Jump to content

[Standard] Mephisto vs Zegarmistrz


Recommended Posts

Arena była, jest i będzie

Poza światowa. Ponad czasowa.

Miejsce gdzie niezliczone rzesze wojowników, magów, zabójców i awanturników zaznało wiecznego spoczynku.

Glorii.

Chwały.

 

Teraz stała otworem dla każdego spragnionego walki lub treningu w tejże.

Jej piach nasiąknięty potem, łzami i krwią.

Idealny okrąg średnicy 200 metrów pokryty ubitą ziemią i piachem.

Dwie bramy wejściowe, umieszczone naprzeciw siebie.

Wysoki na 20 metrów mur oddzielający widownię od walczących tarczą antymagiczną.

 

Witajcie!

Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta.

Na arenie tej odbędzie się walka między dwoma championami wyznaczonymi przez strony walczące.

@Mephisto The Undyingbędzie reprezentowany magiem o imieniu Daganzeax, @Zegarmistrzbędzie reprezentował kapłan imienia Takeo.

Walka odbędzie się w formie Standard - zatem bez ograniczeń i z pełną dowolnością.

Przypominamy, że pojedynek kończy się gdy obie strony uznają koniec lub jeśli ktoś postanowi opuścić arenę.

Mephisto zaczyna - życzymy powodzenia!

Link to comment
Share on other sites

Oto raz jeszcze... ujrzę piasek areny magii...Ha... 

 

Spoiler

440789.jpg

 

Gdzieś w krainie zapomnianej przez czas, w jaskini tak starej jak sama wyspa na której się znajdowała można było usłyszeć cichy rytmiczny oddech. 
Z każdym krokiem w głąb jaskini oddech stawał się o wiele wyraźniejszy. Z czasem dało się nawet rozróżnić w oddechu pojedyncze słowa. Słowa wypowiedziane przez sen w starożytnym języku, zapomnianym przez nawet piaski czasu. 

Tunel wypełniony był totemami, darami, łuskami i nawet kośćmi, głównie zwierząt i istot na tyle głupich by wstąpić do leża smoka. I chociaż ja również mógłbym zostać nazwany głupcem za zbliżanie się właśnie do śpiącego smoka, miałem ku temu swoje powody. 

 

Wkraczając do owalnej pieczary, ujrzałem przed sobą źródło oddechów i chrapania. 
Istota równie wielka co majestatyczna, zwinięta na stosie mieczy, toporów, młotów i masy innych broni. Daganzeax, Mistrz Zbrojowni na swym tronie z mieczy. Naturalny blask jego brązowych łusek nie zniknął, wciąż odbijały światło pomimo wyraźnych śladów patyny na jego skrzydłach, ogonie i rogach. Wyraźna oznaka jego wieku. 

Elektryzująca atmosfera w pomieszczeniu sprawiła, że włosy na moich rękach stanęły dęba, od samego obserwowania przedwiecznego smoka. Nie miałem jednak zamiaru siedzieć tu i czekać aż sam się przebudzi. Trzeba było to przyśpieszyć.

Zrobiłem dwa kroki w przód i chwyciłem jeden z mieczy ze sterty leżącej przede mną. 

Efekt był natychmiastowy, najpierw powieki smoka drgnęły, potem on sam się poruszył. Jego głowa zbliżyła się do mnie zanim smok nawet się obudził i ciepłe powietrze z jego nozdrzy sprawiło, że zrobiłem dwa kroki do przodu. 

"Kto... Kto śmie dotykać Zbrojownie Daganzeaxa?!" 

Jego głos niósł się echem po tunelu zmuszając mnie do zrobienia dwóch kolejnych kroków w tył. Odwiałem od siebie powietrze z jego oddechu, ze zniesmaczonym wyrazem twarzy.

"Przyszedłem cię obudzić staruszku." odezwałem się robiąc kolejny krok w tył, żeby uniknąć jego nieprzyjemnego oddechu. 

