskonale znanej „My Little Dashie”, stąd też niniejszy fanfik wydaje się oczywistą wypadkową, która prędzej czy później musiała się ukazać. Podchodząc do tegoż tytułu spodziewałem się, że autor włoży w fanfik absolutnie całe serce i dopieści wszelkie szczegóły, w związku z czym doświadczenie będzie zdecydowanie wyrastać ponad przeciętność, może wręcz będzie to coś wyjątkowego. Na dzień dzisiejszy mamy dziewięć rozdziałów oraz świąteczny expansion pack. Czy opowiadanie sprostało oczekiwaniom? Odpowiedzi szukajcie w poniższej recenzji. Fabuła Akcja opowiadania rozgrywa się w uniwersum „Kodu Lyoko” z przyjętym założeniem o nieistnieniu animacji „My Little Pony”, co powoduje, że bohaterowie nijak mogą skojarzyć postać Sunset Shimmer, czy zidentyfikować jej rasę (jasne, jednorożec, ale przecież nie taki zwyczajny) ze świadomością wszystkich jej możliwości, czy usposobienia. Jednocześnie opowiadanie dzieje się po zakończeniu fabuły „Kodu Lyoko”, stąd też można traktować je jako swego rodzaju sequel do tejże produkcji. Głównymi bohaterami są Aelita i Jeremie, przed którymi stoi wyzwanie odnalezienia się w roli przybranych rodziców małej klaczki, Sunset Shimmer, którą dziewczyna odnajduje pewnego dnia w krzakach, nie mając pojęcia skąd się wzięła ta istota, ani czym konkretnie jest. Wszystkim, co mają bohaterowie, jest księga wypełniona zapisami w nieznanym języku, acz opatrzona dwoma imionami – Celestii oraz Sunset Shimmer. Jest to jedyna poszlaka, która daje nadzieję na odkrycie prawdy o pochodzeniu magicznego jednorożca. W tle natrafimy na inne postacie znane z „Kodu Lyoko”, jednakże plejada znanych z serialu wojowników póki co pełni rolę epizodyczną, napędzając różne wątki poboczne, które jednak nie mają większego wpływu na główne wydarzenia. Co innego rodzice chłopaka, którzy przebijają się do grona postaci pierwszoplanowych, z czasem pełniąc rolę dziadków Sunset i wspierając przy tym Aelitę i Jeremiego w nowej sytuacji. Fabuła opowiadania w oczywisty sposób nawiązuje do oryginalnego „My Little Dashie”, lecz na dłuższą metę okazuje się zupełnie oddzielnym, autorskim tworem. Z jednej strony jest to plus, gdyż „Nasza mała Sunset” nie sprawia wrażenia kalki, kopii, czy, po prostu, kolejnej wersji znanego opowiadania, ale posiada własną atmosferę. Na pewno ucieszą się osoby, którym MLD nigdy nie przypadło do gustu – to nie jest to samo, tylko z inną bohaterką i innymi rodzicami. Z drugiej jednak strony, zmiana ta niesie ze sobą konsekwencje, choćby narrację trzecioosobową zamiast jednoosobowej. Powoduje to, że opowiadaniu z automatu może zabraknąć wielu elementów charakterystycznych dla pierwowzoru i w znacznym stopniu budujących jego klimat. Jasne, wśród tagów próżno szukać [Sad] co nie sugeruje podobnego obrotu sprawy ani trochę, lecz nie ma wśród nich także [Romans], a przecież i na takie wątki natrafimy. Ale o tym nieco później. Chodzi mi o to, że narracja pierwszoosobowa pozwalała wejść w perspektywę głównego bohatera, przez co budowana w tekście więź z Rainbow Dash, przeżywane emocje, wydarzenia, klimat, wszystko co prowadziło do przejmującego (jak dla kogo, ale wciąż) zakończenia, wypadało bardzo wyraziście, realizując nie tylko pewne wyobrażenia fandomu na temat „a co by było, gdybym znalazł kucyka”, ale także w jakimś stopniu definiując atmosferę ówczesnej sceny fanfikowej, ogólnie. Wiadomo, że na obecnym etapie to głównie dzięki goglom nostalgii podchodzi się do pewnych rzeczy sentymentalnie, wiele przy tym wybaczając, ale nawet odstawiając to na bok, odniosłem wrażenie, że w MLD wydarzenia były po prostu lepiej opisane, tempo akcji sprzyjało „zadomowieniu” się w jednym mieszkaniu z postaciami i poznanie rzeczy, którymi na co dzień żyli, przez co po lekturze trudniej było rozstać się z tekstem (jeśli przypadł do gustu i danego odbiorcę poruszył). W przypadku „Naszej małej Sunset” nie zaobserwowałem czegoś takiego. W porządku – fanfik próbuje po swojemu budować relacje klaczki z jej przybranymi rodzicami, wykorzystując świat „Kodu Lyoko” oraz panujące tam realia, polegając nie na typowym Bronym, ale na postaciach z serialu animowanego. Kłopot w tym, że relacja Sunset z Aelitą, czy Jeremim, potem także z innymi postaciami, nie jest aż tak absorbująca, ani nawet należycie eksponowana, przez co trudniej skupić na niej uwagę, czy w pełni poczuć przeżywane przez postacie emocje. Skąd to wrażenie? Z której choinki się urwałeś? Spędziłem nad tym trochę czasu i doszedłem do wniosku, że opowiadanie jest bardzo, bardzo luźno wpisane tematycznie w „My Little Pony”. To crossover, aczkolwiek, gdyby stworzyć skalę, po jednej stronie dać „Friendship is Magic”, zaś po drugiej „Powrót Xany”, wówczas jestem przekonany, że wskaźnik nie będzie chciał opuścić obszaru tego drugiego dzieła. Przewaga „Kodu Lyoko” jest na tyle duża, że fanfik sprawia wrażenie sequela wyłącznie francuskiego (proszę poprawić, jeśli się mylę) serialu animowanego, zaś postać Sunset wydaje się być w pełni możliwa do zastąpienia. Przy okazji „My Little Dashie”, Rainbow Dash była dla bohatera całym światem. Tutaj, o ile faktycznie mamy podstawy, by sądzić, że jest podobnie, a wręcz tak samo, a kolejne sceny udowadniają nam jak bardzo z czasem na sile zyskuje więź Sunset z jej rodzicami, o tyle wszystko to ciągle traci na rzecz elementów pochodzących właśnie z uniwersum „Kodu Lyoko”. Mamy mnóstwo odniesień do fabuły serialu, w tle często pojawia się Waldo, ojciec Aelity, a jego los jest nieustannie przypominany, przez co dziewczyna często płacze, zaś obecność Sunset nie wydaje się wpływać na to ani trochę. Jasne – klaczka dzieli smutki z matką, lecz prędzej spodziewałbym się, że Aelita zostawi ten fragment przeszłości za sobą, stanie się silniejszą postacią, tym bardziej, że ma teraz córkę, którą musi się zaopiekować. Ona powinna jej dać siłę. Zresztą początkowe rozdziały opowiadania mogą bardzo zmylić, gdyż eksplorujemy relacje między pozostałymi Wojownikami Lyoko (np. Ulrichem i Yumi), jest to obszar, na którym występują wątki romantyczne (a przed którymi tagi w ogóle nie ostrzegają). Owe wątki, w ostatecznym rozrachunku, niewiele wnoszą do głównej fabuły, a odwracają uwagę od Sunset i jej relacji z Aelitą i Jeremim właśnie. Sądzę, że nawet gdyby z rozdziału pierwszego przejść od razu do wakacji u rodziny Belpois, wówczas straty i tak będą niewielkie. Kolejną rzeczą, która odwraca uwagę od wątku Sunset (tytułowej postaci, jakby nie patrzeć), a wydaje się odnosić do lore „Kodu Lyoko”, czy wręcz rozbudowywać je, są próby skomentowania obecnej sytuacji na świecie, czy powiązanie wybranych elementów z serialu (głównie Kartaginy, nie wiem, czy np. postać Dominique i organizacji do której należy również są kanoniczne) z teoriami spiskowymi „tłumaczącymi” różne zjawiska w naszym świecie. Co przecież nie jest złe – fanfik próbuje w ten sposób zachować aktualność. Kartagina wypada tutaj niemalże jak Illuminati – istnieje od bardzo, bardzo dawna, ma niemalże nieograniczony majątek i wpływy, przez co stara się kontrolować cały świat, choć nikt tak naprawdę nie wie kim są ci ludzie. W opowiadaniu mamy również zasugerowane, że Kartagina, jako przeciwnik między innymi Kościoła Katolickiego, stoi za rewolucją seksualną, czy szeroko pojęta inżynierią społeczną, co jest jednoznacznie określane jako złe, natomiast walcząca z nim Custodes Romae jest jednoznacznie dobra. Brakuje temu pewnej subtelności, czy odcieni szarości. W tym miejscu chciałbym powołać się na fanfik, który uznaję za bardzo dobry i godny uwagi, a który przeczytałem jakiś czas temu – jest to „Początek końca”, autorstwa Zodiaka. Tekst ten odebrałem między innymi jako pewną ocenę, czy komentarz do obecnej sytuacji; prezentujący zagrożenia i obawy zwykłego kucyka, a przy tym podejmujący aktualne, niekiedy trudne tematy, takie jak migracja, ekspansje różnych kręgów kulturowych i inne. Tam właśnie zostało to pokazane, zasugerowane, a nie nazwane po imieniu i jednoznacznie wskazane jako złe. Owszem, wydźwięk jest taki, że jest to coś, względem czego można być podejrzliwym, czy do czego można (i powinno się) podchodzić z rezerwą, natomiast ostatecznie nie wiadomo jakie będą tego skutki w przyszłości, w związku z czym opowiadanie jest otwarte, niejednoznaczne. Myślę, że gdyby coś podobnego wykorzystać w „Naszej małej Sunset”, wówczas opowiadanie wiele by zyskało. Dodam jeszcze, że byłaby to świetna szansa, aby w przyszłości skierować uwagę czytelnika na rozwój Sunset – klaczka mogłaby zadawać rodzicom pytania, trudne pytania, nieświadomie podważając ich przekonania, czy odnajdując inną drogę, a na co przecież Aelita i Jeremi musieliby reagować. Byłoby to dosyć „ludzkie”, co z pewnością pomogłoby utożsamić się z bohaterami oraz interakcjami, w których ci biorą udział. Tym bardziej, że nadal nie wiemy co jest napisane w księdze, którą bohaterowie znaleźli przy Sunset. Jak fakt, że ta pochodzi z innego świata, w którym rządzą księżniczki alikorny, wpłynąłby na jej relacje z Aelitą i Jeremim? W ogóle, treść tej księgi to chyba na chwilę obecną najbardziej interesujący mnie wątek. W ogóle, rzeczy związane z religią katolicką są na przestrzeni poszczególnych rozdziałów mocno faworyzowane. Jest to dziedzina, która dostaje, w moim odczuciu, więcej czasu antenowego, kiedy Sunset o coś pyta, a gdy rodzice decydują się jej to i owo powyjaśniać. Pozostałe czy to dziedziny naukowe, czy rzeczy związane z codziennością raczej przewijają się w tle (np. jak działa piekarnik). Nie mówię, że wypada to nachalnie, czy wzbudza jakąś niechęć, nic z tych rzeczy. O ile faktycznie, w przypadku oryginalnej animacji broniłem stanowiska, że ta powinna pozostać neutralna, uniwersalna, przystępna dla wszystkich, o tyle fanfiki to są królestwa ich twórców i ci mogą sobie pisać o czym chcą, jak chcą itd. Także gratuluję odwagi i konsekwencji. Mam z tym jednak problem, ponieważ, znowu, odwraca to uwagę, tym razem nie tylko od Sunset, ale i od uniwersum „Kodu Lyoko”, gdyż w tych fragmentach opowiadanie zaczyna przypominać katolickie animacje, które mają w prosty sposób pokazywać najmłodszym wybrane historie z Pisma Świętego, promować wypływające z nich nauki, a także, ogólnie, zachęcać do praktykowania wiary. Do dziś mam trochę takich bajek na kasetach VHS. To właśnie one przyszły mi na myśl, gdy czytałem dane fragmenty fanfika. Jest to kuriozalne o tyle, że przecież Sunset uczestniczy w tych wydarzeniach i one też jej dotyczą. Aczkolwiek, wciąż można z tego zrobić istotny plot point – nawiązując do wspomnianej już księgi, jak zareaguje Sunset kiedy jej rodzice odkryją skąd pochodzi i jak tam jest? Czy skoro tam jest ktoś taki jak Celestia, czy mała zaczęłaby kwestionować istnienie Boga? Jakby to sobie tłumaczyła, a jak zareagowałaby Aelita, czy Jeremie? Czy okazałoby się to dla nich próbą, testem wiary? Myślę, że to mogłoby być bardzo ciekawe. Ostatecznie, wszystko to powoduje pewien kryzys tożsamości. Czy jest to w miarę wyważony crossover dwóch światów? Czy jest to sequel jednej fabuły, czerpiący jedynie pewne elementy z innego uniwersum? A może opowiadanie ma na celu wyrazić sprzeciw wobec czegoś i komplementować określony system wartości? Trudno powiedzieć. Zaznaczam, że absolutnie nie chcę niczego bronić autorowi, wręcz przeciwnie – to jest jego fanfik, jego świat i jego wizja, natomiast zwracam uwagę na to, że po tytule „Nasza mała Sunset”, a także informacji, że jest to fanfik inspirowany „My Little Dashie”, potencjalny odbiorca nabiera oczekiwań, wyobrażeń odnośnie tego z czym ma do czynienia. Można rzecz, że opowiadanie... zaskakuje. Za czym idą pozytywy, neutrale, no i różne uwagi. Zbyt długi post - powoduje error 500 Ciąg dalszy poniżej.
