Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Hoffman

Brony
  • Content Count

    961
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

568 Equestriańska Legenda

About Hoffman

  • Rank
    Pogromca Draculi i koneser czarnej kawy
  • Birthday July 3

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier
  • Miasto
    To zależy. Mogę być wszędzie.
  • Zainteresowania
    Długo by wymieniać. Głównie to kino grozy, gry wideo, seriale animowane, lata osiemdziesiąte, działalność fanów dotycząca dowolnych marek i masa innych rzeczy. Po prostu, co mi w oko wpadnie i wyda się interesujące, godne uwagi.
  • Ulubiona postać
    Z głównych postaci - Twilight Sparkle.
    Applejack nie jest zła, gdyż w pracy się nie obija.
    Ze złoczyńców - Chrysalis. Po prostu.

Recent Profile Visitors

9,391 profile views
  1. Swego czasu, w trakcie pewnej wymiany zdań z autorem, otrzymałem podpowiedź, iż kolejny planowany przez niego fanfik będzie mieć formę cyklu – formy, którą sam stosuję i którą polecam, z uwagi na elastyczność oraz to, o czym Verlax wspomniał w przedmowie, czyli mniejsza w stosunku do opowiadania wielorozdziałowego dyscyplina. W każdym razie, „Koło Historii” z miejsca wzbudziło moje zainteresowanie i priorytet do czytania miało na mojej liście dosyć wysoki. Tzn. staram się do każdego fanfika podchodzić tak samo, aczkolwiek jakaś kolejność czytania musi być, a to wygodne narzędzie wyboru co i kiedy czytać Przeczytałem zarówno „Krwawe Słońce” jak i „Twarzą ku Słońcu”, mam także za sobą kilka dyskusji z autorem (nie tylko odnośnie jego opowiadań, ale także moich własnych), toteż na tym etapie wiem już co uznaje za pryncypia w opowiadaniu historii, jakie jest jego podejście, znam również różnice między nami, jeśli idzie o preferencje. Mając tę wiedzę, od „Koła Historii”, jeszcze przez lekturą prologu, spodziewałem się przede wszystkim światotworzenia, niekoniecznie akcji jako takiej, ale mozolnego opowiadania o historii kreowanego świata, z uwzględnieniem wielu jego zmiennych, aspektów, w oparciu o różne źródła oraz inspiracje, o których niekoniecznie mogę mieć pojęcie. Chodzi mi o to, że, jak to trafnie określiła przede mną Cahan, nie jestem w żadnym wypadku historiofilem, w tej materii jestem kompletnym laikiem. Po prostu poszedłem w inżynierię, taka sytuacja. W związku z powyższym, nieco obawiałem się tego opowiadania, gdyż przeczuwałem, że będzie to coś zupełnie innego, coś niepodobnego do dowolnego dzieła, które już czytałem, a w samej treści z całą pewnością nie znajdę tego, czego poszukuję w różnych fikcyjnych historiach (nie tylko fanfikach). Z drugiej strony, wiedziałem, że to wcale nie oznacza z góry, że nowy fanfik okaże się dla mnie aczytalny (jeżeli nikt nie opatentował, to copyright – ja) i nie znajdę w nim niczego co mogłoby mnie zainspirować. Wziąłem zatem głęboki oddech i rozpocząłem lekturę. Na dzień dzisiejszy mam za sobą prolog oraz trzy pierwsze rozdziały. Znane księżniczki zostawiłem sobie na później, liczę, że szczęśliwie w międzyczasie pojawią się kolejne odsłony cyklu, za które mógłbym się zabrać od razu po zakończeniu „Ery Nieśmiertelnych”. Ze swoją opinią wyprzedziła mnie Cahan, ale od razu muszę powiedzieć, że zgadzam się z nią niemalże w stu procentach i jestem szczerze zaskoczony na ile aspektów zwróciła uwagę, a o których sam chciałem wspomnieć. Uf. Koniec tego przydługiego wstępu. Czas przejść do moich wrażeń z lektury. Jak to napisać, by nie powtórzyć słowo w słowo mojej przedmówczyni? No to na początek również wspomnę, że wrażenia są raczej pozytywne. Także najlepiej czytało mnie się prolog, gdyż występowały tam postacie, pojawiły się dialogi, akcja (scena bitwy), a także troszkę „typowych” dla fanfika opisów. Ukazane interakcje między Nieśmiertelnymi wciągają, sprawdzają się świetnie jako introdukcja każdego z osobna, a skoro widzimy ich w akcji, prędko uwypuklają się różnice między nimi. Podoba mi się kreacja Celestii – czuć, że w jej słowach/ czynach jest drugie dno, że myśli do przodu. Z kolei za design pragnę pochwalić Kairosa – ciekawy motyw z oczami oraz dwiema głowami, z czego jedna zawsze mówi prawdę, a druga zawsze kłamie. W ogóle, podoba mi się to jak opisywany jest świat w tym punkcie serii, np. sposób komunikacji między Nieśmiertelnymi. Prolog spełnia swoje zadanie bez najmniejszych zarzutów – wciąga, zaprasza do odkrywania świata w fanfiku, wzbudza ciekawość, robi smaka na ciąg dalszy. Bez zbędnych ceregieli przejdźmy zatem dalej i spójrzmy co po tym jakże obiecującym i klimatycznym wprowadzeniu zaoferował nam autor. Mamy „Erę Nieśmiertelnych”, w skład której wchodzi pięć rozdziałów, każdy poświęcony innej personie – jej genezie, chociaż najwięcej przeczytamy o kształtowaniu się poszczególnych państw, społeczności itd. Przyznam, że jest mi niezręcznie komentować te elementy fanfika, gdyż często z tyłu głowy pojawia się myśl, że na pewno to wszystko jest na czymś oparte, ale ja nie wiem na czym. Tak czy inaczej, z tych trzech rozdziałów, które przeczytałem, biją po oczach dwie rzeczy. Po pierwsze, czas poświęcony na przestudiowanie materiałów źródłowych, ogromna praca aby rzeczy nie były przerysowane czy przekalkowane, ale właśnie zainspirowane, by czerpały z czegoś, ale ostatecznie miały swoją tożsamość i klimat. Po drugie, rozdziały te, to jest praktycznie samo światotworzenie i widać jak na dłoni, że autor się tym interesuje, wyobrażam sobie jaką mogło sprawiać mu satysfakcję pisanie o poszczególnych państwach, miejscowościach, zależnościach, wydarzeniach, źródłach itd. Dzięki temu z rozdziałów bije coś pozytywnego, co zachęca do dalszego czytania. Obie te rzeczy są godne pochwały i skutecznie trzymają przy sobie czytelnika. Z drugiej strony, w pamięci pozostaje... dosyć niewiele. Relatywnie często otrzymujemy wzmianki o nowych historycznych lokacjach czy przywódcach, w głowie po zakończeniu czytania mamy jedynie to, co zostało wspomniane najczęściej. U mnie to głównie: Cesarstwo Cirrańskie, Eranszahr, Ursuat, rzeka Elis, Scarabia (nazwa kojarzy mnie się ze Scrabanią z gier „Oddworld”), Syrija (podobnie jak Syria), Helvetia, Krystalliada, Bogarus (podobnie jak Boragus, postać z HoMM III), ród Platinum, król Ametist I i II. Reszta? Jak na moment przed egzaminem – coś tam było, coś tam się stało, ale nie pamiętam jak się nazywało. Niektóre nazwy własne okazują się nie takie proste do wymówienia, a przynajmniej za pierwszym razem, co bynajmniej nie ułatwia ich zapamiętania. Wszystko jest nowe i świeże, zaś niektóre rzeczy po prostu giną w obliczu co ciekawszych wydarzeń czy wielokrotnie przywoływanych kwestii i niekiedy trudno jest się przejąć istnieniem tego czy tamtego. A może akurat tym nie powinniśmy się przejmować, jako czytelnicy? Może do tych szczegółów powinniśmy powrócić później, gdy cykl się rozwinie? Aha – były jeszcze żubry i kózki. Ogółem, z tymi rasami wiążą się całkiem interesujące wątki. W ogóle, przyznam, że jestem zaskoczony tym, jak mrocznie wypadły poszczególne rozdziały historii, omówione na podstawie źródeł w ramach kolejnych... no, rozdziałów. Dodaje to surowości i realizmu, a przy tym wzmacnia klimat, który owszem, jest, nawet przy okazji tych „podręcznikowych” fragmentów, choć te nie absorbują tak silnie jak prolog. Zatem należy pochwalić chęć stworzenia zupełnie nowej, skomplikowanej oraz bogatej w najróżniejsze rzeczy historii, ogrom włożonej w to pracy oraz ambitny plan. Szkoda, że nie wszystko zostaje w głowie. Myślę, że w obliczu dosyć dużej (jak na początek) ilości różnych informacji, lokacji, opisów położenia geograficznego itp. wiele pomogłaby mapa świata. Może nawet nie kompletna, jedynie taka prosta, szkic ukazujący położenie względem siebie pojawiających się fanfiku miejsc. Chociażby po to, by lepiej to ogarnąć wizualnie. Załączone do rozdziałów ilustracje wiele dają, gdyż dostarczają pojęcia jak tematycznie prezentują się poszczególnie dominia i jaki musi towarzyszyć im nastrój, co podkreśla różnorodność kreowanego świata. Spośród poznanych Nieśmiertelnych, nie pałam szczególną sympatią do Saoshyanta, średnio podobał mi się jego rozdział, ogólnie mam podobne odczucia względem jego osoby co Cahan. Rimstuar? Lepiej. Chyba jak na razie to jego historia wydała mi się najciekawsza, najbardziej pomysłowa. Zapadły mi w pamięci poszczególnie opisy jego niezniszczalności, np. gdy futro wciąż mu płonęło, a wiatr zagasił ogień, oprócz tego spodobał mi się motyw żelazodrzew oraz walki o przetrwanie, najpierw z Wilkami, a później ze Smokami. Wciągnęły mnie także rozważania o przywarach Nieśmiertelnych, ujęte w formie nagrania z ćwiczeń na uniwersytecie, dialogu prowadzącego ze studentami. Zawierało to w sobie co nieco filozofii, a przy tym wypadło całkiem błyskotliwie. Ano właśnie, co ja jeszcze zapamiętałem – studenty, Red Glow oraz Wild Growth. Jeśli chodzi o kolejny rozdział, spodobała mi się historia nie tyle Nieśmiertelnego, co opisy krainy. Zresztą to właśnie w tym rozdziale uświadczymy najwięcej motywów makabrycznych, związanych z tajemniczymi anomaliami oraz kolejnymi plagami, które przywodzą na myśl plagi egipskie. Jedna z nich wydała mnie się nieco groteskowa – ta, przy okazji której przeczytałem o spadaniu przedmiotów z nieba, kowadeł, zbroi itd. Nie wiem czemu, ale wypadło to nieco niepoważnie, w głowie od razu rozbrzmiał ten kreskówkowy odgłos spadania (zwłaszcza jak pomyślałem o kowadłach) i generalnie... sam nie wiem, ten szczegół mi się nie podobał. Za to ostatnia plaga? Mocne. Mocne, mroczne, makabryczne, może nawet troszkę takie... surrealistyczne? Nie wiem, ale jak na ostatnią plagę i wybicie do nogi upartych istot, nie można było wymyślić tego lepiej. Ten, który Zmienia, cynicznie dał iluzję, że najgorsze przeminęło, a tymczasem najgorsze dopiero iało nadejść. I to jeszcze w ramach celebracji, której nikt nie mógł się oprzeć. Dla mnie fantastyczny pomysł, zrealizowany bezbłędnie. Co do nawiązania do postaci Discorda – pasowało w tymże rozdziale jak ulał, aczkolwiek mnie osobiście nie zaskoczyło to ani trochę, gdyż już w prologu Kairos wydawał się taki trochę „discordowaty”, więc odbieram to za ciekawy smaczek; dodatek, który z czasem może okazać się czymś więcej. I który jak najbardziej znalazł się na właściwym miejscu. Co więcej? Tak, mnie też bardziej spodobały się nagrania (właściwie, transkrypcje nagrań) z wykładów na uniwersytecie. Ciekawe, klimatyczne, dobra odskocznia od podręczników i kronik. Audycja radiowa wyszła... no, sztucznie, co tu dużo mówić. Tzn. Radio Manehattan brzmi jak „zwykła” rozgłośnia nadająca muzykę, wiadomości, ploteczki, zawarta w rozdziale audycja bardziej by mi pasowała do jakiegoś medium tematycznego. Może wtedy wypadłoby to bardziej naturalnie? Nieuchronnie zbliżamy się do formy. No, ja akurat nie powiedziałbym, że słownictwo było ubogie. Jak na fanfik będący w znacznej większości czystym światotworzeniem, przepełnionym źródłami naukowymi, fragmentami żywcem wyciągniętymi z podręczników czy encyklopedii, przemieszanych jakimiś transkrypcjami, powiedziałbym, że wszystko było całkiem zrozumiałe. Chociaż zdarzały się tu i ówdzie fachowe terminy. Problem miałbym ze stylistyką, szczególnie z powtórzeniami, o których zresztą pisała już Cahan. Aczkolwiek. Jeżeli autor dążył do tego by jak najwierniej oddać tekst źródłowy, materiał naukowy, wówczas kolejne rozdziały być może nie miały być w klimacie stricte utworu literackiego, a pewne powtórzenia znalazły się tam celowo, by właśnie osiągnąć zamierzone wrażenie. W końcu sam co rusz mam do czynienia z tego typu literaturą (np. skryptami) i faktycznie – powtórzenia są, próżno tam szukać artystycznej kompozycji, czy bardziej wyszukanej konstrukcji zdań. No bo rzeczy te mają za zadanie przekazywać naukowe fakty, dane, a nie stanowić dzieło (w sensie, że uprawianie sztuki) literackie. Kwestia przeznaczenia danej pozycji. I pod tym względem, poszczególne źródła ujęte w rozdziałach, spełniają to przeznaczenie - przekazują fakty (Ale czy na pewno? Wszakże to mogło się wydarzyć... ale nie musiało.). W związku z powyższym ograniczyłem moje sugestie do kilku literówek, które znalazłem w prologu. To znaczy, tam również znajdziemy pewne powtórzenia czy usterki, ale wpadłem po to, by z fanfikiem się zapoznać, a nie by go skorektorować. Może, gdyby autor wyraził taką chęć, no i sprecyzował co nieco jak to jest z rozdziałami, w bliżej nieokreślonej przyszłości mógłbym to i owo podpowiedzieć, o ile nie zrobią tego w tym czasie inni chętni. A jest nad czym się pochylić. By nie być gołosłownym, dam jeden cytat, myślę, że akurat to zwróciłoby uwagę nawet jeżeli mówić o literaturze naukowej: „Gdy obudzili się rano, wśród młodych klaczy rozległy się wrzaski przerażenia na ten przerażający widok.” Niby jest to spisana relacja, aczkolwiek nie brzmi dobrze w samym opowiadaniu. No i jakoś nie wyobrażam sobie, by świadek tak to sformułował. Ale mogę się mylić, nie było mnie tam. To fanfik tematycznie wpisany w świat pełny fantastycznych stworzeń i rzeczy magicznych, a jednak znalazłem tam: „Za czasów Cesarstwa, Equestria była jedną z najludniejszych (...)” Aha – w rozdziale I prawie nie ma żadnych wcięć na początku kolejnych akapitów (chodzi mi o części „podręcznikowe”). Ale w kolejnych rozdziałach już są. Dlaczego? „Całe mrowie ptactwa zleciało się nad Helvetię (...)” Tutaj akurat wszystko gra, po prostu chciałem się podzielić, że skojarzyło mi się z „Ptakami” Hitchcocka Co w ramach podsumowania? Fakt, fanfik jest dość hermetyczny, nie zdziwię się jeżeli ktoś mi powie, że jego akurat przynudzał i że nic się tam nie działo. Pierwsze to oczywiście subiektywne odczucie, ale z drugim bym się nie zgodził. Bo dzieje się sporo, jest to tylko inaczej przedstawione/ opowiedziane. Mnie akurat niewiele tam nużyło, czy nudziło, znalazłem sporo rzeczy, które wydały mnie się interesujące i z których można by coś zaczerpnąć w ramach inspiracji. No i dla mnie, jako tego który w pierwszej kolejności dba o postacie oraz fabułę/ akcję, może być to przykład techniki światotworzenia. Całość utrzymana raczej w klimacie fantasy. Nie wiem, czy mógłbym polecić „Koło Historii” szerszej publice, gdyż, po raz kolejny, zgodzę się z Cahan, że w tej postaci fanfik może się okazać przystępny dla dosyć wąskiego grona ludzi. Jednakże, jeżeli taka jest wola autora, aby tak to właśnie wyglądało, wówczas doradzałbym mu wytrwanie w tym postanowieniu i kontynuowanie pisania po swojemu. Warto poświęcić tej historii nieco czasu i spróbować się z nią zmierzyć, mimo wszystko. Nic na siłę, ale jednak. Zresztą nie wydaje mi się aby istniało zbyt wiele polskich fanfików napisanych w taki właśnie sposób, więc w tym sensie mamy do czynienia z czymś unikalnym. Może pokusiłbym się o jakieś porównanie z poprzednimi dziełami Verlaxa, ale wydaje mi się, że to materia nieporównywalna. „Koło Historii” jest czymś innym, czymś co stoi na własnych fundamentach i co zapewne ma przed sobą zupełnie inne wytyczne. Na zakończenie, odniosę się do tagu [Alternative History]*. Zaintrygowało mnie drugie dno związane z użyciem tego tagu. Moją pierwszą myślą jest koncept, iż „Koło Historii” ma stać się nowym, autorskim uniwersum, tylko luźno inspirowanym znaną nam animacją, a w którym finalnie ma się rozgrywać akcja napisanego już „Krwawego Słońca”, które byłoby po prostu jednym z punktów na kole historii, powrotem do czegoś, co już było, chociaż w innej formie. No, chyba, że miałaby być to alternatywna historia świata kanonicznego, gdzie to on miałby być określonym punktem na kole historii. Ale sądzę, że autorowi zdecydowanie bardziej zależy na swoim dziecku, czyli „Krwawym Słońcu” właśnie. I tak by chyba było bardziej spójnie. W sensie, nie chciałby, by kreskówka stanowiła tło historyczne do jego opowiadania, więc postanowił stworzyć własne, aby wszystko pasowało idealnie. Pozdrawiam serdecznie i życzę zarówno weny jak i wolnego czasu, abyśmy prędko dostali kolejne odsłony cyklu. Może z tego wyjść coś naprawdę wielkiego. *Hm, ale temacie jest mowa o [Alternate Universe]. Co jest grane? To chyba nie zamiennik?
  2. Hoffman

    „Intronizacja” jakoś mnie ominęła, pamiętam, że widywałem ten wątek na forum, ale jakoś nigdy nie miałem okazji czy chęci sprawdzić to opowiadanie. Zdaję sobie sprawę, że ukazało się długo przed „Abdykacją”. Domyślam się, że autor miał już pewne pomysły, czy ich zalążki co w końcu doprowadziło do powstania wspomnianego opowiadania. Które ma być bodajże prequelem do „Intronizacji” właśnie? Gabaryty wyżej wymienionych fanfików nic a nic na to nie wskazują. Wręcz przeciwnie – teraz „Intronizacja” przypomina bardziej suplement, czy epilog do „Abdykacji”. Możliwe jednak, że znowu coś pokręciłem i w rzeczywistości są to dwie niezależne od siebie historie. „Nienawiść była słuszna” - chodzi o tę Nienawiść z „Tajemnic”? Nie, chyba nie. Pojawia się nawet Biała Pani. O zakończeniu napiszę niebawem, ale już teraz wspomnę, że wyszło rewelacyjnie. Klimatycznie okazało się czymś zupełnie innym – mrok zastąpiła biel, no i zniknęło jakiekolwiek napięcie, czy elementy grozy, ustępując miejsca czystej scenerii, wolnej od zagrożeń płynących z ciemności. W każdym razie, nie uchylając zbytnio rąbka tajemnicy, jest to historia o mrocznym królu, który powraca do swego zamku... a tam na tronie już siedzi jakiś mroczny król. Kto jest prawdziwy, a kto tylko uzurpuje sobie prawo do tronu? Kto zniekształcił czyje pragnienia i jak zakończy się pojedynek bohaterów? Co czeka tego, kto poniesie porażkę? Wszystkie odpowiedzi znajdziecie w fanfiku. Jest to nie tylko uzupełnienie historii „innego” Sombry z lustrzanej Equestrii, ale także dodanie tego i owego do życiorysu „właściwego” Sombry. Ogółem, na razie nie dotykając kwestii technicznych, opowiadanie komplementuje „właściwego” Sombrę jako złoczyńcę, dodaje na jego konto nowe nieciekawe rzeczy (znaczy się, tak wnioskuję po rewelacjach z zakończenia), natomiast tego „innego” ukazuje jako tego, który próbował walczyć z czymś, z czym nie mógł wygrać, a czego sekrety poznał już po zakończeniu swojej wędrówki, odnajdując pokój, a nie zaznawszy kary. Plus Biała Pani. Zanim jednak czytelnik uzmysłowi sobie, że obaj królowie tak naprawdę stanowią swoje przeciwieństwa (choć ten „właściwy” wydaje się posiadać większą moc), czeka nas bardzo klimatyczne, świetnie napisane wprowadzenie, a także pojedynek. Ostateczna walka nie została napisana źle, ani bez pomysłu, aczkolwiek, mając za sobą i „Prośbę”, i „Abdykację”, muszę powiedzieć, że nie znalazło się tam nic co wywarłoby na mnie jakieś szczególne wrażenie. Parę rzeczy wyglądało podobnie, no i znów nastąpił nagły zwrot pod sam koniec, co zmieniło układ sił. Tyle, że tym razem nie na korzyść protagonisty (?). Tak czy inaczej, tekst nie jest zbyt długi, toteż ani nie ma dłużyzn, ani zbędnych rzeczy, tym razem wyszło tak bardziej „action-oriented”. Z tego wszystkiego najbardziej spodobało mi się zakończenie. Sądziłem, że „Abdykacja” wyczerpała temat, ale jednak nie, dało się to pociągnąć dalej i dać satysfakcjonujący epilog, który jednocześnie odpowiedział na kilka pytań, domykając wątek z „Abdykacji”. I chyba nie tylko z niej? Wciąż jednak, „Intronizację” widzę bardziej jako suplement do dłuższego fanfika, może nawet jako spoiwo z wybranymi pozostałymi opowiadaniami autora. W ramach kwestii technicznych, nie mam nic więcej do dodania ponad to, co pisałem przy okazji poprzednich opowiadań – musiałbym się powtarzać. Dla zasady pochwalę bardzo solidne wykonanie i dopracowanie szczegółów, język i konstrukcję zdań, jak również towarzyszący nam klimat. Opowiadanie teoretycznie daje radę samo, bez znajomości „Abdykacji”, chociaż gdyby ona nie istniało, miałbym sporo pytań – co to za drugi, eteryczny Sombra, o co chodzi w scence z Białą Panią, dlaczego nie spotka go kara, kogo już z nimi nie ma itd. Można przeczytać „Intronizację” jako pierwszą, wówczas te wątki będą otwarte, okażą się pewną enigmą. „Abdykacja” zawiera pełną genezę prezentowanych tu wydarzeń. Cóż więcej rzec, polecam, aczkolwiek namawiam do uprzedniej lektury „Abdykacji”. Jest to utwór nieco trudniejszy do przełknięcia, ale z całą pewnością warto, chociażby po to by zobaczyć jak wiele rzeczy opisanych w „Intronizacji” zyskuje na znaczeniu.
