Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Hoffman

Brony
  • Content Count

    1,111
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    19

Hoffman last won the day on February 13

Hoffman had the most liked content!

Community Reputation

671 Equestriańska Legenda

About Hoffman

  • Rank
    Pogromca Draculi i koneser czarnej kawy
  • Birthday July 3

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier
  • Miasto
    To zależy. Mogę być wszędzie.
  • Zainteresowania
    Długo by wymieniać. Głównie to kino grozy, gry wideo, seriale animowane, lata osiemdziesiąte, działalność fanów dotycząca dowolnych marek i masa innych rzeczy. Po prostu, co mi w oko wpadnie i wyda się interesujące, godne uwagi.
  • Ulubiona postać
    Z głównych postaci - Twilight Sparkle.
    Applejack nie jest zła, gdyż w pracy się nie obija.
    Ze złoczyńców - Chrysalis. Po prostu.

Recent Profile Visitors

10,678 profile views
  1. Kolejny, siódmy rozdział zremasterowanej wersji "Cienia Nocy" jest dziełem, przy którym miałem plan spędzić jeszcze trochę czasu, na etapie prereadingu i korekty. Szczęśliwie dla czytelników, autorka mnie uprzedziła, toteż już w ten ostatni dzień tygodnia roboczego możemy cieszyć się nowym materiałem, trudno o lepszy początek weekendu ;) Jednakże pozwolę sobie uściślić, w kontekście tego, co chciałem wykonać – rozumiem jak najbardziej chęć budowania poszczególnych opisów ze zdań prostych, krótkich, celem nadania dynamizmu, zamierzonej chaotyczności, elementu zaskoczenia, lecz zważywszy na to, że rozdział (dużo dłuższy i bogatszy w content, względem poprzedniej wersji) posiada fragmenty spokojniejsze, w niektórych miejscach próbowałbym połączyć co krótsze zdania w jedno dłuższe, rozbudowane, by w ten sposób skomplementować ów spokojniejszy ton, jaki raz po raz udziela się w rozdziale. Podkreślam, jest to tylko i wyłącznie moja subiektywna sugestia, w znacznej mierze wynikająca z własnych upodobań, nie jest to sprawa obiektywna, jak ortografia czy interpunkcja, zatem z pewnością niczego Państwo nie tracą w związku z tym, że "zaspałem" z nadprogramowymi propozycjami względem formy rozdziału Zakładając oczywiście, że decyzją autorki, rzeczywiście cokolwiek trafiłoby do finalnej wersji tekstu. Powracając na chwilę do wyżej wspomnianych spokojniejszych fragmentów, nie powiedziałbym, że były to elementy podpadające pod [Slice of Life], ale z pewnością w płynny sposób spowalniają one akcję, dając czas na wzmocnienie klimatu oraz zwracając uwagę czytelnika na szczegóły, czy przeżycia wewnętrzne protagonistki. Każdy, kto czytał i wciąż pamięta stary rozdział siódmy (opatrzony wówczas innym tytułem), od razu zauważy jak wiele nowych rzeczy dodała autorka, przy okazji dużo, dużo lepiej realizując szeroko pojętą tajemniczość – zgodnie z zapowiedzią, w sposób mroczny, krwawy, niekiedy całkiem brutalny, na przykład w postaci opisów odnoszonych obrażeń. Główną bohaterką oczywiście pozostaje Night Shadow i to w znacznej mierze wokół niej krążą przedstawione w rozdziale wydarzenia, ale Łowcy, w mojej ocenie, otrzymali całkiem sporo czasu na to, by mieć swoje momenty i brać udział w fabule w sposób aktywny (a im bliżej końca, tym tejże akcji więcej), choć najbardziej spośród znajomych najemników błyszczy Bastard Spell. Występ Javelin Ichora oraz Blood Makera uznaję za satysfakcjonujący i taki, który się zapamiętuje, Random Adventure zdawał się przebijać w początkowych partiach rozdziału, potem, na moje wyczucie, "przewijał się", ale robił swoje, podobnie jak Awful Look, który z kolei wybił się pod koniec... Lecz z zupełnie innych powodów. Przyjąwszy zlecenie od samego Darkness Sworda – ojca Night Shadow – bohaterowie wędrują do upadłego przed laty Alikorngard, w poszukiwaniu Amuletu Alikorna. Nie wszyscy są zdecydowani na wyprawę, bowiem nie będzie to ich pierwszyzna, zaś nauczeni doświadczeniem, wiedzą już, czego się spodziewać. Istotnie, na miejscu czyha mnóstwo niebezpieczeństw, spośród których nieumarli wydają się stanowić najmniejszy problem – nie to, co wciąż chodzi po przeklętej ziemi stanowi największe zagrożenie, lecz to, co kryje się w głębinach, a co najwyraźniej wzywa do siebie Night Shadow. Z czasem, bohaterka doświadcza niepojętego, walcząc z tytułowymi grzechami, przeszłością, ale również własnymi słabostkami. Nie oznacza to jednak, że w trakcie tej niezwykłej wędrówki nie znajdzie sojusznika. Powróciwszy do rzeczywistości, wraz z Łowcami zmierza ku ostatecznej konfrontacji z królem Alikorngard, który wciąż tkwi we własnym limbo, jak się okazuje, wraz z poszukiwanym przez bohaterów Amuletem Alikorna. Czy są gotowi uiścić cenę jednego życia, by odejść z pustymi kopytami, a może zaryzykują wszystko, by uzyskać szansę na zdobycie Amuletu? Odpowiedzi znajdziecie w tekście. Tak przedstawia się zarys fabularny najnowszej odsłony zremasterowanego "Cienia Nocy". Jak nietrudno zauważyć, mamy szereg nowych wątków, co oczywiście oznacza nowe sceny, lokacje, a także momenty, w których to udzieli się to mroczniejsze, tajemnicze oblicze tej części historii, choć w inny, bardziej wyrazisty sposób, niż zapamiętaliśmy. Wszystkiego jest więcej, jest to też obszerniej i lepiej opisane, jednym z moich ulubionych przykładów jest opis Alikorngard. Lokację tę możemy sobie bez problemu wyobrazić, także kolorystycznie, a jednocześnie pole do własnych wyobrażeń jest na tyle szerokie, że mimo pewnych podstaw, jakie dała nam autorka, w zależności od odbiorcy, każdy może mieć nieco inną wizję upadłego miasta alikornów. To jest, moim zdaniem, świetne, za to się kocha słowo pisane :D W podobny sposób zrealizowano przeżycia wewnętrzne Night Shadow – powiedziałbym, że jej reakcje na to, co się dzieje, na istoty, które napotyka, myśli, a także chwile słabości, to wszystko czyni z niej postać, którą tym bardziej chcę śledzić, której tym bardziej chcę kibicować i która nabiera głębi, po prostu. Innym przykładem są opisy zniszczeń różnych struktur, śladów pozostawionych przez czas, a które dają nam pojęcie o tym, co kiedyś mogło się wydarzyć, podobnie zresztą są opisywane obrażenia, rany, stan, w którym Night Shadow zastaje kolejne trupy, wliczając w to nie tylko kwestie cielesne, ale także zniszczenia ubioru. Czy to jakieś zastygłe strużki, pęknięcia, plamy krwi i ropy, czy niepokojące wrażenie "normalności", jakby lada moment miał wstać nowy dzień, a na zewnątrz mieliby wyjść mieszkańcy Alikorngard, jak gdyby nigdy nic złego się nie wydarzyło, te drobne szczegóły mają duże znaczenie i wspólnie tworzą, mimo nastroju, barwną treść, którą doskonale się śledzi i która, jakkolwiek przewrotnie miałby to brzmieć, żyje w wyobraźni odbiorcy ;) Nie chciałbym spoilerować niczego więcej, toteż powiem tylko tyle, że po lekturze czuję się "najedzony" – rozdział ma aż sześćdziesiąt sześć stron (Serio, tyle się u mnie wyświetla, choć na ostatniej widnieje tylko jedno zdanie. Pewnie jakiś glitch po mojej stronie xD), ale wciąga jak diabli, chociaż jednocześnie starałem się wyłapywać różne usterki i zwracać uwagę na formę, w ogóle nie zauważyłem upływu czasu, który to czas okazał się naprawdę dobrze spędzony. Jak dla mnie, tempo akcji zostało poprowadzone praktycznie bezbłędnie. Były fragmenty, w których dominowała akcja, napięcie, robiło się przy tym mrocznie, czuć było zagrożenie, a z drugiej strony, przewijały się momenty spokojniejsze, koncentrujące się na psychice i przeżyciach głównej bohaterki, tam również było pewne napięcie, mrok, niebezpieczeństwo wyziewało z każdego kąta. Ale nie są to jedyne rzeczy, które pozostają wspólne dla obu typów scen. Przez cały czas czuć przygodę, czytelnika trzyma się poczucie, że dzieje się coś ważnego, wszystko zostało podlane sytą porcją fantastyki, z elementami grozy do smaku. Obawiałem się troszkę wrażenia czysto rzemieślniczej pracy, jednakże, nawet jeżeli to właśnie jest na rzeczy, nic a nic tego nie odczułem. Dodatkowo, przejścia między fragmentami bogatszymi w akcję, pojedynki, zaklęcia, próby ucieczki, a scenami prowadzonymi spokojniej, skupiającymi się na Night Shadow, są bardzo płynne, toteż ani razu nie wydawało mi się, że akcja nagle szarpie do przodu albo zostaje sztucznie stonowana. Znakomita robota! Kreacje bohaterów, choć dużo lepsze i bardziej urozmaicone, to jednak radykalnych zmian w ich charakterach nie uświadczymy. I chyba bardzo dobrze, w końcu po co naprawiać coś, co nie jest zepsute? Postacie są po prostu takie, jak je zapamiętaliśmy z poprzedniej wersji, tylko lepiej zarysowane, aktywne, powiedziałbym, że bardziej żywe, przez co żywiej zapadają w pamięci, a ich losy chce się śledzić z większym zaangażowaniem. Mamy zatem satysfakcjonujący rozwój znajomych charakterów, spośród których najwięcej zyskał w mojej opinii Bastard Spell. Wydał mnie się bardziej zdeterminowany, nieustępliwy, dużo silniejszy. ...no i wypadł wiarygodnie jako lider: ten przywódca najemników-pegazów, ten nauczyciel młodej królewny, alikorna. Bardzo dobrze wykonana postać, miałem wrażenie, że na jego kreację przeznaczono sporo czasu i skierowano dużo wysiłku. Plus, doceniam chwilę niepewności, kiedy to... Zyskują także kreacje Javelin Ichora oraz Blood Makera. Szczegółami nie tylko zadbano o nieco lepsze nakreślenie relacji między tymi dwoma, ale znacząco, o ile mnie pamięć nie myli i oczywiście moim zdaniem, zwiększono ich siłę. Bohaterowie ci walczyli moim zdaniem skuteczniej, co ciekawie kontrastuje ze strachem, gdy zbliżali się do zamku, na początku. Mimo obrażeń, pewnej przewagi przeciwnika (również zważywszy na otoczenie oraz warunki), nie poddawali się, potrafili zadawać uszkodzenia... Generalnie, zrobili na mnie wrażenie, jako wiarygodni wojownicy, podejmujący walkę i mimo braku perspektyw na odniesienie zwycięstwa, w sensie, zabicia na śmierć wszystkich przeciwników, potrafili stawić opór dostatecznie długo, by dać czas swemu przywódcy oraz "zabezpieczyć" ucieczkę. W tym wszystkim przewija się gdzieś Green Crossbow, co do którego mam chyba najmniej do powiedzenia. Po prostu jest sobą i robi swoje. Chociaż bardzo dokładnie podkreślono jego wiarę w Harmonię, nie przypominam sobie tych szczegółów z poprzedniej wersji. O Randomie oraz Awfulu już wspominałem, nie mam więcej do dodania w tej materii. Mamy zatem kompetentnie wykreowane i poprowadzone postacie, jedne oczywiście pełnią ważniejszą rolę, robią więcej, a także spędzamy z nimi więcej czasu, drugie natomiast wspierają je, działają sobie, niby nic wielkiego, ale ich obecność cieszy, bo bez nich fabuła, na tym konkretnym etapie, nie byłaby kompletna. Świetna sprawa ;) Powracając jeszcze do głównej bohaterki, jej zapadających w pamięć, charakterystycznych momentów jest więcej, vide rozgryzanie pułapki opartej na iluzji i wyszukiwanie bezpiecznego gruntu, czytało się to jak grę w platformówkę, sympatyczna rzecz :) Innym razem są to kolejne próby, którym jest poddawana Nighty, a także pomysł wykorzystania talentu do iluzji celem zdobycia artefaktu, w miarę możliwości, bez walki. Za każdym razem było to interesujące, utrzymane w odpowiednim nastroju, wszelkie okazje do pochylenia się nad przemyśleniami, emocjami, wątpliwościami czy aspiracjami Night Shadow, zostały wykorzystane dobrze, niekiedy nawet w troszkę zaskakujący sposób, przynajmniej dla mnie. To pozostawia mnie z kwestią pojedynku wieńczącego rozdział. Cóż, to chyba najtrudniejsza dla mnie sprawa. To prawda, że build-up tej walki został zrealizowany bardzo dobrze, obszernie, klimatycznie, dobrym tempem i tak dalej, i tak dalej. To prawda, że wymiany zaklęć, opisy poszczególnych akcji, obrażenia, to także mocna strona finału rozdziału, gdzie nie tylko akcja znajduje swoją kulminację, ale również ogólny chaos oraz poczucie zagrożenia (co jest niemałym osiągnięciem, zważywszy na to, że przecież mamy ciąg dalszy, wiemy, komu się uda, że ci bohaterowie mają przed sobą przyszłość), co owszem, nadaje dynamizmu i stwarza napięcie, dzięki czemu śledzi się to na skraju krzesełka. Natomiast, mam pewne wątpliwości, czy walka ta nie okazała się troszkę przeciągnięta. Nie zrozumcie mnie źle, to było bardzo satysfakcjonujące zwieńczenie, ale myślę, że było ono nieco za długie. Tak, to jest możliwe – można coś przeciągnąć i uczynić to męczącym, nużącym, a można przeciągnąć, ale nie stracić przy tym satysfakcji, ustrzec się przez wrażeniem przesytu. Przeciągnięcie walki oznacza, że protagoniści dłużej wymieniają kolejne ataki, wykonują uniki i odnoszą uszkodzenia, a to rodzi pytanie jak to wytrzymali i ujmuje troszeczkę wiarygodności, że istoty te, w tym konkretnym świecie przedstawionym, funkcjonującym na takich, a nie innych zasadach, faktycznie mogły to przeżyć. Jasne – Bastard Spell może być usprawiedliwiony, skoro... Jednakże co do reszty, łącznie z Night Shadow, pod koniec zaczynałem już trochę powątpiewać. Początkowo uwagę na tym polu zwracał przede wszystkim Awful Look, ale im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że coś za żywotni są ci awanturnicy. Akurat Awful... Ale co do reszty, próbowałem to sobie wyjaśnić, że to przecież doświadczeni najemnicy, pewnie dużo trenują, są zahartowani, a jednak nadal trzymały mnie się wątpliwości. Co chyba jest pewną sprzecznością, no bo w końcu dzięki temu zyskały kreacje Javelina i Blooda, Bastard Spell mógł zabłysnąć, a poza tym, mamy kontynuację realizacji myśli, że alikorny nie są maszynami do niszczenia wszystkiego i zabijania każdego byle mrugnięciem oka – obrywa nie tylko Night Shadow, ale także nieumarłe alikorny i to od "byle" pegazów – a mimo to, jak dla mnie, trwało to trochę za długo. Może to przez wgląd na chaotyczność, która zapewne miała dopełniać efektu – po pewnym czasie człowiek zaczyna się do tego chaosu przyzwyczajać i w jakimś sensie ulega on "uporządkowaniu", więc i emocje nie są już takie, jak początkowo, gdy walka się rozkręcała. Niemniej, końcówka godnie zamyka rozdział i wzbudza apetyt na kolejne zremasterowane rozdziały. Zwłaszcza, że im dalej, tym więcej nowości, tym lepiej wykonane są znajome sceny, tym bardziej dopracowane opisy i kreacje postaci, jest także klimat, który wręcz wylewa się z ekranu i nie pozwala się oderwać. Wszystko, czego dusza zapragnie ;) Podsumowując, mamy bardzo dobry miks przygody z fantastyką, z pewną domieszką grozy, całość utrzymana jest w tajemniczym, mrocznym nastroju, dzięki któremu rozdział ma charakter, nie pominięto przy tym bohaterów, których kreacje cieszą i satysfakcjonują, zaś obok akcji, tajemnicy, znalazło się miejsce na pewne światotworzenie, głównie w materii lore alikornów, z czego wynika rozbudowa charakterystyki Night Shadow – ciekawskiej, zdeterminowanej, acz nadal posiadającej pewne słabe punkty, z którymi również toczy walkę. Wszystko to jest bardzo zajmujące i nie tylko zachęca do dalszego odkrywania fabuły, ale również do obserwowania rozwoju postaci królewny, czytelnik chce zobaczyć, jak staje się coraz silniejsza i jak dąży do celu. Wizerunek poszczególnych lokacji jest budowany również poprzez niuanse, które owszem, mają znaczenie i nadają całości smaku oraz charakteru. Dzięki szczegółom, dobrze wkomponowanym w treść, możemy sobie wyobrazić kolejne rzeczy, a otoczenie wydaje się żywe, plastyczne. Widzimy oczyma wyobraźni barwy, struktury miejsce, zniszczenia, wręcz czujemy smród śmierci, a jednocześnie wiele możemy sobie wizualizować samodzielnie, co sprawia, że wrażenia z lektury mogą być różnorodne w zależności od czytelnika, pomimo pewnej wspólnej podstawy. Stąd, rozdział nie jest "sztywny", a my swobodnie brniemy dalej, aż do zakończenia. Plus, ciekawe zagadki i tajemnice do rozwikłania po drodze. Ostatecznie, była to lektura wciągająca, ciekawa, miejscami nawet zaskakująca, innym razem budząca niepokój, ale zawsze ujmująco tajemnicza, nastrojowa. Gorąco polecam zarówno nowym, jak i dotychczasowym czytelnikom, zwłaszcza tym, którzy pamiętają stary "Cień Nocy" Osoby, które chciałyby napisać coś przygodowego, mroczniejszego, a którym przydałaby się inspiracja, też powinny zajrzeć. Raczej się nie rozczarują. Zachęcam także do komentowania i dzielenia się własną opinią. Co sądzicie o tym rozdziale, czy przebił wszelkie oczekiwania, a może czegoś Wam zabrakło? Co Was zaskoczyło, a co udało się przewidzieć, no i jak zapatrujecie się na końcowy pojedynek? Czy był za długi, a może w sam raz, a może – w końcu co człowiek, to opinia – przydałoby się go jeszcze więcej? :D Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w dalszym pisaniu, a także remasterowaniu.