  5. Przyznam szczerze, że tytuł wydał mi się intrygujący, szczególnie po zapoznaniu się z zestawem tagów, jakimi zostało opatrzone opowiadanie. Poza tym, jest on chwytliwy, brzmi świetnie, siedzi w głowie. Od razu poczułem się zachęcony do lektury, a nawet instynktownie pomyślałem, że mam przed sobą coś może nie przełomowego, ale pamiętnego, inspirującego. Czy tak też było? Jak sobie poradziła ta historia? Odpowiedź powinniście znaleźć poniżej. Pragnę ostrzec przed możliwymi spoilerami. Najlepiej czytać dalej po zapoznaniu się z tekstem. Nie jest on długi, toteż nie powinien Was kosztować zbyt wiele czasu. Pierwsze wrażenie Z jakichś powodów fanfik przypomniał mi bodajże „Klacz u kresu wieczności”, pamiętam, że czytałem kiedyś coś takiego. O ile w niniejszym opowiadaniu świat nie dokonał swego żywotu, pozostawiając Celestię jako ostatnią, o tyle nie mogę powiedzieć, iż nie wydaje mi się, aby jakoś szczególnie tętnił on życiem, tryskał wesołością, czy optymizmem. Księżniczka Celestia jest tu niezwykle apatyczna, zgorzkniała, zmęczona wszystkimi i wszystkim. Zostało to oddane perfekcyjnie w praktycznie każdym momencie, w którym autor starał się nam to pokazać. Zaczyna się od wizyty ambasadora Griffonstone – widzimy, że życie toczy się dalej, czas mija, ale Celestia już nawet nie chce próbować sprostać kolejnym wyzwaniom. Po prostu podejmuje decyzje automatycznie, jak pozbawiona emocji maszyna, a kiedy tylko może, wyręcza się siostrą. Jej uśmiech jest sztuczny, ciągle nosi kolejne maski, ale czytelnik wie doskonale co ona sobie tak naprawdę myśli i na co ma ochotę. Poza tym, oprócz zbudowania odpowiednio melancholijnej atmosfery, autorowi udało się czytelnika wciągnąć i zaciekawić przeszłością. Chcemy dowiedzieć się co uczyniło Celestię taką, jaką widzimy ją w opowiadaniu, dlaczego żałuje swych decyzji oraz... kiedy właściwie toczy się akcja tego opowiadania? Odpowiedzi na te pytania przychodzą w idealnych wręcz momentach, zaś odpowiednio dobrane tempo akcji potrafi zbudować pewne napięcie, zatem nic nie następuje zbyt szybko, za wolno, czy niepotrzebnie. Wydaje się zatem, że fanfik został bardzo starannie przemyślany. Aczkolwiek rzeczywiście, niektóre przejścia między scenami są zbyteczne, gdyż po zakończeniu jednej z nich, natychmiast dostajemy kontynuację poprzedniej, bez żadnej przerwy w czasie, czy zmiany lokacji. Jest to tylko drobny mankament i praktycznie nie ma on żadnego znaczenia, bo nie przekłada się na odbiór opowiadania. Fabuła, czyli o przemijaniu raz jeszcze Przechodząc do szczegółów, warto nakreślić jak mniej więcej wygląda główny wątek fabularny oraz jakie towarzyszą mu wątki poboczne. Generalnie, w odpowiednim momencie odkrywamy, że akcja opowiadania ma miejsce długo po wydarzeniach znanych nam z kreskówki. Jest to pewien szok, zwłaszcza, że autorowi udaje się utrzymać czytelnika w niepewności wystarczająco długo, by powyższa informacja okazała się (w pewnym stopniu) zaskakująca. Początkowo została nam stworzona iluzja, że to gdzieś między jednym epizodem, a drugim, zwykła codzienność i tyle. Zatem wiemy już, że Celestia ma w nosie rozmowy z ambasadorami innych państw, nie interesuje jej zarządzanie swoimi włościami i budowanie lepszej przyszłości. Ale dlaczego tak właściwie Księżniczce Celestii nie chce już się angażować? Jest to moim zdaniem bardzo istotny element jej historii, który w znaczącym stopniu determinuje jej kreację w opowiadaniu, a także pomaga w budowie klimatu. Otóż Celestia jest święcie przekonana, że najlepsze ma już za sobą. Smutne jest również to, że w sumie ma prawo tak uważać – kucyki odchodzą, przemija sława, czy poważanie, codzienność staje się szara, monotonna, natomiast konsekwencje jej czynów (tego, w co się przecież angażowała, również emocjonalnie) odbijają się czkawką. Ciągle kogoś lub coś traci i najwyraźniej niewiele może na to poradzić, pomimo swojej boskości. Pierwszym przykładem jest Twilight Sparkle, która w opowiadaniu jest nam opisywana jako taka „daughter-figure”, na którą Celestia tak długo czekała, którą prowadziła przez życie i która zawdzięcza jej skrzydła. Celestia nawiązała z nią tak silną więź, że musiał to być cios, gdy, nie pogodziwszy się ze śmiercią swoich prawdziwych rodziców, Twilight zwraca się do niej z prośbą o ich wskrzeszenie, na co ta zresztą się nie zgadza. Jakby po tylu latach nauki wciąż nie pojmowała pewnych kolei rzeczy. Rezultatem są gorzkie słowa i zerwanie tej więzi. Scena ta jest napisana w sposób dość oszczędny, lecz to właśnie dialogi i didaskalia sprzedają nam towarzyszące postaciom emocje oraz klimat. Co przytłacza, trudno czuć jakąś niechęć do Twilight, ponieważ jej powody wydają się w pełni zrozumiałe, w końcu sami często nie godzimy się z wyrokami losu, przemijaniem, chcemy zatrzymać przy sobie kogoś na dłużej, choć jest to niemożliwe. Zastanawiam się jednak, dlaczego tak właściwie Celestia sprowadza wszystko do przemiany Twilight w alikorna – skoro była jej uczennicą, najpewniej tak czy inaczej zwróciłaby się do niej o pomoc. Wtedy też pomyślałem, że być może jest to przykrywka i de facto Celestia odkryła już, że to, na co tak długo czekała i w co zainwestowała tyle emocji, ostatecznie przyniosło tylko ból. Drugi przykład, w mojej ocenie, jest już mniej smutny, acz wciąż przejmujący i dramatyczny. Tyczy się on tym razem żywego kucyka, chociaż jak zagłębimy się w opowiadanie, życiem trudno jest to nazwać. Cadance cierpiąca stratę Shining Armora nie wydaje mi się czymś zupełnie świeżym, aczkolwiek w opowiadaniu wątek ten został opisany w taki sposób, że nie towarzyszy nam żadne wrażenie wtórności czy sztampy. W ogóle, na początek otrzymujemy okazję, by przyjrzeć się jak po tylu latach wyglądają relacje Celestii z Flurry Heart. Może się to wydać kontrowersyjne, ale uważam, że, pomimo pewnej nuty niechęci i wrażenia, że „przecież to nie tak miało być”, relacje te są poprawne. No i ostatecznie Celestia zgadza się pomóc schorowanej Cadance. Odkrywamy, że Flurry Heart nie chce towarzyszyć Celestii, nie zamierza widzieć się z chorą matką. Pierwszym odruchem czytelnika jest potępienie jej postawy, lecz kiedy czytamy o stanie Cadance i jak ona „funkcjonuje”, wrażenie to nieco ulatuje. Jak w przypadku Twilight, jesteśmy w stanie zrozumieć Flurry, domyślamy się, że swoje i tak już wycierpiała, a ma przecież na głowie swoje życie i obowiązki. Wspólnym mianownikiem tychże scen jest fakt, że czytamy o bohaterkach tragicznych, przy czym każdą z osobna idzie zrozumieć, nie wspominając już o towarzyszącym nam motywie przemijania, przez cały czas. Fabuła jest prowadzona w sposób ciągły, kolejne sceny są ze sobą powiązane, całość zmierza do końca, który... No, cóż. O tym w kolejnym punkcie. Ale by zamknąć już rozważania o fabule – jest to pełnokrwisty [Sad], choć motywy (przemijanie, Celestia zmęczona życiem i rządzeniem, Shining Armor umiera, a Cadance leci dalej itp.) nie wydają się pierwszej świeżości, to jednak autor stanął na wysokości zadania i zaserwował nam kawałek solidnego, przygnębiającego opowiadania, w którym występuje cała plejada postaci tragicznych, z których problemami można się jak najbardziej utożsamiać (nieprzyjęcie do wiadomości odejścia kogoś bliskiego wiedzie tu prym). Oczywiście w centrum jest Celestia, która ma za zadanie wycierpieć najwięcej i która jest ze wszystkimi opisywanymi tragediami powiązana. A raczej, która czuje się za nie współodpowiedzialna. Problemy moje z końcówką fanfika (ale nie do końca) Rzecz dotyczy decyzji o odebraniu Cadance formy alikorna. Nie powiem, było to nagłe, niespodziewane. Dałem się złapać. I w sumie początkowo aż nie mogłem w to uwierzyć, więc cofnąłem się i przeczytałem poprzednie scenki jeszcze raz, ale dokładniej. No i rzeczywiście, to się stało. Aczkolwiek, nie wiedzieć czemu moją pierwsza myślą przy okazji tej sceny było coś takiego, że Celestia nagle wyciąga zza pazuchy katanę, teleportuje się za Cadance... „Nothing personal, kid” I po prostu odcina jej te skrzydła. I może jeszcze róg. A potem przebija jej serce, bo nie dla niej miłość. Wydało mi się to też jakieś takie niepasujące, zaś początek kolejnego, ostatniego już akapitu w ogóle zabrzmiał jak czarna komedia. Ot, zrobiła swoje, jest u siebie, żłopie sobie herbatkę, a w gazetach piszą o jej „wyczynie”. Nie wiem, jakiś dziwaczny akcent na prawie zakończenie opowiadania. Pomyślałem, że w ten sposób Celestia rozładowała nerwy, a teraz po prostu sobie siedziała u siebie, "wogle spoko nie". Ale ostatni fragment w jakiś sposób odbudowuje klimat. „Przynieś mi coś mocniejszego.”, czyli Celestia zupełnie się stacza, zaś my dowiadujemy się, że choć chwilę temu sączyła ulubiony napój i bawiła się sztućcami, to jednak towarzyszy jej strach. A potem następuje ostatnie zdanie i punch-line tego fanfika. Dowiadujemy się, już definitywnie, co tak naprawdę uczyniła Celestia, zaś efekty jej zaklęcia są nam opisywane jako coś obrzydliwego. W ogóle, starość została tu przedstawiona jako coś obrzydliwego, jako zaprzeczenie piękna. I co definitywnie na nowo wznieca odpowiedni klimat? Sugestia, że Celestia zamierza to samo zrobić samej sobie.Pomimo tego, że de facto już była staruszką, tak się