  3. Hoffman

    Pierwsza lektura „Abdykacji” okazała się nie lada wyzwaniem, jeszcze większym niż w przypadku „Tajemnic”. Zauważyłem, że jeżeli jest to dłuższe opowiadanie Malvagia i zostało ono opatrzone tagiem [Dark], wówczas potrzeba kilku podejść, wówczas opowiadania te bardzo zyskują. Sporo satysfakcji daje wyszukiwanie nawiązań oraz powiązań z innymi fanfikami autora. W dalszej części recenzji postaram się naświetlić co jest na rzeczy i opisać swoje wrażenia oraz to jak zmieniały się one w miarę poznawania kolejnych części opowiadania. Mam pewien kłopot z niniejszym wstępem, jak na złość nic nie może mi przyjść do głowy, toteż na moment przeskoczę do podsumowania. Muszę jednak przywołać „Tajemnice”, z tego względu, że, bodaj w wywiadzie z Malvagiem opublikowanym na łamach Equestria Times, fanfik ten został przedstawiony czytelnikom jako swoiste magnum opus autora, zaś w swojej recenzji wspomniałem, że jego twórczość sama stanowi srogą konkurencję dla tegoż opowiadania. Opowiadanie przeczytałem niejeden raz, zanim w ogóle na forum pojawiła się „Abdykacja”. Domyślam się, że już wiecie do czego zmierzam, więc nie będę przedłużać – o ile „Tajemnice” pozostają opowiadaniem bardzo dobrym, wręcz pozycją obowiązkową, o tyle przy „Abdykacji” wypadają dosyć blado. Co prawda nadal pozostaje kilka opowiadań autora, których jeszcze nie czytałem, ale szczerze wątpię, czy sprostają one wyzwaniu - „Abdykacja”, choć nie jest utworem łatwym, w mojej opinii stanowi najlepsze do tej pory opowiadanie Malvagia. Postaram się Wam opowiedzieć dlaczego tak uważam. Zanim zapomnę, pragnę podziękować @Ghatorrowi za polecenie „Abdykacji” Jego rekomendacja przyspieszyła pewne sprawy. Najserdeczniej dziękuję Spoilery są wszędzie, w razie nieprzeczytania opowiadania, proszę kliknąć w link w pierwszym poście i uprzednio zapoznać się z utworem. Ostrzeżenie zostało wydane. Fabuła – o królu Sombrze raz jeszcze Nie jest chyba żadną tajemnicą, że Malvagio specjalizuje się w fanfikach mrocznych i poważnych, traktujących o królu Sombrze, ale również o księżniczkach Equestrii. Tak jest i tym razem, jednak na wszelki wypadek, gdyby ktoś chciał wywrócić oczami bo „znów ten sam monotonny Sombra”, od razu mówię – ani ten sam, ani monotonny. Tym razem za punkt odniesienia autor obrał sobie arc komiksowy, którego nie znam nic a nic, lecz wierzę mu na słowo, że opowiadanie jest ciągiem dalszym oraz pewną wizją tego jak historia mogłaby się zakończyć (połączyć z fabułą kreskówki?). Przyznam, że istotnie, początkowo byłem troszkę skołowany. Księżniczki zwracające się do Sombry per „przyjacielu”? Trixie jako Seneszalka Pokory? Cadance, która zachowuje się jak wredna domina... no, może trochę przesadziłem – jak sukkubus? Prędko jednak odnalazłem się w tym innym i „dziwnym” świecie, gdyż zapamiętałem, że ma to być lustrzana Equestria, zatem to normalne, że dane postacie reprezentują sobą coś zupełnie innego, niemalże o idealne 180 stopni. No i pierwsza rzecz za jaką chciałbym pochwalić – treść opowiadania, to co się w nim dzieje, jest w pełni zrozumiałe bez znajomości materiału źródłowego i czytelnik bardzo szybko odnajduje się w tejże historii. Domyślam się, że lektura komiksu na pewno wiele by wniosła, ale jestem pod wrażeniem tego, jak świetnie radzi sobie opowiadanie, jako odrębne dzieło. Trzeba rozumieć po prostu tyle, że jest to inny, lustrzany świat, gdzie panują inne realia. Zamiast Elementów mamy np. Seneszalki i Seneszali, w rolach tych znajdują się inne postacie, jak sądzę, będące przeciwieństwami swych odpowiedników znanych nam z kreskówki. Dowiadujemy się, że między światami istnieje połączenie, a Sombra jest dobry, jednakże zastajemy go w trakcie wewnętrznej walki z... No właśnie – z czym mierzy się główny bohater? Myślałem o tym, by napisać o wewnętrznych demonach, ciemności, ale doszedłem do wniosku, że jest to walka z nieuchronnym przeznaczeniem. Doskonale podkreśla to powtarzające się we fragmentach pisanych kursywą kluczowe zdanie - „nie masz innej drogi”. Pomaga to stworzyć ponurą atmosferę, daje nam znak, że nadchodzi coś złego, a czego nie da się uniknąć. Duży plus. Fabuła bardzo silnie skupia się na postaci króla Sombry, lecz tym razem Malvagio podszedł do niego w nieco inny sposób, poświęcając mnóstwo pracy na przybliżenie nam przeżyć wewnętrznych bohatera, jego emocji oraz nadziei na pomyślne wyjście z, wydawać by się mogło, przesądzonej sytuacji. W historii nie zabraknie postaci niosących królowi wsparcie, pojawia się również motyw odnalezienia swoistego odpowiednika dla Elementów Harmonii ze znanego z kreskówki świata, celem otwarcia portalu, którym król mógłby przejść i w ten sposób uciec przed przeznaczeniem. Jednak odpowiednio szybko jedna z Seneszalek daje mu ostrzeżenie, iż nie jest to rozsądne rozwiązanie. Do tego czas ucieka, aż ponownie króla odwiedza Cadenza. Fabuła, sama w sobie, okazuje się zatem dość urozmaicona. Mamy tylko jeden wątek, ale zadbano o liczne opisy, odniesienia, czy dialogi, aby całość nie traktowała wyłącznie o tym co się dzieje w głowie Sombry. Otrzymamy zatem sceny interakcji z innymi postaciami, podczas których zobaczymy jak król odnosi się do Seneszali, jakie sprawy z nimi dzieli, jak się zachowuje w sytuacjach, których, jak się domyślam, wcześniej jeszcze nie opisywano. Historia jest przy tym bardzo spójna, nie pominięto żadnego szczegółu, zatem nie można powiedzieć o wrażeniu niedosytu. Według mojej oceny, tylko jeden wątek pozostaje otwarty – mianowicie, co poczęły postacie z lustrzanej Equestrii po tym jak Sombrze jednak udało się przejść przez portal. Nie uważam jednak, że kwestia ta powinna zostać wyjaśniona. Podoba mi się to, że padły pytania, na które nie poznaliśmy odpowiedzi. Pozostawia to pewne pole do własnych interpretacji. No i nie są to rzeczy kluczowe, więc jak najbardziej mogły pozostać otwarte. Teatr (nie)jednego aktora W opowiadaniu przewijają się wspomniane wcześniej postacie Seneszali, ale nie tylko. Znajdzie się trochę czasu dla Celestii, Luny, czy Cadenzy oraz Shining Armora. Nie pojawiają się na tyle długo, by ujawnić szczegóły swych charakterystyk, ale nie są zupełnie bezbarwne, czy niepotrzebne. Wpływają na głównego bohatera, który walczy z przeznaczeniem, przechodząc przy tym pewną przemianę, której on sam jeszcze nie pojmuje. Doradzają mu, pocieszają, przedstawiają swój pogląd na dane sprawy. Uczestniczą też w ostatecznej potyczce, która czeka na nas pod koniec opowiadania. Ponieważ są to znane z animacji postacie, wiemy jak wyglądają, wyobrażamy sobie ich ruchy, czy mimikę w tych nowych rolach, co jest całkiem interesujące. Dobrze, że otrzymaliśmy pewne poszlaki odnośnie przeszłości Sombry oraz romantycznych relacji, jakie nawiązał. Stawia go to w zupełnie innym świetle, zarówno jako bohatera niniejszego opowiadania oraz jako przyszłego "złoczyńcę", ogólnie. Jest to bardzo dobra, chyba najlepsza do tej pory kreacja mrocznego króla z jaką się spotkałem i bardzo wiele dają dopracowane, wyczerpujące opisy jego wewnętrznej walki. Może nawet nieco zbyt wyczerpujące, ale o tym nieco później. Nic poważnego, ale chciałbym się tym podzielić. W każdym razie, cieszy obecność postaci drugoplanowych. Najważniejszą z nich okazuje się zła do szpiku kości Cadenza, która odgrywa rolę antagonistki. Muszę powiedzieć, że wypadła bardzo przekonująco, wyraziście, na pewno jest to kreacja, którą zapamiętam. Autor wiedział jakie słowa włożyć jej w usta oraz jak opisać jej zachowanie, by stworzyć wiarygodną kreację postaci. Wspomniałem wcześniej, że wypada trochę jak taka wredna domina, której udziela się nie tyle chuć (nazywanie Sombry „króliczkiem” i kuszenie go), co chciwość (zapytana wprost czy jeden mąż jej nie wystarcza, odpowiada twierdząco - tak, nie wystarcza), ale również sadyzm (bez skrępowania bije i poniża Shining Armora, które jest jej patologicznie wręcz wierny, co będzie mieć znaczenie na końcu). No, ale ponieważ jesteśmy w dziale ogólnym, wypada być przyzwoitym toteż ostatecznie bardziej przypomina mi wściekłego Sukkuba w ch... cholerę agresywnego Ciekawie wypada również Chrysalis – jedna z Seneszalek, przedstawiona nam jako prawdziwa miłość Sombry. Ciekawie było czytać o Chrysalis w takiej właśnie roli, trochę to nietypowe, aż pożałowałem, że bardzo słabo kojarzę ukazywane w komiksach historie. Pozostałe postacie również nie dają się zapomnieć, acz w moich oczach nie wyróżniły się niczym szczególnym. Dobrze, że wystąpiły, byłem bardzo zadowolony z ich interakcji z królem Sombrą, każdy wniósł do opowiadania coś od siebie i świetnie było poczytać o nich w finale fanfika. Długa droga, ale czy na pewno? Przy okazji „Tajemnic” wspomniałem, że gdzieniegdzie miałem wrażenie jakoby prezentowane mi akapity były tylko i aż rzemieślniczą pracą, pojawiały się dłużyzny, ostatecznie stwierdziłem, że opowiadanie wydało mi się troszkę zbyt długie. W przypadku „Abdykacji” uważam, że opowiadanie jest dużo lepiej sfocusowane (modne dzisiaj słowo), również jest długie, ale nie wymieniłbym żadnego fragmentu na coś innego, jeżeli mówić o ich tematyce – kolejne sceny, dialogi, rewelacje, wszystko to jest dla historii potrzebne i ukazuje nam coś konkretnego. W „Tajemnicach” kolejne... no, tajemnice, również przedstawiały bardzo konkretne epizody z przeszłości Sombry, jednak w kilku przypadkach wolałbym zobaczyć coś innego, czy coś więcej, kosztem tych fragmentów, przy których lektura mi się dłużyła. Kłopot mam z tym w jaki sposób dane fragmenty zostały napisane. Generalnie, czy to przyrównując do „Prośby”, czy „Tajemnic”, próżno szukać jakichkolwiek rewolucyjnych zmian i eksperymentów w materii stylu czy sposobu opowiadania wymyślonych przez autora historii. I dobrze. Myślałem o tym trochę i wydaje mi się, że pisanie fabuły mrocznej, pełnej tajemniczości, gdzie możemy odnaleźć elementy grozy, niepewności, czy nawet makabry, tragedii, lepiej sprawdza się w ramach opowiadań krótszych, takich jak „Prośba” właśnie. Gdy historia okazuje się dłuższa, wzrasta ryzyko, że wystąpią pewne dłużyzny. No i właśnie w „Abdykacji” odnalazłem kilka fragmentów, gdzie, chociaż bardzo chciałem poznać ciąg dalszy, czułem pewne znużenie, a lektura zaczynała się przeciągać. Po prostu niecierpliwie czekałem aż „coś” nastąpi. Po raz pierwszy miałem takie wrażenie chyba gdzieś w połowie, później takie momenty występowały raz po raz, a ilekroć widziałem w tekście kolejne wspomnienia o ciemności, mroku, otchłani itp. rzeczywiście, odczuwałem pewne znużenie. To były momenty, które rzuciły mi wyzwanie podczas pierwszego czytania opowiadania, parę razy miałem ochotę zrobić sobie przerwę, ale ciekawość ciągu dalszego zawsze wygrywała. Przyznam szczerze, że zmierzając do końca, obawiałem się, iż jednak nie zostanę fanem tej historii. Podobnego efektu nie zauważyłem przy „Ciekawych dniach”, czy „Tańczącym z Herbatnikami”, stąd moje przypuszczenie, że chodzi o określony rodzaj budowanego klimatu. Chociaż z drugiej strony, one wcale nie były aż tak długie. Gdzieś tak pomiędzy. A może po prostu co za dużo ciemności, to niezdrowo? Świetna kompozycja, rewelacyjne zakończenie Wielokrotnie odnosiłem się do „Tajemnic” i będę to robić dalej, gdyż jest to doskonały przykład jak wiele rzeczy można zrobić jeszcze lepiej, choć wydaje się, że w tym kierunku uczyniono już wszystko. Pamiętam, że w drugiej połowie „Tajemnic” zauważyłem pewien schemat – wspomnienie, scena z księżniczkami, wspomnienie, scena z księżniczkami, powtarzać do zakończenia. W „Abdykacji” mamy coś podobnego, tyle, że nie mogę tego nazwać schematem, ale właśnie kompozycją. Jak nietrudno się domyślić, był to kolejny strzał w dziesiątkę – po kolejnych scenach, w których ujrzymy Sombrę, czy to samego, czy w towarzystwie postaci drugoplanowych, uzyskujemy krotki fragment pisany kursywą, w czasie teraźniejszym, każdy z nich został zwieńczony przypomnieniem, że król nie ma innej drogi. Jak się okazuje, to, co znajdziemy w owych fragmentach, jest determinowane sceną, po której dany fragment następuje. Rozwiązanie to sprawdza się dużo, dużo lepiej i wzmacnia nastrój. Poszczególne sceny podpowiadają nam, że Sombra wciąż ma w sobie mnóstwo woli i sił, a Seneszalki starają się go wspierać, lecz za każdym razem gdy już czytelnik byłby skłonny uwierzyć, że sprawy zakończą się dobrze, otrzymujemy fragment pisany kursywą – co scenę dostajemy przypomnienie, że przeznaczenia nie da się zmienić, a Sombra nie posiada tak naprawdę żadnego wyboru. Całkiem życiowe. Ponadto, efekt jest taki, że los bohatera nie jest czytelnikowi obojętny, pomimo wiedzy jak się to skończy. Nie odnosi się też wrażenia, że z wielkiego złoczyńcy nagle robi się tragiczną, niezrozumianą postać, której należy współczuć, co mogłoby wypaść sztucznie, naciąganie. To znaczy, faktycznie, król Sombra jawi się tu jako postać tragiczna, ale pamiętajmy, że jest to lustrzana Equestria i nie jest to ten sam Sombra, co znana nam z animacji postać, toteż nic nie jest naciągane, wręcz przeciwnie – dobrze się ze sobą komponuje, wzbudza ciekawość, pozwala wejść w treść i nawiązać więź z bohaterem, którego wewnętrzna walka jest opisywana bardzo obszernie. W ogóle, za każdym razem gdy czytałem opowiadanie, miałem wrażenie jakby cała akcja toczyła się w jakiejś zamkniętej, odizolowanej od świata przestrzeni, gdzie znajduje się Sombra i do której >skądś< udają się inne postacie, ale on sam nie może tego miejsca opuścić. Tak trochę jakby cały świat wokół niego zniknął. Jakby na zewnątrz była cisza. Nie wiem, tak mi się to kojarzyło. Ciekawe. Końcowy pojedynek bardzo mi się podobał – było dynamicznie, ale z zachowaniem nastroju, pojawiły się poznane wcześniej postacie, otrzymaliśmy także zwrot akcji i odnalezienie ostatniego elementu układanki, dzięki czemu Sombra mógł zaryzykować i otworzyć portal. Przyznam, że gdy wykorzystał energię pokonanej Cadenzy do rzucenia zaklęcia i skorzystania z przejścia, miałem pewne skojarzenia z „Fullmetal Alchemist”, gdy próbowano dokonać ludzkiej transmutacji. To znaczy, pod koniec, kogoś zmuszono do tego czynu, przyszło mi to do głowy gdy Cadenza została umieszczona w „jednym z kręgów”, zaś później otrzymaliśmy krótki opis tego jak przebiegła inkantacja. W każdym razie, było to niezwykle satysfakcjonujące i godne zwieńczenie, zupełnie jak w „Prośbie”. Autor mógł zakończyć opowiadanie na informacji, że gdy było po wszystkim, w pomieszczeniu nie było ani wrót, ani króla. Wtedy powiedziałbym, że opowiadanie znowu po prostu się kończy. Ale otrzymaliśmy jeszcze jeden, króciutki, ale za to konkretny fragment, który domknął koło i nie pozostawił wątpliwości. Bez niego zakończenie nie byłoby tak efektywne. Spodobał mi się złowrogi wydźwięk tych ostatnich zdań i myślę, że lepiej zakończyć fanfika chyba już się nie dało. Co najważniejsze, zakończenie z nawiązką zrekompensowało wszelkie dłużyzny, czy znużenia jakie dało się odczuć wcześniej. Znając kompletną historię, aż chce się natychmiast rozpocząć lekturę od nowa, by zmierzyć się z mniej lubianymi fragmentami jeszcze raz. A przynajmniej tak było w moim przypadku. Kompozycja opowiadania, a klimat Tutaj krótko, gdyż zasadniczo nie mam zbyt wiele do dodania. Styl pozostaje bez zmian, wszystko, do czego przyzwyczaił nas autor przy okazji poprzednich fanfików, jest i tutaj: solidnie napisane opisy i dobre dialogi, przemyślana konstrukcja zdań, trochę bardziej zaawansowane słownictwo itd. Przyczepiłbym się może do różnych form przestarzałych, które również pojawiają się w tekście (choć nielicznie), moim zdaniem niepotrzebnie. Bez nich także wyszłoby dosyć poważnie, z patosem, czy z pewną teatralnością. Mimo pewnych obaw, a także zmęczenia wszechobecnym mrokiem i bezsilnością (wobec przeznaczenia), udało mi się dotrzeć do końca opowiadania i mogę z czystym sercem powiedzieć, że owszem, chyba jednak zostałem jego fanem, a już na pewno oceniam tę historię wyżej niż „Tajemnice”. Nie tylko sama treść, pomysł, czy nastrój, po prostu to zakończenie, ono zrobiło na mnie tak dobre wrażenie i jeszcze nadrobiło za jakiekolwiek słabsze strony, o których mógłbym pomyśleć, po prostu nie mógłbym ocenić utworu inaczej - jest to znakomita, bezbłędnie zrealizowana historia, gdzie wszystko okazuje się mieć znaczenie i która z całą pewnością niejednego zainspiruje. Zresztą, pamiętam jak po raz pierwszy wyczyściłem zamek Alamos, czy grobowiec VARN w „Might and Magic VI”. Też byłem zmęczony, może nawet zniechęcony, ale towarzyszyła temu wielka satysfakcja oraz pewność, że od tej pory można iść tylko do przodu. Jeżeli dana historia budzi tak świetne wspomnienia, to chyba mówi samo za siebie jak wypadł dany fanfik. Zatem, w ramach małego podsumowania – charakterystyczny, poważny styl, gdzie znajdziemy również nieco trudniejsze do znalezienia określenia, znakomita kreacja „tego innego” króla Sombry oraz mnóstwo ciężkiej pracy na odsłonięcie przed nami tego, co siedzi wewnątrz tej postaci. Niczym nie zburzony mroczny, ciężki klimat z wieloma posępnymi wstawkami, wszystko zwieńczone arcyciekawym pojedynkiem z Cadenzą oraz ucieczką do Equestrii. Warto dodać, że zakończenie jest otwarte, aczkolwiek wydaje mi się, że „Abdykacja”, sama w sobie, wyczerpuje już temat. Nie jest to lektura łatwa i dla każdego, jednak opowiadanie wiele zyskuje dzięki swemu zakończeniu, a także kolejnym czytaniom, które ma się ochotę zrobić natychmiast po pierwszej lekturze. Stąd nie mam wątpliwości, że „Abdykacja” bije na głowę „Tajemnice”. Gorąco polecam i zachęcam, aby dać temu opowiadaniu nie jedną, nie dwie, a nawet kilka szans, gdyż naprawdę warto poznać je do końca. Jeszcze raz - sam byłem zdumiony jak wielkie wrażenie zrobiło na mnie zakończenie, to właśnie za jego sprawą moja ocena fanfika tak podskoczyła, a zachęta została spożytkowana na powtórną lekturę, dzięki czemu doszedłem do takich a nie innych wniosków. Jak Malvagio to zrobił? Czytajcie i sami odpowiedzcie sobie na to pytanie