  2. Jeżeli miałbym opisać „Grotę” jednym słowem, powiedziałbym, że było to opowiadanie imponujące. Dlaczego? Głównie z uwagi na satysfakcję, jaką sprawiło czytelnikowi wysoką jakością wykonania. Racja, początkowo można odnieść subtelne wrażenie czysto rzemieślniczej pracy, lecz odpowiednio szybko wkracza znakomicie podkreślony klimat, dzięki któremu początkowe odczucia mijają, a czytelnik bez pamięci zatapia się w lekturze, nie mogąc się oderwać. A przynajmniej tak właśnie było w moim przypadku Przechodząc od ogółu do szczegółu, imponująca, godna pochwały oraz naśladowania jakość udziela się opowiadaniu na praktycznie każdej płaszczyźnie. Przede wszystkim, nastrój oraz stylistyka, dzięki której to pierwsze, w mojej opinii, wypada tak dobrze i udziela się niemalże od razu po rozpoczęciu czytania. Naprawdę, bardzo, ale to bardzo spodobały mi się te solidne, przemyślane co do najdrobniejszego szczegółu opisy, nierzadko wzbogacone o nazwy własne, głównie statków kosmicznych, niemniej to bardzo atrakcyjny dodatek, który pomaga zorientować się z którym uniwersum zostały skrzyżowane kucyki, o ile ktoś przeoczył zapodane grafiki, tudzież zaspał. Generalnie, wydaje mi się, że gdybym miał przytoczyć fragmenty, które najbardziej mi się spodobały, musiałbym zacytować tutaj jakieś dziewięćdziesiąt procent opowiadania. Mógłbym wybrać jakieś próbki, ale wydaje mi się, że wyrwane z szerszego kontekstu, mogłyby wydać się zwykłe, a na pewno nie aż tak imponujące, a to byłaby ogromna strata. Niezależnie od tego, czy to opis otoczenia, wykonywanych przez postacie czynności, gestów, czy też – skądinąd znakomite, perfekcyjne wręcz – pojedynek między Mistrzynią, a uczennicą, wszystko czyta się tak, jakby było to profesjonalna robota, a klimat wylewa się z ekranu hektolitrami. Co więcej, opowiadanie powinno okazać się w pełni przystępne i zrozumiałe także dla kogoś, kto nie jest fanem Gwiezdnych Wojen, a nawet przez całe swoje życie nie obejrzał ani jednego filmu, nie przeczytał ani jednego komiksu, co najwyżej zbierał tazosy, jeżeli urodził się w odpowiedniej epoce. Gracze mogą skojarzyć postać Starkillera ze „Star Wars: The Force Unleashed” na platformy siódmej generacji, niewykluczone, że ktoś skojarzy „Star Wars” z zestawami Lego, które niegdyś dało się pobrać z półki w sklepie. Niezależnie od tego, czy ktoś urodził się o czasie, by na bieżąco śledzić sukces Gwiezdnych Wojen, bądź kojarzy lata 90, gdzie tazosy i Lego podejmujące uniwersum zdobywały popularność, tudzież bliższe są mu współczesne czasy oraz najnowsze odsłony filmowego cyklu, z pewnością odnajdywanie nawiązań sprawi trochę radochy, natomiast ci, którym owe uniwersum jest kompletnie obojętne również będą mogli oddać się lekturze i zrozumieć, o czym to jest, bez najmniejszego skołowania, czy zagubienia. I to jest świetne. Jednak nie samymi opisami człowiek żyje, skoro to starcie dwóch istnień, no to wypadałoby, by bohaterki co nieco powiedziały, weszły w interakcję inną, niż pojedynek. W pewnym momencie mamy dosyć sporo dialogów, jakby na moment opisy zostały odsunięte na bok, a czas się zatrzymał, po to, by obie strony mogły wygłosić swoje stanowiska, co dla czytelnika jest okazją do zaczerpnięcia z ich kreacji oraz poznania ich tła. Faktycznie, był to moment, w którym dialogi zdominowały opisy, jednakowoż kwestie mówione okazały się obszerne, napisane z charakterem, zupełnie tak, jakby były to opisy, toteż zero zarzutów w mojej strony. Powiem więcej – był to moment, od którego zaczęło narastać napięcie, co znalazło swoje rozwinięcie w scenie walki, natomiast ujście w punkcie kulminacyjnym oraz w zwrocie akcji, od którego natężenie akcji skokowo spadło, zostawiając nas z zakończeniem. Wydaje mi się, iż był to wręcz podręcznikowy przykład prowadzenia akcji. A skoro o akcji mowa, nie sposób nie wspomnieć o dobrym tempie, które dało czytelnikowi akurat tyle czasu, by dać się porwać, wciągnąć w treść, a między wierszami chłonąć klimat, przy jednoczesnym zapewnieniu, że ilość okazji do nudy, czy wrażenia dłużyzny bądź nagłego przyspieszenie wyniesie okrągłe zero. Słowem, akcja została poprowadzona bardzo kompetentnie, autor nie zostawił sobie najmniejszego miejsca na błąd. Co prawda czuć trochę, że jest to przełomowy punkt w dłuższej historii, lecz z uwagi na wypowiadane przez bohaterki szczegóły, można część fabuły sobie dopowiedzieć, do czego jednak nie wystarczy sama wyobraźnia, dobrze by było znać realia oraz fabułę Gwiezdnych Wojen, aczkolwiek trudno mi określić jaki stopień znajomości będzie wystarczający. Póki co, nie zanosi się na to, by autor do tej historii powrócił, bądź też zaprezentował inne, wybrane z chronologii, przełomowe epizody, natomiast widzę potencjał, który doświadczony, znający crossoverowane uniwersum pisarz, mógłby przekłuć w coś dużo większego, rozmiarami w jakiś sposób nawiązującymi do tegoż świata, toteż w tym sensie oceniam opowiadanie również jako inspirujące. Nie da się tez ukryć, że jest to jakaś zachęta do odświeżenia sobie Gwiezdnych Wojen, tudzież rozpoczęcia swojej przygody z tymże dziełem, aczkolwiek akurat w moim przypadku, zapewne skutki będą mierne, ale prędzej przez braki wolnego czasu oraz i tak już zbyt długa listę rzeczy do nadrobienia. Cóż, może kiedyś... Z pojedynkami zazwyczaj jest dosyć ryzykowanie. Można wyróżnić kilka gałęzi tego aspektu pisarstwa, począwszy od zwykłych pojedynków na czary, poprzez sceny batalistyczne z wykorzystaniem bardziej ludzkiego, współczesnego sprzętu wojskowego, na broni białej, czy gołych kopytach kończąc. W przypadku „Groty”, powiedziałbym, że mamy fuzję magii z bronią białą. Występująca w opowiadaniu Moc bardzo przypomina typowe zaklęcia, natomiast miecze świetlne wpisują się w broń białą, służącą do walki wręcz, po prostu, że tak to ujmę „zasilanie” jest nieco inne, gdyż zadawanie uszkodzeń nie opiera się wyłącznie na użyciu mięśni, ostrze składa się z energii, która również wnosi swoje do ogólnej siły oraz skali odnoszonych przez przeciwnika obrażeń. Znów muszę pochwalić opowiadanie, gdyż autor doskonale opisał zarówno ruchy i akcje oparte na Mocy, jak i wymianę ataków zadawanych przy pomocy mieczy świetlnych. Zwłaszcza przy okazji postaci Mistrzyni, Darth Eclipse, która operuje dwoma mieczami. Ogółem, znakomicie zrealizowana walka, dość dynamiczna, ale nie zbyt rwąca do przodu, idealnie wyważona pod kątem tempa, a przy tym niezmiennie ciekawa i trzymająca w napięciu, no i nie aż tak przewidywalna, jako, że na chwilę autentycznie zwątpiłem w jedną z postaci, toteż kolejny plus. Jednocześnie, walka nie okazała się zbyt długa, no i poszczególne akcje każdej z postaci były na tyle zróżnicowane, by scena wypadła na różnorodną, urozmaiconą, toteż – ponownie – zero nudy. Całość wieńczy bardzo dobre, satysfakcjonujące zakończenie, które pozostaje otwarte – w ogóle,fanfik pozostaje otwarty z obu stron, że się tak wyrażę – jednakże nie odczułem żadnego niedosytu, jedynie zdrową ciekawość, jak losy tego świata mogłyby potoczyć się dalej. Bardzo przyjemna sprawa i kolejny obszar, na którym autor odniósł sukces Koniec końców, jest to bardzo dobry, pełen klimatu fanfik, który został zrealizowany na tyle kompetentnie, by móc mówić o wrażeniu profesjonalizmu. Stylistyka, konstrukcja opisów, wyważenie tempa akcji, kreacje postaci oraz sposób, w jaki przybliżane są nam rzeczy, wszystko to wypadło szalenie imponująco, cieszy również fakt, że tekst jest w sumie dla wszystkich i ci, którzy nie znają uniwersum Gwiezdnych Wojen, w żadnym wypadku nie powinni się czuć dyskryminowani. Zresztą, jest to tam znana, uznana marka, nawiązania do niej pojawiły się w tylu innych dziełach (grach, serialach, komiksach itd.), nie tylko memach, że co ważniejsze smaczki w sumie powinien kojarzyć każdy. Tym lepiej, bo mogę z czystym sercem polecić „Grotę” każdemu – raczej nie pożałujecie, po prostu świetne opowiadanie, zrealizowane znakomicie na każdej płaszczyźnie
  3. Jeżeli jest cokolwiek pozytywnego, co mogę powiedzieć o tym opowiadaniu, to to, że jest to dobry wybór dla osób słabiej widzących. Dzięki odpowiednio dużej czcionce, każdy może się przekonać, jak raczej nie powinno pisać się fanfików Niestety, wszystko w tym tekście jest nie tak i mimo usilnych prób, nie jestem w stanie znaleźć w nim niczego pozytywnego ponad to, o czym już wspomniałem. No, może jeszcze jego gabaryty, które powodują, że nie trzeba wiele czasu, ani skupienia, by zapoznać się z tekstem w całości. Z drugiej strony, w tym samym czasie można np. wykonać speedrun „Super Mario Bros” na NESa i co by nie mówić, będzie to czas lepiej spędzony. Przede wszystkim, minęło trochę czasu, a ja nadal nie wiem, skąd to osamotnienie w tytule, skoro fanfik bynajmniej tej tematyki nie podejmuje, wręcz przeciwnie – Trixie z niczym nie została sama, najpierw pomaga jej Luna, a potem odznaczone kolejnymi numerkami kucyki (a przepraszam, bodajże jednego kuca poznajemy z imienia, drugiego z profesji), które kierują ją na trop tego, czego poszukiwała, już zdążyło mi wylecieć z głowy, co to takiego było, tak bardzo ubogi pod kątem wykonania okazał się ten fanfik. Nad czym mimo wszystko ubolewam, gdyż koncepcyjnie, wydaje się to ciekawe – kontynuacja wydarzeń z „Magic Duel”, zahaczająca o to, jak to się stało, że Trixie dowiedziała się o Hoofdinim i skąd miała instrukcje, jak wykonywać jego popisowe numery, no i wreszcie, jak się tych sztuczek nauczyła. To mogłoby płynnie zaprowadzić bohaterkę do etapu sprzed „No Second Prances”, zaś fanfik mógłby posłużyć za pomost między wymienionymi odcinkami i w tym sensie uzupełnić kanon. Niestety, otrzymaliśmy coś, co udaje, że jest wielorozdziałowcem, nie oferując jednak ani należycie opisanej fabuły, ani kreacji postaci, ani klimatu, w ogóle, czegokolwiek, co pozwoliłoby się wczuć, odnieść wrażenie, że to przemyślana historia, w której realizację włożono bodaj minimum wysiłku. Właściwie, jest to zbiór dialogów, okazyjnie opatrzonych źle napisanymi didaskaliami dającymi znać, że w tle słychać szelest albo czyjś głos jest tajemniczy. Wiecie, że niby nie wiadomo, kto to jest Przypomniało mi to okna dialogowe oraz teksty postaci z gier wykonanych w RPG Makerze, ale tych „moich pierwszych, proszę o wyrozumiałość”, bazującymi na RTP, długimi na parę minut. Narracja chyba miała być pierwszoosobowa. Forma leży, tak się nie pisze ani akapitów, ani narracji, ani dialogów No, chyba, że miały być to RPG Makerowe textboxy, gdzie można zadbać o to, by poszczególne kwestie zostały podpisane imieniem osoby mówiącej. Przewija się ilustracja, w postaci znaczka poznanej przez protagonistkę znaczka, co samo w sobie jest nawet ładne, ale do fanfika wnosi niewiele. Czyżby autor nie wiedział jak ów znaczek opisać, toteż pomyślał, że mały obrazek wyrazi więcej? Nawyraźniej. Fabularnie, wygląda to bardzo ubogo. Mamy odniesienia do dwóch, klasycznych już epizodów, w których mieliśmy okazję podziwiać Trixie, cobyśmy nie zapomnieli co się jej przytrafiło. Ni stąd, ni zowąd, pomoc oferuje jej księżniczka Luna we własnej osobie, jednak nie ma ona zbyt wiele do powiedzenia. Ubóstwo fabularne próbowano zamaskować kolejnymi lokacjami, takimi jak Fillydelphia