Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Hoffman

Brony
  • Content Count

    974
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    12

Hoffman last won the day on December 31 2019

Hoffman had the most liked content!

Community Reputation

582 Equestriańska Legenda

About Hoffman

  • Rank
    Pogromca Draculi i koneser czarnej kawy
  • Birthday July 3

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier
  • Miasto
    To zależy. Mogę być wszędzie.
  • Zainteresowania
    Długo by wymieniać. Głównie to kino grozy, gry wideo, seriale animowane, lata osiemdziesiąte, działalność fanów dotycząca dowolnych marek i masa innych rzeczy. Po prostu, co mi w oko wpadnie i wyda się interesujące, godne uwagi.
  • Ulubiona postać
    Z głównych postaci - Twilight Sparkle.
    Applejack nie jest zła, gdyż w pracy się nie obija.
    Ze złoczyńców - Chrysalis. Po prostu.

Recent Profile Visitors

9,658 profile views
  1. @Youkai20, bardzo dziękuję za komentarz Również przypominam sobie jeden tylko fanfik, w którym przewinęły się te postacie, więc niewykluczone, że myślimy o tym samym opowiadaniu. Albo mi coś uciekło. Odnośnie imion, to ja pamiętam jeszcze jak do internetów wyciekła bodajże Adagio Dazzle, a potem pojawiło się info, że to niby będzie oficjalne imię Vinyl lub Octavii, dokładnie nie pamiętam. A chodziło o imię jednej z nowych postaci, które pojawią się w "Rainbow Rocks". Nie wiem czemu, ale zapadło mi to w pamięć, więc nie było mowy, aby przynajmniej to jedno imię prędko wyleciało mi z głowy. Chociaż przyznam, że pisząc opowiadanie bardzo często mało brakowało, a bym pisał o niej per Ada. Jak Ada Wong z innego uniwersum. Ciekawie czytało się Twój opis Przyznam, że nieco zaskoczył mnie Twój dylemat, czy kpić, czy współczuć. W sumie nie bawiłem się w opis warunków mieszkaniowych i szczegóły, żeby każdy mógł sobie to wyobrazić po swojemu, sednem miało być to, że brakło im siły nabywczej. Teraz jak tak o tym myślę, w sumie ich finałowe starcie to było trzech na siedmiu, a nawet na ośmiu, jeśli liczyć wsparcie Vinyl. Nie była to wyrównana walka, dobrze, że chociaż jedną zwrotkę dały im wykonać. Cwaniaczki. Tak czy inaczej, ciekawa analiza, dzięki Moja znajomość EqG ogranicza się do trzech pierwszych filmów i kawałka "Legend of Everfree", ale miałem cynk, że syreny w którejś z tych nowych serii wróciły i nawet śpiewały, więc nie mogłem zbytnio kombinować z zakończeniem, żeby się to jakoś kleiło. A co było w paczce to pozostawiam wyobraźni czytelników. No i dzięki za ocenę ich charakterów. Przyznam, że naprawdę świetnie mi się pisało fanfik pod te postacie, aż sam byłem zaskoczony. Pozdrawiam!
  2. Hm, w tytule tematu jest „yaay”, ale wszędzie indziej już „yeey”, to jak to jest? Poza tym, jedno „a” chyba by wystarczyło. W opowiadaniu mamy też „Sunbersta” podczas gdy powinno to być „Sunburst”. Zdarzyły się literówki (np: „(...) jednorożec zacisnąła wargi,zamknąła oczy...”), czy też kwiatki pokroju „własnoręcznie wykonanego wieńca”, w odniesieniu do kucyka (mogłoby być „samodzielnie”). „(...) Starlight dopadł kuchenkę i wyłączył gaz.” - może coś źle zrozumiałem, ale to brzmi jakby Starlight została ogierem. Zamiast „Wild” jest w pewnym miejscu „Widl”. A od pewnego momentu już jest „Sunburst”. „Wszystko było już. gotowe” <- niepotrzebna kropeczka. „Glimer” <- brakuje „m”. W sumie, później sporo razy przewija się określenie na Starlight: „wielka gospodyni”, lub „mała wielka gospodyni”, troszeczkę za często przez co odniosłem wrażenie powtórzenia. I inne tego typu sprawy, których nie zaznaczyłem w tekście, z uwagi na problemy techniczne oraz wynikającą z nich konieczność czytania na telefonie. Ogółem, samo w sobie nie jest to nic poważnego i nie wymaga aż tyle perswazji, jednak różne literówki, błędy, potknięcia zdarzają się w tekście na tyle często, bym ośmielił się polecić autorowi powrót do popełnionego fanfika i przyjrzenie się treści, w poszukiwaniu tych właśnie błędów. Po ich poprawie z pewnością zniknie wrażenie niedopracowania, jakie odnosi się podczas lektury. Dziwne wrażenie sprawia akapit, w którym narrator wspomina, że gdyby dekorator odpowiedział coś Starlight w odpowiednim momencie, wówczas może przyszłość Equestrii potoczyłaby się inaczej i tak dalej. Gdyby opowiadanie okazało się retrospekcją, wówczas byłoby wiadomo skąd on o tym wiedział, ale ponieważ akcja ma miejsce na długo przed pierwszym sezonem, nie brzmi to najlepiej. Może gdyby podejść do sprawy subtelniej i zasugerować tylko, że niewiele wystarczyło, by zmienić poglądy Starlight, lecz dekorator powstrzymał się od skomentowania jej słów? Czytelnik mógłby się domyślać, że być może chodzi o to, co klacz zrobiła wiele lat później, a odnośnie czego narrator niekoniecznie powinien posiadać poszlaki. Jest też inny akapit, a w nim porównanie, że Starlight zrobiła coś z opóźnieniem jak ładowanie się filmu w internecie. Burzy to trochę klimat i osobiście sugerowałbym jakieś inne porównanie albo przepisanie tych kilku zdań. Wprawdzie potem czytelnik nabiera pojęcia na jakim poziomie technologicznym stoi otoczenie, lecz wciąż, według mnie nie jest to zbyt fortunne porównanie. W ogóle, jeśli chodzi o podejście Starlight do magii i przyjaźni, sprawa wygląda trochę dziwnie, gdyż potem w jakiś sposób zaprzyjaźnia się z magią, dzięki czemu wykonuje różne rzeczy, co ostatecznie powoduje powstanie wiadrowego pieseła, a także spory bałagan. Ostatecznie jednak wydźwięk opowiadania jest pozytywny w tym sensie, że otrzymujemy dobre zakończenie, które nie burzy świątecznej, w pewnym stopniu naiwnej atmosfery. Z drugiej strony, gdyby zaprzyjaźnienie się z magią oraz powstały za tą sprawą bałagan doprowadziły do srogiej kary i zepsutych świąt (złe zakończenie), wówczas atmosfera by ucierpiała, ale Starlight miałaby dodatkowy powód dla którego mogłaby być sceptyczna wobec magii, talentów itd. Wydaje mi się, że ostatecznie autor zdecydował się na lepsze w skutkach rozwiązanie, choć widać pod koniec, że historyjka mogłaby pójść w dwóch różnych kierunkach i w jednym z przypadków uzyskalibyśmy dodatkowe wydarzenia, które ukształtowały Starlight taką, jaką ją poznaliśmy w pierwszym odcinku, w jakim wystąpiła. Odsuwając na bok błędy i potknięcia, a także nie najlepiej brzmiące rzeczy i wątpliwości, przejdźmy do oceny tego, o czym to jest. Cóż mogę powiedzieć? Z okazji Świąt dostaliśmy typową, świąteczną historię opisującą dzień wigilii serdeczności z perspektywy małej Starlight Glimmer. W ciągu tychże siedemnastu stron bohaterka zdążyła odwiedzić kilka miejsc i zrobić całkiem sporo rzeczy, choć np. sceny z grą planszową czy „odgrzewana zupka subplot” nie wnoszą znów tak wiele do głównego wątku, a raczej służą jako dodatki przybliżające nam codzienne życie Starlight oraz jej manieryzm. Otrzymujemy sporo świątecznych akcentów – czytanie świątecznej opowiadanki, kupno materiałów z których później powstają ozdoby świąteczne, ubieranie choinki, jemioła, co nieco o marzeniach, no i wreszcie wieczerza wieńcząca opowiadanie. Całość okraszona jest lekkim, nieco naiwnym (w sensie, że dziecięcym) klimatem, zaś przyglądając się bliżej, między wierszami odnajdujemy takie wątki jak Starlight zmagająca się z własnymi słabościami. Dzięki pewnej nadinterpretacji możemy odnaleźć tutaj również nieco powagi, gdyż dowiadujemy się, że Starlight marzy o szczeniaku, a przy próbie opanowania wywołanego magią zamieszania powstaje „wiadrowy pies”, z którym ta sobie nie radzi, co może nam sugerować, że rodzice klaczki mają rację, że najpewniej jest za młoda na podjęcie takiej odpowiedzialności. Może to być uznane za komentarz do świata realnego, gdzie niekiedy pod choinkę dzieciaki dostają zwierzaki, którymi szybko się nudzą lub którymi nie potrafią się zająć, przez co te, traktowane jak przedmioty (Starlight ożywiła przedmioty i zrobiła z nich pieska) lądują na śmietniku/ bruku co zawsze jest smutne i godne potępienia. Dekorator okazał się przyzwoitą postacią o przyjacielskim usposobieniu, aczkolwiek nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że prędko zaczął się dziwnie spoufalać ze Starlight. Nic takiego się nie wydarzyło, ale wciąż – był to obcy kucyk, na miejscu klaczki miałbym więcej rezerwy. Nie zrozumcie mnie źle – sceny, w których pokazuje jej jak przygotować papierowe ozdoby i jak używać magii, aby same lewitowały, a także wymiana zdań o marzeniach świątecznych, wszystko to jest wykonane bardzo solidnie i z dbałością o odpowiednią atmosferę, po prostu sama relacja między tymi dwoma średnio do mnie przemawia. Gdyby dekoratorem okazał się kucyk z sąsiedztwa, którego Starlight zna z widzenia lub z którym jej rodzice dobrze żyją – to ok. Pod koniec przybył listonosz... tak po prostu i w sumie nie wiem co to dało historii. Ale przyznam, że przez moment myślałem, że zaraz będzie telegram, że z rodzicami coś się stało i nagła zmiana klimatu o 180 stopni. Ale tak się nie stało, bo rodzice stali tuż za nim, do tego z dziadkiem Starlight. No i sam nie wiem, średnio mi wypadła ta scena. To „o, pan jest moim dziadkiem?” jakoś mi nie podpasowało. To znaczy, faktycznie, Starlight była za mała by go pamiętać, ale naprawdę przez cały ten czas nie widziała ani jednej fotografii z nim? Żadne z rodziców o nim nie wspominało? Nie lepiej by było, gdyby jej mama albo tata powiedziała/ powiedział coś w stylu: „Spójrz, kto cię odwiedził.”, a wtedy starszy kucyk przywitałby się z małą, zwracając się do niej per „wnuczko”? Wówczas czytelnik i tak dowiedziałby się kim jest ta postać dla Starlight, a i dialog zabrzmiałby lepiej. W ogóle, brakuje w tej scenie emocji, dosyć szybko przechodzimy do bałaganu i kłopotów jakie ten spowodował, na czym cierpi świąteczny klimat, do tej pory budowany w sposób zupełnie poprawny. Nie tylko to, brakuje mi lepszego zamknięcia opowiadania, bardziej satysfakcjonującego zakończenia, może jakiegoś extra dialogu, może wymiany prezentów, może jakiegoś komentarza Starlight lub wypowiedzianego do pierwszej gwiazdki życzenia. Stąd pod koniec zostaje mały niedosyt. Życzenia świąteczne od autora oraz ekipy dłubiącej przy opowiadaniu to naprawdę miły gest, zostały odpowiednio oddzielone od treści opowiadania, przez co nie kolidują z nim, a stanowią miłe posłowie na określoną okazję. Bardzo miło i dzięki Podsumowując, jest to poprawnie wykonana, solidna historia świąteczna, która niczym nie zaskakuje, ale także niczym nie odpycha, a którą jeszcze można by dopracować, zarówno pod kątem technicznym jak i fabularnym. Ma odpowiedni klimat i czyta się ją lekko, niezobowiązująco. Na święta – czemu nie? Wydaje mi się, że gdybym natrafił na opowiadanie w środku lata pewnie od razu bym go nie doczytał do końca, ale świadomość, że mamy (jeszcze) grudzień i jest okres świąteczny bardzo pomaga w zatrzymaniu przy sobie czytelnika. Myślę, że warto dać szansę i zobaczyć jak autor odnajduje się w bardziej przyjaznych, kreskówkowych klimatach. Pozdrawiam!