tez czuła. Zatem wszystko jest ze sobą powiązane i nic nie zostało zapisane bez przyczyny. Generalnie, przez moment miałem wrażenie jakby klimat opowiadania się zmienił i nagle nabrał jakichś „śmiesznych”, groteskowych akcentów. Ale na szczęście świetne napisane zakończenie zupełnie to zmieniło. Rzecz wydała mi się na tyle istotna, by poświęcić temu oddzielny punkt. Kompozycja – zróbmy to! Czyli napiszmy opowiadanie językiem prostym, ale poważnym. Stwórzmy wrażenie królewskości, ale nie odbierajmy postaciom cech, które mogłyby świadczyć o ich upadku. Czyli po prostu – zbudować klimat, utrzymać go i nie przesadzić z patosem, czy też nie tworzyć typowego wyciskacza łez. I generalnie to się udało. Odpowiednia atmosfera towarzyszy nam przez niemalże całe opowiadanie, mogę powiedzieć o dosyć dużej dbałości o kompozycję, a także ogólnym, całkiem wysokim poziomie technicznym opowiadania. Co cieszy, sporadycznie autor stara się rezygnować z „typowych” zdań prostych, tworząc nieco dłuższe, złożone, rzuca też od czasu do czasu jakimiś dodatkowymi epitetami, przez co opisy brzmią lepiej, bardziej bogato. O ile przez większość czasu to działa i pomaga w zachowaniu zamierzonego poziomu, o tyle momentami miałbym zastrzeżenia co do szyku niektórych zdań. Musiałem przez chwilkę zatrzymać się i zastanowić o co właściwie chodziło autorowi. Popsuło to ogólne flow tekstu. Przykład: "Wśród śmietanki towarzyskiej Canterlotu, nudę bezbarwnego życia osładzającej sobie komentowaniem na mdłych rautach wybuchających od czasu do czasu afer i skandali, krążyły złośliwe plotki." Środek zdania jest zbyt długi, czy może raczej, napisany w takim szyku, że idzie zapomnieć o co właściwie chodzi. Tzn. teraz już jestem w stanie to ogarnąć, niemniej nie powinienem zatrzymywać się w tekście i wyczytywać kilkukrotnie zdanie, w poszukiwaniu jego sensu, czy też próbując tak je odczytać, aby brzmiało lepiej. Może gdyby po prostu napisać, czym śmietanka towarzyska Canterlotu osładzała sobie nudę bezbarwnego życia, zachować ten opis lecz ze zmienionym szykiem i dopiero później, w oddzielnym zdaniu wspomnieć, że zwłaszcza teraz po salonach krążyły różne złośliwe plotki? Myślę, że przy następnej okazji wrócę do tekstu i spróbuję pozaznaczać to i owo, ty samym dając autorowi parę poprawek do rozważenia. Na pewno nie będzie tego dużo. Pod kątem technicznym, fanfik wypada naprawdę zadowalająco. Został napisany solidnie, z dbałością o różne niuanse, a ponieważ nie jest aż tak długi, otrzymujemy akurat tyle, ile potrzeba, przez co pole manewru nie jest na tyle szerokie, by odczuć wrażenie czysto rzemieślniczej pracy, na co momentami niby się zanosi, ale nigdy nie eskaluje. Gdyby tekst był ze dwa razy dłuższy, możliwe, że to mógłby być problem. Podsumowując, kawał dobrej roboty Fanfikowi nie brakuje atmosfery, choć przemijanie jest motywem znanym i dość wyeksploatowanym, historia nie nudzi, śledzi się ją z zaciekawieniem, autor zadbał o niejeden szczegół. Dobijające się to, że można uznać, że każda z postaci ma swoją rację i powody, by tak postępować, wszystko jest dobrze wyjaśnione. Mogę z czystym sercem polecić to opowiadanie, aczkolwiek, jeżeli komuś wcześniej zdążyły zbrzydnąć motywy, na których oparto fabułę, wówczas będzie się nudzić. Wszystko zależy od tego ile jeszcze kto da radę czytać o życiu i śmierci, upływie czasu, tego typu rzeczach. Mnie, jak widać, wciąż zostało jeszcze trochę paliwa Pozdrawiam!
  6. Po czytaniu fanfika w ramach „Czytania z Klubem”, do opowiadania powracałem jeszcze kilka razy. Mając mniej na głowie i nieco więcej czasu (nie to co teraz...), byłem ciekaw, czy moje wrażenia ulegną jakimś zmianom. Może zauważę coś nowego, a może zmienię zdanie, kto wie? Z niekrytą satysfakcją donoszę, iż tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to bardzo dobry i ciekawy fanfik, który zapada w pamięci, inspiruje, pozostawiając wprawdzie lekki niedosyt, ale z drugiej strony pobudzający wyobraźnię. Mam na myśli to, że ile razy bym go sobie nie przeczytał, nadal zastanawiam się nad co niektórymi scenami, a pojedyncze słowa-klucze, takie jak choćby Sybilla, Glades, czy Wintergreen (imię głównego bohatera) nadal wybrzmiewają w głowie. To trochę jak po raz pierwszy opuścić Midgar w „Final Fantasy VII” i usłyszeć główny motyw muzyczny gry. Nie przedłużając, acz dla samej zasady, napomknę, że historia dzieje się w pozornie idealnym świecie, gdzie system Sybilli regularnie mierzy różne cechy mieszkańców futurystycznego miasta Glades, niegdyś zatopionego w oceanie zła. Dzięki temu nic nie może się ukryć: żadna niecna intencja, żadne szaleństwo. Niegodziwości są natychmiast wykrywane i tępione. Choć mieszkańcy zaakceptowali Sybillę za cenę własnej prywatności, okazuje się, że daleko jej do ideału. Skoro wszystko może zostać zmierzone i wyrażone jakąś miarą, danymi to znaczy, że może zostać zafałszowane, zmienione. I o tym właśnie boleśnie przekonuje się Wintergreen, bohater tejże historii, przed którym nieoczekiwanie stanęło największe wyzwanie – znaleźć i zniszczyć kontrolujący wszystko system. Tak w skrócie przedstawia się fabuła. Warto dodać, że obejmuje ona jeszcze wiele innych rzeczy i nawiązań, ale generalnie o to właśnie chodzi. Autorka opowiadania utrzymuje, że jest to historia inspirowana (crossoverowana?) z uniwersum „Psycho-Pass”, ale jak się okazuje fanfik można skojarzyć z innymi rzeczami, jak chociażby z przewijającym się już w tym wątku Orwellem. Rzeczywiście, treść jest na tyle przystępna i zrozumiała, że nie ma się żadnych problemów z jej rozumieniem, a przy tym można zinterpretować ją po swojemu, nawiązując do tego, z czym się każdemu kojarzy. Dlatego wspomnienie o „Final Fantasy VII” nie było zupełnie od czapy – spędziłem nad tym trochę czasu, ale już podczas pierwszego czytania fanfika oraz czytania go w ramach Klubu, coś mi siedziało z tyłu głowy i nie chciało wyleźć. Teraz już wiem, że cała ta tajna organizacja, która werbuje głównego bohatera i która zamierza zniszczyć Sybillę kojarzy mi się z Avalanche, które zajmowało się wysadzaniem reaktorów Mako, w ramach walki z kontrolująca wszystko korporacją. W sumie, jest jeszcze lekki vibe a'la „Crisis Core”, czyli wiemy jak to się najpewniej skończy i że nie ma ucieczki, więc od pewnego momentu czekamy na nieuniknione. I wtedy, po wartkiej akcji, przychodzi zakończenie. I rzeczywiście, zakończenie „Przebiśniegu” jest absolutnie fenomenalne, ale nie przez swą dramaturgię, opisy, emocje, rozmach, nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. To właśnie ta genialna prostota, ten minimalizm, uderzają w świadomość czytelnika, zostawiając go tak naprawdę z niczym, z pustką. A o pustce bohater wspominał bodaj w ramach prologu. W ogóle, końcówkę można interpretować na kilka sposobów, ale, przede wszystkim, mocno zapada w pamięci, przez co opowiadanie zyskuje szczególny wydźwięk. Co wynikło z wymagań konkursowych (fanfik był przecież pracą konkursową), nie uświadczymy tu zbyt wielu rozbudowanych opisów, akcja leci raczej szybko, tak na dobrą sprawę, nawet nie poznamy jakoś lepiej głównych bohaterów, może poza samym Wintergreenem, czy Merlią. Z drugiej strony, w tym konkretnym przypadku też ma to swój urok i mam wątpliwości, czy przekaz byłby równie silny, gdybyśmy mieli po drodze „rozpraszacze” w postaci dodatkowych opisów, scen, czy innych rzeczy. A tak, liczy się po prostu chwila. Po prostu to, co już mamy, spełnia swoje zadanie. Wracając jeszcze do postaci, fajne jest to, że zostały one napisane niuansami, charakterystycznymi rzeczami, które jakoś budują ich wizerunek i pozwalają odróżnić je od siebie. Jest to przystępne w odbiorze i dodaje całości smaku. Przede wszystkim czuć, że bohaterowie posiadają konkretne powody, by działać i w sumie chce się im przyznać rację kibicować. Chociaż z drugiej strony ciężko mi jakoś definitywnie skreślić Sybillę, jako coś złego. Nie wiem jak się to udało, ale wydaje się, że nie ma tam dobrych i złych, tylko po prostu sprzeczne ze sobą stanowiska, choć cel wydaje się ten sam. Albo podobny. Zależy jak na to spojrzeć. Co ciekawe, jeśli potraktować tytuł fanfika dosłownie, czym jest Przebiśnieg? Jak się okazuje, zwiastun/ symbol przedwiośnia, podlegający zresztą częściowej ochronie. Co mogłoby to oznaczać? Czy wszechobecny i wszystko kontrolujący system Sybilli można uznać właśnie za taką „ochronę”? Jeśli już, to dosyć niedoskonałą. A zwiastun przedwiośnia? Czy ma to jakieś głębsze znaczenie w kontekście zakończenia? A może i całego planu? Może Glades jest de facto jednym z wielu? Spora gratka, zwłaszcza dla gościa, który uwielbia doszukiwać się w fanfikach rozmaitych rzeczy, a nierzadko trochę nadinterpretować. Aż dziw, że „Przebiśnieg” tak długo mi uciekał. Opowiadanie pragnę oczywiście polecić, zważywszy również na interesujący klimat, który towarzyszy nam przez wszystkie rozdziały, aż do końca. Jest w nim sporo smaczków, lektura szybko wciąga i nie pozwala się oderwać, po zapoznaniu się z całością odkrywamy kolejne niuanse i wracamy po więcej. Ale tak jak wspominałem – opowiadanie potrafi zainspirować, siedzi w głowie, na swój sposób jest wyjątkowe. Warto poświęcić mu swój czas. Pozdrawiam!