oraz dodatkowymi kucykami, które spotyka bohaterka, a także próbę (chyba) zbudowania napięcia, nuty niepewności, czy aby na pewno jej się powiedzie. Niestety, wszędzie brakuje wszystkiego – opisów, scen z prawdziwego zdarzenia, kreacji postaci, wiarygodnych dialogów oraz należytej narracji, w ogóle nie czuć, że Trixie ma problem do rozwiązania, że wskazówki Luny w czymkolwiek jej pomagają, że coś się z nią dzieje (z Trixie, nie Luną) i że do czegoś to zmierza. Tekst błyskawicznie wylatuje z głowy, poza tą czcionką, nie ma w sobie niczego, co byłoby warte zapamiętania. A wielka szkoda, gdyż, jak wspominałem, koncepcyjnie przedstawiało się to interesująco, gdyby napisać to porządnie (forma Oneshota powinna wystarczyć), być może wyszedłby z tego dobry, serialowy, klimatyczny fanfik, do którego mile by się wracało Niestety, „Osamotniona Trixie” (tak naprawdę to nie) okazała się zmarnowanym potencjałem, zrealizowanym tak, jakby w ogóle nie był to fanfik. Nawet nie półkrwisty, ani nie ćwierćkrwisty. Niema w nim rzeczy charakterystycznych dla dowolnego, poprawnie napisanego fanfika, bardziej przypomina to szkic, luźną koncepcję, wizualnie przywodzi na myśl gry RPG Makerowe i to takie z niższej półki. W sumie, tempo, skakanie między lokacjami, dialogi i to, jak niewiele wysiłku trzeba, by dotrzeć do końca, jak nieabsorbujące i nijakie to jest, tym bardziej przypomina podobny twór, nie wspominając już o błędach. Tekstu nie polecam. Trixie dostaje wskazówkę, że powinna dokądś się udać, dokąd zresztą się udaje. Następnie, ma odnaleźć i przejąć coś ważnego. Pyta o to losowe kucyki, po czym wypełnia swój cel. I tyle. Hoofdini wspomniany przelotem, co tylko przypomina czytelnikowi o tym, że mogło wyjść z tego coś dużo, dużo lepszego. Niestety, może innym razem, może spod pióra kogoś innego. Wielka szkoda – zabrakło warsztatu, zabrakło (najwyraźniej) chęci, zabrakło wiedzy o tym, jak pisać i jak formatować. Cóż, nie po raz pierwszy i jak znam życie, nie po raz ostatni
  4. Na wstępie powiem, że po cichu liczyłem na jakieś nawiązanie do Franza Kafki (oceniając po tagach), ale w iście komediowym, a może i całkiem absurdalnym stylu. Otrzymałem... no, nie do końca to, ale nic nie szkodzi. Chociaż w sumie... Na upartego dałoby radę to związać Zresztą, historyjka rozpoczyna się znajomo (w kontekście autora, którego przywołałem) – Celestia budzi się i jest czymś innym, w tym przypadku pająkiem. Ale nie takim zwyczajnym pająkiem, gdyż gabarytowo nawiązuje w jakiś sposób do swojej formy alikorna. Protagonistka nie wydaje się być tym faktem szczególnie poruszona, toteż od razu przechodzi do rutyny, jak gdyby nigdy nic. Co jak co, ale radzi sobie ze swoją przemianą i obowiązkami lepiej, niż Gregor Samsa Urocze i intrygujące zarazem. Spodobało mi się otwarcie opowiadania oraz scena z Luną, przy śniadaniu. Cieszą zupełnie drobne rzeczy, jak wystraszona służba, jak zdziwiona Luna, gapiąca się na pajęcze ciało swojej siostry, czy też wszelkie wzmianki o wielu parach nóg, czy oczu, włącznie ze skromnym opisem konsumowania posiłku jako pająk. Jedno mnie tylko zastanawia – skoro widziała siebie samą w odbiciu talerza, to dlaczego dopiero później, gdy dokładnie siebie ogląda, uznaje przed Twilight, że jest pająkiem i postanawia to ogłosić? Jasne, ogłoszenie odbyło się za sugestią lawendowej klaczy (chociaż pewnie nie takiej reakcji oczekiwała), ale samo uznanie swojej nowej formy... Czy już wtedy przy śniadaniu nie powinno paść coś a'la: „Nie, wszystko gra, po prostu jestem pająkiem.”? W każdym razie, dosyć prędko rzuca się w oczy jedyny, ale dość istotny problem tego opowiadania – jest ono za krótkie! Naprawdę, chociaż nie była to najkwieciściej opisana, podniośle przedstawiona, największa epicka przygoda wszech czasów, opowiadanie wciąga od samego początku i cały czas czyta się je świetnie, lekko i niezobowiązująca, a człowiek po prostu się ciekawi, a jego wyobraźnia cały czas pracuje, wyobraża sobie poczynania Celestii w pajęczej postaci. A potem nagle koniec i... ogromny niedosyt. W zasadzie, otrzymaliśmy tylko cztery scenki (przebudzenie, śniadanie, inspekcja, biblioteka), niby każda posiada swój urok (aczkolwiek, inspekcja wypada najmniej fajnie, ale może to tylko moje odczucie), nadal nie mogę się zdecydować czy najbardziej spodobała mi się scenka śniadaniowa, czy ta końcowa, w bibliotece. W każdym razie, chciałoby się tego poczytać więcej i nie sądzę, aby np. dołożenie zbyt wielu extra interakcji różnych postaci z pajęczą Celestią miało popsuć efekt końcowy – zwięzłość to zdecydowanie mocna strona opowiadania, podkreśla sprawne tempo akcji oraz współgra z pewnym absurdem, w jaki zostaliśmy, jako odbiorcy, wrzuceni, ale drugie tyle, a może nawet jeszcze cztery stronki... Mogłoby być świetnie. Cóż, trzeba się cieszyć tym, co jest, a co przychodzi bez najmniejszego problemu, zważywszy na dość lekki, prosty język, w jakim owa opowiastka została napisana. Jest to w jakimś sensie literatura absurdu, pewna abstrakcja, co samo w sobie jest bardzo intrygujące i w dużej mierze decyduje o nastroju, jaki będzie nam towarzyszyć. A ten, o ile ma serialowe przebłyski, okazuje się całkiem wyrazisty, tekst wwierca się w czaszkę, między innymi z uwagi na fantastyczne opisy, dialogi i wtrącenia właśnie, dzięki którym wyobrażenie sobie wszystkich pajęczych czynności przychodzi bez problemu, podobnie zresztą mają się sprawy w przypadku otoczenia, które - co jest zrozumiałe - dziwi się temu, co zastało. Ale to jest właśnie piękne, ten kontrast, w którym dla Celestii to po prostu kolejny, zwyczajny dzień, tylko wszystko wokół niej jakby zwariowało. Ta przewrotność, że przecież z punktu widzenia zwyczajnego gwardzisty, czy służącej, jest zupełnie odwrotnie. Jasne, z opowiadania w zasadzie nic nie wynika, wprawdzie zostawia czytelnika skołowanego, skłania do przemyśleć, co tu się właśnie stało i dlaczego, ale akurat w tym przypadku bardzo mi się to podoba. Przede wszystkim, było to coś innego, ale wykonanego ze smakiem. Im dłużej o tym myślę, im więcej się na ten temat produkuję, tym bardziej nie mogę wyjść z podziwu, jak tak prostymi, wydawać by się mogło, pierdołami, zbudowany został fanfik charakterystyczny, nietuzinkowy, o którym się myśli, zwłaszcza po skończonej lekturze No i świetnie brzmi po polsku! Dolar84 znów nie zawiódł Nie wiem, co jest grane, ale mi się to podoba i chciałbym więcej. Zdecydowanie polecam!
  5. Być może będzie to kontrowersyjne, ale mnie osobiście niniejsze opowiadanie ani nie porwało, ani nie wyróżniło się czymś szczególnym, nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas kompletnie wyleciało mi z głowy Na usta ciśnie się określenie „nijakie”, jednakże użycie go byłoby bardzo krzywdzące dla tegoż tytułu, a powstrzymuję się dlatego, że ma on swoje atuty – w swojej prostocie, brzmieniu oraz pomyśle, opowiadanie jest bardzo klasyczne i radzi sobie z przywołaniem uczucia nostalgii, pierwszych lat fandomu całkiem nieźle. Po drugie, kreacje bohaterek wypadają bardzo serialowo, nie brakuje też humoru, dzięki czemu dialogi między nimi (jest to główna część opowiadania, zbyt wielu opisów tu nie uświadczymy) wypadają sympatycznie i człowiekowi podczas lektury jest po prostu miło. Kłopot w tym, że o ile absolutnie nie żałuję czasu poświęconego na te trzy strony fanfikcji (konkretniej – polskiego przekładu), o tyle po zakończeniu czytania odczuwam... nic. Na tle innych, klasycznych opowiadań, a także pozostałych tłumaczeń w wykonaniu Dolara84, które do zdążyłem zbadać i skomentować, ten tekst wypada chyba najbardziej blado. I to wcale nie dlatego, że nie jestem fanem herbaty, gdyż rzeczywiście, o ile o wiele bardziej wolę kawę, nie pogardzę dobrym naparem, a rozpływanie się Celestii nad świetnością tego napoju nie tylko do niej pasuje, ale jest czymś, pod czym obiema kończynami mogę się podpisać. Zgaduję, że po prostu nie jest to mój typ humoru, no i na tym etapie nie „jara” mnie coś takiego, że: „O matko, to znowu Sombra!”, tym bardziej, że ostatecznie... nawet nie wiem, co wynika z opowiadania ponad to, że herbatka jest dobra na wszystko. Tekst po prostu się skończył. I tyle. Aczkolwiek wcale bym się nie zdziwił, gdyby to wszystko też było nawiązaniem do jakiegoś serialu/ skeczu/ dowcipu, tylko ja nie zrozumiałem kontekstu. W każdym razie, jeżeli chodzi o treść, to jest klasycznie, serialowo, miło i lekko jak piórko, ale przychodzi mi do głowy sporo innych tytułów, które zrealizowały to samo dużo lepiej, a i zdołały zapaść w pamięci w bardziej charakterystyczny sposób niż „aha, to tamten fanfik o Celestii pijącej herbatę”. Poważnie, „Pinkie Pie And Celestia Have Some Tea” zapamiętałem lepiej, w ogóle, spoglądając wstecz, tamto opowiadanie wydaje mi się barwniejsze. A też było o piciu herbaty... poniekąd. Cóż, czasem tak bywa, że wszystko jest na swoim miejscu, pasuje i bawi, ale gdy jest po wszystkim pozostają mieszane odczucia. No to może w takim razie warto by było przejść do formy? Poza jednym, brakującym wcięciem akapitu na pierwszej stronie, nie uświadczyłem widocznych, poważniejszych błędów i przekład stoi na bardzo wysokim poziomie. Nie po raz pierwszy zresztą, magia angielskiego tłumaczenia płynnie przeszła w ojczysty język i opowiadanie brzmi równie dobrze, co w oryginale, toteż czytelnik płynie po opisach, gdy przewijają się dialogi, słyszy w głowie znajome głosy, widzi oczyma wyobraźni mimikę, czuje smak i aromat herbaty. Tylko i aż tyle. Jak przy okazji „I'll Kill You With My Teacup”, całość wypada, jak to wówczas ująłem, stylowo. Tempo akcji bardzo sprawne, acz wynika to (moim zdaniem) ze zdecydowanej dominacji dialogów nad zwykłymi opisami, acz narracja, która przewija się między poszczególnymi tekstami, przejmuje część obowiązków hipotetycznych opisów, dzięki czemu udało się uniknąć wrażenia przegadania tego jakże prostego wątku. Natomiast, na dzień dzisiejszy, nie wiem co to za [Random], ale w materii tagów jestem średnio kompetentny, no a ten konkretny tag to chyba jeden z tych, odnośnie których moja intuicja bywa najbardziej zawodna, ale być może znowu czegoś nie rozumiem, więc będę powściągliwy w osądach Czy warto sięgnąć po to opowiadanie? Myślę, że chyba tak. Zależy jak na to spojrzeć, mnie osobiście czegoś tutaj brakuje i tekstu nie przyjmuję tak ciepło, jak inne wybrane tłumaczenia przygotowane przez Dolara84, ale dla spokojnej, opanowanej Celestii, skupionej na chłonięciu najdrobniejszych smakowych niuansów z herbaty, dla Luny, z która utożsamiam się dużo bardziej, za sprawą kawowych upodobań, czy wreszcie dla Twilight, która po prostu nie może się oprzeć potędze boskiego naparu, warto. To zaledwie trzy strony, które sprawdzają się jako czasoumilacz, lekka lektura na każdą porę dnia i nocy, jednakże mogę pomyśleć o paru innych dziełach, które robią tę robotę lepiej, przynajmniej dla mnie. Koniec końców, warto przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie. Wszakże lektura powinna zabrać mniej czasu, niż zaparzenie herbaty, więc nawet gdyby miał to być czas stracony, napój nawet nie zdąży ostygnąć Ale myślę, że to nie wchodzi w grę. Jak można zaobserwować, sam finalnie mam mieszane wrażenia, ale nie żałuję. To chyba też można odnotować jako plusik