  4. Minęło trochę czasu odkąd zakończyłem lekturę „Tajemnic”. Od razu powiem, że po pierwszym przeczytaniu fanfika miałem dosyć wymieszane odczucia, ale skojarzyłem, że przecież jest ono tematycznie powiązane z innymi fanfikami autora - „Konfrontacją”, „Pościgiem” oraz „Delirium”, z którymi przecież miałem już do czynienia. Niewiele myśląc, postanowiłem odświeżyć sobie wspomniane opowiadania. Był to dobry ruch, ponieważ nie tylko co nieco sobie poprzypominałem, ale też przy okazji zebrałem materiał do analizy porównawczej, no i wybrane szczegóły rzuciły nieco światła na to co się dzieje w „Tajemnicach”. Do opowiadania powracałem kilkukrotnie i przez ten czas moja ocena nieco się podniosła. Zaczynając nietypowo, bo od podsumowania - podoba mi się. Z całą pewnością nie był to czas stracony, a opowiadanie, zarówno pod kątem technicznym, jak i merytorycznym stoi na bardzo wysokim poziomie, jednakże moje odczucia, choć teraz już pozytywne, są one umiarkowane, a "Tajemnicom" bynajmniej nie pomaga fakt, że bogata (i wciąż zyskująca na nowych utworach) twórczość autora sam rzuca mu wyzwanie i stanowi poważną konkurencję. Plot summary „Tajemnice” stoją na dobrej pozycji – radzą sobie dobrze jako samodzielne opowiadanie, lecz gorąco zachęcam do uprzedniego zapoznania się z „Delirium”, „Pościgiem” oraz „Konfrontacją”, ponieważ w ten sposób opowiadanie wiele zyskuje, a i sam cykl jest po prostu wart uwagi. W każdym razie, w „Tajemnicach” będziemy towarzyszyć czterem doskonale nam znanym księżniczkom Equestrii, którym tym razem przyjdzie zmierzyć się z być może najgroźniejszym do tej pory przeciwnikiem, zdolnym zgnieść każdego, kto odważy się zabrnąć za daleko. Mowa oczywiście o prawdzie – o tym, co się wydarzyło w historii, o przeszłości i pochodzeniu króla Sombry, a także wydarzeniach, które ukształtowały go takim, jakim znamy go dziś. W tym wszystkim najbardziej intrygujące jest jednak to jak poznana prawda zmieni relacje między księżniczkami i jak świadomość przeszłości wpłynie na to, co nastąpi. Mógłbym pisać tutaj więcej, lecz doszedłem do wniosku, że popsułoby to samodzielne odkrywanie fabuły oraz tytułowych tajemnic. To tylko taka drobna zajawka, zachęcam do lektury tekstu. Powróćcie, gdy już będziecie mieli tekst za sobą, chyba, że nie straszne Wam spoilery, zatem śmiało kontynuujcie. Bez ryzyka nie ma zabawy Podejmując kwestię pochodzenia i przyszłości króla Sombry, autor zdobył się na niemałe ryzyko – Sombra, jakiego znamy z kreskówki (komiksów (jeszcze?) nie czytałem) był tajemniczy i, jakkolwiek to zabrzmi w kontekście bajki o magicznych kucykach, mroczny, dlatego właśnie, że nic nie było o nim wiadomo, poza tym, że był tyranem, zastał pokonany, a teraz wraca, jest zimny i bezwzględny, a przy tym dość potężny. Zanim przyszedł ostatni sezon, wiedzieliśmy o Sombrze jeszcze tyle, że lubi mówić „Crystals...”, podobnie jak Leon Belmont lubi mówić „I see.”, takie tam. Po poznaniu jego motywów, a także innych dotyczących jego postaci aspektów, włącznie z „domyślnym” charakterem, dążeniami, relacjami, siłą rzeczy opadła część otaczającej jego osobę mgły tajemnicy. W jakimś sensie Sombra staje się zupełnie nową postacią – jego imię to Silver Shade z rodu Platinum. Poznajemy też jego krewnych, czyli matkę, Golden Jewel, oraz wuja, Emeralda (aczkolwiek teraz już nie wiem, czy dobrze zapamiętałem). Nadaje to jego postaci nowego wymiaru, lecz czy to dobrze? Czy jest to coś więcej, niż znane już schematy, a może i coś wyjątkowego? Czy warto było zedrzeć pewną maskę i podjąć próbę napisania genezy króla Sombry? I tak, i nie. Owszem, autor do tematyki podszedł pieczołowicie i zadbał o szczegóły, szczególiki, poszczególne wspomnienia czyta się z zaciekawieniem, nie nużą, są przepełnione interesującymi motywami, ze szczególnym wskazaniem na Discorda lekceważącego sobie ród Platinum, bawiącego się małym Silver Shadem jak szmacianą lalką, czy też moment, w którym nasz bohater otrzymuje swój znaczek. Zdecydowana większość rzeczy pasuje do charakterystyki króla Sombry i można je bezproblemowo przyjąć za dobre i wyczerpujące wyjaśnienia. Nie do końca, albowiem... No cóż, część rzeczy była do przewidzenia. Nowe postacie, jak się tego spodziewałem, były w opowiadaniu po to, by zginąć. Na szczęście ich obecność nie okazała się niczym nieuzasadniona, gdyż zostały nam ukazane interakcje Silver Shade'a oraz Golden Jewel, a także obserwujemy kolejne jego treningi, pod czujnym i krytycznym okiem wuja. Niemniej, ich ostateczny los (chociaż co do samego Emeralda to chyba nie wiadomo, ale można się domyślać) był do przewidzenia, toteż nic ani mnie nie zaskoczyło, ani mną nie wstrząsnęło. Poza tym, aczkolwiek to moje wypaczenie po różnych killerowych gniotach, przyznam, że podniosłem brew z powątpiewaniem, gdy w jednym ze wspomnień widzieliśmy jak Sombra zostaje odrzucony przez rówieśników, czy wręcz przez nich „zaatakowany”. Na szczęście autor miał w zanadrzu zupełnie inne powody dla tych losowych kucyków. I nawet gdy bardzo, bardzo subtelnie i przez krótki moment zostało nam podpowiedziane, że jedna z księżniczek (nie wymienię któa, czytajcie opowiadanie) w ogóle mogłaby poczuć jakiekolwiek współczucie, czy zrozumienie, donikąd to nie zmierza, toteż nie ma się wrażenia, że Sombra to jakaś zagubiona, niezrozumiana postać, która jest wbrew swej woli manipulowana, a w gruncie rzeczy jest „dobra”. Czy też, że ma to być złoczyńca, z którym powinniśmy się utożsamiać przez współczucie i że jego czyny są jakkolwiek wytłumaczalne. Ostatecznie, lepsze i nieco mniej absorbujące wspomnienia równoważą się, choć po kilku podejściach powiedziałbym, że pozytywy jednak uzyskują przewagę. Przy czym poprzez „mniej absorbujące”, mam na myśli to, że część scen wydaje się być czysto rzemieślnicza pracą – chociażby kolejne treningi (z wyjątkiem momentu, w którym Sombra otrzymuje znaczek), czy niektóre dialogi, momenty. Po drugiej stronie mamy chociażby występ Discorda, czy trzymającą w napięciu, mroczną scenę, w której Silver Shade postanawia „uratować” matkę, którą uprzednio pozbawił możliwości obrony, korzystając ze swego własnego talentu. Jest to chyba jedna z najlepszych scen. Ironicznie, moc, z której Golden Jewel była tak dumna, przyczyniła się do jej własnej śmierci. Ba, więcej, moc, która miała wyzwolić kucyki w tym sensie, że miała być bronią wybranego przez przeznaczenie Silver Shade'a, a w dłuższej perspektywie przysłużyła się do zniewolenia kucyków, a Silver Shade sam stał się tyranem. Takich symboli, nawiązań, ukrytych smaczków jest w tekście więcej, choć niewykluczone, że trzeba go przeczytać kilka razy. Na przykład, za pierwszym razem scena śmierci Amary wydała mi się strasznie „kapkejksowa”, sama w sobie wypadła mało elegancko, czego z jakichś powodów spodziewałbym się po Sombrze. Ale później zdałem sobie sprawę, że „kapkejsowo” by było, jakby Sombra zaczął sam paradować z tymi skrzydłami, a później jeszcze wystąpił w oprawionej skórze swojej ofiary. Odejmując jej skrzydła, a później także i róg, pozbawił ją atrybutów boskości, równając z ziemią to, w co wierzyli poddani i co stanowiło ich dumę, gdyż była to moc, która pokonała Discorda, zakończyła pewną erę. Zazębia się to wnioskiem, że przecież żadnych bogów nie ma i to Silver Shade został niesłusznie obdarty ze swojej chwały. A analizując to z innej strony – w ten sposób sam pokonał „boginię”, a więc udowodnił, że istotnie stał wyżej i to on powinien rządzić i być uwielbiany. No i co to za bóg, którego da się wykończyć? Zatem wszystko się elegancko zazębia z poprzednimi scenami, rozczarowaniem Silver Shade'a oraz protestem wobec tego jakoby jacykolwiek bogowie istnieli. Szkoda tylko, że brakuje paru pomostów – czegoś między wieściami o pokonaniu Discorda i rozmową rozgoryczonego tym faktem (Serio, tyran został zdetronizowany, to chyba dobrze?) Silver Shade'a z matką, a jej zabójstwem, a także czegoś poprzedzającego krwawe morderstwo Amary. Poważnie – moją pierwszą reakcją na zachowanie Silver Shade'a było: „Straciłeś wszystko? Ziomuś, bez przesady, to tylko gra.” A przecież mieliśmy już od jakiegoś czasu przedstawioną tajemniczą, enigmatyczną postać „Nienawiści” - dlaczego by jej nie użyć? Chociaż, ona chyba zaistniała właśnie przez to, co się wydarzyło w życiu Sombry, nie było jej wcześniej. A może istniała jako coś innego? O tym co nieco trochę później. „Daleko jeszcze?” ~ Osioł Mozolne przechodzenie do akcji (nie stricte punktu kulminacyjnego, ale akcji, tego, co interesuje czytelnika, ogólnie) to coś na co zwróciłem uwagę przy okazji „Konfrontacji”. Tutaj jest... nawet nie podobnie, ale pomnożone razy trzy. Zanim dotrzemy do bramy, czeka nas bodaj trzydzieści stron tekstu, który wprawdzie zaczyna się klimatycznie i interesująco, to jednak po pewnym czasie lektura zaczyna strasznie się przeciągać. Myślę, że to tutaj najbardziej udziela mi się wrażenie rzemieślniczej roboty. Postać Nienawiści, a także spekulacje, czy to jakiś demon, czy coś podobnego, to jest ciekawe. Tylko czy naprawdę musi to tyle trwać? Opisy wędrówki przez ten inny, popielaty wymiar (coś jak Chaotic Realm z „Castlevania Aria of Sorrow”), dialogi między księżniczkami, to też robi wrażenie, ale dosyć prędko zaczęło mi się to wszystko dłużyć i nie mogłem się doczekać aż dotrzemy do tych wrót i zaczniemy odkrywać tytułowe tajemnice. Księżniczki zostały dobrze i solidnie wykreowane, podobnie jak w „Konfrontacji”, towarzyszy im patos, choć zdarzają się momenty, w których dają upust emocjom (np. poszczególne dialogi usiłują nam to sprzedać). Niestety, wszystkie cztery wypadają tak podobnie do siebie, że zaciera się jakikolwiek sens, dlaczego mają tam być wszystkie naraz (w końcu czasem lepiej jest jeżeli pewne informacje są znane jak najmniejszej liczbie kucyków, czyż nie?). Świetnym motywem jest świadomość Twilight, która miesza się ze świadomością Sombry we wspomnieniach, przez co momentami tej wydaje się, że to ona uczestniczy w minionych wydarzeniach i to ją dotyczą różne niuanse. Doskonały pomysł, wykonany bez najmniejszych zarzutów. Innym ciekawym motywem jest to, że Cadance jest reinkarnacją Amary (znowu, jak w „Castlevania Aria of Sorrow”), spodobała mnie się mała burza emocji, która nastąpiła po ujawnieniu tej prawdy. Ale poza tym, wszystkie razem, po prostu pełnią swoje role, rozmawiają, zachowują się jak księżniczki i to... tyle. Szkoda, że wypadły tak „sztywno”, że dopiero na końcu następuje jakiś development, kiedy nie mogłem pozbyć się wrażenia, że podróż po prawdę je podzieliła, ufają sobie mniej, są niepewne, ale mają koncepcję co czynić dalej (poszukać ocalałych członków klanu Platinum/ krewnych). Chociaż z drugiej strony, taka „sztywność” pasuje to do kreowanej atmosfery – mrocznej, tajemniczej, z definicji niedynamicznej, niesprzyjającej prężnemu rozwojowi charakterów postaci oraz tego kim są, ale skupiającej się na budowie napięcia. Konkretnie – do zbliżania się do czegoś niewypowiedzianie złego. Mimo wszystko, aż do dotarcia do zapieczętowanej bramy, miałem wrażenie dłużyzny. Powracając do postaci „Nienawiści”, o ile owszem, nawiązuje ona dialog z bohaterkami i to w ten sposób dowiadujemy się o koneksjach z Sombrą oraz o tym co się stało, to jednak szkoda, że w ramach wspomnianych pomostów nie dostaliśmy wspomnień z kolejnych „kuszeń” powoli zmieniającego się Silver Shade'a przez Nienawiść. Czyli nie przydługie wędrówki i rozmowy, ale stopniowa przemiana bohatera, krok po kroku. Myślę, że autor bardzo umiejętnie wplótłby w to i filozofię Silver Shade'a (odnośnie boskości, przeznaczenia, tego kto rzeczywiście ma prawo zwać się bohaterem itp.), wyraził jego rozgoryczenie, z czasem przeobrażając go w na swój sposób przerażająca postać, którą zaczyna fascynować wizja zniewalania kucyków i siania przemocy – władania poprzez strach. Aż do momentu, w którym wreszcie padłoby: „Oni muszą się nas bać.”, co byłoby, moim zdaniem, świetną paralelą do zakończenia „Konfrontacji” i tego, co przydarzyło się Lunie. Jeszcze okazałoby się, że te postacie, paradoksalnie, mają ze sobą wiele wspólnego. A gdyby tak w pewnym momencie drzemiące w Sombrze zło okazało się tak silne, że nawet Nienawiść poczuła by się nim uwiedziona? To by mogło być ciekawe. Chociaż z drugiej strony, jeszcze zanim bohaterki docierają pod bramę, Nienawiść zdradza nam, że to on dał jej życie, zatem ona dała mu moc. Czyli zanim Sombra nie skręcił na złą ścieżkę, to ona nie istniała, lub była zbyt słaba? Ale chyba od pewnego momentu powinna być w stanie wpływać na Sombrę? Ciekawe. Jak widać, opowiadanie pozostawia nam pewne pole do snucia własnych teorii i spekulowania, co zawsze bardzo cenię. Autor wyjaśnił rzeczy logicznie i dość wyczerpująco, aczkolwiek uważam, że jakieś otwarte furtki pozostawił. No bo co to za tajemnice, kiedy wie się o nich wszystko? Aha – po kilku podejściach zauważyłem, że po dotarciu do wrót, kiedy rozpoczyna się taki „drugi akt” historii, opowiadanie staje się deko schematyczne – mamy wspomnienie, potem komentarz księżniczek, potem znowu wspomnienie, znowu komentarz, i następne wspomnienie, następny komentarz i tak dalej, i tak dalej, aż do zakończenia. Nie przeszkadza to zbytnio, wręcz z czymś mi się skojarzyło. Wyobraziłem sobie, znowu, jakby był to spektakl teatralny, a postacie odgrywały swoje role na scenie obrotowej, która między wspomnieniem, a konwersacją koronowanych głów, wykonuje ruch o 180 stopni, prezentując nam kolejne scenerie. Pytanie, czy Sombra faktycznie od pewnego momentu stał się marionetką w sztuce Nienawiści? A może to księżniczki stanęły na deskach sceny jej teatru? W każdym razie, tak jak jest teraz, opowiadanie wydaje mi się troszkę zbyt długie. Nieco nużący wstęp poświęciłbym na rzecz dodatkowych wspomnień/ migawek z postępującej przemiany Silver Shade'a. Albo w ogóle z kilku rzeczy zrezygnował, a może uczynił z nich oddzielne opowiadanie i tam rozbudował, aby było ciekawiej? Istnieje kilka możliwości. Język, konstrukcja, atmosfera Jak nietrudno odgadnąć, „Tajemnice” są opowiadaniem stojącym na bardzo wysokim poziomie pod względem technicznym, merytorycznym, dostarcza nam też więcej tego, do czego przyzwyczaił nas autor przy okazji poprzednich tytułów – mroku, tajemniczości, powagi, króla Sombry. Należy pochwalić to, że to opowiadanie także poszerza historię Equestrii, ukazując genezę kluczowych przemian i wydarzeń, które znalazły swoją kontynuację w ramach kreskówki. Wszystko satysfakcjonująco się ze sobą zazębia. Pojawiły się nawet wzmianki o różnych językach – jednorożców, pegazich itp. co daje nam dodatkowe pojęcie jak złożony jest to świat. Małe rzeczy, a cieszą. Imponuje dbałość o szczegóły, choć, jak pisałem, gdzieniegdzie miałem wrażenie dłużyzny i niekoniecznie widziałbym niektóre rzeczy w ramach akurat tego tytułu. Tępo akcji jest jednostajne, zaś klimat kreowany konsekwentnie, bez wstawek humorystycznych, czy jakichś wyciskaczy łez, wszystko wydaje się chłodne, szaro-bure. Patos jest, acz trudno mi ocenić, czy procentowo jest go tyle samo, co w „Konfrontacji”. Co do zakończenia... cóż, nie powiem, że, niczym w „Tańczącym z Herbatnikami” opowiadanie po prostu się kończy (urywa nagle?), aczkolwiek dzisiaj tak się zastanawiam, w sumie co osiągnęły księżniczki poznając tytułowe tajemnice, poza wiedzą o przeszłości? Najwięcej zyskuje chyba Cadance, odkrywszy swoją poprzednią postać, ale reszta bohaterek? Tak czy inaczej, była to godna konkluzja, choć czegoś mi w niej brakuje. Dobór słów również nie zgrzyta. No, może troszkę dużo było „gryzienia wargi”, czy robienia czegoś „na powrót” (chyba, że znowu pomyliłem fanfiki -.-), ale to maleńkie drobnostki, nie ma co poświęcać im więcej czasu. Podsumowanie Jest to bardzo dobre, solidnie wykonane i dopieszczone opowiadanie, które ma swoje strony fenomenalne, mocne, ale także nieco słabsze, średniawe, co wynika z moich subiektywnych wrażeń oraz rzeczy, co do których podejrzewam, że wypadłyby lepiej, gdyby zrealizować je inaczej. Historia, w mojej opinii, pozostaje otwarta i naprawdę możemy podążyć w wielu różnych kierunkach. Czy księżniczki odnajdą zaginionych członków klanu Platinum? Czy historia ma szanse się powtórzyć? Gdzie pośród tego wszystkiego znajdzie się Cadance i czy ostatecznie księżniczki staną się sobie obce? Zdaje się, że istnieje tylko jeden sposób, by się przekonać – wspierać autora i liczyć na kolejne opowiadania z tego cyklu. Gorąco zachęcam do lektury oraz dzielenia się wrażeniami. Warto do tejże historii podejść nawet kilka razy, radość z odkrywania kolejnych szczegółów, poszlak i snucia własnych teorii jest przeogromna. Ale, co może się wydać kontrowersyjne, mam wątpliwości, czy postawić ten tytuł wyżej od „Konfrontacji”. A w zestawieniu z całą dotychczasową twórczością autora? Przekonamy się. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, ale czy jest ona nie do przeskoczenia? Pozdrawiam i serdecznie gratuluję udanego fanfika