  3. Zanim przejdę do rzeczy, chciałbym pokrótce wytłumaczyć dlaczego sceny wykładów wydają mi się lepsze, a na pewno bardziej realistyczne od audycji radiowej (radiowych). To są w gruncie małe rzeczy, jak na przykład wykładowca, który pyta o coś studentów i albo jest cisza, albo ktoś coś nieśmiało odpowiada, nauczyciel mówi: „Głośniej!”, czyli zachęca, dając studentowi nadzieję, że zabłyśnie, aby potem powiedzieć, że nie, to jednak nie o to chodzi i kontynuować wykład, rozwiewając wątpliwości. To są wszystko rzeczy, z którymi się spotkałem, o których słyszałem i które stanowią codzienność dla tych, którzy uczęszczają na zajęcia wykładowe. Więc nic dziwnego, że od razu przypomniałem sobie wiele rzeczy i że mogę w pełni się utożsamić z tym, co zaprezentował autor. Natomiast takiej oto audycji radiowej nie słyszałem w ogóle i wcale nie chodzi o to, że nie słucham radia aż tak często, gdyż nawet jeżeli nie chodzi o kwestie stricte naukowe (ze ściśle określonej dziedziny) ale codzienne, jak np. nowy obiekt w mieści, pomoc społeczna, inwestycje itd. goście są często zapraszani na dosyć krótki czas i na ogół nie mają możliwości zdradzenia zbyt wielu szczegółów, fachowym słownictwem operują okazjonalnie. A prowadzący lubią się wcinać, dopytywać, a czasem i rozpraszać. Rozgłośnie o charakterze ogólnym jednak częściej stawiają na muzykę oraz audycje rozrywkowe, a w dalszej kolejności informacyjne, aniżeli coś, że tak to ujmę, eksperckiego, gdzie zakłada się, że słuchacz jest osobą która sprawnie porusza się w danej tematyce, żyje tym i zgłębia to regularnie. Co innego w przypadku radia tematycznego, czy tematycznego programu telewizyjnego – spotkałem się z programami i reportażami, które w znacznym stopniu przypominały to, co otrzymaliśmy w „Kole Historii”. Znów jednak, zdecydowanie częściej były to programy telewizyjne, nadawane przez stacje tematyczne – coś co kiedyś znajdowało się wyłącznie w droższych pakietach i stanowiło atrybut tych lepiej sytuowanych (co nie zawsze było prawdą, wiele osób było sceptycznych wobec nowej technologii albo skąpiło), bo większość miała na kablu trzy kanały na krzyż i nie było szans by obejrzeć coś ambitniejszego. I chyba nagnę nieco kolejność rzeczy, bo to chyba dobre miejsce, by wspomnieć, że fragment audycji radiowej zawarty w rozdziale poświęconym Celestii uznaję za dużo lepszy, nie tylko w materii wykonania, ale także pod względami koncepcyjnymi. Konstrukcja rozdziału pozostaje niezmieniona – rozpoczynamy od tekstów źródłowych dających nam kontekst historyczny oraz przybliżających przeszłość znanej nam krainy oraz Nieśmiertelnego (tutaj – Nieśmiertelnej), któremu przypadło sprawowanie władzy nad nią. Tym razem, gdy przeskakujemy do czasów współczesnych, dowiadujemy się o fundacji, która została powołana w związku ze współczesnymi problemami dotyczącymi odszkodowań za dawno uczynione krzywdy, a które to krzywdy wynikły z uwarunkowań historycznych, o których (acz nie o wszystkich) dowiedzieliśmy się chwilę wcześniej. Pomysł ten uważam za strzał w dziesiątkę, ponieważ nie jest to tylko kolejna porcja wykładu historycznego tyle, że w innej formie, ale próba podjęcia czegoś, co trwa w czasach obecnych, a co stanowi wypadkową skutków wydarzeń historycznych, a do tego zmiana perspektywy – ukazanie współczesnego problemu, ale nie z wydawać by się mogło punktu widzenia obiektywnego (czy mającego słuszność czy nie to już inna kwestia, bo wszystko mogło się wydarzyć, ale nie musiało, pamiętajmy o tym) źródła, ale w formie wywiadu, gdzie gość przedstawia sprawę z perspektywy działalności, którą prowadzi oraz jej adresatów. Jednocześnie sporo kwestii (takich jak odpowiedź na pytanie o kontrowersje lub też wzmianki o zwiększającej się ksenofobii) wypada wiarygodnie i wydaje się niekiedy czerpać z problemów współczesnego, realnego świata. A w tle są oczywiście kwestie historyczne – kto mówi prawdę, czym jest prawda, co mówi ta prawda i komu należą się jakieś, dajmy na to, reparacje czy zwroty mienia. Szkoda tylko, że momentami przybiera to formę wykładu, a wystarczyłoby, gdyby kolejne akapity były odpowiedziami na dopytywania prowadzącego lub jego wtrącenia – audycja jeszcze bardziej zyskałaby na autentyczności. Natomiast rozdział, ogólnie, nie wyróżnia się niczym rewolucyjnym na tle poprzednich, jego konstrukcja nie zrywa z przyjętym schematem, zatem otrzymujemy konsekwentną kontynuację formy, jaką obrał sobie autor. Oznacza to, że opowiadanie w dalszym ciągu jest hermetyczne i niekoniecznie przeznaczone dla każdego, lecz absolutnie możliwe do sprawdzenia, a kolejne kawałki tekstu nie są na tyle długie, by stanowić ku temu jakąś poważną barierę. Jeśli chodzi o formę oraz różne jej mankamenty, nie ma sensu powtarzać tego, o czym wspominałem poprzednim razem lub o tym, na co była uprzejma zwrócić uwagę Cahan – jest w dużej mierze tak samo, ani lepiej, ani gorzej. Jak nietrudno odgadnąć, tym razem teksty źródłowe przybliżą nam genezę Equestrii oraz to w jaki sposób Celestia doszła do władzy. Zanim zapomnę – autor nieustannie wykorzystuje każdą okazję, każdy, nawet pozornie niewiele znaczący szczegół, aby nadać znanym rzeczom kontekst i ubogacić świat, w którym tworzy. Poprzednio były to znaczki (nazwane pieczęciami) oraz jak się ma ich sens do Wielkiego Planu. Jak wcześniej, tak i teraz poszczególne teksty mają swoje wydawnictwa, w ramach wspomnianej już audycji radiowej dowiadujemy się także skąd w ogóle pomysł, by nazwać miejscowości Equestrii w taki właśnie sposób. Po prostu wszystko okazuje się mieć znaczenie, tło oraz kontekst. Tym, czym wyróżnia się Celestia na tle pozostałych Nieśmiertelnych jest fakt, iż do władzy doszła w zasadzie bez rozlewu krwi, w sposób dyplomatyczny przerywając wrogie natarcie, a co zostało podkreślone w tekstach. Sprytne wydało mi się to, że gdy została władczynią, nikt nie wiedział, że jest to istota nieśmiertelna, toteż spodziewano się, że przeżyje swoje i umrze. A tutaj niespodzianka – raz przypieczętowana władza zostaje pozornie na wieczność. Przypomniało mi to historię dżinna Solmyra z HoMMIII/ IV – jako Dżinn winien on służyć temu, kto go uwolnił, aż do jego śmierci. A Solmyra uwolnił nieśmiertelny król Gavin Magnus, więc musiał on mu służyć przez wieczność. Taka sytuacja Jest też jeden fragment, który mi o czymś przypomniał, nie pamiętam już o kogo chodziło, ale chyba był taki ktoś w historii, kto zwykł jadać posiłki delektując się widokiem pałowanych ofiar. Chyba. Wydaje mi się, że to mogło być nawiązanie do tego, ale nie jestem pewien. Oprócz tego, w tym rozdziale widać jak wielkie znaczenie historyczne miała religia zwana solaryzmem i jak jej dogmaty stanęły w sprzeczności z istnieniem Celestii, która sama przyznała, że nie jest boginią, lecz Nieśmiertelną na równi z pozostałymi Nieśmiertelnymi. Tak w ogóle, rozdział ten, podobnie jak kolejny, poświęcony Lunie, ma wiele cech wspólnych zarówno z poprzednimi, jak i takich, dzięki którym faktycznie oba te rozdziały wydają mi się nieco lepsze, a przy tym wyróżniające się od trzech pozostałych z uwagi na klimat bardziej podpadający pod fantasy, a już na pewno większe znaczenie religii, magii, czy też jeszcze większą ilość tajemnic, zwłaszcza tych dotyczących Luny. Zahaczam już w jakimś sensie o kolejny, piąty rozdział, który, podobnie jak pozostałe, zawiera mnóstwo informacji, miejsc, postaci historycznych, ale także niedopowiedzeń czy zagadek, nad którymi, jak się dowiadujemy, nadal głowią się współcześni historycy. Luna jest tutaj o tyle ciekawszą postacią, iż w odróżnieniu od Celestii nie prowadziła własnych zapisków, widać też, że różni się nie tylko od Tej, Która