  6. Cóż, przeczytałem opowiadanie kilkukrotnie, co nie kosztowało mnie zbyt wiele czasu, niemniej, o ile zgodzę się, że po nim się płynie, że czyta się znakomicie, lekko, niezobowiązująco i przyjemnie, o tyle w ostatecznym rozrachunku... to chyba nie jest historia dla mnie. To znaczy, nie zrozumiałem ponyfikacji, ani kontekstu, toteż początkowo trudno mi było cokolwiek poczuć, a co dopiero sformułować swoje wrażenia. Ot, przeczytałem, bardzo fajne, ale nie wiem o co chodzi Potem zapoznałem się ze scenką, której ponyfikacją jest ów tekst i cóż, może to kogoś zdziwi, ale autentycznie nie znam tego dzieła, nie wiem kim są te postacie, o co chodzi, po co tam są i czym się to charakteryzuje. Po obejrzeniu zapodanego przez Suna klipu zareagowałem beznamiętnym „aha” i tyle. Nie bardzo mi to pomogło w ogarnięciu ponyfikacji, ale jak tak do tekstu powracałem i powracałem... doszedłem do wniosku, że w sumie na paru obszarach robi całkiem dobrą robotę Po pierwsze, tekst brzmi naprawdę dobrze, powiedziałbym wręcz, że ma w sobie coś szczególnego. Dobry balans między opisami, a dialogami to jedno, lecz ilekroć powracałem do opowiadania, za każdym razem brzmiało ono tak samo stylowo. Trudno to opisać, ale wydaje mi się, że być może to magia brzmienia języka angielskiego... a w przypadku przekładu – magia doboru słów, jakości tłumaczenia oraz ogólnego wrażenia, jak dobrze te opisy, narracja oraz dialogi potrafią brzmieć po polsku. Z usterek natknąłem się może na jedną brakująca kropkę: Ale poza tym, nic poważniejszego. Z jednej strony, nie powinienem być zaskoczony, zważywszy na osobę tłumacza oraz skład ekipy patroszącej, ale z drugiej, różnie to bywało, choćby przy okazji Twilight odkrywającej Wikipedię, ale ogółem jestem bardzo zadowolony Jak na [Oneshot], w dodatku taki, którego nie załapałem od razu (na dzień dzisiejszy nie rozumiem kontekstu w nieco mniejszym stopniu), zaskakuje „czytalność”, a także to, że przy każdym powrocie fanfik radzi sobie bardzo dobrze – jako niedługi, prosty czasoumilacz, lekka lektura na wolną chwilę, coś innego, coś, co siedzi w głowie dlatego, że... człowiek zadaje sobie pytanie jak mógł nie znać oryginału? Skoro scena doczekała się ponyfikacji, to chyba znaczy, że rzecz jest całkiem popularna, czyż nie? Druga rzecz, to tempo akcji, wynikające poniekąd ze zwięzłości oraz konsekwencji w realizacji ponyfikacji, acz na ten temat nabrałem lepszego rozeznania po zapoznania się z materiałem źródłowym. Mam tu na myśli oddanie tempa oryginału oraz konstrukcję opowiadania – jest krótki wstęp, jest „gadane” rozwinięcie (gdzie pomału, ale jednostajnie jest budowane napięcie, choć tytuł już nam zdradził, co się stanie), a także krótkie zakończenie. Rzeczywiście, opowiadanie czytało się tak samo, jak oglądało się klip na YouTube. Satysfakcjonująca treść, nic dodać, nic ująć No i trzecia sprawa, czyli kreacja księżniczki Celestii, która to bardzo przypadła mi do gustu. Ogólnie, jestem otwarty na różne koncepcje oraz podejścia, ale zwykle bardzo lubię (acz od relatywnego niedawna), gdy jest przedstawiana jako silna, bezwzględna władczyni o wielkiej mocy, która ma głowę na karku i cały czas wie, co robi i co chce osiągnąć. Tutaj dostrzegam wszystkie te cechy i myślę, że do tej roli nie dało się znaleźć lepszej postaci. Cóż, fani gryfów pewnie będą deczko zawiedzeni, ale taka to kolej rzeczy – jest alikorn, jest moc, jest impreza Wszystko to osadzone w zupełnie niezłych klimatach, chociaż widnieje tu tag [Alternate Universe], jakoś ciężko mi było kupić, że faktycznie znajduję się w innym świecie. Czułem się „swojo” podczas lektury. Ciekawe spostrzeżenie Suna, odnośnie porcelany, aczkolwiek nie doszukiwałbym się tutaj żelaznej logiki, czy zgodności z prawami fizyki. Powiedziałbym wręcz, że na tym polega zabawa – Celestia, jako księżniczka, jako alikorn, zabija na śmierć gryfiego imperatora przy pomocy przedmiotu, co do którego nawet trudno podejrzewać, że do czegoś podobnego mógłby się nadać. W tym sensie, jest to abstrakcyjne, chyba nawet bardziej, niż materiał źródłowy. Abstrakcyjne? Kreskówkowe w sumie też. A to tylko dodało uroku i dopełniło efektu Ostatecznie, warto rzucić okiem i zapoznać się z tekstem. Na pewno jest to coś, czego do tej pory nie czytałem, a co za każdym razem wydało mi się tak samo dobre – wciągające, znakomicie brzmiące i klimatyczne, z pewną nutą intrygi, no bo przecież znajomość materiału źródłowego ogranicza się wyłącznie do klipu z YouTube, a scenka wyjęta z kontekstu niewiele wyjaśnia, toteż utrzymuję, że nie wiem o co chodzi Kolejny bardzo dobry, godny polecenia przekład, przy którym miło spędziłem czas. Polecam!
  7. Podobnie jak przy „Pinkie Pie And The Fly”, to, co zostało opisane w fanfiku, okazało się na serio, aczkolwiek tym razem zostałem zaskoczony, gdyż do ostatnich partii tekstu byłem przekonany, że jednak będzie inaczej, że to tylko jakieś wizje czy cokolwiek mniej lub bardziej abstrakcyjnego, ale jednak nie. Niby szło się zorientować po tagach, ale jestem bardzo zadowolony, że trwałem w niewiedzy, gdyż... myślę, że tym lepsze okazały się końcowe wrażenia Ale po kolei. Za plot device posłużyło tym razem to, iż Opalescence jest kotem, a więc nadstworzeniem, które trzeba czcić. Grzesznica, która ośmieliła się nie nakarmić jej o czasie (Rarity), ma ponieść surową karę za swoją zbrodnię, jednak sama Opal nie spodziewa się, że jej gniew rykoszetem odbije się po kilku postronnych istotach, ale ona sama i tak pozostanie ona nietykalna. Natomiast, czy ostatecznie Opal będzie miała zapewnione pełnowartościowe posiłki o najodpowiedniejszych porach dnia i nocy? Ta z pozoru niewinna historyjka bardzo szybko zmienia się w taki soft slasher, gdzie obserwujemy poczynania mordercy, który krok po kroku eliminuje z utworu kolejne ofiary, póki nie zostanie ta jedna, ostatnia final girl, której w jakiś sposób udaje się przeżyć, oczywiście odpowiednio szybko na miejscu zbrodni zjawia się policja, ale mordercy udaje się zbiec, co oczywiście ma zostawić otwartą furtkę na sequele. Wiecie, trzy, cztery, ewentualnie kilkanaście, takie tam Co należy pochwalić, to zabawa konwencją – poszczególne ofiary Opal są nam nieznane aż do ostatniej chwili, acz z uwagi na osobę Rarity (naszej final girl), możemy pewnych rzeczy się domyślać, niemniej i tak był w tym taki pierwiastek zaskoczenia. Oprócz tego, policja owszem, zjawia się, lecz tym razem nie przysyłają jednego, nieuzbrojonego funkcjonariusza, ale kilku gości, wyposażonych w pączki... OK, scena z pączkami była creepy i przyprawiła mnie o uczucie dyskomfortu W każdym razie, zawijają oni final girl, podczas gdy morderca (który pozostaje bezkarny), przygląda się temu i zachodzi w głowę, kto go nakarmi następnym razem. OK, może to nie do końca takie slasherowe jak to opisałem, ale jak na zaledwie cztery strony tekstu, należy docenić oszczędność słów, sprawne tempo oraz konwencję, która przywodzi na myśl ten właśnie odłam horroru, acz z horrorem ma to niewiele wspólnego. Co natomiast pasuje do slashera? Komedia. Nie, poważnie Kolejny strzał w dziesiątkę, czyli po prostu rozpisanie tego jak prostej, czarnej komedii, którą czytało mi się naprawdę dobrze i która niejednym mnie zaskoczyła i to tylko w jednym przypadku na minus (zlizywanie pączusi). Ale to miał być chyba jeden z elementów charakterystycznych historii i co by nie mówić, udało się. Strona techniczna okazała się dopracowana, toteż nic nie odwracało uwagi czytelnika w trakcie lektury, przekład stanął na wysokości zadania i, w mojej opinii, oddał styl oraz klimat oryginału bardzo wiernie. Ale, jak przeważnie powinno się robić, rekomenduję zajrzenie do oryginału, choćby po to, by samemu porównać i ocenić Po dłuższym namyśle, zastanawiam się, jak oni zidentyfikowali dwie ofiary w kucach, no bo jeżeli Fluttershy została rozpuszczona kwasem całkowicie, aż została w ziemi dziura, to jak śledczy mogli określić, że to była ona? Poza tym, nietuzinkowa kreacja Opal, gdzie – jak ja to odebrałem – kocia próżność jest przerysowana, wyolbrzymiona ponad miarę, toteż kolejne zamachy nie ograniczają się do zrzucenia na właściciela telewizora, gdy ten ćwiczy spięcia brzucha, ani atak donicą z wysokiej półki. Nic, co można łatwo posprzątać/ odkupić tudzież wyleczyć. Wisienką na torcie jest to, jak Opal zawsze przekłada siebie oraz swoje plany ponad wszystko – a to zmarnowali jej pułapki, a to zawinęli Rarity i nie będzie komu ją karmić, tego typu smaczki tylko dopełniają efektu, po prostu nie można się nie zaśmiać Aczkolwiek, zapewne nie będzie to lektura dla każdego. Fanfik jest specyficzny, został napisany w taki sposób, by kojarzyć się z szeroko pojętą kreskówkowością (tyle, że postacie nie przeżywają kolejnych perypetii, ich obrażenia nie znikają w kolejnej scenie itd.), a jednak wybrzmiewa inaczej, troszkę bezwzględnie, delikatnie randomowo, ale cały czas jest to czarna komedia, gdzie znana z kanonu kocica nie jest tak niewinna, jak mogłoby się wydawać, zaś z hojnością ma wspólnego tyle, że sypie śmiercią niczym z rękawa. Myślę, że nawet jak na te cztery strony, trzeba wykazać się dystansem do kanonu oraz zimną krwią. No bo z tego co się orientuję, Fluttershy na przykład, wciąż zajmuje wysokie lokaty w rankingach ulubionych głównych postaci, toteż scena pożarcia jej przez kwas siarkowy może wywołać u co zagorzalszych napady paniki, niepokój, bóle głowy, depresję, nadpobudliwość, wzmożoną nerwowość oraz chęci wysadzenia czegoś w powietrze, co poniekąd rozumiem. Trochę lipa, zostać potraktowanym kwasem siarkowym, zamiast, dajmy na to, fluorowodorowym. Ale już w pełni na serio – ciekawe, chociaż krótkie doświadczenie, ale cieszę się, że zdołało mnie zaskoczyć, no i co by nie mówić, kolejna próbka tego, ile można zyskać oszczędnością słów oraz odwagą w materii realizowania nawet tych pokręconych pomysłów. Jestem przekonany, że „Tha Darn Cat” to zaledwie wierzchołek góry lodowej i jeden z łagodniejszych pokręconych pomysłów, jakie fandom ma do zaoferowania, a raczej, jakie ten konkretny autor ma do zaoferowania. Co tylko rozbudza ciekawość, apetyt na więcej Zatem jeśli ktoś myśli o nabraniu odwagi, być może ten właśnie fanfik jest dobrym startem i sposobem na oswojenie się z bardziej powykręcanymi rzeczami, niekoniecznie utrzymywanymi w pogodnych klimatach, raczej nieco mhroczniejszych. Natomiast, podobnie jak Dolar84, nie powiedziałbym, że historyjka ta jest wybitna, ale czy jest dobra? Akurat dla mnie owszem Spodobała mi się, z podobnych powodów zresztą. No i mam jeszcze troszeczkę własnych skojarzeń, no i odczuć, które towarzyszyły mi podczas lektury, a które skutecznie podniosły ostateczną ocenę opowiadania. Opowiadania, do którego spróbowania oczywiście zachęcam, ale ostrzegam, to nie jest kolejna, niewinna historia o głodnej Opal i pochłoniętej pracą Rarity