  5. Hoffman

    Bodaj pierwsze opowiadanie tego roku od Malvagio, tagi oraz obsada nie sugerują żadnych rewolucji czy eksperymentów, co raczej nie powinno nikogo martwić – otrzymujemy więcej tego, co lubimy. Albo i nie. Zależy. Trudno mi jednak wyobrazić sobie kogoś, kto byłby gotów robić avanti, iż rok 2019 otworzyła Luna, a nie król Sombra. Tytuł, jak zazwyczaj, krótki, łatwy do zapamiętania, treściwy, natomiast opis intryguje, zachęca do czytania. Sprawdźmy zatem co takiego jest nie tak w Canterlocie, czego dotyczy tytułowa prośba i jak księżniczka Luna poradzi sobie z tymże wyzwaniem. Ostrzegam przed spoilerami! Jeżeli nie czytałeś/ czytałaś jeszcze fanfika – gorąco zachęcam aby zrobić to teraz, bo ten potrafi zaskoczyć. Fabuła tym razem okazuje się dosyć prosta, zaś akcja ma miejsce, jak dobrze rozumiem, niedługo po powrocie księżniczki Luny po tysiącletnim wygnaniu, zapewne jeszcze tego samego dnia co druga część doskonale nam znanego „Friendship is Magic”. Luna oswaja się ze znajomym otoczeniem, w sytuacji, w której powraca w swej prawdziwej postaci do Equestrii, kiedy to nagle okazuje się, że jej starsza siostra pilnie potrzebuje jej pomocy. Dręczona od wielu setek lat Celestia ściąga maskę, ukazując nie tylko nam, ale przede wszystkim Lunie swój prawdziwy stan zdrowia. Powód? Demon, który powodował bezsenność, a którego Celestia nie potrafiła powstrzymać, więc przyjęła na siebie jego terror, chroniąc poddanych przed jego wpływem. Dowód na jej bezgraniczne oddanie wobec ufających jej kucyków. Tylko Luna, powracając do swej sennej domeny, jest w stanie go powstrzymać. W ciągu dziewiętnastu stron zdążymy zajrzeć w głąb umysłu jeszcze niepewnej siebie Luny, a także odkryć makabryczny stan Celestii, w jakim znalazła się za sprawą wielowiekowej bezsenności, a ponieważ forma alikorna nie pozwala jej umrzeć, jest skazana na niekończące się cierpienie, chyba, że Luna stanie na wysokości zadania. I tutaj pierwsze zaskoczenie – Celestia, jaką znaliśmy, według niniejszego fanfika była jedynie iluzją, czy jak to zostało ujęte w tekście, maską. Należy zwrócić uwagę na dosyć szczegółowy opis wyglądu umęczonej Celestii, w mojej opinii jest to pierwszy moment, gdy historia skręca w stronę mroku, tajemniczości, co zresztą obiecał nam jedyny dla tegoż opowiadania tag. Jeśli dobrze zrozumiałem, skoro demon przyszedł kilkaset lat po wygnaniu Luny, wówczas Celestia nie spała przez resztę czasu? I kryła się za iluzją? Wydaje mi się to troszkę naciągane, ale myślę, że przymknę na to oko. Mamy w tekście informację, że przez bezsenność kucyki umierały, stąd postrzegam moc demona jako dużo większe zagrożenie, również dla Celestii - takie, którego zdzierżenie przez tak długi czas wydaje się zbyt nieprawdopodobne. Nawet jak na alikorna. Z drugiej strony, mówiąc o grozie, to, co wydaje się być niewyobrażalne bywa niekiedy najbardziej przerażające, jeśli okazuje się prawdziwe, co nie? Przy okazji wspomnę, że o ile design demona (bazuję na opisach tekstowych) sprawdza się i rzeczywiście robi wrażenie, wydaje się przerażającym oponentem dla Luny do pokonania, o tyle jego dosyć banalne imię psuje nieco moje odczucia. Rozumiecie, demon powoduje bezsenność i nazywa się Insomnia. Szkoda, że nie otrzymaliśmy nieco mniej generycznej, może nawet złowieszczo brzmiącej nazwy własnej. No nic, idziemy dalej, by podelektować się interesującą wizją wymiaru snów, ubraną w wyczerpujące, doskonale skomponowane opisy, które perfekcyjnie tworzą odpowiedni, mroczny i tajemniczy nastrój, rozbudzając ciekawość czytelnika, a także utrzymując pewne napięcie, poczucie zagrożenia. Jednocześnie chcemy, by Lunie się udało (a raczej, wiemy doskonale,że tak będzie bo znamy ciąg dalszy kreskówki), toteż śledzimy jej losy z większym zaangażowaniem. Tempo akcji zostało dobrane bardzo dobrze. Powoli i spokojnie, lecz tylko po to, by uraczyć czytelnika dopracowanymi opisami, zadowala chirurgiczna wręcz precyzja. O ile scenka z Bezgłowym Koniem wydaje mi się trochę zbędna i jedynie współgra z budowaną atmosferą (nie wzmacnia jej, nie osłabia, ani nie dodaje niczego nowego), o tyle pojawienie się Białej Pani sprawiło, iż klimat opowiadania zyskał, nie tylko na tajemniczości, czy pewnym mistycyzmie, ale również w taki sposób, że podkreślona została spójność z pozostałymi tekstami autora. Wszystko się zazębia i ze sobą wiąże, tworząc coś znacznie większego, co jest niebywale satysfakcjonujące. Doskonała decyzja. Jak nietrudno się domyślić, brnąc dalej w lekturę, nieuchronnie zbliżamy się do konfrontacji Luny z demonem znanym jako Insomnia (nie jestem pewien, czy odmieniać). Muszę pochwalić kreatywne podejście do pojedynku – sposób, w jaki został on napisany odróżnia go na tle innych opowiadań oraz daje nam coś co zapada w pamięć. Chociaż... w moim odczuciu stoi w pewnej opozycji z budowaną do tej pory atmosferą. Chodzi mi o wypowiadane przez Lunę oraz demona frazy – nie jest to wprawdzie znane z anime wykrzykiwanie nazw ataków, ale dodało całości... cóż, z jednej strony wydaje mi się to iście teatralne (szczególnie sposób w jaki przedstawia się nasz złoczyńca), a z drugiej dodaje takiego popowego (?) wrażenia. Plus, co niektóre zdania brzmią jak żywcem wyciągnięte z piosenki nu-metalowej, takie edgy, np.: "OSTRZE SKRYTE W CIEMNOŚCI, HARTOWANE W ZAWIŚCI" "SPRAWIEDLIWOŚĆ GINIE SPOPIELONA W OGNIU ZEMSTY" "OCEAN WYLANYCH ŁEZ SPROWADZA POTOP, KRAINA UMIERA, ZMIAŻDŻONA JEGO GNIEWEM!" No i przywodzi trochę na myśl nazwy co niektórych utworków z Castlevanii, np.: „Holy cross obsessed by the Moon”. Nie jest to jakiś wielki grzech, czy coś, co rujnuje klimat i wrażenie – po prostu wydaje mi się lekko niepasujące i niezbyt mi się to komponuje z resztą. Wyobrażam sobie to jednak jako spektakl, gdzie dwoje aktorów stoi na scenie, naprzeciwko siebie, odgrywając swe role. Gestykulują, grzmią na całą salę swoje kwestie, a światła i scenografia zmienia się, dając widowni pojęcie jak przebiega walka. A może nawet niekoniecznie oni walczą, lecz czynią to statyści, przemykający za prześwitującą kurtyną, a my widzimy ich cienie. Taki oto obraz pojawił mi się w głowie, co pozwoliło strawić te fragmenty. Nie zrozumcie mnie źle, są dobre, ale sprawiają wrażenie wyciętych z innej historii. Później zdarzy się znany doskonale motyw/ odzywka, czyli coś w stylu: „Aha, mam cię tam gdzie chciałem!”, albo: „Możesz się schować, ale nie uciekniesz!”. Doskonale znane rzeczy, może nawet nieco wyświechtane, ale nie wywróciłem oczami, gdy zobaczyłem te zdania, ani nie zepsuło mi to wrażenia, nic z tych rzeczy. Spotkałem się z tym w grach, filmach, opowiadaniach wiele, wiele razy, toteż motyw już dawno stracił dla mnie swoją iskrę, ale z drugiej strony, między innymi za to lubię te historie. Niech sobie będzie A potem? Lepiej. Dużo lepiej. Zmierzamy do konkluzji i wychodzi na jaw czym tak naprawdę jest Insomnia, skąd się wziął ów demon oraz jak Luna może go pokonać, co zresztą się jej udaje. Koncept, sam w sobie, jest logiczny, a przy tym prosty i to przesądza o jego błyskotliwości. Jestem pod wrażeniem jak doskonale się to wszystko złożyło w spójną całość i jak poradziła sobie Luna. Konkluzja jest bardzo satysfakcjonująca, nawiązanie do pojedynku Luny (jako Nightmare Moon) z Celestią, który był dla Pani Nocy przegrany, uważam za bardzo dobry ruch. Nie tylko jest to ściśle związane z historią głównej bohaterki, ale pomaga w utrzymaniu odpowiedniego nastroju. Skonstruowanie niedługiej, acz satysfakcjonującej i niezwykle klimatycznej historii nie byłoby możliwe bez adekwatnej formy. Na pierwszy rzut oka jest to fanfik jak (prawie) każdy inny – mamy opisy, dialogi, nie brakuje zdań złożonych o określonym szyku, czytelnik bez problemu wyobraża sobie scenerie, rozumie co się dzieje, w głowie rozbrzmiewają głosy znajomych postaci. Wczytując się uważniej, odnajdujemy nie tylko bardziej wyszukany styl (poważny, niekiedy całkiem podniosły, mniej potoczny), a także nieco rzadziej spotykane synonimy. Określenia te nie zostały użyte błędnie, więc już od pierwszych akapitów czuć charakterystyczny, mroczny klimat opowiadania. Do jednego bym się przyczepił – w trakcie rozmowy Celestii i Luną ta pierwsza w pewnym momencie nazywa Insomnię „sukinsynem”, co niezbyt mi pasuje do eleganckiego, wyszukanego stylu opowiadania. Nie jest to wprawdzie określenie nazbyt wulgarne, po prostu brzydkie, jakiego wprawdzie należało się spodziewać z uwagi na to co nawyczyniał demon, aczkolwiek osobiście spróbowałbym znaleźć inne określenie. Ważna rzecz – zastosowanie tego słownictwa oraz styl absolutnie nie czynią opowiadania trudniejszym w zrozumieniu, a przez to topornym w odbiorze. Niniejsze opowiadanie można tylko polecić. Jest to dziewiętnaście stron solidnej, klimatycznej historii, połączonej z pozostałymi fanfikami autora poprzez niektóre kluczowe elementy, opowiadanie uzupełnia znaną z kreskówki fabułę, ma ciekawie napisany pojedynek końcowy oraz bardzo satysfakcjonujące zwieńczenie. Cieszą kreacje postaci oraz pomysł na wymiar snów, a forma mogła być lepsza zaledwie odrobinkę, a i w tym stanie jest imponująca. Pozdrawiam!
  6. Z niekrytą satysfakcją i nie po raz pierwszy stwierdzam, że Applejuice zaserwowała nam kolejny interesujący fanfik, w którym z całą pewnością więcej można pochwalić, aniżeli zganić. Jasne, w trakcie lektury widać tu i ówdzie drogę na skróty (na czele z zakończeniem, o czym zresztą wspomina autorka w pierwszym poście), ale takie były zasady konkursu, nic się na to nie poradzi. To znaczy, poradzi, zawsze można to i owo rozbudować Uwaga na spoilery! Otrzymaliście ostrzeżenie! Przechodząc do rzeczy, muszę pochwalić to jak znakomicie zostały przemyślane role dla znanych nam bohaterek (grają pierwsze skrzypce, co nie oznacza, że w tekście nie przewiną się oryginalne postacie) – Scootaloo, Rainbow Dash, a także Fluttershy, choć ta ostatnia została jedynie wspomniana. Chociaż mam średnie pojęcie o crossoverowanym uniwersum (nie uważacie, że Hoff jest strasznie zacofany?), prędko odnalazłem się w treści i rzeczywiście, to niemalże jakby obsadzić znane postacie w nowych rolach, dać im scenariusz, a te odgrywają scenki jak z Mirror's Edge (tzn. zgaduję). Zwłaszcza pierwsza połowa opowiadania, która wypada całkiem rozrywkowo jakby była to właśnie zabawa w zamianę ról. Zwrotem akcji jest próba aresztowania Scootaloo, kiedy to odkrywamy, że po drugiej stronie barykady stoi nie kto inny niż Rainbow Dash. Jasne, taki zbieg okoliczności może wydawać się naciągany, ale hej, ile to mamy historii, które za to kochamy? Zwłaszcza, że w tym konkretnym wypadku nie czuć, że jakakolwiek granica została przekroczona – po prostu jest to ten jeden, pechowy (?) dzień, w którym bohaterki znów się spotkały. Idealne na zmianę atmosfery. No właśnie. Dalsze kawałki tekstu zostały utrzymane w dosyć posępnym, może lekko nostalgicznym klimacie. Na pewno jest o wiele, wiele poważniej niż było do tej pory. Wtedy to też dowiadujemy się jakie znaczenie ma tytuł niniejszej historii i, po raz kolejny, jak zgrabnie zostało to połączone z tematyką kucykową. Okazuje się, że Scootaloo oraz Rainbow Dash stanowią dwie strony tego samego medalu. Ta pierwsza, w obliczu kształtowania się totalitarnej władzy, zdecydowała się na podjęcie z nią walki, wyżej ceniąc sobie wolność oraz lojalność wobec przyjaciół, podczas gdy Rainbow Dash zdecydowała się na lojalność wobec prawa, niezależnie od tego jak twarde by ono nie było i chociaż mamy pewne poszlaki by sądzić, że nie miała innego wyjścia, to jednak nie zamierza złamać raz danej obietnicy. Mamy zatem do czynienia z dwoma obliczami lojalności, wobec różnych idei, ale z własnym osądem rzeczywistości, dzięki temu nie odnosi się wrażenia, że decyzja o poprowadzeniu historii w taki oto sposób była zupełnie bezrefleksyjna – postacie mają swoje powody by działać tam, gdzie działają. No i obie mają skrzydła, które przecież kojarzą się jako symbol wolności. Dlatego też ich spotkanie oraz konwersacja wypadają tak ciekawie i klimatycznie, czuć nawet swego rodzaju napięcie (wiemy, że Rainbow ma przy sobie spluwę). Gorzka scena, w której to smutniejsze oblicze opowiadania jest szczególnie wyraźne. Można też zadać sobie pytanie kto tak naprawdę reprezentuje lojalność? A może pojęcie to nie ma już żadnego znaczenia w obliczu nie dającego się pokonać systemu? Tekst, co mnie nie dziwi ani trochę, został ubrany w przystępną i miłą dla oka/ ucha formę, nie zabraknie odpowiedniej atmosfery, a czytelnik nie ma problemu z wyobrażeniem sobie (chodzi mi o przestrzenie oraz otoczenie) pokonywanych przez Scootaloo scenerii, tempo akcji zostało dobrane tak w sam raz. Początkowo mamy pewien dynamizm, a nawet nieco napięcia, później robi się spokojniej, co sprzyja zmianie nastroju. Rzeczywiście, o ile to co już jest nie sprawia wrażenia pociętego, o tyle pozostaje pewien niedosyt. Szczególnie po drugim akcie opowiadania, po spotkaniu Scootaloo z Rainbow Dash. Brakuje jakichś dodatkowych scen, może czegoś takiego, że gdy ta druga odchodzi, przed oczami pierwszej stają wspomnienia sprzed tych ośmiu laty, gdy wspólnie spędzały czas, może jakaś dawna siostrzana przysięga, a może jakieś konkretne wydarzenie, które zaważyło o tym jak Scootaloo wyobrażała sobie przyjaciółkę przez te wszystkie lata, zanim znów się spotkały. W sensie, że gdyby nie zobaczyła tego na własne oczy, nigdy by nie uwierzyła, że Rainbow Dash stanęła po stronie systemu. A może rzut okiem na sytuację z perspektywy Rainbow Dash? Zakończenie mogłoby pozostać takie samo. Chodzi mi wyłącznie o jakieś dodatkowe sceny rozbudowujące relacje między bohaterkami. A skoro o tym mowa, w tekście przewija się kilka nowych postaci, z reguły jedynie wypełniają swoje zadanie, aczkolwiek Neptune, choć w zasadzie tylko „słychać” jego głos, wybija się nieco ponad przeciętność, zapadając w pamięć, ma pewne charakterystyczne cechy. Mała rzecz, a cieszy. Opowiadanie nie jest długie, ale bardzo dobrze się je czyta. Ma swój klimat, zarówno lżejsze jak i cięższe momenty, autorka dobrze żongluje motywami akcji, z lekką domieszką humoru, jak również motywami smutniejszymi, spokojniejszymi, mogącymi nakłonić do zadania sobie kilku pytań. Znów, pod walkę z systemem można sobie coś podstawić, bądź odnieść ten motyw do konkretnych sytuacji i przemyśleć, czy istnieje lojalność, co oznacza i czy jest ona opłacalna? Ostatecznie pewnym można być tego, że prędzej czy później kimś się rozczarujemy. Czyli owszem, można się doszukać drugiego dna, a samo zagadnienie jest ponadczasowe. Wspaniale. W związku z powyższym, nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować pomysłu na crossover, no i polecić niniejszą historyjkę. PS: „Zabiję cię, jeśli przez ciebie zginę!” Scootaloo AKA Kurczaczek Urocze Aż mi się „Sum tak zwany olimpijczyk” przypomniał. „Tadziu, o rany julek, ty mnie lepiej złap, bo jak się zabiję, to stara mnie zabije!” Rysiek
