Jump to content

Hoffman

Brony
  • Posts

    1140
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    28

Everything posted by Hoffman

  1. Hm, miały być comiesięczne aktualizacje... No nic. Przynajmniej następny materiał ukaże się szybciej w stosunku do tego, z którym przybywam dzisiaj, więc nie ma tego złego Kontynuujemy wątek zebrykański, czyli przygoda z domieszką kawałków życia, okazyjnie przeplatana przemocą czy smutnymi motywami. Kolejny odcinek nosi tytuł „Krzyk wolności” i również wyszedł na dwie części. Możecie go znaleźć w pierwszym poście. Przenosimy się do Kilele i okolic, zawitamy także na wyspę Quagga, gdzie poznamy kolejne pasiaste postacie, spośród których jedna wyróżni się nadzwyczajną mocą. Może się ona okazać kluczem do wyzwolenia Zebryki, choć fakt, iż jest owiana mgłą tajemnicy, gęstą i nieprzeniknioną, obarcza ją pewnym... ryzykiem, tak to nazwijmy. Cóż, w tak trudnych czasach, czasach próby, trzeba w coś wierzyć. Trzeba mieć nadzieję. Tylko czy legendy okażą się prawdziwe? W międzyczasie poznamy inne wyjątkowe zebry, nie zabraknie też czasu na chwilę spokoju czy szczerą rozmowę. Chyba o niczym nie zapomniałem. Prace nad „Kresami” trwają w najlepsze, tak jak maraton premierowy na Bronies Corner, na który oczywiście zapraszam Ale bądźcie ostrożni - masywne spoilery przed Wami, jeśli nie mieliście sposobności zapoznać się z dotychczasową zawartością bądź wpaść na poprzednie czytania Pozdrawiam!
  2. Z pewną obsuwą – co jednak nie powinno na tym etapie nikogo dziwić, takie życie – ale zgodnie z zapowiedziami, przybywam z aktualizacją wątku, z nowym – nareszcie – opowiadaniem, kontynuującym historię Wprawdzie technicznie nie jest to takie nowe opowiadanie, gdyż zostało ono napisane w roku 2019 i od tamtej pory było dopieszczane, ale kiedyś trzeba z tej elektronicznej szuflady wyjść Jesteśmy już jakiś czas po premierze tekstu na Kąciku Lektorskim, więc pora na premierę forumową. Ale wpierw chciałbym podziękować @KLGDiamond za najnowsze komentarze. Dzięki za lekturę, poprawki, no i poświęcony czas, również na podzielenie się wrażeniami Nie do końca wiem jak tutaj podejść, gdyż użyczasz swój głos przy premierach kolejnych odcinków „Kresów” i w sumie wiesz, co się dzieje w nadprodukcji, lecz ostatni komentarz dotyczy „Altruistki”, stąd nie masz jeszcze pełnego kontekstu, ale ok, powiem tak – wątek Spicy jest jaki jest, mam jeszcze co do niej pewne plany, niemniej na swój przedziwny sposób, mimo wszystko, uratowała Fenrirowi życie. Naprawdę. A że losy tych postaci potoczyły się później tak, jak się potoczyły, cóż... Aha - oczywiście wielkie dzięki za Twój głos na czytaniach, mam nadzieję, że dzisiaj także się usłyszymy Jak to Przecież Silkflake jest na okładce, mizia się z Fenrirem, trzeba ją przedstawić. Ale miło, że poznane już postacie zdążyły tak Cię wciągnąć Zapraszam zatem do lektury kolejnych odcinków Od historyjki z Gelgią dzieli Cię jeden dwuczęściowiec, ale będzie tam Fenrir i Spicy, więc nie ma lipy Bardzo dziękuję za szczegółowe opisanie swoich wrażeń z lektury, z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że... no, w sumie to opowiadanie jest dla mnie ważne. Cieszę się, że chociaż początkowo wydawało się Tobie nieistotne (w sumie, po podsumowaniu widzę, że chyba nadal tak uważasz), to jednak ostatecznie określiłeś je jako „najlepsze dotąd kresy”, doceniam to niezmiernie, no i to, o czym wspominałem na Discordzie – zestawienie „Altruistki” z „Sercem będę przy tobie” od Midday Shine traktuję jako wielkie wyróżnienie, gdyż uważam ten fanfik za towar z najwyższej półki, które każdy powinien sprawdzić, tak elegancko jest to napisane. Dzięki! W porządku, przejdźmy zatem do aktualizacji. Kolejne opowiadanie – „Witajcie w Zebryce” – jest już w pierwszym poście i składa się z dwóch części. Tym samym rozpoczynamy ten, no... arc o odrodzeniu Zebryki O czym to będzie? Generalnie otwarty zostaje wątek przygodowy, acz cokolwiek by się nie działo, nie zabraknie w tym domieszki [Slice of Life], czyli nurtu, w którym czuję się najpewniej. Ale tak, jak to wielokrotnie podkreślałem, chciałbym spróbować nowych rzeczy, rozszerzyć ten mój świat, no i popchnąć fabułę w nieco innym kierunku, a potem na tym coś zbudować. Wiecie jak to jest Mam nadzieję, że pamiętacie mniej-więcej gdzie urwała się fabuła ostatnim razem. Coby za wiele nie zdradzać tym, którzy jeszcze nie czytali, Fenrir wpadł w niemałe tarapaty, przeszłość w końcu go dopadła, a teraz pora wziąć sprawy w swoje kopyta (i skrzydła), by zawalczyć o przyszłość. Pegaz wyrusza na wschód, do okupowanej Zebryki. Ściślej, odwiedzi Salamę oraz Mababu Moyo. Na miejscu czekają go nowe wyzwania, nowe przeciwności losu i nowi przeciwnicy... ale także nowe szanse. Oczywiście oprócz nowych lokacji nie zabraknie nowych postaci, stworów, wątków oraz sekretów. Jak nietrudno się domyślić, od czasu do czasu trzeba będzie trochę powalczyć. Jest to zaledwie przedsmak nowości, które przewiną się przez kolejne odcinki, ale mam nadzieję, że nie poczujecie się z tego powodu zbytnio wyalienowani Znane postacie nie zostały zapomniane i na pewno powrócą. Czyli kolejne odcinki w drodze. Nie tylko te, które już były czytane na Kąciku, ale także te, które jeszcze piszę. Spróbuję porwać się na w miarę regularne aktualizacje. Wygląda na to, że nie pozostało mi nic innego jak zaprosić do lektury, a także... do obecności na kącikowych premierach Historia wciąż trwa. Pozdrawiam!
  3. Jeśli to event, to muszą być „Królewskie Antyprzygody”. Vol. IV Oho, widzę, że już działa komentowanie. Łe, teraz nie będę się mógł rozwodzić o brakujących przecinkach, literówkach i takich tam... no bo lepiej będzie to po prostu zaznaczyć w tekście xD Ale wybiegając deczko naprzód powiem, że jeśli chodzi o formę, to generalnie jest cały czas tak samo, jak i przy poprzednich rozdaniach, włączając w to zarówno pozytywy, jak i drobne błędy, które raz po raz przewiną się przez fanfiki. Zatem mogę powiedzieć, że autor zachowuje jednolitą jakość formy. Dobrze, bo nie jest gorzej, źle, bo nie jest lepiej, ale nie można mieć wszystkiego. Startujemy od „Perły”, czyli fanfika, który obiecuje nam wyjawić czym tak naprawdę jest perła królowej Novo. Fajnie, że ostatnimi czasy nadrobiłem kinówkę w związku z czym wiem o kim mowa, no i widzę, że wśród obsady nie zabraknie Chrysalis. Czy fanfik sam okaże się perłą? To było ciekawe doświadczenie. Tym, co mnie zaskoczyło, była nagła zmiana tonu w opowiadaniu, gdy to dotyka problemu tytułowej perły. Powiedziałbym wręcz, że początek mnie zmylił, acz w pozytywnym sensie. Treść okazała się barwna i pozytywnie zakręcona, momentami, gdy czytałem o Konferencji Przyjaźni, o Chrysalis obleganej przez reporterów, no i o Tempest Shadow, która podaje się do dymisji (z jakiegoś powodu, fanfik między wierszami wyjawia jednak z jakiego), ale Cadance ostentacyjnie drze jej rezygnację... gdy czytałem o tym wszystkim, poczułem się jak w jakimś klasycznym ghatorrowatym fanfiku. Lekko, sprawnie i pozytywnie, z humorkiem Wszystko to nakazało mi sądzić, że czeka na mnie przyjemna historyjka ze zgrabnie wplecionymi weń elementami komediowymi, z puentą, która być może wywróci do góry nogami wszystko, o czym czytałem i co sobie na tej podstawie wyobrażałem. Scena, w której królowa Novo wraz z córką wlatuje przez okno, łamiąc tym samym etykietę, tylko utwierdziła mnie w tej myśli. Po chwili jednak okazało się, że coś jest nie tak. Reakcja Chrysalis na perłę królowej była pierwszym zaskoczeniem i sygnałem, że jednak będzie to coś zupełnie innego. Świetne było to, że chociaż próbowałem zgadywać, o co może chodzić, raz że przychodziło z trudem, no bo autor nie zostawił zbyt wielu poszlak, a dwa, ostatecznie nie udało mnie się przewidzieć dokąd zmierza historyjka, więc tutaj wielki plus. Aczkolwiek muszę przyznać, że im dalej, tym większe wrażenie niedosytu. Bo pomysł, na który wpadł autor, ma według mnie wielki potencjał, nie tylko w kontekście historii Chrysalis, jako postaci, ale w ramach światotworzenia, tj. kolejnych właściwości podmieńczej rasy. Coś mnie się zdaje, że to nie do końca odpowiednia forma na tego typu rewelacje. Gdyby tak zrobić z tego dwa oddzielne odcinki? Pierwszy komediowy, drugi na serio? No, ale tak czy owak, znając zamysł stojący za „Antyprzygodami”, czyli szybkie pisanie i codzienne premiery nowych rzeczy, można to chyba uznać za małe osiągnięcie Zwłaszcza zakończenie robi smaka na ciąg dalszy, ale z drugiej strony, w ten sposób reszta jest pozostawiona wyobraźni czytelnika, co chyba stanowi lepsze rozwiązanie. No dobrze, ale o co chodzi? Fanfik jest krótki, ale i tak chciałbym w tym miejscu przestrzec przed dosyć istotnymi spoilerami, cobyście mogli samodzielnie skonfrontować się z koncepcją autora i zmierzyć się z jedną z zapewne wielu tajemnic królowej Chrysalis... Właśnie, słówko odnośnie kreacji postaci. Podoba mnie się to, jak Chrysalis wstrzela się w konwencję „Antyprzygód” i generalnie nie zostaje tą samą postacią na dłużej niż... dwa, trzy opowiadania? Raz nadal jest antagonistką, choć należy do niej podchodzić z przymrużeniem oka, raz po prostu sobie jest, prędzej jako anty-bohaterka, a jeszcze innym razem ukazuje się nam ona z zupełnie innej, emocjonalnej strony, przy okazji pokazując nam interakcje, o których moglibyśmy pomarzyć, gdyby nie „Antyprzygody”. I gdyby nie 4chan. W odcinku bodajże piętnastym mieliśmy Lunę i Chrysalis, potem znana królowa wystąpiła jako Łysialiś, bawiąca Flurry Heart pod osłoną innego kucyka, tutaj wraz z królową Novo nurkuje do Seaquestrii, wiedziona bolesną tajemnicą z przeszłości, która niespodziewanie powróciła do niej jak bumerang. Okazuje się bowiem, że raz w swoim życiu królowa Podmieńców składa jajo, z którego wykluwa się jej następczyni. Trzysta dwadzieścia lat temu dwie królowe połączyły siły, by ratować ofiary wybuchu superwulkanu i to właśnie wtedy Novo natrafiła na tajemniczą perłę. Perła ta emanowała życiem. I to z niej wykluła się Varia (takie imię otrzymała), którą Novo przygarnęła jak swoją własną córkę. Młoda Varia dorastała pod jej okiem, a jej moc rosła, lecz nigdy nie została wykorzystana do złego. Wręcz przeciwnie – podczas najazdu Króla Burz, stanęła w obronie kucyków morskich i poświęciła się, w czym niemałą role odegrał pewien tajemniczy jednorożec ze złamanym rogiem... Jest to moment, w którym czytelnik dodaje jeden do jednego i zaczyna rozumieć, dlaczego na widok Chrysalis pierwszym, co zrobiła Tempest, było podanie się do dymisji (Varia była idealną kopią Chrysalis, wizualnie), widzi jak historyjka łączy się fabularnie z serialem i filmem, a także ile próbuje wnieść do szeroko pojętego lore, co niemalże mieści się na siedmiu zaledwie stronach. Niemalże, gdyż jest to jednocześnie ten moment, gdzie czytelnik chciałby wiedzieć więcej, ma mnóstwo pytań, ale niewiele odpowiedzi. Część z tychże pytań może takimi pozostać, np. dlaczego Varia nie posiadała wspomnień i wiedzy (heh, jak w „Ataku Tytanów”) Chrysalis, gdyż może zadziałać wyobraźnia odbiorcy i każdy może sobie sam dopisać resztę wątku, co zawsze jest plusem. Ale reszta tych pytań, np. skąd perła wzięła się tam, gdzie kiedyś był step, albo jeżeli Chrysalis zgubiła swoje jajo, ale działała sprzymierzona z Novo, dlaczego o niczym jej nie powiedziała, odpowiedzi na nie czy chociaż jakieś wskazówki były bardzo mile widziane, coby fabuła nie wydawała się zbytnio naciągana, nawet jak na „Antyprzygody”. Ale poza tym, cieszą szczegóły, które uatrakcyjniają lekturę. Czy to wspomniany już początek, który przypomina klasyczny ghatorrowaty fanfik, czy też Chrysalis, która po odzyskaniu przytomności snuje się przed siebie, a Cadance próbuje z nią porozmawiać, wszystko to czyta się dobrze i z zainteresowaniem, jak na siedem stron, fanfik ukazał nam wiele nietuzinkowych interakcji między postaciami i spróbował wnieść do fabuły serialu i filmu sporo detali. Mimo pewnego niedosytu, niedopowiedzeń i dróg na skróty, acz pomijając drobne błędy w formie, myślę, że to całkiem dobre opowiadanie, oparte o świetny koncept, a zrealizowane sprawnie, z odpowiednim nastrojem i w taki sposób, że czytelnika może ono nawet zaskoczyć. Świetna sprawa na otwarcie kolejnego maratonu „Antyprzygód”, zobaczymy co zaprezentują sobą kolejne odcinki „Musztra” to powrót do klimatów komediowych, opierających się na personie Pani Nocy oraz jej markowym, królewskim głosie Canterlotu, do którego (Na szczęście?) moje capslockowe gadanie nie ma podjazdu Jest to jednocześnie króciutki, bo rozpisany na troszkę ponad trzysta sześćdziesiąt słów tekst, oferujący chwilę relaksu i niezobowiązującej rozrywki. Skoro tak, znaczenie mają detale. Jak np. informacja o działających w tym świecie rydwanobusach oraz poszczególnych klasach orderów, jakie przyznawane są gwardzistom w dowód wdzięczności za ich trudy. Jak np. przerzut jednostki cywilnej w żądane miejsce. Jeśli chcecie wiedzieć co to takiego po naszemu, zapraszam do lektury. I nie śmiejcie się, bo to są poważne wyzwania! xD Jednocześnie okazuje się, że dyscyplina w szeregach królewskiej gwardii jest pojęciem abstrakcyjnym i jeżeli nie chcecie maszerować tam i z powrotem po placu do samego wieczora, bo macie lepsze rzeczy do roboty, wystarczy powiedzieć, Luna nie gryzie. Musicie akurat ukraść czyjąś waifu? Spoko. Jakieś piwko, może dwa, ewentualnie dziesięć? Bądź mym gościem. Odkryliście w sobie duszę muzyka? Szybko, szybko, już w przyszłym roku kolejna Equewizja. O, w kinach już jest sequel znanego erotyka? No to na co czekacie, jak bez tego nagracie kolejne angry review na swojego PonyTube'a? Widzicie? To nic takiego Przeurocze jest to, że Luna przez cały czas nadaje swoim królewskim głosem, wspominając w niemalże każdym zdaniu o planie maszerowania tam i z powrotem po placu aż do samego wieczora. Jest to powracający dowcip i fundament opowiadania, jeżeli uszami wyobraźni sprawimy, że kolejne komunikaty serio będą się nieść echem po całej wsi globalnej, uzyskujemy wesoły obraz lunarnej księżniczki, która niestety nie ma zbyt ciekawego życia prywatnego ani zainteresowań, wobec czego zmuszona jest wykonywać swój plan sama. To znaczy, jestem pewien, że jej starsza siostra chętnie dotrzymałaby jej kroku, ale naleśniczki same się nie zjedzą I tak, Luna spędziła resztę dnia maszerując po placu tam i z powrotem, aż do samego wieczora. Jak ta zapętlona animacja, którą się puszcza na kanałach dla dzieci, kiedy jest przerwa w nadawaniu. Podobno po to, by zasypiały patrząc się w tę pętlę. Ale grzeczne koniki przecież o tej porze już dawno śpią, prawda? Ogółem, przesympatyczny kawałek tekstu, oparty na prostym jak parasol pomyśle, ale zrealizowany z serduchem oraz lekkim, przystępnym humorem, wszystko w kreskówkowej konwencji, toteż możemy sobie bez problemu wyobrazić te rysunkowe postacie, wyprawiające opisane w fanfiku rzeczy oraz usłyszeć wypowiadane ich głosami dialogi. W sumie, idzie to sobie wyobrazić jako autentyczny opening któregoś z odcinków. Wiecie, przed czołówką. Odcinka, w którym Luna ogarnia, że jest przegrywem, skoro zamiast robić ciekawe rzeczy, musi maszerować po placu tam i z powrotem do samego wieczorem, toteż postanawia swoje życie zmienić. I idzie do siłowni. Co dalej? „Nightmare Moon” to wbrew pozorom kolejny fanfik o Lunie, obiecujący nam prawdziwy powód jej transformacji. Ale tym razem ten prawdziwy-prawdziwy, tak? Bo niejeden już nam to opowiadał, widać przemiana Pani Nocy to coś, co nie przestaje fascynować fanów. Tym razem jednak trudno jest mnie się rozpisać, gdyż swoją konstrukcją odpowiadanie przypomniało mi „Za siedmioma górami...” gdzie podobnie mieliśmy opis, który miał nas wprowadzić, ale jednocześnie zbudować napięcie przez komediowym punch-linem, który miał wszystko postawić na głowie i przyprawić nas o uśmiech, co wówczas wyszło... no, nie do końca wyszło. Znaczy, wyszło, ale mnie osobiście nie rozbawiło. Szczęśliwe tutaj opis jest nieco dłuższy i wizualnie opowiadanie mieści się na całej stronie, zamiast na jej połowie. I coby nie mówić, tym razem jest o wiele klimatyczniej, między wierszami przewija się więcej detali, co zawsze jest plusem, bo czytelnik sobie to wyobraża. Choć tylko we śnie, szczera konfrontacja między siostrami przypomniała o starych czasach, ale i wydała mnie się dosyć wtórna. Także jest nawet klimatycznie, aczkolwiek raczej odtwórczo, bez rewelacji. Za to napięcie przed żartem udało się zbudować nie najgorzej i przyznam, że czekałem na ów prawdziwy powód narodzin Nightmare Moon z zainteresowaniem... ...by dowiedzieć się, że to wszystko przez duński wynalazek, który zawieruszył się gdzieś na podłodze Wow. OK, może nie było to najświeższe rozwiązanie w historii, ale przypadło mi do gustu o wiele bardziej, niż żart z „Za siedmioma górami...” No bo w sumie troszkę się utożsamiam. Ale w sumie wyszło sympatycznie, w ogóle, to było fajne zakończenie. Tylko jeżeli kopyto jest takim końskim paznokciem, to jak ona poczuła ten klocek? Musiał się wbić cholernie głęboko. Albo... nawet nie wiem. A ja myślałem, że nasze, ludzkie klocki bolą. Chociaż nie czuję się fanem tego opowiadania, nie wzbudziło we mnie szczególnie negatywnych emocji i uważam, że to nawet niezły odcinek, ale raczej na raz (owszem, uważam, że do poszczególnych „Antyprzygód” można powracać i powracać, bo są fajne, przyjemne i śmieszne), no i gdyby nie to Lego, podejrzewam, że szybko wyleciałoby mi z głowy, a tak jest w miarę ok. No to czekamy na kolejny odcinek z serii „Powstanie Nightmare Moon: Historia prawdziwa” „Biblioteka” to fanfik, który przenosi nas w przeszłość, co niewinnych czasów, gdy Twilight wciąż była małym jednorożcem, którego głównym zajęciem było pochłanianie kolejnych ksiąg i nauka pod czujnym okiem Celestii. Od początku do końca autor raczy nas przyjemnym, serialowym klimatem, a kreacja małej Twilight została zrealizowana bez najdrobniejszego zarzutu. Widać, że jest pełna energii, że z zaangażowaniem podchodzi do swoich obowiązków i jeśli, jak na jej wiek, komuś nie wydaje się to niczym nadzwyczajnym, to wiedza, jaką dysponuje klaczka z pewnością przewyższa tę, którą mogą się poszczycić przeciętne, dorosłe kucyki, również te, które parają się magią. Fabuła krąży wokół jednego z najulubieńszych, jeśli nie najulubieńszego, miejsc na ziemi, czyli Wielkiej Biblioteki Słońca, skąd Twilight wypożycza kolejne tytuły, by ekspresowym tempem je przeczytać i zabrać się za kolejne. Jednakże gdy pewnego dnia Twilight widzi jak kucyki pakują książki w kartony i wynoszą je na zewnątrz, zaczyna panikować. Szybko łączy ze sobą puzzle i dochodzi do konkluzji, że Biblioteka jest likwidowana, co jest wbrew obietnicy Celestii, iż będzie ona działać wiecznie. Nie tracąc czasu, Twilight rusza do zamku, po drodze zbierając rebelię, by ocalić największą skarbnicę wiedzy w Equestrii. Co zamierza Celestia? I czy Twilight się uda? Czy będzie to początek czegoś nowego? Okazuje się, że tak, ale nie chodzi o przewrót i postawienie na tronie nowej księżniczki. O co chodzi nie zdradzę, ale podejrzewam, że dla czytelnika rozwiązanie tej zagadki nie okaże się niczym zaskakującym Prawdę mówiąc, tego się spodziewałem. Ale tak czy owak czytało się całkiem miło, acz mimo przyjemnego klimatu trzymało się mnie wrażenie rzemieślniczej pracy. Akcja prowadzona jest sprawnie. Twilight, która dzięki swojej imponującej wiedzy jest w stanie poprawić swoje tempo czytania, ale na to, by dojść do tego, co się tak naprawdę dzieje przed jej oczyma, to już ma za mały rozumek (a wystarczyło posłuchać bibliotekarki), wszystko to mieści się w kreskówkowej konwencji. Podobnie jak tempo eskalacji problemu. Właściwie, to nie zdawałem sobie sprawy z tego jak wielkie znaczenie dla mieszkańców Canterlotu musi mieć tytułowa biblioteka, skoro Twilight z taką łatwością zbiera drużynę, z którą szturmuje zamek. Właściwie, wyjaśnienie dlaczego przyszło im to relatywnie łatwo, nie były potrzebne – wszakże zdajemy sobie sprawę ze skuteczności królewskiej gwardii xD Ale miło, że były. Oczywiście Celestia zachowuje zimną krew i tłumaczy Twilight co jest grane, co prowadzi do pozytywnego zakończenia, tak jak należało się tego spodziewać. Aha, Celestia też została oddana bardzo serialowo. W ogóle, fanfik ten także przypomina jakiś oficjalny short. Nawet te obrażenia wywołane strzaskaniem witrażu, nie wydają się czymś, co po drobnym liftingu nie przeszłoby przez cenzorów. Ogółem, miły kawałek tekstu, ale naprawdę ciężko mi się na jego temat rozpisać. Dziwna sprawa – oceniając po ilości stron, spodziewałem się, że rzeczy, którymi zechcę się podzielić, będzie co najmniej tyle samo, co przy okazji „Perły”, a okazało się inaczej. Na pewno jest to opowiadanie utrzymane w serialowych klimatach, przyjemne w odbiorze, ale pozostawiające po sobie wrażenie rzemieślniczej pracy. Ale za to dobrej rzemieślniczej pracy W ten sposób docieramy do „Postępu” i wracamy do luźnych, komediowych klimatów. Opowiadanie w większości opiera się na dialogu, a konkretniej, interakcji między królewskimi siostrami. Tym razem odkrywamy w jaki sposób odbywa się postęp technologiczny w Equestrii i jak to się dzieje, że co jakiś czas znajdują się wybitne jednostki, które w pewnym momencie doznają olśnienia i tworzą coś, co przynosi przełom, rozwój. Pojawi się nawet nawiązanie do Tesli Świetna sprawa. Ogółem, opowiadanie jest dosyć krótkie i na jego temat również ciężko mnie się rozpisać, aczkolwiek – znowu – chciałbym pochwalić za pomysł, a także rolę księżniczek. Jednakże zastanawiam się, dlaczego na początku mowa o jednym tylko kucyku ziemskim, skoro rzecz dotyczy pierwszej maszyny cięższej od powietrza, która wznosi się w przestworza (na chwilkę, ale zawsze coś), bez wsparcia pegazów czy jednorożców. Myślałem, że będzie ich dwójka, w nawiązaniu do pewnych braci Jednakże głównym specjałem jest tu nawiązanie do Tesli, w czym dostrzegam drugie dno, zważywszy na biografię znanego serbskiego inżyniera. Chodzi mnie oczywiście o sny, a także o to, co podpowiada mu Luna, naprowadzając bohatera na ścieżkę wynalezienia radia, bo tak sobie siostrzyczki wymarzyły. W sensie, że radyjko by się im przydało, tylko ktoś je musi im wynaleźć. Pomysł, że cały współczesny postęp jest wynikiem zachcianek księżniczek, przy czym to Luna, wchodząc w sny wybranych jednostek, inspiruje je do rozpoczęcia prac nad poszczególnymi wynalazkami, to jest coś... powiedziałbym, że nowatorskiego. W sumie, można na tej kanwie zbudować cały, pełnoprawny fanfik, inspirowany np. Teslą i Edisonem właśnie. Albo samym Teslą. Na przykład coś inspirowanego miejskimi legendami dotyczącymi tejże persony. Wyobrażam sobie Celestię konfiskującą w majestacie prawa niektóre z wynalazków, oczywiście wszystko w zagadkowych okolicznościach. Zaczęło się od podpowiadania Lunie, wynalezienie czego mogła zasugerować i komu, a skończyło na tym, że przypadkiem wynikł z tego konflikt między wynalazcami, którzy niezależnie od inspiracji księżniczek zaczęli konstruować coraz to nowe wynalazki, niektóre być może zbyt niestabilne/ niebezpieczne, by tak po prostu pozwolić na dalsze nad nimi badania. Jest potencjał, jak najbardziej. Tak czy owak, ciekawy tekst, pomysł nietuzinkowy i na pewno dający szerokie możliwości na coś z pogranicza [Slice of Life] i [Sci-Fi], utrzymanego w klimatach intrygi, z księżniczkami stojącymi za kulisami i motywującymi postęp, ale w pewnym momencie wkraczającymi jako koronowane głowy, coby powstrzymać coś, czego... sam nie wiem. Mogłyby się obawiać? Mogłyby nie rozumieć? Mogłoby im zagrozić? Odcinek bardzo mnie się spodobał, sam w sobie może nie jest niczym szczególnym, ale z pewnością zapewnia szybką, niezobowiązującą rozrywkę, prezentując przy tym pomysł, który może zainspirować do napisania innego dzieła. Tak jak Luna, wespół z Celestią, inspirują postęp w fanfiku. Ciekawe zjawisko. „Spam” to tekst, który chyba rozbawił mnie najbardziej Czego się w ogóle nie spodziewałem. Bo zaczęło się jak zwykle – na spokojnie, ale wysyłając sygnał, że to tylko cisza przed czymś większym, może abstrakcyjnym, może szokującym, ale na pewno zabawnym, no bo tag [Comedy] przecież nie wziął się znikąd i bez powodu. No i jak wspominałem na początku, kiedy brałem pod lupę „Perłę”, kreacja Chrysalis nigdy nie jest konsekwentna, w zależności od pomysłu, królowa może wystąpić w dowolnej roli, w dowolnych stosunkach z pozostałymi księżniczkami. Tutaj powraca ona do roli antagonistki, której armia ucieka się do licznych prowokacji, ryzykując wybuchem wojny, która, z perspektywy Celestii i Luny, powinna przebiec krótko i zakończyć się ich zwycięstwem. Królewskie siostry kombinują co można zrobić i ustalają plan idealny, gdyż niezależnie od jego rezultatu, Chrysalis będzie skończona w oczach opinii publicznej, a strona equestriańska będzie mieć pretekst, by zdusić konflikt w zarodku. Swoją drogą, w dniu premiery „Spamu” chyba jeszcze nie było filmu „New Generation”, co nie? Zważywszy na tekst o wysmarowaniu Chrysalis majonezem, można chyba stwierdzić, że autor popełnił jasnowidztwo i obraził królową Podmieńców na tak fenomenalnym poziomie, że aż wyprzedził kolejną epokę Oczywiście tekst stara się nas rozbawić od początku do końca i nie trzeba szukać dalej, niż właśnie w wypowiedz Luny, przybliżającej nam cały ten misterny plan. Odpowiednio szybko zostajemy zbombardowani kolejnymi żartami, czy to kryptonimem operacji, czy też mianami, którymi ochrzczono poszczególne maszyny wojenne, wszystko to wypada barwnie, typowo dla „Antyprzygód”. Do tego typu humoru przyzwyczaił nas autor i mimo już kilkudziesięciu odcinków na koncie, wciąż go realizuje tak, że żarty wypadają dobrze, całość jest świeża, akcję śledzi się z uśmiechem na pysku. A potem mamy tytułowy spam i chociaż wszystko w gruncie rzeczy jest zgrabną przeróbką rzeczy znanych z internetów, rzeczy nierzadko przetworzonych już przez memy, to jednak ma to w sobie pewną kreatywność i nadal potrafi zabawić. Ale monitor oplułem ze śmiechu w następnej scenie. Ja wiem, przecież to już było, ileż można, ale autentycznie, nawet wizualnie, to słowo spowodowało u mnie parsknięcie śmiechem i wtedy wiedziałem już, że gdy przyjdzie pora na komentowanie, to właśnie opowiadanie uznam za najzabawniejsze w tym rozdaniu Zakończenie oczywiście dało radę i zamknęło tę historię w taki sposób, że nie musiałem drugi raz się zastanawiać. Nagle cały wątek militarny zostaje rzucony w kąt, Luna leci na złamanie karku po swoje dwa miliardy bitów. Urocze. „Pojedynek” to z kolei tekst, który nie tylko w ramach tego rozdania, ale chyba w ogóle wszystkich „Antyprzygód”, jakie do tej pory przeczytałem, wypadł... Cóż, nie chcę powiedzieć, że jak do tej pory jest to najdziwniejsza antyprzygoda, ale z braku lepszego określenia użyję tego stwierdzenia. Dlaczego? Przede wszystkim opowiadanie zupełnie niespodziewanie okazało się dosyć znaczącym odbiegnięciem od przyjętej formuły, czego na pierwszy rzut oka wcale nie widać. Jasne, księżniczki są tutaj dużo poważniejsze, bardziej stanowcze i władcze, ogólny wydźwięk odpowiadania (przez większość czasu) jest po prostu inny i chociaż pod koniec można się doszukać elementów groteski, tekst pozostawia po sobie wrażenie, które trudno opisać. W żadnym wypadku nie mogę powiedzieć, że były to wrażenia mieszane, bo jednocześnie tekst wydaje się najlepiej dopracowany względem omawianych w tej serii „Antyprzygód”. Zarówno jeśli chodzi o opisy, dialogi, budowany nastrój, jak i to, że wszystko wydaje się być na serio, nie zabraknie też elementów mroczniejszych, „Pojedynek” wydaje się być wyjątkowy i to chyba jest najlepsze określenie na finalne wrażenia. Jest to odcinek wyjątkowy. Fabularnie, wydawać by się mogło, iż będzie to kolejny dobry materiał na komedię. Celestia i Luna, niezadowolone z mizernych postępów w szeregach królewskiej gwardii, pomimo zapewnienia żołnierzom prawdziwie morderczego treningu, orientują się, że brak zaangażowania ze strony zbrojnych bierze się stąd, że nigdy nie widzieli oni, by którakolwiek z księżniczek sama skutecznie walczyła, zwykle przegrywały one z Chrysalis czy Tempest Shadow, zatem nie mają oni motywacji, by trenować i nadstawiać karku za kogoś, kto najprawdopodobniej sam nie potrafi walczyć. Oburzone tymże odkryciem księżniczki postanawiają stoczyć na oczach swoich gwardzistów pokazowy pojedynek, udowadniając tym samym, że nie mają oni racji i na nowo wzniecając z nich ducha walki. Teraz, znając prawdziwą potęgę swych władczyń, chcą ćwiczyć i chcą stać się silniejsi, by dumnie stać na straży Equestrii. No dobrze, ale co w tym wyjątkowego? Poza tym, że księżniczki zachowują się inaczej, niż w większości odcinków, w momencie kulminacyjnym, w którym toczą walkę, mają na sobie ciężkie zbroje oraz broń, którą wypada potraktować poważnie, zadają sobie prawdziwe rany. Co mam przez to na myśli? Połamany róg Luny, sącząca się z rany krew, prosto do oczu, pękające po obu stronach kości, poprzebijane organy wewnętrzne, ogółem rzeczy które nawet alikorna powinny pogrążyć w wiecznym śnie. Nie mogłem uwierzyć, że to jest na serio, cały czas czekałem na jakiś zwrot akcji, że to jednak jest jakaś projekcja, iluzja, cokolwiek. A jednak nie. Księżniczki zakończyły pojedynek remisem, wstały, otrzepały się, wymieniły uwagami i tyle. To był właśnie ten moment groteski (tekst o spowodowanej przebitym żołądkiem diecie świetny), który rozluźnił nieco atmosferę, ale przy okazji budując przedziwny kontrast, przez który straciłem troszkę rozeznanie, czy powinienem to brać na poważnie, czy też nie, a może miała to być jakaś czarna komedia, a może to od początku miało być nawiązanie do czegoś, czego nie rozumiem. Tak czy inaczej, alikornom wszystko się zregeneruje, na to wygląda. I nie tylko Chrysalis, ale... No, chyba wszystkie władczynie mogą w zależności od pomysłu wystąpić w innym charakterze. Nawet skrajnie innym. Bez wątpienia było to zaskakujące doświadczenie, na tle większości odcinków z tejże serii coś unikalnego, zapadającego w pamięci, no i przy okazji realizującego motyw księżniczek władczych, potężnych, przywodzących na myśl władczynie, przed którymi należy mieć respekt, aniżeli kreskówkowe postacie komediowe, którymi pod koniec prawie się stają, ale prawie robi wielką różnicę. Podobnie jak w przypadku „Perły”, jak na przyjętą konwencję, jest to małe osiągnięcie. Kolejne opowiadanie nosi tytuł „Miasto musi przetrwać” i jest to zarazem kolejny odcinek, który został napisany bardziej na poważnie, ale tym razem utrzymując się w klimatach tajemniczości, lekko zakrawając o fantastykę. To znaczy, wiadomo, z uwagi na postacie oraz uniwersum wszystkie te opowiadania są fantastyczne, ale mnie chodzi o to, że jest jakiś sekret, jest magia, jest coś niepojętego, nawet jak na realia panujące w świecie przedstawionym, zaś w tym wszystkim, na dokładkę, skryta jest intryga, przez co zastanawiamy się co się tak właściwie stało, o co chodzi i co będzie dalej. Tym razem tajemnicza burza odcina od reszty świata Kryształowe Imperium, na domiar złego, Kryształowe Serce tak po prostu traci moc i w żaden sposób nie daje się jej przywrócić, co ma opłakane skutki dla Cadance. Osłabiona, upiorna, opisana jako szkielet z boleśnie naciągniętą nań skórą, ostatecznie odnajduje rozwiązanie, nie wiedząc jednak, że po drugiej stronie burzy trwała w tym czasie interwencja ze strony kucyków, wspieranych także przez inne istoty. W tym wszystkim bierze udział – a jakże – Chrysalis, jednakże nie wiadomo do końca skąd się tam wzięła i jaka jest jej w tym rola. Mam nawet kłopot z tym, by ogarnąć umysłem dlaczego właściwie kuce rzuciły się na nią jak oszalałe i tylko interwencja Cadance ocaliła ją przed linczem. Fakt, że Chrysalis została wtrącona do lochu musi sugerować, że to nie jest ta Chrysalis z „Perły”, tylko antagonistka, słusznie bądź niesłusznie oskarżona o sprawstwo burzy... Chyba. Opowiadanie wieńczy obraz sugerujący, że wbrew wszystkiemu zagrożenie zostało zażegnanie i życie w Kryształowym Imperium powróciło do normy... ale właśnie wtedy dowiadujemy się o tajemniczych, zielonych oczach władczyni, co daje nam pewien trop, dlaczego mimo wszystko coś wydaje się być nie tak. W gruncie rzeczy, opowiadanie nie wyjawia nam niczego. Wszystko dzieje się tak po prostu. Kryształowe Serce traci moc, miasto separuje od reszty kraju tajemnicza burza, nagle pojawia się Chrysalis, nawet to, o czym rozmawiała z nią Cadance zostało owiane mgłą tajemnicy. A rozwiązanie, które wymyśliła księżniczka? Zapomnijcie o wyjaśnieniach. Ale nie mam wątpliwości, że to był celowy zabieg. Wszystkie niedopowiedzenia, jakie pozostawił autor po tejże historyjce, są wyzwaniem dla naszej wyobraźni, co mnie się nawet spodobało. Generalnie, pisanie w ten sposób wiąże się z pewnym ryzykiem, gdyż można czytelnika zaintrygować, a można zostawić go z wrażeniem niedosytu, można nawet niechcący uczynić swoją opowieść naciąganą. Z ulgą mogę powiedzieć, że pewne niedoskonałości, jakimi obarczona została „Perła”, tutaj nie występują. Co nie zmienia faktu, że opowiadanie wygląda jakby wyciągnięte z szerszego kontekstu. Co tym bardziej intryguje i inspiruje, by w jakiś sposób wyobrazić sobie zarówno wstęp do tych wydarzeń, ich rozszerzenie, jak i ciąg dalszy. Nastrój panujący w opowiadaniu, podobnie jak miało to miejsce przy okazji „Pojedynku”, czyni opowiadanie wyjątkowym, wybija się ono na tle pozostałych antyprzygód. Czytało się to – mimo tagu [Sad] oraz tajemniczości – całkiem lekko i wartko, może jedyne, co mi nie podpasowało, było (Zbyt częste?) wspominanie o tym, że „miasto musi przetrwać”. Z jednej strony odebrałem to trochę jak nachalne wciskanie w treść tytułu opowiadania, ale z drugiej, zastanawiam się, dlaczego musi przetrwać. Mimo tej fanaberii, ten odcinek przypadł mi do gustu. Przedostatnia historyjka w tym rozdaniu, „Egzamin”, po raz kolejny podejmuje tematykę królewskiej gwardii oraz tego, jak królewskie siostry zapatrują się na liczne problemy z jej funkcjonowaniem, tym razem na szczeblu szkoleniowym. Jak możemy wyczytać w tekście, po reformach lunarnych, udało się wyeliminować najważniejszy mankament tej formacji, jakim była jej bezużyteczność, toteż i prestiż społeczny wzrósł niebotycznie, jednakże przed dostąpieniem tego zaszczytu, należy przejść przez tytułowy egzamin Cóż, tym razem chyba się nie rozpiszę, głównie dlatego, że jest to historyjka rozpisana na jedną tylko stronę, ale także z tego względu, że wydała mnie się zaledwie ok. Jeśli chodzi o formę egzaminu, szoku nie było, ale doceniam mały zwrot akcji, że celem tejże selekcji jest zdeterminowanie kto charakteryzuje się inteligencją, a kto siłą, co jak się domyślam, może mieć przełożenie na karierę danych osobników w szeregach gwardii. Przy okazji dając obraz tego jak przedstawia się kondycja intelektualna potencjalnych żołnierzy. W sumie, to mam zagwozdkę, czy w kopercie były wyniki dotyczące tego testu z dopasowywaniem kształtów, czy to jednak był jakiś inny test, a te kształty to było jednak coś innego, no ale nie ma co przedłużać. Opowiadanie sprawdziło się jako krótki, zabawny tekst, oferujący przede wszystkim relaks, w sumie, jakby się nad tym zastanowić, to w tym rozdaniu w ogóle sporo przewinęło się motywów dotykających królewskiej gwardii oraz prób wpłynięcia dodatnio na jakoś ich funkcjonowania i tym samym zwiększenia potencjału militarnego Equestrii. Aha, byłbym zapomniał. W tekście mamy odrobinkę światotworzenia. Nareszcie wiemy jaki jest stosunek klaczy do ogierów w uniwersum „Królewskich Antyprzygód”... a przynajmniej w uniwersum „Egzaminu”, jeżeli każde opowiadanie/ mini-serię traktować jako oddzielną bestię. Cóż, dużego zaskoczenia nie ma. Stosunek jest taki, że, generalnie, panie stanowią przytłaczającą większość No to może pora zaciągnąć do armii klacze? Ciekawe jakby wyglądały ich egzaminy, tak samo, a może inaczej? Może determinowałyby inne rzeczy? To by był niezły motyw - klacze do armii, a ogiery zostają kurami domowymi xD A za ileś-tam lat stosunek w społeczeństwie się odwraca. Ooops... Czwarte rozdanie „Królewskich Antyprzygód” zamyka „Łóżko”, zmagające się z „Pojedynkiem” o miano najdziwniejszego opowiadania w tejże serii. Pierwsze wrażenie? Zupełnie jakby to było mocno skondensowane „Luna Tries To Sleep”. Historyjkę otwiera scenka, w której księżniczka mierzy się ze swoją bezsennością po tym, jak jej ulubione, wodne wyrko musiało się z nią rozstać w dosyć tragicznych okolicznościach... Serio, nie dało się załatwić jakiejś repliki? No nic. Wszystko przebiega standardowo, aż protagonistka postanawia „rozedrzeć rzeczywistość” i wyciągnąć z niej Celestię, która następnie ugniata, tworząc z niej idealną podusię, na której się następnie kładzie i zasypia. Ale to jeszcze nie koniec, bowiem do akcji wkracza Nightmare Moon, która zachwycona tulaśnością posłania, kładzie się obok Luny, oczywiście głową na zadku. Ale nie tak prędko! Zwrot akcji głosi, że Celestia także zasnęła, kładąc się na poduszce z Twilight Sparkle, co oznacza, że twórca legendarnego łoża Zerwikołdry, mistrz Longinhoof, nareszcie może wyruszyć w świat w poszukiwaniu wybranki serca, z którą się ożeni, albowiem przysiągł uroczyście, iż nie uczyni tego, póki nie utuli do snu trzech alikornów naraz. Mistrzowi gratulujemy wypełniania celu i składamy kondolencje, z racji nieuniknionego ożenku xD W porządku, jednak muszę odszczekać to, co pisałem wcześniej. Namyśliłem się. Jednak to „Łóżko” jest jak do tej pory najdziwniejszą antyprzygodą. „Pojedynek” przy tym to naprawdę zupełnie zwyczajna, normalna historia, wspaniała zabawa dla całej rodziny. Surrealistyczny odcinek, ale czy lepszy od swych konkurentów? Ano dla mnie osobiście niezbyt. Przede wszystkim, tekst, w porównaniu z resztą antyprzygód w tymże rozdaniu, okazał się całkiem... bezbarwny? Napisany na szybko, zbyt szybko? Może tak. Jakby w głowie autora pojawiły się dwie różne zajawki, ale obie krążył wokół spanka, no to żeby nie było przypału, zdecydował się skonsumować owsiankę i utulić naleśniczka jednocześnie. Silny vibe starego opowiadania konkursowego, jeszcze z wczesnego 2013. No, ale przynajmniej było to coś oryginalnego. Surrealistycznego. I nie mam nic więcej do dodania. Wesoło, dziwnie, ale bez rewelacji. To by było na tyle w tym rozdaniu. Ale nie jest jeszcze za późno na szybką topkę Gotowi? A zatem! Rzućmy okiem na Top3 „Królewskich Antyprzygód” vol. IV Miejsce pierwsze zajmuje „Perła”, za pomysł, realizację, cały rollercoaster, jaki za tym poszedł i duży wkład do serialu! Miejsce drugie przypada... Przypada... Jednak „Miasto musi przetrwać”, za tajemniczość i to, że wiemy tyle, że nic nie wiemy, i o czym możemy powiedzieć, że na ten temat nic nie możemy powiedzieć. Niech działa wyobraźnia! No i miejsce trzecie otrzymuje... A jednak! „Musztra”, za pomysł, wykonanie, no i kreskówkowy komizm, ogólnie! Ależ to była rywalizacja ^^ Pozdrawiam Państwa serdecznie, czytamy się następnym razem, przy kolejnym starciu z „Królewskimi Antyprzygodami”