Niski pomruk wydobył się z jego paszczy w czasie gdy otwierał swe oczy i skierował wzrok na mnie.

"Mephisto... Czemuż to przerywasz mój sen?" 

Uśmiechnąłem się w kierunku wielkiego jaszczura 

"Potrzebuje kogoś kto stanąłby w moim imieniu na arenie. Kogoś kto będzie walczył przeciwko nekromancie i kogoś kto będzie kontrolował moich żołnierzy w tej bitwie." 

Z Daganzeaxa wydobył się kolejny pomruk. Niezadowolony i zirytowany. Oczywiście wiedziałem, że tak będzie i wyciągnąłem sztylet ukryty przy moim pasie. Zakrzywione ostrze błysnęło w świetle zaklęcia które używałem do rozjaśnienia swej drogi. Podobnie zresztą jak oczy smoka. Niezadowolony pomruk zamienił się w zainteresowanie. 

 

 

Widziałem, że się zgodzi...

 

 

Daganzeax w całej swej okazałości nie zdołałby niestety przejść przez bramę areny. Możliwe, że zdołałby radę się przecisnąć, ale jego duma na to nie pozwalała. Temu też wybrał formę humanoidalną. 

Tak oto, elf o brązowych włosach połyskujących niczym metal w świetle areny, przeszedł przez bramę. Jego twarz pozostawała odkryta, jednak resztę ciała zakrywała płytowa zbroja. Złota, z czerwoną peleryną. Każdy fragment materiału który wystawał spod zbroi również był czerwony.
Szmaragdowo zielone oczy wpatrywały się prosto przed siebie, zaakcentowane dodatkowo zielonymi fragmentami na jego twarzy i nawet we włosach. Widocznie patyna porastająca jego smocze ciało była widoczna nawet w innych formach.

Daganzeax wzniósł swą rękę w górę, zaciśniętą w pięść na znak gotowości do boju. 
Czerwona elektryczność zebrała się wokół jego dłoni po czym czerwony grom uderzył w wyciągniętą rękę, tworząc swego rodzaju racę, jako popis przed widownią. 

Może i był starcem, ale wciąż wiedział jak się zaprezentować. 

 

"Jam jest Daganzeax! Mistrz Zbrojowni! Zrodzony w boju!"

 

Niski głos smoka skierowany w kierunku publiczności rozniósł się po arenie, zaś sam Daganzeax opuścił swoją rękę i usiadł po turecku na ziemi, oczekując na przybicie swojego oponenta.

 

Link to comment
Share on other sites

Życie. Ciąg procesów prowadzący do śmierci.

Śmierć. Końcowe stadium życia.

Ale czy na pewno?

Drzwi areny stanęły otworem gdy przeszedł przez nie mężczyzna w ubiorze mnicha. Krok po kroku, zostawiał na piachu ślady klapków geta.

Wartym zauważenia były łańcuchy, które ciągnęły się za nim po ziemi. A raczej wyglądały, jakby ciągnęły za nim coś, co było pod ową ziemią.

- Witam, nazywam się Takeo. Jako że osoby zarządzające tą areną wyraziły  zgodę na moją nieskromną prośbę, będę miał okazję wykorzystać cię do testów.

Mężczyzna ukłonił się głęboko, wbijając spojrzenie we własny cień.

- Moją specjalizacją jest walka z bytami nadnaturalnymi. Można by rzec, jestem egzorcystą. Tyle tylko, że nie ortodoksyjnym.

Złożył dłoń do modlitwy, łapiąc za jeden z otaczających go łańcuchów.

- Ci co nie zaznali spokoju, co łakną konfliktu. Wzywam was i wam rozkazuje. Pogrom!

Niczym ławica ryb z wody, spod ziemi wybiegły istoty przypominające ludzi, lecz tylko z pozoru. Gnijące ochłapy, odkryte kości, resztki ubrań. Ghule miały na szyjach obroże połączone z łańcuchem, którym kapłan się zamachnął niczym biczem.