  7. Hoffman

    To opowiadanie o kucykach tak? Chyba, skoro za rogiem znika ogon bohaterki. Ale za moment na nosie bohatera ląduje pięść. Potem, kiedy znów się spotykają, macha ręką... No, nie wiem. Może tak po prostu wyszło, w końcu opowiadanie ma już trochę lat. No i gdzieś się tam przewijają ramiona zamiast łopatek chyba... Ale! Przechodząc już do rzeczy, o ile zgodzę się, że jest to w zasadzie takie typowe love story i zawiera mnóstwo elementów charakterystycznych dla tego typu historii, o tyle doceniam, że autorka starała się wpleść w to motyw czasu, no i ogólnie, wprowadzić kilka niuansów aby jakoś ubarwić opowiadanie, odróżnić je od typowych, sztampowych historii miłosnych. Opowiadanie faktycznie rozpoczyna się... no, i w sumie trwa przez większość czasu, jako typowa historia miłosna – jest on, jest ona, on się w niej zakochuje, jest pewna różnica wieku, ale ok, pojawia się nawet taki motyw, że główny bohater fantazjuje sobie co by było jakby ona znalazła się w opałach, a on by ją uratował. Myślę, że mógłbym wymienić jeszcze trochę elementów, ale wiadomo już o co chodzi. Jak pisał Testar, jest to opowiadanie przyjemne, „uroczo banalne”, trochę też naiwne, a dzięki temu, że zamyka się ono w sześciu stronach, nie odnosi się wrażenia mdłości, przesłodzenia, czy czegoś podobnego. Autorka zaserwowała nam konkrety, skupiając się na przeżyciach wewnętrznych i wspomnieniach. I, tym razem powtarzając za Cahan, zastosowany język jest ładny, towarzyszy nam też odpowiedni klimat, co jest niezaprzeczalnym plusem. Tytułowy motyw czasu, upływania, przemijania, początkowo przewija się gdzieś w tle, nie zwracając na siebie zbytniej uwagi, momentami nawet da się zapomnieć jak się właściwie to opowiadanie nazywa i jaki to ma sens. W ogóle, to, co mówi nam bohaterka o czasie, wybrzmiewa całkiem intrygująco. Pod koniec przez chwilę byłem skłonny się zastanowić, czy ta postać w ogóle jest prawdziwa. Głównie dlatego, że gdy bohater po pożegnaniu się, otwiera oczy, jej już nie ma. Bezszelestnie weszła do pociągu, odjechała, zniknęła. Nawet nie widział jej twarzy. Tego typu informacje w tekście w mgnieniu oka rozpraszają klimat historii romantycznej i dodają do tego nieco tajemniczości. Zresztą nie tylko to, ale także koncept ścigania się z czasem, dążenia do wolności, rozważania o tym, co kogo ogranicza – to wszystko ubarwia opowiadanie i chociaż sporo rzeczy można odebrać jako truizm, wkomponowuje się to w klimat i po prostu pasuje. Dla tych wstawek warto poświęcić opowiadaniu nieco czasu. A później następuje zakończenie i karty na stół. Czyli jednak chodziło o to, że o niej zapomniał. Aczkolwiek, sposób, w jaki zostało to napisane wcale nie wyklucza tego, że być może nie była to prawdziwa postać, a jeśli jednak nią była, lecz miała w sobie coś wyjątkowego. Co z kolei pasuje do konwencji historii miłosnej – skoro miała w sobie coś wyjątkowego, no to on się w niej zakochał. Rzeczy, z którymi tekst budzi skojarzenia i sposób w jaki się to wszystko zazębia, to jest bardzo satysfakcjonujące. Pojawia się motyw gonitwy, wyścigu z czasem, ale prawdziwą wisienkę na torcie mamy w ostatnim zdaniu. Jest to nie tylko satysfakcjonujące podsumowanie, zwieńczenie fabuły, ale w mojej opinii zmienia ono wydźwięk całego opowiadania. "Życie toczyło się dalej, a czas przemijał, zostawiając za sobą jedynie tlące się popioły." Według mnie, jest to przesłanie uniwersalne i myślę, że mogłoby ono posłużyć za cenną radę dla każdego, kto w jakimkolwiek sensie żyje przeszłością, obojętnie, czy jest to rozstanie, czy cokolwiek innego, a w co jednak zainwestowało się emocje itd. Chociaż kontekstem jest fanfik opatrzony tagiem [Romans], to jednak wydaje mi się, tak jak wspominałem, że jest to coś uniwersalnego, bo zamiast rozstania można sobie podstawić coś innego i w ten sposób się utożsamić. Tak jak w przypadku „Przebiśniegu”, z którym zapoznałem się w pierwszej kolejności, widzimy jak ważne jest zakończenie opowiadania. Po raz kolejny, autorka nie zawodzi na tym polu. Ostatecznie, o ile generalnie opowiadanie wypada jak typowa historia miłosna, acz z nie do końca szczęśliwym zakończeniem, jest ono całkiem sympatyczne, napisane niezwykle ładnym językiem, co przekłada się na fantastyczne brzmienie opisów, klimatu mu nie brakuje, a, zważywszy na zakończenie, pozostaje pewne pole do interpretacji na temat uniwersalności, czy drugiego dna fanfika. Pozdrawiam!
  8. Co my tu mamy? Jak zapewnia nas sam autor - pierwsze opowiadanie, krótkie, ale treściwe. Tag, który sugeruje wspomnienia, przeżycia wewnętrzne? Brzmi zachęcająco. A co de facto dostajemy? No cóż, pierwsze wrażenie jest takie, że autor starał się ubrać swój pomysł w nieco podnioślejszy, zahaczający o poetyckość język. Rzeczywiście, zdania zostały skonstruowane ładnie, brzmią całkiem dobrze, opisy, choć oszczędne, wystarczają w zupełności, toteż nie ma problemu z wyobrażeniem sobie jak np. wyglądają drzwi pośród nicości. To jest chyba mój ulubiony fragment. Tajemnicze, ale i kreskówkowe zarazem. Nawet jeśli nie uwzględnić wciąż oczekujących na akceptację bądź odrzucenie sugestii karlik (które w mojej opinii poprawiłyby ogólne brzmienie), tekst czyta się płynnie, bez żadnych większych zgrzytów. Tu jest ok. Ciekawym zabiegiem wydaje się podzielenie fanfika na poszczególne fragmenty, opatrzone własnym tytułem. Owe tytuły są krótkie, treściwe, ich kolejność wydaje się naturalna, czyli mamy do czynienia z pewnym porządkiem rzeczy. Ponownie, tu jest ok. Kolejne pytanie – co kryje się pod tymi podtytułami? Kolejne kawałki tekstu, rzecz jasna. Lecz co niosą one ze sobą, merytorycznie? O oszczędności słów w przypadku opisów już wspominałem, zaś o dialogach możemy w ogóle zapomnieć. Hej, jak inaczej fanfik osiągnąłby metraż nieco ponad 1.5 strony? To jest [Remembrance], zatem liczyłem, że wiele zostanie pozostawione wyobraźni czytelnika. A to „wiele” okazać by się miało przeżyciami wewnętrznymi, wspomnieniami, może nawet jakimiś skrajnymi emocjami. Z kolei tytuł (tag w sumie również) sugeruje, że będziemy mieli do czynienia ze snem, snami. I rzeczywiście, prawie wszystko, co czytamy, jest tak ogólne, tak enigmatyczne, że chciałoby się powiedzieć, iż istotnie, mamy do czynienia z opisami snów, wizji. Bo zazwyczaj tyle da się z tego wynieść, o ile oczywiście o swym śnie nie zapomnimy. Stąd ta oszczędność w słowach? Aczkolwiek, jest to mocno naciągane, gdyż tak naprawdę jedynie w dwóch początkowych kawałkach mamy coś, co faktycznie można by uznać za wizję, coś niezwykłego, gdzie liczą się emocje, symbole, znaki. Jak najbardziej ok, moje ulubione fragmenty. Natomiast później czytamy już o wydarzeniach, które, jak sądzę, dzieją się w świecie realnym i tak też są nam przedstawiane, bez żadnych udziwnień, czy czegoś surrealistycznego, co chyba bywa charakterystyczne dla snów. Oczywiście metraż pasuje do wspomnienia, wycinka z pamięci, ale nie wydaje mi się aby wynikało z tego coś więcej. Nie neguję tego, że autor faktycznie i zgodnie z zamiarem, zawarł w opowiadaniu drugie dno. Pewnie ono jest, lecz nie potrafię pozbyć się wrażenia, że aby do niego dotrzeć, musiałbym silić się na gigantyczną nadinterpretację. Natomiast, mówiąc kolokwialnie, tego i tak jest za mało. Mamy logiczny ciąg – światło pośród mroku, drzwi prowadzące ku nieznanemu, nieznane, jakąś emocję i wreszcie pierwsze wyzwanie. A to tylko przedsmak czegoś... no właśnie. Czego? Rzeczywiście, to mógłby być wstęp do dłuższej historii. W mojej opinii był dobry pomysł, były chęci, tylko wykonanie... No, na pewno nie powiem, że wszystko zostało sknocone po całości, bo tak nie jest – to, co otrzymaliśmy, jak już pisałem, brzmi ok, czyta się ok i to jest właśnie ten kłopot – jest to „tylko” ok. To jest po prostu zbyt mało, nie tylko dla samego tekstu, aby ten się rozkręcił, ale także dla czytelnika, aby jakoś się utożsamił, zatopił w treści, czy nabrał pojęcia, świadomości obecności drugiego dna, czy czegoś więcej. W żadnym wypadku nie żałuję czasu poświęconego na przeczytanie i w sumie tekst uznałbym za godny polecenia, jako przykład pierwszego opowiadania. Nie uważam też, że ja, jako czytelni, zostałem oszukany – nie znajduję przyczyn zastosowania tagu [Sad], zaś tag autorski ma rację bytu z uwagi na fragmenty otwierające opowiadanie. Po prostu krótki, solidnie wykonany kawałek tekstu, za którym nie brakowało chęci, czy wizji, aczkolwiek nie powiedziałbym, że wykonanie w pełni to odzwierciedla. Jak to trafnie ujął Arkane Whisper – nie jest źle, ale nie jest też zbyt dobrze. Tzn. ja akurat bym powiedział, że nie jest też aż tak dobrze Pozdrawiam!