  8. Pora na kolejny krótki klasyczny klasyk, jak być może ujęłaby to Pinkie (), który również kojarzę z przeszłości, a który miałem okazję odświeżyć sobie w ramach Kącika Lektorskiego Bronies Corner. Cóż, trudno się tutaj rozpisać, gdyż tekst jest krótki, treściwy i w gruncie rzeczy ma semi-zamknięte zakończenie, aczkolwiek... kto ich tam wie? Może wokół planety serio orbituje coś dziwnego, co niebawem może wystrzelić i narobić zniszczeń? Wtenczas Twilight należałoby oskarżyć o kolaboracje, gdyż udaremniła plany Pinkie Pie – jedynej, która potrafiła przejrzeć na wylot plany muchy i w porę je zniweczyć przy pomocy packi, gazety, kapcia albo jakiegoś sprayu Czy orbitalny laser zniszczył świat zanim kucyki podjęły próbę zestrzelenia go, tudzież zniszczenia poprzez wmanewrowanie w niego promem kosmicznym? Tego najpewniej nigdy się już nie dowiemy. A przynajmniej nie na sto procent. Natomiast, gdyby ktoś porwał się na post-apo, będące kontynuacją tego fanfika, to... Hm, mogłoby wyjść generycznie, a mógłby wyjść pokaz kreatywności. Nie przedłużając, co znajdziemy w fanfiku? Zwięzłe, acz barwne opisy przybliżające nam zwyczajny (Ale czy na pewno?) dzień Twilight Sparkle, która to Twilight spotyka na swej drodze Pinkie Pie, która zachowuje się... w taki sposób, że nasza lawendowa klacz dziwi się temu, choć z drugiej strony, jeśli to Pinkie, nie należy się niczemu dziwić Należy zaufać jaj nadzwyczajnym zmysłom. Tym razem, zmysły te, pozwoliły jej zorientować się, że czynności czyszczące, jakie wykonują na ogół muchy, być może wcale nie są tym, czym wydają się na pierwszy rzut oka i że stworzenia te mogą w przerwach w denerwowaniu kucyków knuć plany podboju świata. Całość została ubrana w – jak już wspominałem – barwne i lekkie w odbiorze opisy, które czytało się z przyjemnością i naprawdę miło, że wszystko można sobie wyobrazić (ruchy postaci, mimikę i manieryzm kucyków itd.), a poszczególne dialogi „słychać” wypowiadane głosami tych postaci. Oznacza to serialowy klimat, dzięki czemu tekst wypada niczym oficjalny short lub usunięta scena. Piszę o tym często, ale to może świadczyć o tym, iż serialowych fanfików mamy na forum dużo więcej, niż się wydaje Cóż, bardzo dobrze, wszakże nie samymi alternatywami, crossoverami i darkami człowiek żyje. Przyznam jednak, że treść była dość przewidywalna, te lata temu, gdy czytałem opowiadanie po raz pierwszy. To znaczy, wiedziałem, że te wszystkie podejrzenia Pinkie wydadzą się trafne. Ona po prostu była w to wszystko zbyt zaangażowana Ale to nic, bo lektura była przyjemna, lekka, klimatyczna, no i przypomniała o starych czasach oraz młodych latach twórczości fandomowej. Tylko cztery, w dodatku niecałe strony, toteż tym bardziej warto sobie ów tekst odświeżyć i poświęcić mu kilka minut. Jest to przyjemny przerywnik, nadający się w zasadzie na każdą porę dnia i nocy, czy też jako urozmaicenie dowolnej przerwy. Jasne, prędzej czy później idzie się znudzić, toteż warto żonglować różnymi krótkimi fanfikami, do smaku. Chodzi mi o to, że „Pinkie Pie And The Fly” jak najbardziej powinno się znaleźć w puli tychże opowiadań, bo to po prostu świetny, lekki, elastyczny wręcz kawałek tekstu, celujący w dosyć szerokie grono odbiorców. Spróbujecie, raczej Wam się spodoba W sumie, nawet jeżeli ten orbitalny laser by nie wypalił, jestem skłonny wyobrazić sobie i uwierzyć w ekspansję na wszystkie możliwe słodycze i wypieki. W końcu jest to jedna z tych rzeczy, które uwielbiają muchy – latać w okolicach słodkiego (ale nie tylko), siadać na tym, zostawiać ślady, myć się itd. A ponieważ słodkości są domeną Pinkie Pie, nie dziwota, że zależało jej nad tym, by rozgryźć muszy plan podbicia babeczek. Pod kątem formy, jest rewelacyjnie Dobry balans między dialogami oraz opisami, czyta się to wartko, sprawnie, tempo dobrane wręcz idealnie do fanfika. Zdecydowanie tytuł godny polecenia. Prosty, lecz w swej prostocie genialny
  9. OK, nie będę ukrywał – jest to kolejny tekst, z którym mam pewien kłopot, jak go właściwie ocenić. Tym razem jednak, chodzi o coś innego, niż to, o czym pisałem przy okazji „Pinkie And Celestia Have Some Tea” oraz „Tummy Ache”. W ogóle, mam pewną historię z tymże opowiadaniem. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zobaczyłem tytuł, spodziewałem się... w sumie, nawet nie wiem. Pierwsze skojarzenie to Twilight, komputer, internet i odkrycie Google' a, za pośrednictwem którego trafia na tytułową Wikipedię. Skąd komputery, internety i wszystko inne w tym świecie? Nie wiem i kogo to obchodzi? Twilight ma odkryć Wikipedię i tyle w temacie. Wydało mi się wówczas, że mogłoby to być intrygujące i charakterystyczne, mieć taki fanfik, który atakuje nas Twilight używającą komputera i Wikipedii, nie wiadomo jak i dlaczego, ale na tym mógłby polegać urok historyjki. Potem w sumie wpadłem na coś takiego, że być może miałaby to być ponyfikacja Wiikipedii, jako wszystkowiedzącego kucyka, z którym Twilight miałaby rywalizować, coś a'la Dexter vs Mandark z „Dexter's Laboratory”. Wszystko w przerysowanej, kreskówkowej konwencji Potem usłyszałem wiele ciepłych słów o opowiadaniu, aż przeczytałem je po raz pierwszy. No i... nie spodobało mi się i prędko wyleciało mi z głowy. Nie tylko przez to, że spodziewałem się czegoś innego, ale, jak zresztą wspominałem, miałem trochę innych pomysłów na to, jak je zrealizować i każdy z tych pomysłów wydawał mi się atrakcyjniejszy. Nie dlatego, że były one moje, ale dlatego, że byłem święcie przekonany, że we właściwych rękach (osobiście nie wydaje mi się, bym nadawał się do tego typu literatury), mógłby powstać z tego kolejny klasyk. Ale taki duży klasyk, wiecie, o co chodzi Zatem szybko zapomniałem o opowiadaniu, a powróciłem do niego niedawno, z okazji maratonu. Czy moje odczucia jakkolwiek uległy zmianie? Nieznacznie. Przede wszystkim, dziś o wiele lepiej – jak sądzę – łapię przesłanie końcówki oraz satyrę na nasz (w sensie, światowy, nie mówię wyłącznie o polskim) system edukacji, który w zasadzie nie wymaga od uczniów własnej, ciężkiej pracy, ale odtwarzania oraz trafiania w klucz oraz na dłuższą metę stara się zniwelować element konkurencji między uczniami, gdzie w niektórych przypadkach (np. w Polsce, ale to moje osobiste odczucie), punktem odniesienia staje się uczeń słabszy, pod którego trzeba spłaszczyć poziom, nawet kosztem tych lepszych, co powoduje ogólne obniżenie poziomu. W takich warunkach, korzystanie z Wikipedii i bezmyślne przepisywanie informacji bez ich weryfikacji może na spokojnie umknąć bez sankcji. Na które to sankcje decyduje się bez mrugnięcia okiem księżniczka Celestia, gdy wychodzi na jaw, że Twilight odkryła Wikipedię (będącą czymś zupełnie innym, niż się spodziewałem, ale pomysł nie jest zły, po prostu nie podpasował mi aż tak, jak alternatywy), w związku z czym nie musi dłużej uprawiać żmudnej pracy ze źródłami, mozolnie weryfikować, redagować, a co za tym idzie – myśleć nad czym pracuje. Sankcje dość daleko idące, gdzie najmniejszym problemem wydaje się być decyzja o ponownym (bo poprzednia najwyraźniej nie przyniosła pożądanych rezultatów) skasowaniu Wikipedii, wcale, co by nie psuła młodzieży. Jednakże sama końcówka nie ratuje opowiadania, które mnie osobiście wydaje się umiarkowanym średniakiem, z zadatkami na coś naprawdę dobrego i zapadającego w pamięć, tylko zrealizowanego bez jakiegoś szczególnego polotu. Jasne, przeszło mi przez głowę, że być może tytuł sporo stracił po przekładzie, ale jednak nie. To znaczy, rzeczywiście, oryginał wydał mi się niezłym średniakiem, polska wersja wypadła troszeczkę słabiej, co chyba zdarza się po raz pierwszy w tym maratonie. Ano właśnie – strona techniczna, konkretniej to zapis dialogowy. Moja Friezo, co tu się stało? Dywizy zamiast półpauz, zdarza się, ale czemu te dialogi zostały tak dziwnie zapisane i do tego te akapity po dywizach? Chodzi mi o to, że dialogi w całości są jakieś takie „wcięte” w tekście, nie ma tak, że akapit jest tylko przed półpauzą, całe kwestie są wyrównane do akapitu, co wygląda dziwnie i o ile nie utrudnia lektury, o tyle zwraca na siebie uwagę i zastanawia, a co tam się właściwie stało? Poza tym, wczytując się w tekst, natrafimy na niejedną literówkę, co też nieco mnie zaskoczyło. Kilka przykładów: JEST NAPISANE, GODDAMMIT! W sumie, może tu się na moment zatrzymam i wspomnę o kreacji Twilight oraz jej interakcjach z Wikipedą. Mianowicie, co mi tu nie gra – jak na kogoś, kto tak uwielbia się uczyć i kto ma z tym doświadczenie, a przy tym jest ulubioną uczennicą samej Celestii, Twilight strasznie łatwo ulega Wikipedii, co wręcz wydało mi się do niej niepodobne. Wpis, jakoby jej asystentem był minotaur Mike powinien być pierwszym sygnałem ostrzegawczym, że coś tu jest nie tak i że to nie do końca wiarygodne źródło. Poza tym, jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Ale Twilight łatwowiernie porzuca dotychczasowe, znane jej doskonale i zweryfikowane metody badawcze, nawet nie przejmując się tym, czy to, co znajdzie w Wikipedii o wiewiórkach, będzie w całej rozciągłości zgodne ze stanem faktycznym. Swoją drogą, tutaj jeszcze nawiązując do poprzedniego akapitu, o systemie edukacji – jasne, że jednocześnie wymaga on masy bezsensownych, nieprzydatnych w dorosłym życiu rzeczy, czego wypracowanie na temat wiewiórek w antycznej Equestrii jest świetną reprezentacją, ale to nie znaczy, że powinno się w takim razie bezrefleksyjnie wypełniać polecenia nauczycieli, nieważne jak głupie by nie były, tyle, że poprzez zastosowanie drogi na skróty w postaci Wikipedii. Bo to nie jest tak, że Twilight wykazuje się krytycznym myśleniem, czy też zadaje trudne pytania, kwestionuje – po prostu nadal wykonuje polecenia, tylko, że w oparciu o Wikipedię, co chyba jest pogłębieniem problemu, bo nie dość, że biernie przyjmuje wszystko, czym raczy ją Celestia, to jeszcze w ramach tego będzie biernie przyjmować to, co wyrzuci z siebie wolna encyklopedia. Tego typu błędów znajdziemy troszkę w tekście, natomiast, im dłużej eksplorować wątek systemu edukacji, tym lepiej dociera do człowieka, że to w gruncie rzeczy prosta, ale zgrabna satyra, tylko, że... skryta między wierszami zupełnie przeciętnego opowiadania. Opisy są satysfakcjonujące i skonstruowane na tyle dobrze, że wszystko możemy sobie wyobrazić, oczywiście w odpowiednio kolorowym, kreskówkowym stylu. Interakcje Twilight oraz Wikipedii może nie wzbudzają jakiegoś szczególnego szału, ale żadnego politowania też nie – po prostu sobie są i funkcjonują, pchają fabułę do przodu. Cóż więcej mogę powiedzieć, klimat był, lecz nie tak wyraźny, jak zazwyczaj ma to miejsce w starych, angielskich opowiadaniach, przełożonych przez Dolara84 za młodych lat forum. Nadal trzyma się mnie wrażenie, że koncept dało się zrealizować na inne, lepsze sposoby, natomiast ten, na który się zdecydowano, wykonano pozostawiając wiele do życzenia. Opowiadanie samo w sobie nie jest złe, ale mnie osobiście nie wydało się szczególnie dobre i mam kłopot z tym, by uznać je nawet za średniaka. Tzn. oryginał tak, przekład – niekoniecznie. Mimo wszystko, jest to jakiś tam kawałek fanfikowej historii, a sam tekst nie jest długi i ze spokojnym sercem można sobie do niego zajrzeć i wyrobić własną opinię. Przekład spełnia swoje zadanie, choć zastanawiają niedoskonałości formy, głównie zapis dialogowy. Czasu przeznaczonego na czytanie nie żałuję, ale zwyczajnie szkoda, bo potencjał jest tu moim zdaniem znacznie większy, niż się wydaje.