Lśni, ale także od pozostałych Nieśmiertelnych, gdyż... nie pozostaje w miejscu, a podróżuje po świecie. Co stwarza idealną okazje podjęcia tematyki tego jak to się dzieje i dlaczego miałoby to być możliwe. Pojawia się nawet spekulacja jakoby Nieśmiertelnych mogłoby być więcej. Wszystko w kolejnej audycji radiowej, która, wzorem tej z rozdziału trzeciego, bardziej przypomina wykład, ale... wypadło jakoś nieźle. Nie wiem, to chyba przez ilość tych spekulacji, zwrócenie uwagi na tajemnice, a także wniosek, że te rzeczy nigdy nie są jednoznaczne i że w badaniu historii własne emocje czy odczucia nie mogą nigdy grać istotnej roli – fakty mają być przedstawione w sposób obiektywny, zgodny z tym co się stało, na podstawie niepodważalnych dowodów. Co nie wyklucza możliwych przedmiotów sporu między historykami, ale to już sygnalizowały kolejne teksty źródłowe. Ostatecznie, wyszło w porządku, chociaż z trzech audycji najbardziej mi podpasowała ta druga. Wprowadzono wiele nowych ras, na czele z Fomorianami. Istoty te zostały dobrze i zwięźle opisane, jeszcze lepiej wypadły opisy dotyczące skutków zarazy, jaka ich dotknęła. Bez problemu możemy sobie wyobrazić wygląd ich zmienionych ciał oraz agonię. Pamiętam, że kiedyś na maxiorze (teraz to chyba nie istnieje) był taki filmik „Niezwykłe szkielety” (chyba) i przewinęło się tam sporo fake'ów, ale od razu sobie skojarzyłem tamte zdeformowane czaszki z rogami. Jednocześnie do historii świata wprowadzono społeczność opartą na matriarchacie co jest kolejnym rozwinięciem uniwersum i urozmaiceniem treści. Motyw wiedźm, przepowiadania przyszłości, wizji sennych, wszystko to w znacznym stopniu sprawiło, iż ta część historii jest bardziej mistyczna, wyjątkowa. Dobrze jest się też dowiedzieć skąd mogły wziąć się co niektóre morskie istoty. W ogóle, jest to interesujące – kolejne rozdziały są konstruowane według tego samego, ściśle określonego schematu. Wszystko wydaje się „sztywne” i takie samo, a jednak każdy rozdział zawiera w sobie coś innego. Poszczególne wydarzenia, ich przebieg, a także elementy charakterystyczne zawsze oparte są na czymś innym, każda kraina i każdy Nieśmiertelny posiada swój własny klimat oraz unikalne cechy i tutaj znów ogromne podziękowania za ilustracje. Mała rzecz, a wiele wnosi. Przyznam jednak, że schemat z którego wynika forma kolejnych rozdziałów (dwa teksty źródłowe, wykład/ audycja i jeszcze jeden tekst źródłowy), za piątym razem już trochę nuży i to chyba dobrze, że w ramach pierwszej części był to ostatni rozdział jeśli hipotetyczne kolejne miałyby zostać napisane wedle tego samego wzoru. W ramach "Koła Historii" występują oczywiście opowiadania-oneshoty pisane jak większość fanfików, jednak ciekawi mnie na jakie zmiany w schematach następnych rozdziałów (nazwijmy to, historycznych), zdecyduje się autor, o ile w ogóle. Czy znajdziemy w nich jeszcze więcej tekstów źródłowych? Transkrypcji? Opisów wykopalisk? A może jakieś dzienniki z ekspedycji, jeszcze więcej wywiadów z ekspertami, a może coś jeszcze innego? Na „O'n” zabrakło mi troszkę czasu, jednak niebawem będę się zabierał za lekturę również i tej części serii. Zerknąłem sobie na szybko co mnie czeka i rzeczywiście, będzie to oddech po pięciu całkiem obszernych, dosyć specyficznie pisanych rozdziałach, skupionych głównie na czystym światotworzeniu, z niewielką dozą dialogów, a postaciami wymienianymi jedynie jako kolejne pionki na szachownicy losu/ historii. W ogóle, tytuł części drugiej, "Pax Imperios Immortales" brzmi naprawdę zachęcająco i całkiem epicko. Choć w dalszym ciągu fanfik ten pozostaje dość specyficzny, hermetyczny, to jednak jest przy tym wyjątkowy w swojej formie, a na pewno wystarczająco przystępny, aby każdy mógł spróbować i go poczytać, do czego oczywiście zachęcam. Pozdrawiam!
  4. Z pierwszych rzeczy – dobre wykorzystanie konspektu z racji podzielenia tekstu na trzy części. To był dobry ruch. Niedobrym ruchem było nie zwrócenie dostatecznej uwagi na sprawy techniczne, toteż znów mamy zatrzęsienie dywiz zamiast półpauz w zapisie dialogowym. No i literówki, jak np.: „Gdy zbliżyła się na tyle bl8sko, bym (...)”, takie „bejziki”, że tak to ujmę. Psuje to wrażenie z fanfika, tym bardziej, że nie jest on długi, więc takie błędy i potknięcia rzucają się w oczy. Po prostu nie ma kiedy zapomnieć o tym, że trafił się kwiatek. Co oferuje nam kolejna, czwarta część „Kronik Azumi”? Już wcześniej szło się zorientować, iż historia Three Weed/ Azumi jest dość tragiczna, tłem wielu wydarzeń był forumowy Samhain, który w znacznym stopniu wpłynął na to jaki mamy w kronikach klimat. „Siedem Pieczęci” w zasadzie nie wyłamuje się z tego schematu – mamy nawiązania do kataklizmu jaki spadł na świat przedstawiony, zaś tragiczna historia Azumi staje się jeszcze bardziej tragiczna, gdyż na jaw wyszły nowe fakty z jej życia prywatnego. Wydaje się wręcz, że na pasiastą bohaterkę spadło każde możliwe nieszczęście. Zatem wątek Azumi, jako postaci tragicznej, uległ wzmocnieniu. Pytanie tylko, czy to aby nie przesada? Nawet jeśli, chyba była konieczna, gdyż drugą postacią, na którą zwróci uwagę czytelnik, jest jej partner – Light Wright. Przez większość wydarzeń, w których uczestniczy, jest konsekwentnie kreowany na przyzwoitego i odpowiedzialnego gościa, któremu zależy na rodzinie. Lecz w pewnym momencie okazuje się, że jest on w stanie popełnić zło, jeżeli miałoby to cokolwiek zmienić, uchronić Azumi przez nieszczęściami, na które skazał ją los. Co w sumie w dalszym ciągu czyni go bohaterem raczej pozytywnym, który jednak posiada swoją ciemną stronę. To na plus. Przez opowiadanie przemknie nam również Zecora, choć fakt faktem, nie rymująca Zecora to tak troszkę nie Zecora. Niemniej autor nie zapomniał o uchyleniu rąbka tajemnicy dlaczego nastąpiła nagła zmiana maniery mówienia znajomej zebry. W porównaniu z poprzednimi odsłonami „Kronik” ta wydaje się dotykać życia rodzinnego Azumi oraz relacji między postaciami w największym stopniu. Udaje się zatem zarówno rozbudować życiorys zebry, ubarwić jej postać, ale także spotęgować smutek gdy ma się okazać najgorsze. Odniosłem wrażenie, iż autor dążył do tego, by tym bardziej odbiorcy było szkoda Azumi oraz Wrighta, zwłaszcza w cieniu wydarzeń znanych z Samhaina oraz poprzednich opowiadań. Jednakże ciężko mi napisać cokolwiek więcej. To, co jest w fanfiku... po prostu jest i spełnia swoje zadanie w porządku, lecz nie potrafię pozbyć się wrażenia, że pod względem formy mogło wyjść to dużo, dużo lepiej. Brakuje nieco opisów, tam gdzie robi się tajemniczo, enigmatycznie, trzeba użyć wyobraźni i poszukać wskazówek w pozostałych kronikach, to jak najbardziej wypada nieźle i dobrze wzmacnia kreowany klimat. Czuć, że jest to część czegoś więcej i czuć, że nie jest to wesoła, a tragiczna historia. Pytanie tylko jak długo będziemy spoglądać w przeszłość i odkrywać kolejne nieszczęścia i przykre fakty z życia Azumi oraz jej bliskich, zanim przeskoczymy w coś nowego? Nie wydaje mi się, aby Azumi, jako postać, była skończona, sądzę, że w drzemie w niej potencjał i chyba wiemy już wystarczająco wiele o jej pochodzeniu, by móc śledzić dalsze jej losy z zaangażowaniem. Dalsze, w sensie kontynuacji, na którą oczywiście liczę i co do której spodziewam się, że oprócz mroku dostarczy nam deko przygód. Ale jestem otwarty na wszelkie inne motywy. No i przede wszystkim namawiam do popracowania nad formą, tudzież znalezieniem sobie kogoś do korekty. Nie chodzi mi przecież o żadne radykalne zmiany w stylu, jedynie o podstawy, głównie w zapisie dialogowym. Mała rzecz, a naprawdę wiele podniesie, jeśli idzie o jakość fanfika. Pozdrawiam!