Na ten ruch tuzin umarlaków rzucił się na jego przeciwnika, próbując go zaatakować zarówno pazurami, jak i ostrymi zębiskami.

Link to comment
Share on other sites

Chmara nieumarłych zdecydowanie nie była czymś co smoki, zwłaszcza te metaliczne, lubiły. 
Daganzeax był na dodatek niezwykle starym i gburowatym praworządnym smokiem, który na widok nieumarłych wydał z siebie gniewny pomruk po czym wstał ze swojej siedzącej pozycji. Czerwona peleryna zawiała, na nieistniejącym wietrze i w blasku srebrnego ognia stała się parą skrzydeł, które to smok szybko użył aby wznieść się w powietrze i odskoczyć od chmary Ghuli. 

"Upewnie się aby ci nieumarli powrócili do swych grobów. Siłą!" wykorzystując dodatkowy dystans jako Daganzeax stworzył pomiędzy sobą a ławicą, smok utworzył ze swych dłoni symbol koła, który to szybko po powstaniu, rozświetlił się złocistym światłem. 

Światło to przekształciło się w portal ukazując wizerunek psa siedzącego na złotym tronie cesarza jakiegoś orientalnego kraju. Zwierze szybko jednak przeskoczyło przez portal, lądując w dumnej pozie przed smokiem i wpatrując się dumnym spojrzeniem w nieumarłych. Zaraz potem Daganzeax przygotował nowy symbol, tym razem układając dłonie w formę czegoś na kształt misy z której buchnął płomień. Płomień który przekształcił się w drugi portal. Z tego portalu wyłoniła się sylwetka mniejsza od psa. NIegroźnie wyglądające jaszczurkowate stworzenie, nędzny kobold, w pancerzu ze skóry, bez broni. Jednakże samo przybycie owego nędznego jaszczura wysłało w kierunku psa jakąś mistyczną, duchową energię która zdawała się wzmocnić jego aurę. 

Po chwili smok odpiął od swego broń. Zdobiony nadziak, po czym rzucił go przed niewielkiego kobolda. 

Jaszczur podniósł broń bez słowa, obrócił się w kierunku nieumarłych i zaszarżował, wydając z siebie okrzyk pełen gniewu i furii, okrzyk wzbudzający gniew pośród żywych. Niedługo potem, pies również ruszył do boju. Sam Daganzeax, skrzyżował ręce na klatce piersiowej i czekał na zderzenie. 

Link to comment
Share on other sites

- Unik.

Zombiaki rozbiegły się tworząc między kapłanem a przyzwanymi stworzeniami korytarz.

Koniec tego korytarza stanowiło działo 88mm wycelowane w kobolta.

- Ognia.

Huk zatrząsł ziemią, fala uderzeniowa wznieciła całą masę kurzu.

Pocisk przeciw pancerny wybuchł w kontakcie z przeciwnikiem. Zaraz po oddaniu strzału, działo rozwiało się niczym stworzone z mgły. Zaś żołnierz który stał obok i oddał strzał zasalutował nekromancie.

Funasaka Hiroshi, zwany nieśmiertelnym, idealnie wykonywał swoje żołnierskie obowiązki.

- Stadium pierwsze. Uwolnienie.

Kiedy ghule rzuciły się w kurz by dobrać się do tego, co zostało z przyzwańców wroga, u stóp martwego Japończyka zaczęły pojawiać się niezliczone odciski butów. Wzbity kurz ujawniał niewidzialnych wojowników, żołdaków o różnym umundurowaniu. I ten sam kurz chwilowo zdradził, że koło dwudziestu z nich celuje do latającego obiektu z garantów.

- Ognia.

Cała salwa ołowiu zasypała smoka. Kaliber broni nie stanowił zagrożenia dla kogoś o twardej łusce. Ale odwrócił uwagę od Nippończyka który w tym czasie przyzwał i przygotował baterię AA 20mm wycelowaną w jedyny chwilowo obiekt latający na arenie.

Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr...