  9. No i pierwsza rzecz – tekst nie jest wyjustowany (za wyjątkiem najnowszego, konkursowego opowiadania). Przydałoby się też nieco poprawić formę – pooddzielać od siebie duże fragmenty tekstu aby nie robić z niego trudnej do czytania ściany (mam na myśli część drugą i trzecią serii, czyli „Przepowiednię” i „Noc Koszmaru”). No i znów, brakuje półpauz, zamiast nich są dywizy. Tak poza tym, mój post miał się pojawić znacznie, znacznie wcześniej, a ostatnimi czasy serię zasiliło jeszcze jedno opowiadanie, dlatego też zaczynam jeszcze raz i startuję od „Kręgu” – opowiadania konkursowego przybliżającego historię Zecory, ogólnie. Co w nim znajdziemy? Rzekłbym, że historię znanej pasiastej postaci poznajemy w dość telegraficznym skrócie, co zapewne wynikło z wymagań konkursowych. A szkoda, bo wydaje mi się, że fabuła ma niemały potencjał, lecz bez odpowiednio obszernych opisów, no i dbałości o szczegóły się nie obejdzie. Jak to widzę teraz, otrzymujemy wiele nazw różnych państw, poznajemy też niejedno imię, lecz niewiele konkretnego z tego wynika. Po prostu dowiadujemy się, że pewne państwa istnieją, a spokrewnione z Zecorą zebry noszą takie, a nie inne imiona. Tyle. Dobrze, że chociaż jej ojciec, czy szamanka, u której pobierała nauki, otrzymali nieco więcej czasu antenowego. Biorąc pod uwagę serię, jako całość, nietrudno odgadnąć, że z czasem na pierwszy plan wkroczy Azumi, którą tu poznajemy jako małą klaczkę, wyznaczoną przez bogów, a która ma zająć miejsce Zecory, pełniąc istotną rolę w swym plemieniu. Nie oznacza to jednak końca życiowej wędrówki Zecory, co sugeruje otwarcie fanfika (niestety, trąci troszkę sztampą, motyw samobójstwa wydaje się tu dość spłycony, choć wyjaśnione zostały powody). Pojawia się znana z „Kronik Diany” (tzn. według mnie, bo od tych kronik rozpocząłem lekturę ) Pretoria, która wskazuje jej nową drogę, przy okazji ofiarując zebrze pewien dar. Zatem opowiadanie tłumaczy skąd się wzięło to, że Zecora tak wprawnie i sprawnie rymuje. Aczkolwiek, akurat tutaj, rymy te są jakości takiej dosyć, no, umiarkowanie średniej. Ale pewnie jeszcze nabędzie doświadczenia Szkoda, że autor musiał oszczędnie gospodarować słowami i przestrzegać limitu, ponieważ wprowadzone elementy, czy to kolejne państwa, czy handel niewolnikami na boku, wierzenia, obrzędy charakterystyczne dla społeczności zebr, wszystko to wydaje się ciekawe, lecz nie otrzymujemy żadnego rozwinięcia, przez co pozostaje po prostu niedosyt. Szczegóły te prędko tracą na istotności. Zecora miała zainwestować w swoje przeznaczenie sporo czasu i emocji, toteż decyzja o zakończeniu swojego życia powinna wypaść jako coś dramatycznego, tragicznego, lecz przez niedobór opisów ciężko jest się wczuć w jej sytuację. Wszystko spada na barki (znaczy się, litery) jej szczerego zwierzenia, o tym, co mieli inni, a czego ona nie miała, bo sądziła, że zostanie szamanką. Aż tu nagle bogowie zmieniają zdanie i wskazują Azumi. Nie wspominając już o tym, że bardzo traci na tym klimat, wszystko dzieje się zbyt szybko, zatem trudno się wczuć, w ogóle. Zecora zostaje porwana, Zecora zostaje odbita. Zecora zostaje wybrana, za chwilę wybrana zostaje Azumi. Wszystko w kilka minut. Widzę, że autor starał się zawrzeć te wydarzenia w pewnej klamrze, gdzie początkowo wydaje się, że rozczarowana Zecora gotowa jest na samobójczą śmierć, zaś na końcu zostaje uratowana, otrzymując tym samym nowe przeznaczenie. Niezły pomysł, wykonany chyba też nawet dobrze. Tutaj generalnie niczego mi nie brakuje. Forma mogłaby być lepsza, zdecydowanie. Chodzi mi nie tylko o dywizy zamiast półpauz, ale także konstrukcję wielu zdań, interpunkcję (głównie przecinki), kompozycję. Np. na szóstej stronie mamy coś takiego: "- Dobrze. Będę zaraz po zachodzie powiedziała z udawaną słodyczą. Jej serce zaś przepełniała gorycz. Każda wolną chwilę poświęcała nauce szamanizmu, by pewnego dnia stać się najważniejszą osobą w Zebrice. Niosło to za sobą szereg, często bolesnych wyrzeczeń.." Brakuje półpauzy, między „zaraz po zachodzie”, a „powiedziała”, przez co ma się wrażenie, że postać mówi coś, a potem sama sobie jest narratorem. I jeszcze ta podwójna kropka na końcu, miał być wielokropek, czy zwykła kropka? W ogóle, odniosłem wrażenie jakby opowiadanie, choć stały za nim interesujący pomysł i potencjał, było pisane trochę naprędce, bez poświęcenia uwagi szczegółom, przez co wyszło dość niedopieszczone. Rozumiem, że konkurs kończył się o określonej porze, jednak opowiadanie zostało opublikowane już po nim i nie rozumiem, dlaczego różne błędy i zgrzyty nie zostały naprawione. Ostatecznie, historia, sama w sobie, może wciągnąć i zawiera w sobie sporo ciekawych rzeczy, które zasługują na rozwinięcie i z których można zbudować coś większego. Niestety, przez liczne niedopracowania, zbyt szybkie tempo akcji, ciężko poczuć jakiś klimat. Aczkolwiek, dzięki temu, że jest to część serii, można mieć nadzieję, że kolejne opowiadania rozwiną jakoś tę historię, z czasem zbijając to poczucie niedosytu. Sugerowałbym powrót do tekstu i zadbanie o szczegóły, aspekty dotyczące formy. Albo po prostu włączyć komentowanie Dalej w kolejce jest „Przepowiednia”. Wspominałem już, że dobrze by było jakoś ten tekst zorganizować i wyjustować. Ogólnie, historia zostaje rozwinięta i np. dowiadujemy się nieco więcejj o zebrach, o tym, że nawiązują więzi z naturą (osobiście lubię ten motyw i sam zawieram go w swoich opowiadaniach, także duży plus), lecz Azumi z jakichś powodów tego nie robi, dostajemy też informację o tym którą ścieżką podążyli jej poszczególni krewni, liźniemy co nieco tematyki dotyczącej zwyczajów i tego jak np. odbierany jest związek zebry ze zwykłym kucykiem. Otrzymujemy także zapowiedź końca świata, co wydaje się zmierzać do forumowego Samhaina oraz „Kronik Diany” (pojawia się np. Applejack w formie potwora oraz motyw Azumi chowającej zmarłych). Cieszy fakt, że wprowadzone wcześniej imiona i rzeczy zyskują na istotności. Aczkolwiek wydaje mi się, że gdybym nie znał już „Kronik Diany”, ani nie przeczytał poprzedniego opowiadania „Kronik Azumi” (a które przecież ukazało się po „Przepowiedni” i „Nocy Koszmarów”), miałbym niemały problem ze zrozumieniem co się tu tak właściwie dzieje i czy w ogóle wydarzenia te są nam opisywane po kolei. Sam nie wiem, wydaje mi się to napisane w dosyć chaotyczny sposób, wymagający dokładniejszej analizy aby nabrać jakiegoś pojęcia o co chodzi. Niemniej pochwalam budowanie tajemniczej atmosfery, chociaż (o ile dobrze zrozumiałem) takie wrzucone przelotem nawiązanie do „Gwiezdnych Wojen” troszkę mi tę atmosferę zaburza. Coś jak nawiązania, o których pisałem przy okazji „Kronik Diany”, ale, podobnie jak i tam, nie sprawia to większego problemu. Jest sobie, troszkę wystaje, ale nie za bardzo. W mojej ocenie najistotniejszą rewelacją jest to, że Azumi i Three Weed to jest ta sama postać, która po prostu otrzymała nowe imię po tym, jak podjęła decyzję o obraniu innej, własnej drogi. Postać, która okazuje się tragiczna, bowiem idąc tą ścieżką, musi w końcu zmierzyć się z nieuniknionym, zaraza i wojna trawią krainę, klacz jest również świadkiem śmierci swojego ukochanego. Nie są to proste sprawy. Kreowana atmosfera komplementuje te założenia, sprzedając nam dość wiarygodny obraz zagłady, tragedii. Ogółem, choć kolejność ukazywania się była zamieniona, to jednak „Przepowiednia” wydaje się być niezłą kontynuacją „Kręgu” (czy też „Krąg” dobrym prequelem do „Przepowiedni”), aczkolwiek popracowałbym nad formą. No i w ogóle, przemyślał co nieco kolejność pisania o poszczególnych wydarzeniach, kompozycję, aby tekst był deko przystępniejszy i dawał sobie znakomicie radę również jako samodzielne opowiadanie. W ten oto sposób dotarłem do „Nocy Koszmarów”, o której już teraz powiem, iż uważam ją za najmocniejszy punkt niniejszych kronik. Podoba mi się jasna, spójna kompozycja, trzymanie się przyjętej tematyki, ale także próba wplecenia bardziej serialowych klimatów, co tworzy ciekawy kontrast między bajkową codziennością, a nadchodzącym końcem świata, odnośnie którego wizji doświadcza Azumi. Poza brakiem wyjustowania tekstu i dywizami, nie mam za bardzo do czego się przyczepić, chociaż interpunkcji, ogólnie, bym się przyjrzał. W każdym razie, zaczyna się dosyć nietypowo, gdyż widzimy Azumi/ Three Weed (W tekście przewijają się oba imiona, co powoduje lekkie wątpliwości odnośnie chronologii. Chyba, że bohaterka posługuje się obydwoma, to ok.) odwiedzającą Zecorę i opowiadającą jej o swoich planach. Typowy kawałeczek życia, pojawiło się też, a jakże, kolejne drobne nawiązanie – Three Weed jako zebra z klasą Typowy kawałek życia również zamyka opowiadanie, a widzimy w nim znajomą postać, Twilight Sparkle, poznajemy także ogiera, który na zabój zadurzył się w Azumi. Znów, jest to rozwinięcie wcześniej wprowadzonych motywów, postaci, dzięki czemu kroniki, jako całość, niewątpliwie zyskują; pojawiający się bohaterowie nie pojawiają się wyłącznie by być wspomnianymi, ale po to, by odegrać jakąś rolę. Chociaż na tym etapie wiemy już, co ich czeka. Czyżby byli tylko po to, by zginąć? Cóż, jak koniec świata, to koniec świata, nie minie każdego. W „Kronikach Diany” mamy nawet potwierdzenie. Zatem ten kontekst to jakoś tłumaczy, ok. Ciekawi mnie jednak, co czyni Azumi tak wyjątkową, że ona, chyba jako jedna z bardzo nielicznych, przetrwała? No dobrze, ale co mamy pomiędzy? Jest to obszerna wizja senna Three Weed, w trakcie której nie tylko mamy zmienioną narrację (wyszło całkiem dobrze), ale również szansę na zobaczenie „od kuchni” jak wyglądał upadek Ponyville i jak koniec świata wpłynął na bohaterów. I tak jak w poprzednich fragmentach udzielał się raczej serialowy, spokojny klimat, tak tutaj znów mamy mrok, zło, tajemniczość i generalnie wszystko co najgorsze. I znów, jak i w przypadku choćby „Kronik Diany”, zostało to bardzo dobrze napisane. Całość (mam na myśli samą „Noc Koszmarów”) wypada dobrze i intrygująco. Podoba mi się sposób, w jaki wszystkie te opowiadania się wiążą, no i jak „Kroniki Diany” do nich nawiązują. Tam pokrewieństwo Zecory i Azumi wydawało mi się ciekawym smaczkiem, lecz gdybym czytał to po kolei, wówczas nie powinno być to nic zaskakującego. Cieszy wspólny mianownik, czyli zorientowanie na tajemniczość, mrok oraz zakorzenienie realiów w minionym evencie forumowym, wydaje się też, że autor darzy wymyśloną przez siebie postać (tj. Three Weed) niemałą sympatią, toteż stara się poświęcać jej sporo czasu, pisać trudną i złożoną historię, nie zapominając o barwieniu treści opowiadań różnymi wątkami pobocznymi i zabawie formą (mam na myśli zmiany w narracji, formatowaniu tekstu, dodanie okładki). Jednocześnie ta sama forma mogłaby ulec poprawie, chodzi mi głównie o interpunkcję, stylistykę, teksty mogłyby zostać bardziej dopieszczone. I jak początkowo narzekałem na brak opisów, czy rozwinięcia niektórych elementów, tak teraz, zbierając opowiadania w całość, muszę przyznać, że jestem całkiem usatysfakcjonowany. Jak rozumiem, to jeszcze nie jest koniec "Kronik Azumi". Nie pozostaje zatem nic innego jak trzymać kciuki za dalsze doskonalenie warsztatu autora i ciąg dalszy. Pozdrawiam!