  5. Po „Alterze” Bester uraczył nas jeszcze jedną, choć dużo skromniejszą produkcją, ażeby kupić sobie nieco czasu przed finalnym werdyktem odnośnie wspomnianego kryminału, postanowiłem przyjrzeć się ”Wspomnieniom korektora”. Myślę, że mogę mówić o tym, że w jakimś sensie z treścią się utożsamiam, gdyż zdarzyło mi się przedpremierowo czytać i poprawiać niejeden fanfik. Niemniej, jak się dowiadujemy z tagów, jest to biografia Gandzi. Sprawdźmy zatem czym usłana jest historia znanego korektora. Przyznam, że tekst przypomniał mi o znanych już fanfikach-parodiach, lub też tych, które miały na celu zdenerwowanie danej osoby. Rzeczywiście, jest to nie tyle kucykowy fanfik co opowiadanie-parodia, które przerysowuje ponad miarę różne głupawki znane z „moich pierwszych opowiadań MLP proszę o wyrozumiałość”, reakcje bohatera również wydają się jak z krzywego zwierciadła, lecz gdy się wczytamy w sedno, zdamy sobie sprawę, że hej, również często o tym myśleliśmy gdy napatoczył się nam jakiś Dark Momentum, czy ktoś o podobnym życiorysie. Ba, nawet typowy Brony w Ponyville. Upić się, przeczytać, może coś tam poprawić, zostawić w cholerę, udać się na wakacje. Do Choroszczy. Na badania? Na badania. Przyznam, że miałem nie lada ubaw z odczytywania kolejnych wiązanek wyobrażonym głosem NRGeeka. Momentami wręcz zabrakło mi czegoś w rodzaju: „Ten autor powinien zap%$#dalać na Galerze!” I że powinien być smagany w dupsko batem ukręconym z tej jego fanfikcji, dopóki odcinki „Klanu” nie zrównają się z tymi z „Mody na Sukces”. Ilość złych emocji spowodowanych załamaniem się, utraceniem wiary w ludzkość z powodu danego fanfika, tudzież zazdrości wynikającej z tego, że są przecież inni korektorzy, którzy świetnie współpracują z autorami i osiągają sukcesy, wypadło to tak jak należało się tego spodziewać po tagach oraz przyjętej konwencji – jest to mocno wyolbrzymione, przerysowane, ale posiada w sobie ziarno autentyczności. Czujemy, że pewnego dnia my możemy nie zostać na czas usunięci z listy korektorów, że pewnego dnia może nas spotkać takie PW i że pewnego dnia my wylądujemy w pokoju bez klamek. Generalnie, jest to dość zabawny przerywnik, w sam raz na odrobinę nudy, acz w materii zaprezentowanych głupawek nie znajduję tu zbyt wiele nowego. Szczęśliwie tekst jest krótki i treściwy, toteż nie trąci on sztampą. Tak, sztampą – nawet nabijanie się ze sztampy w końcu przeobrazi się w sztampę. W końcu ileż można się znęcać nad kolejnym lub tym samym Bronym w Equestrii tudzież czarnym alikornem o krwistoczerwonych oczach i hiperrealistycznej krwi z nich cieknącej? Niemniej, warto zajrzeć, gdyż mimo to jest to historia z nieco innej perspektywy – pisana z punktu widzenia osoby, która ma „mój pierwszy fanfik” czytać i jeszcze ma to poprawiać, co oczywiście na dłuższa metę nie ma sensu bo już prościej by było napisać cokolwiek od nowa. Stąd nie dziwię się, że nasz bohater wylądował tam, gdzie wylądował. No i z całą pewnością jest w tym pewien ukryty przekaz. Rzeczywiście, często nie zdajemy sobie sprawy jak uciążliwa i trudna może być praca korektora, a także jak często ci, którzy różne kwiatki poprawiają, otrzymują niesprawiedliwie mało uwagi. Na pewno nieproporcjonalnie mniej w stosunku do twórców, którym przypisuje się całość sukcesu. Warto o tym pomyśleć. Może jakieś forumowe święto, Dzień Korektora, byłoby krokiem w dobrą stronę? Pozdrawiam serdecznie!
  6. Rozpocznę od tego, że zawarte w tym wątku opowiadanie wydaje się być idealne wręcz pod zapodany obrazek okładkowy. Autor oczywiście zadbał o opisy, lecz nie zmienia to faktu, że przez całą, choć niedługą, lekturę tak właśnie sobie wyobrażałem scenerię. A co nas czeka w samym opowiadaniu? Trudno powiedzieć, opis zapodany od Malvagio mówi nam wszystko i jednocześnie nic. I bardzo trafnie, gdyż w trakcie lektury nie poznajemy imion postaci, otrzymujemy jedynie wzmianki o tym kim one są dla siebie, a także uzyskujemy pewne drobne wskazówki odnośnie tego kto to może być. W gruncie rzeczy, nie wiemy konkretnie kiedy i dlaczego postacie te trafiają do ogrodu, czym ów ogród jest, opowiadanie pod tym względem sprawia wrażenie wyrwanego z dłuższego utworu. A raczej, miejsce akcji wydaje się być "wyrwane" od świata i egzystować w miejscu, które trudno odnaleźć. Coś jak sala tronowa Sombry w "Abdykacji". Zamiast wrażenia niedosytu mamy odczucie, że z jakiegoś powodu autorowi bardzo zależało, abyśmy wraz z bohaterkami trafili w to właśnie miejsce, aby doświadczyć tego co one. A mówię o tym dlatego, że ma to znacznie w odbiorze mrocznej atmosfery, którą po raz kolejny zaserwował nam Malvagio. To nie tylko opisy, wykonane zresztą niezwykle starannie, z dbałością o każde słowo, zdanie, czy nawet formatowanie, ale także wrażenia jakie dają poszczególne akapity oraz interakcje postaci, gdyż owszem, takowe tu występują. Opowiadanie radzi sobie doskonale wtedy gdy jest czystym opisem i radzi sobie nie gorzej gdy występują w nim dialogi. Przyznam natomiast, że gdy w fanfiku po raz pierwszy przewinął się zimorodek, do głowy przyszło inne, konkursowe opowiadanie autora - „Dla zimorodków”, z Flutterszu w roli głównej, o ile dobrze pamiętam Opowiadanie jak najbardziej godne polecenia, acz nie zdziwiłbym się, gdyby znalazł się ktoś, kto wrzucony w treść „Odwiedzin” poczuł się nieco skołowany o czym to tak naprawdę jest, co te postacie tutaj robią i dlaczego. W tym wypadku brak szerszego kontekstu nie przeszkadza, mamy zostawione pole nie tylko do własnych interpretacji, ale także teorii odnośnie tego jak „Odwiedziny” mogłyby być powiązane z pozostałymi, wybranymi utworami autora. Najmocniejszym aspektem opowiadania jest jego klimat, a forma po prostu stoi na wysokim poziomie, ciężko mi się nad nią rozpływać w sytuacji, w której miałem przyjemność przeczytać już niejeden fanfik autorstwa Malvagio. Czuję się tak, jakbym po prostu dostał więcej tego, co spodobało mi się ostatnim razem. No i jak ostatnim razem, mogę z czystym sercem polecić to opowiadanie.
  7. „Equestriański Faust”? Brzmi intrygująco. Wykonanie? Pomimo limitów wynikających z Gradobicia, muszę przyznać, że zostałem mile zaskoczony. Opowiadanie po prostu sprawia wrażenie kompletnego, zachowuje typowo konkursową zwięzłość i pozostaje otwarte bez odczucia niedosytu, ale z polem do własnej interpretacji, w dużo lepszym stylu niż choćby „Exodus”, który i tak był za ten aspekt całkiem sympatycznym dziełkiem. A jeśli nie własna interpretacja, zostaje jakaś chęć dopisania ciągu dalszego, wypełnienia pewnych luk czy opracowania wydarzeń z przeszłości, o których nam wspomniano, a o których nic nie przeczytaliśmy. Uwaga na spoilery! Jest to po prostu niedługa, przystępna w odbiorze historia, dosyć dobrze wpasowująca się w fabułę kanonu, rzucająca zupełnie nowe światło zarówno na postać i przeznaczenie Celestii, jak i Discorda. Nie wspominając już o takich kwestiach jak pochodzenie Luny, czy geneza Equestrii. Jest to o tyle bardziej satysfakcjonujące, gdyż wszelkie elementy, wątki wprowadzone przez autora lądują na swoim miejscu, a całość historii po prostu się klei, dobrze komponuje. A co cieszy jeszcze bardziej, opowiadanie radzi sobie na tyle dobrze, że jest zrozumiałe nawet bez znajomości „Fausta”. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy ciekawiej wypadł Discord, czy Celestia. Z jednej strony umowa to umowa i draconequus rzeczywiście powinien otrzymać duszę Celestii, zaś fakt, iż jednak dzieje się inaczej jest całkiem zaskakujący (Nikt nie spodziewa się equestriańskiej Harmonii!), lecz postać Celestii jako tej, która de facto nie miała siostry i która sama z siebie nie posiadała wielkiej mocy, również wypada świetnie. Oddała ona własną dusze Discordowi, by móc posiąść krainę na własność, by stać się alicornem i by mieć siostrę, którą (prawie) zawsze będzie mieć przy sobie, lecz wszystkiego użyła do tego, by czynić dobro, co sprawia, że ostatecznie zostaje uratowana przez Harmonię. Nie brakuje w tej historii tajemniczości, a wizja wymiaru Discorda (piekła?), choć przewija się przez krótki czas, urozmaica treść i buduje klimat. Co cieszy, żadna z wyżej wymienionych postaci nie została nam przedstawiona jako zła. Nie dowiadujemy się o żadnych niegodziwościach, które popełniła Celestia po podpisaniu paktu, a zanim postanowiła czynić dobro. Zostało stworzone wrażenie, że jako księżniczka ma coś tam za uszami, lecz nie jest to nic co kwalifikowałoby się do rangi czystego zła, po prostu czegoś o niej nie wiedzieliśmy, a poddani mogą się czuć w jakimś sensie tylko okłamani. Discord nie wzbudza żadnej niechęci, zachowuje się tak jak można się było po nim tego spodziewać, no i za interwencję Harmonii również reaguje tak jak on. Powiem nawet, że wypada sympatycznie, tak jak w serialu, no i jak już pisałem, trochę się mu ta dusza należy. Chyba tam nie było żadnego ustępu pisanego maczkiem, co? No i wychodzi na to, że tam chyba każdy jest ofiarą/ poszkodowany. Poddane kucyki, które tracą swoją władczynię, Celestia, która musi się rozstać ze światem, no i Discord, który nie dostaje jej duszy. W sumie nie, to nie do końca tak - Harmonia wydaje się być w tym wszystkim wygrana, gdyż wszystko przebiegło zgodnie z jej planem. Ciekawe. Styl oraz forma bez zarzutu. Po prostu solidna robota, bez jakichś wyszukanych czy przełamujących trendy zabiegów, ale też bez poważniejszych potknięć czy błędów. Najważniejsze, że tekst czyta się po prostu dobrze i sprawnie, konstrukcja fanfika stoi na solidnych fundamentach, no i w dosyć krótkim czasie autorowi udało się stworzyć odpowiedni nastrój. Dominuje pewna doza tajemniczości, mrok jest bardziej kreskówkowy, aniżeli niczym żywcem wyjęty z filmu grozy na przykład, zaś zakończenie, choć w jakimś sensie smutne, to jednak jest w nim ten motyw nadziei, że choć ktoś odszedł, to jednak jakaś jego część została z nami, że będzie dobrze i że nie ma się czym zamartwiać. Znów, wszystko to udało się odpowiednio nakreślić w naprawdę niewielu zdaniach. Czy opowiadanie, w ogóle, pomysł, zasługuje na rozbudowanie? Oczywiście, że tak. Z drugiej strony, co przecież znajdziemy w fanfiku, chwila jest taka piękna, więc czego nam więcej potrzeba? W mojej opinii jest to godne polecenia, niedługie, ale potrafiące zainspirować opowiadanie, któremu warto poświęcić parę minut. Pozdrawiam!