  10. Z tego, co widzę po postach mych przedmówców oraz przedmówczyni, opowiadanie budzi różne odczucia, jednym się podoba, drugim nie. Czyli business as usual Do której z kolei grupy zaliczam się ja? Chyba do żadnej. Podobnie jak przy okazji „Pinkie And Celestia Have Some Tea”, powiedziałbym, że tekst ma sporo zalet, został napisany przyjemnym stylem, nie brakuje mu odpowiedniej atmosfery, tylko wszystko razem jakoś nie robi na mnie wrażenia Tyle, że tematyka, sama w sobie, jakoś bardziej mi odpowiadała przy wspomnianym fanfiku, zostało to też obszerniej zrealizowane, także w ujęciu klasycznego [Slice of Life], natomiast „Tummy Ache” ma to, czego nie ma herbatka Pinkie i Celestii – zakończenie, które napawa wrażeniem kompletności i jest satysfakcjonujące w tym sensie, że czytelnik czuje się zaspokojony. Oprócz tego, lepiej zapada w pamięć, może przez tytułowy ból brzucha, który dotarł do mnie bardziej niż herbatka, może przez ciekawą kreację pani Cake oraz ukazanie relacji Pinkie z mniej znaną postacią, może jest to kombinacja tych rzeczy, a może sprawka ogólnego wrażenia. W każdym razie, nie mogę pozbyć się wrażenia, że te dwa opowiadania razem mogłyby mieć wszystko. Herbatka dwóch postaci, która, jako zamysł, bardziej mi odpowiada, lecz wyszła tak, że niewiele z tego wyniosłem i zapamiętałem, versus ból brzucha, który do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie nie należy, ale było w tych opisach coś, co wpadło mi w oko, co zapadło w pamięci i co w ramach tej krótkiej historii urosło do „poważniejszego” problemu do rozwiązania, gdzie szansę na wykazanie się otrzymuje pani Cake. Kreacje postaci zasadniczo i tu, i tu wypadają doskonale, Pinkie w „Tummy Ache” moim zdaniem także wypadła serialowo, naturalnie, jej reakcje, odpowiedzi itd. satysfakcjonowały mnie i wszystko bez problemu sobie wyobraziłem. Zatem tutaj wszystko gra. Wreszcie, starcie zakończeń. Końcówka, gdzie po wypitej herbatce nie miałem żadnych szczególnych wrażeń, poczucia kompletności, ani jednego pomysłu na ciąg dalszy, versus końcówka, która zamknęła historię w sposób satysfakcjonujący, tylko mam wątpliwości, czy cokolwiek zostało wniesione do znanych postaci. Kto zwycięży? Kurczę, nie wiem. Oba opowiadania mają swoje mocne i słabe strony, jedno satysfakcjonuje mnie i podoba się na jednej płaszczyźnie, nie do końca spełniając oczekiwania na drugiej i vice versa. Tak bym podsumował to, co mam na myśli. Stąd wydaje się, jakoby poszczególne rzeczy znosiły się, a oba fanfiki w gruncie rzeczy wypadły w moich oczach mniej-więcej równo. No i chyba tak właśnie jest. Oba mają niezaprzeczalne zalety i oba czytało mi się bardzo dobrze – nie mogę tym historyjkom odmówić serialowego klimatu, ani lekkości w odbiorze, ani solidnego wykonania relacji między występującymi postaciami, w każdym jest coś, co zostało wykonane lepiej, niż w tym drugim, jednakże ostatecznie nie mam żadnych szczególnych wrażeń i myślę, że było to opowiadanie na jeden raz. Można zajrzeć, można przeczytać i sprawdzić, ale to tyle. Za najmocniejszy punkt uznałbym tutaj rolę pani Cake oraz to, w jaki sposób podchodzi do Pinkie Pie i jak stara się jej pomóc. Bardzo sympatyczna kreacja, no i miło się czytało, jak matkuje Pinkie. Rzecz naturalna, serialowa i po prostu przyjemna w odbiorze. Ilość pożartych słodyczy przez Pinkie przypomina o kreskówkowości fanfika (ajjj, jestem sobie w stanie wyobrazić te sensacje żołądkowe, to boli :/), no i rozwiązanie problemu cieszy w swej prostocie. Po dłuższym namyśle, herbatka Pinkie i Celestii chyba była bardziej bogata w różne rzeczy, tylko co z tego, skoro większości z tego nie pamiętam po skończonej lekturze? No, w "Tummy Ache" z kolei brakuje podwójnej perspektywy, stąd chyba przywoływana przeze mnie herbatka jednak okazuje się lepszym tytułem niż „Tummy Ache”, ale moje odczucia są bardzo podobne. Słowem – nie do końca to, czego oczekiwałem, chyba spodziewałem się więcej. Ale tekst bardzo dobry Jednakże spośród tej dwójki chyba jednak zarekomenduję bardziej "Pinkie And Celestia Have Some Tea"
  11. Cóż, z tym opowiadaniem miałem pewien kłopot Dlaczego? Cóż, z jednej strony, nie powinienem czuć się rozczarowany, gdyż otrzymałem dokładnie to, co jest w tytule. Tym bardziej nie powinienem mieć obiekcji, skoro to, co tam jest, zostało napisane naprawdę dobrze, a przekład stanął na wysokości zadania, i tak dalej, i tak dalej. No, minus te dywizy w zapisie dialogowym. No i czemu się dziwić, gdy historyjka zostaje ukazana z perspektywy obu postaci, przy czym w obu przypadkach zachowano polot i ogólnie czytelnikowi towarzyszy miły, serialowy klimat? Może dlatego, że przy wszystkich niezaprzeczalnych zaletach niniejszego fanfika, po skończeniu lektury nie mogłem się powstrzymać przed zapytaniem „no i co z tego?” Nie zrozumcie mnie źle, nie ma czegoś takiego, że każdy jeden fanfik musi być głęboki, nieść ze sobą przesłanie, czy też być w jakimś sensie rewolucyjny. Liczy się przede wszystkim rozrywka i satysfakcja z odbytej lektury. No i chyba o ile nie zabrakło mi rozrywki, o tyle jakoś średnio z satysfakcją wyszło. Sam nie wiem dlaczego. Może spodziewałem się czegoś innego, oczekiwałem na jakieś zdanie-klucz, które zamknie opowiadanie w taki sposób, że będę miał poczucie, że to, co przeczytałem, jest kompletne, a jeśli nie, to że będę w stanie wyobrazić sobie, co będzie dalej. A tymczasem pozostaje niedosyt, ale inny niedosyt, niż zazwyczaj. Nie powiedziałbym, że tekst brzmiał tak, jakby został wyciągnięty z szerszego kontekstu, zresztą, domyślam się, do którego odcinka nawiązuje. Nie powiedziałbym też, że jest o niczym i że niczego nie wnosi, gdyż jest wręcz przeciwnie – jest to historia o przyjaźni pomiędzy, o ile dobrze pamiętam z oryginalnego opisu, dwoma najbardziej intrygującymi umysłami w Equestrii, przy tytułowej herbatce, którą sobie żłopią, czy tego chcesz czy nie (pozdro dla kumatych ), która to historia przybliża nam ich relacje oraz... po prostu, jak zacieśnia się przyjaźń między nimi. Mój kłopot polega na tym, że o ile czytało mi się ów fanfik bardzo dobrze, był on przesympatyczny, kreacje obu bohaterek wypadły serialowo, wręcz jak żywe (aczkolwiek w przypadku Pinkie, jak do tej pory miało to miejsce w tłumaczeniach Dolara, jej kreacja nigdy nie zwiodła), tempo akcji oraz narracja pierwszoosobowa, w połączeniu z indywidualnymi przemyśleniami Pinkie Pie i Celestii, złożyły się na naprawdę solidny, klasyczny tekst, o tyle nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że mnie czymkolwiek ujął, bądź że miał w sobie coś, dzięki czemu zapadnie mi w pamięci na długo i do którego chciałbym kiedyś powrócić. W tym sensie, wydaje mi się, że to bardzo dobry, klimatyczny i serialowy fanfik, lecz tylko na jeden raz. Nie wydał mnie się aż tak wciągający, ale jednocześnie nie wydaje mi się przegadany. Sporo rzeczy, drobnych detali, mi się spodobało, tylko całość nie dała rady po skończeniu lektury. Sam nie wiem, jednocześnie fanfik podoba mi się i nie podoba. Chyba spodziewałem się więcej Za główny specjał uznałbym tutaj kreacje bohaterek i powtórzę – świetnie, że można poczytać historyjkę z obu perspektyw Widać ile mają wspólnego i co je różni, aczkolwiek trzeba wczytać się w to troszkę głębiej, by odkryć, jak Celestia zapatruje się na kwestię swoich urodzin oraz byłych przyjaciół, a jak widzi to Pinkie i jak obie dochodzą do kompromisu, w związku z czym obie wydają się docenione przez siebie nawzajem oraz... no cóż, po prostu cieszą się, nie tylko wzajemnym towarzystwem, ale także atmosferą. No i bardzo podoba mi się to, jak bezpośrednia jest Pinkie w stosunku do Celestii. Jakby autentycznie nie istniały między nimi żadne różnice. Rozmawiały jak równa z równą. Ale sądzę, że więcej zyskała na tym kreacja Celestii, niekoniecznie Pinkie. Oprócz tego, miło poczytać osobiste przemyślenia każdej z nich. Element ten został znakomicie zintegrowany z resztą narracji, co cieszy i urozmaica treść. Mimo niewielkich gabarytów tekstu, miałem wrażenie, że czytałem o wielu rzeczach, po prostu po zakończeniu lektury niewiele z tego zostało w głowie i jakoś nie wydaje mnie się to szczególnie ważne, poza wątkiem urodzin Celestii. O świetnej atmosferze oraz konsekwentnym, spokojnym tempie prowadzenia konwersacji chyba już wspominałem. Czytało się to tak, jak gdyby był to tekst z klasą... z wyższych sfer? Chyba. Zatem jak to możliwe, że choć mam do powiedzenia o opowiadaniu tyle dobrego, ostatecznie nie przypadło mi do gustu aż tak, jak można by się tego spodziewać? Cóż, jest to jeden z rzadkich przypadków, w których uznaję liczne zalety oraz zauważam rzeczy, które chyba obiektywnie świadczą o wysokiej jakości tekstu, lecz mimo to, nie spełnił on moich oczekiwań i nie przemówił do mnie tak, jak inne tytuły. Czasem tak jest. Analogicznie, zdarzają się dzieła, w których mogę wymienić wiele wad oraz dziur, a mimo to podobają mi się i od czasu do czasu dobrze do nich wrócić. Bynajmniej nie na zasadach guilty pleasure Ale mimo wszystko, polecam zajrzeć i przekonać się samemu. Być może jest to właśnie to, czego komuś trzeba. Dla mnie niestety, była to "tylko" dobra lektura, acz nie aż tak absorbująca, z której nie wyniosłem zbyt wiele i do której raczej nie powrócę. Nie żałuję czasu nad nią spędzonego, ale to po prostu nie było to, czego oczekiwałem.
  12. I tak oto czar wyobrażania sobie, co takiego działo się dalej prysnął, lecz czy to źle? Fakt sequela wcale nie musi oznaczać, że oryginalna historia straci na tym ten „otwarty” aspekt, gdzie pole do spekulacji i autorskich rozwinięć po skończonej lekturze pozostaje szerokie. No i choć oryginał radził sobie znakomicie na własne... pióro (?), sequele są fajne, bo są sequelami, a czy są potrzebne, to już inna para kaloszy. Jedno nie przeczy drugiemu Tak, wiem, że to sequel fanowski, ale chciałem zbudować klimat na początek komentarza. No co, staram się No i poniekąd zaczynając od końca, bo od podsumowania – jestem zadowolony. Fakt, nie było to to samo, było to coś innego (Dziękuję, Kapitanie Oczywisty! ), poprowadzone inaczej, bo w trzeciej osobie, a przy tym podejmujące inne postacie, niż Pinkie Pie, choć oczywiście nasza różowa imprezowiczka uczestniczy w fabule i jest w niej szalenie ważna. Inaczej nie oznacza źle i moim zdaniem to opowiadanie, zwłaszcza jako extra sequel, jest tego świetnym przykładem. W ogóle, przypadły mi do gustu drobne rzeczy, a także końcówka, która w całości i znakomicie wykorzystała pełną charakterystykę postaci Pinkie Pie, ale o tym za chwilę. Początek, co może Was zdziwić, nie porwał mnie zbyt szczególnie. W jakiś sposób zachęcił do czytania, ale nie porwał. To nie tempo akcji, nie fakt innej narracji, ale chyba ta wzburzona Pinkie, świeżo po nocnym płaczu, jakoś średnio otworzyła historyjkę. Jej zachowanie było, w mojej opinii, adekwatne, zważywszy na zastaną z rana sytuację, lecz mieszanka jej serialowego rozbrykania (wszakże w mgnieniu oka obleciała wszystkie możliwe kryjówki i zakamarki) i nerwów (nie wiem czemu, ale raz wydała mi się wręcz drapieżna, zbyt agresywna) nie była tym, czego bym się po niej spodziewał, mimo tego, że można się było tak zachować w tej sytuacji, da się to usprawiedliwić. Chyba prędzej oczekiwałem kontynuacji smutnego nastroju, tragizmu z poprzedniego fanfika, a więc Pinkie wyciszona, smutna, zaniepokojona o swojego zwierzaka, albo rozentuzjazmowana, pełna energii, traktująca to jak zabawę w chowanego albo w podchody, czyli wciąż oszukująca samą siebie, ale w ramach gorzkiego optymizmu, że wszystko jest tak, jak być powinno. Nerwy i pośpiech zajęły chyba ostatnią lokatę wśród moich oczekiwań, jak Pinkie Pie zachowa się następnego dnia, jeśli Gummy'ego przy niej nie będzie. Tak wiem, to dziwny zarzut, ale zapewniam, że sprawa jest czysto subiektywna, natomiast podchodząc do opowiadania obiektywnie, pewnie nie ma co się nad tym rozwodzić, po prostu energiczne, pełne emocji otwarcie, które spełnia swoje zadanie i z miejsca daje sygnał, że będzie to coś innego, niż oryginał. A może nie spodobało mi się to, że Pinkie wylała troszkę swojej złości na panią Cake? Możliwe, aczkolwiek i tak zachowała się 200 razy łagodniej i bardziej przyzwoicie, niż co niektóre moje postacie, więc jestem ostatnia osobą, która powinna tutaj zarzucać nietakt Co nie zmienia faktu, że od razu zrobiło się lepiej, gdy Pinkie uspokoiła się i przeprosiła panią Cake za to, że na nią krzyknęła, po czym popędziła spotkać się z przyjaciółkami. Miły akcent na zakończenie tej sceny, no i fakt, dał on jakąś nadzieję, że Pinkie pogodzi się ze stratą i zacznie żyć całą sobą, jak dawniej. Właściwie, od tego momentu, wszystko, co znalazło się w opowiadaniu, bardzo mi pasuje i spełnia oczekiwania. Narracja trzecioosobowa sprawdza się, tym bardziej, że tym razem obserwujemy poczynania grupy postaci, nie tylko Pinkie. Podzielenie historyjki na dwa rozdziały, na spojrzenie w przyszłość i przeszłość, także uznaję za udany zabieg, powiedziałbym nawet, że ta drobna rzecz ma wymiar czysto symboliczny, co dopełnia klimatu i stwarza wrażenie, że mamy do czynienia może nie z czymś więcej, ale z godnym sequelem, który jest swego rodzaju hołdem dla oryginalnej historii. Przyszłość, czyli