  10. Gdzie się podziały półpauzy? Zauważyłem braki w znakach interpunkcyjnych, literówkę („stęchluzny” zamiast „stęchlizny”). Poza tym, narratorka nie może się zdecydować, czy akcja opisywana jest w czasie przeszłym, czy teraźniejszym, np.: „Wiele rzeczy było porozrzucanych i zniszczonych, ale najdziwniejsze jest to (...)”. Nie wiem, czy opowiadanie było obarczone jakimiś ograniczeniami, np. konkursowymi, ale można by do niego powrócić, czy chociaż umożliwić komentowanie, by jakaś dobra dusza podpowiedziała parę poprawek, dzięki czemu występujące błędy mogłyby zostać skorygowane. W każdym razie, chciałbym pochwalić to, jak opowiadanie zostało przygotowane i nam przedstawione – zaczyna się wprowadzeniem, następnie prostą, acz miłą dla oka okładką, po czym przechodzimy do właściwego opowiadania. Fajna rzecz, wyróżnia co nieco fanfik. Dalej znajdują się duże ilości naraz spoilerów, więc zaleca się uprzednią lekturę fanfika. Otrzymali państwo ostrzeżenie. Jak można się bez problemu domyślić, fabuła nawiązuje do forumowego eventu zatytułowanego "Samhain", co z kolei było ukłonem w stronę świąt celtyckich, zaś to konkretne oznacza koniec świata. Takie Halloween, tylko celtyckie, w wielkim skrócie A przynajmniej tak mówią moje źródła. Myślę, że jeśli ktoś nie kojarzy wspomnianego eventu, na czym on polegał, czym się charakteryzował, a przede wszystkim, o czym mówiła jego fabuła, może się poczuć trochę nieswojo. „Kroniki Diany: Smile” czerpią garściami z forumowego Samhaina, bazując realia na jego fabule, acz nie zabraknie tu elementów autorskich, choć zaburzających nieco na ogół konsekwentny, ociekający śmiercią i mrokiem klimat, znany nam z Samhaina... Samhainu? No, ale po kolei. Poznajemy zebrę o imieniu Three Weed, zmierzającą na spotkanie z ocalałymi tam, gdzie jeszcze nie tak dawno stało Ponyville. Na miejscu okazuje się jednak, że śmierć ponownie zebrała swe żniwo, zostawiając zebrę samą. Od razu czuć klimat – zniszczenie, śmierć i brak nadziei wręcz wyziewają z monitora, a mając w pamięci poprzednie fanfiki autora, muszę przyznać, że jestem zaskoczony tak dużym skokiem w ogólnej jakości, choć co nieco należałoby jeszcze poprawić. Głównie mam na myśli formę, ale o tym już pisałem. W każdym razie, wprowadzenie jest bardzo obiecujące i klimatyczne, zaś koncept na zwieńczenie go listem od Light Wrighta uznaję za strzał w dziesiątkę. Autorowi udało się znakomicie wykreować atmosferę zagrożenia, podkreślając przy tym wszechobecne zniszczenie, mrok, ale także tajemniczość. Czytelnikowi naprawdę wydaje się, że dla tego świata po prostu już nie ma ratunku i każdy, kto jeszcze żyw, skazany jest na zagładę. Następnie wykonujemy skok w dal i to nie byle jaki, bo o aż dziesięć lat później. Narratorką, jak mniemam, zostaje tytułowa Diana, czyli... Pinkamena Diane Pie. No i pierwsze zaskoczenie – bohaterka dysponuje autem, ale nie takim typowym autem, lecz pełnoprawnym wehikułem. Wczytując się w opowiadanie widzimy, że autor nawiązał tu do „Powrotu do Przyszłości”, czego nie spodziewałem się ani trochę. Zwłaszcza w fanfiku będącym sequelem do forumowego Samhaina. Drugie zaskoczenie – dowiadujemy się, że mamy do czynienia z dwoma światami, gdzie np. w jednym z nich (tym, w którym rozgrywał się Samhain) Fluttershy została spalona na stosie, a przed czym pochodząca z tego drugiego uniwersum Pinkie pragnie ją uratować. Co więcej, pomimo osoby narratorki, mamy do czynienia z językiem raczej poważnym, zaś opisy, czyli to, o czym nam ona opowiadana, poświęcają sporo uwagi utrzymywaniu mrocznej, trudnej do przełknięcia atmosfery. Pojawiają się jednak elementy „luźne”, takie komiksowe, choćby pierwsze spotkanie z Gummym, Three Weed, a także przedstawienie się narratorki wprost jako postaci pochodzącej z innej linii czasowej. W ogóle, czy to „Biegnij za mną, jeśli chcesz przeżyć!” miało być nawiązaniem do Terminatora? Tak czy inaczej, okazuje się, że skazany na śmierć świat ocalał, lecz jest cieniem dawnego siebie, tak makabrycznym, tak nieprzyjaznym jak to tylko możliwe. Dowiadujemy się np. że pochówek wszystkich ofiar zajął Three Weed dwa lata. Autor postarał się i urozmaicił nam treść, wplatając w nią różne wątki poboczne, jak chociażby pokrewieństwo Three Weed z Zecorą, wspomnienie o spotkaniu dwóch Pinkie Pie zanim to się wszystko zaczęło, czy też z czego Diana zbudowała wehikuł, którym przybyła do tego świata. Pojawia się też wątek zmienionej a potwora Applejack, którą Pinkie Pie ujarzmia przy pomocy piosenki. Choć z jednej strony jest to deko kreskówkowe, średnio pasujące do świata przedstawionego i jego klimatów (bezlitosny naturalizm kontra cukierkowa naiwność), gdyż jest to piosenka Pinkie Pie, a nie jakaś modlitwa, czy formuła, to jednak autorowi udało się to jakoś wkomponować, toteż nie odstaje aż tak i po prostu ubarwia całość. Przyznam też, że, na swój sposób, było to przejmujące, gdyż wskazywało na to, że w formie bestii wciąż ostały się jakieś resztki świadomości Applejack. W ogóle, pojawia się też trochę wątków smutnych jak na przykład to, że cała rodzina Three Weed jest martwa, a spoczywa w miejscu będącym dla niej jak sanktuarium, dokąd często się udaje, by im śpiewać. Potem Pinkie spotyka tajemnicza Pretorię, która ujawnia nieco prawdy o tym świecie i co z niego zostało. Widać wówczas, że to praktycznie post apokalipsa. I że to wciąż nie jest koniec, bo całkowita zagłada i tak jest nieunikniona. Co jednak nie przeszkadza temu, by pod sam koniec opowiadania pojawiła się iskra nadziei. A potem jeszcze jedna scenka i ciach, ciąg dalszy nastąpi, thank you for playing. Autor bardzo się postarał, próbując stworzyć opowiadanie nietypowe – czerpiące garściami z forumowego eventu, ale przy tym wyposażone w jego autorskie pomysły, aby było możliwe powiązanie uniwersum Samhain (tak to teraz nazwę) z innymi wymiarami, skąd mogłaby nadejść ewentualna pomoc. Do tego mamy podróże w czasie, całość, choć stara się utrzymywać mroczny, bezlitosny klimat, wplata różne elementy typowo komiksowe, no i narratorce i głównej bohaterce uda się od czasu do czasu nawiązać luźniejszą wymianę zdań. Ostatecznie miks ten wypadł naprawdę dobrze, choć forma mogłaby jeszcze ulec poprawie. Niemniej, był to ciekawy kawałek fanfika, oferujący przeróżne wątki poboczne, elementy świata, co bardzo uatrakcyjniło lekturę i, przyznam się szczerze, nie sądziłem, że opowiadanie zrobi na mnie aż tak dobre wrażenie. Na pewno było to doświadczenie godne czasu i uwagi. No i tym bardziej, mam smaka na ciąg dalszy. A póki co, pozostają jeszcze „Kroniki Azumi” Pozdrawiam!
  11. Najlepszego w dniu urodzin :party:

    Spoiler

     

     

    1. Hoffman

      Hoffman

      Bardzo dziękuję, i za życzenia, i za pamięć! Doceniam gest ;) No i pozdrawiam serdecznie! :D

  12. Hoffman

    Ostatnim razem podzieliłem się tylko szybkimi przemyśleniami po pierwszym obejrzeniu trailera. Teraz, po zapoznaniu się z opiniami moich przedmówców oraz materiałami dochodzę do wniosku, że rzeczywiście, z Sombrą najpewniej będzie tak jak opisała to @PervKapitan, czy @Talar, czyli ujrzymy go w ramach otwarcia sezonu. Po prostu narracja (o wielkim finale, zakończeniu) sugerowała, że finałowym bossem zostanie Sombra, czy też będzie się często pojawiać. Jakby cały sezon miał być jedną, długą historią. I w sumie tak mi pasowało, skoro król ma powrócić do animacji po tak długim czasie. Wiecie, powinno być godnie, co by uniknąć wrażenia, że będzie tam na doczepkę, albo, czy w ramach pójścia po najmniejszej linii oporu w ramach reklamy itp. Plus, jeden ciąg fabularny byłby pewną świeżością i na pewno sezon stałby się dzięki temu bardziej wyjątkowy. Natomiast, skoro mamy go dostać na otwarcie, co to może oznaczać? Z jednej strony mogłoby to być nieco rozczarowujące, gdyby miał tylko otworzyć sezon i zniknąć, a'la sezon 3. Chyba, że po prostu gdzieś ucieknie i wróci na końcu w swojej ostatecznej formie. Na pewno nie chciałbym kolejnej resocjalizacji. Czy możemy spodziewać się powrotu Chrysalis? Też całkiem możliwe. Czy na końcu? No to Sombra otworzyłby drzwi jak w sezonie trzecim, a Chrysalis zamknęła, jak w drugim. Istnieje kilka możliwości. No i generalnie, z której strony bym na to nie spojrzał, trąci to troszkę wtórnością. Nie żebym nie miał zastrzeżeń do poprzednich serii Bardzo możliwe, że wynika to z moich subiektywnych wizji odnośnie tego jak miałby wyglądać mój wymarzony finał. Nie będę się tutaj teraz produkował - powiem tylko, że myślałem o zupełnie nowym, świeżym złoczyńcy, czy złoczyńcach, niekoniecznie powiązanych ze znanymi postaciami, może jacyś najeźdźcy, coś w ten deseń. Oczywiście okraszeni różnorodnym, przyciągającym oko designem. Takie ostateczne wyzwanie dla przyjaciółek. No i, tak dla odmiany, jeden ciąg fabularny z fillerami od czasu do czasu. Coś nowego, zamiast odgrzewanych koletów w ramach znanych bossów. Protagonistek mamy w sam raz, tutaj niczego bym nie dodawał. A nowy zwiastun? O wiele lepszy, utrzymany w smutnawej, nostalgicznej oprawie, czyli moje klimaty. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zrobiło mi się troszeczkę przykro, słysząc chociażby fragmenty nieco inaczej wykonanej czołówki. Powracają przyjemne wspomnienia, nostalgia. Cóż, nie będę ukrywał, działają na mnie takie rzeczy. Tak statystycznie przez jakieś 3 minuty ;P Przychylę się do opinii, że ostatecznie sezon powinien być utrzymany raczej w wesołej, przygodowej, optymistycznej atmosferze, aniżeli epatować smutkiem, sentymentami, atakować odbiorców jakimiś łamiącymi serce momentami. Dobrze jest od czasu do czasu poruszyć trudniejszą tematykę, czy problemy, ale nie powinien to być motyw przewodni. To wybrzmiewać, nastrajać pozytywnie, taki zawsze był defaultowy motyw przewodni dla całości i tego nie ma co zmieniać. Tak jak nigdy nie powinniśmy zobaczyć na srebrnym ekranie śmierci Rocky'ego - powinien "żyć wiecznie", jako postać, symbol, ikona, itd. Czy Chrysalis może mieć coś wspólnego z "emeryturą" księżniczek, czy przekazaniem władzy Twilight? Oby nie. Inaczej to byłoby znowu to samo zagranie. Jasne, to są Podmieńcy, więc podmieniają, ale ileż można? Ciekawe, że póki co nie zobaczyliśmy za wiele Starlight, czy innych postaci, które ostatnimi czasy wyrosły na pełnoprawnych protagonistów. Jej udział w fabule wydaje się być pewnikiem, aczkolwiek nie mam zdania odnośnie jej możliwej alikornikacji. Co do Mane6 - wolałbym nie. Interesujące jest to, że, o ile dobrze pamiętam, motyw zastąpienia Celestii przez Twilight i objęcie przez nią tronu, jest bodajże ziszczeniem oryginalnej wizji Lauren Faust, a co CHYBA miało nastąpić już w sezonie drugim, czy trzecim, w ramach oryginalnego konceptu/ prototypu. Ostatecznie jednak, traktuję te zapowiedzi z dystansem, mam wiele obaw i zastrzeżeń, Hasbro chyba musi trzymać w zanadrzu naprawdę genialne pomysły i być w szczycie formy, jeżeli ma to zaskoczyć, wypalić. A o co ich, tak w głębi duszy, za bardzo nie podejrzewam. Bardzo chcę się mylić Jeżeli jeszcze ktoś czuje się zawiedziony końcem serii i źle mu z tym, przypominam: - Seria miała się zakończyć znacznie, znacznie wcześniej, chyba nawet wielokrotnie. Należy docenić, że potrwała jednak te 8 sezonów, a dziewiąty już nadchodzi (a mogli zabić!). Jasne, skoro zdecydowali się pociągnąć to tak długo, sam wolałbym okrągłe 10 sezonów, ta cyfra jakoś bardziej do mnie przemawia. Kiedyś mało kto śnił, że jego ulubiona kreskówka potrwa tak długo. "Ed, Edd and Eddy" miało bodajże z 5 pełnoprawnych sezonów i garść specjali, myśmy w tamtych czasach już myśleli, że to bardzo długo. - Zakończenie serii nie sprawi, że te odcinki nagle poznikają z sieci, czy wydań DVD. Zatem w każdej chwili będzie można wszystko to sobie obejrzeć i przeżyć jeszcze raz. - Taka ilość sezonów to jest i tak dosyć imponujący wynik jak na coś, co miało być głównie reklamą zabawek. - Rozstanie może przyjść z trudem, ale naprawdę chcielibyście, aby kucyki zostały kolejnymi "Simpsonami", ciągnięte na siłę, jak taki gamoń? I tak trudno odmówić słuszności opiniom, jakoby seria już trwała zbyt długo i że dawno straciła swoją oryginalną "magię", czy świeżość. - Usłyszałem, zresztą z okazji nowego zwiastuna, ciekawą rzecz: Hasbro tak epatuje, prawie wszędzie gdzie się da, tekstami o zakończeniu, początku końca, finale, byciu ostatnim, już więcej tego (Friendship is Magic - przypisałem ja) nie będzie, że jeszcze chwila i nikt tego nie kupi. Rzeczywiście, jeszcze raz mi wyskoczy na ekranie "THE FINAL SEASON" i sam zacznę wątpić, że to rzeczywiście definitywny koniec tej serii ;P Kłania się ta myśl, że jak masz coś zrobić to rób, a nie nawijaj bez końca co to będzie, bo ostatecznie nic z tego nie wyjdzie. Jasne, reklama, hype i takie tam, ale... No kurczę, szanowni państwo, kochani moi Suplement: bawią mnie osoby, które same przyznają, że od lat nie oglądają kolejnych odcinków i zatrzymali się gdzieś na pograniczu sezonu 3 i 4, a teraz lamentują "nie, tylko nie to, ostatni sezon, jak oni mogą?!?!??!?" Owszem, mogą, a po drugie, co to was obchodzi, skoro nawet o taką Starlight znacie tylko z memów/ fanartów? ;P No i tyle, na dzień dzisiejszy. Pozdrawiam serdecznie, spokojnego weekendu UAKTUALNIENIE: A poza tym, zdajecie sobie sprawę, że każdy nowy epizod to potencjalny morderca fanfikcji? Wiecie ilu twórców* odetchnie z ulgą, że w końcu na pewno nie pojawi się nic, co zaprzeczy ich pomysłom? *głównie ci, co traktują kanon śmiertelnie poważnie, czyli tak deczko za bardzo ;P
  13. Hoffman

    Łee, nawet nowego final bossa* nie wymyślili :/ Coś widzę, że to będzie rehash ostatniej akcji Chrysalis zmiksowany z czymś-tam co w sumie też już było wcześniej. Lenie. Stylistyka na "Grę o Tron" średnio mi przypadła do gustu, akurat ten mem już się troszkę zestarzał. Jedyna nadzieja w tym, że scenarzyści postarają się o jakieś interesujące lore. Zobaczymy. To dopiero początek promocji i materiału jest mało, aczkolwiek szału nie ma. To tyle szybkich przemyśleń na temat wyżej zapodanego zwiastuna. Zobaczymy co przyniosą kolejne informacje Pozdrawiam. *No, chyba, że to jest powrót na jakiś odcinek fillerowy, ale wątpię. A może sezon będzie w pełni oparty na fabule ciągłej? Hm... EDIT:
  14. Witam ponownie po przerwie Chciałbym szybko podzielić się jedną rzeczą z @Verlaxem. To i owo omówiliśmy niedługo po ostatnim poście na Discordzie, ale ostatnio pewna kwestia do mnie wróciła i w sumie trochę o niej myślałem, a teraz jest dobra okazja, by to napisać. Uznałem, że mogłoby się to znaleźć w wątku, aby i inni wiedzieli. A chodzi mi o argumenty oraz wątpliwość, czy aby na pewno wynikają one z treści fanfika. Zacznę od tego, że, o ile pisząc mam w głowie konkretne rzeczy i w jakimś stopniu próbuję sformułować tekst tak, aby rzeczy wynikały z siebie, o tyle lubię zostawiać za sobą pewne niedopowiedzenia, tworząc tym samym pewne pole do własnej interpretacji, czy snucia teorii. Nie wiem jak Ty, ale zawsze lubiłem różne vlogi przybliżające teorie czy domysły dotyczące danego dzieła i zawsze myślałem o tym, jak by było świetnie poczytać trochę czyichś teorii na temat własnych opowiadań i postaci, a na podstawie pozostawionych przez siebie poszlak. Co do jednych pewnie bym wiedział doskonale jak jest naprawdę, bo miałbym w planach dopowiedzenie tego i owego, a co do innych - niekoniecznie. Poza tym, publikując teksty tutaj, mamy platformę dyskusyjną w postaci forum czy serwera na Discordzie, gdzie możemy wymieniać się pytaniami i wyjaśniać sobie poszczególne aspekty danych tytułów. To jest dla mnie drugie, choć nie podstawowe źródło informacji na temat szczegółów fanfików, bo nie uważam, że z tekstu powinno wynikać absolutnie wszystko. A przynajmniej nie od razu. Gdyby tłumaczyć każdą drobnostkę, myślę, że czytelnik zgubiłby wątek, rozmyłby się mu obraz świata przedstawionego, a w ostatecznym rozrachunku nieźle byśmy go zanudzili. Przywołałeś naszą dyskusję w wątku z "Krwawym Słońcem" - nie wiem czy obiektywnie przytoczone wówczas przez Ciebie argumenty faktycznie klarownie wynikają z treści opowiadania, tylko ja jestem mało rozgarnięty, ale na pewno wiem, że wielu rzeczy (głównie co do sensu postaci Rising Storma) dowiedziałem się drogą rozmowy z Tobą na forum i na Discordzie, i uważam, że jest to absolutnie świetne. Tak tutaj, jak i w innych przypadkach, można rozmawiać, można się dowiadywać bezpośrednio od autora. Myślę też, że żaden twórca nie jest w stanie przewidzieć absolutnie każdej wątpliwości, czy uwagi jaką mogliby mieć potencjalni czytelnicy, czy czytelniczki Dlatego dobrze jest mieć gdzie się wygadać. Ale to tak bardziej w ramach ciekawostki, gdyż podniesione przez Ciebie kwestie są raczej zagadnieniami podstawowymi, fundamentami fabuły i świata, toteż nie powinny podlegać teoretyzowaniu i tym podobnym. Na pewno moje podejście wówczas (dzisiaj w sumie też, do pewnego stopnia) wpłynęło na kształt kolejnych akapitów. No dobra, jeszcze dwie rzeczy: 1. Co do Heroesów - zgadza się Uważam, że tamtejszy jestem zaklęć jest bardzo prosty, można się go (za)szybko nauczyć na pamięć, lecz nie wydaje mi się by sam w sobie, od początku, był nudny. Kwestia implementacji. Powiedziałbym, że system ten ma niezły potencjał (mam na myśli trzecią część), ale został on zrealizowany w taki sposób, że bardzo szybko się nudzi, gdyż po osiągnięciu mistrzostwa w danych dziedzinach magii (co zresztą zbyt czasochłonne nie jest), sprowadza się to do spamowania kilkoma czarami, reszta ma dosyć okazjonalne zastosowanie. A przynajmniej ja to tak zapamiętałem po latach. Uznałem, że w ramach mrugnięć okiem sprawdzi się to doskonale. Na dłuższą metę pewnie będę próbować napisać coś swojego, ale nie zdziwię się, jeżeli wyjdzie z tego coś, co już było, tylko ja gdzieś sobie zaspałem. Sporo już wymyślono, ale próbować zawsze warto. 2. Dziękuję za spostrzeżenia, wydają mi się one całkiem interesujące. Co do przemiany Fenrira i co ją nakręciło - rzeczywiście udział "sił wyższych", ale głównie chodziło o to, że nagle doznał on wizji ze swymi rodzicami, których dawno stracił i wówczas coś w nim pękło. Chłop ma na tym punkcie trochę obsesję. Co zresztą będzie miało niebanalne znaczenie potem. Ale bez spoilerów. Nigdy nie wydawało mi się, że urządzane przez Spicy bałagany byłyby lepszym zapalnikiem dla tego typu zdarzeń. W porządku, pora przejść do aktualizacji wątku, a więc kolejnego i zarazem ostatniego w tym roku opowiadania - "Żegnajcie, dawne dni". Mówiąc szczerze, to właściwie tytuł roboczy, ale został z braku lepszego rozwiązania. Najwyżej kolejny tekst będzie miał w tytule coś z przywitaniem i się to wtedy ładnie skomponuje Niemniej jest to filler i zakończenie poświęconej nowej Cevalonii części historii. Zobaczymy co tam słychać u znajomych postaci, powróci kilka kucyków, które wydawały się postaciami "jednorazowymi", trochę smutnych przemyśleń, trochę dziwnych sytuacji, trochę miziania się ;P Następnym razem bankowo ruszymy do Zebryki, poznamy nowe, pasiaste postacie i przeżyjemy parę przygód. Możliwe jest też, że zanim to nastąpi, rzeczywiście powrócę do starych tekstów, chociaż bardziej po to, by wyszukać kiedyś niezauważone błędy, powtórzenia, potknięcia, takie tam. Możliwe, że faktycznie zastanowię się nad nową wersją "Spełnienia życzeń", gdyż nawet w obecnym rozszerzeniu ciągle brzmi jak opowiadanie konkursowe z zamierzchłych czasów, kiedy jeszcze tylu rzeczy i opowiadań nie było. No, ale tak czy owak - nowy tekst znajdziecie w pierwszym poście niniejszego wątku. Za prereading i pomoc dziękuję serdecznie @Foleyowi No i, ponieważ nie wiem jak to będzie z moją aktywnością w sieci w najbliższych dniach, chciałbym już teraz złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia świąteczne, ze szczególnym uwzględnieniem zdrowia, radości, trafionych prezentów, inspirującej atmosfery, no i ogólnie - spełnienia marzeń wszystkim, udanego wypoczynku, hucznego Sylwestra i kolejnego roku, lepszego od poprzedniego Pozdrawiam!