  4. Długo się zastanawiałem, czy pisać ów komentarz teraz. Z jednej strony, fanfik ten ma już swoje lata, na dzień dzisiejszy cieszy się ponad dwudziestoma rozdziałami (włączając w to prolog), a ja mam z nim wcale nie taką krótką historię, bowiem moje z „Kodem Equestria” początki sięgają późnego roku 2018, kiedy to postanowiłem nie tylko zapoznać się z tą historią, ale i poprawić ją pod kątem formy, na ile oczywiście pozwolą mi moje możliwości. A uwierzcie mi, było przy tym sporo pracy. Z drugiej strony, nadarzyła się – nie po raz pierwszy zresztą – dobra okazja ku temu, by jednak to i owo skomentować, aczkolwiek – i to jest ta trzecia strona – moja korekta, idąca równolegle z lekturą, daleka jest od skończenia, a przecież dopiero w tym wiekopomnym (?) momencie planowałem skomentować całość, dosyć obszernie. Z czwartej strony, oczywiście, że wszystko się przedłuża, wszyscy mamy swoje obowiązki, zmartwienia, takie tam, toteż i autor nie uporał się ze wszystkim, co mu w tekście pozostawiłem, nie tylko ja zresztą. W sumie, sam się sporo nauczyłem przy tejże korekcie, zważywszy na uwagi Midday Shine, więc z całą pewnością jest to podróż, która trwa nadal, no i... Ostatecznie zdecydowałem się co nieco tutaj napisać. Cóż za niespodzianka – jakże miałoby być inaczej, skoro tu jesteście i czytacie kolejne moje wypociny? Oczywiście, w tym wszystkim jest nadzieja, że być może to będzie tym, co zmotywuje autora do popchnięcia pewnych rzeczy naprzód i powrotu do tegoż fanfika, nie tylko jeśli chodzi o ciąg dalszy, ale także, a może przede wszystkim, o pochylenie się nad licznymi sugestiami – czymś, przez co opowiadanie, bez włączenia opcji tylko wyświetlania, w ramach poszczególnych jego rozdziałów staje się niemal aczytalne. Serio, poprawek, komentarzy, propozycji, jest AŻ tyle. No, jest jeszcze ta piąta strona, w zależności od indywidualnego wyczucia, najistotniejsza. Mianowicie wierzę, że to ostatnie z kucykowych dzieł Lyokoherosa, którego jeszcze nie skomentowałem. Nawet troszeczkę, nic a nic. To trochę taka... niezałatwiona sprawa. Stąd, z biegiem czasu, tym większe są moje chęci, by w końcu coś w tej materii zrobić i zabrać głos. W związku z powyższym, czym jest „Kod Equestria”, zapytacie? Mówiąc ogólnie, jest to sporych rozmiarów crossover, niekoniecznie multicrossover, gdyż osobiście traktuję światy kucyków i ludzi jako jedne uniwersum, dwie strony tego samego medalu, stąd widzę jedynie dwa światy, które kolidują ze sobą w ramach tejże historyjki. Tytuł mówi wszystko – chodzi o świat „Kodu Lyoko”. Dla osób kojarzących dorobek autora nie powinno to być żadne zaskoczenie. Tagi obiecują nam alternatywne uniwersum i rzeczywiście, chociaż na powierzchni wygląda to tak, jak pisałem powyżej, pod spodem mamy prawdziwe, autorskie uniwersum, inspirowane kucykową Equestrią, ludzkim jej spin-offem, czyli Equestria Girls, no i Wojownikami Lyoko. Ale tajniki Lyokoverse to temat na inną dyskusję. Jeżeli ktoś się zastanawiał, skąd może być to [Multiwersum] wśród tagów – teraz już wiecie Przeglądając temat, odkryjemy, iż swego czasu wywiązała się ciekawa, dosyć burzliwa dyskusja na temat poszczególnych aspektów tejże opowieści, a także uniwersum, w którym została osadzona, wkraczająca nawet na subiektywny pogląd autora dotyczący wyższości oryginalnej wersji językowej nad naszym, polskim tłumaczeniem i dubbingiem. Bardzo chciałbym to rozkopać i poodnosić się do co ciekawszych cytatów, ale to innym razem. Być może po tym, jak doczytam fanfik do końca opublikowanej zawartości, po tym jak już autor to skończy, a może... kiedyś. Zależy. Istotne jest to, że hipotetyczny ktoś, kto myśli nad przeczytaniem „Kodu Equestria”, widząc rozmiary poszczególnych postów oraz uświadamiając sobie jak szeroki wachlarz zagadnień one poruszają, może odnieść wrażenie, że przed lekturą należy wykonać niemały research, coby zrozumieć w pełni to, co się dzieje w fabule. Otóż nie. Miałem to już przy okazji „Naszej Małej Sunset” i podobnie było tutaj – chociaż pojęcia nie mam o „Kodzie Lyoko”, a jeśli chodzi o Equestria Girls, to trzy obejrzałem, czwartego nie dałem rady, opowiadanie wypadło moim zdaniem dostatecznie przystępnie, by nawet taki laik jak ja połapał się co, kto, z kim, jak, po co i dlaczego. Jasne, nie wszystko było dla mnie oczywiste od razu, ale według mnie ambitny plan autora na dłuższą metę nie uczynił tego fanfika niezrozumiałym, czy (zbyt) trudnym w odbiorze bez uprzedniego przygotowania merytorycznego. Gra zatacza pełen krąg i dotykam dzisiaj, na samym końcu, pisarskiego debiutu autora w fandomie MLP. To przeurocze, że jak na początek Lyokoheros postanowił opowiedzieć nam długą i epicką historię o Xanie siejącym spustoszenie w Equestrii, który z łatwością przeciąga główne bohaterki na swoją stronę, a nawet wyciągając z odmętów zapomnienia znanych złoczyńców takich jak królowa Chrysalis czy sam król Sombra W krótkim czasie dokonują oni błyskawicznej ekspansji, której jako ostatni bastion dobra opiera się Kryształowe Imperium. Jednakże nie wszystko jeszcze stracone. Zjednoczone siły Aimei (nazwa ludzkiego wymiaru w Lyokoverse) oraz Wojowników Lyoko przybywają na odsiecz do magicznej krainy zwanej Equestrią, by stawić czoło największemu od dziesiątek tysięcy lat złu. To może być największa walka w historii świata! Jak do tego doszło? Jak udało się zaalarmować równoległy wymiar? Jak potoczyło się oblężenie ostatniego bastionu sił dobra i co się wydarzy później? Odpowiedzi na te oraz inne pytania szukajcie w fanfiku. Aha, nim przejdę dalej, mała informacja dla Cahan – chociaż wydaje się, jakbym startował do całej opublikowanej zawartości, zamierzam przyjrzeć się po kolei tylko tym rozdziałom, które już przeczytałem i skorektorowałem. Całą resztę należy traktować jako wstęp. Trochę zbiorczy, ale wstęp. Będzie jeszcze podsumowanie. I inne, takie tam. A skoro o rzeczach zbiorczych mowa, dotknę pokrótce formy opowiadania, która okazała się niezwykle chaotyczna, często wadliwa (objawiało się to zgrzytającym szykiem zdań, licznym powtórzeniom, w ogóle, nieładnie skonstruowanymi zdaniami/ opisami), w całości pozostawiająca wiele do życzenia. Autor nie ustrzegł się przez ekspozycjami, które ok, być może i przydadzą się komuś, kto w materii crossoverowanych uniwersów jest zielony jak trawa, lecz nie musiały być pisane w tak... mało angażujący sposób (o tym nieco później). Formatowanie także momentami nie było doskonałe, ogółem widać mocno, iż to jedno z pierwszych opowiadań i że pisarz próbuje z tej okazji trochę za bardzo, styl zyskiwał na jakości dosyć powoli. Trudno było odnieść wrażenie, że w ramach kolejnych odcinków autor zbiera doświadczenie. Ale ok, nie każdy musi się rozwijać w błyskotliwym tempie, można pewne rzeczy przyswajać sobie wolniej. Czarę goryczy przelewają niekiedy nieprecyzyjnie skonstruowane opisy (o czym pisał już psoras), po których czytelnik w sumie nie wie co konkretnie sobie wyobrazić, momentami idzie zgubić rozeznanie kto jest podmiotem w danym zdaniu, kto co mówi, a nawet (ma to miejsce podczas późniejszych scen walki) kto gdzie się znajduje tj. w jakiej odległości, gdzie konkretnie, skąd atakuje, dokąd się wycofuje, co utrudnia wyobrażanie sobie poszczególnych akcji i manewrów, nie tylko utrudniając odbiór tekstu, ale i zabijając dynamikę scen, które raczej miały być szybkie, emocjonujące, ekscytujące i tak dalej. No i paradoksalnie, o ile tak wielki crossover daje fantastyczne możliwości i z pewnością jest czymś świeżym... to jednak trudno jest odczuć, że mamy do czynienia z czymś nowym, niekiedy trąci to wtórnością i mimo pewnych przebłysków, to wszystko już gdzieś jakby było, w efekcie czego klimat sporo traci. Na szczęście tekst spełnia swoje zadanie, czyli wciąga, niekiedy idzie się uśmiechnąć czy to ilekroć trafia się odpowiednia ku temu scenka, czy też przewinie się zgrabnie wpisane w całość nawiązanie. Niestety, jak na razie, przy fanfiku wciąż jest mnóstwo do zrobienia i to nie mnogość postaci, crossoverowane uniwersa, ani nie ich lore – to forma stanowi główną przeszkodę w lekturze, gdyż jej niedoskonałości nieustannie odwracają uwagę czytelnika od treści, niekiedy wręcz zamazują mu jej obraz, w związku z powyższym tekst czyta się... źle. Szczęśliwie, część z tych rzeczy, przynajmniej w ramach początkowych partii tekstu, została już zaadresowana. Przejdźmy zatem do szczegółu i przyjrzyjmy się indywidualnie poszczególnym rozdziałom. Uprzejmie przestrzegam przez spoilerami i to w hurtowych ilościach! Prolog, czyli nowy alikorn w Equestrii Pierwsze wrażenie? Zupełnie jakby to była historia z innej bajki. No i chyba jest, skoro pierwszym, czym raczy nas opowiadanie, jest finał „Kodu Lyoko”. Chyba. Owszem, może się to wydać od czapy, ale mnie, mając na uwadze tagi, wydaje się to całkiem atrakcyjne z punktu widzenia narracji, gdyż wiedząc z czym ma to być crossover, spodziewam się zastać przewijające się w opisach postacie później i w sumie już jestem ciekaw, jak poradzą sobie one w innym świecie. Świecie, do którego zamierza zbiec Xana. Dobra zajawka na początek. W obecnej formie, jak dla mnie, pierwszy fragment robi dobrą robotę, jeśli idzie o przedstawienie naszego głównego antagonisty w jego „naturalnym środowisku”, a przy okazji napomknięcie o kilku postaciach, na których powrót jeszcze sobie poczekamy. Kolejny fragment, to przybycie Xany do Equestrii. Lądowanie w Everfree. Jako alikorn. Czarno-czerwono-biały. I to w momencie rozpoczęcia akcji serialu. OK, to trzeba zaadresować, gdyż nadal jest w fanfiku, ale, o ile mnie pamięć nie myli, teraz jest to wszystko lepiej opisane, wiele pomaga fakt, iż istnieje rysunek przedstawiający Xanę w tejże postaci, z którego wynika, że nie taki alikorn straszny, jak go malują W ogóle, motyw z zerami i jedynkami w grzywie bardzo przypadł mi do gustu. Koniec końców... tak, trąci to sztampą i jest odtwórcze, lecz ze wszystkich fragmentów, które mogłyby wywoływać takie oto wrażenie, ten chyba póki co został zrealizowany najkompetentniej. Świetnie, że cała narracja jest pisana w taki sposób, byśmy przypadkiem nie zapomnieli, że to w gruncie rzeczy program komputerowy. Opisy analizy otoczenia, odkrywania swojej nowej formy, to wszystko wypadło moim zdaniem bardzo, bardzo dobrze i czytało się ok. W takiej, poprawionej nieco formie, z perspektywy czasu, jest to dobra scenka wprowadzająca i swego rodzaju homage do tego, jak rozpoczynało się zbyt wiele wczesnych fanfików, najczęściej o człowieku trafiającym do Equestrii i zmieniającym się w alikorna Gabaryty prologu w porządku. I w sumie, nie mam nic więcej do dodania poza tym, że jakiś czas temu zapatrywałem się na to krytyczniej, ale teraz na tego typu rzeczy patrzę nieco przychylniejszym okiem. Szczególnie, kiedy rzeczy są wykonane z humorkiem. Tutaj funkcję tę pełnią wstawki w postaci przemyśleń Xany. Jednocześnie, prolog napełnia człowieka wiarą, że pierwsze rozdziały będą napisane z perspektywy tegoż właśnie, dając nam jakieś pojęcie o jego mocy, w jaki sposób mógł obserwować kluczowe wydarzenia z serialu (On mógł tam być przez cały czas!), jak dowiedział się o Discordzie, Chrysalis, a nawet Sombrze, jak „instalował” swoją bazę i przygotowywał się do inwazji, te rzeczy. Myślę, że to mogło by być na swój sposób zaskakujące. Widzieć znajome sceny z serialu z perspektywy skrywającego się za kulisami Xany, odkrywać jak mógł wpływać na te wydarzenia, szykując wszystko pod swój plan... Myślę, że to byłby idealny... tymczasowy protagonista. Na pierwsze rozdziały, nim zamieni się miejscami z ludzką szóstką, wspieraną przez Sunset (sztuk dwie) i resztę, by po pewnym czasie wkroczyć mogli Wojownicy Lyoko. Zburzona Harmonia Ech... Tak się jednak niestety nie stało, gdyż akcja pierwszego rozdziału rozgrywa się już po przeskoku czasowym, kiedy to obchodzona jest druga rocznica przejścia Discorda na jasną stronę mocy, zwaną tutaj nawróceniem. Chociaż opisywana na początku rozdziału serialowa sielanka wypada sympatycznie i barwnie, muszę przyznać, iż... jest to troszeczkę przesłodzone. No i samo w sobie niczego szczególnego nie wnosi, a tylko ukazuje życie kucyków na krótko przed wkroczeniem Xany do akcji. Zapewne dla kontrastu, gdyż to, co się dzieje później, próbuje zmienić diametralnie klimat i... nawet się to udaje. W pewnym stopniu. Ale po kolei. Dostrzegam pewne... sam nie wiem jak to nazwać. Niech to będą trudności z pisaniem postaci kanonicznych. Nie zrozumcie mnie źle, przecież Lyokoheros doskonale odnajduje się w serialowych klimatach, trzyma się kanonu, który to kanon niejednokrotnie mi tłumaczył, pokazując mi w jaki sposób go interpretuje i na czym opiera argumentację, ujawniając przy tym swoją dedykację. Z oddaniem znanych postaci nie powinno zatem być problemu, racja? Co się zatem stało? Moim zdaniem zabrakło doświadczenia w pisaniu postaci nieprzewidywalnych, działających spontanicznie, nietuzinkowo, zachowujących się abstrakcyjnie. Stąd, zarówno Discord, jak i Pinkie Pie, niby zachowują się tak, jak powinni, ale nie robią niczego spektakularnego ani wzbudzającego podziw kreatywnością, jedynie „robią swoje”, powodując wrażenie rzemieślniczej roboty. Jakby Lyokoheros przyjął tu strategię pt. „Play it safe” i po prostu „uspokoił” chaotyczność jednego i drugiego, odtwarzając to, co możemy kojarzyć z serialu. Oj, tego odtwarzania jeszcze trochę będzie. W sumie, coś podobnego można stwierdzić o pozostałych postaciach – są, zachowują się tak jak w serialu, ale niczym szczególnym się nie wyróżniają. Zupełnie jakby celem tych scen było zaledwie przypomnienie nam znajomych z serialu klimatów. Także jest spokojnie, sympatycznie i klimatycznie, acz bez rewelacji, serialowość ma tu charakter rzemieślniczy. Dalej akcja przyspiesza i autor już jakby odważniej odgrywa postacie, przy czym nie potrafię pozbyć się wrażenia, że Xanie została poświęcona specjalna uwaga. Zupełnie jakby Lyokoheros lepiej odnajdywał się w butach poszczególnych postaci „Kodu Lyoko”. W kontekście bohaterów „Naszej małej Sunset”, nabiera to jeszcze więcej sensu, tj. skąd ten pomysł, by i w tę historię wpleść postacie tejże animacji. Po prostu w tym uniwersum, mimo wszystko, czuje się swobodniej, stąd też taki a nie inny wybór rodziców dla malutkiej Sunset. I całego miejsca akcji. Powracając do „Kodu Equestria”, obserwujemy konfrontację Discorda z Xaną, od której rozpoczyna się całe zło w tym fanfiku. Pierwsza rzecz – w sumie podoba mnie się dialog między tymi dwoma, to wyszło w porządku, poza tym jak łatwo Discord dał się wrobić... znowu. No, ale chcę wierzyć w to, że Pan Chaosu próbował manipulować Xaną. Natomiast – i to jest druga rzecz – w życiu nie uwierzę w to, że Draconequus dałby się tak łatwo opętać... Ba, że w ogóle da się to zrobić z taką łatwością. Jasne, jasne, wiem, że Xana przygotowywał się do tego trzy lata, ale mnie chodzi o sam proces. Domyślam się, że tak to działa w świecie „Kodu Lyoko”, ale Discord to jest postać ostateczna. On jest najpotężniejszą istotą w Equestrii i dosłownie może wszystko na zawołanie. Kupię jeszcze, że da się go jakoś wysterować, ale opętać z taką łatwością? Wniosek z tego może być tylko taki, że najwyraźniej moc Xany jest czymś tak nieznanym i tak skomplikowanym w Equestrii, że nawet Discord (jeszcze) nie nabawił się na to odporności. Albo nawet on nie jest w stanie oprzeć się czemuś, co pochodzi z innego świata. Chociaż z drugiej strony, jak musiał przebiegać proces translacji możliwości Xany jako programu komputerowego na formę alikorna, skoro przenosząc się do nieznanego sobie świata, zyskał taką moc? W sumie, i to też się tyczy tego rozdziału, wcielanie planu w życie naprawdę przychodzi mu z taką łatwością, że aż dziwne, że trzeba mu armii i niepotrzebnych walek, żeby podbić resztę świata. Jednak z drugiej strony, wszystko to mieści się w konwencji kreskówkowej bardzo dobrze, serialowej chyba też – autor ma szczęście – bo niedawno miałem okazję obejrzeć po raz pierwszy kinówkę z kucami i w sumie tam też Tempest Shadow wzięła (prawie) wszystkie księżniczki na strzała, w pięć minut cała nacja była zniewolona. No, może nie cała, ale tak czy owak stolica została zajęta. Nawet dostali celebrytkę w prezencie Skoro mogła ona, to dlaczego nie mógłby Xana? Swoją droga, to by było MEGA – dlaczego w filmie nie było Discorda? Bo go w tym czasie opętał Xana OK, zostawmy to, przynajmniej na razie. Fani Discorda swoje wiedzą i dla nich tak czy inaczej będzie to herezja. Co mamy dalej? Do Twilight przybywa Zecora, z tajemniczą przepowiednią na ustach, jednak nim druga najmłodsza księżniczka Equestrii (ha ha, przegrałaś z Flurry Heart ) rozgryza przesłanie prawdy tejże zagadki, miasto Ponyville... Zostaje zaatakowane! Obraz jak ze „Świtu żywych trupów” - jest normalnie, spokojnie, ale budzisz się następnego dnia rano i jak okiem sięgnąć, wszędzie wokół, po okolicy przez wziętymi nie wiadomo skąd zombie uciekają twoi znajomi. Wokół chaos, zniszczenie, a ty, walcząc o życie, próbujesz jakoś zrozumieć, co się wokół ciebie dzieje, jak to możliwe, aż tu nagle atakuje cię twój własny zzombifikowany mąż... znaczy, przywrócony do życia król Sombra. Akcja od tego momentu leci na łeb, na szyję i o ile kiedyś mi to zgrzytało, tak teraz, zwłaszcza po poprawkach, jest pod tym kątem nieco lepiej, a i skojarzenie z wyżej wymienionym filmem pomaga jakoś się w to wszystko wczuć i już jest fajnie Od tego momentu fanfik próbuje jakoś zmienić ten idylliczny klimat i stworzyć atmosferę zagrożenia, ale jak tu się czuć zagrożonym, kiedy mamy np. Vinyl Scratch, która oczywiście unika wszystkiego przypadkiem, dzięki mocy słuchawek i okularów przeciwsłonecznych? Także nadal jest to kreskówka pełną gębą. W ogóle, trąci tutaj zbytnim ugrzecznieniem wszystkiego i może to jest przyczyna problemów z pisaniem postaci Discorda czy Pinkie? Nie ma w tym... Iskry? Zadziorności? Agresji? Bezpośredniości? Odwagi? Discord tymczasem wypełnia rozkaz Xany i zajmuje uwagę księżniczek. W desperackiej próbie opanowania sytuacji, Twinkle Sprinkle Twilight Sparkle wraz z przyjaciółkami robi to, czego Zecora jej zabroniła, powodując w ten sposób opętanie swoje oraz wcześniej wymienionych, w związku z czym Xana z całą ekipą rusza zdetronizować Celestię. Ja wiem, że bez tego nie byłoby ciągu dalszego (albo byłby on zupełnie inny), ja wiem, że to typowa Twilight, która zamiast posłuchać się jednej z bystrzejszych postaci (Zecory), robi dokładnie odwrotnie, ja wiem, że to ma być serialowe, ale... czy ja wiem? Nie to, że zupełnie mnie się to rozwiązanie nie podoba, ale chyba nigdy się do niego nie przekonam. Koniec końców motyw wypada bardziej jako pretekst, by ruszyć na Canterlot i popchnąć fabułę dalej, aniżeli naturalną progresję wątku. Nie miałem wrażenia, że Twilight wyczerpała już absolutnie wszystkie możliwe alternatywy, nim zdecydowała się zaryzykować i zrobić cokolwiek wbrew przepowiedni. Z drugiej strony, skoro to warunkowało ciąg dalszy, może tak miało być? Ach, te przepowiednie Miały mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Myślę, że mimo wszystko, jak na pierwszy pełnoprawny rozdział, w najnowszej jego odsłonie, jest w porządku. Mamy nieco spokojniejsze rozpoczęcie, przedstawiające nam typowo kucykową beztroskę dnia codziennego, a następnie konfrontację Discorda z Xaną, po której efektem kuli śniegowej i tempem pendolino zaczynają się pojawiać nowi złoczyńcy, powodując coraz to większe zamieszanie, w efekcie czego na dzień dobry główna szóstka staje po stronie Xany i staje się ZUA. Dostaliśmy zajawkę, szkoda, że nie spędziliśmy z Xaną jako takim quasi-protagonistą więcej czasu, ale to nic, trafiliśmy do miejsca akcji właściwego fanfika, dosyć szybko rozpoczęła się eskalacja, której już za chwilę ciąg dalszy. Po poprawkach czyta się to dużo lepiej i sprawniej, poprawione zdania brzmią o niebo lepiej niż „na surowo”, zdecydowana większość sugestii została już zaadresowana, zatem można śmiało czytać. Jest pewien kłopot z klimatem, wszystko wydaje się niepotrzebnie stonowane, ugrzecznione, ale autor i tak trzyma się ram serialowych, więc przesady nie ma, toteż i nastrój jest. Mniej wyrazisty, ale wciąż. Nie przedłużając, rzućmy okiem co dalej. Detronizacja Celestii Rozdział otwiera króciutka na jedną stronę scenka znęcania się psychicznego i fizycznego nad Spikem. W sumie, nic szczególnego. Podtrzymuję swoje zdanie – w takiej postaci powinno to być zakończenie poprzedniego rozdziału („I wyteleportował stąd siebie i wszystkie swoje sługi.”), lecz jeśli ma otwierać kolejny, przydałyby się jakieś opisy, zwłaszcza na początek. Tak czy owak, trzymamy się kreskówkowej konwencji i Spike, uznany za zbyt słabego i niegroźnego, zostaje zostawiony sam sobie. Duży błąd, jako iż natychmiast nawiązuje współpracę ze Znaczkową Ligą, mało tego, równie szybko całej czwórce zostaje udzielone wsparcie ze strony Starlight Glimmer, której obecność akurat tu i teraz wprawdzie zostaje wytłumaczona, ale... No cóż za zbieg okoliczności Akurat jak Xana szykował się do ataku była z Trixie poza Ponyville, wróciła na chwilę przed zamieszaniem, a przez twardy sen obudziła się akurat gdy było po wszystkim, by nie narazić się Xanie, ale by mogła jednocześnie włączyć się do akcji u boku Spike'a. Który to Spike, po wysłaniu donosu do Celestii, streszcza jej ostatnie wydarzenia i rozkminia przepowiednię pod kątem tajemniczego innego świata, z którego przyjść miał nowy, nieznany Equestrii wróg. Sprawa wydaje się jasna – trzeba skontaktować się z Sunset Shimmer i poprosić ją o pomoc. Tymczasem odwiedzamy chaotyczny wymiar Discorda, do którego zaprosił Celestię i Lunę, coby nie przeszkadzały Xanie w zdobyciu stołecznego zamku. Muszę przyznać, że jakkolwiek podtrzymuję swoje zastrzeżenia co do jego kreacji, o tyle wymiar, w którym rezyduje, wydał mnie się ciekawy i pomysłowy, to już zdecydowanie bliżej tego, czego bym się spodziewał po jego postaci. Nie jest to może szczyt spontaniczności, ale przyjmuje u siebie księżniczki, to ok, może tego wymaga kultura. Ciekawe wydało mnie się to, że najwyraźniej Spike jest w stanie przesyłać swoje listy nawet do wymiaru chaosu, w wyniku czego Celestia zostaje o wszystkim powiadomiona, w związku z czym ucina wizytę. Przed czym Discord nie protestuje, w sumie, to nie robi niczego szczególnego, co zasiewa w czytelniku ziarno niepewności. To serio jest opętany, czy tylko udaje? Albo z pozoru tylko wypełnia rozkazy Xany, by uśpić jego czujność? A może ma swój własny, mały plan? Widzę tutaj potencjał do szokującego zwrotu akcji (nie wiem jakiego), możliwe, że w końcu coś takiego otrzymamy. Myślę, że to by mi się bardzo spodobało. Ech, kogo ja oszukuję, potem dzieje się coś, co wskazuje na zupełnie co innego, ale przynajmniej człowiek mógł się łudzić, że wydarzy się tu cokolwiek zaskakującego... Następnie rozgrywa się bitwa, zupełnie nieźle zrealizowana, w trakcie której przedstawione zostają nam nowe postacie, wojskowi – Winged Hussar, Wall Calm, Honor Shield. Dobrze, że na wymienieniu ich z imienia się nie kończy i że pełnią w rozdziale (oraz dalszej historii) swoją rolę, przez co ich wprowadzenie nie jest wprowadzeniem nowych postaci dla samego wprowadzenia nowych postaci. Odpowiednio szybko autor ściąga do fanfika znajome postacie, najznakomitszych z Wonderbolts. Oczywiście to niewiele zmienia, na domiar złego, do Sombry i Chrysalis dołącza przemieniona z powrotem w Nightmare Moon księżniczka Luna, w połączeniu z główną szóstką nie ma już nadziei... Serio muszę tutaj cokolwiek więcej pisać? Przecież i tak tytuł rozdziału wszystko nam zaspoilerował – antagoniści pod wodzą Xany mieli zdetronizować Celestię i dokonują tego. Koniec. Towarzyszyła temu wielka, dobrze zrealizowana bitwa, ale jak tu poczuć jakiekolwiek napięcie, skoro z góry wiadomo jak się to skończy? Ciekawie robi się później, gdy ocalałe postaci wyruszają do Kryształowego Imperium zaalarmować Cadance i Shining Armora, w międzyczasie do obsady dołączają nowe postacie (np. Maud Pie wpadająca na sam koniec), z jednej strony wydaje się, jakby w ramach jednego rozdziału było za dużo wszystkiego i wszystkich, ale po wielokrotnej lekturze przestałem na to zwracać uwagę. Protagoniści, rozumiejąc już gdzie będzie się mieścić ich ostatni bastion, przygotowują się do kolejnego, być może decydującego starcia z Xaną, który nie tylko wydaje się absolutnie niemożliwy do pokonania, ale i coraz silniejszy. Hm, ciekawe jak fani Nightmare Moon, Sombry, czy Chrysalis zniosą to, że ich ulubione postacie, ulubieni antagoniści, tak po prostu przyjmują rozkazy od Xany, który – zakładając, iż nie znają oni uniwersum „Kodu Lyoko” – będzie dla nich jakimś kompletnym randomem xD W sumie, czemu nie przerobił Celestii na Daybreaker? Skoro w opowiadaniu mogą się pojawiać odwołania do rzeczy po sezonie szóstym, to czemu nie? Generalnie, ów rozdział był pociągnięciem dalej wątku podbijającego Equestrię Xany, jak już mówiłem, tytuł tegoż odcinka zaspoilerował nam wynik bitwy, niby to było do przewidzenia, z drugiej jednak strony, nadarzyła się idealna okazja do zaskoczenia czytelnika i ukazanie, że być może Xana nie jest taki OP, na jakiego wygląda. Ale po co, zapytacie? Na przykład po to, by stworzyć jakieś napięcie? Przygotować sobie grunt pod kolejne zwroty akcji? Zaangażować odbiorcy? Rozdział czytałem, zwracałem uwagę na błędy, sugerowałem, ale jeśli chodzi o samą fabułę... śledziłem to bez większego zaangażowania. Dusze bliźniacze Oj, ile tutaj było roboty. Ale było warto. Jeszcze nie wszystko gotowe, lecz po poprawkach, zwłaszcza wyeliminowaniu powtórzeń, które były zmorą nie tylko tego, ale i następnego rozdziału (ta powracająca w kółko aparatura wciąż mnie prześladuje ), forma znacząco się poprawiła, co komplementuje treść w całkiem satysfakcjonujący sposób. Wiele się nie dzieje, lecz to interakcje między bohaterkami są tutaj głównym specjałem, plus jeszcze jedna, nowa postać. Na którą w sumie czekałem i której byłem najbardziej ciekaw... w sumie, nadal jestem, gdyż historia nie jest zakończona, a i ja mam jeszcze sporo przed sobą. Rozdział rozpoczyna się tak, jak moim zdaniem powinien rozpoczynać się rozdział poprzedni. Troszeczkę bardziej rozbudowany opis, odnoszący się do akcji z poprzedniego odcinka, ale wprowadzającego nas w inne miejsce/ inną scenę/ skórę innej postaci, zamiast bezpośrednio kontynuować wątek. Trafiamy do Aimei – równoległego wymiaru, w którym spotykamy ludzkie wersje znanych kucykowych bohaterek, pochłonięte swoimi sprawami, jak co dzień. Odwrotnie jak w przypadku pierwszego rozdziału, autor tym razem daruje sobie opisywanie typowego szkolnego życia i konfrontuje doskonale znające się bohaterki z ludzką Sunset Shimmer, która – cóż za niespodzianka – o przyjaźni wie tyle samo, co o wypowiadaniu naturalnie brzmiących zdań, myszkującą przy odbudowanym WonderColcie z jakimiś dziwnymi przyrządami... I tutaj muszę autora pochwalić, bo zważywszy na pewną wtórność, która do tej pory objawiła się czy to na początku, gdy w Everfree w momencie rozpoczęcia akcji serialu pojawił się tajemniczy alikorn z innego świata, czy też później, gdy Rainbow Dash wspomina o dwudziestu procentach więcej czegoś, tutaj obawiałem się, że scena ta będzie przekalkowaną sceną otwierającą trzeci film „Equestria Girls” i że ta tajemnicza postać, którą oczywiście jest ludzka Sunset Shimmer, zaraz zwieje do autobusu i przynajmniej na początku okaże się niczym więcej niż reskinem ludzkiej Twilight (Sci-Twi). A tu proszę – nawiązała normalny dialog z bohaterkami, potem zupełnie niczym się nie przejmując, udała się do szkoły, bo tego wymagały jej badania, gdzie doszło do konfrontacji z equestriańską Sunset. Mało tego, okazało się, że żadnego zaskoczenia nie było, bo o to naszej nowej bohaterce chodziło – o dowód, który mógłby potwierdzić jej hipotezy, które sformułowała już jakiś czas temu. Jest to bardzo ciekawy motyw W ten sposób autor przedstawił nam coś, co nie jest kalką wydarzeń znanych z filmu, ale czymś co niby na początku wygląda podobnie, ale już za chwilę toczy się inaczej, bez dłużyzn, bez udawanej tajemniczości, unikając wrażenia wtórnej, rzemieślniczej roboty. Bardzo dobrze! Jednakowoż wciąż podtrzymuję swoje zdanie, że w świecie, w którym istnieją media społecznościowe, internety i takie tam, to nie powinno zająć ludzkiej Sunset aż tyle czasu, by zorientować się, że jej hipotezy dotyczące światów równoległych oraz pochodzącej nie z tego świata przybyszki są prawdziwe. Nawet gdyby przyjąć, że musiała swoje „odczekać”, zanim equestriańska Sunset postawiła kopyta w Aimei po raz pierwszy. No bo jednak ta spędziła trochę czasu wśród ludzi i, z tego co wiemy z filmów, w swojej szkole była dosyć popularna. Popularna despota xD A potem podążyła za nią Twilight... No i zaczęły się dziać dziwne rzeczy, które owszem, zapewne były doskonale tuszowane, ale to, co winno interesować ludzką Sunset i tak powinno wyjść na jaw. Nadal uważam, że jest to naciągane, że przez cały ten czas nie natrafiła na żadne posty, ani na wpisy na forach, ani na wspólne zdjęcia equestriańskiej Sunset z przyjaciółkami, na widok których nie pomyślała sobie, że „Eno, co jest grane?” Zwłaszcza, że w filmach widzimy jak np. Pinkie korzysta z takich mediów, czy też jak Rarity strzela zdjęcioszkę sobie, Fluttershy i bodajże Sunset właśnie (a w tle Spike jako bohater drugiego planu), no nie ma bata, żeby to nie trafiło do sieci, prędzej czy później. OK, ludzka Sunset nie musi z tego korzystać, nawet nie musi jako takim internetem się interesować, ale jak na kogoś kto prowadzi badania i komu w sumie przydałaby się każda wskazówka, to aż dziwne, że miałaby tego nie śledzić czy nie wyszukiwać, coby szybciej się zorientować np. gdzie może być portal. Zresztą, z następnego rozdziału dowiadujemy się o stanowiskach piastowanych przez jej rodziców i owszem, mają one bardzo wiele wspólnego z edukacją, stąd wyciągam wniosek, że jako tak zacne persony, muszą oni znać masę ludzi, którzy przecież też mają swoje rodziny, muszą się oni interesować tym środowiskiem, muszą mieć też pojęcie o tym, co może wyprawiać ich córka, kiedy oni są strasznie zajęci. Naprawdę, nigdy nie przewinął się tam nikt, ani jeden osobnik, który by do nich zagadał, że „Ej, co to za pidżama party se wasza córcia odjaniepawla, przecież miała się uczyć itd.” W ogóle, co do ludzkich bohaterek, to po tym wszystkim, co widziały i czego doświadczyły, do konkluzji, iż musi to być ludzka Sunset, dochodzą jak dla mnie trochę za wolno. Według mnie, zwłaszcza po „Igrzyskach Przyjaźni”, od razu powinna im się zapalić lampka, że to na sto procent ona. Poza tym, może to moje czepialstwo, ale nie powinno się w tym kontekście używać słowa „sobowtór”. One obie są prawdziwe, tylko z różnych światów To nie jest tak, że ktoś udaje tę konkretną Sunset Shimmer Jeszcze co do nowej bohaterki i to zdaje się też zostało wytknięte w tym wątku, jej dialogi, zwłaszcza o przyjaźni, są skrajnie nienaturalne, przez co postać wypada sztucznie. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić kogoś, kto mógłby tak mówić. Może przedwcześnie wykraczam w kolejny rozdział, ale rozumiem, że mogłaby być do przyjaźni uprzedzona (zwłaszcza, że nie znamy jej pełnej historii), ale w sumie wcale się nie zachowuje jak ktoś rozpieszczony. Nie wiem co o tym myśleć. Nie żeby coś, ale sądzę, że to byłby idealny dodatek do jej charakteru. Jak equestriańska Sunset ma problemy z opanowaniem własnych nerwów, tak ta aimeiska jest rozpuszczona jak diabli i chodzi taka zadufana w sobie, to mogłoby być nawet zabawne Nie wspominając o tym, że byłaby to jakaś wada, którą przygoda z nowymi przyjaciółkami i Xaną pomogłaby jej wyeliminować. Co jeszcze? Trochę za dużo ekspozycji, co do filmów. W sumie, fanfik jest publikowany i na forum o kucykach, i na stronie autora, chyba bardziej zorientowanej na Kod Lyoko, toteż spodziewałbym się, że jednak tekst odpuści sobie tak szczegółowe wprowadzanie czytelnika w backstory poszczególnych grup postaci i w przypadku Xany tak właśnie było. Skąd zatem pomysł, by streszczać akcję filmów „Equestria Girls”? Szczęśliwie, czyta się to wartko i już po chwili otrzymujemy ekspozycję dotyczącą alikornów, co autor wykorzystuje w ciekawy sposób, by zaprezentować nam to, jak twardo aimeiska Sunset stąpa po ziemi, dziwiąc się np. jak można kogoś wysłać na księżyc na tysiąc lat, mało tego, jak ten ktoś w ogóle mógłby stamtąd powrócić i zwyczajnie funkcjonować. To było fajne. Ale tak poza tym, to był to naprawdę spoko rozdział. Miło się czytało interakcje między bohaterkami, chociaż aimeiska Sunset mogła wypaść lepiej, to jednak jej kreacja, jako całokształt, wyszła ok. Czuć było, że bohaterki zbierają się i że mają plan. Jest to jednocześnie rozdział, po którym przyszło mi do głowy, że autor nie tylko odnajduje się lepiej w klimatach Lyoko, ale także w motywach Equestria Girls. Niebawem przekonamy się, jak jeszcze poszkodowane mogą się w tym wszystkim czuć kucyki. Migotliwy zachód słońca A póki co, kolejny ludzki rozdział, nazywający się tak jak najulubieńsza postać autora Widzę, że te rozpoczęcia rozdziałów to tak na zmianę – raz są opisy, które wprowadzają w klimat, jest dobrze, z pomysłem i w miarę dobrym flow, raz opisów praktycznie nie ma, wątek leci dalej bez wprowadzenia, potem znów mamy opisy i jest fajnie, a potem znów. Tak jak tutaj No nic, nie można mieć wszystkiego, aczkolwiek, jak komentowałem w tekście, przydałoby się trochę więcej opisów, organicznego wprowadzenia w kolejny odcinek, odniesienie się do poprzedniego, właśnie tak, jak w „Duszach bliźniaczych”. W sumie, ten kawałek tekstu jest w gruncie rzeczy bezpośrednim ciągiem dalszym wątku z wyżej wymienionego rozdziału, na tyle, że w sumie dałoby się je połączyć w jeden, duży rozdział. Niemniej, poprzednio bohaterki zbierały się i ustalały plan, czemu towarzyszyło wrażenie przedsmaku wielkiej przygody, teraz wcielają w życie jego pierwszą fazę. Wszakże nie można skutecznie walczyć w Equestrii, bez uprzedniego wynalezienia portalu do niej prowadzącego I to właśnie robią dziewczyny – doświadczenie aimeiskiej Twilight pozwala użyć technologii „wysysającej” moc magiczną, której nośnikiem są amulety, które dziewczyny otrzymały po aferze w Everfree (tak myślę, jak pisałem, tej części do końca nie obejrzałem), w razie gdyby to zawiodło, można trochę pośpiewać, prawda? Motyw ten posłużył autorowi do przypomnienia nam paru klasyków z... chyba „Rainbow Rocks”. Ech, nie mogę uwierzyć, ile lat już mają te animacje. Niezbędnym składnikiem do nawiązania więzi (znaczy, zlokalizowania Equestrii... w przestrzeni?) okazało się wysłanie wiadomości do Spike'a przy pomocy księgi Sunset. Jest to wytłumaczone całkiem wyczerpująco i działa tak, jak należało się tego spodziewać, mieszcząc się w serialowej konwencji. Poza tym, tutaj aimeiska Sunset zachowuje się troszkę bardziej tak, jak bym tego oczekiwał, więc jest widoczna poprawa, bardzo dobrze Widać, że jest cięta na psy, w sumie, szkoda, że się nie okazało w międzyczasie, że ma uczulenie na sierść czy coś w ten deseń. Fajnie, że autor kontynuuje motyw niedowierzania w magiczne moce bohaterek i próbę powołania się na naukę, czyli logikę, liczby, aksjomaty i tego typu rzeczy. Tym bardziej czytało się to z uśmiechem na pysku. Aha, wspomniane moce oczywiście zostają przed Sunset zaprezentowane. Chyba zamiast kolejnych przydługich ekspozycji. To znaczy, pojawiły się odniesienia do filmów (Chyba, mam na myśli wspomniany przez Rarity kryształowy żyrandol, wykonany specjalnie na bal, coby pozbierać kaskę na obóz Everfree. Bo to było w filmie, czy nie?), ale zostały wplecione w dialogi naturalnie, więc znów – duża poprawa, bardzo dobrze. Całość czytało się naprawdę miło. Bez dłużyzn, dialogi wypadły już nieco lepiej, na pewno było mniej sztuczności, oczywiście formę trapiły (i gdzieniegdzie nadal trapią) powtórzenia czy też mylące czytelnika opisy (komentowałem to w dokumencie, do niektórych rzeczy odniósł się też Grento), momentami wspomniane opisy dobrze by było rozbudować, np. jak wtedy, gdy bohaterki udają się do dyrektor Celestii... O, prawie zapomniałem. Pojawiła się Dyrestia W bardzo fajnej, klimatycznej scence, którą autor wykorzystał również do małego developmentu postaci equestriańskiej Sunset Shimmer. Miło. W każdym razie, tam się aż prosi o opis, jeden dłuższy akapit albo dwa, można też się pokusić o jakieś przeżycia wewnętrzne Sunset po rozmowie, tego typu rzeczy. Tak, jak jest teraz, to jest trochę, że: „-Hej, chodźmy pogadać z Celką!” „-Kk” BACH! I już jest gabinet Celestii, jakby dosłownie spadł na nas z nieba Ale tak czy owak, przyjemny rozdział przepełniony miłymi momentami między postaciami. Póki co widzę dużą poprawę i liczę, że tendencja wzrostowa się utrzyma. A przynajmniej ogólna jakość nie spadnie poniżej w miarę niezłego poziomu. Aha, byłbym zapomniał. Aimeiska Sunset Shimmer, jeśli tego nie wyłapaliście, mieszka w wielkiej willi. Z ogrodami, pewnie jeszcze labiryntem. Ma nawet lokaja. Przysięgam, autorze, że gdybyś znowu napisał, że ona ma to wszystko, bo w wieku <18 lat GRAŁA NA CHOLERNEJ GIEŁDZIE, to kolejnym graczem byłby ten fanfik, ale tylko kilka liter przeżyje XD Po cichu liczę, że w fanfiku jednak poznamy jej rodziców. Będzie aimeiska Scarlet Sword? Ostatni bastion Kolejny szybki początek rozdziału i powrót do Equestrii. Ogółem, jest całkiem zabawnie i sympatycznie, jak i w poprzednich odcinkach. Nie jest to nic wielkiego czy też super odkrywczego, ale w pełni wystarczy, by wciągnąć. Podobały mnie się początki bohaterek w nowych formach, czy była to wystraszona własną nagością Rarity, czy też Applejack, która jeszcze nie do końca wyobraża sobie funkcjonowanie w oparciu o technologię kopyt i odpowiedź Sunset Shimmer na ten właśnie problem, oczywiście nie mogło zabraknąć entuzjazmu Pinkie czy też przechwałek Rainbow Dash. Prawie wszystko jest na swoim miejscu. Prawie. Wielkim zaskoczeniem rozdziału jest forma alikorna, którą po przejściu przez portal posiada equestriańska Sunset (czego jej aimeiska bliźniaczka zazdrości, urocza scenka), podczas gdy (z tego co się zorientowałem) kanonicznie skrzydła posiadała ludzka Twilight. To znaczy, posiadła je po, jak mniemam, pokonaniu final bossa w czwartym filmie. Jest to zaskoczenie tym bardziej, że to Lyokoheros jest autorem fanfika, ten sam Lyokoheros, który znany jest z hiperanalizy serialu, a także dbałości o kanoniczność swoich opowiadań (nie licząc alternatywnych uniwersów), który zresztą w prywatnych konwersacjach wyjaśniał mi to i owo, przy tych argumentach to dziurawe jak sito lore nie wydaje się już takie dziurawe. Rozumiem sympatię do Sunset i zgoda, że zmieniła się i napracowała chyba najbardziej ze wszystkich, sam uważam, że te skrzydła to się jej jak psu buda należą. Ale było jak było. Z jednej strony wygląda to dobrze, jest zaskakujące, ale z drugiej, trąci trochę wrażeniem, że ktoś tu chciał dowartościować i tak jedną z lepszych bohaterek. Tym bardziej, że był w tym potencjał. To znaczy, by jednak zostawić te skrzydła przy Twilight, a obie Sunset niech rozrabiają jako jednorożce. Wyobraziłem sobie rozszerzoną scenę, w której ta aimeiska Sunset jest zazdrosna, mniej więcej tak jak już to jest opisane w fanfiku, ale za to equestriańska nabiera wątpliwości i czuje się w jakimś sensie zostawiona w tyle, zwłaszcza po tym, co przeżyła w filmach. Nie widzimy tego, ale wchodzimy w jej głowę i czytamy te przemyślenia. Mogłoby to w niej narastać z czasem, a równie dobrze autor mógłby tego typu rzeczy dawkować rzadko, w niewielkich ilościach. Nie wiem, co jest zaplanowane na ciąg dalszy, ale mam w głowie scenę konfrontacji Xany z Sunset (obiema), w której ten próbuje w jakiś sposób kusić bohaterki formą alikorna, podejść je, nakłonić, by jednak zmieniły stronę, bo w sumie to te przyjaciółki coś średnio je doceniają i... to mogłoby pójść w różne strony. Mogłyby np. obie wyśmiać Xanę i stanąć do walki, by właśnie na tej podstawie zdobyć wreszcie te skrzydła, equestriańska Sunset mogłaby odmówić, ale aimeiska skusić się i albo trzeba by było z nią walczyć, albo jakoś inaczej ją podejść, myślę, że to miałoby głębszy wymiar emocjonalny, bo praktycznie equestriańska Sunset musiałaby doprowadzić aimeiską bliźniaczkę do tego, co czego ją doprowadziły dziewczyny na końcu pierwszego filmu. Czyli do przyznania się do winy, przeprosin i zmiany na lepsze. Zupełnie jakby Sunset zobaczyła samą siebie w lustrze i jeszcze raz – w jakimś symbolicznym sensie – stanęła do walki ze swoim złem. I wtedy mogłaby dostać te skrzydła. Naprawdę, ja widziałbym tu wielki, kolosalny wręcz potencjał na różne rozwiązania, nie wspominając o tym, że gdyby jeszcze musiała czegoś dokonać, by stać się alikornem, podejrzewam że i czytelnik poczułby większa satysfakcję, że postać coś zdobywa, osiąga, że spotyka ją jakaś nagroda za trudy. Na szczęście mamy spin-offowy konkurs literacki OCZYWIŚCIE że jak ja bym to pisał, to bym wszystko elegancko wystylizował a'la Zero kontra Omega Zero, aczkolwiek z weselszym zakończeniem Zostawmy świat Megamana, wróćmy do „Kodu Equestria”. Rozdział obiecuje nam długą i żmudną wędrówkę do Kryształowego Imperium, aż z lasu Everfree. Tak, tak, oczywiście, że bohaterki trafiły właśnie tam. A dokąd niby miały trafić, do Detroid? Nie zabraknie czarciego żartu i znów, już się bałem, że autor odtworzy jeden do jednego rzeczy, które dobrze znamy z klasycznych odcinków serialu, a jednak... efekt dotyka tylko Pinkie i Rarity. Efekt, który jest dokładnie taki sam, co w animacji. Czyli mamy kompromis – autor nawiązuje do czego chce, ale stara się unikać wrażenia wtórności. Jednocześnie próbuje jakoś urozmaicić tę wędrówkę, stąd uświadczymy np. Discorda podszywającego się pod Zecorę, czy też powracający motyw Applejack targającej na grzbiecie Rarity. Nawet nieopodal patrol podmieńców się napatoczy. Właściwie, rzeczy te niewiele wnoszą do samego wątku wędrówki, ale mile się to czyta, gdyż dochodzi wtedy do interakcji między bohaterkami, od czasu do czasu autor stara się wpleść w to jakieś światotworzenie, przy okazji wyjaśniając to i owo, acz zgodzę się z Grento, że tłumaczenie jak kuce chwytają przedmioty kopytami można sobie było darować. To znaczy, ze wszystkich rzeczy, które można było w tym miejscu poruszyć, wypadło akurat na to. W serialu np. Coloratura gra kopytami na fortepianie, więc ok, wiemy, że kuce mogą kopytami różne rzeczy robić jak ludzie. Nie trzeba tego tłumaczyć Bohaterki docierają do celu bezpiecznie, zaś ich pobyt w Kryształowym Królestwie upływa – mimo trwającej wojny – dosyć spokojnie. Jak się okazuje, każdy musi pełnić jakąś funkcję, nikt nie działa sam. Jest nawet sekcja młodzieżowa, która, z tego co czytałem w wątku, wywołała troszkę kontrowersji, ale jak na realia serialowe, myślę, że przejdzie. Zwłaszcza, że małolaty nie prowadzą czynnej walki, prędzej jakieś czynności zwiadowcze czy coś. W sumie też całkiem ciekawy motyw. Aimeiskie postacie spotykają rodzeństwo swoich equestriańskich bliźniaczek, co jest kolejną okazją do poczytania w sumie całkiem dobrze napisanych momentów tychże postaci, rozwinięcie charakterów (to znaczy, na ile można mówić o rozwijaniu tychże w kontekście znajomych postaci, które zachowują się niemalże identycznie co ich kucykowe odpowiedniki), przewijają się też wojskowi, z którymi po raz pierwszy zetknęliśmy się parę rozdziałów temu, co oczywiście oceniam pozytywnie. Tak jak wspominałem, widać, że to nie było wprowadzanie nowych postaci dla wprowadzania nowych postaci i ci bohaterowie pełnią w fabule swoje role, będą nam jeszcze towarzyszyć. W sumie, byłem ciekaw jak wypadnie przed kucykami ta podwójna Sunset i w sumie... było ok. Fajnie napisane, aczkolwiek serio, co ta aimeiska Sunset ma z tymi dialogami, że niekiedy brzmią tak sztucznie? OK, z tą szarlatanerią co ją niby Zecora uprawia wyszło lepiej, niż z potępianiem przyjaźni, ale wciąż, brakuje w tym ikry. Jakby sama nie wierzyła w to, co mówi, a mówi, by mówić. Może to ze mną jest coś nie tak, ale raz, że wypada przy tym nienaturalnie, to jeszcze... nie wiem, brakuje agresji w jej wypowiedziach? W sumie, określenia takie jak „młokos” czy „urwipołcie” są w porządku w narracji, ale jak na wypowiedzi bohaterów, w tej konkretnej sytuacji, również – niestety – wypada to deczko sztucznie. W ogóle, co oni tacy grzeczni i wyluzowani są? Nie mówię, że wszyscy się mają wyzywać i wszędzie startować z kopytami, ale niechże oni przejawią więcej emocji Aha – w fanfiku nie zabraknie postaci Flasha Sentry'ego i jednak okazuje się, że ta ludzka Twilight w sumie coś do niego chyba czuje? Nie wiem, możliwe, że autor pociągnie to dalej, może wyjść z tego wątek obyczajowy, aczkolwiek oby to nie zostało rozpisane jak relacja romantyczna między innymi postaciami, z innego fanfika... Za którego remake w sumie trzymam kciuki (autor wie o co chodzi). Kurczę, albo się starzeję, albo mam amnezję, ale który to był ten Timber? Godnym odnotowania jest, że o ile poprzednie rozdziały zostały już z grubsza przepracowane, choć zostało w nich jeszcze trochę sugestii, o których autor nie zdecydował, o tyle „Ostatni bastion” to pierwszy kawałek tekstu, który jest poprawkami usłany dosyć gęsto, co może utrudniać czytanie, acz jeśli ktoś jest ciekawy, może sobie rzucić okiem ile pracy wymaga oryginalna forma fanfika, coby brzmiało to lepiej, ładniej, no i nie było w tym tylu powtórzeń czy zagadkowych szyków zdań. W sumie, „Ostatni bastion” z perspektywy czasu okazał się dla mnie małą niespodzianką. Pamiętam, jak przez, jak to wówczas nazwałem, brzydki styl wypowiedzi, błędy, powtórzenia, rozdział wydawał mnie się strasznie nijaki. Raziły mnie liczne błędy. Aż pomyślałem, że może dobrze będzie się zamknąć i pomóc przy fanfiku, coby nabrał lepsze formy. No i rzeczywiście, po kilkukrotnej lekturze, po poprawkach, po przebadaniu tego z różnych stron, rozdział wiele zyskał. Naprawdę dobrze było do niego wrócić, okazał się całkiem urozmaicony, serialowy, co prawda ma on pewne problemy, lecz jako całokształt... dobrze pcha fabułę do przodu, w przyjemny i lekki sposób kreśli relacje między postaciami oraz początek ich przygody w nowym świecie, od czasu do czasu puszczając oczko w kierunku starszych odcinków serialu. Aha, rymy Zecory. Średniawe rymowanki przeplatają się z tymi do poprawy, ale autor już o tym wie. Na tym polu także będzie się działo, coby brzmiało to lepiej, aczkolwiek to już raczej nie będzie moja broszka, gdyż jeśli chodzi o rymy, to jestem totalnym beztalenciem. Ale zobaczymy. Cisza przed burzą Jeśli ktoś tego nie wyłapał, od poprzedniego rozdziału zaczynają się odcinki skąpane w kolorkach sygnalizujących poprawki. Poprawki i sugestie, rozłożone często i gęsto, mogą uniemożliwić lekturę, lecz po włączeniu samego wyświetlania ukaże się Wam obraz fanfika sprzed dodatkowej korekty. Jak poprzednio – osoby zainteresowane mogą sobie porównać i zobaczyć ile przy tym było zabawy. No i rozdział rozpoczyna się tak, jakby autor serio chciał w całość wpleść motyw zmagającej się ze swoją przeszłością Sunset Shimmer. Towarzyszy temu strach przed odwróceniem się od niej przyjaciółek, powrót do diabelskiej formy, a także tajemniczy głos, który twierdzi, że Sunset zła była, jest i zawsze będzie, bo taka jest prawdziwa natura. Oczywiście jest to sekwencja koszmaru (niejedyna zresztą), ale napisana w porządku. Autor bardzo szybko (równie szybko jak wprowadza nas w nowy rozdział) stworzył wokół tego odpowiedni nastrój, czuje się, że Sunset jest w tym koszmarze psychologicznie dręczona i że naprawdę się tym przejmuje. Jej przemyślenia o swej aimeiskiej bliźniaczce, już po przebudzeniu, dopełniły efektu i nakręciło mnie na ciąg dalszy tego wątku... I kto wie, może jest to mały foreshadowing konfrontacji obu Sunset? Zobaczymy. Ciekawi mnie też rola Xany w tym wszystkim. Dwie sekwencje koszmarów są obok siebie, co troszkę mnie dziwi, nawet się przez moment obawiałem serii takich oto sekwencji i sztucznego zatrzymania akcji, ale wyszło nawet ok. Ale jakoś wolałem koszmar Sunset Shimmer. Ten Shininga wydaje mnie się niepotrzebny, nawet za bardzo nie wiem co miał wnieść poza tym, że wspomnienie Chrysalis cały czas go prześladuje i że obawia się o córkę. Niby wszystko gra, ale Shining w tejże historii to raczej postać... może nie trzecioplanowa czy jeszcze dalsza, ale w sumie pierwszych skrzypiec nie gra, trudno go gdzieś jednoznacznie zakwalifikować. Drugoplanowa, niech będzie. Ale czy aż tak istotna? Mam wątpliwości. W sumie, Nightmare Moon mogłaby być w fanfiku takim Freddym Kruegerem, który prześladuje protagonistki w ich koszmarach. To by było ciekawe, sceny te mogłyby popisać się kreatywnością. Generalnie, ten rozdział to kolejny maraton interakcji między postaciami, seria momentów między bohaterami, a także nawiązania, odniesienia do serialu, w tym streszczanie co ważniejszych wydarzeń np. przemianę Thoraxa, ale nie zabraknie też szczypty budowania własnego lore np. o królowej Arachne, będzie też troszkę tzw. „naukowego bełkotu”, przybędzie nawet poselstwo z Jakjakistanu. Ano, ostatnio chyba zapomniałem wspomnieć o możliwości wsparcia ze strony gryfów i napomknięcie o potopie gryfim... Co, zważywszy na położenie Griffonstone, jest iście intrygującym konceptem W każdym razie, o co mi chodzi – autor balansuje między zwykłymi interakcjami, standardowym popychaniem akcji, a światotworzeniem i tłumaczeniem zjawisk zachodzących w świecie przedstawionym w taki sposób, że unika przestojów, polegając na postaciach, które wyjawiają nam te szczegóły w trakcie akcji, co się z grubsza sprawdza, jednakże tak silna przewaga dialogów, długich dialogów ponad opisami, na dłuższą metę jest trochę nużąca, gdyż konwersacje tracą na naturalności, a całość zmienia się w ekspozycję, za długą ekspozycję. Postacie stoją sobie gdzieś i rozmawiają, przy okazji opowiadając historię całego świata. Wyolbrzymiam, ale chcę tylko pokazać schemat działania. W ogóle, opisów bardzo mi brakuje. Dłuższych przejść między scenami też. Sprawie nie pomagają drobne rzeczy, które potęgują wrażenie wtórności, jak ta nieszczęsna Rainbow Dash wspominająca o tych dwudziestu procentach czy też... A nie. Trixie cały czas mówi, jaka to jest wielka i potężna No właśnie – znów odniosę się do kinówki, bo kinówkę niedawno miałem okazję obejrzeć. Powiedziałem wówczas coś takiego, że jak na taką ilość znanych i lubianych postaci drugoplanowych, to naprawdę zdumiewające, że film dał czas antenowy tylu całkowicie nowym postaciom, których na dodatek ponownie nie zobaczymy, zupełnie pomijając kuce, które chyba niejeden chciałby w filmie zobaczyć, robiąc z nich tło. „Kod Equestria” działa wedle zupełnie odwrotnej filozofii – autor raczej oszczędnie sypie oryginalnymi postaciami, starając się włączyć do fabuły jak najwięcej postaci kanonicznych, każdej dając jakąś rolę, każdej dając dłuższy lub krótszy dialog. I w tym rozdziale widać to jeszcze lepiej, niż w poprzednich – prawie wszyscy się znaleźli. I Trixie, i Sunburst, jest nawet doktor Hooves, a i Filthy Rich ma swoje scenki. Mnóstwo postaci naraz, może z jednej strony za dużo, ale z drugiej, jeżeli się to nie gryzie samo ze sobą, jeżeli nie jest na siłę, jeżeli jest po coś, to wszystko w porządku. Jedynie forma nie do końca mi odpowiada. Niektórych dialogów albo jest za dużo, albo poszczególne wypowiedzi są zbyt długie. Gdzie są opisy? Merytorycznie, rozdział to także ciąg dalszy przygotowań do nadchodzącej bitwy i co by nie mówić, jak na warunki serialowe, autorowi udaje się stworzyć nieco napięcia, czuć, że zbliża się coś dużego. Poszczególne rzeczy wymagają poprawek, to na pewno, ale być może nadchodzi pierwsza, naprawdę duża bitwa i czas próby dla postaci. Z taką obsadą... może być naprawdę miodnie. Raz zdarzają się jednak rzeczy, które nawet jak na realia kreskówkowe wydają mnie się mega naciągane. Chociażby jaskinie, które w jakieś... dwa, może trzy dni przystosowano w następujący sposób, cytuję: To ja mam teraz pytanie, jak rozległa jest ta sieć jaskiń, ilu kucyków przy tym pracowało i na czym to dostosowywanie polegało, ewentualnie jakie są te potrzeby „całych milionów”. I jak oni to zrobili w parę dni? Akurat jeśli chodzi o rozwiązania oparte o podziemia i jaskinie, od czasów ukończenia podstawki „Heroes of Might and Magic III” (Nighon podkopał się pod ocean, żeby sięgnąć kontynentu i przeprowadzić inwazję), mam do tego wielką słabość i cholernie mnie się to podoba (chociaż w sumie nie wiem czemu), oczywiście, że sam się tym inspiruję. Kto ma wiedzieć o co chodzi, ten wie. Ale nawet u mnie, nie zajęło to paru dni. I nawet nie służyło stricte do mieszkania. Ja rozumiem serial, magię i tak dalej, ale bez przesady. Jeżeli prawie cała Equestria ewakuowała się na północ, uciekając przed Xaną, to czy oznacza to, że cały kraj zmieści się w kilku jaskiniach? Jak? No chyba, że Maud Pie samodzielnie „wykopała” w górach nowe jaskinie i od razu wyrzeźbiła z tego mikrokawalerki Tak czy inaczej, rozdział w porządku, ale deko przegadany, no i wciąż brakuje mi dodatkowych opisów. Miło zobaczyć znajome postacie, pełnione przez nie funkcje wymagały nieco kreatywności, ale autor stanął na wysokości zadania. Czuć, że to nie ma być realistyczny, mroczny konflikt, walka na śmierć i życie, ale pojedynek utrzymany w serialowych realiach i w tej samej stylistyce, na wesoło i z przygodami. Co jednak nie powinno wykluczać napięcia czy poważniejszych motywów. Od czasu do czasu trąci to wtórnością czy rzemieślniczą pracą, głównie przez powtarzanie do znudzenia tych samych odzywek czy też recykling motywów z serialu, ale częściej jest to po prostu mruganie okiem do czytelnika, no i jest to utrzymane w jakichś granicach, historia wydaje się „sztywna” głównie przez dialogi, które niekiedy wydają się nienaturalne. Na szczęście tylko nienaturalne, a nie nienaturalne plus infantylne, bo czasem bywa i tak. Oblężenie Pora na siódmy rozdział, na którym jednak zakończę niniejszy komentarz, uprzedzając jednocześnie, że rozpocząłem już jego korektę, ale jeszcze jej nie skończyłem. Zapoznałem się natomiast z jego treścią i... Hm, w sumie, od czego by tu zacząć? To może od wątku fabularnego. Ten rozdział to akcja, akcja i jeszcze więcej akcji, wielka, duża bitwa, wydaje się, że o wszystko, na którą przygotowywał nas autor i pod którą chyba próbował zbudować napięcie. Oczywiście nie odmówił sobie przyjemności wplecenia w treść szczypty światotworzenia (opis uzbrojenia, ale jak komentowałem w dokumencie google, niezbyt sobie wyobrażam dwa lekkie miecze przytroczone do kopyt, ale złożone przy kończynie i wysuwalne w razie potrzeby) czy nawiązań, tym razem będzie to Button Mash z drewnianym mieczem, zarzekający się, że obroni Sweetie Belle. I jej przyjaciółki. I Lyokoheros ma szczęście, że na ostatnim Rosiczkomeecie, akurat był taki mini-maraton kucykowych rzeczy, bo teraz nareszcie wiem o co z tym chodzi, jednakże muszę zadać pytanie. OK, łapię, dzieciarnia ma wyruszyć z misją do Canterlotu, ale czy to naprawdę było konieczne? No bo w sumie niewiele wniosło do fabuły i moim zdaniem to było takie nawiązanie dla nawiązania. Co innego Maud Pie, nacierająca na Kolosa (olbrzyma ze skał wulkanicznych) gołymi kopytami i rozbijająca go w stylu Chrisa Redfielda (AKA je%$&^go głazobijcy xD) – jest to coś, co widzieliśmy w serialu, a tutaj ma znaczenie, bo przecież chodzi o obronę przed zatrzęsieniem nieprzyjaciół nacierających na ostatni bastion protagonistów. Jest też wielka tarcza ochronna rzucona na całe miasto, co – znów – przywodzi na myśl barierę, którą mieliśmy okazję oglądać w „Canterlot Wedding” i którą Kolos próbuje rozbić, do spółki z Podmieńcami i kucoperzami, co ma znaczenie w fabule. No i trudno napisać tu coś więcej bez spoilerowania. Zatem ostrzegam jeszcze raz, że w dalszej części posta będą szczegóły zdradzające ciąg dalszy fabuły, a możecie mieć chęć odkryć ją samodzielnie. Zostaliście ostrzeżeni. Ten rozdział uświadomił mi jedną rzecz. Bardzo ważną. Autorowi zdecydowanie lepiej wychodzą kawałki życia, obowiązkowo utrzymane w stylistyce serialowej, takie ładne, spokojne, grzeczne rzeczy, które w założeniach ma się czytać lekko i mile. Natomiast, gdy próbuje jakkolwiek wprowadzić do fabuły elementy mroczniejsze, poważniejsze, czy zbudować napięcie, stworzyć wrażenie, że to jest „na serio”, niestety wychodzi to w sposób niezadowalający. Tutaj to widać. Szczęśliwie, i tak jest dużo, dużo lepiej niż w przypadku „Krwawego Diamentu”, ale czytając rozdział dostawałem pewnej schizofrenii poznawczej. Jak mam to odbierać? OK, wśród tagów nie ma ani [Dark], ani czegoś innego, sugerującego, że ma to być ciężkie i gęste w odbiorze, ale jest [Przemoc] i nawet to nie wypada jakoś szczególnie poważnie. To znaczy, postacie walczą, biją się, odnoszą obrażenia, niekiedy chyba nawet ich życiu zagraża niebezpieczeństwo, ale czyta się to bez zaangażowania, ani obawy, że faktycznie mogłoby się im stać coś złego. Jest np. zła Twilight Sparkle, walcząca u boku Sombry, która w pewnym momencie oplata Shininga jakimiś kolczastymi pnączami i zadaje mu rany, prawie go zabijając, co chyba miało być przejmujące i dramatyczne, ale nijak nie da się tego odczuć. W ogóle, Shining Armor agrujący się na Sombrę, bo ubliża Cadance, wyszedł przekomicznie. Nowa postać, Scorpio Fighter, ma swoje rozterki i nie jest pewny czy przetrwa, ale chce ocalić brata i Celestię (w tej kolejności), ale wiemy o nim zbyt mało, by przejąć się jego losem. Z jednej strony ktoś w bohaterskim akcie łamie sobie skrzydło, co przecież boli i może nawet niefajnie wyglądać (złamanie otwarte), ale za chwilę jest tekst, że ów ktoś prawie oberwał tęczową smugą. I tak dalej, i tak dalej. Od czasu do czasu wpadną nawet komediowe wstawki, głównie za sprawą Pinkie Pie, która mimo opętania przez Xanę zachowuje się jak zwykle. No, prawie. Plus obarczone wieloma błędami, mylące opisy, zwłaszcza w scenach, w których Maud atakuje Kolosa, gdzie miałem kłopoty z wyobrażeniem sobie kto w jakiej jest odległości od kogo, skąd atakuje, dokąd się wycofuje, jak to ma w ogóle wyglądać itd. Bitwa o Kryształowe Królestwo, jak widzę, miała trwać ponad dwie godziny, nie mam pojęcia, czy to długo, czy krótko, bo o tym nie mam pojęcia, może ktoś, kto interesuje się historią, bitwami średniowiecznymi, uzbrojeniem itd. mógłby to ocenić. Natomiast, kiedy po długich i wyczerpujących starciach armia Xany ostatecznie wchodzi do miasta, do pałacu, cywile przy wsparciu wojska ewakuują się do tuneli, co jest napisane tak, jakby potrwało to moment, aż przy Kryształowym Sercu zostaje tylko Shining i Cadance... Dochodzi do konfrontacji i... zamiast znokautować parę i snagnąć sobie Kryształowe Serce, obowiązkowo złoczyńcy muszą urządzić sobie pogaduchy, coby protagoniści zdążyli teleportować się w inne miejsce. Sam nie wiem co o tym myśleć. Całe to napięcie, cała ta bitwa, po to, by ani jedna, ani druga strona nie osiągnęła swojego celu... A Xana ma królewski głos Canterlotu? Dziwne. Aha, w trakcie bitwy niespodziewanie przybywa Gilda z oddziałem gryfich żołnierzy, pod koniec przewinie się też Iron Will. I co w związku z tym? Chyba nic. Wrzuceni na szybko po to, żeby wystąpić w rozdziale. Gilda przynajmniej nawiązuje jakąś interakcję z kimkolwiek... Serio? To już „Your stupid” wypowiedziane przez Upset Sugar brzmi groźniej. Ale nasz niebieski minotaur, jak wynika z opisu „dosłownie miażdży” nieprzyjaciół, nie mam pojęcia czy traktować to poważnie i czy serio robił to dosłownie, ale raczej nie. Niestety, ale autor chciał troszkę zbyt wiele, nie posiadając potrzebnego doświadczenia, powiedziałbym nawet, że zabrakło też odwagi, by dodać temu więcej wiarygodnej agresji, brutalności, czyniąc te sceny walki bardziej przejmującymi i przez to absorbującymi czytelnika. Tak, jak jest teraz, mimo ogólnie dobrego tempa akcji, ciekawych pomysłów oraz skali, naprawdę ciężko to potraktować chociaż troszkę na poważnie, uwierzyć, że bohaterowie są w niebezpieczeństwie, że gra toczy się o dużą stawkę. Przez to nie czuje się zagrożenia, trudno się w to jakoś zaangażować. Zdecydowanie lepiej wypadały fragmenty z poprzednich rozdziałów, gdzie postacie rozmawiały, robiły zwyczajne rzeczy, rozwiązywały problem czy wędrowały. Czyli coś bardziej a'la [Slice of Life]. Wtedy też był najlepszy klimat. Ale muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że Maud Pie dostanie większą rolę w fabule. Myślałem, że będzie się pojawiać sporadycznie, bardziej a tle, a tu proszę – powalczyła z Kolosem. Było to nawet zaskakujące i mi się spodobało W porządku, chyba pora na jakieś małe podsumowanie. Jeszcze sporo przede mną, i fabuły, i pracy nad formą opowiadania, ale wypada jakoś te siedem rozdziałów ocenić. Co fakt, iż dzieła Lyokoherosa znam, powinien mi sprawę ułatwić, skoro mam pełniejszy przegląd jego twórczości i orientuję się, jak zdobywane z każdym kolejnym tekstem doświadczenie rzutuje na ogólną poprawę jakości jego fanfikcji. No to co z tym „Kodem Equestria”... Nie da się ukryć, że jest to całkiem ambitny crossover, który – niestety – ma problemy, wynikające zarówno z tego, że jak na debiut w fandomie MLP, autor porwał się na zbyt wiele, jak i z tego, że najwyraźniej do określonych klimatów, jako twórca jest lepiej predysponowany i też lepiej się w nich odnajduje, co oznacza, że gdy próbuje pisać nieco inaczej, ma trudności z wykreowaniem odpowiedniego nastroju, a nierzadko z opisywaniem rzeczy w fabule. Lyokoheros zdecydowanie lepiej odnajduje się w klimatach serialowych, szczególnie gdy jest to [Slice of Life], a historia z założenia spokojna, ładna, miła i lekka w odbiorze. O wiele trudniej idzie mu z mrokiem czy napięciem, niestety przez większość czasu tak czy inaczej wychodzi z tego coś, co próbuje nas przejąć czy wprawić w niepokój, niepewność, ale pozostaje kreskówką – ze wszystkimi przerysowaniami, głupotkami czy swoją słodką naiwnością. Spróbuję pokazać to na przykładzie. Moim ulubionym. „Shadow the Hedgehog” z 2005 roku, gdzie obierając mroczną ścieżkę, możemy w jednym z poziomów zestrzelić pojazd latający z prezydentem na pokładzie. Problem w tym, że w następnej cutscence ten prezydent wciąż żyje. Innym razem, ale na tej samej ścieżce, możemy doprowadzić do tego, że laser z kosmosu uderza w miasto i generalnie zmiata je z powierzchni ziemi, ale w cutscence jest powiedziane, że wszyscy zostali ewakuowani. Nie wiem jak i kiedy, ale jednak. Jakie znaczenie mają w takim razie nasze czyny, skoro nie ma po nich żadnych poważnych konsekwencji? O jakim napięciu możemy mówić, skoro tak czy inaczej skutki różnych decyzji są takie same? Wreszcie, po kiego przejmować się tym, po czyjej stronie staniemy, skoro ostatecznie czeka nas to samo, tylko w trochę innej formie? Ewentualnie w innej lokalizacji? Gdyby Xana przegrał z ruchem oporu, nie zdobyłby Kryształowego Serca. Ale on po długiej bitwie jednak wygrywa. I wciąż nie zdobywa Kryształowego Serca. Na litość, on nawet zakładnika nie wziął. I Shining Armor, I Cadance, teleportują się razem z artefaktem. Gdyby np. w przypływie heroizmu Shining zrobił coś, żeby przenieść Serce i Cadance w inne, bezpieczniejsze miejsce, ale sam opadł z sił i w ten sposób znalazł się na łasce albo niełasce nieprzyjaciół, co mogłoby pójść w kilka stron i stworzyć jakieś konsekwencje porażki ze strony protagonistów, co z kolei zbudowałoby napięcie i dało jakiś cel do wypełnienia. Z drugiej strony, dlaczego miałbym kibicować ruchowi oporu? Gdyby odparli natarcie, obroniliby cywilów, Cadance oraz Kryształowe Serce. Natarcia nie odparli, ale co mieli obronić, to obronili. Po prostu pałac został zamieniony na tunele. Jeżeli ta historia miała zawierać w sobie motywy poważniejsze, mroczniejsze, jeżeli czytelnik miał się czymkolwiek przejąć i poczuć, że istotnie ważą się losy świata, trzeba w tym celu coś w tej historii na rzecz tego celu... przeznaczyć. Jeżeli mimo wszystko bohaterom jakoś udaje się uciec, nikomu trwale lub na dłużej nie dzieje się krzywda i w sumie nikt nie znajduje się w opresji, brakuje napięcia i przez to historia nie ma szans w pełni rozwinąć swojego potencjału. Sprawy nie ułatwia fakt, że nawet jeśli nie traktować tego do końca na poważnie (na ile możemy mówić o wzięciu na poważnie kucykowego fanfika, w którym dwie armie prowadzą wojnę), zamiast tego podejść do tego jak do kreskówki, tak czy inaczej widać – typowe dla kreskówek – rażące dziury w fabule, przez które fabuła staje się naciągana. Przykład? Discord. Jeżeli Xana ma pod swoim kopytem Pana Chaosu, absolutnie najpotężniejszą istotę w uniwersum, dla której nie istnieją żadne granice i która może wszystko pstryknięciem paluchów – i której mocy najwyraźniej opętanie nie ogranicza, skoro koleś pojawia się w chacie Zecory, robi sobie co chce, a potem znika – dlaczego Xana nie rozkaże mu, by po prostu pojawił się tam, gdzie jest Kryształowe Serce, wziął je, a potem zniknął i pojawił się razem z sercem z powrotem i po prostu mu to serce dał? Discord w mgnieniu oka potrafi pojawić się w dowolnym miejscu i równie szybko przenieść się gdzie indziej, co w fanfiku jest pokazane. Nawet podróżuje między wymiarami, co też jest w fanfiku pokazane. Akurat tam, gdzie trzymają Kryształowe Serce nie może się pojawić? How convenient Po co zatem się trudzić, zbierać armię i prowadzić bitwę, skoro można to załatwić w parę sekund? Zdaję obie sprawę, że gdyby to zastosować, to historii praktycznie by nie było... A może by była? W każdym razie, przy tego typu tematyce, tak szerokiej skali, jest to coś, czego na dłuższą metę się nie uniknie. Czy nie lepiej byłoby zatem nie czynić Xany tak potężnego i mimo wszystko trochę go ograniczyć? Discorda przynajmniej na razie zostawić po dobrej stronie, ale wytłumaczyć, że moc Xany w jakiś sposób utrudnia mu korzystanie ze swojej magii? Pokazać, że mimo przygotowań, jedne rzeczy przychodzą Xanie z łatwością, ale drugie już niekoniecznie, przez co ten musi się „dokształcić” bezpośrednio w trakcie realizacji swojego planu? Tak żeby powalczyć o napięcie czy też o to, by czytelnik zastanawiał się, co może się wydarzyć? Zaskoczyć go czymś? Ale zostawmy już fabułę, motywy i to, co jak autorowi wychodzi. Przymykając oko na dziury, w historii tejże są rzeczy napisane bardzo dobrze, z klimatem, przyjemne w odbiorze i zapadające w pamięci, za które należy autora pochwalić. Z drugiej strony, są rzeczy, które udają się średnio albo wcale i nad którymi trzeba jeszcze dużo popracować. Odniosłem wrażenie, jakby autorowi z większą łatwością przychodziło pisanie o postaciach uniwersum „Kodu Lyoko”, dobrze radził sobie w klimatach equestriagirlsowych, co mnie w sumie zaskoczyło, w tym wszystkim najmniej fajnie wypadły kucyki, ale ogółem nie ma tragedii. Jest nad czym pracować, także w materii kreacji postaci, zwłaszcza jeśli chodzi o dialogi. Ale wszystko jest do zrobienia. Nie szczędzę krytyki wobec „Kodu Equestria”, ale nawet mimo wszystkich zarzutów, jakie sformułowałem, chciałbym przeczytać ciąg dalszy. Głównym powodem jest obietnica dołączenia do obsady wojowników Lyoko, których bardzo chciałbym zobaczyć w akcji, w tym dla nich innym, nieznanym świecie, no i mamy przecież Ligę Znaczkową, która ma misję do wypełnienia. Gra wciąż trwa. Na pewno będę czytać fanfika dalej i wciąż będę przy nim pomagać, stąd żywię wielką nadzieję, że autor, na początek, uczyni dwie rzeczy. Po pierwsze, rzuci okiem na poprawki i sugestie, które wciąż znajdują się w tekście. Po drugie, wróci do pisania i w końcu stworzy dla nas ciąg dalszy Wierzę, że z czasem będzie coraz lepiej i że póki co mamy po prostu dobrego mieszane początki Życzę powodzenia i pozdrawiam serdecznie!