  7. Czyli o tym jak autor sam sobie zrobił konkurencję. Nie powiem – zakończenie fanfika „Projekt: Lazarus”, ukazujące się prędzej niż oficjalny szósty rozdział „NES Godzilla: Replay” (fanowski finał jest na poziomie finału MLP:FiM)? Interesting. Ale co sprawiło, że jednak straciłem część mojego zainteresowania i odłożyłem starszy fanfik na później? Nastąpiła premiera nowego fanfika, który, z tego co pamiętam, był jakiś czas temu zapowiadany w Klubie Konesera Polskiego Fanfika. Dowiadując się o historii, która miałaby zostać poświęcona córce samego Sombry, nie mogłem sobie odmówić, gdyż taki koncept, właściwie napisany, daje szerokie możliwości na wcale niebanalne opowiadanie, chociaż on sam nie jest już pierwszej młodości. Byłem ciekaw w jakich czasach będzie rozgrywać się akcja oraz jak będzie to wyjaśnione. Już na wstępie mogę powiedzieć, że autor wybrnął z tego bardzo sprytnie – nie tylko rozwiązanie okazało się sensowne, ale także zapewniło dużą elastyczność fabuły, co pozwala mu czerpać właściwie ze wszystkiego co oferuje nam kreskówka i jeszcze trochę. Nic zatem dziwnego, że nabrałem apetytu na kolejne kawałki tekstu (na razie mamy ich pięć, licząc z prologiem), oczekując niebanalnej podróży po tej nowej, współczesnej Equestrii oraz nietuzinkowych pomysłów przeplecionych z inteligentnym humorem, z czego autor jest nam przecież doskonale znany. Czy najnowszy materiał sprostał oczekiwaniom? Przeskok w czasie, przeskok w jakości Akcja przeniesie nas w przyszłość, o ile dobrze pamiętam, ponad trzydzieści lat od pamiętnego powrotu króla Sombry (sezon 3, można sobie odświeżyć). Equestria rośnie w siłę, a wraz z nią Kryształowe Imperium. Nie chodzi tutaj jednak o siłę militarną, gdyż rozległa kraina nadal rządzona jest lekkim kopytem. Miasta ulegają rozbudowie, kucyki nawiązują coraz to nowe kontakty, a technologia rozwija się nie gorzej niż magia, zaś najgorsze zło musiało dawno przeminąć zważywszy na fakt, że doskonale znane nam bohaterki zostały alikornami. Przyjaźń kwitnie w najlepsze i to stanowi siłę zamieszkujących kontynent ras, jednak w niespodziewanym momencie idylla kucyków i nie-kucyków zostaje zakłócona. Do Imperium zaczynają przybywać różne istoty, jedne śmiertelnie niebezpieczne, drugie wręcz przeciwnie, jeszcze inne prędko popadają w szaleństwo, nie mogąc poradzić sobie z upływem czasu i nową rzeczywistością. Wszyscy mają wspólną cechę – wydają się pamiętać czasy panowania króla Sombry, a powracając do nie aż tak znajomego miasta, szukają swego króla, by otrzymać nowe rozkazy czy też karę. Śledztwo ujawnia coś niezwykłego – oto po przeszło tysiącu lat, do włości należących kiedyś do Sombry, powracają jego poddani i niewolnicy, ukryci przed światem na setki lat dzięki czarnej magii. Gdy wydaje się, że los nie zaskoczy bohaterów niczym nowym, okazuje się, że pewnego dnia do Imperium przybędzie Obsidian*, córka mrocznego króla, podejrzewana o odziedziczenie zarówno smykałki do czarnej magii jak i zapędów totalitarnych. Księżniczki Equestrii odpowiednio szybko przygotowują się na przyjęcie swojego następnego gościa i uzgadniają co ma nastąpić. To Twilight Sparkle, doświadczona księżniczka przyjaźni, będzie odpowiadać za reformację nastoletniej Obsidian. Jak nietrudno się domyślić, zadanie to okazuje się niebywale trudne, zaś pierwszą przeszkodą okażą się różnice – jaki świat zastała Obsidian, gdy otaczali ją dobrani przez jej ojca nauczyciele na czele z nim samym, a jak wygląda rzeczywistość ponad tysiąc lat później, dokąd zaprasza ją Twilight. Śledząc poczynania bohaterek, obserwujemy zderzenie dwóch różnych epok, kultur, czy wręcz światów, a już na pewno światopoglądów. Twilight, przynajmniej na papierze, przeżyła więcej, toteż jest bardziej doświadczona, lecz Obsidian została mocniej ukształtowana (by nie powiedzieć wytresowana) przez Sombrę, trwale (?) nasiąknęła bardzo konkretną koncepcją sprawowania władzy, różnej od tego co uprawia się w obecnej Equestrii. Inny świat to także inna technologia, nieznane wiele pokoleń temu rozwiązania, a także cała polityka zagraniczna czy wewnętrzna, nie wspominając już o kulturze, która w niczym nie przypomina twardej dyscypliny i zamordyzmu, który miała okazję poznać Obsidian. Od samego początku widzimy, że tytułowej bohaterce trudno jest się odnaleźć – zadaje mnóstwo pytań, wiele rzeczy wydaje jej się niedorzecznych – jednakże dzięki odbytej nauce wie, że winna chłodno kalkulować, obserwować i dowiadywać się jak najwięcej, oczekując dnia, w którym w chwale powróci jej ojciec, by odebrać niegodnym władczyniom to, co mu się należy. Czytając fanfika prędko zdajemy sobie sprawę, że choć koncept na historię był w miarę prosty, to jednak autor postanowił podjąć się jego rozbudowy już od pierwszych rozdziałów, wprowadzając coraz to nowe elementy, głównie pogłębiające charaktery głównych postaci, a także poszerzające świat – chociażby wspominki o różnych instytucjach czy funduszach oraz stosunkach między poszczególnymi państwami. Wszystko to pomaga stworzyć wrażenie systemu naczyń połączonych co dodaje, choć waham się użyć tego określenia, realizmu. Wszakże to wciąż fikcyjny świat magicznych kucyków. Jednocześnie dowiadujemy się do wydarzyło się w historii i skąd np. podmieńczy słudzy w zamku Twilight. Fabuła wciąga, odpowiednio szybko pokrywa się szczegółami, a czytelnik raczony jest mniej lub bardziej istotnymi wątkami pobocznymi (chociażby badanie mrocznej energii i poszukiwanie ukrytych przejść w kryształowym pałacu... na co chyba mieli wystarczająco dużo czasu, ale ok, niech będzie), przy jednoczesnym i nieprzerywanym rozbudowywaniu relacji między głównymi bohaterkami. Wiele się nie zmienia, Obsidian jest bardzo konsekwentna, ale przyjemnie się czyta o interakcjach między nią, a Twilight. W ogóle, motyw Twilight jako nauczycielki sprawdza się tu znakomicie, nawet jeżeli autor nie wykracza zbytnio poza to, czego można by się po Twilight w tejże roli spodziewać. Ogółem, widać tu spory przeskok w jakości, jeśli chodzi o pomysły na wątki oraz ich wykonanie, opowiadanie historii – nie żeby poprzednie opowiadania mi się nie podobały, wręcz przeciwnie, jednak mając to porównanie, widać zwiększony nacisk na spójność czy to świata przedstawionego, czy ciągi przyczynowo-skutkowe, kreację postaci oraz logikę ich postępowania. Przekłada się to na fabułę, która z miejsca wciąga i zadowala złożonością, a także elastycznością, gdyż cały czas ma się wrażenie, że jeżeli tylko autor tak zarządzi, historia podąży w dowolnym kierunku, a on sam z całą pewnością będzie wiedzieć jak to nam wytłumaczyć. Co wcale nie gwarantuje, że każdy owe tłumaczenie kupi, jednak ma się spokój o ogólną jakość tekstu. Czwarty czapter Jak pierwsze dwa rozdziały były krótkie, szybkie i przyjemne, tak kolejne okazały się długie, mozolne i przyjemne. Nie powiem, zdziwił mnie ten nagły skok gabarytów, ale szybko zdałem sobie sprawę, że takiej oto zmiany formy wymagała treść. Najnowszemu rozdziałowi chciałem poświęcić oddzielny akapit, gdyż odnalazłem w nim ciekawą właściwość. Mianowicie, co kilka stron miałem ochotę przerwać lekturę, nie dlatego, że przy niej zasypiałem, lecz dlatego, że dostawałem zachęty, by samemu coś napisać. Powiedziałbym, że rozdział okazał się inspirujący, ale nie, to nie to. Inspiruje mnie sposób tworzenia świata przedstawionego oraz opisywania go, ale treść, ogólnie, zadziałała jak bodziec. Uświadczymy dużo opisów, a akcja zwalnia jeszcze bardziej, co początkowo było pewną barierą i gdyby nie to, że rozdział swoim wykonaniem zachęcał czytelnika aby sam zaczął pisać, pewnie pierwsze czytanie szłoby dużo trudniej, ale analizując dotychczasową treść uznałem, że taki zabieg symbolizuje upływający na nauce czas, a także zaniechanie pośpiechu w odkrywaniu tego nowego świata przez Obsidian. Interesujący zabieg, na pewno nadaje on fanfikowi pewnych walorów artystycznych, choć takie rozwiązanie niekoniecznie zadowoli każdego. „(...) skansen, stopniowo wyludniający się...” „Pustoszeć”, na przykład: „(...) który stopniowo pustoszał...” wydaje się bardziej neutralne. A przynajmniej nie wskazuje na istoty ludzkie. Namawiałbym, aby to przemyśleć. Tak czy inaczej, zatrzymajmy się troszkę przy świecie. Jak już wspominałem, jest to system naczyń połączonych, znacznie rozbudowany w stosunku do tego co widzieliśmy w kreskówce oraz dokładniej opisany. Cieszą wzmianki o np. różnych instytucjach oraz wyjaśnienia pokrótce co jak działa i z czego się bierze. Autor wprowadza nas w to na dwa sposoby: standardowo, poprzez narratora, drogą wplecionych między poszczególne sceny opisów albo w ramach edukacji Obsidian, choćby przy okazji różnych wypowiedzi Twilight. Całość przedstawia się barwnie i nie brakuje w niej elementów nietuzinkowych, aczkolwiek mnie osobiście nie wszystkie pomysły autora podeszły do gustu. Na początek wspomnę o calutkim składzie Mane6 w postaci alikornów – zupełnie zbędny bajer, przynajmniej na aktualny stan historii, nie wynika z tego absolutnie nic. Rodzi się więc pytanie – po co? I żeby Blueblood z Applejack? OK, widziałbym niejedno kreatywne uzasadnienie za tym stojące, aczkolwiek nieszczególnie wpływa to na mój odbiór tego motywu. Nie żeby jakoś specjalnie przeszkadzało to w lekturze, jednak osobiście tego nie trawię, po prostu. Druga sprawa, podobnie jak Johnny, nie jestem fanem koncepcji jakoby rozwój technologiczny Equestrii dążył w stronę naszego świata... w przeciągu może i poniżej trzydziestu lat. Uwzględniam upływ czasu między kolejnymi sezonami kreskówki, między innymi odstępy czasowe między premierami kolejnych książek o Daring Do, jeszcze Cadance musiała zajść w ciążę, ponosić tę ciąże i takie tam, czyli co najmniej z półtora roku trzeba by odjąć i wychodzi, że... No, szybko im ten rozwój poszedł. A nie wydaje mi się, by uprzednio byli na naszym poziomie. Rozumiałbym ten skok technologiczny gdyby upłynęło o wiele więcej czasu, natomiast w takim momencie, średnio mi to pasuje. Wiem, że gdyby spojrzeć na rozwój chociażby technologii urządzeń mobilnych, wówczas te ok. 20 lat wystarczy aż z nawiązką, ale jak pisałem – wątpię, czy kucyki już były na naszym poziomie. Rzekłbym, że prędzej miały swoją własną technologię. Dobrze, że różne rzeczy, choć działaniem przypominają nasz sprzęt, są stylizowane na oryginalne urządzenia, czy też nie posiadają bliżej określonej postaci, co pozostawia wyobraźni pewne pole do popisu. Działają trochę podobnie, ale nie tak samo. Z uwagi na to, pomysł ma ode mnie zielone światło. Hm, albo gdyby był to w ogóle inny świat, ze swoją historią, luźno czerpiący z animacji i który po prostu od początku miałby warunki ku tak prężnemu rozwojowi? Wiem, że to brzmi jakby świat w „Kruchości Obsydianu” był niemalże czystym Sci-Fi, ale wciąż, bardziej przemawiałby do mnie świat utrzymany w klimacie „sztampowego” fantasy. Ale podkreślę jeszcze raz – tak jak jest teraz, mimo wszystko, jest na to zielone światełko. Trzecia sprawa, czyli krówki. Nie byłem jakimś szczególnym fanem tych postaci w kreskówce i nie widzę ich w obsadzonych rolach w fanfiku, zupełnie mi to nie pasuje. Jest to wyjaśnione, ale mnie osobiście to nie podchodzi. Nie irytuje, po prostu jest, sterczy trochę spod całości, obeszłoby się bez tego. Albo z innymi istotami obsadzonymi w tychże rolach. Generalnie, zalety i pasujące, inspirujące mnie motywy oraz szczegóły z nawiązką nadrabiają za to, co niezbyt mi się spodobało. Mimo zgrzytów klimat zostaje utrzymany, a lektura wciąga, chce się nie tylko śledzić dalszą edukację Obsidian, ale także czeka się z utęsknieniem na jakieś nowe elementy świata, czy wyjaśnienia ich dotyczących. Możliwości są nieskończone. Aha – postać Fizzlepop Berrytwist w tym opowiadaniu. Tak, to mi się podoba. To jest fajne. Chociaż zadaję sobie pytanie, mają te sztuczne komponenty, mają coś a'la komputery, projektory itp. ale nie mają retuszu zdjęć? Twilight po wykonaniu zdjęcia Obsidian wspomina, że aparat nie kłamie i takie tam... No, sam aparat to może faktycznie nie, ale czy mi się zdaje, czy nie mają tam jak obrobić zdjęcioszek? W opowiadaniu przewija się postać Smarty Pants, ale czy to przypadkiem nie był pluszak Twilight? Fancy Pants nazwał córkę po maskotce księżniczki Twilight? Czy ja coś źle zapamiętałem? „Jaka ona jest?” Nie da się ukryć, że w temacie postaci, najwięcej entuzjazmu budzi Obsidian. Wszakże nie jest ona typową, zwykłą oryginalną personą, ale potomkinią ważnego złoczyńcy. Na jej łopatkach spoczywa zatem sprzedanie fanfika, czytelnik powinien zaciekawić się co ją spotkało i jaka będzie jej przyszłość. Rozpoczynając lekturę czekałem na moment przybycia Obsidian i próbowałem zgadywać jaka ona będzie, jak się zachowa, jaką będzie posiadać moc. Autor wykonał kawał dobrej roboty z wprowadzeniem postaci – pierwsze wrażenie istotnie jest bardzo dobre, Obsidian jest kimś tajemniczym, intrygującym, wyciszonym. Od razu widać, że nosi głęboko wewnątrz siebie wspomnienia z przeszłości i że nadal ponad wszystko ceni ojca, a przy tym nie odchodzą ją żadne zmiany kulturowe – stawia na swoim i zabiega chociażby o stosowną tytulaturę. Jednocześnie odnosi się wrażenie, że jest to ktoś, kto posiada klasę, pewną dystynkcję. Jej ciekawość świata, pęd do wiedzy, również satysfakcjonują, czy wręcz inspirują. Po jakimś czasie jednak czar pierwszego wrażenia ulatuje i Obsidian staje się dość statyczną, żeby nie powiedzieć monotonną postacią, a jej kreacja zasadniczo się nie zmienia, chociaż pewne ożywienie następuje w momencie spotkania z Ambrozją (wiem, że nie do końca tak została nazwana w fanfiku, ale tak mi jest wygodniej) – nareszcie widzimy jak sobie radzi z kucykami innymi niż Twilight i o innym usposobieniu niż Twilight, ba, nawet nie posiadającymi wiedzy o tym kim ona jest (Obsidian, nie Twilight). Jej zachowanie było takie jak się tego spodziewałem. I, prawdę powiedziawszy, tak, wziąłem jej stronę, miała sporo racji. Dobrze się to czytało. O to chodzi W każdym razie, sprawa jest... dziwna. Jeszcze nie mogę powiedzieć, że przepadam za tą postacią, jak i jej usposobieniem. Widać, że, jak mawiają Francuzi, she's up to no good, toteż czekam aż Obsidian nabierze jeszcze więcej wiedzy i zdecyduje się wykorzystać naiwność księżniczki Twilight, by nieco przyspieszyć (?) powrót Sombry, bądź powrót do władzy jej rodu, z jej osobą na tronie. Wydaje się być urodzoną, by rządzić. W ogóle, bardzo interesujące okazują się relacje Obsidian z ojcem i cieszę się, że nic nie jest tutaj wyczerpująco wytłumaczone, zaś przemykające w jej głowie cytaty króla to świetny zabieg – dodający tajemniczości, może nawet pewnej grozy. Chodzi o zestawienie tego cukierkowego, pełnego przyjaźni świata, w który Twilight próbuje wdrożyć podopieczną, z chłodem i bezwzględnością jaką ta wyniosła z domu. No dobrze, skoro jeszcze w pełni za nią nie przepadam, czy to zatem oznacza, że mi się nie podoba, jako postać? Nic z tych rzeczy. Właściwie, ilekroć zaglądamy w jej myśli i poznajemy stosunek do poszczególnych rzeczy czy zmian, ciężko nie przyznać młodej Obsidian racji. Jest w niej coś przekonującego. Nie pasuje ona do zastanego świata, ale nie chcę, aby tylko dla niego się zmieniała, chociaż z drugiej strony czekam aż zdradzi więcej siebie samej. Po prostu liczę na coś... dużego. Sam nie wiem, chyba byłbym rozczarowany, gdyby dała się zreformować. Szkoda takiej krwi i charakteru. Zobaczymy. Będę śledzić jej poczynania z ciekawością, to jest pewne. Poza Obsidian mamy oczywiście całą plejadę znanych i nieznanych postaci, lecz tylko Twilight póki co odgrywa ważniejszą rolę i... cóż, jest sobą. Tylko tyle i aż tyle. Sprawdza się jako nauczycielka, wiele tłumaczy i nie zdradza przy tym zmęczenia, ale wydaje się być troszeczkę naiwna oraz zbyt optymistyczna. Co jak to, ale spodziewałbym się od niej większego dystansu. Chyba, że jedynie odgrywa swoją rolę, a w głowie ma coś zupełnie innego. Może przecież być tak, że autor nas zwodzi i Twilight w rzeczywistości ma zupełnie inny plan. Albo jest częścią planu pozostałych księżniczek. To nawet nie jest moja ostateczna forma! Forma nie zawodzi. Autor wspiął się na wyżyny umiejętności i wykorzystał całe nabyte doświadczenie (zauważyłem, że przecież rozdział czwarty, najdłuższy, nie miał jeszcze żadnej korekty?) i zapewnił nam naprawdę solidną, dopracowaną formę, bogate w słowa opisy, zdania nie za długie, ani nie za krótkie, wszystko satysfakcjonuje i podczas lektury nie ma najmniejszych zarzutów. Podoba mi się. Mnogość pytań retorycznych, czy zwrotów do czytelnika, o których wspominał Johnny, widzę jako zabiegi, które mają na celu nawiązanie więzi z czytelnikiem, a także skłonienie go do zadania sobie niejednego pytania, dzięki czemu, jak mniemam, powinien głębiej wejść w treść, by dostrzec wcześniej niezauważone szczegóły. Poszczególne opisy, dialogi, zawierają w sobie pomysł, nie da się zaprzeczyć, że autor sporo pracy włożył nie tylko w kreację świata, jak również postaci Obsidian i zależy mu na tym, abyśmy jego najnowsze dzieło czytali z wypiekami na twarzy, a może i na skraju krzesełka. Niestety, póki co obrane tempo akcji troszkę mu przeszkadza w osiągnięciu celu, aczkolwiek należy docenić pieczołowitość pracy oraz uwagę poświęconą szczegółom. To oczywiście przekłada się na charakterystyczny klimat, którego nie brakuje mimo kilku rzeczy, które mnie osobiście w tym wszystkim niezbyt pasują. Czuje się powagę, ale i humor, kiedy autor zdecyduje się nam go zaserwować, oba punkty widzenia (Twilight i Obsidian) wpasowują się w atmosferę, czy to garść legend o pochodzeniu Kryształowego Serca, czy też serwowane w zamkowej kuchni specjały, ma się poczucia obserwowania żywego świata ze swoją historią i przyszłością, a to się zawsze ceni. Z całą pewnością mogę polecić to opowiadanie, aczkolwiek zrozumiem, jeśli ktoś powie, że akurat czwartego rozdziału nie jest fanem, a to tempo akcji jest iście ślimacze, a to, tamto. Jednak zwracam uwagę, że nie mamy jeszcze aż tyle materiału, wprawdzie nie wiem ile autor planuje rozdziałów, ale jest relatywnie wcześnie, toteż zachęcam, aby śledzić ciąg dalszy i przekonać się jak daleko zabrnie jeszcze wyobraźnia autora. Nie jest to kolejny typowy fanfik, widać w nim, że sporo rzeczy, głównie budowanie świata, sprawia autorowi nie lada frajdę, a to i owo potrafi pobudzić paluchy i skłonić do postukania w klawiaturę, by coś napisać. Pozdrawiam i gratuluję świetnie zapowiadającego się fanfika *Czy ja kiedyś nie czytałem fanfika autorstwa D.E.F.S., gdzie wystąpiła postać o takim imieniu?