to ostatnie, pożegnalne przyjęcie dla Gummy'ego (choć bez Gummy'ego), a także przeszłość, czyli ostatnia wspólna noc, podczas której aligator zostaje Pinkie Pie odebrany, acz, jak się okazuje, nie do końca bez jej zgody. Tak jak wspominałem – przypadły mi do gustu małe rzeczy, gdyż prostotą wykonania, wniosły całkiem sporo do ogólnego wrażenia, co przekłada się na to, że tekst siedzi w głowie. W porządku, ale co dzieje się potem? Dochodzi do spotkania Pinkie Pie (która po drodze zaliczyła jeszcze parę kryjówek) z Twilight, Rainbow Dash oraz Fluttershy, których wypytuje o Gummy'ego. Jest to scena, w której otrzymujemy pierwsze poszlaki, co takiego może być na rzeczy, a także drobnostki, takie jak odciągnięcie w słoneczne miejsce (Pinkie jest cała przemoknięta), czy objęcie skrzydłem, które nie tylko dają znać, jak bardzo przyjaciółki troszczą się o siebie, ale także podpowiadają, która z nich jest odpowiedzialna z zniknięcie aligatora. Wtedy to też pojawia się wzmianka o przygodzie, na którą wyruszył Gummy, póki co sam, lecz pochwalam dwie rzeczy. Po pierwsze, to dobre wytłumaczenie/ przygotowanie Pinkie do myśli, iż jej zwierzak sam już do niej nie wróci, ale ona, do niego, w swoim czasie dołączy. Po drugie, w gruncie rzeczy... Rainbow nie okłamała jej. Nie powiedziała konkretnie całej prawdy, ale nie powiedziała niczego, co byłoby nieprawdziwe. No bo kto wie dokąd idą aligatory po śmierci? Wiemy, że wszystkie psy idą do nieba, ale aligatory? Tak oto docieramy do rozdziału drugiego oraz do końcówki, która to końcówka moim zdaniem nie mogła być lepsza. Po pierwsze, co się zresztą tyczy także poprzedniego kawałka tekstu, bardzo, ale to bardzo podoba mi się rola Rainbow Dash oraz jej plan. Nie spodziewałem się, że ujrzenie jej w tym właśnie miejscu, da mi tak sporo satysfakcji Może to dlatego, że po prostu dobrze było zobaczyć na co dzień żywiołową, mało rozgarniętą i lekkomyślną/ brawurową postać w sytuacji wymagającej powagi, delikatności, ciszy, a przy tym zmuszającej do taktu, spokoju oraz czci. Rola ta wiele wniosła do charakterystyki Rainbow i nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak świetnie zostało to napisane i jak dobrze się to czyta. No i wisienka na torcie, czyli wielka rewelacja, dlaczego Pinkie płakała nocami. Okazuje się bowiem, że o ile znana nam, wszędobylska Pinkie Pie, nie tylko wyparła z siebie prawdę, ale autentycznie uwierzyła w to, że jej zwierzak żyje i ma się dobrze. Płacz natomiast brał się stąd, że jej druga, mroczniejsza strona – Pinkamena – jako ta, która twardo stąpa po ziemi, od początku była w pełni świadoma tego, co się stało, a ponieważ to był także jej pupil, prawdziwie go żałowała, nie mogąc jednak przejąć kontroli nad Pinkie i przekonać jej (w sensie, przekonać samej siebie), że pora się pożegnać. Genialne wykorzystanie dwóch różnych oblicz jednej postaci złożyło się nie tylko na doskonałe zakończenie, ale również uzupełnienie oryginalnego tekstu. To „dziękuję”, jedyne wypowiedziane przez Pinkamenę słowo w fanfiku, miało dla mnie charakter nie tylko oczyszczający, ale także... no, odebrałem je jako podziękowanie Rainbow za uwolnienie Pinkameny od nocnego żałowania Gummy'ego, Pinkie Pie od życia w nieprawdzie, od wyparcia, a przy okazji za wyświadczenie przysługi, gdyż Pinkamena, sama z siebie, nie była w stanie rozstać się i pochować zwierzaka. Znakomity moment, idealny na zwieńczenie opowiadania Z innych, mniejszych elementów, które mnie satysfakcjonują – wplecenie w to wszystko nawiązania do Daring Do, było przesympatyczne i na swój sposób ubarwiło treść. Fajne sprawa. Co jeszcze? Dobre, serialowe kreacje bohaterek oraz dobrze rozpisane interakcje między nimi, które wbrew pozorom zdradzają wiele i dopełniają efektu, a relacje między nimi zyskują na wiarygodności, na wypadek, jakby ktoś miał wątpliwości Tempo dobrane dobrze, nie ma dłużyzn, ani zwolnień, no, co prawda pod koniec faktycznie jest więcej opisów, ale wszystko to służy kreacji atmosfery, może nawet pewnego napięcia. A poza tym, lubię czytać dobre opisy Tekst, mimo smutnej otoczki, okazał się przyjemny w odbiorze, stanowi godne rozwinięcie oraz konkluzję dla oryginału, no i, co mnie bardzo cieszy, jak ktoś chce, nadal może się zastanawiać – jak wyglądało wspomniane przyjęcie, czy coś się wydarzyło, czy Pinkie się zmieniła, a może doszło do jeszcze jednej, ostatniej konfrontacji z Pinkameną? Polecam przeczytać, zwłaszcza po skończeniu „He'll Never Leave Me”. Uważam, że był to tekst napisany inaczej, ale okazał się naprawdę ciekawy i dobrze uzupełnił oryginał, w ogóle, autor miał ciekawy pomysł i zrealizował go wyczerpująco; nie odnosi się wrażenia, że czegoś brakuje albo, że jakiś wątek został zmarnowany. Satysfakcjonują kreacje postaci, opisy, dialogi, no i nie brakuje odpowiedniej atmosfery, już nie tak przytłaczającej, ale takiej, która sugeruje czytelnikowi, że w tym wszystkim tkwi nadzieja i że będzie dobrze. Świetny tekst, no i oczywiście bardzo dobry przekład, po prostu, dobry sequel
  13. Z jakichś powodów, ta historia okazała się dla mnie trudna do przełknięcia i taka też jest do skomentowania. Myślę, że to nie tylko przez opisane z perspektywy Pinkie Pie wyparcie, nie tylko przez to, że cały świat wokół niej zdaje sobie sprawę z tego, co się stało, ba, ona sama, podświadomie, zdaje się rozumieć, co spotkało Gummy'ego, ale także przez to, że my, czytelnicy, od początku nie mamy złudzeń, co jest grane. A jednak brniemy w tekst dalej, czytamy to i... jest przykro. Obecnie nie posiadam żadnego pupila, ale domyślam się, że ktoś, kto posiada zwierzaka, albo posiadał w nie aż tak odległej przyszłości, może widzieć w Gummym właśnie jego Narracja pierwszoosobowa sprawdza się znakomicie i pozwala z miejsca wejść w skórę Pinkie Pie, no i obserwować kolejne wydarzenia jej oczami. W ten sposób czytelnik prędko nabiera pojęcia, jak blisko była z Gummym, ile dla niej znaczył, jak wiele rzeczy robili razem i jak bardzo ceniła sobie to, że mogła przed nim się wygadać, o wszystkim. Więź ze swoim zwierzątkiem została zarysowana doskonale, przez co wyparcie się jego śmierci okazało się nie tylko super efektywne, ale bardzo wiarygodne w swym brzmieniu. Odmowa uznania rzeczywistości przez Pinkie nie została nam tutaj wyrażona wyłącznie poprzez słowa (chodzi mi o próby wytłumaczenia stanu zdrowia Gummy'ego oraz dlaczego otoczenie reaguje tak, a nie inaczej), ale także poprzez czyny (którym zresztą także towarzyszy odpowiednia motywacja, nierzadko odnosząca się do wspólnie przeżytej przeszłości), co z kolei wzmacnia smutny, choć nie melancholijny klimat. Znaczy, nie tyle smutny, co tragiczny, gdyż okazuje się (i to wtedy na moment udziela się melancholia), że podświadomie Pinkie wie, co jest grane, ale i tak to z siebie wypiera, a ślady po łzach tłumaczy... jakkolwiek. W tym sensie, opowiadanie działa na wyobraźnię czytelnika, który zadaje sobie pytania – jak długo to jeszcze potrwa (w końcu ciało prędzej czy później zacznie się rozkładać), co będzie robić Pinkie, jak będzie reagować otoczenie (głównie jej przyjaciółki), no i co się z nią stanie, gdy już nie będzie się dało dłużej tego ciągnąć i tłumaczyć, no bo nie oszukujmy się, ostatecznie, nic nie zostanie z jej Gummy'ego. Co wtedy? Właściwie, im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej smutna jest to historia. Zatem fanfik nie operuje wyłącznie na tym, co się w nim znajduje, ale również na tym, czego w nim nie ma, a co może się dziać, co możemy sobie wyobrazić, że się stanie. To doskonała sprawa, bo historia zostaje w głowie, odbiorca myśli o niej, a może nawet szuka analogii do własnych doświadczeń. Jest to charakterystyczny rodzaj więzi z czytelnikiem; trudna sztuka, która nie każdemu się udaje. Dlatego też, uważam, że możemy tu mówić o bezbłędnie oddanym klimacie, który nie tylko bardzo odpowiada charakterystyce Pinkie Pie (bardzo często z tekstu wręcz bije jej entuzjazm, choć po pewnym czasie staje się on gorzki w odbiorze), zawiera pewne elementy serialowe (wynikające z wiernej kreacji protagonistki), ale również rzeczy chwytające za serce, przejmujące, wręcz dołujące, nierzadko ukryte, oczywiście tak, by od razu je wypatrzyć, ale również by stworzyć wrażenie, że być może wszystko jest ok. Biorąc pod uwagę te rzeczy, lepiej rozumiemy znaczenie tytułu. Nie chodzi tylko o to, że Gummy na zawsze będzie obecny w sercu i wspomnieniach Pinkie, lecz on dosłownie, fizycznie jej nie zostawi, bo ona się na to nie godzi. I to jest, samo w sobie, bardzo smutne, tragiczne, ale także zrozumiałe. No bo jak często nie godzimy się na zastaną rzeczywistość, chcielibyśmy, by było inaczej, po naszemu, co? Generalnie, jest to kolejny godny uwagi klasyk, przełożony - a jakże - bardzo dobrze. Nie zabrakło charakterystycznego stylu, nie zabrakło nastroju, całość brzmi po polsku naprawdę dobrze, a efekt końcowy w pełni został osiągnięty. Zgodzę się z Ghatorrem, że szło nad tym podumać i w sumie historyjka siedzi w głowie. Pojawił się pomysł na opisanie czegoś życiowego, na coś, z czym chyba większość z nas kiedyś musiała się zmierzyć lub będzie musiała stawić temu czoła w przyszłości, wybrano idealną (jak sądzę, jakoś nie potrafię sobie wyobrazić kogoś innego, który z takim zapałem, tak infantylnie wypierałby fakty) bohaterkę, no i postawiono na krótką formę, czyli sprawną realizację, dbając wyłącznie o to, co najważniejsze. Dzięki temu przekaz okazał się wyrazisty, charakterystyczny, miał wysoką łatwość wwiercania się w świadomość czytelnika, stąd łatwo go zapamiętać, łatwo sobie przypomnieć. Tekst godny polecania nawet dzisiaj, no i w sumie wart refleksji. Wart każdej chwili, jaką można poświęcić na fanfika
  14. Nie ukrywam, po ujrzeniu tytułu, a także zapoznaniu się z opisem, "napaliłem się" na kolejną wciągającą historyjkę, łączącą w sobie elementy serialowe, alternatywne, a przy tym podejmującą w jakiś sposób kwestię istnienia oraz co to znaczy być. Jasne, tagi, no i wspomniany już opis wskazywał, iż będą to zupełnie inne klimaty, niż ostatnim razem, lecz nie zniechęciło mnie to ani trochę, wręcz przeciwnie – zaintrygowało. Niestety, z przykrością muszę powiedzieć, że opowiadanie, przynajmniej dla mnie, zalicza się do kategorii niewykorzystanych potencjałów. Nie chcę powiedzieć, że został zmarnowany, gdyż widzę tu i ówdzie zalety oraz ciekawe rzeczy. Kłopot w tym, że nadal trzyma się mnie wrażenie, że wszystko dało się realizować lepiej. Jednakże tym, co zwróciło moją uwagę zaraz po otwarciu dokumentu i co towarzyszyło mi do samego końca to... zdziwienie bardzo dużą ilością błędów. Głównie chodzi o dywizy zamiast półpauz w zapisie dialogowym, błędy interpunkcyjne (np. brakujące spacje), niefortunna „dyskodidżejka”, czy też co niektóre zdania, które mogły brzmieć lepiej po polsku. Plus sporadyczne literówki, które zostały już przez kogoś zaznaczone. Jakiś czas temu. Niby nic, co z miejsca burzy wrażenia z czytania i odrzuca, ale wciąż – zważywszy na osobę tłumacza oraz to, jak zacna ekipa prereaderko-korektorska zazwyczaj mu towarzyszy, jestem zaskoczony. Myślę, że finalna forma tłumaczenia mogła być dużo lepsza, nie tylko w materii sformatowania gotowego tekstu. W porządku, a jak wypada treść, zapytacie? Ano... umiarkowanie. Bardzo umiarkowanie. Opowiadanie możemy podzielić na trzy części, ale zanim Wam je opowiem, pragnę przestrzec przed spoilerami. Jeżeli wolelibyście sprawdzić historyjkę samemu, zapraszam do czytania. A jeśli nie i jest Wam to obojętne, wówczas czytajcie dalej. Część pierwsza, którą czyta się tak, jakby zarazem była najdłuższa ze wszystkich, to właściwie wielka rewelacja oraz „rzucenie” w czytelnika tym, na czym polega owe alternatywne uniwersum, którym uraczono nas w ramach opowiadania. Co to takiego? Androidy. Formy (chyba) pośrednie między żywymi kucami, a bezmyślnymi robotami. Istoty, które są tak perfekcyjne w swym podobieństwie do prawdziwych kucy, że nawet Octavia, która raczej powinna dokładnie znać swoją dziewczynę, nie zauważyła różnicy i nie mogła w to uwierzyć, gdy ta zdecydowała się wyjawić jej prawdę o sobie. Ale to nie wszystko. Poza dość przytłaczającym dowodem (w postaci mechanicznych wnętrzności), Vinyl zdradza nam jak działa cały związany z tym proceder, bowiem okazuje się, że androida można wykonać z kucyka, mało tego, istoty te potrafią się rozmnażać. OK, tutaj pierwszy zgrzyt w ramach mikroświatotworzenia, bo szczerze mówiąc, nie bardzo to sobie wyobrażam. Że niby każda jednostka obu płci dysponuje specjalnymi rodzajami nanitów, które podczas udanego stosunku trafiają do wnętrza jednostki żeńskiej, gdzie łączą się, budują z samych siebie nową jednostkę androida, która następnie opuszcza jednostkę macierzystą... i co dalej? Jak wygląda proces rozwoju takiego małego androida? Czy to tu wkracza ta „pomoc techniczna”, o której wspomina Vinyl? Strasznie naciągane mnie się to wydaje. Tzn. ciekawe jest to, że android może czuć miłość tylko do androida, natomiast do kucyka zaledwie pociąg, jednakże powoduje to, że różnice między androidem, a kucykiem zanikają, toteż... po co w takim razie cała ta heca z byciem androidem? Tzn. wydawało mi się, że cała zabawa polega na tym, że mają to