  5. Najwyższy czas powrócić do „Koła Historii”, kontynuując lekturę od części drugiej opowiadania, „Pax Imperios Immortales”, składający się póki co z trzech rozdziałów, które chciałbym teraz skomentować. Poprzednie rozdziały przedstawiały nam sylwetki kolejnych Nieśmiertelnych, przybliżając nie tylko historię ich zstąpienia, ale także oferując kronikę rzeczy, które działy się „wokół nich”, dając pojęcie o kontekście historycznym, czym charakteryzuje się każdy z nich, co ma „za uszami” i jak to wszystko wpłynęło na kształtowanie się ich dominium oraz ras skupionych w ramach tychże. Oczywiście nie mogło zabraknąć okien na teraźniejszość, w postaci np. audycji radiowych czy też wykładów, wysyłając sygnał czytelnikom, że historia ta ma swój początek, lecz nie posiada końca, trwa nadal, przynosząc zmiany, które mogą w ostatniej chwili zmienić postrzeganie tego, o czym właśnie przeczytaliśmy. W jednej chwili Nieśmiertelni są tajemniczymi, wszechpotężnymi istotami przed którymi trzeba czuć respekt, a drugiej zaś są przedmiotem rozważań kolejnego wykładu na uczelni, tak po prostu. „Pax Imperios Immortales” kontynuuje tę konwencję, nie tylko od czasu do czasu podrzucając nam coś współczesnego (raz mamy nawet zwykłą interakcję między postaciami, przypominającą coś wyjętego z typowego opowiadania, nie stylizowanego na podręcznik historii), ale koncentrując każdy rozdział wokół określonych rzeczy. Spoko poprzednim razem byli to Nieśmiertelni, co przygotował dla nas autor tym razem, zapytacie? Rozdział szósty, „Vae Victis”, określiłbym mianem rozdziału geograficzno-społecznego. Jest to jednocześnie ten rozdział, który przed napisaniem niniejszego komentarza przeczytałem wielokrotnie, bo tak mnie się spodobał Mówiąc o geografii, mam na myśli to, iż w rozdziale znajdziemy szczegółowe opisy trzech konkretnych lokacji, wraz z ich historią dowiemy się również o innych miejscowościach, które także możemy odnaleźć na załączonej do fanfika mapie. W trakcie czytania często przeskakiwałem do karty, w której miałem otwartą mapę, by odszukać tam poszczególne lokacje i wyobrazić sobie w jakiś sposób to, o czym traktuje rozdział. Jest to mała rzecz, ale mnie osobiście cieszy i jeżeli mam taką możliwość, to z niej korzystam. Społeczne, tak to nazwijmy, oblicze rozdziału oznacza, że autor nie pominął mieszkańców tychże oryginalnych lokacji, ukazując nam ich zróżnicowanie, strukturę społeczną i wiele innych. Tak dowiadujemy się o mieście o dźwięcznej nazwie Kasabranga, przywołującej na myśl położoną w Maroko Casablancę, co może trącić troszkę zbyt daleko idącą inspiracją, zakrawająca nawet o „przerabianie” nazw autentycznych miast, ale bądźmy szczerzy – oglądając mapę nie da się nie zauważyć inspiracji Europą, patrząc chociażby na kształt kontynentu, więc nie ma co się na autora gniewać, skoro wysyła nam taki właśnie sygnał Jeżeli ktoś jeszcze ma pretensje, to może pora przeczytać zawarte w pierwszym wątku informacje dotyczące struktury fanfika oraz tego, skąd się wzięły te inspiracje. W każdym razie, historia Kasabrangi wydała mnie się najciekawsza i najbogatsza, spodobał mnie się koncept największego na świecie rasowego i kulturowego tygla. Choć są to czasy wiecznego pokoju, za powstaniem Kasabrangi stoi jednak pewien konflikt. Chyba najbardziej intrygującym mnie szczegółem jest pytanie, dlaczego ci Nieśmiertelni pozwolili Kasabrandze istnieć, skoro mieli interes w tym, by było inaczej. Wymienione w tej części rozdziału teorie to główny powód, dla którego oceniam ten wątek jako najciekawszy. Jest to proste, ale na swój sposób błyskotliwe, ma sens i w sumie mogłoby tak być. Jednocześnie, są to teorie, które z czasem mogą ulec weryfikacji, co pozostawia pewne ziarno niepewności, czy przez cały czas chodzić o coś innego, o czym wiedzą tylko Nieśmiertelni, a może pewnego dnia stanie się coś, co zmieni ów stan rzeczy. Historia bowiem swojego końca nie ma, może kiedyś, kiedy nadejdzie nowa współczesność, ktoś zabierze się za pisanie nowego, aktualnego podręcznika, który nam to opisze. Autor pospieszył także ze szczegółami dotyczącymi organizacji politycznej Kasabrangi, także w kontekście tego, co mogą zrobić Nieśmiertelni. Aurę tajemniczości potęguje ostatnie zdanie mówiące o żniwach i chyba trudno sobie wyobrazić lepsze zakończenie fragmentu. Drugą główną lokacją rozdziału jest przeklęte miasto Vell, którego koncept może wydawać się świeży, acz tylko jeśli nie pamięta się Fortecy z „Heroes V”, które także szło „w ziemię”, acz opisy w fanfiku wskazują na coś kompletnie innego wizualnie, niemniej takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy dowiedziałem się, że przestrzeń miasta, to „kółeczko”, które widać na mapie, jest ograniczona w szerokości, a nie wysokości, toteż można bez problemu „zejść” niżej i tam szukać przestrzeni życiowej. W odróżnieniu od Kasabrangi, Vell nie wydaje się, delikatnie mówiąc, atrakcyjnym miejscem do mieszkania, jest to lokalizacja dosyć surowa, co opis zamieszkującej jej rasy – szczuroałków – sprzedaje czytelnikowi bezbłędnie. Tu nie ma więzi, nie ma rodzin, nie ma sentymentów, niespecjalnie można mówić o jakiejkolwiek organizacji życia społecznego czy zarządzaniu – liczy się siła i jeśli ktoś ją ma, to przeżyje. I już. Fascynującym aspektem Vell wydaje mnie się fakt, iż wraz z „dobudowaniem” miasta pod ziemią, odkryto różne złoża, co przyniosło z czasem dalej idący rozwój oraz różne wynalazki, nie wspominając o tym, że szczurołaki zaczęły wymieniać ze światem zewnętrznym różne towary, co stwarza słabe wrażenie, jakby istoty te... ewoluowały? Stawały się czymś więcej? Na tyle, by może ktoś, kiedyś, nazwał je istotami rozumnymi? Autor nie przepuszcza żadnej okazji na światotworzenie i przy Vell dowiemy się co charakteryzuje istoty rozumne – quad ratio – i czym się one odróżniają od zwierząt – animalis – i dlaczego szczurołaki właśnie, jako istoty rozumne sklasyfikowane nie są. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale, oczywiście zapraszając do lektury, ogólnie chodzi o to, że istnieje zestaw trzech warunków, które trzeba spełniać jednocześnie, by zostać uznanym za istotę rozumną. Co to takiego? Odpowiedzi szukajcie w tekście. Ostatnią główną lokacją, o jakiej wspomina autor w „Vae Victis”, jest mrożone pustkowie, czyli widoczny na mapce Nordoyer, jak się okazuje nie taki całkowicie niezamieszkały z uwagi na plemiona niedźwiedzi polarnych i pingwinów... Problematyczne może się wydawać przemykające gdzieniegdzie słownictwo wskazujące na społeczności ludzkie i też sugerujące, że przedmiotem treści są ci właśnie. Skoro jednak udało się wymyślić „ratiopologię” i „vellizm”, może pora zastanowić się nad nowym określeniem, czymś bardziej... inkluzywnym, a przynajmniej nie wskazującym na istoty ludzkie? Może spróbować poszukać jakiegoś słowa w jakimś języku, pokombinować? „Terytorium nieinhabitowane” od „inhabit”/ „inhabitants”? Po namyśle... matko, jak to lipnie brzmi Nie, chyba nie ma co się bawić w słowotwórstwo. Znaczy można, pod warunkiem, że jest się kompetentnym w tej materii. Ja niestety taki nie jestem. Ewentualnie posiłkować się zamiennikami. Mówić o terytorium „niezamieszkałym”, „nieskolonizowanym”, „zdepopulowanym”... nie wiem, może jestem drobiazgowy, ale to zawsze zwraca moją uwagę. Nie odziera to fanfika z jego fantastycznej otoczki, ale próbuje to zrobić. Tak czy inaczej, kolonizacja Nordoyer w końcu następuje, pociągając za sobą kolejne problemy, a te dalej idące konsekwencje, o których jednak czyta się bardzo szybko. Fragment poświęcony Nordoyer jest najkrótszym ze wszystkim i w sumie o nim najtrudniej mi się pisało. Ale na pewno warto, po prostu rzecz o Kasabrandze i Vell zrobiła na mnie tak dobre wrażenie, że ten skromny fragment o Nordoyer pozostawia pewien niedosyt. Co do zakończenia rozdziału, nadal trudno mnie się oprzeć wrażeniu, że zostało ono napisane troszkę... na doczepkę? Nie za bardzo rozumiem skąd te pomysł. Ale to chyba ciekawe, zobaczyć interakcje kucyka z niedźwiedziem, rzucić okiem jak funkcjonuje to, o czym tyle się czyta, no i jest to jakieś podsumowanie rozdziału, wskazanie jak to się wszystko od siebie różni... A skoro są różne zdania, to z czasem pewnie powstaną podziały. A skoro podziały, to istoty zaczną zadawać pytania, wykazywać to, co im pasuje, co z czasem pewnie w końcu doprowadzi do tego, że ujrzą skazy w swojej religii, systemie wartości, moralności, nabiorą wątpliwości. Ale i tak najlepiej z tego zapamiętałem to, że niedźwiedź podnosi łapę „Grzech Supremacji” z kolei, jest rozdziałem w całości poświęconym gryfom. Chociaż okazał się on ciekawy, dotknął wielu, naprawdę wielu aspektów tej rasy, to jednak była to dla mnie dosyć ciężka lektura, zapewne przez natłok informacji, no i przez to, że skoro wszystko krąży wokół gryfów, no to nie można mówić o tak dużym zróżnicowaniu, co przy „Vae Victis”, gdzie np. widziałem na mapie, wyobrażałem sobie te lokacje. Przy „Grzechu Supremacji” widzę gryfa. I kosmos. Właściwie, wszystkie te rozdziały są na swój sposób trudne, bo i zostały napisane w bardzo specyficzny sposób i naprawdę niewiele jest takiej fanfikcji u nas, na forum, ale tym razem było inaczej. W każdym razie, autor, opisując nam swoją wizję gryfiej rasy, funkcjonującej w uniwersum „Koła Historii”, wniknął w szczegóły tak głęboko, że chyba nawet pokuszę się o stwierdzenie, że napisał niemalże o wszystkim. Bardzo imponujące jest to, jak gęsto rozdział usłany jest drobnymi rzeczami, detalami, genialnymi w swojej prostocie, a niosącymi za sobą niemałe znaczenie w kontekście tajemnic, jakimi okryte jest pochodzenie gryfów. Jednocześnie rozdział ten był niezwykle satysfakcjonujący. Co mam przez to na myśli? Ano to, że dowiadując się kolejnych rzeczy o tejże jakże zacnej rasie, nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest na swoim miejscu, wszystko to ma znaczenie i współgra ze sobą, poszczególne aspekty wydawały mnie się przemyślane co do najdrobniejszego szczegółu, co wszystko razem składa się na konsekwentną, wyrazistą kreację, która imponuje od początku do końca, dając przy tym ogromne możliwości. W skrócie – jest to pełen przeróżnych informacji i loru rozdział, cholernie ciekawy, piekielnie wciągający, ale jednocześnie trudny w odbiorze, inspirujący do pisania. Na co chwilowo powinienem uważać, bo już mam za dużo planów naraz, ale zobaczymy co przyniesie przyszłość I wolne sloty na pomysły oraz hipotetyczne fanfiki. Po całym „Kole Historii” widać, że autor uwielbia historię, socjologię, dyplomację, stosunki międzynarodowe, politykę, a przy tym pozostaje wierny swojemu poglądowi, iż światotworzenie winno mieć pierwszeństwo nad wszystkim innym, gdyż dobrze zbudowany, opisany świat, który funkcjonuje wedle ściśle określonych, zdeterminowanych historią zasad, to podstawa. Światotworzenie jest głównym atutem serii, co widać także przy zwykłych opowiadaniach, osadzonych w tychże realiach. Po samym „Grzechu Supremacji” widać natomiast, że poza tym wszystkim, autor uwielbia, jako istoty, gryfy, stąd postanowił dedykować im cały rozdział, w kompetentny sposób czyniąc z nich rasę, przed którą trzeba mieć respekt. Ktoś mógłby odnieść wrażenie, że to faworyzowanie, ale wystarczy zagłębić się w lekturę, by przekonać się, że jest inaczej. Oczywiście, gryfy wydają się być nadistotami i rozdział daje nam mnóstwo argumentów, by w to uwierzyć, jednakże autor wiedział, że musi twardo stąpać po ziemi, jeśli chce, by wyszło to wiarygodnie, toteż zaprezentował nam szereg – nie jest to najlepsze określenie, ale trudno – słabych punktów, które przesądziły o tym, że np. pod względem demografii gryfy nie mają podejścia do innych, dużo liczniejszych ras, wytłumaczone zostało także dlaczego gryfy nie potrzebowały tworzyć na stałe struktur państwowych, został też opisany cykl tworzenia się takich... „tymczasowych” struktur, opartych silnie na wodzostwie gryfiego wodza. Jak już wielokrotnie podkreślałem, wszystko to jest ciekawe, wiarygodnie, opisane detalicznie i wytłumaczone w taki sposób, że człowiek odczuwa satysfakcję z tego, co czyta, zaś gryfy, mimo rażącej supremacji, nie są taką oczywistą opcją, jeśli spytać przeciętnego czytelnika: „Gdybyś trafił do Koła Historii, to kim chciałbyś być?” To znaczy, po co być gryfem, skoro można być Irą Auranti? Ale żebyście nie myśleli, że wszystko zostało nam podane na srebrnej tacy Nie wszystko w materii gryfich spraw jest takie oczywiste. Największą zagadką jest pochodzenie tychże istot oraz to, dokąd mogą iść po śmierci. O wierze, religii oraz duchowości jest odrębny rozdział (do którego niebawem przejdę), koncept życia po śmierci jak najbardziej jest tu obecny. Niemniej, wydaje się, że gryfy nie pochodzą z tego świata (w sensie, z tej planety) i nie wiadomo dokąd idą po śmierci, o ile w ogóle. Bardzo, ale to bardzo spodobał mnie się koncept, jakoby gryfia dusza po śmierci zostawała wśród żywych. Intrygujące wydaje się to, że o ile za życia gryfy są w zasadzie dość samowystarczalne i w sumie nie zachodziła u nich potrzeba tworzenia na stałe struktur państwowych, o czym wspominałem wcześniej, o tyle wizja zasłużenia na coś na kształt zaświatów jest u nich kolektywna. Stąd, jeżeli już, po śmierci trafią do nich wszystkie, albo nie trafi tam żaden. A póki co, na grzbiecie żywego osobnika czuje się oddech kilkunastu, kilkudzisięciu, może kilkuset przodków. Bo przecież pozostali wśród żywych i widzą dalszy bieg historii. Pomysł ten to wręcz coś poetyckiego i bardzo mnie się spodobało Odnośnie pochodzenia gryfów, moje domysły są już znane. Założyłem, że być może pierwsze gryfy przybyły do tego świata przez portale, a może spadły z nieba, nie dosłownie, ale np. w jakiejś kapsule czy czymś podobnym, co sugerowałoby istnienie gdzieś daleko zaawansowanej technologii. Ewentualnie, skoro nauka determinuje, że gryfy fizycznie nie powinny być w stanie latać, a jednak latają, to może faktycznie Kairos zadziałał tu swoją mocą (skoro innym razem przemienił sobie różne istoty w szczurołaki) i co z tego, że pod kątem biologii jest to niemożliwe? Teraz jest. A skoro tak, to może i ma coś wspólnego z pojawieniem się gryfów w tym świecie? Ale teza, jakoby gryfy mogły korzystać z magii i potrafią latać, bo wierzą, że tak jest, to też miodny koncept. Czy gdyby zaczęły wystarczająco mocno wierzyć w inne rzeczy, czy to też mogłoby się ziścić? Ano właśnie – jak ostatnim razem dowiedzieliśmy się jak w tym świecie wygląda klasyfikacja istot rozumnych, jakie cechy muszą spełniać, by nie zostać zwierzętami, tak tutaj autor uchyla rąbka tajemnicy jak wyglądają u niego podstawy systemu magii. Co jeszcze? Erynizm. W sumie, dobry temat na dyskusję, zważywszy na księgospalenie dokonane przez Lunę, co było próbą uwolnienia gryfów od tegoż systemu, zważywszy na dzieje opisane w ramach „Krągu Śmierci”, można rozważać, czy stało się dobrze czy źle. Chociaż palenie ksiąg, samo w sobie, zasługuje na potępienie. Luna STAHP! To pozostawia nam „Ideę i Wiarę”, co wydaje się naturalną progresją w ramach „Pax Imperios Immortales”. Autor po drodze zostawiał nam przedsmak tego, że w końcu zabierze się za przybliżenie nam poszczególnych religii, abstrahując jednak czym się one różnią od kultu, czy wierzeń, skupiając się na ich podstawach oraz na tym, jak wpływają one na poszczególne społeczności i jakie są ich związki ze strukturami władzy. Wszakże religie mają to do siebie, że są dogmatyczne, a ich instytucje są hierarchiczne, a skoro jest hierarchia, no to musi być jakaś forma władzy. Tak na mój rozum. Tylko czemu wyłączone jest sugerowanie? Może sugerowanie się pokaże, gdy wystarczająco mocno uwierzę w to, że jest włączone Tak czy inaczej, poszlaki już były, autor wysyłał nam sygnały i zapowiedzi. Scenka końcowa w „Vae Victis”, której znaczenie wówczas średnio ogarniałem, czy mit rasowy gryfów oraz wprowadzenie do erynizmu, także dotykanie tematyki aitokratii, to wszystko już było, a teraz nareszcie dowiemy się więcej. I rzeczywiście, był to całkiem ciekawy rozdział i chyba z tych trzech napisany najlżej. To znaczy, o ile „Grzech Supremacji” okazał się lekturą trudną, o tyle „Idea i Wiara” była całkiem łatwa w odbiorze, czytało się ją też zaskakująco sprawnie. Myślę, że jest to sprawka podziału rozdziału na krótkie segmenty. I tak, mamy segment poświęcony aitokratii, Kultu Harmonii, fragment o Arahiźmie, czyli Kulcie Wiecznej Drogi, ale będzie także sporo o tym, jak poszczególne wierzenia, organizacje religijne czy struktury kościelne mają się do gospodarki i ekonomii. Ale co w tym wszystkim jest wspólne? Chęć władzy? Pewnie tak. Ja mam jednak na myśli Chór Cieni, czyli życie pozagrobowe, rozważania o śmierci oraz o tym, co się dzieje z osobnikiem po tym, jak wyzionie ducha. Coś, co jest istotne zarówno z punktu widzenia jednostki, określonej religii, władzy, no i ekonomii. I – jak zazwyczaj – bywa z tym różnie. Jeżeli jakaś religia, system wartości czy organizacja, wydostają się poza określone granice, mogą zostać różnie zinterpretowane w zależności od społeczności. A także w zależności od tego, na czyje dominium zabrną. Podobnie, w zależności od tego, z czyjego punktu widzenia na to spojrzymy, wizje życia po śmierci różnią się, a pewne jest tylko to, że coś takiego jest. I tyle. W tym wszystkim są gdzieś Nieśmiertelni, którzy z jakichś powodów na to pozwalają, mało tego, podobno mają brać udział w sądzie nad jednostką po jej śmierci... i podobno obranie swojego ulubionego Nieśmiertelnego może zwiększyć szanse na pożądane rezultaty. Dlaczego? Gdyż, z tego, co zrozumiałem, Nieśmiertelni mają swoje katalogi znienawidzonych grzechów i grzechów takich, które uchodzą według nich za lekkie, a to znaczy, że dobierając sobie patrona, można było wkraść się w jego łaski i liczyć na obronę. OK, to akurat średnio kupuję. Chyba, że ci Nieśmiertelni mogą jednocześnie być i w świecie realnym, by wpływać na/ obserwować losy śmiertelników, i w zaświatach, by zmarłych bronić... jeśli mają taką ochotę. W sumie, skoro ich moc wykracza poza granice poznania, są oni wszechmocni, to może faktycznie potrafią być jednocześnie i tu, i tu? Z drugiej strony, skoro jest Wielki Plan, czy to znaczy, że losy śmiertelników po tym, jak rozstają się z życiem, i tak są z góry przesądzone? Że ta obrona ze strony Nieśmiertelnych to żadna obrona, tylko fasada, bo Wielki Plan już wszystko wcześniej zdeterminował? Skoro najwyraźniej są w tym koncepty cnót i grzechów, czy w takim razie czyny śmiertelników rzeczywiście są ich własnymi? Czy to wolna wolna, a może kolejne złudzenie wynikające z Wielkiego Planu? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. I bardzo dobrze „Chór Cieni”, jako segment, bardzo mnie się spodobał i wydał się – znowu – intrygujący i inspirujący. Z innych rzeczy, był fragment o zebrach, który jest moim drugim ulubionym w ramach tego rozdziału. Koncepcja wiecznej wędrówki podziałała mi na wyobraźnię, a na motyw z dwoma sypialniami uśmiechnąłem się pod nosem, gdyż to elegancki wytrych. Jak pozostać wiernym i się przy tym nie napocić Arabskie zebry? Czemu nie? W sumie, powracając jeszcze na moment do roli Nieśmiertelnych w sądach nad duszami zmarłych, to, że śmiertelnicy szukają właśnie takich wytrychów, sposobów, by mimo swoich grzechów, których przecież muszą być świadomi, dobierając sobie patrona, zapewnić dla siebie łaskę i pójcie do raju, nakazuje mi sądzić, że jednak nie traktują tych religii zbyt poważnie i szukają wszelakich... glitchy, coby się wycwanić i uniknąć potępienia. Czyli mamy pociągnięcie dalej wątku z końcówki „Vae Victis”. Jednak nie poszło to tak głęboko, jak zakładałem. Najpierw zainteresowani dostrzegli dziury w swojej religii. A teraz po prostu zaczynają je wykorzystywać dla korzyści, na wypadek gdyby faktycznie, po śmierci było... coś. Super – można być ateistą, nie wierzyć, ale ostatecznie wziąć sobie na patrona Kairosa i jeżeli jednak coś po śmierci jest, no to jeszcze można wygrać raj Magia. Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciłem uwagę, przy fragmencie wykładowym. Może to tylko ja, ale zastanawia mnie wydźwięk wypowiedzi prowadzącego. Szczególnie w porównaniu z poprzednim, zawartym w „Grzechu Supremacji” wykładem. To znaczy, wiem, że to nie ci sami wykładowcy, ale: Oraz innych barbarzyńców. Zupełnie jakby gość nie przejmował się tym, że na sali może być gryf, który mógłby poczuć się urażony. Czyżby stosunek do gryfów uległ zmianie? Przy poprzednim wykładzie w sumie trudno to było wyczuć, ale tam prowadząca miała świadomość tego, że w gronie studentów mógł znajdować się taki osobnik, stąd zachowywała pewien dystans. A tutaj? Jakby prowadzący był pewien, że w pobliżu nie będzie żadnego gryfa. Ciekawe, że w tekście przewija się porównanie do programu komputerowego i wspomniany jest crossfit. Może ten wykład, w stosunku do poprzednich, odbywa się w przyszłości? Jak widać, rozdział ten skłania do przemyśleń i prowokuje do zadawania pytań, kwestionowania, dochodzenia do tego, co chce nam przekazać autor, by spróbować w jakikolwiek sposób przewidzieć, co się może wydarzyć. Jednocześnie ładnie spina wszystkie wątki z poprzednich, przede wszystkim te dotyczące religii, struktur władzy oraz powiązań z ekonomią. Jednocześnie okazał się dosyć przystępny, chociaż uważam, że bez znajomości poprzednich kawałków tekstu, za wiele się z niego nie zrozumie. Dowód na to, że „Koło Historii” powinno być czytane i analizowane jako żywy organizm, jako całość, która wzajemnie czerpie ze swoich składowych, gdzie niemalże wszystko ma szerszy kontekst i nie jest takie jednoznaczne. Jednocześnie, już na tym etapie, wydaje się, że jest to najbardziej rozbudowany fanfik tego typu, a przynajmniej spośród tych, które czytałem/ o których wiem, za co należą się szczere gratulacje, głównie ze względu na ogrom ciężkiej pracy włożonej w pisanie. Oczywiście forma, mimo korekty, obarczona jest wieloma niedoskonałościami, co także utrudnia lekturę. Lekturę, która już na starcie jest ciężka i wymagająca, nie jest to opowiadanie dla każdego. Jednakże, przynajmniej przy tych podręcznikowych rozdziałach, z których składają się „Era Nieśmiertelnych” i „Pax Imperios Immortales”, wybaczam to, gdyż ma to być wiarygodnie stylizowane na tekst źródłowy, literaturę fachową. To przede wszystkim zawierać i przekazywać informacje. Czyli... niektóre rzeczy, np. powtórzenia, mogą przejść. Zatem zachowuję tutaj dystans. Najważniejsze, że rozdziały są obszerne, satysfakcjonujące, wnoszą wiele w to uniwersum i dają potężną podstawę dla twórców, poszukujących uniwersum skonstruowanego bardziej na poważnie, czerpiącego z różnych kultur, systemów oraz wydarzeń z naszej historii, dającego możliwości stworzenia czegoś, co będzie nie tylko kolejnym spin-offem, ale istotnym elementem żywego organizmu, a to chyba coś, co cieszy się nieco większym prestiżem „Pax Imperios Immortales” to rzecz godna polecenia i uwagi, zasługująca na wiele podejść, ale jak wspominałem, nie jest to lektura dla każdego. Warto jednak samemu spróbować i zmierzyć się z tym stylem prowadzenia historii. A przy okazji zobaczyć jak można pójść w światotworzenie. Pozdrawiam!
  6. Hej, chyba pamiętam to opowiadanie Napisane w narracji pierwszoosobowej, z Big Macintoshem jako głównym bohaterem i osobą mówiącą zarazem, z wierzchu krótkie, zwykłe [Slice of Life], lecz pod skórą poruszające dosyć istotne problemy, a przy tym podchodzące do kucyków ziemskich, jako rasy, z ciekawej perspektywy, pokazując niejako, że w pewnych aspektach – paradoksalnie – brak rogu czy skrzydeł czyni je silniejszymi, zaradniejszymi. Widać wszystko zależy od tego z jakiej pozycji na co się patrzy, jak się patrzy i co się bierze pod uwagę. Hiperanaliza potrafi komplikować życie i prowadzić do stresu, ale właściwie użyta... może pozwolić cieszyć się z tego, kim się jest. Nie przejmować się wszystkim naraz tylko tym, co liczy się tu i teraz. Ale po kolei. Jest to opowiadanie konkursowe, pochodzące z XVII Edycji Konkursu Literackiego, co podczas lektury się czuje. Właściwie, z perspektywy czasu, myślę, że sporo opowiadań rozpisanych na trzy-pięć stron, oszczędnie gospodarujących słowami czy to przy opisach, czy dialogach, może z łatwością uzyskać taki oto vibe i dzięki temu pobudzać nostalgię. „Przemyślenia” zestarzały się bardzo dobrze i nawet dzisiaj można to opowiadanie ze spokojnym sercem poczytać i polecić, jako krótki, lekki tekst na wolną chwilę, acz mający w sobie ekstra dno. Bohaterem tejże niedługiej historyjki jest – jak już wspominałem – Big Macintosh, co jednak na początku nie jest takie oczywiste, ale do końcówki powinniśmy to bez problemu odgadnąć Jak się okazuje, małomówny ogier ziemski nie jest takim prostym osobnikiem, jak mogłoby się z wierzchu wydawać. Właśnie, to chyba taki motyw przewodni tegoż opowiadania – na zewnątrz coś prostego, ale wewnątrz coś więcej. W każdym razie, po skończonej pracy na roli, bohater pozwala sobie na pewne przemyślenia, jak się okaże, nie po raz pierwszy. Ogier uwielbia „odłączać się” od świata zewnętrznego i rozmyślać, co potrafi go zaprowadzić na granicę lasu Everfree, nawet bez jego świadomości. Co za szczęście, że Applejack w porę zauważyła co się dzieje. Można z tego wyciągnąć naukę, iż nikt nie powinien pracować/ działać sam. Zwłaszcza, jeśli ma słabość do rozmyślań. Ale o czym są te przemyślenia, zapytacie? Big Mac, jak się okazuje, kontempluje swoją pracę, jej sens, a także zadaje sobie pytanie, dlaczego właściwie to robi, porównując siebie, jako kucyka ziemskiego, do innych, również tych obdarzonych skrzydłami bądź rogiem osobników, którzy z tego tytułu pozornie mają większy wybór, czym mogliby i chcieliby się zajmować. Mac wierzy, że gdyby chciał, także mógłby trudnić się przeróżnymi rzeczami, ale rolą zajmuje się dlatego, że... no właśnie – on chce, a nie musi. I jest z tego dumny. Odpowiednio szybko poznajemy jego punkt widzenia oraz argumenty, dlaczego w istocie kucyki ziemskie są bogatsze od innych ras i dlaczego mogą być postrzegane jako silniejsze, takie, które mogłyby uczyć życia inne rasy. Zaznaczam jednak, że jest to moje podejście i moja interpretacja. Bo Macintosh wcale nie czuje się z tego tytułu lepszy, po prostu pokazuje, dlaczego nie trzeba mu czarów czy skrzydeł, by funkcjonować, mieć wybór i czuć się dobrze we własnej skórze, będąc dumnym ze swojej pracy. Właściwie, przesłanie fanfika jest takie, że rasa, pochodzenie, pozycja społeczna, nic z tych rzeczy nie czyni jednych lepszymi od drugich. Nikt nie jest gorszy, każdy na swój sposób jest wyjątkowy i każdy może dążyć do szczęścia po swojemu. Oczywiście, ktoś może uważać inaczej, ale trudno. Tak było zawsze i nie należy się tym przejmować. Warto być sobą. Jest to morał, który doskonale wpisuje się w serialową konwencję i dlatego uważam, że opowiadanie jak najbardziej przypomina szkic czegoś, co mogłoby znaleźć się na ekranie, a nawet coś, co mogłoby być prawdziwym openingiem oficjalnego odcinka, np. poświęconego w całości Big Macintoshowi. Taki też jest nastrój. Spokojny, serialowy. Pod względem formy, zgodnie z tym, co zapamiętałem, jest to produkcja solidna, właściwie pozbawiona błędów, dopracowana pod każdym względem, co tylko ułatwia lekturę. Nie musimy się przejmować, że jakiś błąd czy dywiza, która się zawieruszyła, odwróci naszą uwagę, tylko w całości delektować się treścią. No... OK, po dłuższej inspekcji znalazłem jedną dywizę, jest też jedna kropeczka przy zapisie dialogowym, która jest zbędna. Na samym końcu, przed „odpowiadam jej”. Ale to tyle. Nic poważnego Podsumowując, jest to niedługi, lekki i klimatyczny kawałek tekstu, oferujący morał, który mieści się w konwencji serialowej, lecz da się go przełożyć na nasze własne realia, dzięki czemu odkrywamy, że jest to przekaz prosty, ale ponadczasowy i w gruncie rzeczy prawdziwy. Czyta się to dobrze, fanfik wciąż radzi sobie bardzo dobrze po latach. Co z jednej strony cieszy, a z drugiej sprawia, że człowiek tym bardziej chciałby zobaczyć powrót autora do pisarstwa. Z tego, co się zorientowałem z archiwów, był to debiut i powiem tak: jeżeli to był pierwszy raz, to proszę sobie wyobrazić jakie mogłyby być współczesne dzieła autora, gdyby nadal pisał Zżera mnie ciekawość i mam nadzieję, że pewnego dnia zostaniemy uraczeni nowym fanfikiem od Coldwinda. Pozdrawiam!
  7. Whoa, to dopiero był powiew nostalgii. Aż nie mogę uwierzyć, że opowiadanie pochodzi z roku 2016. No chyba, że „Moja Mała Kreatywność” wydarzyła się wcześniej, tylko autor zaczekał z publikacją opowiadania To może zaczynając niestandardowo, bo od podsumowania – jest to klasyczne, czyste [TCB], tak klasyczne jak tylko można to sobie wyobrazić i nie trzeba czytać dalej, niż poza wprowadzenie, by się o tym przekonać. Zdając sobie sprawę, że tekst mogą czytać osoby niewtajemniczone w tematykę, autor na otwarcie zarzucił mocno skróconą historią całego tego zamieszania. Nie ma co przeciągać – pewnego razu, w roku premiery opowiadania, na Oceanie Atlantyckim, pojawił się znikąd otoczony polem siłowym ląd, co później zostanie nazwane Strefą. Okazało się, że to Equestria i że kucyki, ziemskie, jednorożce, pegazy, koegzystują teraz wśród ludzi. Jest to jednak obarczone kilkoma ograniczeniami. Dość powiedzieć, że kucyki mogą poruszać się poza Strefą, ale ludzie wewnątrz Strefy już nie. Strefa nieustannie się rozszerza, co dzień za dniem ograniczając przestrzeń życiową dla ludzi, czego nie da się zatrzymać. Ratunek jest jeden – 100 mililitrów eliksiru ponyfikacyjnego, po którym człowiek przestaje być człowiekiem, ale staje się kucykiem, a kucyki mogą poruszać się wewnątrz... Bariera, to była Bariera! Mój błąd, wybaczcie. Wydawać by się mogło, że w takim razie resztę ludzkiego świata powinna czekać bezstresowa ponyfikacja i nowe życie (Tym bardziej, że miksturka ma odmładzać, czyniąc z pacjentów dwudziestopięciolatków. Czyli jeszcze przez rok nie zapłacą PITu ), ale niestety, do akcji wkracza Front Ocalenia Ludzkości – organizacja sprzeciwiająca się ponifikacji, której sens istnienia jest mocno wątpliwy, skoro jeśli Bariera w końcu pochłonie całą Ziemię i wszystko, co nie będzie kucykiem, zginie, wówczas los ludzkości jest przesądzony i nie można mówić o żadnym ocaleniu... No, ale ok, przyjmijmy, że pozostanie człowiekiem, śmierć jako człowiek, jest formą ocalenia. W opozycji do FOLu mamy Ponyfikację dla Odnowy Ziemi, która również ma swoje za uszami. Jedni chcą ponyfikacji zapobiec, drudzy do niej zmusić, a Biura Adaptacyjne – oficjalne placówki, w których można przejść bezpieczną ponyfikację – działają sobie dalej. W jednym z takich Biur rozgrywa się właściwa akcja fanfika. Konkretnie, w jednym z Warszawskich Biur Adaptacyjnych, co ciekawe, opisywane w tekście wydarzenia odbyły się raptem w zeszłym roku, więc jak widać pandemia nie zatrzymała nieuniknionego Właściwie, fanfik jest zbiorem momentów z życia personelu biura i jego pacjentów, gdzie głównym spoiwem wszystkich tych scen wydaje się być doktor Marcin Nowak, który bierze udział we wszystkich wydarzeniach, zaś zwieńczeniem jego kariery, jako ludzkiego medyka, jest oczywiście ponyfikacja, na którą zdaje się czekali Sunrise i First Help (A nie powinno być First Aid?) - kolejne spoiwa między poszczególnymi scenami, przyjaciele Nowaka, którzy ponyfikację już przeszli. Cóż, czytając opowiadanie, brnąc przez kolejne dni oraz wydarzenia, jakie ze sobą przynosiły, nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, jakbym już kiedyś to czytał. W tekście chyba znalazło się wszystko. Wstęp już omówiłem, jednakże godnym odnotowania jest to, że autor wspomina o tytułowych stu mililitrach mikstury, że tylko tyle dzieli człowieka od przemiany w kucyka. Jest to takie drobne światotworzenie, nie przypominam sobie, by w innych historiach tego typu przewinęła się ta informacja. W ogóle, wczytując się głębiej, okazuje się, że takich detali jest więcej, gdyż autor pokusił się o opisanie nam działania tychże mikstur. O odmłodnieniu już wspominałem, ale to, że pacjent wyleczony zostaje z niepełnosprawności i innych chorób (Skubani, może w tym uniwersum to tak pokonali covidka? ), czy też fakt, że umysł konwertyty samoistnie dostosowuje się do nowej formy w taki sposób, że na przykład rośliny zaczynają smakować, a mięsko już niekoniecznie, tego też sobie nie przypominam. I bardzo dobrze, że jest to zawarte w fanfiku. Właściwie, to nawet wzmianka o tym, że Celestia i Luna próbowały powstrzymywać Barierę przed ekspansją, wydaje mnie się nowinką. Czyli ten znajomy, by nie powiedzieć wtórny, wstęp, zyskuje nieco świeżości dzięki niuansom. Świetnie, punkt dla autora W każdym razie, wspominałem, że wszystko się tutaj znalazło. Mamy gościa, który jest zdecydowany na ponyfikację, lecz jego partnerka kategorycznie się temu sprzeciwia i obawia się, że po przemianie jej ukochany stanie się inną osobą, w związku z czym personel musi podjąć mediację i wytłumaczyć jej, jak to wygląda naprawdę, co ostatecznie doprowadza do pojednania i zaakceptowania woli drugiej połówki. Mamy dywagacje bohaterów o teoriach spiskowych i o tym, z jaką łatwością ludzie łykają różne bzdury, co zwłaszcza dzisiaj jest aktualne i bardzo prawdziwe. Mamy piosenkarkę zainteresowaną ponyfikacją, co jednak musi się odbyć w ścisłej konspiracji, gdyż stawką jest nie tylko życie w nowej formie, ale zupełnie nowe życie, w wolności od paparazzi. Mamy ocalałą po akcji terrorystycznej dziewczynę, której przemiana jest niekompletna, zaś przed śmiercią w męczarniach ocalić ją może tylko dodatkowa dawka mikstury. Oczywiście poznamy jej rodziciela, któremu to nie pasuje i który, jak na FOLowca przystało, uważa to za ze zwierzęcenie, a w ogóle to jego córka jest jego własnością i on będzie za nią decydować. Co za paskudny typ. W sumie, zatrzymajmy się na chwilkę przy tym. Wiem, po co szedł autor i zgodzę się, że w realu są takie zacietrzewione jednostki, które ubzdurały sobie, że dzieci są ich własnością i oni wszystko wiedzą lepiej, ale w fanfiku wyszło to strasznie przerysowanie... niepotrzebnie zakrawało o groteskę. Serio gość musiał być łysy? Nie mógł być ubranym w sztruks, siwiejącym wąsaczem na przykład? Takim, co się niby wypowiada kulturalnie i sensownie, ale szybko traci przy lepszym poznaniu? Ciekawe wydało mnie się to, że za akcję odpowiedzialny był POZ, ale ojczulek pewnie sympatyzuje z FOLem. Biedaczka padła ofiarą obu stron. No nic, takie oto scenki na nas czekają, z jednej strony nic odkrywczego, ale to, co otrzymaliśmy, zostało zrealizowane solidnie, gabarytowo poszczególne dni są do siebie zbliżone, akcja przebiega raczej spokojnie, jednostajnie. Chociaż trąci to rzemieślniczą pracą, to jednak tekst wciąga i czyta się go w porządku. Jednakże gdyby mi ktoś powiedział, że pochodzi on z 2016, to musiałbym zobaczyć, by uwierzyć Brzmi tak, jakby tylko rozgrywał się w przyszłości, a premierę swą miał... no, we wczesnych latach fandomu. Zatem dużo starszego klimatu Forma raczej w porządku, tu i ówdzie przyuważyłem dywizy, no i spacje po otwarciu nawiasu, ale to drobnostka. Postacie z wyglądu opisywane są dość oszczędnie, zwykle sprowadza się to do ich kolorystyki. Dużo więcej o nich mówią interakcje oraz dialogi, jakie nawiązują. Dzięki temu, że akcja rozgrywa się w Polsce, mamy wiele nawiązań do znajomej rzeczywistości, co nadaje całości smaku i wrażenia swojskości. W ogóle, jak dla mnie wstawki humorystyczne zdają egzamin. Dzięki temu mamy lżejsze momenty, uatrakcyjniające czytanie, chociaż w gruncie rzeczy tekst mniej lub bardziej bezpośrednio porusza niekiedy ważne problemy, komentując między wierszami określone zachowania i postawy. Tak jak nas do tego przyzwyczaił stary, dobry [TCB]. Werdykt? Mimo wszystko pozytywnie. Da się tutaj odnaleźć szczegóły, które pomagają zbić nieco wrażenie wtórnej, rzemieślniczej pracy, nadając opowiadaniu dobrej atmosfery, dzięki czemu można się wciągnąć i dobrze spędzić kilka minut. Plus nostalgia. I w sumie fajnie nakreślone relacje między personelem Biura. Bardzo szybko dało się polubić tych bohaterów. Jak na tak krótkie opowiadanie, była to dobra, solidna robota. Dla fanów gatunku pozycja godna przeczytania i przeanalizowania. Przede wszystkim jeszcze więcej tego, co się w takim wypadku lubi. Hm, czyżby wersja rozszerzona utknęła w piekle deweloperskim? Pozdrawiam i powodzenia!
  8. Powracamy do Krystalliny Autokratorias, tym razem zagłębiając się w tragiczną historię upadku tego znakomitego Cesarstwa. Na co oczywiście sam bym nie wpadł, jest to przeniesiona na kucykowe realia historia upadku Cesarstwa Bizantyjskiego i, jak już zresztą przekonałem się po „Po prostu”, Cygnus jest prawdziwym artystą jeśli chodzi o konwertowanie naszej realnej historii, począwszy od nazw własnych, poprzez obsadzanie poszczególnych postaci czy państw w określonych rolach, na charakterystycznym stylizowaniu samej treści kończąc. Lektura zarówno tego, jak i poprzednich opowiadań, zagrzewa mnie do tego, by wreszcie wziąć się za siebie i trochę dokształcić w materii historii, bo to prawdziwa (i chyba jedna z najlepszych) kopalnia inspiracji. Nim przejdę do rzeczy, muszę od razu zaadresować największy problem fanfika, który – niestety – tym razem wpłynął na mój odbiór dzieła. Forma Co się tutaj stało? Gdzie są akapity? Z racji tego, że nie jest to coś, co ma szansę zakamuflować się między wersami (jak na przykład typowe literówki), od razu wizualnie zwraca na siebie uwagę czytelnika i zważywszy na to, że opowiadanie to jest nowsze niż „Krystallina Autokratorias”, nie wiem jak to możliwe, że zabrakło w nim tego, co było standardem przy okazji starszego tekstu. Może fanfikowi zabrakło korekty, tak pomyślałem, ale jednak nie, okazuje się, że tekst miał i prereading, i korektę. Dziwne. Jakby tego było mało, w zapisie dialogowym mamy dywizy, co szczególnie mnie zdziwiło, interpunkcja mocno kuleje i rozprasza czytelnika. Forma zdecydowanie wypadła poniżej oczekiwań i prawdę mówiąc, nic a nic się tego nie spodziewałem. Styl też jest zupełnie inny, bardziej przystępny. Trudno to jednak uznać za wadę, gdyż jest to opowiadanie pisane w zupełnie innej konwencji, niż wspominana przeze mnie „Krystallina”. Stąd, myślę, że powinien przemówić do szerszego grona, chociaż myślę, że wszystkie te fanfiki tak naprawdę są dostatecznie lekko napisane, by każdy mógł się nimi cieszyć. No nic, skupmy się wreszcie na treści. Tutaj zdecydowanie jest za co chwalić. Bo czyta się to dobrze, w ogóle, świetne w tych fanfikach jest to, że choć czerpią wszystko z historii, niekiedy operują na fachowym słownictwie i odniesieniach, które nie każdemu wydadzą się takie oczywiste (przynajmniej nie od razu), a mimo to są w pełni zrozumiałe, przystępne, nawet dla takiego laika i tumana, co ja Niezaprzeczalny plus tejże twórczości, o którym warto wspomnieć. Kolejnym plusem jest to, że chociaż jest w tym polityka, jest wojna, to jednak elementy te występują bardziej w tle, gdyż, jak to odebrałem, na pierwszym planie miała być atmosfera panująca w Cesarstwie na moment przed świętością, a także kontemplacja upadku, już po świętości. Klimat potęgowany jest przez elementy religii, które istotnie nadają całości wyjątkowej otoczki. Podobnie jak w „Po prostu”, dzieje się coś wielkiego, z tą jednak różnicą, iż nie ma z tego tytułu powodów do radości, gdyż opisywane wydarzenia w fanfiku, tak jak wydarzenia z historii, które zainspirowały tę opowieść, są tragiczne i końcówka prędzej winna nas skłonić do zadumy. Tym istotniejszy staje się aspekt religijny, na który zdecydował się autor. Po namyśle byłbym skłonny zgodzić się, iż po lekturze jest niewielki niedosyt i że potencjał spokojnie pozwalał na jeszcze parę stron, co najmniej. Niemniej to, co już jest, dosttatecznie satysfakcjonuje, po prostu człowiek tak się w to wciągnął, że chciałby więcej tego, co lubi. Przymykając oko na formę, która mogłaby być lepsza, była to poważna, klimatyczna lektura, którą także mogę polecić, ale po uprzednim zapoznaniu się z „Krystalliną Autokratorias”, którą uważam z tej gromadki za najlepsze dzieło autora. Niezmiennie imponuje sposób, w jaki wydarzenia historyczne zostały przeniesione do świata kucykowego, satysfakcjonują znajome postacie w swoich rolach, a sam tekst jest skonstruowany tak, że przejmuje, czemu pomaga wykreowana atmosfera. Gdyby jednak było tego jeszcze troszkę więcej, no i gdyby forma została poprawiona... wówczas nie miałbym zarzutów. Tak czy owak, opowiadanie jak najbardziej polecam po raz kolejny i zachęcam do lektury, no i skomentowania Aha, na sam koniec – mając w pamięci „Krystallinę”, a także zapoznawszy się z opiniami mych przedmówców, muszę przyznać, że spodziewałem się więcej fachowego słownictwa czy opisów dotyczących życia dworskiego, procedur itp. Tak, to jest chyba to pole, na którym zabrakło mi detali. No nic, zobaczymy, czy jeszcze kiedyś autor zdecyduje się powrócić do pisania, umożliwiając nam jeszcze jeden powrót do tego świata. Oby nie ostatni. #BringBackKrystallina
  9. Zachwycony „Krystalliną Autokratorias”, postanowiłem rzucić okiem na pozostałe dzieła autora. Rzut monetą wskazał, że jako pierwsze pójdzie pod lupę „Po prostu”, opatrzone tagiem [History], co z miejsca narobiło mi nadziei na coś podobnego, ale osadzonego w innych realiach, może napisanego według innej konwencji. I nie zawiodłem się Opowiadanie dobrze łączy w sobie formę pamiętnika ze zwykłą, pierwszoosobową narracją, akcja zaś osadzona została na końcu okresu zimnowojennego, jak można z łatwością wyczytać, był to chłodny listopad 1991. Z zapisków osoby mówiącej otrzymujemy porcję historii, co rozszerza akcję na okres dwudziestolecia międzywojennego, wojnę, a także okres już po niej. No, może „akcja” nie jest tutaj na miejscu, zważywszy na fakt, że wówczas protagonisty nie było jeszcze na świecie, ale wiecie, o co chodzi Jako dwudziestopięcioletni kucyk, za pośrednictwem swojego pamiętnika, opowiada nam o tym jak do władzy w Germaneigh dochodził Süß Sprecher, co w końcu doprowadziło do wojny, a następnie upadku i podziału terytorium tego kraju, na Republikę Federalna Germaneigh i Germaneighską Republikę Demokratyczną. Podział wśród społeczeństwa to jedno, lecz z Hoovietami na wschodzie i Equestriańczykami za oceanem, nikt nie mógł być pewien jutra. Dlaczego? Przez widmo apokalipsy. Kolejnej wojny, tym razem już na megaczary. Sattel Steigbügel dorastał w czasach zimnej wojny. Jest on naszym przewodnikiem po historii, która doprowadziła do takiej, a nie innej sytuacji, a także protagonistą, z którego perspektywy poczujemy wiatr przemian. Opowiadanie ma wręcz niepowtarzalny klimat i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, imponuje styl, w jakim autor przekonwertował prawdziwą historię, czego takim pierwszym z brzegu przykładem są nazwy własne, nazwiska, czy to, w jakiej roli obsadzona została Equestria tudzież zaimplementowanie w fanfiku megaczarów. Dzięki temu nie dość, że daje się to kupić jako kucykowe realia, to jednocześnie historia wydaje się tak wiernie na nie przeniesiona, że nic a nic nie straciła swojego autentyzmu. Innym przykładem może być nakreślenie różnic, jakie występowały między wschodem a zachodem. Opowieść ta, głównie przez narrację pierwszoosobową z miejsca nabiera osobistego wymiaru, czuć, że nadchodzi przełom, że bohater uczestniczy w czymś wielkim, że staje się świadkiem historii. Dlatego też scena, w której staje na murze, TYM murze, jest nie tylko satysfakcjonująca, ale i w jakimś sensie sentymentalna. Niemalże samemu chciałoby się znaleźć w samym sercu tamtych wydarzeń i posmakować zmian z pierwszej ręki. Opowiadanie jest dosyć krótkie, lecz napisane w wyczerpujący sposób. Nie uświadczymy tu żadnych niedosytów czy braków, wręcz przeciwnie, dzięki tak dobranej formie jest wrażenie wciąż trwającej historii, a także żyjącego świata, który ma za sobą trudne doświadczenia, ale także i przyszłość. Zakończenie w mojej opinii zostało bardzo dobrze zrealizowane. W ogóle, sam tytuł opowiadania wydaje się wręcz enigmatyczny, ale po zapoznaniu się z fanfikiem czytelnik rozumie już dlaczego był to idealny wręcz tytuł. To nawet wynika z treści – chociaż po przybyciu na miejsce strażnik twierdzi co innego, wieść o tym, że już można przemieszczać się między republikami spada na głównego bohatera – i na nas – nagle, tak po prostu właśnie. A kiedy informacja ta okazuje się prawdziwa, reszta przychodzi sama. Może nie niczym kula śniegowa, ale jak fala. Fala przemian. Ponieważ dzieję się to nagle, tak po prostu, w związku z tym na końcu czytelnika trzyma się wrażenie wolności, że coś się skończyło, że coś już można robić i nie trzeba się tego obawiać. I to mnie się strasznie spodobało A powracając na moment do Sattela, muszę przyznać, że jest to całkiem ciekawa postać, napisania niuansami (np. to, że lubi frytki z keczupem), ale w taki sposób, że dobrze się o nim czyta. Myślę, że duże znaczenie mają tutaj dialogi. W mojej ocenie wyszły bardzo naturalnie i wiarygodnie. W ogóle, w pamięci zapada scenka, w której podaje dalej matce informacje od samego Koninskiego, po czym pędzi na zewnątrz. Podobnie jak te armatki wodne, alkohol, ten mur, który zaraz runie... OK, zaraz dostaniemy cukrzycy, a tymczasem jest pewna rzecz, która w opowiadaniu zgrzyta i której niestety nie da się nie zauważyć. Dotyczy ona formy. Spokojnie, jeśli chodzi o styl wypowiedzi, szyk zdań, ogólne brzmienie poszczególnych fragmentów, to pod tym względem nadal jest bardzo dobrze, co prawda nie tak elegancko, a momentami wzniośle, co przy okazji „Krystalliny”, ale ma to sens, w końcu osobą mówiącą jest dwudziestopięcioletni koleś, urodzony w 1966 roku, a więc całkiem blisko naszych czasów Formatowanie od pewnego momentu gubi akapity. Jakby tego było mało, przy dialogach pojawiają się dywizy zamiast półpauz. W ogóle, te wcięcia po dywizach chyba nie powinny tak wyglądać. Przez to zapis dialogowy rzuca się w oczy i odwraca uwagę od treści. Dziwne, że tak wyszło, skoro w końcówce mamy wytłuszczony tytuł opowiadania, służący za słowa kluczowe, jak się domyślam... Zatem opcje formatowania były używane. Dziwna sprawa. No, ale tak czy owak, jest to świetne opowiadanie, które śmiało polecam każdemu. Nie jest zbyt długie, ale treściwe i satysfakcjonujące, doskonale ponyfikuje poszczególne rzeczy zaczerpnięte z historii współczesnej, oferując przy tym znakomity klimat i szczerze mówiąc nie wiem dlaczego nie cieszy się większą popularnością. Świat oszalał, czy co?