  8. Urocza inspiracja. Naprawdę, uśmiechnąłem się pod nosem na to paintowe stworzonko, a potem zszedłem na dół i znalazłem przedmowę. Odetchnąłem z ulgą – nie ścigam z piskiem opon za takie rzeczy, więc środkowy palec nie jest skierowany w moją stronę Nie pozostało więc nic innego jak zapoznać się z właściwym fanfikiem, który, choć jest pracą konkursową, być może otworzy coś większego. Kolejną serię opowiadań, nową przygodę. W historię wprowadzą nas – a to niespodzianka – dwa nietoperze o dźwięcznych ksywkach Clarky i Mądrala. Nietoperze, nie kucoperze, warto dodać. Tak, prawdziwe nietoperze. Drobna nowość, można rzec. W każdym razie, nasi dzielni bohaterowie, podjęli się karkołomnego zadania przedarcia się przez lepkie pajęczyny (serio, wzmianki o lepieniu się nici i o pajęczynach są tak częste, że jest to moje pierwsze skojarzenie z tym tytułem) celem odnalezienia sarkofagu, w którym złożono pewną wampirzycę. Zwie się ona Annares i jest prawowitą spadkobierczynią zamku Schloss () i prawdziwa panią dworu. Wiele lat temu między wampirami, a lokalną społecznością rozgorzał konflikt, w wyniku którego twierdza popadła w ruinę, a o szlachetnym rodzie wampirów zapomniano, jednakże za sprawą nietoperzy – minionków – pani powraca do swojego zamku, a proste kucyki już niebawem znów zaznają terroru. Ta dosyć prosta fabuła została ujęta w niedługim opowiadaniu, napisanym w sposób przystępny, jasny, prosty, bez zbędnych udziwnień, trudniejszych do znalezienia określeń, czy drugiego dna (no, może nie licząc paru easter eggów), ogółem mamy tu wszystko czego należałoby spodziewać się po autorze, bez rewolucyjnych zmian. Opisów jest wystarczająco dużo, by wyobrazić sobie jak może wyglądać wnętrze zamku Schloss, czy chłopska chata, chociaż częściej otrzymujemy opisy czynności. Akcja biegnie stałym tempem, nie uświadczymy żadnych dłużyzn, czy nagłych przeskoków do przodu. Kolejne scenki po prostu z siebie wynikają, jedna po drugiej. Treści nie brakuje klimatu, czy to podczas główkowania i rozwiązywania zagadek, czy też zjawienia się w zamku Annares, na uwijaniu się minionków jak w ukropie kończąc - świetna sprawa od początku do końca. Najciekawiej wypadają minionki (nietoperze), zaskakują organizacją, pomysłowością, a także kompetencją, nie tylko Annares, ale także nas, czytelników. Od razu widać, że przygotowywały się na to wielkie wydarzenie, gdy w tekście pojawiają się np. nietoperze w muszkach, elegancko serwujące swej pani kolacje, czy też wzmianka o tym, że jedno ze zwierzątek aż się zarumieniło gdy dostało od niej całusa, to sprawia, że treść wypada naprawdę sympatycznie i zabawnie. Czyli zgodnie z założeniami autora. Funny and cool Pojawiają się również małe urozmaicenia. Dostajemy kilka scenek, w których udział wezmą zamieszkujące okolicę kucyki, poznamy także postać miejscowej zielarki, oczywiście pasiastej. Miły dodatek, zwłaszcza, że ma to i owo do powiedzenia, dowiadujemy się też, że to całkiem obrotna zebra, nie kupująca wsiowych zabobonów. W ogóle, widać, że te proste kucyki prowadzą sobie spokojne życie, nie można ich nie lubić... Ale „tej złej” oraz jej sługusów również również nie można nie lubić. No i w pewnym momencie nadchodzi zakończenie, całkiem niezłe, nie przewidziałem, że lokalna społeczność wyciągnie właśnie takie wnioski po znalezieniu kolejnej ofiary. Opowiadanie wydaje się być nieco urwane, sprawia wrażenie preludium do czegoś większego – otrzymaliśmy powrót w chwale, a teraz pora na odbudowanie potęgi i zdobycie rozgłosu, tak to widzę. Albo jakieś perypetie, nietypowe sytuacje, random, czy też coś a'la seria "D&D", tyle że z Clarky'm i Mądralą w roli głównej. Pole do popisu jest szerokie, a autor już nieraz pokazał nam na co go stać, więc nie pozostaje nic innego jak trzymać kciuki za ciąg dalszy. Pod kątem technicznym jest solidnie, choć mógłbym doszukać się paru zgrzytów stylistycznych, czy drobnych błędów, ale nie jest to nic co rzuca się w oczy, ani nic co jakkolwiek wpływa na pozytywne wrażenia z tejże krótkiej, niezobowiązującej lektury. Mam nadzieję, że seria nieco się rozwinie, a my zobaczymy w akcji nietoperkowego MacGyvera Pozdrawiam! PS: Scenka, w której wampirzyca budzi się i niechcący „zasysa” nietoperza do ust wydała mi się trochę creepy. Nie wiem, ja nie chciałbym być pożarty, miał koleś farta. PS2: Jak zobaczyłem rysuneczek na otwarcie, to w uszach rozbrzmiały mi ośmiobitowe dźwięki wydawane przez nietoperze (to zielone takie) z „Chip and Dale 2” na NESa (nie pamiętam który poziom, coś na początku raczej).
  9. Kolejne opowiadanie autorstwa Bestera i kolejne, które miałem przyjemność nie tylko przeczytać, ale również uczynić to przedpremierowo, dorzucając od siebie to czy owo, jeżeli sądziłem, że mógłbym coś wnieść. Chociaż nie jest to pierwszy raz, gdy autor proponuje nam kryminał („Za grzechy moje i twoje”), ma się ochotę powiedzieć, że eksperymentuje z różnymi nurtami i tym razem stawia na Cyberpunk. Tagi nakazują sądzić, że nie zabraknie przemocy, ani mrocznych motywów. Co należy podkreślić, jest to kolejne opowiadanie, w którym od zawsze koegzystują kucyki i ludzie, a co chyba stało się znakiem rozpoznawczym twórczości Bestera od czasów bodajże „Save Me”. Zatem tutaj niewiele się zmienia i chyba dobrze, gdyż nie naprawia się tego, co nie jest zepsute. Co ważne, całość ma się składać z trzech segmentów, co początkowo chyba nie było jeszcze takie oczywiste, gdyż pamiętam pierwsze wersje tekstu, gdzie historia zawierała się w jednym pliku tekstowym. Z czasem pełny obraz historii zaczął się krystalizować, a my otrzymaliśmy małe, ukryte podpowiedzi odnośnie tego ile tekst może mieć części oraz co będzie swoistym motywem przewodnim każdej z nich oraz jak będą się one łączyć. Sam na to nie wpadłem do momentu, w którym rzeczą zainteresowano się na kanale Bronies Corner. Wskazówek należy szukać w zerach i jedynkach W każdym razie, sprawny development fanfika jest czymś, czego można autorowi pozazdrościć, a poprzeczka dla nadchodzącej części trzeciej znajduje się dość wysoko. Nie przedłużając, sprawdźmy co oferują nam 2/3 „Altera”. Fabuła – trzy filary (trochę to potrwa) W świecie balansującym na krawędzi zagłady, gdzie ostatnie bastiony ludzi i kucyków są ściśle kontrolowane przez zaawansowane systemy monitorujące, technologia już dawno stała się nieodzownym elementem życia. Nie tylko przechowuje ona wspomnienia o tym jak było kiedyś, ale także usprawnia codzienność, profilując i nadzorując przeróżne dziedziny życia, na stałe wiążąc mieszkańców z systemem. Nierzadko żywe części ciała zastępowane są przez wydajniejsze, mechaniczne zamienniki, a szczyt osiągnięć w zakresie informatyki i elektroniki daje nadzieję na zbudowanie nowego, lepszego świata na zgliszczach poprzedniego. Prawda? Nic bardziej mylnego. Rakiem trawiącym to, co ostało się po kataklizmie, nie jest wcale skażone, wypalające płuca powietrze, a kwitnąca przestępczość, która jest wszechobecna pomimo zaawansowanych środków ostrożności i monitorowania. Codziennością wydają się również walki gangów oraz brudne interesy, gdzie każdy usiłuje wyrwać coś dla siebie. Technologia mająca służyć społeczeństwu została wykorzystana przeciwko niemu, a dla głównej bohaterki, Silver Clue, nie jest to nic nowego. Wespół z nową partnerką w śledztwie – Remini – ma za zadanie ująć nieuchwytnego jak do tej pory mordercę oraz wyjaśnić w jaki sposób tak długo udawało mu się umykać sprawiedliwości. W trakcie swej pracy pani detektyw nawiązuje więź z Remi i odkrywa, że do tej pory, niczym część w maszynie, bezrefleksyjnie funkcjonowała, nie żyjąc całą sobą. Pokonując coraz to nowe trudności, poszukuje poszlak, z czasem zadając sobie pytania, które rzucają zupełnie nowe światło na jej egzystencję. Fabuła, choć sama w sobie, wydaje się dosyć prosta – ot, tajemniczy przestępca, śledztwo, akcja – w rzeczywistości okazuje się bogata w wątki poboczne i urozmaicona na tyle, by tekst nie okazał się kolejnym generycznym kryminałem, a przy tym wciągnął czytelnika, miejscami nawet inspirując. Na wybranych płaszczyznach, odnajdziemy różne konflikty, chociażby wspomniana już natura, która jest konsekwentnie zastępowana przez technologię. Dowiadujemy się nie tylko o organizmach cybernetycznych (znaczy się, mam na myśli różne mechaniczne komponenty), czy niezbędnych środkach, które chronią przez trującym powietrzem, ale także o systemie, który dobiera pary, aby zapewnić zastępowalność pokoleń dla dalszego funkcjonowania miast. Czyli nie tylko z dnia na dzień ubywa natury, w odstawkę idą również emocje czy uczucia, coraz więcej rzeczy jest symulowanych czy generowanych, przez co wydaje się, że postacie funkcjonują w świecie pełnym iluzji. W tym sensie, widzę pewne nawiązania do świata realnego, który, choć nie w tak dużym stopniu, również jest opisywany jako skażony, czy umierający – jak to zwykle powtarzam, dla mnie osobiście najjaskrawszą ilustracją rzeczy jest martwy wieloryb, którego woda wyrzuciła na brzeg w Filipinach, a który miał w sobie kilkadziesiąt kilogramów plastiku. Z drugiej strony, coraz częściej mówi się o fonoholizmie, uzależnieniach od sieci, aczkolwiek w dzisiejszych czasach coraz trudniej obejść się bez tych urządzeń skoro tak wiele rzeczy przeniesiono do świata wirtualnego, a tradycyjne metody komunikacji odchodzą do lamusa. Coraz więcej można też symulować, generować, czy filtrować, wszystko ulega personalizacji, co widać również w „Alterze” - chociażby ilekroć Silvia przybliża nam, czytelnikom, kolejne aspekty działania systemów informatycznych odpowiedzialnych za profilowanie klientów galerii handlowych chociażby. Kolejną płaszczyzną, na której fabuła podejmuje konflikt, jest prawo. Wszakże to kryminał. Najwięcej uświadczymy tu starć dobrych ze złymi, tj. stróżów prawa z przestępcami. To właśnie tutaj znajdziemy najwięcej wartkiej akcji, wybuchów oraz nagłych zwrotów, chociaż ilościowo nie da się tego porównać z poprzednimi dziełami Bestera. Powiedziałbym, że podszedł do sprawy zdroworozsądkowo – jest mniej fajerwerków, za to więcej główkowania. Uświadczymy tego przy okazji scen śledztwa, poszukiwania i zbierania dowodów, a także spekulowania odnośnie możliwych podejrzanych i sprawców. Jak się okazuje, ci dobrzy nie są znów tacy święci, gdyż w zamian za informacje przymykają oko na niejeden szemrany interes, a nierzadko nawiązując przy tym zupełnie koleżeńską relację z ich właścicielami. Okazuje się, że jest to konieczne, aby móc sprawnie prowadzić śledztwo, gdyż bez tej wiedzy policja krążyłaby jak dziecko we mgle, zgadując kto za co mógłby być odpowiedzialny. Bohaterkom nie brakuje sprytu, by otrzymaną wiedzę wykorzystać w jak najefektywniejszy sposób, co z biegiem czasu przybliża je do rozwiązania zagadki. Konflikty zdarzają się również między instytucjami, które, jak mogłoby się wydawać, mają ten sam cel – stać na straży prawa. Wszystko rozbija się o formalności oraz kompetencje, jak również grę o to kto wypadnie lepiej w obiektywie kamer i blasku fleszy. Zatem nie dość, że nasza pani detektyw ściga groźnego mordercę, to jeszcze musi stawić czoła federalnym, co może wpłynąć na postępy w śledztwie. Może, ale czy na pewno? I wreszcie, docieramy do trzeciej, ostatniej płaszczyzny, na której odnajdziemy kolejny konflikt. Okazuje się, że jest to szeroko podejmowana egzystencja – refleksje dotyczące wolności podejmowania decyzji, przeżywania każdego dnia, no i wątpliwości odnośnie tego, czy faktycznie żyjemy, czy tylko funkcjonujemy. Czy podejmowane decyzje są naszymi własnymi, czy też są z góry narzucone. Ponieważ są to kwestie, które mnie inspirują i z którymi w jakimś sensie się utożsamiam, to właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie i jest to też to, co podnosi poprzeczkę nadchodzącej, trzeciej części „Altera” tak wysoko. No, w gruncie rzeczy, te właśnie elementy wieńczą część drugą, co uznaję za strzał w dziesiątkę. Na tym etapie tekst nie mógł mieć lepszego zakończenia. Zmusza to do refleksji, również w kontekście konfliktu między naturą a technologią, nowoczesnością a tym co było kiedyś – skoro maszyny i systemy profilujące dominują w tak wielu dziedzinach życia, przez co wiele czynności staje się zbędnych, nie wspominając już o sposobie zawierania znajomości, komunikacji, czy też spełniania się po godzinach – każdy ma mieć ściśle określoną rolę i robić swoje, funkcjonować jak część maszyny. W ogóle, pod koniec, gdy Silvia dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami, można odnieść wrażenie, że do tej pory „żyła” w maszynie, aż dzięki Remini otrzymała szansę spróbowania bliższej znajomości, czegoś więcej niż kojarzenie tego czy tamtego z widzenia. W sumie, nawet wcześniej można odnieść wrażenie, że czegoś jej brakuje – choćby wspominki o hologramach oraz symulacjach przedstawiających lasy, konsekwentnie opisywane jako relikt poprzedniego świata (sprzed kataklizmu), którego nie sposób odnaleźć współcześnie, czy też przemyślenia o tym co kryje się poza granicami tego nowego świata. Wiadomo jedynie o pewnych pozostałościach, nielicznych strukturach, które pamiętają tamte czasy. Spodobały mnie się rozmyślania Silver Clue o przyjaźni, czy prawdziwym życiu, w kontekście świata przypominającego maszynę, gdzie wszystko opisywane jest liczbami i współczynnikami, a jednostka w zasadzie ma bardzo ograniczone pole manewru, bo zanim się obejrzy, jest sprofilowana i śledzona. Taka totalna kontrola versus wolność. Życie w maszynie kontra życie poza nią (raczej niemożliwe, również zważywszy na skażenie powietrza). Komunikacja, a symulacja. Im głębiej w tekst wejdziemy, tym więcej takich oto zestawień można się doszukiwać. W każdym razie, fabuła opowiadania okazuje się urozmaicona i wielowymiarowa, choć owszem, wiele rzeczy wymaga pewnej interpretacji czy własnego podejścia. Tak czy inaczej, według mnie są to trzy filary, na których oparto historię „Altera” i które zadecydowały o konstrukcji świata, czy o tym jak zostały napisane poszczególne postacie. Świat przedstawiony W „Save Me” aż do końca nie mieliśmy pojęcia gdzie znajdują się bohaterowie i co się stało, a podsuwane nam poszlaki cały czas nas zwodziły (chociaż nie do końca, po prostu trochę trudniej było na to wpaść). W „Exanimie” mieliśmy do czynienia z pewnym incydentem w teatrze o tejże właśnie nazwie, lecz nie wiedzieliśmy co konkretnie się wydarzyło. W „Alterze” jest... podobnie. Otrzymujemy informacje o tym, że kiedyś przydarzył się kataklizm, a ocalałe miasta otrzymały swoje numery. Można się między nimi przemieszczać, gdyby nie odpowiedni sprzęt, nie byłoby czym oddychać, co sugeruje, że akurat ta technologia istniała już wcześniej, zaś cały cyberpunk narodził się w związku z potrzebą przetrwania w nowej rzeczywistości. Choć równie dobrze także mógł istnieć wcześniej. Kwestia jest otwarta, nie sądzę, aby dodatkowe wyjaśnienia były tutaj potrzebne – jest nieco tajemniczo, można snuć własne teorie, a to się zawsze chwali. Co wydaje mnie się całkiem ciekawe, opisy kolejnych urządzeń, ekranów, hologramów itp. wespół z tonem wypowiedzi Silvii, stwarzają wrażenie, jakby wewnątrz tego miasta było całkiem... czysto? Sterylnie? Nie mam pojęcia, może to tylko moje wrażenie, a może za mocno trzymają się mnie osobiste wyobrażenia odnośnie przyszłości i sci-fi, ale przez niemalże cały tekst łatwiej było mi wyobrazić sobie imponujące, przeszklone budynki, jasne kolory, błękitne niebo, śmigające po niebie pojazdy i inne takie, do tego masa świateł, paneli dotykowych, skanerów... W każdym razie, na pewno nie wyobrażałem sobie świata skażonego, czy w jakimś sensie post-apokaliptycznego. Jasne, dało się odczuć sztuczność niektórych jego elementów (projekcje lasów, roślinności, asystenci elektroniczni, sztuczna inteligencja), ale w głowie cały czas miałem jasność, czystość, kolorki. Nie wiem jak to możliwe, może jestem spaczony, ale żeby wyobrażać sobie np. Detroit jak z filmów o "RoboCopie", od tego byłem dość daleki. Prędzej Neo Arcadia znana z gier "Megaman Zero". Autor mnóstwo czasu poświęcił detalom – ustami Silver Clue opowiada nam o tym co się gdzie znajduje i jak działa, a także jakie od czasu do czasu zdarzają się incydenty związane ze sprzętem. Jedne zdarzenia mogą śmieszyć, inne już niezbyt. Początkowo w pamięć zapada opis systemu Luna, odpowiedzialnego za ekspresowy i ciekawy sen, o ile oczywiście hełm jest naładowany. Dowiadujemy się np. że można sobie wypożyczyć film i obejrzeć (przeżyć?) go we śnie, oczywiście spełniwszy pewne wymagania. Innym razem poznamy działanie systemów monitorujących i profilujących, dzięki którym możliwe jest wyszukiwanie podejrzanych w rozległej bazie danych. Technologii nie brakuje również w pokoju przesłuchań podejrzanych i świadków, jest jej pełno w centrach i galeriach handlowych, nie wspominając o cybernetycznych dodatkach, na które pozwalają sobie mieszkańcy, choć te nie zawsze pochodzą z legalnych źródeł. W świecie tym istnieją nawet dosyć specyficzne narkotyki. Nie jest to wszystko, co ma nam do zaoferowania autor. Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że wiele opisów czy objaśnień zasadniczo nie popycha fabuły do przodu i mogłoby ich nie być, to jednak są to elementy które odpowiadają za budowę świata, jego wizerunku oraz zasad, w oparciu o które działają bohaterowie. Ostatecznie, im dalej brniemy w tekst, tym więcej się dowiadujemy. Wątkiem głównym nadal jest śledztwo, ale Bester nigdy nie zapomina o wprowadzeniu czy to nowych elementów, czy omówieniu już wspomnianych (np. występujące boty i ich generacje). W mojej opinii, w porównaniu z „Save Me”, czy „Exanimą”, to właśnie w „Alterze” w budowę świata poszło najwięcej wysiłku, co wpisuje się w pewien schemat – co opowiadanie, to więcej Panie detektyw, gotowe na wszystko... I znów, jak w „Save Me” mieliśmy Maxa i Midnight, w „Exanimie” Alexa i Bright Spark, tak w „Alterze” naszym głównym duetem będą Silver Clue oraz Remini. Jest to również pierwszy (chyba) przypadek, gdzie nie obowiązuje parytet – w rolach głównych obsadzone dwie panie, które, na przestrzeni kolejnych wydarzeń, będą odkrywać kolejne poszlaki i zbliżać się (jak sądzę) do mordercy, ale także i do siebie. Pierwsze, co mi przychodzi teraz na myśl to to, że nasz główny duet wypada bardzo sympatycznie i naprawdę cieszy to jak w miarę rozwoju fabuły obie panie stają się sobie bliższe, nawiązując przyjaźń oraz dojrzewając do coraz bardziej osobistych zwierzeń. Dla autora jest to okazja do pogłębienia charakterów postaci, a dla nas – do poznania ich przeszłości oraz tła. Najlepszym przykładem (również przywodzącym na myśl jedną ze scen z „Exanimy”) jest scena w knajpce, gdzie przy piwie i przekąskach opowiadają o sobie, dzieląc się również pewnymi poglądami na temat świata. Nie są to jednak jedyne sceny, w których poeksplorujemy relacje między głównymi bohaterkami. W pamięć zapada choćby badanie porzuconego bota i wyszukiwanie kolejnych śladów. Dialogi, drobne opisy czynności (aczkolwiek historię śledzimy wyłącznie z perspektywy Silver Clue), wszystko to sprawdza się znakomicie, a postacie bardzo szybko da się polubić. Dzięki temu bohaterki wypadają jako świetne przyjaciółki, z którymi dobrze jest się kolegować. Zwłaszcza, że to stróże prawa. W odpowiednich momentach udziela im się profesjonalizm, chociaż w moim odczuciu zdecydowanie przoduje tutaj Silver Clue, która momentami potrafi być zimna, bezwzględna. Niekiedy wydaje się wręcz, że jest to postać o dwóch, zupełnie różnych od siebie obliczach. Nawet w tekście, sama o sobie stwierdza, że chyba jest aż za dobrym gliną. Interesuje również wątek wprowadzania Remini do codzienności panującej w Mieście 74 – cieszą różne scenki podczas których Silver Clue omawia poszczególne miejscówki (również dla nas, czytelników) i objaśnia procedury, w zamian za co otrzymuje pewne okno na to jak wygląda rzeczywistość w rodzinnym mieście Remini. Pomaga to opowiadać historię w sposób organiczny – widzimy, że poza drobnym wycinkiem całego świata jest coś więcej i że jest to system naczyń połączonych. ...i cała reszta. Generalnie, oprócz głównych bohaterek, nie uświadczymy wyraźniej zarysowanych postaci drugoplanowych, lepiej zapamiętałem może Adama i Williama, no i „Lotka”, większość pamiętam troszkę jak zza mgły – byli, wypełnili swoją rolę, tyle ich widzieli. Szczęśliwie, nie odnalazłem tu postaci stricte kiepskich czy drętwych, ale też zabrakło jakichś wybitnych kreacji, w związku z czym pozostałe postacie przemykają sobie w cieniu głównego duetu. A szkoda, bo widziałbym tu i ówdzie pewien potencjał, ale przecież czekamy na trzecią część opowiadania, wiele jeszcze mogłoby się wydarzyć. Aczkolwiek, akurat na tym polu, nie spodziewam się jakichś rewolucji. Zawsze jest trochę szkoda, jednak wygląda na to, że taka była cena tego, by Silver Clue i Remini mogły w świetnym stylu zaistnieć jako główny duet. To im najbardziej kibicujemy i to one wzbudzają najwięcej sympatii, ale reszta postaci, choć za często się nie przewijają, również wzbudzają raczej pozytywne wrażenia, stanowią dobre uzupełnienie dla historii. Forma, technika, bajery Jak można zauważyć, autor postanowił pobawić się troszkę formą i każdy segment „Altera” opatrzyć stroną tytułową, gdzie mamy między innymi słowa-klucze zapisane w kodzie zero jedynkowym. W ogóle, tak de facto nie mamy do czynienia z kolejnymi częściami tekstu, ale dyskami. Są to małe rzeczy, które w jakimś stopniu odróżniają opowiadanie od reszty, poprzez dodanie unikalnych elementów, a przy tym bez kombinowania z ilustracjami czy formatowaniem właściwej treści fanfika. Znów mamy narrację pierwszoosobową, a naszą przewodniczką będzie, jak wspomniałem, Silver Clue, jedna z głównych bohaterek opowiadania. Ponieważ to sympatyczna klacz i niekiedy aż zbyt dobry glina, kolejne opisy czyta się wartko, wiele zostaje w głowie, a kreowanie odpowiedniego klimatu nie sprawia kłopotów. Aczkolwiek, by wspomnieć o pierwszych wersjach tekstu, pamiętam mnóstwo zbyt długich zdań złożonych, które sugerowałem podzielić, zwróciłem też uwagę na powtórzenia, których najwięcej było przy didaskaliach. Bardzo dużo „spytała”, „odparła” znajdą się również np. „uśmiechnęła się” itd. W ogóle, proste, często powtarzające się opisy towarzyszące dialogom są pewną bolączką tekstu i dosyć mocno kontrastują z rozbudowanymi opisami miasta, działania kolejnych elementów świata, przeżyć czy odczuć. Z drugiej strony, a piszę to w kontekście premier kolejnych części „Altera”, na kanale Bronies Corner, pewne braki w didaskaliach dały szersze pole do popisu ekipie lektorskiej, która mogła interpretować kolejne wypowiedzi po swojemu, nadając dialogom określony wydźwięk. Zatem, w sensie lektorowania, zaniechanie przydługich wstawek między kwestiami mówionymi i rozbudowanych didaskaliów naprawdę przyczyniło się do zwiększenia możliwości dla ewentualnego lektoratu, no i wpłynęło na ogólne flow. Byłem obecny na premierach obu części i dialogów (nie tylko dialogów zresztą) słuchało się znakomicie Ogółem, forma jest dość solidna, a przy tym prosta (nie prostacka), lekka i przyjemna, przystępna dla każdego, nawet osoby, która raczej słabo ogarnia klimat Cyberpunka (jak np. ja). W obecnej formie nie mam zbyt wiele rzeczy na które mógłbym autentycznie narzekać, wiele bym zmienił, ale to wynika tylko i wyłącznie z mojego stylu pisania oraz tego w jaki sposób opisywałbym poszczególne rzeczy. Rewolucyjnych zmian nie widać, jest więcej tego co lubimy. No i w sumie dobrze, chociaż sztab pre-readerów i korektorów zrobił swoje, by podnieść formę fanfika. Dzięki, za umożliwienie mi zostania jego częścią (sztabu) Podsumowanko Najwięcej napisałem o fabule i świecie w fanfiku, gdyż to była dla mnie największa nowość, co wynikło ze zdecydowana się na nurt Cyberpunkowy. Odnalazłem kilka punktów widzenia, z których można spojrzeć na otoczenie, w którym rozgrywa się akcja, a także zrozumieć jaki poszczególne elementy mają wpływ na życie bohaterek. Rzeczywiście, poznawanie świata, realiów miasta, technologii, niekiedy dawało więcej satysfakcji niż wątek śledztwa, chociaż również i w jego ramach odnajdziemy sporo pamiętnych, klimatycznych scen. Poczynania głównych postaci niezmiennie śledzi się z zaciekawieniem. Za drugi specjał uznaję kreacje głównego duetu, a także relacje między bohaterkami, które (podobnie zresztą było w „Exanimie”) z czasem ulegają zacieśnianiu, czujemy, że stają się one sobie bliższe, widać też moment, w którym coś w Silver Clue pęka, a ona nabiera zupełnie nowego spojrzenia na swoje życie. W ogóle, dynamika ich relacji stanowi dodatkowy motor napędowy, trudno mi jednak ocenić, czy jest to lepszy główny duet niż w przypadku „Exanimy”. Z drugiej strony, jeszcze nie znamy pełnego „Altera”, który może wiele na tym polu zmienić. Tekst wciąga, czyta się go bardzo dobrze, z czasem krystalizuje się jego atmosfera, a fabuła nabiera rozpędu. Pojawiają się coraz to nowe poszlaki, a także elementy świata, aby zatrzymać przy sobie czytelnika. Co cieszy, w sumie trudno wskazać jakiegoś konkretnego podejrzanego w sprawie, toteż wielce prawdopodobne jest, że fanfik będzie trzymać w napięciu aż do samego końca. Myślę, że mogę polecić najnowsze opowiadanie Bestera, zwłaszcza tym, którym spodobały się poprzednie jego dzieła. Opowiadanie spodobało mi się i siedzi w głowie, dla mnie to kolejny pokaz kreatywności i pomysłowości autora, obok czego nie można przejść obojętnie. Ma klimat. Z kolei jeśli ktoś nie przepada czy to za „Save Me”, czy „Exanimą”, myślę, że kolejny tytuł również nie wzbudzi szczególnego entuzjazmu, ale wciąż – namawiam, aby dać mu szansę. Co cieszy, kolejne utwory z tej stajni zasadniczo różnią się klimatem, settingiem, więc zawsze jest szansa, że danej osobie spodoba się co innego. Może właśnie „Alter”? Pozdrawiam!