Link to comment
Share on other sites

Moment w który nieumarli rozbiegli się, był też momentem w którym Daganzeax poruszył ręką i kilof z rąk kobolda wystrzelił, niesiony niewidzialną siłą i został złapany przez psa, który wykorzystując swoją większą zwinność, przeskoczył po nieumarłych odbijając się od ich głów wydostał się z tunelu i rzucił się na Nekromantę. Z zamiarem uderzenia w niego kilofem.

Kobold jednak nie miał na tyle szczęścia, nie miał szans aby przetrwać ostrzał, temu też niezwykle szybko uciekło z niego życie a jego resztki, stanęły w ogniu i spłonęły.

Dym ze szczątek kobolda jednak, zamiast działać jak normalny dym, poleciał w kierunku unoszącego się nad ziemią smoka, tworząc niewielką kulkę obok niego. 

Smok jednak nie miał zbyt wiele czasu na działanie bo zaraz potem salwa z broni zaczęła go ostrzeliwać. I chociaż zdążył zasłonić się skrzydłem, na salwę z broni przeciw powietrznej nie był przygotowany. 

Mimo łusek twardych jak stal, albo nawet i twardszych, ostrzał nie był czymś przyjemnym, temu też smok szybko złożył swoje palce w symbol i kulka dymu upadła na ziemię tworząc niedawno zmarłego Kobolda po raz kolejny. Sam pies zaś, zyskał kolejny zastrzyk energii, stając się raz jeszcze potężniejszym, powoli zaczynało od niego bić złotawe światło.

Palce smoka, który zasłaniał się rękami i skrzydłami przed ostrzałem zabłysnęły a on sam zaś na ułamek sekundy odsłonił swoje ciało. Błękitna sfera otoczyła jego ciało, zbierając na sobie ostrzał. 

"Zakrzywienie... Błyskawicy" 

Błękitna aura wystrzeliła w działo które to zaczęło w dziwaczny sposób wykrzywiać się, poza swoje możliwości, łamiąc metal ale dalej podtrzymując ostrzał, tym razem celując w nieumarłych. 

Daganzeax wylądował na ziemi. Stuknął pierścień na swoim palcu dłonią. 

"Sigardo, wzywam cię. Wspomóż mych żołnierzy!" 

Promień światła z nieba oświetlił chwilowo smoka, po czym nad jego głową pojawiła się aureola. Na razie jednak, smok nie atakował dalej.

Link to comment
Share on other sites

Kilof wbił się głęboko w ciało, lecz Nekromanta stał kompletnie tym nie poruszony.

Miast tego szarpnął za inny łańcuch, a na arenie zapanowała cisza.

Mimo ostrzału, mimo walki. Kompletna, grobowa cisza.

- Stadium drugie. Uwolnienie.

Wszystkie istoty poza kapłanem, które stały na arenie zaczęły wiotczeć, jakby spuszono z nich powietrze.

Z lotu ptaka jego przeciwnik mógł zobaczyć, że podłoże pokryło się masą powykręcanych symboli, za środek mając Nieśmiertelnego żołnierza.

Nie czekając zbyt długo, wyrwał sobie kilof z fragmentem czaszki, po czym chwycił za kolejny z łańcuchów.

- Ozdrowienie, kłamstwo dobra, prawda zła.

Po jego lewej stronie manifestowała się zjawa. Jej ciało przezroczyste, jej ubiór przypominający stare pielęgniarskie szmaty.

Florence NIghtingale, banshie mogąca leczyć rany tych, którzy pożegnali się z życiem.

CO w jego obecnym stanie było bardzo wygodne.

Uniosła latarnię a ta blaskiem zielonym niczym ropa ze starej rany oblała Takeo, zamykając jego rany.

Szybko zatkał uszy, bowiem po wchłonięciu uleczonych obrażeń banshie krzyknęła głosem mogącym kruszyć skały w kierunku przeciwnika.

Link to comment
Share on other sites

  • 2 weeks later...