  15. Przybywam po przerwie, spiesząc z podziękowaniami za Wasze opinie, czas przeznaczony na lekturę oraz spisanie swoich wrażeń, no i ogólnie, za możliwość wzięcia udziału w starciach fanfików. Dla niezorientowanych – jest to najnowszy event organizowany w ramach Klubu Konesera Polskiego Fanfika. Zapraszam do wzięcia udziału w owym wydarzeniu, ale i dołączenia do Klubu, ogólnie, jeżeli ktoś jeszcze tego nie zrobił, bądź ma wątpliwości Co do samych „Kresów”, przedstawiam państwu kolejną, trzecią część „Za nieustającą walkę”, zamykającą to opowiadanie. Teraz mamy już pełen obraz stanowiącego przeciwieństwo Equestrii, opresyjnego państwa, które się rozpycha i które będzie przeciwnikiem bohaterów w nadchodzących opowiadaniach. Jednocześnie w samej Equestrii dzieją się ciekawe rzeczy. Tylko jaki jest wspólny mianownik? Tekst znajdziecie je w pierwszym poście tegoż wątku, jak zwykle Kolejne opowiadanie będzie bardziej fillerowe, ale pisanie idzie dosyć gładko, toteż najpewniej ukaże się jeszcze w tym roku. Nie wiem natomiast co będzie z dalszymi opowiadaniami, w których miałyby się pojawić zebry i które miałyby rozpocząć taki bardziej przygodowy cykl w... no, cyklu. Bardzo chciałbym pokazać coś jeszcze w tym roku, ale nie wiem na ile mi pozwoli zdrowie oraz czas. Przekonamy się. @Coldwind Całość w jedną dobę? Imponujące tempo i w tym sensie czuję się troszkę zawstydzony, ale i zaskoczony Nie przypuszczałem, że w ciągu tygodnia, przed pojedynkiem, uda się komukolwiek uporać z całością, bo przecież nie mogła to być ani jedyna, ani najważniejsza rzecz do zrobienia. Rozpocząć lekturę, to tak. Materiału tyyyle zdołałem naprodukować. Dlatego też bardzo dziękuję za poświęcony czas oraz pochwały, mam nadzieję, że „Kresy” staną na wysokości zadania, kiedy, w miarę rozwoju fabuły, świat będzie rozszerzany, pojawią się nowe wątki, postacie, ale i pewne zagadki. Cieszę się, że klimat dał się poczuć, no i ogólnie, że tak Cię mój fanfik wciągnął. Doceniam to i z ciekawością będę czekać na kolejne Twoje opinie. Oczywiście najchętniej do końca tego roku rozkręciłbym fabułę w tym sensie, że napisałbym co nieco o zebrach i spróbował napisać coś bardziej przygodowego, ale liczę, że nawet jeśli zajmie mi to więcej czasu, to jednak wytrwasz do tego momentu. Jak napisałeś prze bohaterami jeszcze długa droga Jestem ciekaw jak wypadnie ten nowy kierunek, w którym pójdzie fabuła. Generalnie, jeżeli chodzi o rzeczy, na które zwrócił uwagę @Verlax, chciałbym zakomunikować, iż omówiliśmy to na Discordzie, jako że forum miało awarię niedługo po napisaniu jego najnowszego posta w tymże wątku, a którego to posta zdążyłem przeczytać. Generalnie porozmawialiśmy o różnicach w naszym podejściu do tekstów, o ekspresywności występujących u mnie postaci oraz innych rzeczach, które wynikają z mojego podejścia, upodobań i wyobrażeń, a które niekoniecznie mogą przypaść do gustu wszystkim. Są jednak kwestie, których chciałbym na łamach forum bronić i teraz to nich przejdę, ale postaram się tym razem zwięźlej (jak to się skończy chyba sami już przeczuwacie ). Podnosząc temat Alberta – zapoznawszy się z przytoczonymi argumentami rozumiem, że może on wypadać niewiarygodnie jako osoba przewodząca miejscowości na południu i że może się to wydawać wielce nielogiczne, naciągane, że ktoś taki był w stanie utrzymać władzę tak długo. Że kucyki go słuchają, chociaż nie darzą go szczególną sympatią. Że to w ogóle działa i tak dalej, i tak dalej. Natomiast, jeżeli chodzi o jego postać, jako ojca rodziny oraz jego relacje z najbliższymi, a także ogólną atmosferę panującą w jego domy, między nim a Henriettą chociażby, absolutnie nie mogę się zgodzić, że jest to „absolutne moralne dno”, bo chociaż nie jest dla nich dobry i wiele mu do ideału brakuje, to jednak z drugiej strony do owego dna również mu brakuje. Powiem nawet, że, bazując na własnych doświadczeniach oraz obserwacjach, jego zachowanie da się jeszcze tolerować. Natomiast dlaczego w opowiadaniach ta postać powraca i, tak to ujmę, wskazuje się, że mieć może jakiś pozytywne cechy (tak o nim wypowiadają się dane postacie, czy wspomina o tym narrator, nawiązując do punktu widzenia określonej postaci) – bo to jest dosyć życiowe. Południe jest, w zależności od regionu, w różnym stopniu przeciwieństwem Equestrii. W Neighfordzie klacze są zależne od ogierów, w miejscowości tej powszechne są różne patologie, uzależnienia. Zostało to podane w tekście. Takie środowisko sprzyja opresyjnym relacjom w rodzinie, a które są umacniane przez dalsze trwanie w takim otoczeniu oraz uzależnienia emocjonalne. Pomimo XXI wieku, jest to dosyć powszechne, że partnerka jest zapatrzona w partnera, czy też jest z nim pomimo jego wad i tego jak ją traktuje, nie tylko przez brak innych perspektyw, wsparcia z zewnątrz, ale także przez uzależnienie emocjonalne. Potomstwo również może stać się uzależnione od jednego, czy obojga rodziców, na tym samym tle. Prowadzi to do tego, że często się usprawiedliwia różne przywary, czy zachowania. Jest się po prostu z tą osobą, pomijając krzywdę, czy przykrości, jakie może ona wyrządzić. A każda karczemna awantura na drugi dzień się rozchodzi po kościach, nie było sprawy. No i tak to trochę funkcjonuje w fanfiku. Henrietta jest w jakimś stopniu uzależniona emocjonalnie, ale również coś do niego czuje, jest też w pewnym stopniu związana z ziemią. Dzieci mają wpojone, że trzeba trzymać z rodziną, ojciec jest jaki jest, ale to ojciec. Uprawiany jest trochę taki „kult”, w tym sensie, że nie zadaje się pytań, tylko się przyjmuje członków rodziny takimi jacy są, niezależnie od tego jak potrafią zranić. Przez to chociażby dzieci są gotowe usprawiedliwiać różne rzeczy, czy doszukiwać się jakichś dobrych chęci, czy cech. Warto wspomnieć też o tym, że w tak młodym wieku potrzeby przynależności i miłości mogą wyprzeć np. potrzebę bezpieczeństwa, stąd dzieci są emocjonalnie związane z rodzicami, nawet jeżeli doświadczają z ich strony przykrości. I jeśli wyrastają w takim środowisku, to potem po pierwsze bardzo ciężko jest im się "oduczyć" pewnych schematów, a po drugie, potrafią patrzeć w przeszłość z pewną nostalgią dostrzegając w postawach rodziców pewne wcześniej niezauważone "zalety". Czasami jeszcze jest tak, że, stając po stronie opresyjnego partnera, matka jest gotowa przedłożyć jego dobro ponad własne, a także dzieci. Akurat Henrietta taka nie jest, jest bardziej mediatorką, stara się to naprawiać, czy łagodzić, chociaż częściej jest to walka z wiatrakami. Ale robi to dalej. Dlaczego? Najwyraźniej ma swoje powody. Czy też ja jeszcze nie zacząłem pewnych tekstów pisać, ale to melodia przyszłości. Dziękuję tutaj @Tricowi, za wspomnienie, że kolejne opowiadania rzucają nieco światła na to jak Albertowi udaje się utrzymać władzę (chociaż przyznaję, są to raczej wstawki, dosyć lakoniczne tłumaczenia wplecione w poszczególne akapity), ale także na to, że napomknął co się dzieje potem i jak się to hersztowanie skończyło. Do tej pory nikt z rodziny nie miał za bardzo wyboru, a pozycja Alberta symbolizowała pewien komfort, który pozwalał mu uskuteczniać pewne zachowania. Teraz rodzina ma wybór, a on nie ma komfortu. I jest to jeden z nowszych wątków, chociaż nie „najgłówniejszy” i którego jeszcze nie napisałem w całości. Nie ma już Neighfordu, jest Equestria – inne środowisko, promowane inne wzorce i zwyczaje. I albo się Albercik zmieni, albo na stare lata zostanie sam, bo rodzina już nie jest do niego uwiązana, Henrietta ma wybór, a dzieci stają się samodzielne. Takie rzeczy również się zdarzają. Często dramat potrafi trwać latami, ale czasem na końcu jest leczenie, terapia, naprawa stosunków. Tak jak pisałem – jest to opowiadanie między innymi o relacjach, stąd też taka jest główna rola Alberta, jako postaci, hersztowanie to bardziej tło, ale zgoda, rozumiem i przyjmuję do wiadomości dlaczego ten aspekt nie wypada tak dobrze. Trochę podobnie jest w wypadku Vibrant Blossom, jej zaborczości, agresji itp. Z tym, że ona po prostu ma pewne wygórowane oczekiwania względem córek oraz, w swym tunelowym myśleniu, jest przekonana, że tylko ona ma słuszność i wie co jest dla nich najlepsze. Zwłaszcza, że w tle jest pogoń za pieniądzem i chęć przypodobania się określonej społeczności. Wstrzelenie się w pewne środowisko. Jest to rzecz, którą znam, chociaż w tym przypadku w całości z relacji znajomych i przyjaciół. Od razu chciałbym zwrócić uwagę na rozdzielenie dwóch kwestii oraz wyodrębnienie dwóch skali,skąd też wydaje mi się, że powyższe rzeczy nie wymagają odpowiedzi oraz dalszej dyskusji. Przyjmuję do wiadomości i rozumiem dlaczego w szerszej skali hersztowanie Alberta oraz jego relacje z mieszkańcami Neighfordu wypadają niewiarygodnie, a gdzie i jak mogłem to poprawić. W sumie, to zacząłem przeglądać kolejne teksty i zwróciwszy na to większą uwagę, dostrzegam podobne błędy co może za jakiś czas ostatecznie skłonić mnie do pewnych poprawek, czy rewizji. Ubisoft (wówczas nazywany Ubivalem), chyba za czasów „Heroes V”, miał bodajże takie powiedzenie/ politykę „Patching Eternal”, myślę, że u mnie może to być coś podobnego Natomiast w skali mniejszej, ja zawęziłem relacje do osób najbliższych i w tym sensie chcę zaznaczyć, że nigdy nie zgodzę się, że to wypada niewiarygodnie, bo niewiarygodnie wypadać nie może skoro sam od lat się z tym stykam co jakiś czas w realnym świecie, czy to osobiście, czy jestem świadkiem pewnych zdarzeń, czy też dowiaduję się o czymś od osób, którym ufam. Nie wspominając już o tym, że w różnych miejscach co jakiś czas pojawiają się publikacje na ten temat. Co do kolejnych tekstów oraz cennych uwag na ich temat: Osobiście nigdy nie odczułem, jakoby motyw dziedziczenia jakiegoś dobra był wyeksploatowany do poziomu jakiejś kliszy. W ogóle, pojęcie „kliszy” bywa jak dla mnie coraz częściej nadużywane, aż niebawem strach będzie poruszyć jakikolwiek znany już motyw, choćby w najmniejszym stopniu. W ogóle, mam dosyć wysoką tolerancję dla znanych rozwiązań, może to dlatego. Ale nie ma sprawy, rozumiem. Twistu żadnego nie mogło być, gdyż opowiadanie to miało wyjaśnić jak to się stało, że w tak młodym wieku Silkflake miała już własny domek w Dodge City. „Samotny pegaz na rozdrożu” jest rewritem opowiadania konkursowego bodajże z VII Edycji Konkursu Literackiego (2013 rok) i pojawiło się przed „Altruistką”. Na tamtym etapie jeszcze nie miałem planu fabuł dla serii, tylko luźny koncept. Osobiście nie widzę też, by przytoczony element kreacji Fenrira był jakimś szczególnym problemem. Są postacie takie jak np. Spicy, które zabijają i wiadomo z góry, że będą zabijać, a jest np. Fenrir, który jest, nazwijmy to, usatysfakcjonowany poturbowaniem oponenta, ale żeby odebrać komuś życie, to nie. On ma po prostu jakieś wyrzuty i odruchy, nie wiadomo z góry co zrobi ani jak się zachowa. Nawiasem mówiąc, na tym etapie Fenrir samego siebie jeszcze odkrywa, nadaje się do bicia, zabijania potworów bardziej. Inna sprawa, że on sam w sobie, nie jest za kumaty. Walki uliczne to swoją drogą, oczywiście, że ryzyko śmierci czy kalectwa jest wysokie, ale z drugiej strony, zanim boks zawodowy został objęty ściślejszymi regulacjami, sport ten również niósł za sobą wysokie ryzyko, może niekoniecznie śmierci, ale kalectwa. A jestem święcie przekonany, że przytłaczająca większość tych zawodników poza ringiem nie mogłaby zabić człowieka. Jasne, że to nie to samo, ale mi chodzi o pewien model. Zabicie kogoś to nie jest taka prosta sprawa, a Fenrir, jak zostało już podkreślone, się do tego kompletnie nie nadaje. Na tym etapie to on leczy kompleks niższości, chce manifestować jaki to nie jest silny, a przy tym desperacko próbuje zaspokoić swoją potrzebę przynależności. No cóż, zdaje się, że to by było wszystko, czym chciałem się podzielić na łamach forum. W każdym razie, dziękuję serdecznie za uwagi oraz krytykę, cieszę się, że nawet „Altruistka” nie zniechęciła Cię do dalszego czytania, toteż czekam w napięciu na kolejne opinie oraz spostrzeżenia. @Grento YTP Dziękuję za komentarz, cieszę się, że znalazłeś w tekście tyle pozytywów, ale również biorę na poważnie wskazane wady oraz inne uwagi. Generalnie, pamiętam, że kwestia zbyt obszernych opisów (i przez to „zamulających" akcję, czy dialogi) przewinęła się po raz pierwszy jeszcze przy moim opowiadaniu z Trixie, ale nadal jest aktualna i możemy o niej dyskutować. Akurat te opowiadania, one mają już swoje lata i powstawały jeszcze zanim po raz pierwszy zwróciłeś mi uwagę na precyzję przekazu, na tę esencję. Myślałem, że pomału zaczynam pozbywać się pewnych nawyków, ale teraz tak patrzę na nowe kawałki i w sumie nadal są dosyć obszerne :/ Wprawdzie nie musi to oznaczać, że dalej akcja muli, tylko po prostu wychodzą długie, ale wciąż, mam teraz mieszane odczucia. Wygląda na to, że będę potrzebował więcej praktyki, bo na razie wciąż mam obsesję, że jeżeli poucinam tu i tam, wówczas nie przekażę idealnie tego co mi chodzi po głowie. A jest to dla mnie dosyć ważne. Jestem ciekaw jak ocenisz pod tym względem kolejne opowiadania i czy ów mankament będzie mniej-więcej równo rozłożony, czy zdarzą się kawałki pozbawione tego problemu. Byłoby dobrze – wróciłbym do danego tytuł i spróbował zrobić sobie z tego taki template. Ale ogólnie, dziękuję za pochwały oraz cenne uwagi. Doceniam to i biorę pod uwagę, chociaż kiedy piszę, to ten mój mocno zorientowany na opisy styl bywa silniejszy niż... Cóż, cokolwiek, co mogłoby mi zasygnalizować, że nieco zaburzam tempo akcji. Postaram się przy tym podziałać Pozdrawiam!