  10. Kolejny, piąty rozdział, okazuje się kompletnym rewritem swojego poprzednika, a znajdziemy w nim nowe, choć znane nam postacie. Night Shadow, wiedziona przez Random Adventure'a, trafia do kwatery Łowców w Sunfall, gdzie zostaje rozpoznana jako zaginiona królewna. Spośród wielu opcji, dumna Night Shadow wybiera próbę ucieczki, co za sprawą doświadczenia oraz zaklęć Łowców jej się nie udaje, ale ostatecznie ci postanawiają przyjąć ją w swe szeregi, na co ta przystaje. Doskonale znany z poprzedniej wersji opowiadania wątek, napisany od nowa, nieco inaczej i lepiej. Jak nietrudno się domyślić, jest to kilka poziomów wyżej w stosunku do tego co mieliśmy wcześniej, dostaliśmy nawet dysputę o tytułowej wolności wyboru. Motyw przewija się praktycznie aż do końca rozdziału – zebrania Łowców, gdzie zostają podjęte decyzje odnośnie dalszych działań, nie tylko przygarnięcia Night Shadow. Wspomniany zostaje np. Alikorngard, jest to lokacja, którą powinien kojarzyć każdy kto miał okazję poczytać poprzednią wersję fanfika. Rozdział czyta się bezstresowo i wartko, przy czym dialogi wydają się dominować nad opisami. Wiele pracy poświęcono na wprowadzenie nowych postaci, z czego najwięcej czasu antenowego otrzymał Bastard Spell, który stoi na czele Łowców. Jak można zauważyć, w ich organizacji można zapomnieć o jednomyślności, a głosowania ujawniają kolejne różnice między bohaterami. W piątym rozdziale, przy okazji dowiadujemy się kto jak postrzega Night Shadow oraz jak ocenia jej moc, czy deklaracje – młoda alikorn w dalszym ciągu pragnie objąć tron i nie zamierza zmieniać zdania, nie traci czasu i korzysta z każdej okazji, by zbiec i samodzielnie wykuć ze swego losu coś wielkiego. Aczkolwiek, taką okazję do ucieczki otrzymuje bodaj raz i jest to szansa dla nas, by przeczytać o zaklęciach Spella w akcji, z czego wynikają dwie rzeczy. Pierwsza z nich, jednorożec dysponuje całkiem imponująca mocą. Druga sprawa, mimo formy alikorna, Night Shadow ma swoje słabości i jak najbardziej jest do pojmania, co z kolei jest podtrzymaniem koncepcji, by postacie-alikorny były takimi samymi postaciami jak inne kucyki. Jak to pisałem ładnych parę lat temu, alikorny nie bolą Powracając do przywołanej sceny, wypada ona dynamicznie, pojawi się kilka zapadających w pamięć opisów, czy tekstów, np. o kręgu wypalonej trawy, czy spaleniźnie mieszającej się z zapachem lokalnej flory. W ogóle, chociaż mamy sporo dialogów, pojawiające się opisy cieszą i budują odpowiedni nastrój, by uatrakcyjnić lekturę, no i dać pojęcie jak wyglądają poszczególne lokacje, co się dzieje i tak dalej, i tak dalej. Szkoda, że na razie nie poznajemy jakichś cech szczególnych postaci, głównie barwę ich umaszczenia... no i zapamiętałem, że Crossbow bodajże, ma dosyć nieciekawy stosunek do klaczy. Matka bynajmniej nie będzie dumna. Zapamiętałem również Good Taste. Może byłem głodny podczas lektury rozdziału, a może po prostu świetne opisy strawy tak zapadły w pamięć. I jak poprzednio, nie zabraknie paru fachowych określeń odnośnie roślin czy końskich manewrów. Opowiadaniu nie brakuje mrocznego, ale przygodowego klimatu – czuć, że akcja zmierza do czegoś wielkiego. Rozdział spełnia swoje zadanie wzorowo – wciąga, historia jest kontynuowana, wygląda na to, że coraz więcej rzeczy ląduje na swoim miejscu przez timeskipem. Dziewiętnaście stron, przy których czas mija bardzo szybko, ale w głowie wiele zostaje, no i człowiek ciągle jest ciekaw tego co będzie dalej. Cieszy również fakt, że Night Shadow w remasterze jest postacią kreowaną niezwykle wyraziście, w stosunku do swojej poprzedniej wersji odniosłem wrażenie, że ma więcej energii, częściej zabiera głos, a w wydarzeniach uczestniczy aktywniej, manifestując swoją wolę walki oraz niezależność. Od razu widać, że ma przed sobą ambitny cel i zamierza do niego dążyć. Za jej sprawą lektura jest aż tak absorbująca. Aha – liczę, że z czasem do nieustannie poszerzającego się zbioru atutów Nighty dołączy cięty język. Już teraz trafiło się kilka niezłych tekstów, np. odnośnie zatrudniania przez Łowców błaznów, czy też tłumaczeniu znaczenia słów pospólstwu. Fajna rzecz, rozluźniająca nieco atmosferę. Dobrze by było mieć tego nieco więcej. Cóż więcej dodać? Polecam najnowszy rozdział, no i oczywiście zachęcam do lektury nowego „Cienia Nocy”. Miło oglądać odradzanie się kolejnych rozdziałów, dających nam znajomą historię, lecz w dużo lepszej formie. No i postać Night Shadow, wypada póki co lepiej niż kiedykolwiek. Dobra robota
  11. Gdy ujrzałem w tekście wzmiankę o kopytach, poczułem się nieco zbity z tropu, ale wszystko prędko się wyjaśniło – niniejsze opowiadanie nie jest wpisane w uniwersum Equestria Girls, ale traktuje o znanych nam doskonale istotach nieparzystokopytnych. Niezła odmiana. No, ale przecież sam wspominałem, że „Śniadanie” było ostatnie z tej „serii”. A samo opowiadanie? Jest... kreskówkowe. Wypada niczym kanoniczny short, o czym zresztą miałem okazję pisać już wcześniej, wiele razy, aczkolwiek tutaj po raz pierwszy mam wrażenie jakby owszem, był to short, tyle, że dosyć średniawo przetłumaczony z oryginalnej wersji. Chodzi mi głównie o grę słów Rainbow Dash, z którą tak de facto wszystko było ok, ale jednocześnie nie robiła ona imponującego wrażenia, toteż w pełni się utożsamiałem z reakcjami Rarity opisanymi w opowiadaniu. A może takie było założenie autorki? Czy raczej, zasady rzuconego jej wyzwania? Dominują dialogi, a także drobne opisy grymasów bohaterek. Brzmią ok, występujące postacie wypadają dobrze. Akcja leci szybko i szybko się kończy, nawet jak na cztery strony, toteż historyjka stanowi jedynie króciutki przerywnik. Nic więcej za bardzo nie da się o niej powiedzieć. „Śniadanie”, choć również było bardzo proste pod względem fabularnym oraz cechowało się prostotą wykonania, próbowało eksplorować relacje między poszczególnymi postaciami, czy też komplementować ich charaktery (gratka dla fanów tychże postaci), natomiast „Dobremu żartowi...” najbliżej jest do „Remontu”. Chociaż powiedziałbym, że z nim przegrywa. Tak czy inaczej, „Dobry żart” stanowi niedługą ciekawostkę, z którą można się zapoznać, aczkolwiek jest to lektura bardzo krótka, niezobowiązująca i w gruncie rzeczy nie zapada szczególnie w pamięci, w odróżnieniu od pozostałych dzieł autorki, które sobie czytałem. Widać tutaj pewien pomysł, który zresztą ma potencjał - może gdyby zaangażować w to pozostałe zwierzaki i zaaranżować nietypowe sytuacje...? Zainspirować się epizodem „Just for sidekicks” (czy jak się to tam nazywało, sezon trzeci w każdym razie), to może wyszłaby z tego nieco dłuższa, lepsza historia. O kreskówkowy klimat oraz oddanie kanonicznych charakterów jestem w pełni spokojny. W każdym razie, tyle na temat "Dobrego żartu...". Istnieje, dobrze się to czyta, ale prędzej jest to mała ciekawostka, przegrywająca z innymi opowiadaniami autorki.
  12. I kolejne opowiadanie osadzone w uniwersum Equestria Girls, prosto od Midday Shine. No i w tym rozdaniu ostatnie z tej „serii”, zatem oceniam je po „Remoncie”, czy „Sekretach i niespodziankach”. OK, może to pierwsze ma ze „Śniadaniem” tyle wspólnego, że jest raczej krótkie, zaś „Sekrety i niespodzianki” przyszły mi na myśl dlatego, że w „Śniadaniu” znów poznajemy pewną postać z nieco inne perspektywy. Która to bohaterka tym razem? Opowiadanie nazwałbym najzwyczajniejszym w świecie [Slice of Life], głównie o przygotowywaniu naleśników na śniadanie. Oczywiście autorka postawiła na jak najwierniejsze odwzorowanie charakterów dziewczyn oraz oddanie klimatu Equestria Girls, co się zresztą udało idealnie. Podobnie jak w przypadku pozostałych fanfików autorki, o których wspominałem, tak i tutaj, ilekroć mamy jakiś dialog, możemy odczytywać kwestie wyobrażając sobie jakby były wypowiadane głosami bohaterek i to działa znakomicie. Podobnie zresztą klimat – jest dokładnie tak kreskówkowy, jak tylko się da; spokojnie, łagodnie, naiwnie, tak jak można by się spodziewać po jakimś oficjalnym shorcie, gdyż, nie po raz pierwszy zresztą, takie właśnie odnosi się wrażenie czytając opowiadanie. Jakby był to scenariusz odcinka specjalnego. Jakby się uprzeć to jest w nim nawet morał. W każdym razie, głównymi bohaterkami fanfika są Dyrektor Celestia oraz ranny ptaszek Applejack. Jak w „Sekretach i niespodziankach” poznaliśmy wicedyrektor Lunę z nieco innej strony, tak tutaj dzieje się coś podobnego z Celestią. Początkowo Applejack wydaje się być zaskoczona, w końcu dyrektorka wypada tak „ludzko”, nietypowo się ją ogląda w roli kucharki (i w stosownym stroju), ale prędko nawiązuje z nią nić porozumienia i ochoczo zabiera się do pomocy. Z czasem nie zabraknie też Pinkie Pie, no i na końcu, w porze śniadaniowej, wystąpią wszystkie dziewczyny, by podsumować dla nas historyjkę itd. W ogóle, końcówka opowiadania to chyba jeden z najlepszych pokazów tego jak doskonale odnajduje się autorka w rolach tych postaci, co przekłada się na wierne im kreacje. Wspólne smażenie okazuje się być znakomitą okazją do lepszego poznania Celestii. Wprawdzie pozostaje dyrektorką, opiekunką grupy, lecz póki pochłonięta jest typowo domowymi obowiązkami (w tekście chyba nawet pojawia się porównanie do stereotypowej pani domu), dlaczego by nie porozmawiać z nią o zupełnie życiowych sprawach? Tak dowiadujemy się np. że w kwestii straty rodziców, Applejack i Celestia mają wiele wspólnego. W ogóle, dobrze, że otrzymaliśmy jakieś liczby, skąd możemy domniemywać po ile lat mają poszczególne postacie. Drobna rzecz, ale dająca jakieś pojęcie o lore każdej z osobna. Oczywiście nie wiemy, czy w tym świecie rodzice AJ definitywnie są martwi, zaś gdyby przyjąć za punkt odniesienia odcinek „Where the Apple Lies” to widać, że skoro Diamond Tiary nie było jeszcze na świecie, no to Appleblom pewnie też jeszcze nie, czyli rodzice Applejack musieli jeszcze żyć, więc AJ powinna dużo lepiej ich kojarzyć, nić tylko „ledwie”. No cóż, nie wiem. Można nieco pospekulować na ten temat. Ale tak w ogóle, przyjemnie się czyta dialogi między Applejack i Celestią. Faktycznie, jak nam powiedziała potem Pinkie, dyrektorka występuje tu prawie że w roli troskliwej matki. A jak spojrzeć na to szerzej, nie posiada własnych dzieci, więc Applejack odgrywa tutaj rolę córki, zaś ta z kolei straciła rodziców, toteż Celestia ogrywa właśnie rolę matki. Pomaga to uwiarygodnić relację między nimi jak również to, że Celestia chętnie zgodziła się przyjąć od niej pomoc, a do tego jeszcze szczerze porozmawiać, zamiast np. odesłać do swojego pokoju, czy udzielić reprymendy (za co to nie wiem, ale na pewno Luna by coś tam znalazła). Zastosowany został bardzo ładny język, co znacząco przełożyło się na brzmienie poszczególnych opisów (które są zwięzłe, konkretne, barwne), czy dialogów, natomiast dbałość o stylistykę oraz interpunkcję tylko dopełniła dzieła. Opowiadanie czyta się bardzo płynnie i przyjemnie, zanim się obejrzymy jesteśmy na końcu. Żadnych dłużyzn, żadnych dziwnie brzmiących konstrukcji, przez co musimy się zatrzymać i pogłówkować co jest grane, nic z tych rzeczy. Tempo akcji jest wolne, ale jednostajne i w sumie trudno stwierdzić, czy dialogi dominują nad opisami. Powiedziałbym, że zostało to dobrze wyważone. Aczkolwiek taka sielankowa historyjka niekoniecznie każdemu przypadnie do gustu. Zwłaszcza, jeśli nie przepada za „Equestria Girls”, bądź tego typu historie wydają się zbyt słodkie. Cukrzycy się raczej nie dostanie, ale i tak polecam, choćby by nieco się rozweselić, czy zobaczyć przykład dobrze napisanego [Slice of Life] i przekonania się, że „Equestria Girls” w sumie nie gryzie.