Gdy kilof zderzył się z ciałem nekromanty, obok smoka pojawiła się skrzynia wypełniona skarbami. Sam pies zaś odskoczył, szybko wracając na miejsce bliżej połowy areny które przypadło Daganzeaxowi. 

Oczy smoka przestały przypominać te należące do elfa i przybrały swój naturalny, jaszczurzy wygląd. Obserwując zjawę na jego twarzy widać było gniew. Te wynaturzenia obrzydzały jaszczura.
Obserwując nową zjawę, smok poruszył ręką obok siebie, przygotowując się jakby na chwycenie miecza. To też się stało, bo z szarego portalu wyłoniła się rękojeść porośnięta liśćmi. Gdy smok wyciągnął cały miecz, oczom nekromanty pokazało się czarne ostrze, wyglądające jakby wykute z rozpadającej się kory drzew. Energia z miecza wystrzeliła do

Twarz smoka wykrzywiła się w uśmiech, gdy ostrze wypuścił ze swej dłoni a te wpadło do ręki Kobolda. Potem widząc banshee gotującą się do krzyku, smok podniósł kobolda za szyję i postawił go przed sobą na trajektorii strzału. 

Gdy krzyk zderzył się z nędznym koboldem, energia powinna istotę zniszczyć, a jednak absolutnie nic się nie stało. Niewielki jaszczur zaśmiał się dumnie podnosząc miecz.

"ROGHRAKH! SYN ROHGAHHA JEST NIEŚMIETELNY!" wykrzyczał Kobold w czasie gdy wylądował na ziemi. 

Potem, Daganzeax poruszył ręką i skrzynia skarbów zniknęła, zamiast niej z kolejnego szarego portalu przed koboldem pojawił się młot, wielki na tyle, że zdawał się zrobiony do użytku gigantów, nie ludzi. A co dopiero niewielkich istot. 

Kobold jednak chwycił za rękojeść młota i ruszył szarżą do ataku. 

"Yoshimaru!" słysząc okrzyk smoka, pies wyrzucił kilof ze swojej paszczy w kierunku kobolda, który chwycił go w zęby, trzymając teraz wielki młot, magiczny miecz i kilof. 
"Pokażę ci! Że siła jest względna!" zawołał kobold, celując swoim cały arsenałem w Nekromantę. Pies zaś wrócił do okolicy bliżej Daganzeaxa. 

Edited by Mephisto The Undying
Link to comment
Share on other sites

Nie ma nieśmiertelności, jest tylko wieczność. A tą kapłan umiał sukcesywnie skrócić. Kiedy tylko kobold dotknął symboli na podłożu, jego ciało zaczęło poddawać się efektowi Nieśmiertelnego.

Cała wilgoć z niego odeszła. Jego ramiona zwiotczały, skóra boleśnie się napięła a ścięgna zatrzeszczały niebezpiecznie.

Nie, nie stanowiło to ryzyka śmierci, zwyczajnie było bolesne i ograniczające ruchy. Nawet dla tych, którzy byli nieśmiertelni.

- Stadium trzecie. Uwolnienie.

Znaki wystrzeliły raz jeszcze od żołnierza, tym razem pokrywając całą arenę.

Dżungla była gęsta, drzewa w niej wysokie na kilkanaście metrów. Wszędzie latały kąsające i roznoszące choroby owady.

Mimo wilgotnego powietrza, gorąc zdawał się nie do zniesienia.

Było duszno, parno, jakby cała okolica stanowiła wnętrze przerośniętego piekarnika.

Zaklęcie dotąd będące na ziemi teraz oddziaływało na wszystkie istoty, prócz kapłana. Nawet banshee zgięła się z sobie tylko odczuwalnego bólu.

Hiroshi był potężnym duchem który zmuszał wszystkich w zasięgu do dwóch rzeczy - bycia kompletnie Nieśmiertelnym jako i on był. Oraz do odczuwania agonii ostatnich dni wojny w której brał udział.