być istoty podobne, ale rożne od siebie. Natomiast, jeśli w praktyce różnic nie ma żadnych, wówczas... po co rozróżniać? Po co w ogóle tworzyć androidy, skoro są praktycznie identyczne do kucyków i do tego mogą się rozmnażać? Do pracy fizycznej? Jakoś tego nie kupuje, skoro brakuje im unikalnych właściwości, dzięki którym, przykładowo, mogłyby wykonywać prace w kopalni 300% efektywniej. Stąd, wątek, jakoby Vinyl stworzono do pracy w kopalni, lecz ona wolała żyć jako zwyczajna klacz i tworzyć muzykę, by bawić innych, o ile jest dość przejmujący jako koncept, a także stwarzający fajne pole do popisu, o tyle wypada dosyć blado, no i w praktyce, niewiele wnosi do kreacji Vinyl, ani ogółu fabuły, poza tym, że androidy tworzy się jako „produkty”, ale ci projektanci, którzy dają tym istotom tak wysoką inteligencję, nie przewidzieli możliwości zbuntowania się i ucieczki? W ogóle, wyjaśnienia odnośnie podziemia androidowego wydają mi się naciągane, całość brzmi jak szemrana, ale łatwo wykrywalna inicjatywa. Sam nie wiem, czy to sposób, w jaki otrzymujemy te informacje (głównie w ramach dialogów, co nie zawsze jest najlepszym sposobem na wyjawianie kluczowych dla światotworzenia rzeczy oraz szeroko pojętą ekspozycję), a może przez to, że wszystko klei się ze sobą dość średnio, jest w tym sporo dziur, toteż nie wydaje mi się to wiarygodne? Czytając reakcje Octavii, a także wyznania Vinyl (motyw, że ją okłamała i nie może oddać jej swego serca, po uprzednim pokazaniu jakie to serce, uważam akurat za świetny, ale nie wykonany najlepiej), wydaje mi się, że autor chciał stworzyć wokół bohaterek smutną, ale i romantyczną otoczkę, próbował rozpisać tę relację tak, by czytelnik chciał, by im się powiodło, może nawet wzbudzić współczucie, lecz na tym tempie akcji, przy takiej dominacji dialogów nad opisami, nie udało się to zbytnio. Początek robił dobrą robotę – gdy Octavia spodziewała się oświadczyn, a otrzymała dość przewrotną rewelację o swojej wybrance, to jest napisane dobrze, klimatyczne. Niestety, później robi się średnio. Sytuacji nie poprawiają kolejne części tekstu – na które (chyba) przeznaczono po jednej stronie. Octavia, zdruzgotana tym, co usłyszała, postanawia być z Vinyl i w tym celu postanawia zostać androidem. Idzie sobie do „Pralni”, gdzie akurat trafia na właściwego kuca, wręcza mu zapłatę (Czemu to jest w markach?), a my dowiadujemy się, że cały proces sprowadza się do wszczepienia scalaka i za dwa dni jest już się androidem. Kolejny zgrzyt. Wszystko dzieje się za szybko, a sam proces jest zbyt uproszczony, by poczuć, że bohaterka autentycznie przeżywa rozterki, że ma się dokonać zmiana, że dzieje się coś ważnego w jej życiu, że coś się dokonuje. W fanfiku to dosłownie na zasadzie „wszystko w 5 minut” Cierpi na tym klimat, cierpią wrażenia. Ale to jeszcze nie koniec. Mamy zakończenie, gdy jest już po wszystkim, a Octavia wraca do ukochanej... I tyle. Wszystko jest już dobrze. Tyle mogę napisać. Jak na szczęśliwe zakończenie, jest ok, ale trudno powiedzieć, by było ono satysfakcjonujące, że wieńczyło dzieło w sposób kompletny, skoro zabrakło poczucia pokonywanej trudności, zabrakło napięcia, zabrakło konfliktu do rozwiązania. Słowem, bohaterki nie bardzo miały z czym walczyć, co przemyśleć i co wspólnie zdecydować, by być razem. Octavia decyduje się zmienić w androida, by Vinyl poczuła do niej miłość i dokonuje tego. Koniec. Krótko mówiąc – dzieje się zbyt wiele ważnych, kluczowych dla dalszej egzystencji Octavii rzeczy, co poprzedzone jest nie tylko rewelacją Vinyl o tym, kim ona jest naprawdę, ale również jak to wygląda w podziemiu, czym charakteryzują się androidy i po co są tworzone. Są to ważne dla fabuły wydarzenia oraz informacje o świecie, ale wszystko dzieje się niemalże naraz i zbyt szybko, przez co trudno się w to wgryźć, czy odczuć, że bohaterki mają przed sobą trudność do pokonania jakiś problem, że trapią je jakieś rozterki, że cokolwiek ma/ może się zmienić na zawsze. W ogóle, trudno się wczuć w ich sytuację, uwierzyć, że stoi przed nimi dylemat, a przecież mówimy o tym... no... Ech, u nas by się to nazywało "transhumanizmem". To chyba nie jest taka prosta sprawa dla kogoś, kto urodził się jako żywa istota i w takiej formie spędził całe życie, co nie? Wielka szkoda, gdyż koncepcyjnie to naprawdę było coś. Mało tego, opowiadanie miało szansę na przesłanie, aczkolwiek myślę, że nawet w tej formie, w jakimś stopniu, udało się to zrealizować, choć z drugiej strony możliwe, że podziałały tu moje skłonności do własnych interpretacji i spekulacji. Powrócę na moment do kwestii niepotrzebnego rozróżnienia, skoro w tym świecie różnice między kucykami, a androidami okazują się w praktyce tak znikome. Otóż, być może był to celowy zabieg i wszystkie rzeczy, o których wspomniałem w tej materii wcześniej, były zamierzone. Może, ale tylko może, całe to bycie androidem miało symbolizować szeroko pojmowane różnice (rasowe/ wyznaniowe/ klasowe/ itd.), przez które pary decydują się rozstawać, natomiast fakt, że w fanfiku nie wygląda na to, by były one tak znaczące, miał pokazać nam, że w miłości różnice te są nieistotne, zaś łatwość, z jaką Octavia sama staje się androidem, miał pokazać, że to proste postawić się w czyjejś sytuacji, zrozumieć i w gruncie rzeczy stać się (wraz z drugą połówką) tym samym, a może po prostu przeistoczenie się w androida miało oznaczać wejście w czyjś świat, pozostanie z tą osobą, takie tam. Wiecie, że te różnice, przez które rezygnuje się z realizacji marzeń, to są pierdoły, a do tego, by być szczęśliwym, wystarczy kilka kroków i to w sumie nic trudnego. Może za dużo nad tym główkuję, ale autentycznie wydaje mi się, że to opowiadanie MOGŁOBY być czymś więcej, czymś głębszym, gdyby tylko zrealizować je inaczej. Zresztą, ono mogłoby zawierać wiele innych rzeczy, niekoniecznie podniosłych, może nawet sztampowych z punktu widzenia romansu, vide to, że miłość nie ma ceny, nie zna granic itd. ale nie zmienia to faktu, że by cokolwiek podobnego móc z tego opowiadania wynieść, trzeba by je napisać... no, może nie od nowa, ale na pewno radykalnie zmodyfikować. Jak na czasy swojego powstania, myślę, że było dość japońskie, czyli „yako-takie”, natomiast dzisiaj... cóż, chciałoby się rzec do autora, by napisał to jeszcze raz, tylko porządnie, z opisami oraz większą dbałością o klimat, przeżycia wewnętrzne, dylematy, no i z umiarem w dozowaniu informacji per dialog, a najlepiej poprzez opis, stopniowo, naturalnie. Dziś raczej trudno je polecić, jest to według mnie przykład niewykorzystanego potencjału. No i stronach techniczna tłumaczenia pozostawia troszkę do życzenia. Dobrze, że merytorycznie jest solidnie Dla ciekawskich nawet łakomy kąsek. Dla fanów Vinyl i Octavii pozycja obowiązkowa
  15. Przyznam szczerze, że opowiadanie w całości mnie zaskoczyło, a to wszystko za sprawą tytułu. Dlaczego? Byłem przekonany, że kojarzę kanoniczną postać tła, która tak właśnie się zowie i byłem pewien, że będzie to historia poświęcona mniej znanemu kucykowi, jakaś wczesna fanowska teoria, pewne wyobrażenie, te sprawy. A tymczasem nie dość, że pierwsze skrzypce grają Rarity i Sweetie Belle, to jeszcze odpowiednio szybko dowiadujemy się, co konkretnie oznacza [Alternate Universe], którym zostało opatrzone owe tłumaczenie. Po pierwszym szoku, zacząłem zastanawiać się, jakie w takim razie znaczenie ma tytuł? Fanfik pospieszył z odpowiedzią, a ja, już po skończonej lekturze, mogę z czystym sercem powiedzieć – ale to było dobre! Przede wszystkim, jest coś kreatywnego w takim oto podejściu do postaci Rarity. To, co zostało nam przedstawione, jednocześnie pasuje do tej postaci i jednocześnie odświeża jej charakterystykę, zaś sama alabastrowa klacz bardzo szybko daje się polubić przez swój profesjonalizm, innowacyjność, zdrowe podejście do własnych osiągnięć, a także to, jaką okazuje się stwórczynią i starszą siostrą zarazem. Nowatorska kreacja, która łączy w sobie wiele rzeczy, dając protagonistkę, której losy naprawdę chce się śledzić i która radzi sobie znakomicie w świecie, który do złudzenia przypomina ten kanoniczny. Zresztą, kolejny ciekawy zabieg - świat niby jest taki, jakim go znamy z serialu, a jednak inny. Sprawdza się tu powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach Narracja pierwszoosobowa sprawdza się znakomicie, bowiem nie tylko jeszcze lepiej wczuwamy się w postać „tej innej” Rarity, ale także możemy dowiedzieć się, jak ona widzi wydarzenia oraz gdzie upatruje się rozwiązań problemów, które ją spotykają. No, właściwie, to dotyczą one Sweetie Belle, lecz to, że Rarity dzieli z nią te troski, pokazuje jak blisko są ze sobą i uwiarygadnia siostrzaną relację, aczkolwiek osobiście uważam, że Rarity bliżej jest do jej matki, niźli starszej siostry. Fakt, wcześniej wspomniałem o „stwórczyni”, ale wolałbym tego nie rozwijać – po prostu sami przeczytajcie co jest grane. Ponieważ Rarity jest jednocześnie narratorką, komentuje wydarzenia, zdradza nam ich kontekst i wyraża zdanie na temat postaw wspominanych kucyków, co daje nam pewne pojęcie o świecie oraz o tym, co się dzieje. Faktycznie, w tekście przewija się kilka bardziej fachowych określeń, lecz potęgują one klimat, no i sprzedają nam Rarity jako błyskotliwego wynalazcę, który tworzy imponujące, niemalże żywe rzeczy. Domyślam się, że musiało być z tym troszkę zachodu przy tłumaczeniu, natomiast moją uwagę zwróciły inne rzeczy. Oto przykłady: W oczy rzuciło mi się kilka literówek, na tej zasadzie, co przytoczyłem. Niby nic wielkiego, ale, zwłaszcza źle odmienione wyrazy, potrafią zaburzyć flow czytania i spowodować niechcianą przerwę. Oprócz tego, gdzieniegdzie przewinęły się powtórzenia, nie tylko pojedynczych słów, ale i zdań/ informacji, tzn: Domyślam się, że akurat te rzeczy wynikają z tego, że tak było w oryginale, a przekład nie jest od tego, by poprawiać, ale by... no, przełożyć dzieło. Pomyślałem jednak, że o tym wspomnę, gdyż, w odróżnieniu od poprzednich tłumaczeń, tutaj akurat zwróciło to moją uwagę. Aczkolwiek, gdyby to ode mnie zależało... Ja bym dał: „Ale co, jeśli się mylę? Co, jeżeli mam tylko myśleć, że jestem prawdziwa? I jak miałabym to stwierdzić?” Ale to tylko moja luźna myśl, nie jestem tłumaczem, nigdy niczego nie tłumaczyłem od początku do końca, więc ja nawet nie wiem, czy byłoby to naprawianie tego, co nie jest popsute itd. Po prostu chciałem o tym tu napisać O czym jeszcze warto wspomnieć? Przyjemne dodatki związane z historią, jakoby Celestia i Luna stworzyły pierwsze kucyki z gliny, chmur i gwiazd. W tle przewija się też Filthy Rich, w ogóle, poszlaki nakazują nam twierdzić, że za najdoskonalszą kreacją Rarity stoi coś więcej w tym sensie, że zgodę musiało wydać więcej kucyków, niż zwykle i że najpewniej projekt został przez nich sfinansowany, a skoro zainwestowali, czytaj: włożyli, to i za jakiś czas wyciągać będą chcieli. Może wchodzę w to zbyt głęboko, ale autentycznie miałem podczas lektury wrażenie, że to, o czym czytam, to dopiero początek i że Rarity przy okazji pracuje nad czymś dużo, dużo większym. Tak w ogóle, podoba mi się, że mimo alternatywnego uniwersum, mimo alternatywnej kreacji Rarity, zachowano jej artyzm, tzn. twory, które projektuje, takie jak tytułowa Minuette, potrafią tańczyć różne tańce, co pokazuje nam, że autor oryginału nie zrezygnował wcale z wątku artystycznej, wrażliwej duszy Rarity, ale dopasował ten szczegół do swojej wizji i uczynił z niej integralny element całości. W ogóle, cieszy i imponuje to, jak wszystko w tym fanfiku ze sobą współgra, zazębia się i tworzy spójną całość, którą wyśmienicie się czyta. Wisienką na torcie jest oczywiście drobny wątek filozoficzny, czyli pytanie o to, co to znaczy żyć, co to znaczy być, myśleć, czuć, czym może być maszyna i czy w odpowiednich warunkach istnieje jakaś różnica między nią, żywą istotą. Świetna rzecz, nadająca tej pozornie prostej historyjce głębi, co w oczywistej konsekwencji prowadzi do tego, że przez całą lekturę towarzyszy nam świetny klimat. Tam, gdzie ma być powaga, tam ona jest, gdzie ma być nieco luźniej, kreskówkowo, tak też się dzieje, zakończenie satysfakcjonuje, no i w głowie wciąż siedzi myśl, że za kulisami dzieje się coś więcej. Gdybym miał się czepiać, powiedziałbym, że ów wątek filozoficzny, jest troszeczkę przegadany, ale z drugiej strony, jest to fragment, w którym lśnią kreacje głównych bohaterek, no i czyta się to wartko, więc z niczego bym nie rezygnował. Fantastyczna historyjka,, cieszę się, że na nią trafiłem Konkludując, to bardzo dobre, wciągające niemożebnie opowiadanie, które, wbrew pozorom, oferuje czytelnikowi wiele rzeczy i które ma w sobie drugie dno, przy jednoczesnym pozostawieniu całkiem szerokiego pola do własnych interpretacji, domysłów i spekulacji, a to wszystko okraszone wyraźnie zarysowanym klimatem, wypływającym z naprawdę ciekawego (bo prostego, jasnego, zrozumiałego, a przy tym dopełniającego oryginalnych kreacji, tudzież po prostu je komplementującego) pomysłu na alternatywne uniwersum, postacie oraz technologię. Nic się ze sobą nie gryzie, wszystko działa jak w zegarku. Czytanie było czystą przyjemnością, stąd gorąco polecam to opowiadanie!
×
×
  • Create New...