  8. Przyznam szczerze, że lekturę zakończyłem beznamiętnym „aha”. Opowiadanie postrzegam bardziej jako mały eksperyment (świetnie, Kapitanie Oczywisty, sam autor o tym wspomniał ), zabawę formą, chęć opowiedzenia jakiejś historyjki jest tutaj bardziej przykrywką, pretekstem do wspomnianej wcześniej zabawy. Jako [Random], jako [Comedy], wypada to ok, chociaż bez większych rewelacji. Długość jest... też chyba bardziej w porządku, wydaje mi się, że gdyby ciągnąć to dalej, wówczas żarty prędko by się zestarzały. A tak jest w miarę ok, otrzymujemy przestrogę, by zawsze sycie karmić nasze pupile, bo nam wybuchną i będzie wielki grzybek zamiast tulenia. Rzucić okiem można, czemu nie?
  9. Przychylę się do spostrzeżenia bodajże Mordecza, iż w przypadku dwóch tylko kucyków ciężko mówić o exodusie, chyba że stanowili (lub nadal stanowią) część szerszej społeczności, która dokądś migruje. Niestety, nie otrzymujemy takiej informacji w tekście więc jest to bardziej własna interpretacja tego, co zaprezentował nam autor. A jest tego dość niedużo, z uwagi na limity wynikające z Gradobicia. Niemniej to, co już jest, zostało wykonane całkiem solidnie. Hm, czy „oddałby” nie powinno zostać napisane razem? Jeżeli owszem, wówczas to chyba jedyny błąd w tymże niedługim tekście. Autor powyciągał ze swego pomysłu wyłącznie to najważniejsze i skupił się na przekazie – mamy ojca i syna, mamy walkę z żywiołem i pragnienie przeżycia, jednak od pewnego momentu wiemy już, że temu młodszemu nie dane będzie zajść na tytułowe zieleńsze pastwiska (mam na myśli tytuł motywu). Z jednej strony to działa, w końcu chodzi o śmierć niewinnej istoty, do tego dziecka, które miało przed sobą całe życie, zatem nie można mówić o tym, iż opowiadanie przez narzucone limity nie realizuje tagu [Sad]. Z drugiej strony ciężko cokolwiek poczuć, gdyż są to zupełnie nam nieznane postacie, o których nie wiemy prawie nic i z którymi nie obcujemy dostatecznie długo, by się z nimi zżyć. Ale przyznam, relacja ojca i syna, w ogóle motyw opowiadania o tej szczęśliwszej krainie do której obaj zmierzają, ta rzecz wypadła dobrze i wiarygodnie. Dodaje to gorzko-słodkiej otuchy. Natomiast tym co spodobało mi się najbardziej jest pewna dwuznaczność zakończenia. Autorowi udało się zasiać w czytelniku wątpliwość, czy ta kraina aby na pewno istnieje i gdy wreszcie przychodzi pora na zwieńczenie, pomimo opisów, tak naprawdę ciężko stwierdzić, czy ci zwiadowcy to byli zwiadowcy co Hard Worka zabrali do prawdziwej Equestrii, czy też były to jakieś anioły, które zabrały go na drugą stronę, która zowie się Equestria. Powstaje przy okazji pytanie czym jest Equestria, zaś tytuł można wówczas odebrać jako nawiązanie biblijne, co nadaje całości lepszego klimatu. Wciąż jednak, jest to owoc własnej interpretacji, ale bardzo dobrze, że pole do takowej posiadamy. To się zawsze ceni. Zatem mamy tutaj interesujące wykonanie wybranego w ramach Gradobicia motywu, nie rozwijające w pełni skrzydeł co wynikło z limitu słów, ale jak najbardziej można opowiadanie przeczytać i pomyśleć nad zakończeniem, co tak naprawdę myśmy przeczytali. Pozdrawiam!
  10. „Coś dodawało jej sił. Czy był to stach?” Stachu, to ty? Ja również przeczytałem i cóż mogę powiedzieć? Zdecydowana dominacja dialogów nad opisami. Te oczywiście występują, lecz w żadnym momencie nie zyskują na gabarytach, więc mamy opisane tylko to, co niezbędne. Chyba. Sporo jesteśmy zmuszeni wyobrażać sobie sami, ale z drugiej strony sprzyja to tempu akcji. Wręcz za bardzo, gdyż ta leci na łeb, na szyję i nim się obejrzymy, następuje koniec. Przyznam, że czuć troszeczkę powiew old schoolu – Liga nadal poszukuje znaczków, a robi to poprzez próbowanie czego się tylko da, znów mamy to mroczne i niebezpieczne Everfree, Patykowilki oraz nowego stwora, tytułowego Babeczkowego potwora. Którego tożsamość nie zaskoczyła mnie ani trochę, spodziewałem się tego*. Zatem z jednej strony to dobrze, że opowiadanie nie jest zbyt długie, toteż nie ma za bardzo kiedy zniechęcić się wrażeniem pewnej odtwórczości, źle, że jednak autor nie porwał się na coś nowego. Aha, byłbym zapomniał – jedno w Babeczkowym Potworze mnie zaskoczyło. Pomijając tożsamość, myślałem, że wystąpi i będzie istną parodią Ciasteczkowego Potwora. A jednak nie, czytałem i czekałem a kiedy będzie ten muppet, a tutaj zonk, nie ma. Trzeba przyznać, że charakter Pinkie Pie, oprócz momentu, o którym pisał @Foley (no, chyba, że chciała ich podpuścić, tak na zasadzie przekory), został oddany wiarygodnie i bardzo kreskówkowo. Czytając jej kwestie często słyszymy należący do niej głos, doskonale sobie wyobrażamy jej gestykulację jakbyśmy oglądali odcinek MLP. To jest dobra robota, bez dwóch zdań. Zresztą, charaktery Ligi Znaczkowej nie wypadają gorzej. Jest za co pochwalić, aczkolwiek znów się zgodzę z Foleyem, że nie jest to żadne arcydzieło, ale ani nawet nic wyrastającego ponad przeciętność. Za to jako lekki, niezobowiązujący [Random] z elementami komediowymi, w sam raz na parę minut, sprawdza się dobrze. Kawałków życia zbytnio nie odnotowałem i w sumie nie wiem co tu robi tag [Slice of Life]. Odnośnie formy, to większych zastrzeżeń nie mam, chociaż akcja leci dla mnie trochę za szybko, nie brakuje paru potknięć, od czego zresztą rozpocząłem niniejszy post. Nic by się nie stało, gdyby jeszcze trochę nad tym popracować, myślę, że całość zyskałaby na jakości. Sam pomysł wydaje się być... no ok, chociaż nie wydaje mi się aby za wiele dało się z niego wycisnąć, także w warstwie fabularnej chyba nie będę narzekać na wykonanie, gdyż sam pewnie nie wymyśliłbym za wiele pod ten konkretny temat. To znaczy, autor pokazał, że można, ja bym nie dał rady To by chyba było tyle. Z jednej strony jest to krótka, niezobowiązująca lektura do herbaty czy kawy, z drugiej, również na tym polu jest relatywnie sporo lepiej wykonanych opowiadań, przez co „Babeczkowego potwora pora” nieco traci. Myślę, że pod względem formy mogłoby być lepiej, o warstwie fabularnej się nie wypowiem bo sam niczego bym pod taki oto temat nie wymyślił, ogółem jest raczej ok, ale tylko ok. Nie potrafię pozbyć się przeczucia, iż autora było stać na więcej. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak życzyć powodzenia przy dalszym pisaniu, coraz to nowych, nietuzinkowych pomysłów oraz sprzyjających wiatrów przy wcielaniu owych pomysłów w życie. Pozdrawiam! *O ile to rzeczywiście była ona, ale tak to zrozumiałem z tekstu i kontekstu.
  11. Hm, ile to już czasu minęło? Nie tak dawno temu w ramach Klubu Konesera Polskiego Fanfika zorganizowany został event świąteczny, składający się z dwóch części: literackiej i komentującej. Czego się nie spodziewałem, nagle wpadłem na pomysł i zacząłem sobie pisać. Tak się wkręciłem, że opowiadanie wyszło niemalże dwa i pół razy większe niż przewidywał limit, więc nie było mowy, by mogło wystartować. Zatem przedstawiam Wam je tutaj, w te ostatnie godziny roku 2019 [miejsce na okładkę, gdy już ogarnę jak rysować te postacie] Jedyna taka historia [Oneshot] [Equestria Girls] [Random] [Comedy] Wraz z nadejściem grudnia, syreny stają w obliczu nowego wyzwania. Muszą one zorganizować sobie pierwsze święta bez magicznych mocy i do tego przy mocno ograniczonym budżecie. Wobec napotkanych trudności, The Dazzlings dzieli się na dwa fronty. Czy mają jeszcze szansę na godną wigilię? Ta historyjka powstała pod wpływem spontanicznej zajawki, chyba na przestrzeni zaledwie trzech przysiedzeń, co mi się nie przytrafiło od niepamiętnych czasów. W noc sylwestrową różne rzeczy się dzieją, więc najpewniej w przyszłym roku rozejrzę się za błędami czy potknięciami jeszcze raz, dla pewności Pozdrawiam oraz życzę szczęśliwego nowego roku 2020! Dziękuję @Coldwind owi za organizację eventu, pod wpływem którego udało mi się napisać nowy fanfik, no i zapraszam Państwa do dołączenia do Klubu, jeśli jeszcze tego nie uczyniliście
  12. Witam ponownie, jak zwykle dzięki za poświęcony czas, a także wspomnienie o tym co było nie tak, co się nie sprawdziło, a co akurat wyszło. Napomknę tylko, że nie mam pojęcia, czy wysłałeś jeszcze jakieś uwagi czy spostrzeżenia na szybko na Discordzie, bo napotkałem na problemy techniczne i komunikator przestał działać, aplikacja narobiła dymów z systemem, w przeglądarce też mi wyskakują błędy. Będę dzisiaj jeszcze próbować. A przechodząc do rzeczy, przypomniałem sobie, że miałem wieku temu uprzedzić Cię (gdyż wspominałeś, że jeszcze wrócisz do serii), że po akcji z Bazyliszkiem z następnych opowiadań będzie wynikać tyle, że, mówiąc kolokwialnie, jeden z drugim sobie babę znajdzie, w międzyczasie się trochę poróżnią, a na święta spotkają w Dodge City. No i tyle. Domyślałem się, że te teksty wydadzą się Tobie mało zachęcające, czy w ogóle nijakie z uwagi na tematykę właśnie. De facto, po "Ołowianym Gleipnirze" są dwa remaki starych opowiadań konkursowych z 2013, oba zaraz po 5 lat będą miały. W jednym z tych konkursów tag [Romans] był obowiązkowy, więc dlatego fanfik z 2013 był jaki był i dlatego tak wygląda po przepisaniu w 2015. A gdy powstawał "Ołowiany..." nadal byłem w takim nastroju, że jako twórca myślałem sobie, że jeszcze poeksperymentuję z gatunkami i napiszę coś, co jak onegdaj opisałem będzie: A dalej jest opowiadanie ze świątecznego konkursu z 2013, od którego seria tak naprawdę się wzięła. Przypominam, że seria nie powstawała od początku, tylko dziwnie od środka. Po prostu sobie wymyśliłem, że "a teraz będę pisać cykl, bo dlaczego nie". Masa rzeczy była wprowadzana w biegu, choć przy wstępnych planach, a późniejsze chronologicznie opowiadania istniały przed wcześniejszymi. Stąd to opowiadanie świąteczne strasznie odstaje i w sumie nie wiem, czy faktycznie jego też nie napiszę jeszcze raz, to będzie jeszcze więcej wersji. Wiele lat później, ale przynajmniej będzie więcej "nowej" zawartości. Zawsze było tak, że pisząc tę serię chciałem próbować nowych rzeczy, również gatunku, którego zresztą sam nie preferuję i którego raczej już nie popełnię, a przynajmniej nie na tyle, by nadać od razu tag. Po prostu taką miałem wówczas koncepcję, popisałem sobie, już wtedy było przy okazji trochę cringe'u, ale sporo funu, więc wspominam to całkiem w porządku. Zwrócę tylko uwagę, że "ostatni boss" był wspomniany przed zakończeniem, choć nie z imienia. Wtedy jak bodajże dzieciarnia podbiła do Gleipnira, żeby on naprostował paru starszych kolesi, no to właśnie chodziło o niego No to chyba tyle. Jeszcze raz dziękuję za komentarz. PS: Co do paru najnowszych opowiadań, przez nadprodukcję i to, że w trakcie realizacji pomysłów przyszły mi do głowy dodatkowe pomysły, możliwe, że przed kolejnymi publikacjami wrócę do nich i co nieco zmodyfikuję i poprawię. Zatem gdybyś jeszcze zechciał powrócić do serii, a te teksty na tym etapie chyba wnoszą do fabuły najwięcej, to nie ma pośpiechu Jak to się mówi, "to będzie jeszcze patchowane".