  10. Nareszcie nadrobiłem „Krystallinę Autokratorias” I teraz, cholera jasna, żałuję, że nie ma ciągu dalszego. Bo to było naprawdę coś, zważywszy na datę premiery, można chyba powiedzieć, że opowiadanie w jakimś sensie wyprzedziło swoją epokę. Zapoznawszy się z opiniami (niestety nie aż tak licznymi) moich przedmówczyń i przedmówców, pomyślałem, iż mam do czynienia z fanfikiem podobnym do popularnego „Koła Historii”, zważywszy na dużą dozę opisów, a jeszcze większy zapas historii i kultury, wszystko przedstawione w formie przypominającej podręcznik akademicki, tak bardzo sprzyjającej rozległemu światotworzeniu. W sumie, coś w tym było, acz nie oszukujmy się, jest zupełnie odwrotnie - „Krystallina” ukazała się jako pierwsza, więc to „Koło Historii” jeżeli już, powinno wydać mnie się podobne. Cóż, magia kolejności czytania ponad tajnikami czytania po kolei Zgodzę się, że miejsce akcji fanfika jest pewnym powiewem świeżości, lecz to nie samo Cesarstwo Kryształowe, jako kolejna, zwyczajna lokacja, jest tu głównym specjałem. Przede wszystkim, chodzi o... Cesarstwo Kryształowe, ale jako żyjące miejsce w świecie przedstawionym, posiadające swoją długą i bogatą historię, a także przyszłość. Oznacza to, że głównymi bohaterami tejże opowieści będą zwyczaje, święta, przesądy, ale i konteksty, mitologia, technologia, a gdzieś pośrodku tego wszystkiego odnajdujemy się my sami, czytelnicy. Jak to trafnie opisała Madeleine, autor tworzy w naszych głowach imponująco detaliczne obrazy, na których musimy się odnaleźć, by, na przykład, wziąć udział w obchodach Święta Mórz, czy też wybrać swoje uliczki przy okazji pierwszego dnia Imera ton Nekron. Jesteśmy tu turystami, o których zresztą niejeden raz wspomina fanfik Opisów jest dużo, lecz poszczególne rozdziały cechują się ich naturalną, płynną kompozycją, dzięki czemu, o ile forma przypomina w pewnej części podręcznik, gdzie podawane są suche fakty, z drugiej strony jest w tym niemało życia, jakby równocześnie był to... reportaż? Kronika? Relacja? Chyba. Może naocznego świadka historii (mniej lub bardziej wiekowego), a może kogoś, kto wpada do Cesarstwa regularnie jako turysta/ podróżnik i jest świetnie poinformowany co do dziejów kraju oraz różnych kontekstów, co się z czego wzięło itd. Tutaj za przykład może posłużyć baśń „O Roku i dwunastu Miesiącach”. Proste, ale błyskotliwe. I klimatyczne. Jak wszystko, o czym czytamy Co do płynności, nie trzeba szukać przykładów dalej, niż w prologu. Tak tak, moi drodzy, opowiadanie od samego początku raczy nas tym, co najlepsze, nie tracąc poziomu w trakcie. Rozpoczyna się od wprowadzenia w pokaz sztucznych ogni, jakże istotny w kontekście ichnich tradycji. Niedługo po tym autor uchyla rąbka co do fajerwerków, również mających niebagatelne znaczenie. Następnie opisywane są zwyczaje i realia, czyli jak się te Cesarskie Ognie transportuje, jakie dania przewiduje się z tejże okazji, jak to wygląda na poszczególnych szczeblach hierarchii społecznej, jak mieszają się te różne masy mieszkańców, jednocześnie czuć oczekiwanie na ów tradycyjny, legendarny pokaz, całe towarzyszące temu napięcie oraz wyjątkowy nastrój. Oczywiście mocno to uprościłem; zatapiając się w lekturze znajdziecie wzmianki o tym co, czym i na czym się je, w zależności od miejsca i stopnia zamożności, czy też opis kolejnych odgłosów, słyszalnych zewsząd. Od razu czuć, że to miejsce, choć tylko w fanfiku, żyje swoim życiem, że wybrzmiewa, ma swój klimat i że (najprawdopodobniej) można w tym wszystkim odnaleźć odniesienia/ inspiracje naszą historią. Tzn. świata. Czy wspominałem o oryginalnych nazwach własnych? Wygląda na to, że zostały one zainspirowane językiem greckim, ale wszystko brzmi nie tylko dobrze w tym sensie, że nie gryzie się z resztą tekstu, ale i ma w sobie coś podniosłego i antycznego. W ogóle, pokonując kolejne rozdziały (przepełnione detalami, obszernymi opisami, no i niepowtarzalnym klimatem), dosyć krótkie, nie sposób oprzeć się bijącej z tekstu wiarygodności tzn. tak przedstawionemu Cesarstwu nie można odmówić państwowości, opisywane zwyczaje (może nie wszystkie, ale przytłaczająca większość) wydają się autentyczne, podobnie jak pobudki biorących w nich udział kucyków (tutaj muszę pochwalić za opis mentalności odwiedzających zmarłych krewnych oraz pęd ku temu, by koniecznie zapalić znicz większy, niż konkurent z tegoż rodu, a potem nie pojawić się na cmentarzu do kolejnego Święta Zmarłych), przez co naprawdę można kupić, że takie miejsce mogłoby istnieć naprawdę. Mój absolutny faworyt? Budowa Kanału im. Króla Harkita Krystalliny (a przy okazji omówienie pozycji cesarskiej floty w światowym rankingu), wraz ze znakomitymi opisami wynajdywania nowych technologii (każdy wynalazek – a jakże – o swojej własnej, oryginalnej nazwie, jeden nawet sprowadzony z daleka) umożliwiających zrealizowanie przedsięwzięcia, ze zwieńczeniem w postaci Parady Statków. Słowem, cały drugi rozdział, to istny majstersztyk. I jednocześnie ten odcinek, gdzie natrafiłem na najwięcej drobnych usterek w formie. No właśnie. Styl opowiadania owszem, jest specyficzny, acz w mojej ocenie przystępniejszy, niż np. we wspomnianym przeze mnie „Kole Historii”. Ale myślę, że do tego gatunku musiałem... dorosnąć, bowiem podejrzewam, iż gdybym zabrał się za coś podobnego dużo, dużo wcześniej, mając inny „mindset”, zapewne przy lekturze troszkę bym przysypiał. Ale teraz? Faktycznie, idzie poszczękać zębami z zazdrości na to światotworzenie Tym bardziej szkoda, kiedy oczom czytelnika przewija się jakiś błąd, raz są to rzeczy naprawdę drobne, nie burzące wrażeń z lektury, raz poważniejsze, których nie sposób pominąć, a innym razem przytrafia się, choć sporadycznie, brak justowania, co nawet na poziomie wizualnym odstaje i aż dziw, że nadal tam jest. Szczęśliwie, mogę sugerować, dlatego w wolnej chwili pozaznaczam różne rzeczy, głównie literówki, o których wspomniała Madeleine, czy to nieszczęsne justowanie. Aczkolwiek gdzieniegdzie również interpunkcji przydałby się mały przegląd. Ale tak czy inaczej, wszystko stoi na imponującym poziomie. Poprzez drobne błędy natomiast, mam na myśli następujące rzeczy: Czyli powtórzenie. Przewijają się raz po raz, takie tam. Moje sugestie? Może coś w stylu: „(...) ale zapiekanka podana na dolomicie też była popularna, choć spożywana wyłącznie na spokojnie w lokalu, (...)”? Jak widać, jeżeli już, nie są wymagane wielkie modyfikacje. Forma tak czy inaczej zachwyca i godnie realizuje ten ciekawy, nietuzinkowy pomysł. Natomiast, od czasu do czasu z tego eleganckiego, bogatego w detale stylu, wyłaniają się zdania troszkę przesadzone. Na przykład: Bardzo długie zdanie. Niby jest poprawne (Aczkolwiek nie powinno być „że popiera zamysł władcy”, skoro to Dwór?), ale wtrącenie wewnątrz (o budowaniu kanału) okazało się na tyle długie, że zdążyłem zgubić rozeznanie, o czym właściwie było to zdanie. Musiałem się wrócić, stracić flow czytania i jeszcze raz, bardzo powolutku, wczytać się, co jest grane. Ale może to tylko ja. Ale tak czy owak, gratuluję formy. Jest tu wszystko – mimo zatrzęsienia detali, rozdziały czyta się sprawnie i z niegasnącym zaciekawieniem, imponuje słownictwo, kompozycja, na czele z oryginalnymi określeniami, także na miesiące (wydaje mnie się, że po raz pierwszy spotkałem się z czymś takim w „Smaku Arbuza”), wszystko przechodzi między sobą płynnie, czuć, że każdy rozdział dotyka innego aspektu kultury Cesarstwa i w ich ramach nie czuje się niedosytu, bardziej satysfakcję z dobrze spędzonego nad lekturą czasu, niemniej człowiek chętnie przeczytałby ciąg dalszy. Dwanaście części? Na razie możemy delektować się zaledwie jedną czwartą planu. Szkoda. #BringBackKrystallina Tak czy owak, to jest po prostu świetne i gorąco polecam „Krystalinę Autokratorias” każdemu, kto nie tylko jest ciekaw technik światotworzenia, lecz upodobał sobie specyficzny gatunek, jakimi są... nazwijmy to, fanfiki historyczne, wnikające w struktury społeczne, stosunki międzynarodowe, technologie, kulturę, folklor, dawne dzieje i teraźniejszość, wszystko, czego dusza zapragnie Nawet, jeśli nie jest się pasjonatem czy to historii czy socjologii. Fanfik imponuje do dziś i również dziś jest dla niego miejsce pośród nowszych, niekiedy trudniejszych w odbiorze dzieł. Być może „Krystallina” to jest właśnie ów złoty środek. Nie przekonacie się, póki sami nie spróbujecie. Fanfik kryminalnie niedoceniony i wart kontynuacji, zwłaszcza po latach. Polecam
  11. No to się niezły romantyczny mini-maraton zrobił Kolejna historyjka z tymże tagiem obok tytułu, tym razem na poważnie (acz cały czas z humorkiem choć innego typu), z Maud Pie jako główną bohaterką, zestatkowaną... No proszę, niby to takie oczywiste, ale człowiek jakoś o tym nie pomyślał. W każdym razie, fabularnie jest to po prostu Maud Pie spotyka Big Macintosha Zaczyna się niewinnie – ot Pinkie Pie (bo oczywiście, że tak) postanawia oprowadzić swoją kochaną siostrzyczkę po rodzinnym sadzie swojej nie mniej ukochanej przyjaciółki, po drodze gubiąc się gdzieś i przez resztę fanfika w zasadzie nie przewijając się w żaden szczególny sposób (i całe szczęście), nawet na zakończenie, potraktowano nas łagodnie i nie uraczono czymś bombastycznie absurdalnym, po prostu Pinkie przypomniała nam, że też tam jest i rozstawiła parę samą. Ale jak do tego doszło, zapytacie? Choć narracja nie jest prowadzona z perspektywy pierwszej osoby, styl, słownictwo, wszystko to zdaje się nawiązywać do charakterystyki Maud (czyli fanfik jest mocno maudocentryczny), ubierając opisywane rzeczy w formę nawiązującą do jej zamiłowania i specyfiki, co z miejsca należy uznać za strzał w dziesiątkę oraz formę idealną pod odpowiedni klimat – coś, co się nie nudzi zbyt szybko, ani nie nuży przy dłuższym poznaniu (opowiadanie zresztą nie jest zbyt długie), coś, co się podoba i sprawdza się jako kawałeczek życia utrzymany w klimatach romansowych, a także coś, co zapada w pamięci, dobrze się czyta i sprawia miłe wrażenie. W każdym razie, w tych warunkach nie mija wiele czasu, zanim Maud odnajduje wzrokiem kupkę nadzwyczaj interesujących kamieni, z którymi mógłby zapoznać się Boulder. Sęk w tym, że pupil głównej bohaterki zawieruszył się gdzieś po tym, jak ta zaliczyła niefortunną kolizję z Big Macintoshem, który pochłonięty swoimi sprawami nie zauważył gościni w rodzinnym sadzie. Jak nietrudno się domyślić, ogier decyduje się pomóc Maud w odnalezieniu Bouldera, choć ta nie jest pewna, czy Big Mac rzeczywiście jest w stanie dostrzec w kamieniach to, co wyjątkowe. Okazuje się, że owszem. Mało tego, brnąc dalej, odkryjemy głębszą, artystyczną naturę Macintosha, którą docenia Maud, uwaga, uwaga, również artystka. Poetka, ściślej rzecz ujmując W gruncie rzeczy, humor w fanfiku jest mocno stonowany, powiedziałbym wręcz, że nieszczególnie zwraca na siebie uwagę, został on w większości oparty na charakterystykach postaci, budując wokół tego drobne dowcipy sytuacyjne, co jednak bardzo dobrze uatrakcyjnia lekturę. Zostało to napisane w taki sposób, że czytelnik nie tylko ma wrażenie, że tych dwoje doskonale do siebie pasuje, ale także wprawia go w coś takiego, że niby to było od początku takie oczywiste, ale jakoś mało kto o tym pomyślał. Ogółem, zgrabnie rozpisana relacja, bardzo przyjemnie się to czytało. Pod kątem formy, jest bardzo solidnie, w porównaniu z poprzednimi przekładami zdecydowanie lepiej, co zapewne jest zasługą tego, iż jest to po prostu jedno z tych nowszych tłumaczeń, zatem na polu formy dokonał się postęp Wnikając w zagadnienie głębiej, idzie się doszukać kilku drobnych usterek, np. W tę stertę kamieni Poza niepotrzebnym przecinkiem przed „i”, dużo powtórzeń. Możliwe, że tak musiało być z uwagi na oryginał i nie dało się tego uniknąć, jednak chociaż ten drugi „kolor” można było na coś wymienić. Ale tak czy owak, jako krótki, klimatyczny i ładnie napisany kawałek życia (chociaż tego tagu tam brakuje, ale shhh...) o zabarwieniu romantycznym, fanfik godny jest polecenia. Efektu dopełniają naprawdę ładnie napisane postacie, relacja między nimi wypadła zaskakująco naturalnie i wiarygodnie, została zrealizowana raczej subtelnie. Myślę, że warto poświęcić tejże historyjce chwilkę lub dwie, szczególnie jeżeli się tego typu klimaty lubi i jeżeli w obsadzie znajdują się lubiane postacie
  12. Kolejne tłumaczenie i kolejne spojrzenie w przeszłość. Wracamy do klimatów romansowych czy też elementów sugerujących działalność naokoło-erotyczną, szeroko pojmowaną To może dobry moment na wspomnienie o czymś, o czym zapomniałem przy poprzednich opowiadaniach. Ramiona zamiast łopatek, a tutaj dodatkowo plecy zamiast grzbietu. OK, to były początki fandomu, stare, dobre czasy, społeczność traciła swoją niewinność pozwalając sobie na coraz więcej i więcej, i nie mam tutaj na myśli kolejnych, coraz to odważniejszych tworów inspirowanych „Cupcakes”. Ale, ale, bo gubię wątek. Ramiona potrafię zrozumieć, ale skąd te plecy? Właściwie, znów zamotałem sobie kolejność. No nic, poszedłem za głosem serca. A tak naprawdę według pewnej listy W każdym razie, przekład znacząco odbiega formą od tego, co dane mi już było czytać i komentować. Interpunkcja do poprawy, zwłaszcza przy zapisie dialogowym. Dywizy zamiast półpauz, jak ostatnio. Tym razem jednak, dodatkowo stwierdzam masową dezercję w gronie akapitów. Na dłuższą metę, utrudniało to czytanie i rozpraszało. No i przysięgam na wszystko, że dopiero teraz przeczytałem ów tekst po raz pierwszy. Naprawdę, nie czytałem go wcześniej, nawet niespecjalne wiedziałem o czym jest, jedynie kojarzyłem angielski tytuł. Właściwie to nadal jestem zaskoczony. A wspominam o tym dlatego, że jakiś czas po premierze tego tekstu (i w oryginale, i po polsku) w sumie wpadłem na coś podobnego... Coś, co w jakimś sensie dotyka niegrzecznej tematyki, a bohaterką zostaje Rarity, bo Rarity widzi więcej Zapewniam, że to zbieg okoliczności. W każdym razie, o ile „Do You Really Want To Know” mogło zostać uznane za rzut okiem na stan, czy też nurty we wczesnym fandomie, o tyle „Shipping Goggles” (z tego, co widzę, klasyk w swoim gatunku) można rozpatrywać jako komentarz do tendencji, która pozostaje wiecznie żywa – łączenie postaci w pary, wszystkie możliwe konfiguracje, nawet nie muszą się znać, wystarczy że stały obok siebie albo wymieniły się spojrzeniami, fandom resztę sobie dopisze. Im więcej, tym weselej. Im bardziej... nietypowo, tym lepiej. Zakończenie, o którym jak widzę krążą skrajne opinie, odebrałem jako oczywisty sygnał dla czytelnika – to jest trollfic. To jest jedyne wytłumaczenie. Nawet wizualnie się to to zgadza. Tak czy inaczej, nawet mając na względzie to, że jest to komedia, ciężko mi postrzegać opowiadanie inaczej, niż w kategoriach trollingu, trafnie podsumowującego skłonności fanów do łączenia postaci w różne figury geometryczne. Mimo niedoskonałej formy, bawiłem się... może nie aż tak dobrze, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie było zabawnie. Mało subtelnie, raczej całkiem bezpośrednio, powiedziałbym wręcz, że ostentacyjnie (by nie powiedzieć nachalnie), ale cały czas na wesoło. Lektura dosyć lekka, no i mimo wszystko, bohaterki zostały wykreowane w porządku, poznajemy która jest która, mimo przyjętej tematyki, zachowują się tak, jak moglibyśmy się tego po nich spodziewać, gdyby do podobnej sytuacji doszło w serialu. Opisy zostały dobrze zbalansowane z dialogami, gdyby nie ta nieszczęsna forma, która – zwłaszcza dzisiaj – prosi się o poprawki, powiedziałbym, że opowiadaniu niczego nie brakuje. Jedna rzecz wydała mi się super creepy, mianowicie, kiedy Twilight przypomina o tym, jak pewnego razu Rarity nadinterpretowała sobie to, co się wokół niej dzieje w taki sposób, że mało brakowało, a wyszłoby, że Twilight kocha się z samą Celestią, wymieniając w jednym ciągu argumentów, dlaczego byłby to nieobyczajny, nielegalny wręcz skandal, że jako uczennica byłaby nieletnia, Rarity tak po prostu rzuca, że „to byłoby słodkie”. Nie, nie byłoby. Na tyle, że zaczynam wahać się, co do swojej oceny kreacji bohaterek. Jak na Rarity, nawet w ramach tej konwencji, to chyba przesada. Ale znów, jeśli przyjąć, że całość jest trollficiem, no to jako komentarz do szeroko pojętej twórczości fanowskiej skoncentrowanej na statkowaniu, chyba pasuje i nie ma co się krzywić. Do dobrze, lecz co z rekomendacją? Ano... Nie wiem. Trudno powiedzieć. Pomijając formę, jak na klasyczny tekst, jest to coś, do czego z łatwością można wrócić, właściwie dowolną ilość razy i podejrzewam, że nawet za jakiś czas, będzie to nie tylko okienko na to, jak wyglądała kiedyś fanfikcja, ale i wiecznie aktualne podsumowanie, do czego ludzi ciągnie, jeżeli coś istnieje. Jedna z zasad internetu. Nie do końca rozumiem negatywny odbiór końcówki, ale może to tylko moja specyfika. Albo myśl o tym, że to tylko trolling, który pozostał fanfikiem i przetrwał do dziś sprawia, że nie mogę się gniewać na opowiadanie, no bo po co? Zresztą, to nie pierwszy przypadek. „I Hate You” od Slimebeasta zostało onegdaj creepypastą miesiąca... A to od początku była trollpasta. Specjalnie napisana z głupawkami. I błędami. Więc owszem, z tym się już spotkałem. Tekst nie jest długi, czyta się go szybko i lekko, cały czas jest wesoło i przyjemnie, aczkolwiek rekomenduję dystans. To stara historyjka, inspirowana fantazjami fanów, wykonana w prostej, niezobowiązującej formie, dla zabawy. Nie ma co traktować tego poważnie. Wtedy myślę, że przy „Shipping Goggles” można się naprawdę dobrze bawić. Chociaż może być niekomfortowo. Jak wspominałem, subtelności się tu nie uświadczy.
  13. Lektura opinii mych przedmówców dała mi do myślenia. Cóż, do końca się łudziłem, że jednak wstrzelę się w spektrum, niekoniecznie znajdę się w większości lecz nie będę ze swoim zdaniem sam. No niestety, ale mnie opowiadanie nie podeszło za szczególnie i w sumie nie wiem za co jest takie uwielbiane... To znaczy, domyślam się, acz to zupełnie nie mój typ humoru. Pierwszy odruch był taki, że większość żartów zaginęła w akcji podczas tłumaczenia, gdyż dowcipy opierające się na grze słów niekiedy są niemożliwe do przełożenia, chyba żeby je napisać zupełnie od zera, coby były zrozumiałe po polsku, dla Polaka. I chociaż oryginał zarekomendowałbym ponad polską wersją, to jednak... też nie miałem jakichś szczególnie pozytywnych wrażeń. Nie zrozumcie mnie źle, totalnie negatywnie nie jest, ale dla mnie „Racist Barn” to zupełnie niezły średniak, oparty na świetnym pomyśle i operujący na języku w ciekawy, niekiedy naprawdę bystry sposób, lecz jako całokształt... nie wybijający się niczym szczególnym. Spędziłem trochę czasu, głowiąc się skąd ten stan rzeczy. Nie potrafię wskazać obiektywnych wad, mogę co najwyżej po subiektywnemu popsioczyć na to czy tamto, ale mam kłopot z zaadresowaniem zalet, które w jakiś sposób podniosłyby ocenę niniejszego tekstu. Myślę, że przede wszystkim brakowało mi opisów – jest to głównie komedia dialogu i nieporozumień – lecz analogicznie, jeżeli w tekście miałyby się znaleźć opisy, to o czym miałyby być? Gdzie je umieścić? Trudno powiedzieć. Chyba jednak wcale nie były takie potrzebne. Kolejna kwestia, czyli bohaterki tejże produkcji. Są oddane... niby w porządku, niby u każdej zostały należycie uwydatnione charakterystyczne cechy, ale z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić taki dialog między nimi. Z pozoru jest serialowo, miałem wrażenie jakby opowiadanie od początku przekonywało mnie o swojej kreskówkowości (no raczej, skoro podejmuje wątek piosenki, którą naprawdę w serialu śpiewali i przy której wznosili ziemski gmach), tylko w praniu jakoś tak... dziwnie było. A tekstu Fluttershy o nienawiści do smoków oraz odmówienie skomowatości Spike'owi, tego to już kompletnie nie rozumiem Zwłaszcza mając w pamięci to, jak się nim zajarała przy okazji otwarcia pierwszego sezonu. Skąd ta zmiana? Podmieniec nie zgłębił życiorysu postaci, w którą się wcielił? Właściwie, o ile pomysł sam w sobie jest świetny, o tyle w takiej formie wyszło z tego doszukiwanie się czegoś tam, gdzie tego nie ma. Powtórzone kilkukrotnie. Plus teksty, że jak ja mogę być rasista, jak ja skrzydlatych i rogatych znajomych mam. Ech, ileż można? Wczytując się głębiej, ogarniając do ilu wydarzeń z serialu nawiązuje tekst, nie ma bata, musiało być serialowo. Było i nie było jednocześnie. Och, oczywiście nie zabrakło Derpy, pojawiającej się znikąd i to z dźwigiem, którego nie zawahała się użyć, co było nawet... zaskakujące. Motyw kierujący ikoniczną klaczą okazał się całkiem zabawny. Tak, to zdecydowanie był mocny punkt opowiadania. Podobnie jak tekst o umieniu w książki, w ogóle, przytoczone przez moich poprzedników cytaty, z tym się mogę zgodzić, że to były warte zapamiętania highlighty tekstu. A w sumie, pęd Twilight do wykładu o historii Equestrii i sąd ten Dzień Jedności, to też było sympatyczne. I tylko tyle mi przychodzi do głowy. Reszta zdążyła już z niej wylecieć. W sumie, byłem zaskoczony, tym, jak niewiele się zapamiętuje po przeczytaniu fanfika. Kurczę, czemu mnie to nie bawi? Odnośnie formy, to tłumacz stanął na wysokości zadania, tekst udało się skonwertować na polski razem z żartami słownymi i nieporozumieniami/ insynuacjami, na których przecież opiera się cały humor. Szkoda tylko, że interpunkcja wyszła tak sobie, tu i ówdzie przyuważyłem powtórzenia, a do tego zgrzytające zdania, jak to na przykład. Co w sumie oddaje mój główny problem, jaki mam z tym opowiadaniem. Niby zdanie jest poprawne, ale ten szyk, wypowiedziane na głos prosi się o parę poprawek. Chyba nie mam już nic do dodania. W ogóle, ciężko mi o tymże fanfiku napisać cokolwiek więcej. Miał swoje momenty, które mi się spodobały, jednakże częściej poszczególne partie tekstu pokonywałem zupełnie beznamiętnie. Pomysł świetny. Wykonany przecież poprawnie, no bo jak inaczej miało by być? Wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Tylko mnie osobiście nie podeszło. Sam nie wiem. Mimo wszystko, jest to coś, co można polecić i co na pewno znajdzie niejednego zwolennika. Zwłaszcza, jeśli ktoś lubi tego typu humor. Ba, niewykluczone, że porównywanie obu wersji językowych przyniesie niemało rozrywki, jeśli ktoś się takimi niuansami interesuje i jest ciekaw, co zostało zmienione, w jakim stopniu i jak to sobie wszystko poustawiał tłumacz, byśmy mieli „Racist Barn” w ojczystym języku. Jednocześnie, nie jest to długi tekst, nie jest też jakiś szczególnie trudny w odbiorze, raczej całkiem lekki, nawet przyjemny. Po prostu nie dla mnie. Ale czy warto spróbować? Pewnie, że warto.
  14. Fanfiki epistolarne są prawdziwą rzadkością. Znam tylko jedną opowieść wykonaną w tymże stylu – jest to „Yours Truly” przy którego przekładzie miałem sposobność pomagać – toteż kolejny tego typu tytuł przyjąłem z zaciekawieniem, acz tagi oraz gabaryty ostudziły nieco mój entuzjazm. Ostatnio korespondencja była pisana na poważnie, nie brakowało smutniejszych, bardziej refleksyjnych akcentów – co wpisało się w mój gust bardzo dobrze, choć nie wszystko wyglądało tak różowo – tym razem jest to czysta rozrywka, która prosi nas o jedynie parę minut uwagi, tak szybko się to czyta. Muszę przyznać, że nie miałem wrażenia niedosytu i jak na obraną tematykę, taka długość opowiadania okazała się idealna. Ale po kolei. Jak możemy się dowiedzieć z posta otwierającego niniejszy wątek, jest to wymiana korespondencji między księżniczką Celestią, a Twinkle Sprinkle Twilight Sparkle, jak mniemam osadzony w czasach, w których ta wciąż była w swojej oryginalnej formie. To znaczy, bez skrzydeł Jakby to nie wystarczyło, w fanfiku przewinie się klasyczna biblioteka, w której zamieszkała bohaterka, w ogóle, od razu czuć starszy klimat, przypominający o początkach fandomu, co starego wyjadacza od razu chwyta za serce. Miło Opowiadanie nie bawi się w przydługawe introdukcje i od razu rzuca nas na głębokie wody. Może nie „na bombę”, ale jednak. To, co tylko z pozoru wydaje się kolejnym, zwyczajnym listem Celestii, jakich zapewne zdążyła wysłać do swojej uczennicy wiele, szybko przedstawia nam zagadkę, która – a jakże – pod koniec zostanie rozwikłana, co jednak da więcej pytań, niż odpowiedzi, co jednocześnie staje się pretekstem do całkiem zgrabnie wykonanego title placementu. Nienachalny, zaserwowany już po tym, jak jedna sprawa się wyjaśniła, z małym twistem na końcu. Fajne. Jeśli chodzi o humor, to tutaj nie powinno być zaskoczenia – stare, klasyczne dowcipkowanie fantazjach erotycznych kolorowych postaci z bajki dla dzieci, odnośnie czego... miałem trochę mieszane odczucia, bo z jednej strony jak jest dobrze wykonane, to dlaczego nie, z drugiej tak czy inaczej jest to coś, co wszyscy widzieli, ale na szczęście opowiadanie stara się to nam przedstawić w dostatecznie ciekawy sposób, coby uniknąć wrażenia odgrzewanego kotleta. Odbywa się to na dwa sposoby – poprzez pozostawienie większości rzeczy wyobraźni czytelnika przy jednoczesnym zachowywaniu dynamiki między obiema protagonistkami, co jak na formę epistolarną potrafi być imponujące. Jest zabawnie o tyle, że w pewnym momencie jedna podejrzewa drugą o to, że ta ją wkręca, po czym okazuje się, że Celestia mówi zupełnie poważnie, jednocześnie wyrażając zaniepokojenie, czy treści, które w jakiś sposób dostały się do zaadresowanego do niej zwoju nie wpadną w oko Spike'owi, który na tego typu rzeczy jest o wiele za młody. Wyjaśnienie skąd się wzięły te dziwne szkice i opisy, no i jak trafiły przed oblicze Pani Dnia, jest dosyć proste, ale wiarygodne. Mogło tak być. Mimo formy epistolarnej, miałem rażenie pędzącej naprzód akcji. Opowiadanie cały czas stara się uraczyć czytelnika jakimś dodatkowym nieporozumieniem, czymś zabawnym, działającym na wyobraźnię, nie zapominając o tym, że jest winne w miarę wyczerpujące wyjaśnienie. Nie mam zarzutów co do kreacji postaci, wyszło naprawdę sympatycznie i autentycznie, jeśli oceniać to pod kątem relacji nauczycielka-uczennica. Widać, że one się znają, ufają sobie nawzajem i dzielą się wszystkim Tekst w dużej mierze pisany jest niuansami, jak np. troska Celestii o dziecięcą niewinność Spike'a (chociaż ten notorycznie gapi się na uda jednej z głównej szóstki, ta klacz wie, o kogo chodzi xD), o której już wspominałem, ale z opowiadania dowiemy się, że Twilight, jeżeli już zechce komukolwiek zwierzyć się ze swoich intymnych przygód, to w pierwszej kolejności będą to jej rodzice, w tle przewija się też Luna, która nie wiedzieć czemu szaleje jak nakręcona, raz po raz mamy przebłyski odnośnie tego, co tam jest (w tym dodatku nadzwyczajnym do listu) naszkicowane i tak dalej, i tak dalej. Opowiadanie nie nudzi, w dobrym stylu utrzymuje treść w świeżości, no i zakończenie spełnia swoje zadanie na piątkę. Zakończenia „urywane” trudno wykonać tak, by uniknąć wrażenia niedosytu, ale tutaj się to udało. Pod kątem formy znalazłem kilka rzeczy, które bym poprawił, głównie chodzi o interpunkcję, ze szczególnym wskazaniem na przecinki. Niekiedy leżą sobie tam, gdzie nie powinno ich być. Skąd ten przecinek przed „i”? Powtórzenie. Przemyślenia-myśli-domyślić się, zdanie przeczytane na głos nie brzmi zbyt dobrze. Niby nie jest totalnie źle, ale słychać, że coś tam nie gra. Znów przecinek przed „i”, jest to jednocześnie korespondencja, w której zabrakło jednego akapitu. Kolejny przecinek przed jedynym „i” w zdaniu. Ale poza tym, przekład okazał się naprawdę dobry. Wartko się czytało, no i w trakcie tłumaczenia tekst nic a nic nie stracił w materii nastroju, tak jak wspominałem, powiało początkami fandomu. Zresztą, to opowiadanie ma swoje lata, więc chyba byłoby dziwnie, gdyby jednak niczym takim nie wiało, czyż nie? Jednakże mam na myśli również to, że test zestarzał się bardzo dobrze i również dzisiaj jest dla niego miejsce pośród oryginalnej fanfikcji i przekładów dzieł zagranicznych. Jest to krótka, ale treściwa, sprawnie zrealizowana komedia, której warto poświęcić kilka chwil, cieszy, że prócz walorów merytorycznych oferuje nostalgiczną podróż w czasie i w sumie zapada w pamięci. Nie jest to nic wielkiego, ale potrafi rozśmieszyć, no i otwarte zakończenie nie pozwala wyobraźni spać spokojnie. Miła rzecz, warto przeczytać.
  15. @Verlax Bardzo dziękuję za nowe komentarze, cieszę się, że "Następny dzień po świętach" nie musiał czekać zbyt długo, nim został przez Ciebie przeczytany i rozpracowany po tym, jak zapoznałeś się ze "Spełnieniem życzeń" Jak zauważyłeś, były to zwykłe obyczajówki i chociaż od tego momentu im dalej w fabułę, tym bardziej będę się starać żonglować różnymi tagami, eksperymentować, poszerzać świat w fanfiku, dodawać nowe wątki, postacie, [Slice of Life] nadal będzie się trzymać dobrze, więc nawet kiedy dojdzie do eskalacji, seria zachowa swoje obyczajowe oblicze, z czym zresztą odnajduję się najlepiej. Chyba, tak mnie się zdaje, na dzień dzisiejszy Ale prawdziwym zaskoczeniem okazał się dla mnie Twój głos na [Epic] Za który również z całego serca dziękuję, mam nadzieję, że w miarę odkrywania ciągu dalszego nie będziesz tego żałować... A nawet jeżeli zwątpisz, to już teraz namawiam, byś zaczekał do tych kluczowych zwrotów akcji, które oczywiście będą, ba, już teraz wymieniłeś twisty, które okazały się dla Ciebie zaskakujące, ze swojej strony mogę zapowiedzieć, że będzie tego więcej Wbrew pozorom, pozostało jeszcze kilka niedokończonych wątków z sagi rodziny Crusto, do których już niebawem odniosą się poszczególne opowiadania. A skoro ma być także eskalacja, to i akcję będę przedstawiać z różnych perspektyw. Mam nadzieję, że seria to uciągnie. Myślę też, że z czasem zrozumiesz dlaczego jestem taki ciekawy Twojej perspektywy na te opowiadania. W każdym razie, na pewno będzie o czym dyskutować. Kilka rzeczy, do których chciałbym się odnieść. Wiem, wiem, to niejedyny tekst, w którym pozostały nierozważone sugestie. Przyznaję, że to zaniedbałem, ale teraz, jak już uporałem się z nadprodukcją, tego typu kwestie powinny niebawem zostać rozwiązanie. Mam nadzieję Tą wypowiedzią podsunąłeś mi pewną myśl, choć teraz trochę za późno, by ją wdrażać (na pewno w przypadku już opublikowanych bądź gotowych, oczekujących na publikację opowiadań, byłoby to bardziej naprawianie tego, co nie jest popsute), lecz co by było, gdyby opowiadania wieloczęściowe nie były opisywane jako kolejne części (pierwsza, druga, trzecia), tylko miały podtytuły? Wówczas poszczególne odcinki takiej "Wiosny Cevalonii" czy "Za nieustającą walkę" zamiast generycznych "numerków" miałyby coś innego. Merytorycznie nie miałoby to głębszego znaczenia, ale taka perspektywa wydaje mnie się kusząca - coś ciekawszego zamiast "typowego" rozwiązania. Muszę o tym pomyśleć na przyszłość Jeszcze raz wielkie dzięki za komentarze, słowa uznania względem formy oraz fabuły, a także podzielenie się swoimi odczuciami oraz prognozami. Mam nadzieję - o czym już wiele razy wspominałem - że przyszłe opowiadania nie zawiodą. Hm... zdradzę mały sekret. Pozdrawiam serdecznie i do napisania następnym razem, tutaj albo w wątku z "Kołem Historii" @KLGDiamond Tobie również bardzo dziękuję za poświęcony na lekturę czas oraz komentarze Mam nadzieję, że seria zdoła zatrzymać Cię przy sobie jak najdłużej Miło, że narracja w "O szyby deszcz dzwoni" Tobie odpowiada, to chyba jedyne opowiadanie z cyklu, które prowadzone jest w ten sposób, tj. retrospekcjami. Może powinienem w przyszłości przemyśleć jakiś mały powrót do tej formuły. Zobaczymy, wszystko przed nami. Rzeczywiście, otwierając serię, starałem się kreować miejsce akcji i panujące w nim realia jako lokację, do której czytelnik raczej nie chciałby trafić. Na pewno taką, w której dobro/ empatia wypada na tle zła/ obojętności bardzo słabo. Ale czy na pewno? Wszakże zwróciłeś uwagę na postawy, które jednak stają w opozycji do tego niekomfortowego świata. Analogicznie, sytuacja Fenrira była opisywana jako taka, w której czytelnik raczej nie chciałby się znaleźć. Heh, trochę nie mogę uwierzyć, ile lat ma już ten tekst Co do Twojego drugiego komentarza, oczywiście dziękuję za rekomendację i tak dalej, ale... które właściwie opowiadanie miałeś na myśli? Z opisu fabuły wynika, że dwuczęściowe "Poznając nowy świat", które faktycznie jest o Gleipnirze i jego wesołej wojaży do Equestrii. "Na głębokich wodach", o ile rzeczywiście nie jest to żaden "Water World", o tyle w tym opowiadaniu jak najbardziej Fenrir występuje i jest to zarazem Spicy's first appearance A może to jakiś zmyślny foreshadowing z Twojej strony? Ano, takie było założenie. Zresztą, postawiłem na pewien realizm. No bo nie oszukujmy się - jakie szanse na teście diagnostycznym miał mieć ktoś, kto nigdy wcześniej nie miał do czynienia z żadną nauką magii, ani jej nie trenował sam, w ogóle, poza paroma podstawowymi czynnościami, które przychodzą jednorożcom naturalnie, nie miał u kogo podpatrzyć bardziej złożonych zaklęć? To musiało się tak skończyć. Plus "fala" w szkole, tym bardziej, że Gleipnir przybył z daleka. To też wydało mnie się całkiem realistyczne. Abstrahując od tego, że mimo paru fragmentów, bynajmniej nie miałem zamiaru kreować Equestrii w "Kresach" na idealny kraj, gdzie wszyscy są dla siebie mili, nikt nie ma żadnych problemów i nic złego się tam nie dzieje. Co to to nie Tak czy inaczej, wielkie dzięki, umieram z ciekawości jak ocenisz kolejne odcinki i na co zwrócisz uwagę Pozdrawiam!