  13. „Co innego można dać komuś, kto ma wszystko?” Gdyby wykonać dla fanfika zwiastun, poster, czy cokolwiek, materiał promocyjny, to byłby idealny tagline. Ale do rzeczy. Do przeczytania dano nam dwa rozdziały, a także skromny suplement, uzupełniający nieco główną fabułę. Nie jest to nic wielkiego, jedynie rzut okiem na niektóre wydarzenia z innej perspektywy. W każdym razie, znów odwiedzamy uniwersum „Equestria Girls”, zestaw tagów nakazuje sądzić, że znajdziemy też parę okazji do śmiechu. Ale przede wszystkim klasyczne [Slice of Life]. Przyznam szczerze, że po samym tytule nie odgadywałem co takiego mogłoby znaleźć się w tekście, to udostępniony przez autorkę opis rzucił na sprawę więcej światła. Prosty pomysł, utrzymany w klimacie znanej animacji. Pozostało jedynie zatrzeć ręce, kliknąć i zabrać się do czytania. Jak wrażenia? Historia, ogólnie Główną bohaterką została tym razem Wicedyrektor Luna. Odkrywamy, że odwiedziła galerię handlową w poszukiwaniu inspiracji na prezent urodzinowy dla siostry, Dyrektor Celestii, która to zgubiła się w księgarni na tyle długo, by dać Lunie czas na odnalezienie tego czegoś. Niestety, nawet taka ilość czasu nie wystarczyła, gdyż Celestia... ma już wszystko. W pewnym momencie Luna zastaje znajomą uczennicę w dość niepokojącej sytuacji. Tak oto rozpoczyna się historia, podczas której przyjrzymy się relacjom między dwoma siostrami i przekonamy się w jaki sposób Luna odnalazła idealny prezent, lecz to nie wszystko co przygotowała dla nas autorka. Zacznę od tego, że smaczków typowo komediowych jest tutaj jak na lekarstwo. Siostrzane docinki i przekomarzania się są fajne i zabawne, lecz przez zdecydowaną większość czasu spędzonego z tekstem towarzyszy nam dosyć poważna atmosfera. Od czasu do czasu ulega ona rozluźnieniu, gdyż przewijają się sceny wesołe, barwne, rozweselające, aczkolwiek komedią bym tego nie nazwał. W każdym razie, jest to kawałek całkiem dobrego [Slice of Life], ale nie znajdziemy w nim niczego przełomowego. Z drugiej strony – czy to źle? Tekst nie jest ani za długi, ani nie jest napisany jakimś trudnym językiem, tempo akcji jest stałe, nie dokuczają nam dłużyzny, odnajdziemy sporo znanych postaci, pomimo jednego, głównego wątku, za kulisami przewijają się drobne niuanse, które uzupełniają historię Luny i Celestii, a nawet mogłyby być paliwem dla kolejnych opowiadań. Otwarcie opowiadania potrafi zmylić. Z jednej strony mamy zwykłą codzienność i problem do rozwiązania, a za chwilę dosyć niepokojącą scenę, w której Sweetie Belle zaprasza do siebie budzący niepokój nieznajomy, później mamy wprost zasugerowane, że gość może mieć skłonności pedofilskie. Kiedy już myślałem, że nastąpi ekspresowa eskalacja, wątkowi został ukręcony łeb, aczkolwiek, gdyby nie on, wówczas mógłbym powiedzieć, że całe opowiadanie wiernie oddaje klimat serialu animowanego i, podobnie jak „Remont”, sprawia wrażenie jakby był to prawdziwy short. Albo odcinek specjalny, zważywszy na gabaryty. No, trochę szkoda, ale to dopiero początek, toteż prędko o tym zapominamy i lecimy dalej. Choć w sumie ciekawi mnie jak mógłby wyglądać stwarzający zagrożenie tej natury menel w uniwersum Equestria Girls, gdzie ludzie raczej są różnokolorowi, zadbani itp. Może trochę jak w starym memie o co niektórych produkcjach TVNu, gdzie nawet bezdomni noszą markowe ubrania? Najważniejszy jest przekaz – o nadmiernym zaufaniu, naiwności. Ciekawe, że obsesja na tym punkcie jest u Luny uzasadniona. Dowiadujemy się, że jest to podejście charakteryzujące Celestię, a które jest przedmiotem krytyki tej młodszej. Czyli ostatecznie wszystko się zazębia, a historia jest spójna. W każdym razie, to nie koniec zagadek. W opowiadaniu poznajemy zupełnie inną Wicedyrektor Lunę – miłą, otwartą, przejawiająca podejście do małych dzieci, cierpliwą i wcale nie taką, jaką można na co dzień spotkać w Liceum Canterlot. Poszczególne fragmenty zostały ubrane w takie słowa, że ma się wrażenie, jakby autorka nawiązywała do historii Księżniczki Luny z Equestrii – z jednej strony wydaje się być surowa, bezwzględna, może nawet mieć w sobie coś z potwora, ale w rzeczywistości jest inaczej. Głównym specjałem są relacje obu sióstr oraz to jak funkcjonują na co dzień. Podobały mi się wątki z przeszłości, a także pewne subtelne poszlaki, ze szczególnym wskazaniem na kończący drugi rozdział akapit. Czytelnik jest ciekawy co takiego mogło się wydarzyć, o kogo chodzi i jak dokładnie rzeczy te wpłynęły na Celestię, ale także Lunę. Wypada to ciekawie również w kontekście tego, o czym pisałem wcześniej – Pani Dyrektor wydaje się mieć absolutnie wszystko. Ogólnie, pomimo pewnych poważnych, może nawet deko refleksyjnych wstawek, historia jest wesoła, bardzo kreskówkowa, niemalże jak scenariusz odcinka specjalnego. Do pełni tego wrażenia brakuje chyba tylko wspólnie zaśpiewanej piosenki, na przykład na przyjęciu. Tak czy inaczej, wygląda na to, że tytułowe „sekrety” to są właśnie rzeczy z życia prywatnego obu sióstr, ich wspólna przeszłość i codzienność, zaś „niespodzianki” to elementy radosne, sceny, których moglibyśmy się spodziewać w ramach kanonicznych odcinków. Aha, jest jedna rzecz, która wydała mi się trochę creepy – Dyrektor Celestia wspominająca Lunie, że jest jej starszą siostrą i że wie o niej wszystko. No, no, jest czego się bać Bohaterki Oprócz sióstr, w historyjce przewiną się znane nam dziewczyny, a także oryginalne postacie, które jednak pozostaną bardziej w tle. Do ich reakcji nie ma jak się przyczepić, gdyż mówią i funkcjonują dokładnie tak, jak należy tego oczekiwać. Solidna robota, acz nie da się ukryć, że to Luna i Celestia pozostają w centrum uwagi. Nawet Cadance, zwracająca się do tej drugiej per „ciociu”, wydaje się trzymać gdzieś w tle, a wątek jej historii z Celestią (pod koniec również relacja Pani Dyrektor z Twilight Sparkle) nie przebija się i stanowi raczej dodatek do całości. Z jednej strony jest to zrozumiałe, z drugiej, rozbudzona zostaje ciekawość czytelnika, a niedopowiedzenia mają na tyle duży potencjał, że zawsze będzie nadzieja na nowe opowiadania, podejmujące wątek chociażby wygrawerowanych na breloku słów. Postacie są znane, toteż nie były tu potrzebne żadne opisy wyglądu, ani stylizacji, ale dobrze, że znalazło się kilka fragmentów opisujących zwykłe, codzienne czynności dyrektorek. Realizacja [Slice of Life] pełną gębą, co należy pochwalić. Cieszy również to, że choć Luna stawała na głowie, by przygotować naprawdę wyjątkowy dzień dla siostry, to jednak nie czuć w żadnym momencie (no, może poza przytulaniem na imprezie w szkole), że którakolwiek z nich mięknie, czy następuje jakaś trwała zmiana, bo któraś coś sobie uświadomiła. Najpiękniej jest być po prostu sobą i przecież za to się tak kochają. A nawiązując do różnych zakulisowych szczegółów i zakończenia – ostatecznie odbiorca dostaje wskazówkę, że o ile sen luny jest snem sprawiedliwego, zwieńczeniem ciężkiej pracy i starań, o tyle Celestia wydaje się jakaś taka niekompletna. Najwyraźniej stoją za nią jakieś... sekrety i niespodzianki. Klimat Poza bezpośrednim wspomnieniem o pedofilu na początku, całość rzeczywiście przypomina odcinek specjalny, czy jakiś short. Wspólne zajadanie się słodkościami Luny i Sweetie Belle, impreza w szkole, spotkanie przy ognisku, nawiązania do poszczególnych filmów „Equestria Girls”, wszystko tutaj jest. W żadnym momencie nie ma się wrażenia dłużyzn, ani jakichś zgrzytów, dialogi czyta się w porządku, brzmią naturalnie i pasują do postaci. Zdaję sobie jednak sprawę, że niekoniecznie jest to atmosfera, która zapewni przyjemną lekturę absolutnie każdemu. Choć w tle przewijają się pewne niewyjaśnione sprawy, czy refleksje, ostatecznie jest to tylko tło i niewykluczone, że historia, jako całokształt, może wydać się zbyt słodka, czy wręcz infantylna. Dla mnie jednak, wykreowany klimat nie stanowi problemu i owszem, tekst czytało mi się całkiem przyjemnie. Myślę, że wiele dało, późne bo późne, zapoznanie się z uniwersum i filmami „Equestria Girls”. Ale czy brak znajomości fabuły kolejnych części animacji przesądza o odbiorze fanfika? Chyba nie, wszystko jest zrozumiałe, bo wypada to po prostu jako uniwersum, gdzie księżniczki to dyrektorki szkoły, która nazywa się jak stolica Equestrii, a Mane6 to uczennice. Takie trochę „Attack on Titan: Junior High”, ale nie, że parodia, tylko takie tam, alternatywne, szkolne. Chibi to nie, ale w sumie postacie też mają tam duże głowy... ale proporcje nie te. Nieważne. Czyli generalnie też plus, opowiadanie jest przystępne i każdy może sobie je sprawdzić i wiedzieć o co chodzi. Jest to przyjemny w odbiorze kawał tekstu z serialowym klimatem, tj. doskonale odwzorowanymi charakterami postaci oraz scenami, których spodziewalibyśmy się po animacji osadzonej w tematyce „Equestria Girls”. Zawiera sporo scenek charakterystycznych dla animacji familijnych, takich, które młodszych rozweselą, ale także takich, w których ci starci znajdą drugie dno, coś ukrytego. Nie wydaje mi się aby było ono dla wszystkich, gdyż nie wszyscy trawią tak sielankowe klimaty, czy dziecięcą naiwność, której wrażenie może nam towarzyszyć tu i ówdzie. Nie jest to jednak trudna, czy wymagająca lektura, toteż myślę, że można poświęcić jej trochę czasu, chociażby jako ciekawostkę. Technicznie jest dosyć solidnie, lekko, bez zbędnych udziwnień, czy eksperymentów, można śmiało klikać i czytać. Znajomość uniwersum "Equestria Girls" chyba nie jest wymagana, treść sama w sobie jest zrozumiała, nie ma jak się zgubić.
  14. Hoffman

    Czas na remont! Opowiadanie krótkie, podzielenie się opinią na jego temat to prosta sprawa, co wydaje się dosyć ironiczne, gdyż remonty zwykle lubią się przedłużać i nierzadko okazują się dużo bardziej skomplikowane, niż się na początku wydaje. Zwłaszcza, jak nie dowiozą materiałów na czas, albo nie ma co zrobić z rzeczami... W każdym razie, pierwsza sprawa – z głowy mi wyleciało, że to opowiadanie wpisane tematycznie w uniwersum „Equestria Girls”, gdzie znane i lubiane postacie występują w ludzkich formach. Dopiero zerkając na tagi oraz pod koniec, kiedy oczom ukazało się „przedramię”, zrozumiałem jak powinienem sobie wyobrażać poszczególne scenki. Generalnie, jak na wyznaczony limit słów, autorce udało się zmieścić akurat tyle, by przedstawić niedługą, niezobowiązującą, lekką historyjkę, którą w sumie można by kupić nawet jako oficjalny short. W gruncie rzeczy, pomysł ma niemały potencjał i, już poza konkursem, można by z to rozwinąć w nieco dłuższe opowiadanie wypełnione wszelakimi gagami, może coś w a'la „Usterka”, gdzie znane nam bohaterki remontują różne pomieszczenia i za każdy razem przytrafia im się coś innego. Przyjemnie wypada scena, w której Fluttershy udziela reprymendy osie. Jest to w stylu tej postaci, no i wkomponowuje się w kreskówkowy humor. Dialogi wypadają dobrze, charaktery bohaterek zostały odwzorowane bez zarzutu, naturalnie. Jeśli chodzi o interpunkcję, kompozycję itd. to nie mam do czego się przyczepić, może w paru dosłownie miejscach dodałbym przecinek, czy istniejący już znak przeniósł w inne miejsce, zależy. Solidny, sympatyczny kawałek tekstu, jak na 400 słów limitu wyszło bardzo dobrze. Limit ten przypomniał mi o pierwszych Edycjach Konkursu Literackiego i w sumie klimacik opowiadania też miał w sobie coś nostalgicznego. W sensie, powiało old schoolem. Tekst mogę z czystym sercem polecić, w sam raz na minutkę w upalny dzień, między jednym zajęciem, a drugim, co by zebrać nerwy i wygasić myśli.
  15. Kwestia uniwersum, w którym rozgrywa się akcja niniejszego fanfika, a także związki z występującymi w nim światami została przedyskutowana na Discordzie – to jak najbardziej potwierdzam – dobrze, że sprecyzowanie tego szczegółu znalazło się w temacie, w sumie ja bym to dał również do pierwszego posta (tak jak i link do najnowszego rozdziału), aby czytelnicy nie mieli wątpliwości/ mogli szybko to sprawdzić. W sumie, jak tak teraz o tym myślę, to mogłem się tego domyślić – przecież w „Kodzie Equestria” występuje Sunset Shimmer z Equestrii, no i nie wydaje się aby Wojownicy Lyoko ją kojarzyli, więc aby wszystkie opowiadania mogły rozgrywać się w tym samym uniwersum, to chyba w grę musiałaby wejść jakaś podróż w czasie, ale zgodnie z koncepcją, że za każdym razem, gdy osobnik powraca do przeszłości, tworzy nową linię czasową. To całkiem ciekawe koncepcyjnie i choć już mamy potwierdzenie, że to oddzielne uniwersa i historie, to jednak zawsze będzie można się pobawić w gdybanie i łączenie ze sobą tych opowiadań. No i może będzie z tego troszeczkę satysfakcji, kiedy się okaże, że da się to jakoś ze sobą pospinać. Zależy. W każdym razie, rzućmy okiem na najnowszy rozdział, nie zatytułowany jednak tak, jak nakazywała tego oczekiwać poprzednia zapowiedź. Przyjmuję do wiadomości, że kontemplacja życia Sunset u rodziny Belpois jest tym po co idzie autor i na czym opiera fabułę, aczkolwiek obstawiam przy tym, że problemy, ich pokonywanie, są częścią życia i nic by się nie stało gdyby od czasu do czasu pojawił się jakiś „villain”, poważniejszy kłopot, czy spór, co okazałoby się sprawdzianem dla bohaterów oraz czymś takim co pomogłoby im utrwalić nawiązane więzi i zdobyć nowe doświadczenia. Jest to też okazja do rozbudowy ich charakterystyk, co mogłoby się przełożyć chociażby na to, że my, jako odbiorcy, zaczniemy się utożsamiać, chociaż w niewielkim stopniu. Przyznam jednak, że zapowiedź rozdziału, a konkretnie wzmianka o tym, że ktoś jeszcze dowie się o Sunset, rozbudziła ciekawość i dała nadzieję na to, że pojawi się jakieś napięcie, jakiś zwrot, coś co zmieni nieco tę idylliczną atmosferę. Sprawdźmy zatem co oferuje nam najnowsza porcja tekstu. Hm, czemu akurat „Powrót Do Przeszłości” jest napisany wielkimi literami? Pod lupę wezmę również założenie o tym, aby Sunset było coraz więcej z rozdziału na rozdział. Autor zachowuje proporcje między rozdziałami, zatem z biegiem czasu nie otrzymujemy coraz dłuższych kawałków tekstu, aż docieramy do w miarę stabilnej granicy 3x-4x stron, a samą historię czyta się sprawnie i bezstresowo, kolejne sceny nie wymagają poświęcenia dużych ilości czasu, sporo zostaje w głowie. Kolejne rzeczy pchną historię do przodu, nie za szybko, nie za wolno, to ok. Dominują sprawy obyczajowe, ogółem obcujemy z postaciami, obserwujemy ich codzienne życie. I co w związku z tym? Ano, niewiele. Fanfik nadal jest naiwny (tak po dziecięcemu, nie mam na myśli żadnej ujmy), jaskrawy, cukierkowy, dla mnie osobiście (jeszcze?) nie wydaje się za mdły, choć domyślam się, że wiele osób takie właśnie będzie mieć odczucia, nawet nie tylko za sprawą najnowszego rozdziału, ale również poprzednich. W każdym razie, rzeczywiście, ktoś jeszcze dowiedział się o Sunset i nie, nie sądzę aby prędko jakkolwiek wpłynęło to na fabułę i klimat. No, chyba, że po drugiej stronie ktoś nieznany coś zhackował i transmitował rozmowę Jeremiego z Ulrichem, czyli cały świat już wie o magicznym jednorożcu. Może przesadzam, ale jak tak o tym myślę, to by był niezły zwrot akcji. Wprawdzie rozdział kończy się w taki sposób, by podpowiedzieć czytelnikowi, że nadchodzą kłopoty, to jednak na tym etapie trudno jest mi dać wiarę słowom narratora. Uwierzę jak zobaczę, tyle. Co do ilości występów Sunset – rzeczywiście, pojawia się coraz częściej, natomiast nie do końca o to mi ostatnio chodziło. Tak, klaczka występuje i udziela się, ale nie odnosi się wrażenia, że gra pierwsze skrzypce, bo nadal głównymi postaciami są tutaj Aelita i Jeremie, zaś fabuła jest mocno zbazowana na elementach świata „Kodu Lyoko”, czerpie z niego garściami, to właśnie on jest rozbudowywany itd. A my nadal nie wiemy o co chodzi z tą księgą, którą znaleziono przy Sunset, ani czy cokolwiek z tego wyniknie, więc czekamy kiedy uda się rozgryźć to tajemnicze pismo, odkryć kim jest Celestia, a także czy istnieje gdzieś inny, kucykowy świat. Jest to wątek, który wciąż zatrzymuje mnie przy fanfiku, ponieważ jestem ciekaw jak autor to rozwiąże i czego się dowiemy. A póki co, podtrzymuję, iż jest to zdecydowanie bardziej fanfik „Kod Lyoko”, aniżeli „Friendship is Magic”, z którego czerpie... chyba tylko postać Sunset. I pismo equestriańskie. Może z czasem dojdzie do tego magia, ale ta jest nieodróżnialna od odpowiednio zaawansowanej technologii, a tej chyba w świecie fanfika nie brakuje, zważywszy na istnienie takich rzeczy jak chociażby Cyfrowe Morze. Kolejnym aspektem, któremu poświęcono dużo czasu, jest wątek wiary oraz wychowywania Sunset w tym właśnie duchu przez Aelitę oraz Jeremiego. Rozmawiałem już na ten temat z autorem i – w wielkim skrócie – nie mam nic absolutnie nic do tego, żeby postacie w fanfiku wyznawały wiarę katolicką i by było to konsekwentnie podkreślane. Chodzi mi po prostu o sposób prezentacji tego wątku oraz jego zawartości merytorycznej, a także o to jak jest on zbalansowany względem pozostałych wątków. I faktycznie, do tej pory mieliśmy wzmianki o modlitwach, mszach, jak zresztą wspominał Grento, wydźwięk był z tego taki, że Bóg jest dobry i kropka. A teraz... w sumie jest podobnie, lecz nie można powiedzieć, że elementy te tylko się przewijają i w sumie są zbędne, bo otrzymujemy całą scenę, w której Aelita czyta Sunset Biblię w wersji dla najmłodszych, a mała zadaje pytania i niejednemu się dziwi. W sumie, wypada pochwalić, że Dominique stara się nie odpowiedzieć wprost, tylko poszukuje łagodniejszych słów, gdyż ma na uwadze wiek Sunset. Koniec końców, pod "zachowywanie się wbrew naturze" można podstawić kilka rzeczy i też będzie dobrze. Tu ok. Aczkolwiek nie potrafię pozbyć się wrażenia, że wybór akurat tego fragmentu Pisma Świętego nie był przypadkowy. Osobiście skłaniałbym się bardziej ku plagom egipskim oraz motywu wątpliwości Sunset, czy zło tych ludzi naprawdę było tak wielkie, by Bóg zesłał na nich te nieszczęścia, a także takiego przebłysku, że zachował się On mściwie. Może mogłaby się go przestraszyć? Nie chodzi mi stricte o kość niezgody między nią a rodzicami, tylko jakiś grunt pod moment, w którym okaże się, że istnieją inne światy, magia itp. Bo mam nadzieję, że ten wątek wreszcie zostanie rozwinięty. Gdyby się tak nie stało, byłbym deko rozczarowany. Chociaż... mam pewną słabość do historii związanej z biblijnym potopem oraz zawiązanym po nim przymierzem. Może to też byłby ciekawszy wybór? Otrzymałem na Discordzie pewne zapowiedzi odnośnie tego jak dalej wątek wiary będzie realizowany i cóż mogę powiedzieć... Nie jestem uprzedzony, czekam, na pewno przeczytam ciąg dalszy, sprawdzę jak autor to zrealizuje. Chociaż uwiera trochę to, że wszystko jest wyłącznie czarne lub białe. Natomiast, czego by nie mówić, nawet jeśli określić niniejszy tytuł mianem „katolickiego fanfika Kod: Lyoko z elementami Friendship is Magic”, z całą pewnością to, co już mamy oraz to, co hintuje nam autor, są to sytuacje, w których kucyków nie widzieliśmy i w sumie, sam niespecjalnie sobie to wyobrażałem, więc na pewno jest to coś nowego. Oceniając pd kątem technicznym, w sumie nie mam za wiele do dodania od poprzedniego posta. Język jest poprawny, zdania zostały skonstruowane dobrze, więc wszystko brzmi jak należy, a liczne zdrobnienia pomagają w budowie dziecięcej, naiwnej atmosfery. Osobiście tu i ówdzie dokonałbym pewnych poprawek natury stylistycznej, ale są to rzeczy wynikające ze stylu oraz różnic w odbiorze różnych motywów, tak sądzę. Komuś komu przypadł do gustu fanfik, odnajdzie po prostu więcej tego, co mu się spodobało poprzednim razem. Czy to interakcje między Sunset a jej rodziną, czy kolejne wynalazki Jeremiego, czy też odniesienia do religii, wszystko tu jest. Póki co wydaje się, że wymienione rzeczy będą rozwijane i autor nie planuje dodawać do tej mieszanki niczego nowego, czy przełomowego, ale zobaczymy. Najlepiej przeczytać samemu i w ten sposób nabrać na ten temat własnego zdania Pozdrawiam!
×
×
  • Create New...