  13. Witajcie. Minęło bardzo dużo czasu odkąd pisałem w niniejszym wątku, prawie dokładnie rok. Brakuje ilu dni? Siedemnaście. Tak czy inaczej, najwyższa pora zabrać głos ponownie i zdradzić kilka szczegółów odnośnie przyszłości nie tylko „Kresów”, ale także mojej twórczości, ogólnie Czy fakt, iż przez cały ten czas nie miała miejsca ani jedna aktualizacja świadczy o tym, że projekt pod nazwą „Kresy” został przerwany, a fabuła nie doczeka się swojej kontynuacji? Nic z tych rzeczy. Zapewniam, że „Kresy” mają się dobrze, a nowe opowiadania de facto już powstały i powstają nadal. Po prostu na razie dojrzewają sobie w bezpiecznym miejscu. Dałem sobie więcej czasu – na przemyślenie fabuły, dopracowanie szczegółów, a także innych rzeczy, w tym przeanalizowanie tego czym „Kresy” mogą być w przyszłości oraz jak długo trwać będzie seria. Rozwiązanie to pozwoliło mi kontynuować pisanie fanfików bez zaniedbywania obowiązków, głównie studiów, a także momentalnie przerzucać uwagę i siły na różne kłopoty życia codziennego, które pojawiały się dość spontanicznie. I które z reguły odbijały się na mnie niekorzystnie, co z kolei powodowało inne mało fajne rzeczy. W każdym razie, działanie to było mi na rękę również dlatego, że na tym etapie serii fabuła znacząco się komplikuje, co bynajmniej nie odbywa się bezrefleksyjnie i co ma dojść do pewnego konkretnego punktu zwrotnego. Z tego tytułu korzystniej było zaprezentować ekipie prereaderskiej (pozdrawiam Cię, @Foley ) wpierw całość, tj. kolejne opowiadania prowadzące do tego momentu, aby poznać pełen obraz jak to wygląda, co wypaliło, a co niekoniecznie, co zmienić, co poprawić itp. A co to oznacza w praktyce? Nadprodukcję. Czyli, kiedy już będę gotowy, a opowiadania dojrzeją, będę w stanie rozplanować sobie kolejne publikacje, w związku z czym opowiadania będą pojawiać się regularnie, a temat będzie aktualizowany. Równolegle będą kontynuowane dalsze prace, co powinno doprowadzić do zakończenia sagi rodziny Ashfallów w nadchodzącym, 2020 roku. Oczywiście prace będą trwać tylko wtedy, kiedy będę mieć na to czas – priorytetem jest praca dyplomowa, ale dzięki wspomnianej nadprodukcji zapewniony będzie ciąg dalszy fabuły nawet wtedy, kiedy będę zmuszony przysiąść przy literaturze czy czymkolwiek czym poleci zająć się promotor. A co potem? Jeszcze na sto procent nie wiadomo. Na dzień dzisiejszy mogę zadeklarować, że będę dążyć do tego, by napisać resztę i doprowadzić do kompletnego zakończenia serii, które sobie wymyśliłem. Jednakże dopiero kiedy faktycznie zasiądę przy kolejnej sadze i sprawdzę na ile jeszcze mnie stać, wtedy określę czy należy spodziewać się kolejnych opowiadań i kiedy. Plany na fabułę są, pytanie tylko ile jeszcze będę mógł z siebie wykrzesać. Niewykluczone, iż ponownie spróbuję najpierw zbudować jakąś nadprodukcję, ocenić swoje możliwości, a następnie podjąć decyzję ile tego jeszcze będzie. Oprócz tego, być może co niektórzy kojarzą, iż swego czasu szukałem pewnej odskoczni od przygód Fenrira i spółki, czyli że chętnie spróbowałbym wystartować z jakimś nowym opowiadaniem/ opowiadaniami. Przymiarki do tego również miały miejsce w tym roku, ale nie mogę powiedzieć, że projekty te odniosły jakiś większy sukces. Owszem, powstało kilkanaście stron nowej fanfikcji, ale na chwilę obecną opowiadania te mają małe szanse na ukazanie się. Wpierw wypada podokańczać te kawałki, potem przyjrzeć się co najbardziej zasługuje na uwagę i ustalić kolejność dalszego pisania. Może coś w końcu wypłynie do internetów, zobaczymy. Pamiętam, że zapowiadałem także dodatkowy kontent graficzny, co, jak widać, zostało zweryfikowane przez czas oraz moje obecne możliwości dosyć surowo. Ponieważ od niedawna rozpocząłem akcję odrdzewiania się na dA, należy spodziewać się, iż prędzej czy później w końcu zaczną pojawiać się nowe grafiki nawiązujące do „Kresów”, w tym poprawki już istniejących bo Hoffman odkrył stalówkę w Gimpie chciałbym aby wyglądało to w miarę dobrze. Jest duża szansa, że niekończące się prace poprawkowe jednak się zakończą, a kolejne rzeczy opuszczą swego rodzaju piekło developerskie i zostaną dokończone. Wstępne projekty do paru ilustracji już są, może i w tej materii coś się ruszy. Oprócz tego, Inkarnate chyba się powiększa, zatem niewykluczone, że w pewnym momencie zechcę odświeżyć nieco mapkę południa. Natomiast jedna rzecz uległa małej aktualizacji i jest to plik zawierający chronologię opowiadań. Przebudowałem go, zrobiłem więcej miejsca na krótkie opisy poszczególnych opowiadań, kosztem muzyczki i rubryki na „arci”. Z YouTube to nigdy nie wiadomo co za moment zablokuje albo wywali, a poza tym, nigdy nie mogłem się zdecydować. Ani co do przyszłych opowiadań, ani tych już opublikowanych – jest zbyt wiele utworów wokalnych oraz motywów z różnych gier, spośród których mógłbym wybierać i które potrafią zainspirować. Zresztą, nie umiem się tak bawić formą jak D.E.F.S, czy Bester Rubryka na arci była zbędna, ale w ramach kolejnych postów zawsze można zachować terminologię, więc wciąż będzie można mieć wrażenie jakby był to Wasz typowy vlog o anime Jak być może zapowiadałem, kolejnym takim "arciem" będzie wyzwalanie Zebryki. Ale myślę, że ciekawszym dodatkiem są przypisy, które dodałem do chronologii – zdradzają troszkę co było pierwsze i skąd się wzięło. Jakby wziąć pod uwagę korzenie serii, dochodzi się do wniosku, że trwa to już od... 2013 roku. Sporo czasu. Podsumowując, nie, "Kresy" nie zostały porzucone, fabuła posiada swój ciąg dalszy, który po prostu przechodzi jeszcze przez poprawki i czeka na publikację, a kolejne opowiadania będą powstawać. Po prostu 2019 okazał się dosyć... szczególny. Mała przerwa w publikacjach, ale niekoniecznie w pisaniu. Seria ruszy do przodu, gdy nadejdzie właściwy czas Pozdrawiam serdecznie!