Cierpienie, choroby, pragnienie, głód, strach, paranoja, gniew - każdy w zasięgu działania odczuwał te emocje niczym żołnierze którzy brali udział w walkach tamtego okresu. Nawet jeśli do uczuć takich nie byli zdolni.

Lecz to nie było najstraszniejsze.

Ślad po ugryzieniu pojawił się jakby znikąd. Najpierw jeden, potem kolejny, niewidzialne szczęki wżynały się nawet w, z pozoru, pancerną skórę smokowca. Duchy poległych w dżungli domagały się wody.

Lub jakichkolwiek innych płynów.

Los ten spotkał też kobolda i psa, lecz ich ciała choć nieśmiertelne dzięki klątwie, to nie aż tak wytrzymałe jak ich pana.

Link to comment
Share on other sites

Błędem było myślenie, że przechwałki Kobolda oznaczały jego nieśmiertelność, a jednak, o ile magia krzywdziła Yoshimaru i Daganzeaxa każdy efekt magiczny na Roghrakhu zdawał się nie wpływać na niego w żaden sposób. Ani magia wysysającą z niego życie, ani las i jego nieprzyjemna natura, jakby czarno-zielone ostrze pochłaniało całą tą magię.  Jednak, kobold zmuszony był do przedzierania się przez las nie był czymś na co Smok chciał przystać. 
Ale jednak, mała jaszczurka dzielnie przecinała liście i miażdżyła drzewa w swojej szaleńczej szarży napędzonej niezwykłą mocą artefaktów i swoją Furią Maluczkich. 

Sama furia jednak pewnie nie wystarczy by wygrać tę bitwę. Gdy całe otoczenie zostało przetransformowane walka zdecydowanie przeszła na stronę nekromanty. Tego Daganzeax nie mógł zaakceptować.

Temu też postanowił zrobić coś z całą to dżunglą. Co gorsza, niewidoczne zęby wbijające się w twarde jak stal łuski nie były na szczycie listy rzeczy które smok lubił. Dlatego z nieprzyjaznym warknięciem zerwał z szyi dziwaczny medalion. A może kapsułę? 

Trudno powiedzieć. Jednak smok wycelował ręką w której trzymał swój naszyjnik w Hiroshiego. Zaraz potem ścisnął obiekt w dłoni a pękający obiekt zaczął wypuszczać z siebie dym który zaczął otaczać drzewa. Celem dymu było zniszczenie całego lasu, pozbycie się zaklęcia które je utworzyło i tym samym wyrzucenia ich z areny. 

Smok jednak miał więcej sztuczek w swym arsenale. 

Składając dłonie raz jeszcze podniósł je obie nad siebie i wycelował palcami wskazującymi w niebo. 

Wpierw niewielki błysk, potem większa kula ognia zdawała się zmaterializować wysoko na arenie. Podążając za palcami smoka, płomień popędził w kierunku japońskiego Ducha, ujawniając swoją prawdziwą formę.

"Meteorytowy Golem!" zawołał smok, gdy żelazne cielsko otoczone magicznym ogniem zderzyło się z duchem... lub miejscem gdzie duch był. 

 

Link to comment
Share on other sites

Zulu.

Źle postawiony krok zakończył się przebiciem łydki przez całkowicie niemagiczne drewno sideł. Dwa podobne kołki wbiły się w drzewo zaraz obok stworzenia, zaś spleciona lina owinęła się wokół ramienia właśnie wykonującego kolejny zamach na otaczające krzewy.

Błyskawicznie kolejne liny robiły to, czego nie mogła dokonać magia - zwyczajnie unieruchamiały przeciwnika, nie dając mu możliwości przecięcia ich. Dłonie, stopy, ramiona, nawet pętla wokół jaszczurczego pyska, byle by nie przegryzł więzy.

Potem przyszły włócznie = wbijały się tak blisko ciała, jak tylko się dało.

Shaka kaSenzangakhona wiedział jak walczyć na swoim terenie. Nawet przy kompletnie niesprzyjających warunkach Nieśmiertelnego. Zatem on i jego wojownicy szybko uporali się z zadaniem.