  16. Z niniejszym tłumaczeniem zapoznałem się kilka godzin po publikacji polskiej wersji czwartego rozdziału - „Szalonej klaczy, która odkrywa”. Od razu przeczytałem cały dostępny content, przy okazji zaznaczając nie aż tak liczne usterki w formie, jakie udało mi się wypatrzyć. Dosyć długo myślałem jak zacząć, bo fanfik bardzo, ale to bardzo mi się spodobał i gdy zdałem sobie sprawę, że na kolejne rozdziały po polsku będę musiał poczekać, zrobiło się trochę szkoda... ale od razu sobie skojarzyłem, że przecież jest kompletny oryginał po angielsku, więc nie ma czym się przejmować. Gdyby nie to, że w ojczystym języku zachowany został ten niepowtarzalny, charakterystyczny klimat... No właśnie. Chyba nie ma co się silić na jakiś schemat, a po prostu opowiedzieć po kolei o tym, co w tymże opowiadaniu imponuje, inspiruje, podoba się i jawi jako coś wyjątkowego. Już od pierwszych przeczytanych zdań, wspaniały, steampunkowy klimat wylewa się z elektronicznego papieru, dopingując czytelnika by ten poświęcił maksimum uwagi treści, co w praktyce oznacza, że od opowiadania nie idzie się oderwać – tak bardzo ono wciąga. Rzekłbym, że im dalej, tym klimat steampunka nie tylko zyskuje, ale i nabiera ujmującego, baśniowego oblicza. Myślę, że to za sprawą tytułowej klaczy żyjącej na księżycu. W każdym razie, klimat jest jedną z wielu rzeczy w tejże historii, czyniących z niej przeurocze, ponadczasowe doświadczenie, które zapada w pamięci i inspiruje. Niewielu fanfikom się to udaje, zwłaszcza w takim stylu, zważywszy na lata, w których ukazywał się oryginał, mogę śmiało powiedzieć, że tekst przetrwał próbę czasu. Od samego początku możemy niemalże poczuć gorąco buchającej pary, jak również usłyszeć jej świst, nie wspominając o teksturze mosiądzu, zgrzytach składających się na teleskop Twilight mechanizmów tudzież plamach po sadzy czy smarze. Opisy zawarte w opowiadaniu wcale nie są tak obszerne czy kwieciste – są zwięzłe, konkretne i idealnie skomponowane. Prostota ta jednie wzmacnia efekt końcowy, nie zaburzając przy tym tempa akcji, które również jest wprost idealnie dobrane. Narracja, dialogi, wtrącenia, wszystko zabiera dokładnie tyle czasu, ile trzeba. Chociaż rozdziały są dosyć krótkie i szybko się przez nie przechodzi, czytelnika trzyma się wrażenie, że wydarzyło się wiele, zaś otoczenie zostało opisane wyczerpująco. Szczególną uwagę – również dlatego, iż jest to główne miejsce akcji – zwraca obserwatorium Twilight Sparkle. Lokacja ta została opisana na tyle obszernie, że bez problemu możemy sobie wyobrazić jej ogólny layout, zaś gdy czytamy o głównej bohaterce, przemierzającej labirynt półek z książkami, możemy poczuć dystans, a także złożoność, nawet pewne nieuporządkowanie tej struktury, podobnie jest, gdy klacz wraz z Applejack korzysta z windy – zupełnie jakbyśmy stali tam z nimi i również widzieli przez kratę zwiększającą się wysokość. Nawet próba smakowa jabłuszek, została napisana tak, że aż czuć w ustach różnicę. Tekst zdecydowanie działa na wyobraźnię i walor ten nie zanikł w trakcie przekładu. Kreacje postaci również zachwycają. Jest to alternatywne uniwersum i znajome pyszczki są przedstawione nieco inaczej, lecz autor nie zapomniał o cechach, które zdefiniowały te bohaterki, dzięki czemu stały się znane i lubiane (albo znane, acz niekoniecznie lubiane... nie wszystkie). Generalnie, z grubsza pozostają one sobą, znaczącym zmianom uległa ich historia. Jako pierwszą poznajemy Applejack i chociaż po jej przedstawieniu i zachowaniu wydaje się, że to ta sama pracowita i szczera farmerka (a przy okazji złote kopytko), co w serialu, jednakże autor wykorzystał moment, by wprowadzić nas w steampunkowe realia swojego świata. Tak oto dowiadujemy się, że rodzina Apple jest ostatnią, która hoduje swoje owoce w tradycyjny sposób, co wprawdzie przekłada się na wyjątkową jakość, lecz nie oznacza, iż mogą sobie pozwolić na stratę klientów. Wręcz przeciwnie. Poza oknem na świat poza obserwatorium, dochodzi do bardzo ciekawej wymiany zdań między Twilight a Applejack, w trakcie której uwypuklają się różnice, ale także to, co je łączy. Lecz w czwartym rozdziale przedstawiona nam zostaje Pinkie Pie i jest to nie tylko kolejna kreacja, która należy pochwalić i postawić za wzór, lecz – tak jak to ujął Sun – możliwe, że najlepsza tego typu kreacja w fanfikcji. A już na pewno jedna z najlepszych, bez dwóch zdań. Po prostu nie czuję się jeszcze wystarczająco oczytany, by to stwierdzić. W każdym razie, podobnie jak w przypadku Applejack, Pinkie zachowuje się podobnie do swojej oryginalnej, serialowej wersji, jednocześnie posiadając swoje własne detale, które odróżniają ją na tyle, by uczynić tę kreację czymś innym, wyjątkowym. Do tego dochodzi jej historia oraz niesamowity talent do wynajdywania. Ujęło mnie to, z jaką łatwością, z jaką płynnością i kunsztem autor przeszedł od z pozoru zwykłego, kolejnego przedstawienia kolejnej postaci, zwodząc czytelnika, iż będzie to beztroska, radosna, zwykła opowieść nawiązująca do serialowego stylu. Ale potem Pinkie zaczyna mówić, w opisach przewijają się nieprzyjemne detale, a my pomału zaczynamy rozumieć, co ją spotkało i że w rzeczywistości... To niezwykle umiejętnie wykonane wprowadzenie przesądziło o tym, bym przychylił się do opinii Suna i z miejsca nabrał współczucia do Pinkie Pie. Tym bardziej się ucieszyłem, gdy Twilight zaczęła z nią rozmawiać, czego efektem było zabranie różowej klaczy ze sobą, do obserwatorium. Naprawdę ładny, przejmujący fragment, który naprawdę mi zaimponował. I to wszystko w ramach jednego tylko rozdziału! Ogółem, mógłbym pisać o tym jeszcze długo, ale nie chcę spoilerować. Zresztą i tak mam wrażenie, że powiedziałem za dużo. Co najlepsze, to dopiero czwarty rozdział, a już otrzymaliśmy tak wspaniałe rzeczy do przeczytania! Aż ciarki mnie przechodzą gdy sobie pomyślę, co będzie dalej. Chociażby ze względu na ten jeden rozdział – imponujące kreacje postaci, rewelacyjnie zrealizowana interakcja między nimi, wywołujące emocje szczegóły, szczególiki, połączone z trudną historią Pinkie i godną pochwały postawę Twilight, od której nie tylko chce się śledzić jej dalsze losy, ale i kibicować Pinkie, zobaczyć szczęśliwe zakończenie, nie tylko dla niej, ale i pozostałych bohaterek. W ogóle, imponujące jest to, jak w pewnym sensie jest to retelling początku serialu. To znaczy, Twilight jest samotna, pochłonięte swoją pracą, w czym pomaga jej smoczy asystent, aż tu nagle zostaje zmuszona poszukać wsparcia, w związku z czym poznaje nowe kucyki, które z czasem stają się jej najlepszymi przyjaciółkami i na których Twilight zależy, co doprowadza do przemiany głównej bohaterki. W „Klaczy, która żyła na księżycu”, odbywa się to naturalnie, z pomysłem oraz klimatem, o którym już pisałem. Z klimatem dużo lepszym od tego, który oferuje początek serialu, taki, którego nie spotyka się w każdej kolejnej fanfikcji. Jedno jest pewne – postacie wypadają jak żywe, w ujmujący sposób łącza w sobie swoje serialowe cechy z oryginalnymi pomysłami autora, za każda z nich stoi jakaś historia, co nie tylko służy rozbudowie ich kreacji, relacji między nimi, niekiedy (jak np. w przypadku Applejack) przekłada się to na światotworzenie. Nie wspominając o wplecionych tu i ówdzie wątkach natury filozoficznej. Drobne, poukrywane między wierszami rzeczy, które z kolei dodają głębi postaci Twilight. Poza nieco zbyt poetyckimi porównaniami jak np. przyrównanie każdej kolejnej postaci do oddzielnej teczki, która ląduje w określonym archiwum... Ale mnie się to akurat podobało. Nie jest to przesadnie opisane, wyszło zgrabnie, pasuje, jak najbardziej. Wszystko to razem powoduje, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym i takie też czytelnika trzyma się wrażenie podczas lektury – że uczestniczymy w czymś wielkim, co winniśmy chłonąć, z czego powinniśmy czerpać garściami, póki jest i póki trwa. Wątpię, czy wytrzymam – pewnie polecę po oryginał i przeczytam do końca A póki co, bezwzględnie polecam i zapraszam do lektury. Doskonałe opowiadanie, bez najmniejszego zarzutu. Wszystko w nim jest po coś, każdy jeden szczegół zrealizowany kompetentnie i z pomysłem, kreacje bohaterek zachwycają, a fabuła intryguje, wciąga i nie pozwala się oderwać. Aż trudno wyrazić słowami pełne spektrum wrażeń – to po prostu trzeba przeczytać. I tłumaczyć dalej
  17. Pierwsze poważne tłumaczenie, fanfika, który z powagą ma raczej niewiele wspólnego. Ciekawe. Jest to niedługa, lekka i przyjemna w odbiorze komedyjka, a do tego dumnie opatrzona tagiem [HiE], co wprawdzie budzi pewne obawy, ale i nadzieje. Po lekturze nie mam wątpliwości, że jak na pierwszą próbę przełożenia tekstu na nasz ojczysty język, RedMad nie mógł dokonać lepszego wyboru. To znaczy, mógł, bo zawsze znajdzie się tekst, który okaże się lepszy, ale mnie chodzi o coś innego. Nie porwał się na tłumaczenie ogromnego, epickiego wielorozdziałowca, przepełnionego nawiązaniami kulturowymi i historycznymi, tu i ówdzie słowotwórczego, nie stroniącego od anegdot czy żartów, których niemożliwe byłoby przełożenie na polski język. Jasne, cele należy sobie stawiać ambitne i rozwijać się, ale trzeba też znać swoje aktualne limity. Postawienie na tak duże dzieło zapewne szybko przerosłoby tłumacza. Ale „Siodła”? Nic z tych rzeczy. RedMad wziął tego byka za rogi i poradził sobie bardzo dobrze, wymienione w pierwszym poście osoby z pewnością przyłożyły rękę do tego, by przekład finalnie znalazł się w jak najwyższej formie. Pomysł był prosty i tak też został zrealizowany – rezygnując z obszernych tłumaczeń co, jak, dlaczego, kiedy i z kim, fanfik od razu przenosi nas do zwykłej codzienności, przedstawiając nam głównego bohatera ludzkiego – Ivana – który trudni się – cóż za niespodzianka – produkcją wysokiej klasy siodeł, których jakością zachwycona jest odwiedzająca go klientka, bohaterka kucykowa – Rarity – choć ma do niego kilka pytań, odnośnie pochodzenia materiałów, z których jest wykonywany towar. Choć znajomość języka equestriańskiego nie jest mocną stroną Ivana, rzemieślnik wie doskonale czym jest obsługa klientów pierwszej klasy, toteż wyczerpująco odpowiada na wszystkie wątpliwości alabastrowej klaczy. Wywiązuje się z tego dyskusja o moralności, biznesie, jedzonku, a także o tym... a po co kucykom są te siodła, skoro nikt na nich nie jeździ. Rozwiązanie tej zagadki może nie jest największym zwrotem akcji w historii, lecz potrafi zaskoczyć czytelnika akurat gdy ten opuści gardę, no i jest ten komediowy punch-line, który godnie wieńczy opowiadanie. Przekład został wykonany na tyle dobrze, że gdybym nie wiedział, iż istnieje oryginał w języku angielskim, pomyślałbym, że jest to dzieło polskiego autora. Zainteresowanego światem, warto dodać, zważywszy na wspomnienie w tekście o Yelpie, rzeczy chyba nie aż tak znanej u nas. Narodowość protagonisty również nie mogła być przypadkowa – jest to nie tylko przyjemne tło dla wszelakich barier językowych i trudności komunikacyjnych, które wypadają tu całkiem naturalnie (acz jak na kogoś, kto powinien ledwo rozumieć equestriański, muszę przyznać, że Ivan ogarnia całkiem sporo), służy też za urozmaicenie wątku komediowego, gdyż ilekroć się wypowiadał, słyszałem (uszami wyobraźni) jego teksty z odpowiednim akcentem. Ciekawe, wesołe doświadczenie. Rarity oddana dosyć wiernie, tutaj nie mam zastrzeżeń. Nic nadzwyczajnego, po prostu solidna realizacja tejże postaci, z całym jej kreskówkowym manieryzmem, to znaczy, na ile pozwalały na to gabaryty opowiadania. Wymiana zdań Rarity i Ivana przebiegała sprawnie, wiarygodnie, no i trzeba przyznać, że jedno i drugie ma konkretne argumenty przemawiające za swoim stanowiskiem, co dodaje do całości kolejnego wymiaru – różnice kulturowe, różne spojrzenie na moralność wypływające z dwóch różnych światów. Dosłownie. Dzięki temu, że zrezygnowano z tłumaczeń a skąd się wzięli ludzie w Equestrii, ukazaniu jak obie rasy się dogadały, jak zapatrują się na to kucyki, w ogóle, co się stało, jest klimat. Jest klimat, bo po prostu rozpoczęto historię w momencie, w którym dla obu storn wszystko jest jasne jak słońce. Dla nas niekoniecznie, ale to nie szkodzi. Nie było to potrzebne. Nic nie rozprasza czytelnika, nic nie powoduje, że zamiast skupiać się na treści, drapie się po głowie z uniesioną brwią, opowiadanie wie, czym ma być i to realizuje. Jak na [HiE], bardzo mi to odpowiada. Wyszło sympatycznie i lekko w odbiorze. Tekst sprawnie się czyta, niczego w nim nie brakuje, niczego nie jest za dużo. Co do wyjaśnienia, po co kucom siodła, zważywszy na informacje o możliwych rozmiarach poszczególnych fasonów... Pomijając powtórzenie, to było to troszkę creepy, ale może w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego, tylko autor oryginału chciał, byśmy tak pomyśleli. A może nie. Cóż, nieważne. Inny świat, inna kultura, inne normy i inne sposoby na realizowanie się. Nie będę oceniał. Zwłaszcza, że to tylko fikcja. Sporo pozostawiono wyobraźni czytelnika i to jest świetne. Ostatecznie, był to zaskakująco przyjemny i lekki kawałek tekstu, w sam raz na wolną chwilę i na poprawę humoru. Zrealizowany sprawnie, przetłumaczony solidnie, zgrzytów przytrafiło się niewiele (większość zaznaczyłem), nie zabrakło odpowiedniego nastroju, wchodząc w to głębiej można doszukać się rzeczy dotyczących różnic kulturowych i wynikających z tego barier, acz przedstawionych z przymrużeniem oka. Warto rzucić okiem, nie sądzę, że tekst przypadnie do gustu absolutnie każdemu, ale na pewno swoje grono odbiorców znajdzie i niejednemu zapewni porcję rozrywki.
  18. Zgodziłbym się, że zwycięstwo „Wielkiego Białego Konika” było w pełni zasłużone... gdybym uprzednio przeczytał wszystkich jego konkurentów. Niemniej, jestem gotów uwierzyć na słowo. Również ze względu na to, jak interesujące i wyjątkowe okazało się niniejsze opowiadanie, czego w sumie się nie spodziewałem. Przede wszystkim, była to oryginalna, nietuzinkowa wizja, nawet jeśli inspirowana pewnym obrazkiem. Bo zainspirować się to jedno, ale odpowiednio wcielić w życie swój pomysł, to już zupełnie inna bajka. Autor pokazał jednak, jak to się robi. Muszę przyznać, że ze względu na całkiem... refleksyjny, sentymentalny, a często wręcz dziecięcy klimat, gdybym nie wiedział, kto jest autorem, podejrzewałbym, iż jest to dzieło Madeleine albo Niki. W sumie, gdzieniegdzie mógłbym się doszukać zabiegów stylistycznych, z którymi kojarzę wyżej wymienione autorki. Mianowicie, powtórzenia i zdrobnienia. Generalnie robiły robotę, acz jedno z nich (Ale tylko jedno!) z czasem zaczęło mnie męczyć. To, że „była bardzo grzecznym konikiem”/ „była bardzo grzeczna”. Lekka przesada, ale w żadnym wypadku nie rujnująca wrażeń z lektury. Bardzo, ale to bardzo spodobały mnie się kreacje obu koników, a także wyjaśnienie, choć niepełne (I bardzo dobrze!), skąd one wynikają, dlaczego tytułowy konik zachowuje się tak, jak się zachowuje i o co tutaj chodzi. Nie ukrywam, bardzo długo było to dla mnie nie lada zagadką i podpowiedzi co do jej rozwiązania bardzo mnie usatysfakcjonowały, jednocześnie nie burząc tajemniczej otoczki, a nawet pewnego niepokoju. To wszystko było takie dziwaczne (ang. bizzare), że momentami naprawdę nie wiedziałem, co o tym myśleć. Raz po raz chyba spodziewałem się czegoś... może nie strasznego, ale tragicznego. Cieszę się, że zakończenie w sumie pozostało otwarte, no i był w nim promyk nadziei. W ogóle, świetnie zrealizowany pomysł. Sprawnie, bez dłużyzn, z klimatem, a także zabiegami stylistycznymi, które po prostu robią robotę i wspólnie składają się na wyjątkowy, niepowtarzalny efekt. Jest to jednocześnie fanfik, który głęboko zapada w pamięć, na wspomnienie którego przewijają się nostalgiczne, szaro-bure scenerie z charakterystycznym, białym konikiem gdzieś pośrodku... <zagląda na FGE> No i w sumie zgodzę się z... Ryk, czy to Ty? Zgodzę się, że to w sumie może być narracja pierwszoosobowa. Być może to Celestia sama tak o sobie myśli, sama się komentuje, w trzeciej osobie. Co tylko potęguje tajemniczy, lekko niepokojący, ale i smutny nastrój. Nadal trudno mi wyjść z podziwu. „Wielki Biały Konik” okazał się wielkim, niezapomnianym zaskoczeniem i prawdziwie wyjątkowym fanifkiem, po którym wciąż ciężko mi zebrać myśli. Poza tym, że miał on sentymentalny, przejmujący wydźwięk. Piękna domieszka dziecięcej naiwności, niepowagi, zestawiona z czymś tajemniczym, dziwnym, niezrozumiałym, ale... funkcjonującym? Plus, ciekaw jestem, może nie tyle, co było dalej, ale... ile jeszcze to potrwa. Gratuluję doskonałego opowiadania oraz zwycięstwa w konkursie. Wszystkim czytelnikom gorąco polecam ów tekst. A poza tym uważam, że temu fanfikowi należy się lektorat. Prawdziwe słuchowisko, z efektami dźwiękowymi, tłem, wszystkim. A nawet animacja. Taka szara, z grubymi, niedokładnymi czarnymi konturami, z bielutką Celestią i granatową Luną. I z tym słuchowiskiem w tle. Po prostu cudo. Czytajcie i komentujcie, bo tak robią bardzo grzeczni czytelnicy!
  19. Szanowni Państwo, moi drodzy, nim przejdziemy dalej, pragnę wygłosić małe oświadczenie! Do autora tejże zacnej produkcji, @Kredke, a także do wszystkich zainteresowanych pisarzy, czytelników oraz komentatorów! Ponieważ sytuacja jest kryzysowa, a czas nagli, pragnę z góry bardzo, ale to bardzo przeprosić za to, co zaraz zakomunikuje, zaznaczając, iż jest to w całości wina tego, że pod względem taktyki, strategii, centralnego planowania i tym podobnych, jestem totalnym analfabetą, przez co przeznaczyłem zbyt dużo czasu na zbędną robotę, ograniczając sobie pole manewru. W związku z powyższym oznajmiam, że powróciwszy do "Królewskich Antyprzygód", ze względu na zbyt długą zwłokę i zaniechanie ciągłości komentowania, postanowiłem zaserwować od razu "Królewskie Antyprzygody" vol. II oraz "Królewskie Antyprzygody" vol. III Niestety, sytuacja sprawiła, że zostałem zmuszony zrezygnować z indywidualnych wstępów, a także zapowiedzianych Top3. Ukażą się one w... DLC, które wydam później Lecimy! „Kryzys” Jedenasty odcinek to głównie dialog między królewskimi siostrami, zwieńczony skromnym opisem, zawierającym w sobie wyjaśnienie tytułu historyjki i od razu powiem, że w tym przypadku kompozycja ta zdała egzamin na piątkę (skala studencka). Jeden z lepszych przykładów potęgi, która drzemie w formie drabble'a – prosty, ale przez to błyskotliwy pomysł, który, dzięki oszczędności słów, zostaje zrealizowany tak, by zmaksymalizować przekaz i utkwić w pamięci czytelnika. Myślę, że tak jest właśnie i tym razem. Coś więcej niż sympatyczna komedia i przedstawienie księżniczek w nie aż tak typowej sytuacji. Od czego by tu zacząć? Przede wszystkim fantastyczna rola dla Luny oraz kreacja, która nie tylko bawi i nastraja pozytywnie, ale jednocześnie wypada bardzo serialowo, zaś geneza opisywanej interakcji sięga początków serialu i w tym sensie jest to kolejne rozwinięcie oryginalnej fabuły. Stąd znajome wrażenie, jak gdyby była to usunięta scena, jakiś short, bonus dołączony do kolekcjonerskiego wydania DVD. Bardzo mi się to podobało ostatnim razem i bardzo się podoba teraz. Na kreację Luny składa się królewskie słownictwo, jakim się posługuje, co wypada zarówno wiarygodnie, jak i przekomicznie, w zestawieniu ze zmęczoną niekończącymi się pytaniami Celestią. W ogóle, w zaledwie kilka zdań autorowi udało się sprzedać nam tę ciekawską Lunę, która, dowiedziawszy się o ananasie w pizzy, natychmiast ogłasza dekret, który de facto oznacza zagładę tegoż owocu. No i może warzyw. Zależy. Ciasto to się zawsze zrobi, poszerzy się pola, nastawia wiatraków, nowych kurzych ferm, extra sery jakoś się znajdzie, to będzie ok, ale czy na planecie zostanie dość miejsca, by uprawiać ananasy, pomidory, w ogóle inne warzywka, grzybki? Przecież Luna ogłosiła, że ma to być pizza z ananasem, a skoro tak, możliwości personalizacji pizzy pozostają bardzo szerokie. Tak, to zdecydowanie wielki, ananasowy kryzys i zagłada tych owoców. Aż się boję co będzie, gdy Luna odkryje ptasie mleczko, kebab, Crêpes Marcie, desery lodowe, a w końcu pewnie i gry wideo, mangę i anime. Chyba nadchodzą wielkie zmiany społeczne i kulturowe Tekst jest napisany bardzo dobrze, nie znajduję w formie niczego, do czego mógłbym się przyczepić. Znakomita robota, czytało mi się to przesympatycznie i lekko. Nie zabrakło serialowego klimatu oraz przyjemnych w odbiorze kreacji księżniczek, zaś pomysł, choć prosty, zrealizowany został po prostu świetnie. Nawet, jeżeli w tym rozdaniu drabble ten jakimś cudem nie zajmie podium, na pewno pozostanie mi w pamięci jako odcinek wyróżniony. „Wywiad” Tekst na prawie 3,5 zwykłego drabble'a (no bo 333 słowa), opis dość intrygujący, no to czytamy. No cóż, niestety forma, choć nadal bardzo solidna i ciesząca oko czytelnika, nie ustrzegła się przed kilkoma problemami. Dlaczego nie napisać po prostu: „uwolnili Celestię, Lunę oraz Cadance, z którymi odnieśli zwycięstwo”? Mniej spójników (oszczędność słów, choć zważywszy na to, że tekst nie miał mieć formy drabble'a jest chyba pozbawione sensu, ale co tam), no i nie trzeba kombinować ze zbyt wieloma przecinkami. Hm, od kiedy Celestia i Sombra są... >spogląda na tagi< Aha, rozumiem. Dobra, nieważne. W sumie, czy tylko mi się wydaje, że Storm King nagle ginie gdzieś między wierszami i z piątki robi się czwórka zjednoczonych złoczyńców, z czego później dwoje z nich się wyłamuje? Podwójna spacja. Co przed „oraz” robi przecinek? Przed „by” czegoś brakuje no i powtórzenie („zakończone”). Niby nic, ale rzuca się w oczy. A samo opowiadanie? Ciekawe alternatywne uniwersum, kompatybilne prawie ze wszystkimi sezonami, co daje szersze pole manewru. Ekspozycja, którą raczy nas autor, wypada barwnie i serialowo, w sensie, a co by było, gdyby X i Y się zreformowali i zmienili stronę. Przyznam, że czytało mi się to przyjemnie, a miarę pokonywania kolejnych fragmentów, zbliżamy się do zakończenia, które jest czym więcej jak przeniesieniem jednego z kultowych, słynnych wywiadów na realia kucykowe, postacie, które zostały obsadzone w poszczególnych rolach, chyba nie mogły być lepiej dobrane. I to właśnie dlatego, choć tekst ten słyszałem z milion razy, ta komediowa puenta nie zepsuła mi wrażeń (to znaczy, nie sprawiła, że tekst wybrzmiał wtórnie) i nawet mi podpasowała. Ostatecznie, wyszedł z tego całkiem sympatyczny, zabawny i luźny kawałek tekstu, no i jak na dopiero dwunasty odcinek, zostaliśmy uraczeni niejedną nową twarzą, co po prostu cieszy. Fajnie przeczytać cokolwiek o Cozy Glow, czy Chrysalis, jest to odświeżenie utartego księżniczkowego kanonu, któremu została poświęcona niniejsza seria, co na razie jeszcze nie było aż tak potrzebne, ale z drugiej strony, dzięki temu jest to coś zaskakującego. Zacieram zatem ręce i czytam dalej. „Gazeta” Powrót do klasycznej obsady, a do tego kolejna komedyjka, tym razem rozpisana na więcej niż dwa droubble. Czy też na dwa droubble i jednego dribble'a z hakiem. Nie to, by nietrzymanie się założonej formy jakoś szczególnie m przeszkadzało, lecz skoro autor zdecydował się traktować ją z dosyć dużym dystansem (na co wskazują dysproporcje między dłuższymi odcinakami, a regularnymi drabble'ami czy droubble'ami, tudzież stosunek w ilości poszczególnych tekstów), wówczas nurtuje mnie pytanie, po co zatem w ogóle było cokolwiek rozpisywać na 100 słów, zamiast od razu zadeklarować krótkich, acz nieregularnych form? Przychodzi mi do głowy kilka odcinków, między innymi „Pieśń o upadku” czy „Miłość rośnie wokół nas”, które mogłyby dużo skorzystać, gdyby tylko nie były ograniczone limitem słów... No, ale chyba nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Ale czy znalazły się błędy, nad którymi można by, może nie zapłakać, ale po prostu się pochylić? Widzę o jeden przecinek za dużo, plus twarda spacja po zdaniu. Gdyby ten przecinek przed „i” stamtąd zabrać i dać przed „podnosząc”, byłoby git. Niepotrzebny ogonek, powinno być: „broniła”. Brakuje przecinka, no i ta wykrzykniko-kropka na końcu nie wygląda dobrze. Brakujący przecinek. Brakujący przecinek 2. Brakujący przecinek 3. Na tym etapie odpuściłem sobie co niektóre tego typu wpadki, ale generalnie miałem zamysł, by domknąć trylogię. W każdym razie, tekst to był lekki i zabawny, co pomimo dopiero trzeciego w tym rozdaniu odcinka sprawia, że pisząc niniejszy komentarz, czuję się troszkę jak zdarta płyta. Kredke nie zawodzi i póki co utrzymuje stały, całkiem dobry poziom, gdzie elementy serialowe przeplatają się z jego autorskimi, humorystycznymi wizjami księżniczek po godzinach/ kiedy nikt nie patrzy, od czasu do czasu serwując alternatywny spin na znane postacie oraz niej lub bardziej nietypowe wątki, gwarantując czytelnikowi przyjemną rozrywkę. Co mnie nieco zmartwiło, to gęstsze występowanie błędów interpunkcyjnych, niż zwykle, co mimo wszystko nie pozostało obojętne moim oczom. Stąd wydaje mi się, że sporo by pomogło, gdyby po prostu w tekstach dało się pozostawiać sugestie. W każdym razie, motyw jakoby brak Podmieńców zakłócił równowagę w przyrodzie wydał mi się przemiodny, jeszcze bardziej spodobała mi się sugestia dlaczegóż to – no bo jeżeli Podmieńce będą mieli własny program kosmiczny, wówczas powstanie groźba, że prześcigną w czymś księżniczki Equestrii, a to doprowadzi do zaburzenia równowagi w tym sensie, że Equestria nie będzie już hegemonem i napatoczy się jaką nisza, którą wypełni dziurawa niczym ulubiony serek Chrysalis. Łapiecie? Bo Podmieńce mają dziury w ciele i wypełniają sobą luki? No cóż, do poczucia humoru Pani Nocy wiele mi brakuje, niemniej był to kolejny drobny szczegół, który poluźnił atmosferę jeszcze bardziej, ukazując jedną z władczyń od takiej bardziej infantylnej strony – w sensie, wzięła coś bez pytania, przesłała, zadrwiła sobie, narobiła kłopotów i zupełnie się tym nie przejmuje. Sposób, w jaki karci ją starsza siostra (niczym matka/ wychowawczyni/ facetka od wuefu) również wypada zabawnie i ubarwia całość. Mimo wielu (jak na taką rozpiętość tekstu) niedoskonałości w formie, przyjemny i całkiem dobry tekst, który bawi i pociesza w ciężki, nieciekawy dzień. A to chyba najważniejsze w pisaniu/ czytaniu fanfikcji. „Odwet” Kolejny nieco dłuższy odcinek i powrót Chrysalis. Zdaje się, że jedyna słuszna królowa Podmieńców na dobre zagościła w gronie stałej obsady „Królewskich Antyprzygód”, co mnie osobiście bardzo się podoba. Jakkolwiek uważam, iż z biegiem czasu stała się Friezą serialu o kolorowych kucykach i tak bardziej przepadam za nią niż za Thoraxem, no i czego by nie wymyślił Toriyama, bądź Toei, Friezę nadal uwielbiam, więc to chyba naturalne, że z Chrysalis jest u mnie podobnie. Zatem już na starcie mi się podoba, jakby fakt, iż jest to bezpośredni sequel poprzedniego opowiadania nie wystarczył, by mnie przekonać. Wzrost oczekiwań powoduje lekki dreszczyk, niczym obliczenia wytrzymałościowe, zatem nie przedłużajmy i sprawdźmy „czy wytrzyma”. Początkowo doskwiera brak przecinków w paru miejscach, potem chyba jest już ok. No i cóż, o ile opowiadanie na końcu okazało się kolejnym żartem, w którym motywem przewodnim był plot/ zadek/ cztery litery, o tyle próba wyobrażenia sobie ostatniej sceny zbiła wszelkie wrażenie wtórności, jakie mógłbym mieć. Eksplozja śmiechu, Luna otwierająca oczy, po czym następuje błyskawiczna przemiana w Nightmare Moon oraz odebranie Celestii narzędzia tortur gazety i atak na żłopiącą sobie w najlepsze herbatkę Chrysalis, wszystko w kreskówkowym stylu, w pełni wystarczyło, abym się uśmiechnął i mógł zarazem przyznać, iż sequel spełnił oczekiwania. Kolejny niedługi, lekki jak piórko, ale jakże przyjemny, sympatyczny i rozweselający odcinek, godny sequel „Gazety” i po prostu niezły tekst, który warto było przeczytać. Z formą było nieco lepiej, co również cieszy, no i cóż więcej mogę powiedzieć? Rzućmy okiem na trzecią część tejże trylogii i jak się to wszystko skończy. Ale już teraz powiem, że zwieńczenie „Odwetu” w pełni mnie satysfakcjonuje i nie sądzę, aby dało się wnieść cokolwiek jeszcze do tegoż wątku. Aczkolwiek nie zdziwię się, gdy autor zaskoczy, toteż bez zbędnych ceregieli przechodzę do kolejnego odcinka - „Miłości”. „Miłość” OK, powiem bez ogródek – to opowiadanie było... dziwne. W sumie, nawet nie wiem czemu, ale po namyśle chyba mogę wskazać dwie rzeczy, które są za to odpowiedzialne. Po pierwsze, zaobserwowałem dosyć niespodziewaną zmianę klimatu, bo zaczyna się w stylu poprzednich odcinków, a potem, im dalej brnie rozmowa między bohaterkami, tym robi się poważniej, powiedziałbym nawet że deczko filozoficznie, czemu ostatecznie towarzyszy coś kojącego, ale i wzbudzającego nadzieję. Zresztą, tłumaczenie Chrysalis ma całkiem dużo sensu i trudno jej odmówić racji w wielu aspektach. W ogóle, spodobała mi się jej inna kreacja. A scenka z przemianą w wąsacza oraz tekst o ośmiuset bitach i iluś tam jakach, które czekają na tę posadę, czysta RE-WE-LA-CJA Naprawdę, taka mała rzecz, a jak potrafi urozmaicić, jak cieszyć. Po drugie, relacja między bohaterkami została nakreślona w taki sposób, że nie potrafię pozbyć się wrażenia, jakoby między nimi autentycznie była jakaś chemia. Sam nie wiem, zupełnie jakby była między nimi jakaś niezałatwiona sprawa, jakiś bagaż emocjonalny, którego wcześniej Nightmare Moon przed nią nie zdradziła, a może po prostu tak mi się zdaje po tym, jak Chrysalis tłumaczy dlaczego zostawiła Podmieńców na księżycu, a sama powróciła do Equestrii, skąd się bierze prawdziwa miłość i jak się to miało w przypadku Celestii, gdy jej młodsza siostra tkwiła na wygnaniu itd. W ogóle, trudno się nadziwić jak z prostego, komediowego motywu, opartego na zadzie Pani Dnia, udało się autorowi zrobić coś poważniejszego, na swój sposób przejmującego, co jednocześnie wypada nieco dziwnie, ale także intrygująco. Nie spodziewałem się zastać takiej oto mieszanki w ramach „Królewskich Antyprzygód”, ale po namyśle przyznaję, że... to świetna sprawa. Coś innego. Niespodziewanego, a jednocześnie prostego w formie oraz realizacji. Ano, forma. Oczywiście, nie mogło być tak różowo. Gdzie się podział przecinek? O, znalazł się. Jest między „głowę”, a „królowej”. A ten wcześniejszy powinien być po „ciężko”. Spomiędzy, nie „z pomiędzy”! Przecinek po „nie” jest zbędny. Podobnie tutaj. A ten przecinek deczko się pospieszył, nie po „na”, ale po „coś”. No i samotna spacja po zdaniu. Zresztą, nie tylko tym. Zatem ponownie, forma mogłaby zostać lepiej dopracowana. Nie jest to wiele, ale rzuca się w oczy. Nie przeszkadza w czytaniu, ale nie daje po sobie zapomnieć. No i w sumie nie widzę powodów, by owe błędy odpuszczać, bo nie ma ich tak wiele i nie przeszkadzają, nie są też aż tak poważne (poza jednym ortem). Przeciwnie – właśnie dlatego, że to proste sprawy przecinkowe, zaś sam tekst do najdłuższych nie należy, nie rozumiem, dlaczego błędy te wciąż są w fanfiku. W każdym razie, jak „Odwet” okazał się godnym sequelem, tak „Miłość” wypadła niczym nie tylko godne, ale i na swój sposób nietuzinkowe zwieńczenie trylogii, gdzie nie zabrakło ani pocieszności, głównie w wykonaniu królewskich sióstr, ani transformacji, ani świeżych, nietypowych kreacji oraz relacji, gdzie przoduje królowa Chrysalis. A klimat? Nie brakuje go w żadnym momencie, chociaż nie da się ukryć, że jest to coś innego, ale to dobrze. W końcu nie samą komedią człowiek żyje, co nie? „Boli mnie głowa” Tak oto rozpoczynamy kolejny mini-cykl w „Królewskich Antyprzygodach”, tym razem, jak oceniam po tagach, z Cadance, Flurry Heart oraz Chrysalis w rolach głównych. Zaraz, zaraz, czy dobrze widzę, że wśród obsady przewinie się jeszcze Sombra? Interesujące, ale jednocześnie ryzykowne. Aczkolwiek, zważywszy na to, że ma to być komedia z pewną domieszką randomu, chyba można na dzień dobry podejść do tego z pewnym dystansem. Lecz z drugiej strony, poprzednie odcinki pozostawiły po sobie tak dobre wrażenie, że jednak mam pewne obawy, „czy wytrzyma”. No nic, nie uprzedzajmy faktów. Opowiadanie okazuje się dłuższe od poprzedników, wydaje mi się, że gabarytowo celuje w okolice „Betelgezy” tudzież „Nowej nadziei”, czyli pełne odejście od formy drabble'a, czyli fanfik nieskrępowany. Pod względem formy, widać poprawę i to sporą, chociaż gdzieniegdzie nadal przewijają się drobne błędy interpunkcyjne, np.: Ale tym razem tego typu rzeczy przewijają się sporadycznie i chyba je pominę. Zresztą, ile można pisać o przecinkach? Entuzjaści tychże znaków odpowiedzą zapewne: „WIECZNIE!”, ale chciałbym przejść do treści, która jest... ciekawa, fajna w odbiorze i dość zróżnicowana jak na pięciostronicową fanfikcję, aczkolwiek nie zaskakuje niczym nowym. Znajomy schemat, w którym główny bohater jest napalony, ale partnerka nie chce, więc ten szuka sposobu jak temu zaradzić, co przy okazji powoduje splot mniej lub bardziej absurdalnych wydarzeń, w wyniku których wszystkim się odechciewa albo następuje zmiana miejsc, niczym w bajce o żurawie i czapli. Niemniej, autor zrealizował wszystko z umiarem, bez przesady i w sumie dość logicznie, w związku z czym wrażenia z lektury okazują się pozytywne. Sporo pamiętnych scen, czy wstawek, takich jak chociażby samodzielny Shining Armor, który jest samodzielny, zaliczanie kolejnych knajp, na odnalezieniu Pegazopiryny oraz (nie)szczęśliwe zakończenie. Troszkę tego jest, a sprawne tempo sprzyja płynnej lekturze, przez tekst brnie się bezstresowo, chociaż... nie jest już tak zabawnie. Nie chcę powiedzieć, że została tu popełniona czysto rzemieślnicza robota, bo tak nie jest, ale w tym samym czasie trzyma się mnie przeświadczenie, że można było po autorze oczekiwać więcej. Zatem jest po prostu solidnie, klimatycznie, sprawnie niczym w komedyjkach o napalonym kwiecie amerykańskiej młodzieży, miejscami sympatycznie i bardziej imprezowo, gdzie indziej niby spokojniej, ale wciąż prędko i z werwą, tyko zabrane razem nie pozostawia spodziewanego, bardzo dobrego wrażenia, a jedynie dobre. Mimo wszystko, syty odcinek, wciągające otwarcie nowej mini-serii, gdzie nie brakuje humoru, komiksowości czy też przyjemnych szczegółów, które urozmaicają treść i które zapadają w pamięci. Czy to lokalny rarytas, czy też sposoby na ból głowy, a może nazwy kolejnych knajp, obok tego nie przechodzi się obojętnie. Plus niezły cliffhanger. Sprawdźmy zatem co nas czeka w kolejnych odcinkach, jednoczesnych kontynuacjach „Antyprzygód” oraz... tetralogii cadancowo-flurryowo-chrysalnej? „Śniadanie” Na samym początku mamy scenkę, która w bezpośredni sposób kontynuuje historię od miejsca, w którym zostawiliśmy ją ostatnim razem, natomiast potem przechodzimy do właściwej akcji sequela i od razu powiem, że było to przeklimatyczne, przemiłe otwarcie, gdzie – nie po raz pierwszy zresztą – nie zabrakło humoru, acz tym razem rzeczy odbywają się na spokojnie, bez pośpiechu, bez dziwnych, losowych rzeczy. Jest to po prostu typowe (Ale czy na pewno?) śniadanie królewskiej pary, które w pewnym momencie nabiera wyjątkowości, gdyż Flurry Heart wypowiada swoje pierwsze słowo. Cóż mogę powiedzieć – przesympatyczny moment, całkiem serialowy, było w tym coś ciepłego i rodzinnego, co mogę tylko pochwalić. A potem Flurry wypowiada swoje drugie słowo i... jeszcze jest ok, podoba mi się. Ale później wyskakuje trzecie i czwarte, no i cały czas wyjątkowości pryska, bo ona gada. W takim razie, autor musi nas szybko zabawić czymś nowym i rzeczywiście, z czwartego słowa przyszłej księżniczki (swoją drogą, znowu „czwórka”, a mnie się znowu przypomina typowa dla Azji tetrafobia) wynika zaskakująca rewelacja, a także niedługa sekwencja z akcją, którą czytało mi się świetnie i choć początkowo byłem dość sceptyczny, to ostatecznie opowiadanie bardzo mi się spodobało. A dlaczego byłem sceptyczny, no bo nagle tempo przyspiesza, kolejne rzeczy po prostu się dzieją, a rezultat w sumie nie wydaje się aż tak satysfakcjonujący, ale z drugiej strony to ciekawy kontrast ze spokojnym, stonowanym początkiem, no i za drugim razem jakoś łatwej mi się to trawiło. Zakończenie stwarza nadzieję na kolejny sequel, który oczywiście powstał i do którego przejdę już niedługo, aczkolwiek kolejne, piąte słowo Flurry Heart wzbudziło jeszcze większe obawy, niż kiedykolwiek wcześnie w tym rozdaniu. Podobnie jak w przypadku poprzedniej mini-serii, po tej drugiej części człowiek czuje się usatysfakcjonowany, stąd dalsze rozwinięcie wydaje się niemałym ryzykiem, ale bez ryzyka nie ma przecież ani zabawy, ani zysku. Pochylając się nieco nad formą, jest naprawdę solidnie, chociaż – a jakże – brakuje kilku przecinków, bądź te znalazły się w niewłaściwych miejscach, poważniejszych powtórzeń nie uświadczyłem (jeśli były, to najwyraźniej wyleciały mi z głowy), generalnie zdania brzmią dobrze, a lektura jest lekka i przyjemna, a tempo, choć za pierwszym