  14. Swego czasu, w trakcie pewnej wymiany zdań z autorem, otrzymałem podpowiedź, iż kolejny planowany przez niego fanfik będzie mieć formę cyklu – formy, którą sam stosuję i którą polecam, z uwagi na elastyczność oraz to, o czym Verlax wspomniał w przedmowie, czyli mniejsza w stosunku do opowiadania wielorozdziałowego dyscyplina. W każdym razie, „Koło Historii” z miejsca wzbudziło moje zainteresowanie i priorytet do czytania miało na mojej liście dosyć wysoki. Tzn. staram się do każdego fanfika podchodzić tak samo, aczkolwiek jakaś kolejność czytania musi być, a to wygodne narzędzie wyboru co i kiedy czytać Przeczytałem zarówno „Krwawe Słońce” jak i „Twarzą ku Słońcu”, mam także za sobą kilka dyskusji z autorem (nie tylko odnośnie jego opowiadań, ale także moich własnych), toteż na tym etapie wiem już co uznaje za pryncypia w opowiadaniu historii, jakie jest jego podejście, znam również różnice między nami, jeśli idzie o preferencje. Mając tę wiedzę, od „Koła Historii”, jeszcze przez lekturą prologu, spodziewałem się przede wszystkim światotworzenia, niekoniecznie akcji jako takiej, ale mozolnego opowiadania o historii kreowanego świata, z uwzględnieniem wielu jego zmiennych, aspektów, w oparciu o różne źródła oraz inspiracje, o których niekoniecznie mogę mieć pojęcie. Chodzi mi o to, że, jak to trafnie określiła przede mną Cahan, nie jestem w żadnym wypadku historiofilem, w tej materii jestem kompletnym laikiem. Po prostu poszedłem w inżynierię, taka sytuacja. W związku z powyższym, nieco obawiałem się tego opowiadania, gdyż przeczuwałem, że będzie to coś zupełnie innego, coś niepodobnego do dowolnego dzieła, które już czytałem, a w samej treści z całą pewnością nie znajdę tego, czego poszukuję w różnych fikcyjnych historiach (nie tylko fanfikach). Z drugiej strony, wiedziałem, że to wcale nie oznacza z góry, że nowy fanfik okaże się dla mnie aczytalny (jeżeli nikt nie opatentował, to copyright – ja) i nie znajdę w nim niczego co mogłoby mnie zainspirować. Wziąłem zatem głęboki oddech i rozpocząłem lekturę. Na dzień dzisiejszy mam za sobą prolog oraz trzy pierwsze rozdziały. Znane księżniczki zostawiłem sobie na później, liczę, że szczęśliwie w międzyczasie pojawią się kolejne odsłony cyklu, za które mógłbym się zabrać od razu po zakończeniu „Ery Nieśmiertelnych”. Ze swoją opinią wyprzedziła mnie Cahan, ale od razu muszę powiedzieć, że zgadzam się z nią niemalże w stu procentach i jestem szczerze zaskoczony na ile aspektów zwróciła uwagę, a o których sam chciałem wspomnieć. Uf. Koniec tego przydługiego wstępu. Czas przejść do moich wrażeń z lektury. Jak to napisać, by nie powtórzyć słowo w słowo mojej przedmówczyni? No to na początek również wspomnę, że wrażenia są raczej pozytywne. Także najlepiej czytało mnie się prolog, gdyż występowały tam postacie, pojawiły się dialogi, akcja (scena bitwy), a także troszkę „typowych” dla fanfika opisów. Ukazane interakcje między Nieśmiertelnymi wciągają, sprawdzają się świetnie jako introdukcja każdego z osobna, a skoro widzimy ich w akcji, prędko uwypuklają się różnice między nimi. Podoba mi się kreacja Celestii – czuć, że w jej słowach/ czynach jest drugie dno, że myśli do przodu. Z kolei za design pragnę pochwalić Kairosa – ciekawy motyw z oczami oraz dwiema głowami, z czego jedna zawsze mówi prawdę, a druga zawsze kłamie. W ogóle, podoba mi się to jak opisywany jest świat w tym punkcie serii, np. sposób komunikacji między Nieśmiertelnymi. Prolog spełnia swoje zadanie bez najmniejszych zarzutów – wciąga, zaprasza do odkrywania świata w fanfiku, wzbudza ciekawość, robi smaka na ciąg dalszy. Bez zbędnych ceregieli przejdźmy zatem dalej i spójrzmy co po tym jakże obiecującym i klimatycznym wprowadzeniu zaoferował nam autor. Mamy „Erę Nieśmiertelnych”, w skład której wchodzi pięć rozdziałów, każdy poświęcony innej personie – jej genezie, chociaż najwięcej przeczytamy o kształtowaniu się poszczególnych państw, społeczności itd. Przyznam, że jest mi niezręcznie komentować te elementy fanfika, gdyż często z tyłu głowy pojawia się myśl, że na pewno to wszystko jest na czymś oparte, ale ja nie wiem na czym. Tak czy inaczej, z tych trzech rozdziałów, które przeczytałem, biją po oczach dwie rzeczy. Po pierwsze, czas poświęcony na przestudiowanie materiałów źródłowych, ogromna praca aby rzeczy nie były przerysowane czy przekalkowane, ale właśnie zainspirowane, by czerpały z czegoś, ale ostatecznie miały swoją tożsamość i klimat. Po drugie, rozdziały te, to jest praktycznie samo światotworzenie i widać jak na dłoni, że autor się tym interesuje, wyobrażam sobie jaką mogło sprawiać mu satysfakcję pisanie o poszczególnych państwach, miejscowościach, zależnościach, wydarzeniach, źródłach itd. Dzięki temu z rozdziałów bije coś pozytywnego, co zachęca do dalszego czytania. Obie te rzeczy są godne pochwały i skutecznie trzymają przy sobie czytelnika. Z drugiej strony, w pamięci pozostaje... dosyć niewiele. Relatywnie często otrzymujemy wzmianki o nowych historycznych lokacjach czy przywódcach, w głowie po zakończeniu czytania mamy jedynie to, co zostało wspomniane najczęściej. U mnie to głównie: Cesarstwo Cirrańskie, Eranszahr, Ursuat, rzeka Elis, Scarabia (nazwa kojarzy mnie się ze Scrabanią z gier „Oddworld”), Syrija (podobnie jak Syria), Helvetia, Krystalliada, Bogarus (podobnie jak Boragus, postać z HoMM III), ród Platinum, król Ametist I i II. Reszta? Jak na moment przed egzaminem – coś tam było, coś tam się stało, ale nie pamiętam jak się nazywało. Niektóre nazwy własne okazują się nie takie proste do wymówienia, a przynajmniej za pierwszym razem, co bynajmniej nie ułatwia ich zapamiętania. Wszystko jest nowe i świeże, zaś niektóre rzeczy po prostu giną w obliczu co ciekawszych wydarzeń czy wielokrotnie przywoływanych kwestii i niekiedy trudno jest się przejąć istnieniem tego czy tamtego. A może akurat tym nie powinniśmy się przejmować, jako czytelnicy? Może do tych szczegółów powinniśmy powrócić później, gdy cykl się rozwinie? Aha – były jeszcze żubry i kózki. Ogółem, z tymi rasami wiążą się całkiem interesujące wątki. W ogóle, przyznam, że jestem zaskoczony tym, jak mrocznie wypadły poszczególne rozdziały historii, omówione na podstawie źródeł w ramach kolejnych... no, rozdziałów. Dodaje to surowości i realizmu, a przy tym wzmacnia klimat, który owszem, jest, nawet przy okazji tych „podręcznikowych” fragmentów, choć te nie absorbują tak silnie jak prolog. Zatem należy pochwalić chęć stworzenia zupełnie nowej, skomplikowanej oraz bogatej w najróżniejsze rzeczy historii, ogrom włożonej w to pracy oraz ambitny plan. Szkoda, że nie wszystko zostaje w głowie. Myślę, że w obliczu dosyć dużej (jak na początek) ilości różnych informacji, lokacji, opisów położenia geograficznego itp. wiele pomogłaby mapa świata. Może nawet nie kompletna, jedynie taka prosta, szkic ukazujący położenie względem siebie pojawiających się fanfiku miejsc. Chociażby po to, by lepiej to ogarnąć wizualnie. Załączone do rozdziałów ilustracje wiele dają, gdyż dostarczają pojęcia jak tematycznie prezentują się poszczególnie dominia i jaki musi towarzyszyć im nastrój, co podkreśla różnorodność kreowanego świata. Spośród poznanych Nieśmiertelnych, nie pałam szczególną sympatią do Saoshyanta, średnio podobał mi się jego rozdział, ogólnie mam podobne odczucia względem jego osoby co Cahan. Rimstuar? Lepiej. Chyba jak na razie to jego historia wydała mi się najciekawsza, najbardziej pomysłowa. Zapadły mi w pamięci poszczególnie opisy jego niezniszczalności, np. gdy futro wciąż mu płonęło, a wiatr zagasił ogień, oprócz tego spodobał mi się motyw żelazodrzew oraz walki o przetrwanie, najpierw z Wilkami, a później ze Smokami. Wciągnęły mnie także rozważania o przywarach Nieśmiertelnych, ujęte w formie nagrania z ćwiczeń na uniwersytecie, dialogu prowadzącego ze studentami. Zawierało to w sobie co nieco filozofii, a przy tym wypadło całkiem błyskotliwie. Ano właśnie, co ja jeszcze zapamiętałem – studenty, Red Glow oraz Wild Growth. Jeśli chodzi o kolejny rozdział, spodobała mi się historia nie tyle Nieśmiertelnego, co opisy krainy. Zresztą to właśnie w tym rozdziale uświadczymy najwięcej motywów makabrycznych, związanych z tajemniczymi anomaliami oraz kolejnymi plagami, które przywodzą na myśl plagi egipskie. Jedna z nich wydała mnie się nieco groteskowa – ta, przy okazji której przeczytałem o spadaniu przedmiotów z nieba, kowadeł, zbroi itd. Nie wiem czemu, ale wypadło to nieco niepoważnie, w głowie od razu rozbrzmiał ten kreskówkowy odgłos spadania (zwłaszcza jak pomyślałem o kowadłach) i generalnie... sam nie wiem, ten szczegół mi się nie podobał. Za to ostatnia plaga? Mocne. Mocne, mroczne, makabryczne, może nawet troszkę takie... surrealistyczne? Nie wiem, ale jak na ostatnią plagę i wybicie do nogi upartych istot, nie można było wymyślić tego lepiej. Ten, który Zmienia, cynicznie dał iluzję, że najgorsze przeminęło, a tymczasem najgorsze dopiero iało nadejść. I to jeszcze w ramach celebracji, której nikt nie mógł się oprzeć. Dla mnie fantastyczny pomysł, zrealizowany bezbłędnie. Co do nawiązania do postaci Discorda – pasowało w tymże rozdziale jak ulał, aczkolwiek mnie osobiście nie zaskoczyło to ani trochę, gdyż już w prologu Kairos wydawał się taki trochę „discordowaty”, więc odbieram to za ciekawy smaczek; dodatek, który z czasem może okazać się czymś więcej. I który jak najbardziej znalazł się na właściwym miejscu. Co więcej? Tak, mnie też bardziej spodobały się nagrania (właściwie, transkrypcje nagrań) z wykładów na uniwersytecie. Ciekawe, klimatyczne, dobra odskocznia od podręczników i kronik. Audycja radiowa wyszła... no, sztucznie, co tu dużo mówić. Tzn. Radio Manehattan brzmi jak „zwykła” rozgłośnia nadająca muzykę, wiadomości, ploteczki, zawarta w rozdziale audycja bardziej by mi pasowała do jakiegoś medium tematycznego. Może wtedy wypadłoby to bardziej naturalnie? Nieuchronnie zbliżamy się do formy. No, ja akurat nie powiedziałbym, że słownictwo było ubogie. Jak na fanfik będący w znacznej większości czystym światotworzeniem, przepełnionym źródłami naukowymi, fragmentami żywcem wyciągniętymi z podręczników czy encyklopedii, przemieszanych jakimiś transkrypcjami, powiedziałbym, że wszystko było całkiem zrozumiałe. Chociaż zdarzały się tu i ówdzie fachowe terminy. Problem miałbym ze stylistyką, szczególnie z powtórzeniami, o których zresztą pisała już Cahan. Aczkolwiek. Jeżeli autor dążył do tego by jak najwierniej oddać tekst źródłowy, materiał naukowy, wówczas kolejne rozdziały być może nie miały być w klimacie stricte utworu literackiego, a pewne powtórzenia znalazły się tam celowo, by właśnie osiągnąć zamierzone wrażenie. W końcu sam co rusz mam do czynienia z tego typu literaturą (np. skryptami) i faktycznie – powtórzenia są, próżno tam szukać artystycznej kompozycji, czy bardziej wyszukanej konstrukcji zdań. No bo rzeczy te mają za zadanie przekazywać naukowe fakty, dane, a nie stanowić dzieło (w sensie, że uprawianie sztuki) literackie. Kwestia przeznaczenia danej pozycji. I pod tym względem, poszczególne źródła ujęte w rozdziałach, spełniają to przeznaczenie - przekazują fakty (Ale czy na pewno? Wszakże to mogło się wydarzyć... ale nie musiało.). W związku z powyższym ograniczyłem moje sugestie do kilku literówek, które znalazłem w prologu. To znaczy, tam również znajdziemy pewne powtórzenia czy usterki, ale wpadłem po to, by z fanfikiem się zapoznać, a nie by go skorektorować. Może, gdyby autor wyraził taką chęć, no i sprecyzował co nieco jak to jest z rozdziałami, w bliżej nieokreślonej przyszłości mógłbym to i owo podpowiedzieć, o ile nie zrobią tego w tym czasie inni chętni. A jest nad czym się pochylić. By nie być gołosłownym, dam jeden cytat, myślę, że akurat to zwróciłoby uwagę nawet jeżeli mówić o literaturze naukowej: „Gdy obudzili się rano, wśród młodych klaczy rozległy się wrzaski przerażenia na ten przerażający widok.” Niby jest to spisana relacja, aczkolwiek nie brzmi dobrze w samym opowiadaniu. No i jakoś nie wyobrażam sobie, by świadek tak to sformułował. Ale mogę się mylić, nie było mnie tam. To fanfik tematycznie wpisany w świat pełny fantastycznych stworzeń i rzeczy magicznych, a jednak znalazłem tam: „Za czasów Cesarstwa, Equestria była jedną z najludniejszych (...)” Aha – w rozdziale I prawie nie ma żadnych wcięć na początku kolejnych akapitów (chodzi mi o części „podręcznikowe”). Ale w kolejnych rozdziałach już są. Dlaczego? „Całe mrowie ptactwa zleciało się nad Helvetię (...)” Tutaj akurat wszystko gra, po prostu chciałem się podzielić, że skojarzyło mi się z „Ptakami” Hitchcocka Co w ramach podsumowania? Fakt, fanfik jest dość hermetyczny, nie zdziwię się jeżeli ktoś mi powie, że jego akurat przynudzał i że nic się tam nie działo. Pierwsze to oczywiście subiektywne odczucie, ale z drugim bym się nie zgodził. Bo dzieje się sporo, jest to tylko inaczej przedstawione/ opowiedziane. Mnie akurat niewiele tam nużyło, czy nudziło, znalazłem sporo rzeczy, które wydały mnie się interesujące i z których można by coś zaczerpnąć w ramach inspiracji. No i dla mnie, jako tego który w pierwszej kolejności dba o postacie oraz fabułę/ akcję, może być to przykład techniki światotworzenia. Całość utrzymana raczej w klimacie fantasy. Nie wiem, czy mógłbym polecić „Koło Historii” szerszej publice, gdyż, po raz kolejny, zgodzę się z Cahan, że w tej postaci fanfik może się okazać przystępny dla dosyć wąskiego grona ludzi. Jednakże, jeżeli taka jest wola autora, aby tak to właśnie wyglądało, wówczas doradzałbym mu wytrwanie w tym postanowieniu i kontynuowanie pisania po swojemu. Warto poświęcić tej historii nieco czasu i spróbować się z nią zmierzyć, mimo wszystko. Nic na siłę, ale jednak. Zresztą nie wydaje mi się aby istniało zbyt wiele polskich fanfików napisanych w taki właśnie sposób, więc w tym sensie mamy do czynienia z czymś unikalnym. Może pokusiłbym się o jakieś porównanie z poprzednimi dziełami Verlaxa, ale wydaje mi się, że to materia nieporównywalna. „Koło Historii” jest czymś innym, czymś co stoi na własnych fundamentach i co zapewne ma przed sobą zupełnie inne wytyczne. Na zakończenie, odniosę się do tagu [Alternative History]*. Zaintrygowało mnie drugie dno związane z użyciem tego tagu. Moją pierwszą myślą jest koncept, iż „Koło Historii” ma stać się nowym, autorskim uniwersum, tylko luźno inspirowanym znaną nam animacją, a w którym finalnie ma się rozgrywać akcja napisanego już „Krwawego Słońca”, które byłoby po prostu jednym z punktów na kole historii, powrotem do czegoś, co już było, chociaż w innej formie. No, chyba, że miałaby być to alternatywna historia świata kanonicznego, gdzie to on miałby być określonym punktem na kole historii. Ale sądzę, że autorowi zdecydowanie bardziej zależy na swoim dziecku, czyli „Krwawym Słońcu” właśnie. I tak by chyba było bardziej spójnie. W sensie, nie chciałby, by kreskówka stanowiła tło historyczne do jego opowiadania, więc postanowił stworzyć własne, aby wszystko pasowało idealnie. Pozdrawiam serdecznie i życzę zarówno weny jak i wolnego czasu, abyśmy prędko dostali kolejne odsłony cyklu. Może z tego wyjść coś naprawdę wielkiego. *Hm, ale temacie jest mowa o [Alternate Universe]. Co jest grane? To chyba nie zamiennik?
  15. Hoffman

    „Intronizacja” jakoś mnie ominęła, pamiętam, że widywałem ten wątek na forum, ale jakoś nigdy nie miałem okazji czy chęci sprawdzić to opowiadanie. Zdaję sobie sprawę, że ukazało się długo przed „Abdykacją”. Domyślam się, że autor miał już pewne pomysły, czy ich zalążki co w końcu doprowadziło do powstania wspomnianego opowiadania. Które ma być bodajże prequelem do „Intronizacji” właśnie? Gabaryty wyżej wymienionych fanfików nic a nic na to nie wskazują. Wręcz przeciwnie – teraz „Intronizacja” przypomina bardziej suplement, czy epilog do „Abdykacji”. Możliwe jednak, że znowu coś pokręciłem i w rzeczywistości są to dwie niezależne od siebie historie. „Nienawiść była słuszna” - chodzi o tę Nienawiść z „Tajemnic”? Nie, chyba nie. Pojawia się nawet Biała Pani. O zakończeniu napiszę niebawem, ale już teraz wspomnę, że wyszło rewelacyjnie. Klimatycznie okazało się czymś zupełnie innym – mrok zastąpiła biel, no i zniknęło jakiekolwiek napięcie, czy elementy grozy, ustępując miejsca czystej scenerii, wolnej od zagrożeń płynących z ciemności. W każdym razie, nie uchylając zbytnio rąbka tajemnicy, jest to historia o mrocznym królu, który powraca do swego zamku... a tam na tronie już siedzi jakiś mroczny król. Kto jest prawdziwy, a kto tylko uzurpuje sobie prawo do tronu? Kto zniekształcił czyje pragnienia i jak zakończy się pojedynek bohaterów? Co czeka tego, kto poniesie porażkę? Wszystkie odpowiedzi znajdziecie w fanfiku. Jest to nie tylko uzupełnienie historii „innego” Sombry z lustrzanej Equestrii, ale także dodanie tego i owego do życiorysu „właściwego” Sombry. Ogółem, na razie nie dotykając kwestii technicznych, opowiadanie komplementuje „właściwego” Sombrę jako złoczyńcę, dodaje na jego konto nowe nieciekawe rzeczy (znaczy się, tak wnioskuję po rewelacjach z zakończenia), natomiast tego „innego” ukazuje jako tego, który próbował walczyć z czymś, z czym nie mógł wygrać, a czego sekrety poznał już po zakończeniu swojej wędrówki, odnajdując pokój, a nie zaznawszy kary. Plus Biała Pani. Zanim jednak czytelnik uzmysłowi sobie, że obaj królowie tak naprawdę stanowią swoje przeciwieństwa (choć ten „właściwy” wydaje się posiadać większą moc), czeka nas bardzo klimatyczne, świetnie napisane wprowadzenie, a także pojedynek. Ostateczna walka nie została napisana źle, ani bez pomysłu, aczkolwiek, mając za sobą i „Prośbę”, i „Abdykację”, muszę powiedzieć, że nie znalazło się tam nic co wywarłoby na mnie jakieś szczególne wrażenie. Parę rzeczy wyglądało podobnie, no i znów nastąpił nagły zwrot pod sam koniec, co zmieniło układ sił. Tyle, że tym razem nie na korzyść protagonisty (?). Tak czy inaczej, tekst nie jest zbyt długi, toteż ani nie ma dłużyzn, ani zbędnych rzeczy, tym razem wyszło tak bardziej „action-oriented”. Z tego wszystkiego najbardziej spodobało mi się zakończenie. Sądziłem, że „Abdykacja” wyczerpała temat, ale jednak nie, dało się to pociągnąć dalej i dać satysfakcjonujący epilog, który jednocześnie odpowiedział na kilka pytań, domykając wątek z „Abdykacji”. I chyba nie tylko z niej? Wciąż jednak, „Intronizację” widzę bardziej jako suplement do dłuższego fanfika, może nawet jako spoiwo z wybranymi pozostałymi opowiadaniami autora. W ramach kwestii technicznych, nie mam nic więcej do dodania ponad to, co pisałem przy okazji poprzednich opowiadań – musiałbym się powtarzać. Dla zasady pochwalę bardzo solidne wykonanie i dopracowanie szczegółów, język i konstrukcję zdań, jak również towarzyszący nam klimat. Opowiadanie teoretycznie daje radę samo, bez znajomości „Abdykacji”, chociaż gdyby ona nie istniało, miałbym sporo pytań – co to za drugi, eteryczny Sombra, o co chodzi w scence z Białą Panią, dlaczego nie spotka go kara, kogo już z nimi nie ma itd. Można przeczytać „Intronizację” jako pierwszą, wówczas te wątki będą otwarte, okażą się pewną enigmą. „Abdykacja” zawiera pełną genezę prezentowanych tu wydarzeń. Cóż więcej rzec, polecam, aczkolwiek namawiam do uprzedniej lektury „Abdykacji”. Jest to utwór nieco trudniejszy do przełknięcia, ale z całą pewnością warto, chociażby po to by zobaczyć jak wiele rzeczy opisanych w „Intronizacji” zyskuje na znaczeniu.
×
×
  • Create New...