razem potrafi zaskoczyć, przy kolejnych czytaniach nie powoduje już zgrzytów, a wręcz komplementuje opisywane wydarzenia. Chyba nie muszę wspominać, że całość wypada na tyle komiksowo/ kreskówkowo, że wszystko, co się dzieje, idzie sobie wyobrazić w wybranej formie, a to zawsze miła, pozytywna rzecz. „Drugie śniadanie” No cóż, no i o ile „Miłość” okazała się ciekawym zaskoczeniem, łączącym w sobie różne rodzaje klimatu, wypadającym dziwnie i intrygująco, o tyle „Drugie śniadanie” wydaje mi się zbędnym rozwinięciem tego, co było solidną historyjką, ponadto, jak tak dłużej o tym myślę, wydaje mi się, że jeżeli cokolwiek zasługiwało na ciąg dalszy, to były to relacje Flurry Heart z Chrysalis. Pierwsze wrażenie po zakończeniu lektury „Drugiego śniadania” było takie, iż opowiadanie powstało po to, by Flurry Heart mogła powiedzieć „SIOMBŁA”. Kilkukrotnie. Raz po raz dokładając do tego ekstra słówka. Tempo leci na łeb, na szyję, ale to akurat nie jest duży problem, gdyż nie jest to przesada, a akcja przypomina nieco krótki komiks. Za to problemem jest konkluzja, gdyż nie dość, że król Sombra został ośmieszony, to jeszcze samo zaskoczenie, ono było takie, że czytanie zakończyłem beznamiętnym „ok”. Myślę, że to mieszanka własnych wyobrażeń o postaci oraz tego, że na tym etapie mam za sobą sporo fanfików Malvagio, gdzie Sombra był konsekwentnie kreowany na postać poważną, mroczną, nawet w jakimś sensie skonfliktowaną, była wokół niego aura tajemniczości, ale i wielkości. I to jest coś, co mi bardzo do jego postaci pasuje i co uwielbiam. Nawet w „Kruchości Obsydianu”, jakkolwiek mało jest tam Sombry, to, co już jest, także kreuje postać władcy, który jest nie tylko władczy, ale także opisany cechami, które wzbudzają respekt, które budują wokół niego aurę wyższości, powagi oraz bezwzględności, a przy tym jest w nim coś takiego, że mimo tych negatywnych cech, ma się wrażenie, że w jego działaniach jest metoda i że powinno mu się powieść, bo tak wypada po prostu... sprawiedliwiej? Sam nie wiem, jest to intrygujący aspekt tejże postaci, a pewnością we właściwych rękach nie jest to ani generyczny, ani pozbawiony głębi, ani też nie taki, którego idzie pojąć od razu. Oczywiście – ja rozumiem, że nie każdy fanfik musi przedstawiać go w podobny sposób i że można sobie pozwolić na odrobinę komedii, niemniej nie wydaje mi się, a zwłaszcza po tym, co już miałem przyjemność czytać, iż jest to odpowiednia postać do tego typu perypetii. Żeby było śmieszniej, to nawet nie jest tak, że jestem jakimś wielkim jego fanem – po prostu w ramach „Drugiego śniadania” doszło do regularnej polewki z króla Sombry, który pojawia się znikąd i który zostaje natychmiast pokonany. Zapewne takie było zamierzenie, ale tak jak Sezon 9 niepotrzebnie przywrócił jego postać, tak i tutaj, po prostu go szkoda. Co gorsza, tempo wydarzeń jest takie, że czytelnik pędzi wraz z kolejnymi wydarzeniami, nie mając czasu nacieszyć się klimatem, którego zresztą bardzo brakuje. Autentycznie pożałowałem dwóch rzeczy. Pierwsza – iż zamiast Sombry nie wystąpił Tirek, czy wręcz Chrysalis, która mogłaby szarżować na Imperium z randomowym „Ha ha, to ja jestem prawdziwą Chrysalis!” na ustach, a ŁYSIALIŚ okazała się wytworem wyobraźni Flurry, który zmaterializował się i zaczął żyć własnym życiem, bo mała znalazła przypadkiem jakiś pradawny artefakt, którym dłuższa obierała ziemniaki. Przy okazji, byłoby to dość niespodziewane i starcie Real Chrysalis i Copy Chrysalis mogłoby być ciekawsze. No i lepiej wpasowało by się w klimaty komediowe, gdyż, jak mówiłem, Chrysalis stała się troszkę takim Friezą tegoż uniwersum. No i druga rzecz – że opowiadanie po prostu nie jest dłuższe. Że nie ma w nim więcej opisów, więcej wymiany zaklęć, no i że tempo nie jest lepiej wyważone, coby czytelnik mógł deko dechnąć i w międzyczasie rozkoszować się kolejnymi akapitami oraz komiksowością tekstu. Choć akurat ten ostatni aspekt nadal nam towarzyszy, przez co całość wypada sympatyczniej. To jednak nie starczy, by „uratować” to opowiadanie, toteż na dzień dzisiejszy, dla mnie wypada ono jak zbędne przedłużenie kolejnego mini-cyklu w ramach „Antyprzygód”. Czy było ono na siłę? Zaryzykuję stwierdzenie, że owszem. „Zemsta” Jednakże, nawet „Drugie śniadanie” nie wydało mi napisane na siłę tak bardzo, co „Zemsta”, o której nawet nieszczególnie wiem, co powiedzieć poza tym, iż jest to dalsze ujmowanie postaci Sombry i robienie z niego budzącego politowanie „złoczyńcy”, co akurat mnie, szczególnie po fanfikach, które czytałem, bardzo nie pasuje i co kojarzy mi się z „Fusion Reborn”, gdzie Frieza był na jednego strzała. Ale już niejeden raz wspomniałem kogo postrzegam za kucykowego odpowiednika tejże postaci i wobec kogo nie ma już niesmaku, bo upłynęło już troszkę czasu. To wcale nie znaczy, że „Zemsta”, jako krótki, komediowy przerywnik jest zła, ba, „Drugie śniadanie” tym bardziej nie jest złe – chodzi mi o to, że po prostu według mnie oba te teksty okazały się zbędnym ciągnięciem dalej wątku i popsuły postać króla Sombry, natomiast wrażenie to wynika głównie z tego, że miałem okazję zapoznać się z niejednym fanfikiem, który podszedł do jego postaci inaczej i na tym etapie po prostu utrwaliła mi się bardzo konkretna kreacja. Co nie oznacza, że nie można grzebać przy tej postaci – można, tylko dlaczego w takim kierunku? Aczkolwiek, „Zemsta” mimo wszystko, spełnia swoje zadanie jako komediowy short, no i bawią drobne niuanse, jak np. Daybreaker wymieniona w ramach wiązanki, którą król ciska na lewo i prawo, no i ogólny wydźwięk. Wciąż, przynajmniej dla mnie, szkoda, że po prostu rzecz nie dotyczyła innej postaci, którą jakoś lepiej bym sobie wyobrażał zastać w takiej oto sytuacji, natomiast, jeśli ocenić to jako kontynuację cyklu, to jednak wyszło to bardzo na siłę. Jakby powstało po to, by Flurry mogła jeszcze troszkę pogaworzyć. Czytanie zakończyłem beznamiętnym „aha”. Tak oto kończy się kolejny mini-cykl „Antyprzygód” no i powiem tak – do „Śniadania” nie mam zastrzeżeń i ogólnie podoba się, „Drugie śniadanie” wydało mi się troszkę na siłę, tempo akcji nieco zbyt prędkie, no i zabrakło jakichś urozmaiceń, które pomogłyby lepiej złapać klimat. Ale choć nie trzeba było, ostatecznie ok, niech będzie. No i nieszczęsna „Zemsta”, która wydała mi się już bardzo na siłę, niby wszystko z nią gra, ale w sumie zbyt wiele nie wniosła (poza informacją, że król przeżył starcie z Flurry) no i ogólne wrażenie było w moim przypadku niezbyt ciekawe – wątek pociągnięty za długo. Skończyłoby się cliffhangerem na „Śniadaniu” i byłoby w porządku. A tak, jest po prostu średnio. Ale to głównie z uwagi na moją specyfikę, jako czytelnika. „Pamięć” Po paśmie humoru, losowości oraz wielkich powrotów znanych i lubianych postaci, autor serwuje nam coś innego, jednocześnie udowadniając, że bez problemu odnajduje się także w innych klimatach – poważniejszych, mroczniejszych, o nieco większym nacechowaniu emocjonalnym. Zwłaszcza pod koniec. Jest jednak pewna kwestia, która mnie nurtuje, a mianowicie jest to skala rzeczy, którą musiała popełnić Celestia, by móc odzyskać siostrę. Konkretnie, chodzi mi o „liczbę ofiar”. Z jednej strony ukazuje to, jak bardzo zależy jej na Lunie, jednocześnie odpowiadając na pytanie stanowiące opis odcinka, z drugiej natomiast, z łatwością wywołuje u czytelnika niedowierzanie, choć nie na takim poziomie, że drapie się po głowie i zastanawia się, czy to, co czyta, jest na serio. Wydaje mi się, że to przez sposób, w jaki Celestia podnosi kill count, by osiągnąć swój cel. Myślę, że gdyby rzecz rozbijała się o kilkukrotne rzucenie skomplikowanego zaklęcia w specjalnie przygotowanej do tego komnacie, na masy wiernych kucyków różniące się liczebnością, wówczas motyw ten wyszedłby dużo, dużo lepiej, miałby w sobie więcej finezji i... tajemniczości? Wydaje mi się też, że taka zmiana nie oznaczałaby konieczności rozpisania się – zwięzłe, konkretne opisy rytuału oraz zaklęcia, przemieszane z bolesnymi wspomnieniami Celestii, związanymi z długimi i żmudnymi przygotowaniami do rzucenia czaru po raz kolejny, jednocześnie każdego dnia zdając sobie sprawę ilu kucykom odbierze ono życie i że niebawem będzie musiała wszystko zacząć od nowa, do skutku... To mogło by być naprawdę coś. Druga sprawa, to dodanie do opowiadania wątku Pear Butter oraz Bright Maca. Przyznam, że gdy ta pierwsza została wspomniana po raz pierwszy, pomyślałem sobie, że to troszkę na doczepkę, ale potem, gdy wątek został rozwinięty (wprawdzie dość skromnie, ale akurat w tym przypadku naprawdę nie potrzeba wiele szczegółów), natychmiast zmieniłem zdanie, aczkolwiek nadal trzymało się mnie lekkie niedowierzanie, że nawet po tylu latach, gdy ma już wystarczającą „liczbę ofiar”, jest skłonna dodać do puli jeszcze parę kucyków. Ale ok, jestem w stanie przymknąć na to oko, gdyż opowiadanie okazało się... bardzo klimatyczne, w ciekawy sposób miksując różne wątki i motywy, głównie elementy SoL-owe, fantastyczne, smutne, nie zapominając o tajemniczości, której jednak mogło w fanfiku znaleźć się więcej, o czym już pisałem. Niemniej, opowiadanie czytało mi się naprawdę świetnie, pomimo tego, że jest dosyć krótkie, mam wrażenie, że znalazło się w nim sporo rzeczy, no i cały czas byłem ciekaw co będzie dalej. Natomiast zakończenie... chyba nie mogło być lepsze. Jest jednocześnie satysfakcjonujące i otwarte. Bardzo mi się podobało i równie dobrze podsumowało treść. Osobiście uważam, że metoda na wykorzystanie tytułowej pamięci, by odzyskać Lunę po powrocie z 1000 letniego bana, mogła zostać opisana inaczej i lepiej, wzmacniając fantastyczną domieszkę oraz atmosferę fanfika. W ogóle, motyw, że Nightmare Moon nie została pokonana pod koniec pamiętnego „Friendship is Magic Part II” i że wciąż siedziała w Lunie, uważam za prosty, ale na swój sposób zaskakujący zwrot akcji i sprawne plot device dla tego fanfika. Fakt, że prowadzi to do zacieśnienia więzi między siostrami, natomiast prawdziwa ostatnia walka z Nightmare Moon nabiera bardziej osobistego znaczenia w kontekście postaci Celestii, dodatkowo ubarwia opowiadanie. Zatem, mimo wszystko, włączając w to pewne niedoskonałości w formie, był to świetny odcinek serii, który nie tylko mnie zaskoczył, ale wciągnął i mam nadzieję, że wątek sióstr będzie kontynuowany, gdyż jest to przy okazji przyjemny dodatek do znanego z pierwszych epizodów lore. (Po zakupieniu zawartości dodatkowej do pobrania, w tym miejscu ukaże się podsumowanie oraz Top3 odcinków omówionych w ramach "Królewskich Antyprzygód" vol. II) No to lecimy. Odcinek dwudziesty pierwszy, czyli „Narodziny”. Przeczytałem trochę opowiadań na zapas i wiem, że jest to początek kolejnej mini serii w serii, tym razem poświęconej księżniczce Lunie, powracającej z tysiącletniej banicji, na moment przed swoją koronacją. Hm, gdzie ja to już widziałem? Autor szczęśliwie nie koncentrował się na jednym wątku, na wzór starych, klasycznych historyjek takich jak chociażby niedawno przeczytane przeze mnie „Luna Takes a Shower” w polskiej wersji językowej, zamiast tego podszedł do sprawy bardziej ogólnie. Trochę tego, trochę tego, wszystko na wesoło i z przygodami. Szkoda, że w tymże wesołym pakiecie znalazły się błędy, ale dobrze, że to nadal nic tak poważnego... Chociaż niekiedy naprawdę mnie zastanawia szyk niektórych zdań a także nadreprezentacja przecinków. Specem nie jestem, ale gdzieniegdzie raczej są zbędne, a szyk zdania mógłby zostać zmodyfikowany, coby nie było wątpliwości. Ale domyślam się, że na tym etapie autor trzymał się planu codziennych aktualizacji, toteż potencjalnie mógł mieć mało czasu na dopieszczanie swoich antyprzygód. Z drugiej strony, włączyć sugerowania się nie dało? „I tak” mamy w zestawie powtórzenia. Sporadyczne bo sporadyczne, ale jednak. Oj tam, oj tam, o czym to jest? Celestia, jak na starsza siostrę przystało, zabiera młodszą Lunę na lot po nieboskłonie, chcąc pokazać jej co się zmieniło. Luna jest zachwycona, nie tylko natłokiem nowych rzeczy, ale także faktem, że stolica żyje nawet w nocy. Aż tu nagle zaczynają na nie świecić, niedługo po tym słychać strzały. Obrona antypegazia zadziałała. Szczęśliwie, Celestia szybko odzyskuje kontrolę nad sytuacją, a Luna otrzymuje okazję do skomentowania tego czy owego, unikając jednak starcia z biurokracją... Która została zaledwie wspomniana. Jakiś foreshadowing? Tak czy inaczej akcja zmierza do tego, że siostry kładą się spać. Tak po prostu. Jest to taki „awww...” moment, który przeczytałem z uśmiechem, lecz niedługo po tym zorientowałem się, iż tekst zmierza do końca. O co chodzi z tytułowymi narodzinami? Cóż, autor mnie zaskoczył. Luna zrodziła w krainie snów Tantabusa, do wystąpienia później, bodajże w piątym sezonie. Historyjka, jak większość antyprzygód, była przyjemna, lekka w odbiorze, choć forma nie ustrzegła się przez drobnymi błędami, nie rozpraszały one uwagi od głównego wątku, no i w sumie fajnie, bo na przestrzeni tych zaledwie pięciu stron, skończyłem lekturę z poczuciem, że w sumie sporo się wydarzyło. Mile czytało się strofowanie strażników przez Lunę (No tak, co to za wojsko, które w nią nie trafiło?), ta Raven była trochę na doczepkę, ale jak wspominałem, może miał to być foreshadowing czegoś, zobaczymy później. Bardzo przyjemne zakończenie. Odpowiedni nastrój? Oczywiście. Sprawne, wartkie tempo akcji? Jak najbardziej. Końcówka była lekkim zaskoczeniem, ciekaw jestem co będzie dalej. A raczej, byłem, no bo w momencie spisywania wrażeń byłem po kolejnej dyszce antyprzygód. Tekst oczywiście oceniam pozytywnie. Pozytywna, mała rzecz, która cieszy, sprawdza się jako lekki przerywnik, chociaż tematyka została już ograna, nie miałem wrażenia wtórności. Myślę, że to dzięki gabarytom opowiadania. Gdyby był to dłuższy tekst, możliwe, że jednak pokręciłbym nosem, bo ileż można opisywać powrót Luny i jej radość ze wszystkiego, co się nawinie, no bo za jej czasów kucyki załatwiały się do dziury w ziemi? Serio, serio. „Plotka” to króciutkie opowiadanie, które przedstawia jedynie to, jak licznym przekłamaniom uległa wieść o powrocie Luny, co w ostateczności doprowadziło do zniekształcenia jej postaci w umysłach kucyków. W porównaniu z poprzednim odcinkiem, ciągle mamy powtórzenia. Trudno mi napisać cokolwiek więcej ponadto, iż był to kolejny krótki, lekki i przyjemny przerywnik, może nie tak urozmaicony co „Narodziny”, ale spełniający swoje zadanie. Autor popisał się kreatywnością, może nie w detalicznym opisywaniu kolejnych wypaczonych wizji młodszej z sióstr (ależ oczywiście, że musiał się przewinąć nabór do królewskiego haremu), ale w ich mnogości i nietypowości owszem. Przez moment Luna przypominała groteskowego mutanta rodem z Resident Evil, chociaż ilość oczu to jeszcze nie wirus "G". Może "C". Zależy. W każdym razie, czytelnik oczekuje na zwieńczenie oraz kulminację komedii, co oczywiście następuje – zarówno pod kątem merytorycznym jak i w materii formy. Nie jest to nic odkrywczego, myślę, że na spokojnie szło przewidzieć czym popisze się Luna, ale zapewniam, że to jeszcze nic. Dlaczego? Odpowiedzi szukajcie w kolejnym odcinku. „Przemówienie” Mały spoiler, ale dla mnie to absolutnie najlepsza odsłona tejże mini serii i srogi konkurent, jeśli chodzi o Top 3 tej dziesiątki opowiadań. „Przemówienie” oszczędza nam... no, tytułowego przemówienia i przenosi nas od razu do momentu na gorąco po wygłoszeniu mowy i koronacji księżniczki Luny. Oczywiście uroczo rozentuzjazmowana Luna niecierpliwie oczekuje opinii starszej siostry (kurczę, naprawdę ujęło mnie to, że w tej scence nie wydają się rodzeństwem, tylko wygląda to tak jakby córka narobiła bałaganu na jakimś szkolnym przedstawieniu a teraz czekała na pochwały od matki jakby to była druga najlepsza rzecz pod słońcem zaraz po żółwiach ninja), która to w końcu wyznaje co sądzi o jej małym wybryku, przy okazji relacjonując nam, czytelnikom, co w trakcie tej przemowy się wydarzyło. No i muszę przyznać, ze takiej komedii to w antyprzygodach nie było już dawno. Wszystko naraz, ale w jakim stylu! Sam nie wiem, po prostu do mnie to dotarło. Żeby nie było – nie podoba mi się to, jak ta kluczowa wypowiedź Celestii rozwija się w ścianę tekstu, ale cóż, chyba nie można mieć wszystkiego. O, to przy okazji: Tutaj bez zarzutu, ale skojarzyło mi się ze sceną z „Lilo & Stitch”, w której bohater wypluwa deser z powrotem na talerz, układa go, jeszcze wisienkę z powrotem wydobywa i podsuwa go opiekunce, na co ta nie reaguje zbyt entuzjastycznie. Chyba powinno być „po snach swych poddanych”. Ale to takie tam, drobne błędy. W każdym razie, spróbowałem sobie wyobrazić wszystko to, co wymieniła po kolei Celestia. Cóż więcej rzecz, to trzeba przeczytać samemu i samemu to sobie zwizualizować. Miałem wrażenie, jakby cały ten fragment powstawał z jednym tylko zamysłem – a co by było, gdyby to Luna była najlepsza księżniczką? Zabawa na całego, kuce złapały falę i wszystkie razem ładnie się bawiły. Mega impreza. Kiedy już zacząłem podejrzewać autora o zmianę strony, wkroczyła Celestia, z komediowym punch-linem na ustach, rozkręcając zabawę od nowa. To było genialne w swej prostocie i naprawdę, śmiałem się z tej rozrywkowej Luny. A zaczęło się tak niewinnie, bo od nazwania poddanych „plebejuszami”, potem było strzelanie, poznaliśmy też kilka ksywek Celestii (niewykluczone, że przedawkowała naleśniczki), w międzyczasie Luna poczęstowała się potężnym słoneczniczkiem, było nawet wyzwanie wymagające potrzymania piwa przez kucyka trzeciego, a na koniec Luncia wykonała podwójną pełnię. Słowem, naboru do haremu nie było, ale i tak wyszło zaje... fajnie Lekturę uatrakcyjnił przyjemny, komiksowy klimacik, którego Kredke jest absolutnym mistrzem. A to dopiero... niech zerknę. Dwudziesty trzeci odcinek. Przyznam, że jeżeli o mnie chodzi, to ta mini seria spokojnie mogłaby zakończyć się tutaj, jednakże autor nie tylko serwuje nam ciąg dalszy, ale i pokazuje, że nie tylko w motywach komediowych odnajduje się jak posypana wiórkami kokosowymi Celestia w basenie karmelu. „Nowy wspaniały świat” to zwieńczenie tej już nie trylogii, a tetralogii lunarnej, utrzymane w dosyć zagadkowo poważnym... No, może bez przesady – poważniejszym stylu z domieszką elementów smutnych, domyślnie wywołujących u czytelnika współczucie. Oczywiście nie obyło się bez drobnych błędów. Na przykład: Odcinki są różne; raz przecinków jest za dużo, zdania mogły zostać spokojnie skomponowane wokół tego, by je trochę zredukować, a raz tych przecinków brakuje. Jak tutaj. No proszę. Czyżby nawiązanie do – wspomnianego wcześniej zresztą – „Luna Takes a Shower”? Miło. Poza powtórzeniem „by”, coś jest nie tak z tym zdaniem, „przegalopowanie z nim przez pół pałacu, by pokazując go Celestii i móc wyrazić (...)”, to nie brzmi ani dobrze, ani poprawnie. Możliwe, że byłoby lepiej, gdyby zrobić z tego dwa oddzielne zdania, a może po prostu dać: „(...) a potem przegalopowanie z nim przez pół pałacu, tylko po to, by pokazać go Celestii i wyrazić swój zachwyt dla (...)” W każdym razie, chcąc osiągnąć efekt, o którym przed chwilą wspominałem, autor zdecydował się na zastosowanie kontrastu, najpierw prezentując dziecięcy wręcz entuzjazm i ciekawość bohaterki, potęgowane przez jej ochotę do pomocy, nawet jeśli część rzeczy (np. latarkę, którą trzymała krzywo) widzi na oczy po raz pierwszy, z zachowaniem kulminacji tagu [Sad] na sam koniec, ujawniając tym samym pewien tragizm postaci Luny, oparty nie tylko na upływie czasu, ale i na tym, że księżniczka nie ma żadnych szans naocznego obejrzenia postępu, jaki dokonał się podczas jej nieobecności. Jednakże niebawem autor prezentuje nam coś jeszcze, co stawia protagonistkę w nieco innym świetle. Okazuje się, iż zdaje ona sobie sprawę z tego, że mało brakowało, a przez nią historia potoczyłaby się inaczej i nie byłoby tych wszystkich fajnych rzeczy, które odkrywała. I to powoduje u niej poczucie winy. Pomimo tego, że została... ocalona przed samą sobą. Opowiadanie rozciąga się na zaledwie dwie strony, ale autorowi udało się napisać akurat tyle, by dociekliwy czytelnik dopowiedział sobie resztę. Nastrój towarzyszący czytelnikowi przypomina coś pośredniego między klimatem poprzednich odcinków mini serii z Luną, a klimatem obecnym chociażby w „Pamięci”, ale najważniejsze, że daje się poczuć, istotnie czyniąc „Nowy wspaniały świat” nieco poważniejszym, smutniejszym, nie starając się przy tym wyciskać łez, a raczej zwrócić uwagę czytelnika na pozostałe aspekty postaci Luny. Jasne, jej tragizm nie jest niczym nowym w fanfikcji, ale jak na tak krótkie opowiadanie, trudno traktować to jako zarzut. No i najciekawsza rzecz – tak zmajstrowany nastrój powoduje, że trochę się waham, no bo teraz wypada mi wskazać najlepszą część tejże małej tetralogii. Myślę, że jednak pozostanę przy „Przemówieniu” z „Nowym wspaniałym światem” niedaleko w tyle, następne lokaty otrzymują kolejno „Narodziny” i na szarym końcu „Plotka”. „I'll be back” Oho, kolejny srogi konkurent Tym razem Kredke uraczył nas czymś nieco dłuższym, na momenci zostawiając Celestię i Lunę w spokoju, by dać nieco czasu antenowego Twilight Sparkle. Po tytule spodziewałem się do czego będzie to nawiązanie, natomiast nie spodziewałem się, że w tym odcinku angaż dostanie jedna z moich ulubionych postaci – Trixie – i to w jakiej roli! Jako Wielki i Potężny Trixienator. I to jeszcze w dwóch modelach! Opowiadanie to w telegraficznym skrócie maraton nawiązań do słynnej sagi z Arnoldem Schwarzeneggerem i chociaż... chyba w całości obejrzałem jedynie część pierwszą, to od razu złapałem różne smaczki, rzeczy odnoszące się do kolejnych części (głównie drugiej, acz całego cyklu nie obejrzałem, jedynie obiło mi się o uszy, że scenarzyści „puszczali oko” do fanów klasyków) zauważyłem dzięki kultowym scenom, memom, nawiązaniom w innych dziełach popkultury oraz... grom NESowym. Chyba. Tego już dokładnie nie pamiętam, poza tym, że nie były one najwyższych lotów. Jak większość starych licencjonowanych gier od LJN. Szkoda, że im nie wbudowano autokorekty „Z misją zabicia ciebie”, jak już. Niemniej, tym razem jakichś poważniejszych, rzucających się w oczy błędów czy niedoskonałości formy nie uświadczyłem, chociaż zapewne ktoś znający się na tych sprawach lepiej niż ja, zauważy fragmenty, które mogły zostać wykonane lepiej. W każdym razie, tym razem otrzymaliśmy nieco dłuższy tekst, łączący w sobie wiele różnych rzeczy. Oczywiście ukłon w stronę „Terminatora” to główny specjał i to, co zwraca uwagę czytelnika w pierwszej kolejności, lecz muszę przyznać, że w trakcie lektury miałem wrażenie jakby czytał coś dużo, dużo starszego, niż w rzeczywistości jest. Akcja pędzi do przodu szybko, ale nie za szybko, racząc odbiorcę opisami, które spełniają swoje zdania doskonale, tłumacząc to, co się dzieje, dostatecznie obszernie, bez sztucznego wstrzymywania akcji, a jedynie popychając ją do przodu, od czasu do czasu zarzucając jakimś żartem. Powiem też, że z uwagi na ogólne wrażenie i klimat, wygląda to na coś, co mogłoby spokojnie walczyć w jednej ze starszych edycji konkursu literackiego. Strzelając w ciemno, pomyślałbym, że obowiązkowym tagiem było [Sci-Fi], a może [Crossover], a może obydwa. Plus jakiś trzeci, dowolny. No to jak dowolny, to czemu nie [Comedy]? Wówczas wszystko składa się w całość i ma sens. A jednak jest to opowiadanie z bardziej współczesnych czasów, napisane jako kolejny, już dwudziesty piąty odcinek „Królewskich Antyprzygód”. Co wbrew pozorom może bardzo zmylić, gdyż księżniczek nie przewinie się tutaj zbyt wiele. To znaczy, prawdziwej Celestii tu nie uświadczymy, będzie za to Twilight, którą z jakiegoś powodu cały czas wyobrażałem sobie w formie jednorożca. Poza tym, najwięcej będzie tu Trixie, ale pojawi się i Rarity. Mniej księżniczkowo, a bardziej... plebejsko? Oczywiście postacie zostały odwzorowane bardzo dobrze, pojawiło się nawet charakterystyczne, znane bodajże z finału drugiego sezonu wykorzystanie Twilight jako miotacza magią. Może to przywodziło mi na myśl jakieś starsze klimaty? Możliwe. Żarty są w dużej mierze sytuacyjne, oparte o nawiązania do „Terminatora”, gdzie po prostu znajome kucykowe postacie otrzymały określone role, przypominające nam kino akcji i fantastyki naukowej z lat 80 i 90. Ale nie zabraknie starego, dobrego stylu śmieszkowania opartego na dialogach i tutaj za elegancki przykład służy nam zakończenie. Co tam jest? Nie powiem, sprawdźcie sami. Nie wspominając o tym, iż było to kolejne doskonale zrealizowane nawiązanie i title placement zarazem. Ale wszystko przesympatycznie, gratuluję! Tekst, jak na antyprzygodę przystało, czyta się lekko i wartko, z uśmiechem na twarzy, czytelnikowi cały czas towarzyszy odpowiedni nastrój, który Kredke praktycznie wyczarował jednym pstryknięciem palca natychmiast jak zaczął pisać i nie pozwolił mu nigdzie ulecieć aż do końca. Stąd, tekst ten mogę z czystym sercem polecić każdemu, nawet jeśli idea „Królewskich Antyprzygód” nie wydaje się szczególnie interesująca. A najlepsze jest to, że opowiadanie radzi sobie nie tylko jako kolejny odcinek serii, ale także jako w pełni samodzielny twór. Błagam, powiedzcie mi, że później jest coś podobnego, tylko na bazie „RoboCopa” Tak oto docieramy do „Dumy”. Nie jestem pewien, czy po tym „najpierw” powinien być przecinek. Raczej nie. No bo po co? Trzymając się jeszcze formy, tym razem niedługi tekst został poskładany wyłącznie z opisów o odpowiednio dobranej długości, autor zrezygnował z dialogów, które chyba rzeczywiście nie były tutaj potrzebne, jedynie zaburzyłyby klimat, w odróżnieniu od poprzednich odcinków, dosyć poważny, smutniejszy, co wydawało się nawiązywać do końcówki „Nowego wspaniałego świata”. Jasne, gdyby chciał, mógłby zawrzeć w tekście np. monologi albo wspomnienia Chrysalis – głównej bohaterki omawianego odcinka – ewentualnie urozmaicić tekst wspomnieniami, nigdy wcześniej nie widzianymi interakcjami z królewskimi siostrami czy kluczowymi wymianami zdań, które tym bardziej postawiłyby bohaterkę w innym, nowym świetle. Ale i bez tego jest bardzo dobrze, gdyż nie ma się wrażenia niedosytu, wszelkie niuanse pozostają do uznania wyobraźni odbiorcy. Wokół Chrysalis z czasem wyrosły przeróżne mity i teorie, odnośnie tego, skąd mogła się wziąć, jak wyglądała jej przeszłość i co takiego się stało, że zapragnęła być zła. Zwłaszcza po tym, jak się okazało, że Podmieńce jednak mogą mieć inne, bardziej family-friendly formy, takie ładne, kolorowe. O których w sumie nikt nie musiał wcześniej wiedzieć, ale to nieważne. W sumie, to nie wiem, czy autor podpiął się pod którąś z co popularniejszych teorii, a jeśli tak, to pod którą (tzn. skoro w tekście Chrysalis już raz padła, a potem powróciła, można przyjąć, że uznał ją za istotę nieumarłą, jak sam kiedyś myślałem, a może chodzi o taką metaforyczną śmierć, coś jak to, że zginął doktor Octavius, a narodził się doktor Octopus), jednakże jego wizja przeszłości tejże postaci przemawia do mnie i wydaje się interesująca. Zwłaszcza, że sporo szczegółów można sobie dopowiedzieć, oczywiście biorąc pod uwagę pozostawione w tekście poszlaki. Jak np. to, że swego czasu Celestia wygnała na księżyc „najbliższą jej duszę”. Ciekawi również motyw konfrontacji z siostrami Dnia i Nocy. Bo rozumiem, że to nie jest ta konfrontacja, którą widzieliśmy? Tak czy inaczej, tekst został solidnie zrealizowany, tym razem niedoskonałości w formie praktycznie nie było w ogóle, autor z łatwością stworzył poważniejszy nastrój, który sprzyjał, może nie nabraniu współczucia, jak miało to miejsce w przypadku Luny, ale jakiegoś pojęcia skąd ta przemiana Chrysalis i tego, jak długo się poświęcała, jak wielkie znaczenie miała jej rola. Póki broniła kucyki. Motyw upływu czasu i powolnej, bolesnej przemiany także daje się poczuć. Ogółem, chociaż były to zaledwie dwie stronki, tekst jest dobry, zrealizowany z pomysłem, wizją, nie brakuje mu ani klimatu, ani solidnej, niemalże bezbłędnej formy, dobrze się to czyta, no i co by nie mówić, jak na tak krótki odcinek, udaje mu się podziałać na wyobraźnię czytelnika. Bardzo dobrze. Oczywiście, zapewne przy innych założeniach odnośnie formy i innym planie wydawniczym, potencjał zawartych w „Dumie” mógłby rozwinąć skrzydła w ramach dłuższego tekstu, ale tak, jak jest teraz, jest w porządku. Nie ma niedosytu, jest poczucie kompetentnie zrealizowanego, małego fanfika Kolejny odcinek nosi tytuł „Koniec” lecz z całą pewnością nie będzie to koniec tej serii antyprzygód. Jak poprzednim razem, pozwolę sobie na wstępnie podjąć kwestię formy, która niby przypomina poprzedni odcinek, a jednak błędów jest więcej, są tez lepiej widoczne. Tak, tak – tekst dwukronie krótszy (jedna strona), a ma dwukrotnie więcej błędów (może ze dwa): Powtórzenie „jej” plus brak przecinka przed „zostawiając”. Nie no, nie mogę w to uwierzyć – dwa razy mniej stron, dwa razy więcej błędów. A co jeśli zgrzyty w formie są od początku serii planowane, a ich ilość sterowana przez autora, co jest niczym więcej jak wymyślnym trollingiem tych, którzy chorobliwie polują na wszelkiej maści niedoskonałości formy? W każdym razie, główny motyw opowiadania przywołuje wspomnienia. To znaczy, w tej chwili nie jestem pewien, co było pierwsze, wydaje mnie się, że autorka fanfika, który chciałbym przywołać, mogła mieć w głowie swój plan wcześniej, dużo wcześniej (Już latem 2017?), publikacja późniejszych, kluczowych fragmentów tegoż dzieła odbyła się po „Królewskich Antyprzygodach”, niemniej pomysł na przedstawienie w fanfiku śmierci słońca (jako gwiazdy) i zakończenie świata, bardzo dobrze kojarzy mnie się z „Ewolucją gwiazd typu słonecznego”, autorstwa Niki. No i w sumie jestem zaskoczony, że autorowi udało się to wszystko upchnąć w jedną stronę, poniżej dwustu słów, dając nam droubble'a. Podobnie, rzecz obserwujemy z perspektywy księżniczki, tym razem jest to Celestia. Nastrój nawiązuje do poprzednich, poważniejszych odcinków serii z powodzeniem, co czyni ten odcinek wyjątkowym. Niby jest to już trzeci w tym rozdaniu, lecz zważywszy na komedię i lekki random jako motyw przewodni całej serii, należy to zaznaczyć. Z uwagi na formę, opowiadani brakuje bardziej osobistego wydźwięku, interakcji z innymi postaciami nie ma praktycznie wcale. Ciekawe wydało mnie się wyjaśnienie tego, jak kucyki przetrwały śmierć starego słońca i co się z nimi stało, podobnie jak końcową wzmiankę o tym, że przez cały czas mogły obserwować śmierć swojego starego świata, a szczegół, jakoby tak naprawdę nigdy nie zapomniały o swoich księżniczkach, dodał do całości czegoś słodko-gorzkiego. Z jednej strony wzmocniło to smutną otoczkę, a drugiej z lekka rozgrzało serce, bo pamięć o kimś bliskim to szalenie ważna rzecz. Jest też w tym coś tajemniczego, no bo z treści wynika, że księżniczki, póki jeszcze żyły, były odwiedzane przez poddanych, którzy na ówczesnym etapie wędrowali sobie po galaktyce. Ustanie wizyt bynajmniej nie oznaczało, że nie były już nikomu niepotrzebne, ale co się stało? I dlaczego księżniczki nie zabrały się wraz z poddanymi? Na swój sposób jest to imponujące, jak wiele rzeczy realizuje opowiadanie rozpisane na mniej niż dwieście słów. Jest smutek związany z przemijaniem, ból utraty wszystkich i wszystkiego, nastrój sprzyjający refleksji, ale także pytania bez odpowiedzi, z pocieszającym akcentem na koniec. Znakomicie! Po takim opisie, „Zakupy” muszą być wagą ciężką w dziedzinie komediowych antyprzygód No i w sumie dużo się nie pomyliłem. No proszę, jakie przemiłe, ładne opowiadanie. Naprawdę, to było wprost urocze. Jedna strona, a jak cieszy. I ilość błędów pozostała konsekwentna! Brakujący przecinek, „jakiś” zamiast „jakichś”. Takie tam, idzie przywyknąć. Podobnie jak przy „Plotce” nie mam za dużo do napisania, niemniej wrażenia z lektury mam dużo, duże lepsze. Znów czułem się tak, jakbym odkopał jakieś stare opowiadanie konkursowe, ale to z tych pierwszych edycji, gdzie limity słów naprawdę były restrykcyjne, ograniczając uczestników do jakichś dwóch, może w porywach do trzech stron. A mimo to podczas lektury trzymało się mnie wrażenie kompletności, no i opisy zachowania Luny (żądanie monety, bo „taczki na zakupy” bidulka nie może zabrać ze sobą do marketu xD) sprawiają, że tego opowiadania nie da się nie lubić. A komediowy punch-line na sam koniec to istny majstersztyk i kiedy już myślałem, że autor odnajduje się w klimatach poważniejszych równie dobre, przybywają „Zakupy”, które na powrót nakazują mi sądzić, że nie, to komedia jest tutaj daniem głównym i tym, z czym realizowanie kolejnych pomysłów przychodzi z największą łatwością. Ogółem, kolejny zabawny kawałek tekstu, godny polecenia i przeczytania, na wolną minutkę. Nie da się do nie lubić. Ta ciekawska świata, wesoła Luna, której wszędzie jest pełno jest przeurocza. Po tytule kolejnego odcinka, domyślam się, że ma to być sequel do zakupów... A może i zwiastun nowej mini serii? W każdym razie, rzeczywiście, był to... prawie interquel, lecz nie rozgrywający się między dwoma kolejnymi częściami cyklu, a wewnątrz poprzedniego opowiadania. Dowiadujemy się bowiem jak wyglądały pierwsze zakupy Luny, zaraz po tym jak zgodnie ze swoim żądaniem otrzymała pieniążek, żeby wziąć taczkę na zakupy, a przed tym, jak powróciła do sklepu (w sumie, szkoda, że nie wybrała się do budowlanego) po cement dla siostry. Błędy się zdarzały, generalnie tej samej natury, co ostatnio. Na przykład: Bez tego drugiego „i” byłoby w porządku. W sumie, jak się teraz nad tym zastanawiam, im dalej, tym drobniejsze wydają się i tak sporadycznie występujące usterki. Bardzo dobrze, oby tak dalej. Bardzo fajnie, że opowiadanie czerpie z poprzednich części, co mimo randomowości poszczególnych odcinków i pojawiających się od czasu do czasu mini serii, nadaje całości większej spójności. Pamiętacie „Kryzys”? Słynne: „CZYMŻE TO JEST”? Pizza hawajska? Zatem miło mi oznajmić, że motyw ten powraca w „Zakupach”. A żart z nazwaniem kucy plebejuszami? Kolejny powrót. Zebry na kasie także przyprawiły o uśmiech na pysku. Oj, czemu te biedne zebry przeważnie są kojarzone z klasą robotniczą, ale takim jej naprawdę... niewdzięcznym (?) poziomem? Tempo akcji, jak na dwie strony, zostało zrealizowane w konwencji pościgu samochodowego rodem z filmu sensacyjnego. W ten sposób, dosyć prędko otrzymujemy wyliczenie różnych produktów do kupienia, których oczywiście Luna ani śmiała sobie odmówić. Chociaż są to proste przeróbki, tli się w tym coś kreatywnego – jest ta komediowa iskra, od której opowiadanie bardzo się podoba. Choc oczywiście najbardziej lśni sama protagonistka. W sumie, cieszy jej konsekwentna kreacja na przestrzeni ostatnich antyprzygód. Opisy spełniły swoje zadanie, był przyjemny, lekki, kreskówkowy klimat, no i ogólnie, dobrze się to czytało. Póki co, nie nudzi mnie ten styl humoru. Początek i Luna testująca drzwi świetna. PS: Z jakiegoś powodu, widząc tekst, pierwszym, co przyszło mi do głowy, był następujący obraz. Kamera ustawiona pod odpowiednim kątem, ukazująca kawałek automatycznych drzwi do marketu, ale tak tuż przy podłożu. Drzwi otwierają się, słychać kółka wózka. Po chwili w kadr wchodzi Luna, kręcona z dołu, tak, aby mieściła się głównie głowa. Rozgląda się uśmiechnięta, zafascynowana, jednocześnie leci „Ponymarket! Niskie ceny!” Idealna reklama. Sklep, w którym możesz spotkać Księżniczkę Podwójnego Zaćmienia Lunę, która sama ci kupuje pizzę hawajską? Tak oto kończę trzecie rozdanie opowiadaniem pod tytułem „Za siedmioma górami...”, które prawie okazało się drabblem. Prawie. Niestety, ale po tylu fantastycznych i udanych odcinkach, ten wydaje mnie się napisany na siłę. Nieźle się zaczyna, nic nie zwiastuje... no dobra, katastrofa to to nie jest, niemniej ten wpiórw Chrysalis na samym końcu, o ile ok, jest w tym coś humorystycznego, to jednak nic wartego zapamiętania. Odcinek nawet średnio wypada jako antyprzygoda, raczej jak próba adaptacji dowcipu. Takiego średniej klasy. Przynajmniej obyło się bez... Ech, a już miałem nadzieję. Przecineczek gdzieś uciekł. Ostatecznie, to chyba jedyny odcinek w tym rozdaniu, który nie przypadł mi do gustu i o którym nie jestem w stanie napisać nic więcej. Szkoda, jako że jest to koniec tej serii, ale z drugiej strony, nie można mieć wszystkiego. (Po zakupieniu zawartości dodatkowej do pobrania, w tym miejscu ukaże się podsumowanie oraz Top3 odcinków omówionych w ramach "Królewskich Antyprzygód" vol. III) No i to by było na tyle, przynajmniej na dzień dzisiejszy. Jeszcze raz najmocniej przepraszam za zaistniałą niedogodność i zapraszam do lektury nie tylko antyprzygód, ale i "WIELKIEGO BIAŁEGO KONIKA", którego już niebawem szybciutko skomentuję, bo jestem bardzo grzecznym recenzentem Pozdrawiam!
  20. „Obecność”, całą serię, pożarłem w trakcie jednego posiedzenia, co nie zabrało zbyt wiele czasu, w związku z czym mogłem zabrać się na inne fanfiki, które sobie upatrzyłem. Za to całkiem sporo czasu zajęło mi obmyślenie tego, co powinienem tu napisać, czego w sumie się nie spodziewałem. Niniejsza seria jest w swej konstrukcji i złożoności dość prosta, lekka w odbiorze i w gruncie rzeczy nie powinna przysporzyć kłopotów w trakcie recenzowania. A jednak, rozmyślając nad tym, co czytam, wpadłem na coś, o czym wcześniej nie pisałem, a co możliwe, że pasowałoby do niejednego fanfika. W tym sensie, że już spotkałem się z czymś podobnym. „Obecność”, choć tagami zapewnia nas o znanym motywie Biur Adaptacyjnych (No właśnie – czy wtenczas tag [Human] jest w ogóle potrzebny?), w rzeczywistości jest czymś więcej. Jest to swego rodzaju meta-fanfik, czyli dzieło samoświadome, chętnie odwołujące się, nawiązujące do fandomu jako takiego, ale także wykorzystujące w narracji postać autora (włączając w to jego oryginalną, kucykową postać/ ponysonę (tu nie jestem pewien)), komentującą jego poprzednie tytuły (w tym przypadku jest to „Rise of Equestria”), o wpleceniu w fabułę innych postaci z realnego świata, występujących pod określonymi nickami nie muszę wspominać. Jakby tego było mało, cykl fanfików D.E.F.S.a nie próbuje być parodią, lecz stara się opowiedzieć konkretną historię. Ba, od czasu do czasu w tekście przewinie się postać Diany, która wydaje się spajać te opowiadania z resztą dorobku autora, tworząc coś w rodzaju... multiwersum? D.E.F.S.owego Cinematic Universe? Coś w ten deseń. Samo w sobie, jest to ciekawe i chyba rzadko spotykane w naszym fandomie. Podróżującą po różnych światach Dianę znam z „Kronik Diany”, co z kolei przypomina mi o „Kronikach Diany” - opowiadaniach pisanych raczej „na poważnie”. Dlaczego o tym wspominam? Mimo opisu, a także zestawu tagów na to nie wskazujących, w trakcie czytania niejednokrotnie zbierało mi się na serdeczny śmiech, nie tylko w związku z rzeczami, o których czytałem, ale za sprawą ogólnego nastroju, no i tego, że „Obecność” okazała się meta-fanfikiem. Zawierającym chyba niezamierzone elementy komediowe. Z całą pewnością było to ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, że najnowsze opowiadanie z serii, „ISS Celestia” prezentuje nagłą zmianę w tonie i tematyce, serwując nam coś poważniejszego i, zapewne w zamyśle autora, tragicznego, posępnego, choć i ten tekst nie ustrzegł się przed motywami komediowymi, i tym razem te musiały być niezamierzone. Aczkolwiek mogę się mylić. Opowiem dokładnie o co mi chodzi później. A na razie, przyjrzyjmy się po kolei poszczególnym odsłonom tegoż cyklu. „Obecność” rozpoczyna się dosyć niewinnie. Ot, poznajemy naszego bohatera, podobnie jak jego znajome, których ścieżki – a jakże – skrzyżowały się dzięki wspólnym zainteresowaniom, wypływającym oczywiście z pewnego serialu o kolorowych, magicznych kucykach. Dowiadujemy się o miejscu akcji, nie zabraknie przy okazji kilku nawiązań do szeroko pojętej twórczości fandomowej. Po zlocie angielskich Bronies, przychodzi pora się pożegnać i wrócić do siebie, lecz jedna z towarzyszek głównego bohatera, Diana, niespodziewanie dołącza do niego z prośbą, by ten ją u siebie przenocował. To, co dzieje się potem, istotnie jest dziwnym, niewyjaśnionym zjawiskiem i nie mówię tu o miłosnym zbliżeniu z nierealistycznie rekordowym czasem „akcji”. Zanim jednak to nastąpi, rozwinięciu ulega wątek biograficzny. Poznajemy imię autora-protagonisty, jego wiek, sprecyzowaniu uległo miejsce akcji (do poziomu miasta), poznaliśmy tez mocno skróconą historię autora, czyli jak znalazł się w fandomie i ile to dla niego znaczy. Uchylono tez rąbka tajemnicy odnośnie tego, co można znaleźć w jego mieszkaniu. Z jakiegoś powodu zwróciłem szczególną uwagę na Christie Monteiro... W każdym razie, nie streszczając całości, mamy dwa główne wątki. Pierwszym, otwierającym (i zamykającym chyba też, jako iż dowiadujemy się skąd wzięła się inspiracja na „Po drugiej stronie lustra”) opowiadanie, jest wspomniany wątek biograficzny, zaś drugi, to po prostu relacja Sebastiana z Dianą, której prawdziwa tożsamość nie powinna być tajemnicą. Przeróżne wątki poboczne, są to wydarzenia, które w gruncie rzeczy nadawałyby się albo na oddzielne opowiadania albo na rozszerzenie „Obecności”. Dowiadujemy się m.in. o tym, że Diana randkowała sobie z Sebastianem w najlepsze... mając męża i córeczkę. Dlaczego wybrała właśnie jego? A bo chłopak stał sobie na uboczu, trochę wycofany i przydaliby mu się przyjaciele. No dobrze, a jak ona w ogóle tu trafiła? Autorki wynalazek umożliwiający podróże między wymiarami. Jak się okazuje, Pinkie Pie to za mało, lecz Applejack z Equestrii również ma już męża, którym jednak jest Fire Sky. Ten sam Fire Sky, którego stworzył Sebastian. Masa rzeczy, masa wątków, która jednak zostaje nam tylko wspomniana w trakcie konwersacji między Dianą/ Pinkie Pie (Aha, z ludzkiej formy potrafi swobodnie przechodzić w formę kucykową.) Jest to materiał, który, jak już wspominałem, zresztą nie tylko ja, spokojnie starczyłby na więcej fanfikcji. Rozbudowaniu uległaby relacja głównego bohatera z Dianą, być może dowiedzielibyśmy się czegoś więcej o tym, co lubią robić, czym się zajmują na co dzień, jak spędzają wolny czas itp. Dzięki temu wątek ten stałby się nie tylko wiarygodniejszy, ale i scenka wyjawienia prawdy i rozstania mogłaby nabrać ciężaru emocjonalnego, realizując tag [Sad]. A tak, jak jest teraz... Kurczę, znowu! Rzeczy po prostu się dzieją, akcja leci na łeb, na szyję, wprawdzie otrzymujemy dużą dozę faktów, co pozwala nam ekspresowo poznać głównego bohatera, ale... no właśnie – ekspresowo. Nic nie wydaje się tu być wprowadzone do fabuły w sposób organiczny. O wątku Applejack oraz tym, co się dzieje w prawdziwej Equestrii nie wspomniałem, gdyż akurat to otrzymało swój kawałek fanfikcji. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ. „Po drugiej stronie lustra” przeczytałem. No i cóż, to prawda, że to tam znajduje się rozwinięcie niektórych wątków wspomnianych w „Obecności”, ale... Ech, ten tekst BARDZO potrzebuje remake'a, co najmniej tak samo, jak „Obecność” rozszerzenia. No, chyba, że już gdzie były te wątki opisywane, tylko ja tego nie znalazłem/ nie przeczytałem. No to przepraszam. Niemniej, zważywszy na to, w którym roku ukazało się „Po drugiej stronie lustra”, nie wspominając o „Rise of Equestria”, myślę, że jest to całkiem imponujące, jak bardzo autor czerpie z własnej twórczości i jak daleko sięga historia jego wielowymiarowe uniwersum. Muszę przyznać, że aż do teraz nie miałem tej świadomości. Szczęśliwie, opowiadanie jest napisane o niebo lepiej, niż wyżej wymienione dzieła, aczkolwiek do w pełni poprawnej formy jeszcze trochę brakuje. Zdaje się, że już się z tym spotykałem, bodajże przy okazji „Kronik Azumi”. Wielkie litery tam, gdzie nie powinno ich być, błędy interpunkcyjne, kropki nie tam gdzie trzeba, brakujące kropki, dywizy zamiast półpauz, brakujące wcięcia, te rzeczy. Wydaje mnie się, że autor, mając naprawdę ciekawe, wręcz świetne pomysły, chęci oraz wizję, nieustannie ma kłopot z wykonywaniem tychże pomysłów, zarówno pod kątem merytorycznym, jak i pod względem formy. Cieszy jednak fakt, że robi postępy. Powoli bo powoli, ale jednak. I bardzo dobrze! Ostatecznie, „Obecność” to jednocześnie klasyczny przykład niewykorzystanego potencjału, jak i przypadek chęci zrealizowania zbyt wielu rzeczy, w zbyt skromnej formie. Nieodpowiedniej formie. Niekoniecznie powinien to być wielorozdziałowiec, ale zbiór trzech tekstów, po 10-15 stron każdy? Początki Sebastiana i poznanie Diany, te +dwa miesiące spędzane razem, a na końcu wieczór rozstania i ujawnienie tego, co tu Diana porabia, kim jest i po co to wszystko. Moim zdaniem tak by było idealnie. Nie za długo, nie za krótko, w sam raz, by we wszystko wprowadzić czytelnika stopniowo, organicznie. Pozwolić mu poznać te postacie, uwierzyć w ich relacje, sprzedać uczucia, emocje, zgłębić poruszane problemy. A tak, jak jest teraz, mamy coś, co wydaje się być wyciągnięte z szerszego kontekstu i mocno okrojone. Niedosyt to za mało – po prostu czytelnik pozostaje skołowany z pytaniem nie o to, co właśnie przeczytał, lecz kiedy to się w ogóle wydarzyło. Gorąco zachęcałbym autora do rozważenia fanfika i napisania rozszerzenia, bo pomysły są dobre i ciekawe, mogłaby to być naprawdę wciągająca meta-fanfikcja – coś, czego na forum BARDZO brakuje. Aha, jedna rzecz, która powtarza się notorycznie, nie tylko tutaj: To jest Madeleine. M(A)d(E)l(E)in(E): A-E-E-E. Nie: A-E-A-E. Pora na „Powrót do Equestrii”. Generalnie, nie mam ochoty streszczać wątku, nie z lenistwa, bynajmniej, lecz przez to, że to w gruncie rzeczy niemalże to samo i w dodatku wedle podobnego schematu. Ot, mamy wątek biograficzny, dzięki któremu poznajemy głównego bohatera (najistotniejszą informacją wydaje mnie się tutaj timeskip, ale to można odczytać bezpośrednio po załadowaniu dokumentu Google), a potem wątek relacji z postacią żeńską,tym razem nie Dianą, a Dorotą. Która oczywiście okazuje się kimś innym, niż niby jest. Ciekawie się robi pod koniec, gdy jednak Diana przybywa z odsieczą (tak jakby), oczywiście w swoim DeLoreanie, opowiadając co nieco o tym, co porabiała, po czym zabiera bohatera w nieznane... W sumie, jak za zakończenie opowiadania, zabieg ów okazał się trafiony – no bo czytelnik ciekaw jest, co będzie dalej, dokąd zaprowadzi go wyobraźnia czytelnika, jak potoczą się losy bohaterów, a przede wszystkim, o co tutaj chodzi i dlaczego stało się to, co się stało. Jest to jednocześnie wyeksponowanie problemu, na który już natrafiłem, przy okazji czytania innych opowiadań autora. Mianowicie, wielokrotne powtarzanie informacji, o których już wiedzieliśmy. Dotyczy to głównie wątku biograficznego, aczkolwiek znajdą się jakieś nowe szczegóły, szczególiki (np. wspomnienie o matce Applejack, czyli Pear Butter),więc ostatecznie nie jest to tak duży problem. No i jak nietrudno się domyślić, podzielam zdanie mej przedmówczyni, że chyba miało być na serio, a wyszła krótka komedyjka, coś jakby wstęp do czegoś większego... Ale i tak okrojony. Podobnie jak w „Obecności”, akcja leci szybko, czytelnikowi prezentowane są kolejne fakty i wydarzenia, lecz nie wiemy co, jak i dlaczego. Nie wspominając o wrażeniu wtórności. Odniosłem też wrażenie, że autor troszkę za dużo uwagi poświęca samemu sobie. Nie zrozumcie mnie źle, dobrze, że chce się nam przedstawić, na pewno nie przeszkodzi to w zbudowaniu więzi z czytelnikiem, a tylko pomoże, ale co z pozostałymi postaciami? Z tego, co widzę, są dosyć istotne, a jednak potraktowane zostały po macoszemu. Znów muszę zgodzić się z Cahan. Myślę, że czytelnicy, którzy przebrnęli przez całą serię, z pewnością chcą poznać moje zdanie o „niegrzecznej” scence, którą uświadczymy w drugiej odsłonie cyklu Nie poczułem się niekomfortowo w żadnym momencie, wręcz przeciwnie – było zabawnie. To chyba ten moment komediowy, który mógł być zamierzony. Za pierwszym razem parsknąłem śmiechem, gdy ta zaczęła go całować i przykuwać do łóżka – wyobraziłem sobie Dumblydore'a, który wyważa drzwi (ewentualnie wychodzi zza winkla) z okrzykiem „WHAT THE HELL ARE YOU DOING YOU MOTHERFUKERS!” A za drugim razem jak sprytna Dorotka z niego schodzi i kradnie figurkę. Jak, dlaczego, po co? Tego nie wiem, ale było zabawnie. I sympatycznie. I jakoś tak... studencko? Co do formy, no to opowiadanie ma ten sam kłopot, co poprzednia część, plus brak justowania. No i niestety, muszę zgodzić się po raz trzeci, tj. opowiadanie niezbyt sobie radzi, ani jako sequel, ani jako samodzielny twór, wydaje się wyciągnięte z kontekstu, bez którego – niestety – nijak idzie ogarnąć co się dzieje i dlaczego, w ogóle, jaki jest tego cel. Otrzymujemy wprawdzie przebłyski pod koniec, lecz brak wrażenia, że historia ma jakiś jeden, główny cel, do którego będzie zmierzać z biegiem czasu. Jeśli jednak miałbym wybierać, powiedziałbym, że „Powrót do Equestrii (No właśnie – jaki powrót? Niczego takiego w opowiadaniu nie było.) wypada lepiej. Najzwyczajniej w świecie więcej się dzieje, no i jest zabawniejszy. W ten sposób docieramy do „Chip: Poniedziałek”. No i będę szczery – jak dotąd to chyba najlepiej i najkompetentniej napisane opowiadanie, lecz jednocześnie... jest to tekst, o którym mam najmniej do powiedzenia. Sam nie wiem, ale musiałem przypomnieć sobie treść nim przystąpiłem do komentowania tejże odsłony cyklu. Dlaczego, tego nie wiem. Wiem natomiast, że ciekawe i całkiem zabawne jest to, że w każdej części fabuła rozpoczyna się od tego, że główny bohater poznaje/ spędza czas z nową postacią żeńską. W „Obecności” była to Diana, w „Powrocie do Equestrii” Dorota, zaś w „Chip: Poniedziałek” mamy Angelę. Urocze. Jest to jednak jedyne, co zostało po formule z poprzednich opowiadań – wątek biograficzny praktycznie nie występuje, po prostu lecimy dalej z fabułą, bez powtarzania tego, co już było. Akcja toczy się w podobnym tempie, aczkolwiek tutaj nie mam tak silnego wrażenia wyrwania z szerszego kontekstu, co wcześniej, choć z drugiej strony rzeczywiście, opowiadanie przypomina zlepek kilku scenek, jakby w ogóle ze sobą niezwiązanych. Ale! Jeżeli wejść w to głębiej i wziąć pod uwagę wątki z poprzednich części... Do niczego konkretnego nie dochodzimy Co jest jednocześnie dobre i złe. Dobre, bo można sobie pospekulować, poteoretyzować, co to właściwie znaczy i o co chodzi. Złe, no bo poszlak jest za mało. Ostatecznie, podtrzymuję swoje zdanie, że poszczególnym opowiadaniom przydałby się rozszerzenia. Albo kolejne części serii, prequele. Na szczęście, w odróżnieniu od „Powrotu do Equestrii”, tekst radzi sobie jako samodzielne dzieło, a także jako sequel, choć tylko, jeżeli rzeczywiście pobudzimy wodze wyobraźni i spróbujemy dopowiedzieć sobie resztę. Wiemy, że bohater jest w kontakcie z Dianą... To znaczy, wie jak ją „przywołać”, a sama Diana może podróżować po różnych wymiarach i wydaje się wiedzieć, co jest grane i o co chodzi, jak sugeruje „Powrót do Equestrii”. Znała prawdziwą tożsamość Doroty oraz sprawiała wrażenie, jakby wiedziała doskonale dlaczego spryciara zawinęła akurat tę figurkę, a nie inną. I rzeczywiście – to chyba nie jest przypadek, że w „Poniedziałku” występuje Luna we własnej osobie (motyw z pierożkami świetny), ten święcący kot też na pewno coś znaczy. Niewykluczone, że i Angela ma swoja prawdziwą, kucykową formę, a może tym razem jest inaczej... Ale raczej nie. Wszystkie te poszlaki wydają się prowadzić do pojawienia się sfery, co oczywiście następuje, na końcu opowiadania. I tak, był to pełen powiew old schoolu, do tego zrealizowany bardzo, bardzo dobrze. Niestety, „na surowo”, nie wiemy kim jest Angela (jeśli miałbym strzelać, to z uwagi na te zwierzątka, postawiłbym na Fluttershy), co to za świecący kot (może jakaś magiczna forma Luny, a może to faktycznie był sen i ta raczyła wpaść odwiedzić w nim protagonistę), skąd się wzięła Luna w jego mieszkaniu oraz co to ma wspólnego z pojawieniem się sfery. Trzeba to sobie dopowiedzieć... A może poszukać wskazówek w pozostałych opowiadaniach, spoza „Obecności”, acz połączonych z nią poprzez postać Diany. Hm, a co jak ten koteł to był kręcący się koło Fluttershy Discord? Kwestia mówiona jest tylko jedna. I oczywiście są dywizy zamiast półpauz. Autorze, miałeś jedną wypowiedź... No i w jednym miejscu jest wielokropek składający się z czterech kropek. Ten znak interpunkcyjny jest za mały dla wszystkich kropek. Ale poza tym? Naprawdę dobrze, bez poważniejszych zastrzeżeń. Tekst jest wyjustowany, akapity pooddzielane od siebie, fragmenty wyśrodkowane i pisane kursywą zostały od reszty oddzielone tak, by nie zaburzyć kompozycji, wizualnie jest schludnie, dobrze się to czyta. Opisy robią robotę, jest tez odpowiedni, staroszkolny klimat. Widok postępów dokonujących się w twórczości danych autorów zawsze cieszy, toteż nie pozostaje mi nic innego jak złożyć D.E.F.S.owi gratulacje, no i pochwalić również za to, że tekst kończy się a taki sposób, że człowiek jest ciekaw ciągu dalszego i ma ochotę przeczytać więcej. Myślę, że zarówno jak na warunki serii, jak i wielorozdziałowca, to idealna perspektywa, by zatrzymać przy sobie czytelnika i sprawić, by tekst nie opuszczał jego myśli. Choć zaprezentowany tekst, sam w sobie, wydaje się być wewnętrznie... Hm, nazwijmy to „disjointed”, o tyle wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Wreszcie czuć, że autor miał kontrolę nad swoją wizją i że nic mu nie uciekło w trakcie pisania... a mimo to nadal wydaje się to jakieś rozstrzelone. Scenki są sfocusowane wewnętrznie, ale ze sobą nawzajem już nie bardzo. No nic, grunt, że był odpowiedni klimat, że czytało się to dobrze i lekko, no i że zakończenie zrealizowane zostało na tyle kompetentnie, że naprawdę mam smaka na ciąg dalszy. I w końcu dotarliśmy – jak dotąd najnowszy odcinek „Obecności”, czyli „ISS Celestia”. Od czego by tu zacząć? Przede wszystkim, zaskoczyła mnie nagła zmiana w... formatowaniu. Pogrubienie i większe ilości naraz kursywy to jedno, ale co się stało z justowaniem? A już było tak dobrze. Oczywiście jeśli pominąć dywizy, wielkie litery nie tam, gdzie trzeba, interpunkcję, która utyka... Ale zaraz, zaraz, co się stało z akapitami? Jeden fragment najwyraźniej ma aspiracje, by zostać ścianą tekstu. Ech, niedobrze. A już chwaliłem autora za postępy. Jak to jest, że ma taki kłopot z utrzymaniem w miarę jednolitej technicznie formy dłużej niż jedno opowiadanie? Na szczęście, gdy już zatopimy się w lekturze, odkryjemy lekki, przyjemny w odbiorze styl znany z poprzedniej części. Co więcej, to opowiadanie rzeczywiście jest poważniejsze, co ma sens, zważywszy na to, że kontynuuje wątek sfery, która, jak się okazuje, nieustannie się powiększa, przez co ludzie albo są zmuszeni przejść ponyfikację, albo zginąć... Ewentualnie przenieść się gdzie indziej. I tutaj jestem ciekaw, czy autor mógł inspirować się filmem „Don't look up”, bo w sumie tak mi się skojarzyło. Tylko zakończenie okazało się nieco... lepsze (?) dla ludzkości. Ale czy na pewno? No chyba jednak nie, co zresztą zostało wcześniej oświadczone przez osoby, które w fanfiku wystąpiły. Z tego, co widzę, tak z zaskoczenia. Ciekawe, ciekawe, jak na meta-fanfikcję świetne. No i tak jak bodaj na początku zapowiadałem, to jest ten najprawdopodobniej niezamierzony efekt komediowy, który całość załamuje w krzywym zwierciadle, przez co mimo poważniejszej narracji, a także ogólnie przygnębiającego nastroju, trudno mi potraktować tekst zgodnie z zamysłem autora. W niedalekiej przeszłości miałem przyjemność poznać postacie występujące w opowiadaniu w prawdziwym życiu i to dwa razy jakby za pierwszym razem się nie nagrało. Stąd wiem jak oboje brzmią, jaką mają manierę mówienia, jaka towarzyszy temu mimika i gestykulacja, i jest to dla mnie wprost przezabawne, gdy czytam rzeczy, które autor opisał w swoim opowiadaniu, wiedząc doskonale, że to nie tak, że to out of character, ale mimo to próbuję to sobie wyobrazić i to jest... świetne Naprawdę. Nawet, jeżeli nie taka była intencja, to i tak świetnie się bawiłem. Odstawiając to na bok i udając, że ok, odbudowanie ludzkości z pomocą Cahan i Dolara byłoby możliwe, otrzymujemy porcję staroszkolnego [TCB], utrzymanego w nastroju nieuchronnej apokalipsy, przed którą ostatni ludzkości próbują się bronić, ze światełkiem w tunelu – czymś, co ma budzić nadzieję, a przy okazji nakręcić czytelnika na ciąg dalszy, który, z tego co widzę, ma nastąpić. Abstrahując od formatowania, pomysł został zrealizowany kompetentnie i to jest chyba najspójniejsza odsłona cyklu. Nic nie wydaje się wycięte z kontekstu, nic nie sprawia wrażenia jakby było z innej bajki, mało tego, fanfik jak najbardziej radzi sobie jako samodzielny twór, poza tym, że kontynuuje zakończenie „Poniedziałku” i robi to dobrze. Mimo poważniejszej otoczki, w którą ubrano treść, nadal jest ona lekka w odbiorze, no i działa na wyobraźnię. Na tyle, że czytając, cały czas miałem w głowie coś takiego, że opisywana rzeczywistość nie jest miejscem, do którego chciałbym trafić, zaś przedstawione wydarzenia nie są czymś, czego chciałbym doświadczyć na własnej skórze. D.E.F.S. napisał to nie tylko dobrze, ale i przekonująco. Dodatkowym urozmaiceniem jest także zabawa narracją – połączenie pierwszej osoby (fragmenty pisane kursywą) oraz trzeciej. Nadal nie rozumiem po co to pogrubienie, ale ok, przynajmniej konsekwentnie pogrubiony jest cały tekst. Dlaczego okładka nie jest wycentrowana na pierwszej stronie, tylko widnieje sobie gdzieś bliżej prawego, dolnego rogu strony, tego nie wiem. No, nie można mieć wszystkiego. Tym razem wątku biograficznego nie ma, ale mamy za to mocno skróconą historię fandomu; od premiery serialu poprzez inwazje internetu, na sferze oraz potwierdzeniu, że fanfikopisarze okazali się prorokami kończąc. Dalej jest już właściwa akcja. Ogółem, jak na razie muszę przyznać, że merytorycznie jest tutaj tendencja wzrostowa i pchanie akcji do przodu, zamiast powtarzanie znajomego z „Obecności” schematu, niestety forma pozostaje niejednolita – raz jest nawet dobrze, a raz wielu rzeczy brakuje. I co ja poradzę? Polecam znalezienie prereadera, a przede wszystkim korektora. Albo chociaż umożliwienie sugerowania w dokumentach. Konkludując, moje wrażenia są... jak najbardziej umiarkowanie pozytywne Wspominane wielokrotnie elementy komediowe, zamierzone czy nie, nie są dla mnie wymówką, by cokolwiek wyśmiewać, bo tak nie jest. Nie wyśmiewam niczego, komentuję po prostu gotowy produkt, a śmiech świadczy o tym, że dostarczył mi sporo rozrywki i dobrze spędziłem przy nim czas. Mimo zastrzeżeń, dostrzegam postępy oraz pomysł, dobry pomysł, a już samo to jest czymś pozytywnym. Wykonanie mogło być dużo, dużo lepsze, choć nie można odmówić „Obecności” lekkości odbioru oraz klimatu. Staroszkolnego klimatu. No i przyznam, że nie miałem świadomości tego, jak rozległe jest autorskie multiwersum D.E.F.S.a. Niestety, nie wydaje mnie się, by wykonanie poszczególnych opowiadań komplementowało ten, bądź co bądź, ambitny koncept. Szczęśliwie, wiele wskazuje na to, że wraz z kolejnym popełnionym opowiadaniem autor nabiera doświadczenia i uczy się lepiej pisać, może nie odbywa się to w zbyt imponującym tempie, ale ważne, że się dokonuje. To, że jest kłopot z utrzymaniem tejże lepszej jakości, to zupełnie inna bajka. Tu potrzebny jest korektor, a przynajmniej prereader, który będzie przypominać, że tekst powinien być wyjustowany, kiedy użyć małych, a kiedy wielkich liter, no i zwracać uwagę na zapis dialogowy. Pozostaje mi życzyć powodzenia w dalszym pisaniu oraz jak najwięcej weny. „Obecność” to zaledwie jeden z wielu tytułów, który potrzebuje rozszerzenia, a może i kompletnego reworku, by w pełni rozwinąć drzemiący w pomysłach autora potencjał. Pozdrawiam serdecznie!
  21. Opowiadanie kojarzę z Kącika Lektorskiego, podobnie jak to, że przy tej okazji był niezły ubaw w związku z jego treścią. Fakt, iż tekst – wraz z całą idącą z nim komedią – oparty jest na dialogach oraz wtrąceniach, oszczędnie gospodarując opisami, sprawia, że jest to idealny fanfik do odczytania z podziałem na role. Przyznam, że zakończenie zdążyło wylecieć mi z głowy, nie jestem pewien, czy tekst wydał mnie się „urwany”, gdy jego czytanie na Kąciku dobiegło końca, czy też było to spowodowane tym, że opowiadanie... w sumie nie kończy się w jakiś imponujący, wyrastający ponad przeciętność sposób. Co chyba byłoby trudne, zważywszy na to, że chyba cała pula niespodziewanych zwrotów akcji została już wyczerpana, do tego stopnia, że kolejne ujawnienia się Podmieńców wśród kucyków stały się w pełni przewidywalny, w ogóle,cały motyw został przerysowany, wyolbrzymiony ponad miarę. Nie wspominając o tym, że opowiadanie zostało napisane w taki sposób, że w sumie mogłoby się tak ciągnąć i ciągnąc bez końca, no bo skoro istnieją podwójni agenci, to mogą być i potrójni i poczwórni, i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście, wspomniane wyolbrzymienie było zamierzone. Zresztą, opiera się na tym cały humor. Tutaj bez zarzutu, potencjał bez wątpienia zrealizowany i to z nawiązką. W sumie, to zgadzam się z Cahan, że akcja leci trochę za szybko, choć z drugiej strony, wyobrażam sobie częstsze i dłuższe opisy. Jeżeli nie byłoby tam żartów sytuacyjnych takich, które przebiłyby te, co już są, no to wydaje mnie się, że na dłuższą metę z takich extra opisów nie byłoby pożytku. Co najwyżej sztuczne zatrzymywanie akcji i przeciąganie opowiadanie, które chyba i tak już wystarczająco się ciągnie... głównie przez to, że każdy kolejny zwrot akcji opiera się ciągle na tym samym. Ale klimatu mu nie brakuje, podobnie jak pewnej dozy serialowości, co sprawia, że bez problemu potrafię to sobie wyobrazić na ekranie, może nie jako specjalny short, ale jakiś żart, dowcip. No bo w sumie jest to całkiem zabawne, zrealizowane w sympatyczny sposób, no i póki znajome postacie przypominają znajome postacie (wizualnie), trzeba przyznać, że są oddane całkiem wiernie. Przewinęły się nawet zupełnie nowe charaktery! No, a właściwie to jeden, w postaci króla Chityna. Lorda Chityna? No właśnie – chociaż jest to komedyka zrealizowana dobrze, sprawnie, lekka i przyjemna w odbiorze, ma tę niefajną cechę, że dosyć prędko wylatuje z głowy. Z jednej strony powinno to powodować, że można ją ciągle odkrywać na nowo, ale z drugiej... już za pierwszym razem pomysł stracił swoją świeżość. Jak wspominałem, ciągle te same zwroty akcji, aż w pewnym momencie czytelnik się ich spodziewa. Chyba najbardziej mnie zaskoczyło to, że Celestia najwyraźniej serio była Celestią... Albo był to naprawdę dobrze zakamuflowany i konsekwentny Podmieniec. Ale serio, co, jeśli żyliśmy w kłamstwie i magiczne kucyki nigdy nie istniały, tylko Podmieńce same się złapały we własnej wyobraźni? To znaczy, tak mocno uwierzyły w kucyki, że same stworzyły ich społeczność i same się nimi stały... aż do teraz? Forma w porządku, nie licząc brakujących półpauz, na rzecz dywiz, plus sporadyczne literówki czy wpadki interpunkcyjne, niewielkie rzeczy. Jak na tamte czasy to i tak naprawdę przyzwoita forma. Myślę, że jest to ten typ opowiadania, które zdecydowanie wypada lepiej, gdy jest czytane i słuchane przez kogoś. Bo w zależności od tego, na kogo wypadnie, tekst może zostać wykonany nieco inaczej, w trakcie czytania mogą się przytrafić jakieś wpadki itd. stąd myślę, że to jest jedyny sposób, w jaki tekst mógłby zyskiwać nowe życie wraz z każdym kolejnym czytaniem. Może być przy tym sporo śmiechu, a może też być coś nietypowego, np. jeśli ktoś spróbuje odczytać do na poważnie, dramatycznym tonem albo jeszcze jakoś inaczej. Nie wiem. Ale jak na klasyczną komedyjkę z dawnych czasów, tekst zestarzał się całkiem dobrze i można poświęcić mu nieco czasu również dzisiaj. Przekład, poza wymienionymi usterkami w formie, bez zarzutu, czytało się to naprawdę dobrze po polsku. Co do minionów – uważam, że była to trafna decyzja. Klimat swój to ma, może rozbawić. Wszystko gra, zapraszam do lektury
  22. Ynabejyw fanfik, nie ma co Tylko proszę mi nie wlepiać warna, bo przecież napisałem wyraźnie, że ten fanfik jest po prostu prześwietny! A tak na serio, to jestem pewien, że po raz pierwszy usłyszałem ten tekst na kanale miśka200m, tylko nie jestem pewien kiedy to było. Jesień 2012? Chyba, chyba. Ale na pewno jeszcze nie byłem zarejestrowany na forum. Tak sobie słuchałem, z ciekawości. Miłe wspomnienia. Przede wszystkim, pomimo tego, że całość jest zbudowana na tym, że ta z pozoru niewinna, kreskówkowa postać, której imię widnieje zresztą w tytule historyjki, poznaje brzydkie słowo, po czym uradowana zaczyna się tym chwalić na prawo i lewo, nawet nie wiedząc, co ono tak naprawdę znaczy. Jak ci aspirujący nastoletni pisarze creepypast, którzy chcąc brzmieć poważniej używają zaawansowanego słownictwa, oczywiście nie mając pojęcia co oznacza jakieś 90% tych słów, które zresztą są użyte błędnie. Koniec końców, jest z tego masa śmiechu. Ale przyjaciółkom Pinkie – a przypomnijmy, Pinkie zna każdego kucyka w Ponyville – bynajmniej nie jest do śmiechu. To nie jest pół słownika, a zaledwie jedno słowo, za to o wielu znaczeniach. Kłopot w tym, że to „wiodące”, budzi wśród kucyków przeróżne skojarzenia, zaś kontekst potrafi niekiedy zasugerować... co najmniej niepokojące intencje głównej bohaterki. Prowadzi to do niejednej kuriozalnej sytuacji, gdyż ta, w swej słodkiej niewiedzy, intencje ma jak najlepsze. Zawsze. Efekt potęguje fakt, że wszyscy wokół Pinkie najwyraźniej znają nowe słowo doskonale, co zmusza mnie do zadania jednego, szalenie istotnego pytania – jakim cudem ona jedna się uchowała? To może od razu poruszę kwestię formy, czyli jedynej rzeczy, która mi zgrzyta, jednakowoż, z uwagi na datę publikacji niniejszego przekładu, jestem w stanie to wybaczyć... Tradycyjnie zamiast półpauz mamy dywizy, co ciekawe, kiedy w tekście przewijają się dialogi, wszystko jest w porządku, jeśli chodzi o wcięcia, nie wiem tylko dlaczego zabrakło ich przy zwykłej narracji. Aczkolwiek, niektóre akapity mają wcięcia. Na przykład na początku fragmentu z Applejack i Apple Bloom. Dziwna sprawa. Jeśli chodzi o sam przekład, no to oczywiście okazał się przemiodny do czytania, w trakcie tłumaczenia klimat nie stracił nic a nic, po tekście się płynie, czytanie to sama przyjemność. I muszę przyznać, że nawet dzisiaj, mimo tego, że pomysł nie jest już pierwszej świeżości (acz mając do czynienia z fanfikiem, nie musimy przejmować się cenzurcią, która przy co niektórych odcinkach klasycznych kreskówek jednak się pojawiała), uśmiechałem się podczas lektury. Śmiałem się. Tekst wciąż bawi i rozśmiesza. Doskonale! Muszę przyznać, że w sumie jestem zaskoczony tym, jak, mimo wszystko, tekst zachowuje w sobie szczyptę serialowego klimatu, co prawie... prawie czyni go materiałem na jakiś sekretny odcinek. Może jakiś, hm, wewnętrzny bonus, tylko dla oczu scenarzystów. Nie wiem, może mini odcinek, wykonany w charakterze prezentu urodzinowego dla głównego reżysera? Hm, gdzie już widziałem coś podobnego? Myślę, że to głównie za sprawą znakomicie, wiernie oddanych postaci kanonicznych. Nie tylko Pinkie, w ogóle, główne bohaterki, wypadają niemalże jak żywcem wyciągnięte z serialu. Ich interakcji prezentują się bardzo podobnie. Plus pewna schematyczność, polegająca na tym, że Pinkie spotyka po kolei wszystkie przyjaciółki, wraca do siebie, po czym powraca do niej klient, od którego wszystkiego się zaczęło, by dać nam puentę, ten komediowy punch-line, na który czekaliśmy. Coś, co robią tego typu animowane produkcje. Ostatecznie, doskonale było powrócić do tego tekstu... To znaczy, w reszcie zapoznać się jego wersją „do czytania”, bo tę „do słuchania” znam bardzo dobrze. Opowiadanie oczywiście polecam, nawet p tylu latach radzi sobie dobrze. Zajebiście dobrze
  23. O, kolejne opowiadanie konkursowe. I również z 2013 roku! Jak widzę, nieskomentowane, ale czy było przeze mnie przeczytane? Nie było. Na to nadrabiam kolejne zaległości, tym wkraczając w niesamowity crossover kucykolandii z obszernym uniwersum Kapitana Bomby, choć crossover to wcale nie musi być właściwe słowo, mimo że to właśnie sugerują tagi. Wiemy, że Ziemia NIE leży w galaktyce Kurvix, ale czy leży w niej planeta, na której znajduje się Equestria? Czyżby Twilight, wysyłając Rainbow Dash ku nieznanemu (domyślnie miała to być przeszłość), nieświadomie doprowadziła do uratowania całej galaktyki przed kosmitami? A może, skoro to przeszłość, przyczyniła się do powstrzymania sułtana kosmitów, coby ludzie mogli przejąć całą galaktykę Kurvix, ale tylko po to, by potem ta została zdominowana przez kucyki, nim te powróciły do poziomu średniowiecza? Ech, tyle tu możliwości, a ja jeszcze się nie zabrałem za komentowanie Ogółem, historyjka wygląda tak, że Twilight rekrutuje znaną i uwielbianą przez wszystkich Rainbow Dash, na stanowisko MŁODSZY KRÓLIK DOŚWIADCZALNY, by przetestować swój najnowszy wynalazek, który ma tęczogrzywę wysłać w przeszłość, a potem samoistnie przywrócić ją do czasu obecnego. Haczyk jest taki, że nie wolno jej niczego zmieniać. Muszę przyznać, że od początku opowiadania miałem wielkie zaufanie do Twilight. Wiedziałem, że nie popełniła błędu i wszystko będzie zrobione bardzo dobrze. W ten sposób Rainbow Dash staje obok znanego polskiego bohatera narodowego – Tytusa Bomby – oraz dwóch Tępych Chu... Chuliganów – Sebastiana Bąka i Janusza Srama. Wspólnymi siłami wdzierają się do bazy sułtana kosmitów, by ostatecznie zakończyć wojnę!!!!!!! Pierwsza rzecz – dopisek „pełna wersja” sprawił, iż mimo wszystko po opowiadaniu spodziewałem się wiele. No bo jakby nie patrzeć, w uniwersum Bomby, zwłaszcza w roku 2013, wystąpiło mnóstwo przeróżnych, groteskowych gatunków kosmitów (oczywiście niezmiennie mają polskie imiona np. Bartek i Piotrek), których potencjał komediowy przy spotkaniu z inną groteskową istotą typu Rainbow Dash wydaje się dostatecznie szeroki, by zmontować z tego coś na kształt odcinka specjalnego tejże zacnej, paintowej produkcji. Gabaryty opowiadania nieco ostudziły mój entuzjazm, ale się nie poddałem. No i po skończonej lekturze... Kurczę, jest niedosyt, jest poczucie, że tego mogło być tam dużo, dużo więcej (zwłaszcza, że limit konkursowy nie powinien już obowiązywać), ale z drugiej strony... być może w takim wypadku nie byłoby takiego tempa. Ogółem, choć opisów nie ma zbyt wiele – akcja prowadzona jest głównie dialogami i przewijającymi się między nimi żartami sytuacyjnymi opartymi o Kapitana Bombę – akcja pędzi szybko, ale jeszcze nie za szybko, dając idealne wręcz wrażenie klasycznego, króciutkiego odcinka z Bombą. Bo te pierwsze, najpierwsiejsze odcinki, takie właśnie były. Małe shorty, charakterystyczna, paintowa kreska, absurd, groteska i oczywiście wulgaryzm wulgaryzmem na wulgaryzmie pogania. Plus genitalia. I gówienko do wąchania dla Kurvinoxów. No właśnie – chociaż protagoniści (nie zawsze umyślnie, co widać po poczynaniach Rainbow) bohaterko robią ser szwajcarski z niezliczonych zastępów Kurvinoxów, żaden z obcych nie zostaje przyłapaniu na wąchaniu stolca. Przecież tu się aż prosiło o Rainbow, która popuszcza pod wpływem potęgi laserowej dzidy i za moment lecą tam kosmici (różni, Domino, Mikołaj itd.), żeby spróbować zapachu prawdziwego, kucykowego g... Ano, to może ostrzegę przed małym spoilerem. Ale malutkim, takim tyci tyci. Już? OK. Uważam zatem, że o ile wyszło fajnie i dosyć wiernie względem crossoverowanego uniwersum, szybko, wartko, z charakterystycznym humorkiem, o tyle pełen potencjał tego pomysłu nie został wykorzystany, gdzieniegdzie znajduję fragmenty, gdzie to, co już jest, mogło być napisane nieco lepiej. Co do formy, to jest... Kurczę, niby nic takiego nazbyt poważnego, a jednak odnoszę wrażenie, że ona również mogła być dużo, dużo lepsza. O dywizach zamiast półpauz nie chcę już wspominać, bo jak na tamte czasy była to istna plaga, ale zwróciłem uwagę na interpunkcję. Zresztą, nie tylko interpunkcję – w tym zdaniu czegoś brakuje. Powaliła na ziemię, ale co? Ją. Tę istotę, o której chwilę temu była mowa w zdaniu. Tak, tak, będą dywizy. Poza tym, po „poirytowanej” powinna być kropeczka. Poprzednia wypowiedź zakończyła się wykrzyknikiem, a nowa, już po wtrąceniu, rozpoczęła wielką literą. Tu tak samo. To zdanie nie brzmi dobrze. A gdyby tak: „Upadł, a pegaz zauważyła stojących za nim trzech ludzi w mundurach.”? Mała zmiana, a już lepiej. A zatem, mamy tutaj zupełnie niezły fanfik, szybki i przyjemny, lekki i zabawny, klimatyczny i charakterystyczny, lecz nie ma co się oszukiwać. Pełen potencjał nie został wykorzystany (A może chodziło wyłącznie o możliwość wykonania hipotetycznych sequeli? Koncept, który, jak się domyślam, szybko upadł?), w dodatku opowiadanie, zwłaszcza poza konkursem, mogło zostać napisane lepiej. To po pierwsze. A po drugie, jest to humor i klimat, którego targetem docelowym są ci, którzy znają Kapitana Bombę i których produkcja ta śmieszy. Pozostali także mogą spędzić przy fanfiku kilka miłych chwil, spędzonych na głupiej, bezmyślnej rozrywce, lecz nie wydaje mi się, by zrozumieli zawarte w fanfiku żarty i odniesienia. Niewykluczone jednak, że opowiadanie zrobi im reklamę Bomby. Jeżeli im się spodoba, to ok, ale jeżeli nie, no to będzie z tego bardziej antyreklama. Nie wspominając o tym, że ci, którzy za Kapitanem Bomba nie przepadają, niczego tutaj nie znajdą. No, chyba, że starczy kolorowy kucyk i nagle wszystkie te absurdalne żarty oparte na genitaliach i fekaliach stają się śmieszne. Ale dla mnie, jako taka tam, lekkostrawna rozrywka na kilka minut, na przerwę, wolną chwilę, no to opowiadanie jak najbardziej daje radę. Jest w porządku, całkiem niezłe i w sam raz do pośmieszkowania ze starych żartów, przypomnienia sobie tej bomby na... Kapitana Bombę oraz kucyki. Opowiadanko na jeden raz. No i w sumie tyle
  24. To opowiadanie pamiętam z V edycji Konkursu Literackiego. Była to pierwsza edycja, w której wziąłem udział, wierzę też, że „Alone in the Forest”, które zasłużenie ów konkurs zwyciężyło, było jednocześnie pierwszym opowiadaniem ze stajni Foleya, jakie przeczytałem. Biorąc pod uwagę kolejne, nowsze dzieła autora, powracając do tej historyjki można się nieco zdziwić – główne skrzypce gra nie Rainbow Dash, nie Daring Do, ale, ze wszystkich możliwych postaci, Fluttershy. Jak się okazuje, autor miał prosty, ale ciekawy pomysł i wytłumaczenie, skąd właśnie ona, a nie ktoś o bardziej... awanturniczo-przygodowej naturze. Opowiadanie nie bawi się w przydługie wstępy, od razu wrzuca nas w wir akcji. Wytłumaczenie, dlaczego Equestria wygląda tak, a nie inaczej, no i dlaczego Fluttershy zmuszona jest znów wziąć swój wierny karabin Ponyington P700, pistolet, a także zestaw granatów i jeszcze raz zawalczyć o przetrwanie, jest w gruncie rzeczy dość enigmatyczne, ale jak dla mnie przesympatyczne było to, jak autor wplótł w to nawiązanie do „Fabryki Tęczy”, powstrzymując się od wchodzenia w szczegóły tejże historii. Zresztą, to był 2013 rok. Opowiadania te były świeże i zdaje się, że cieszyły się nieco większą popularnością. Oczywiście, z biegiem czasu te – jak się to później utarło, „ponypasty” – straciły swój blask, publika dorosła i zaczęła zauważać różne głupawki, oczywiście o ile dawniej upatrywała w fabrykach babeczek cokolwiek, co szło nazwać „creepy opowiadaniem”. Tylko z kucykami. No, ale zagalopowałem się, wybaczcie. Jak po latach radzi sobie „Alone in the Forest”? Z przyjemnością muszę napisać, że opowiadanie zestarzało się naprawdę dobrze, chyba nawet po latach podoba mnie się bardziej. Fanfik składa się z dwóch scen, z których zdecydowanie dłuższa jest ta pierwsza – służąca nam jednocześnie za wstęp i rozwinięcie. Druga natomiast, jest zakończeniem, no i objaśnieniem, o co tutaj tak naprawdę chodzi. Może nie jest to zwrot akcji stulecia, zapewne większość współczesnych czytelników zdąży odgadnąć puentę nim ta ukaże się ich oczom, lecz w żadnym wypadku nie obniża to radości z czytania. Jeżeli już, odgadnięcie zakończenia powinno przyprawić o uśmiech od ucha do ucha Tekst czyta się wartko, opisy skupiają się głównie na Fluttershy będącej w akcji, a ta biegnie w miarę jednostajnym tempem, bez nagłych przyspieszeń ani zwolnień. Choć tekst musiał zmieścić się w limicie słów, nie czuć, by czegokolwiek mu brakowało. Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie, jako krótki przerywnik, wydaje się być kompletny. Oznacza to, że nie brakuje mu odpowiedniego nastroju, a także pewnego humoru, który oczywiście nie trafi do wszystkich, niemniej jest to ten charakterystyczny, foleyowski styl, który... chyba do ostatniej produkcji autora zachował w sobie tę nutę old schoolu. Forma jest w porządku, choć – szczególnie po tylu latach i w kontekście nabranego doświadczenia – uwierają trochę dywizy zamiast półpauz (Pamiętam swoje zdziwienie, gdy odkryłem, że w Wordzie liczone były jako oddzielne słowa, a prace konkursowe w Wordzie były sprawdzane. Ech, ile ja słów zmarnowałem...), interpunkcja momentami nie zaskakuje. Jak tutaj na przykład: Brakuje kropeczki na końcu zdania. A tutaj spacja gdzieś uciekła. Niemniej, nawet po tylu latach, tekst czytało mnie się dobrze, zestarzał się on w dobrym stylu i zarówno jako krótki przerywnik jak i przykład starej, dobrej twórczości, warto go sobie odświeżyć. Mała rzecz, a cieszy. Zwycięstwo oczywiście zasłużone. Fanfik godny złotej książeczki i pióra. Ech, kiedyś to było... Te piękne odznaczenia... No nic, autora pozdrawiam i życzę mu wszystkiego najlepszego, a tymczasem zabieram się za kolejne opowiadania, coby nie załamać się z tej nostalgii
  25. Na wstępie przyznam, iż charakterystyczne tytuły ze złotem i wojnami kojarzę z przeszłości (zdaje się, że nawet pozwoliłem sobie na easter egga w jednym z własnych opowiadań), mam również wrażenie – zwłaszcza zapoznawszy się z opisem niniejszego opowiadania jak również jego treścią – że za tym wszystkim stoi jakaś fandomowa historia, której niestety nie znam, a która zapewne rozszerzyłaby kontekst, dlaczego Verlax popełnił to, co popełnił i dlaczego tak to wygląda. A tym, co popełnił autor, jest komedia, wprawdzie krótkometrażowa, powiedziałbym wręcz że w jakimś sensie jedyna w swoim rodzaju, co nie oznacza, iż nie znajdziemy w niej znaków rozpoznawczych dla jego obecnej twórczości. Tym razem, z powodu, o którym właśnie wspomniałem, wszelka polityka, strategia i wojna, są w niezwykle lekkim, przystępnym wydaniu, troszkę jakby w krzywym zwierciadle, a na pewno z dystansem, przymrużeniem oka. A może raczej z puszczeniem oka, lecz – znowuż – nie znam pełnej historii, więc zapewne nie wszystko wyłapałem. Zwłaszcza po tylu latach. No to od razu przyczepię się do kilku rzeczy. Złoto, złoto, złoto. Wspaniale, wprost wybornie. Mają tam wszystko – złote zbroje, złote kule, złoty oręż, złote filiżanki, kielichy, domyślam się, że w tym uniwersum nawet cholerne Gizmondo mieliby ze złota, z diamentowymi przyciskami. Ale najwyraźniej budżet już nie wytrzymał półpauz, toteż fanfik poratowano srebrnymi dywizami. Oprócz tego, raz czytamy o stopach, a za moment stabilnie mamy już kopyta. Interpunkcja niestety szwankuje i jak na tak krótki tekst, jestem zdziwiony, że do dzisiaj tak proste sprawy nie uległy naprawie. Literówki mordercze, bandyckie Natomiast, co do samej treści, to zacznę nieco nietypowo, bo od zakończenia, które było wprost fenomenalne – i wcale nie mam na myśli sponsorów, których traktuję jako pewien dodatek, suplement – genialne w swej prostocie i bezbłędne w wykonaniu. Szczerze przyznam, że o ile opowiadanie, jako całość, spodobało mi się, czytało się je lekko i przyjemnie, o tyle żarty oparte na złocie dosyć szybko zaczęły tracić świeżość, toteż w trakcie lektury każda kolejna wzmianka o tymże metalu była mniej fajna od poprzedniej, również pożytek dla danego zdania wydawał się mniejszy. Nie to, by w którymkolwiek punkcie tekst stał się zupełnie czerstwy, ale chyba był na najlepszej ku temu drodze. „Złote wiadomości!” były tym, co nie tylko nadało powiewu świeżości – o ironio, nadal opierając się na złocie – ale i podkręciło aspekt komediowy, prezentując politykę tego świata w krzywym zwierciadle. Nie żeby fanfik wcześniej tego nie robił – choć dużo bardziej skupiał się na sztuce wojennej aniżeli ekonomii – po prostu pod koniec było jakoś... inaczej. Był i Metal, Który Nie Istnieje, była wspomniana podwyżka gryfiej emerytury, bo przecież gryfy muszą mieć zapewnioną spokojną starość, przewinęła się giełda (co dało nam okazję poznać funkcjonujące w świecie przedstawionym waluty), że nie wspomnę o zapowiedzi kryzysu w Equestrii, przy której autor nie omieszkał wspomnieć o ichnim Parlamencie czy zaprezentować jakże zacnej postaci Ministra Finansów. Przepraszam, wróć! Ministra Złota! Nie zabrakło nawet prokuratury. Związki zawodowe? Czemu nie. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że o ile jest to przezabawne, sympatyczne i po prostu barwne (oczywiście na ile barwnymi można nazwać poszczególne odcienie złota), o tyle... aż nie mogę uwierzyć, że to mówię w kontekście opowiadania opatrzonego tagami [Comedy] [Random] [Złoto], ale jestem w stanie dostrzec w tym pewien autentyzm. W sensie takim, że „Złote wiadomości!” sprzedają tę nietypową wizję Equestrii jako twór, który jak najbardziej posiada cechy właściwe dla państwa, co z kolei powoduje iż ja, jako czytelnik, jestem gotów uwierzyć, że taka Equestria mogłaby funkcjonować. Jasne, w świecie komediowym, przerysowanym, obsypanym złotem, ale niezależnie od tego, co zostało napisane wcześniej, nie mogę tejże Equestrii odmówić państwowości. I to jest po prostu świetne. No dobrze, a co było wcześniej, zapytacie? Ano takie tam, standardowe rzeczy jak marsz ku kolejnej bitwie przeplatany rozprawą o tym który angielski jest lepszy i jak się nazywa się Shining, tj. czy Armor, czy Armour, później mamy odrobinę akcji, czyli pojedynek, chociaż bardziej przypomina to suchą relację aniżeli scenę batalistyczną, ale ok, zadanie swoje spełnia, następnie negocjacje, które prędko zostają zerwane, co doprowadziło do opisanego już przeze mnie zakończenia. I w sumie bardzo dobrze – krótko, zwięźle i na temat. Tempo sprawne, każdy kolejny fragment był krótszy od poprzedniego i też szybciej się go pokonywało, co stworzyło wrażenie, jakby akcja przyspieszała w miarę lektury, ogólnie dobrze zrealizowane dzieło, które dostarcza rozrywki, uśmiechu, no i które jakoś tam zapada w pamięci, ogólnie. Zero wrażenia niedosytu. Co nieczęsto mnie się zdarza, powiem nawet, że gdyby tekst był dłuższy, w końcu straciłby swój urok i został zapamiętany jako wielokrotne powtórzenie tego samego żartu. Nie wspominając o tym, że takie a nie inne gabaryty powodują, iż opowiadanie można przeczytać szybko, bezstresowo, w niemalże dowolnym momencie i miejscu. Bardzo dobrze. Jest to krótka, sprawnie zrealizowana historyjka, która spełnia swój cel i pozwala się rozerwać, jednakże zgrzyty formy są widoczne i niekiedy potrafią odwrócić uwagę od treści, lecz nie można powiedzieć, że rujnują doświadczenie. Warto rzucić okiem i przekonać się samemu. Jak to zazwyczaj bywa, nie mogę zagwarantować, że ten typ humoru podpasuje absolutnie każdemu, ale jak na tak krótki tekst, trudno o cokolwiek się gniewać
×
×
  • Create New...