Problemem natomiast okazał się gigantyczny meteoryt który właśnie się do nich zbliżał.

Nekromanta miał stosowne chowańce na taką okazję, ale wypuszczenie ich mogło wyłączyć efekt Dżungli, a tego nie chciał.

Nie było wyboru.

Poczuł żar jeszcze przed uderzeniem. Fala gorąca na spółę z energią uderzenia zostawiła go w stanie co najmniej uszkodzonym. Ponad połowa ciała została kompletnie spopielona, reszta zwisała nędznie z resztek ubrania.

Mimo to nie umarł.

Klątwa, którą Nieśmiertelny obradzał wszystkich w swoim obszarze działania oddziaływała też na Nekromantę. Przynajmniej ta przydatna część, bowiem Takeo nie wiedział czy dałby radę  przetrwać jeszcze raz koszmar Dżungli.

Zarówno rośliny jak i cały obszar był tylko częścią żołnierza, zaś każdy w obszarze działania był nie tylko podatny na owe działanie, ale też stawał się jego częścią.

Nieśmiertelne drzewa, nieśmiertelny umarlak, nieśmiertelny żołnierz.
Tak samo resztki Nightingale wciąż trzymały latarnie która swym blaskiem uleczyła jego rany.

Problemem był przeciwnik który unosił się nad ziemią.

Kapłan nie miał nawyku walczyć z latającymi oponentami, jego arsenał zwyczajnie się do tego nie nadawał.

Do tego jego asortyment stworów zdawał się bogatszy.

Nie było wyboru, ataki fizyczne nie zdawały rezultatu, a magia była zawodna. Trzeba było sięgnąć po inny rodzaj energii.

When a house is on fire
the vessel salvaged
is the one that will be of use,
 not the one left there to burn.

So when the world is on fire
with aging and death,
one should salvage one's wealth by giving:
 what’s given is well salvaged.

What's given bears fruit as pleasure.
What isn't given does not:
 thieves take it away, or kings;
 it gets burnt by fire or lost.

Then in the end
one leaves the body
together with one's possessions.
Knowing this, the intelligent man
enjoys possessions and gives.

Having enjoyed and given
in line with his means,
 un-censured he goes
 to the heavenly state
.

Kapłan wyciągnął z przestrzeni odciętą głowę. Oszpeconą do granic, bez żadnych ryz dzięki którym można by było w tym czymś poznać człowieka. Łańcuch który oplatał czerep był długi, więc po chwili rozkręcenia Takeo wyrzucił go wysoko w górę, gdzie ten rozbłysnął niczym małe słońce.

Z rozbłysku na wszystkie strony rozleciały się małe motyle. Setki, tysiące. Oślepiające gwiazdy na niebie areny.

Jeden z takich motyli usiadł na ramieniu smokowca.

Ból - czysty i fizyczny ból. Smok mógł być ognioodporny, lecz motyle nie paliły go ogniem. Ich dotyk powodował jedynie odczucie tego, co czuły ofiary spalone przez ducha. Rozgrzewały nerwy do czerwoności, raziły sensacją bycia palonym żywcem.

A to tylko jeden motyl.

Po nim zaczęły siadać kolejne.

Link to comment
Share on other sites

  • 2 weeks later...

Daganzeax nie miał zamiaru pozwolić Rograkhowi łatwo zginąć. Wzmocniony magicznym uzbrojeniem, był zdecydowanie twardszy niż wcześniej, ale to wciąż było za mało. Teren nie był po jego stronie, ale repertuar zaklęć w dyspozycji smoka wciąż był spory. Dlatego też wskazując szybko na kobolda Smok wykonał kilka magicznych symboli dłońmi.

"Skóra z kamienia!" proste zaklęcie, a jednak niezbyt twarde łuski kobolda pokryły się nagle skalistą formą, sprawiając, że włócznie wbijane w jego ciało nie mogły już tak łatwo okruszyć jego powłoki, dając mu więcej czasu na wydostanie się z więzów. 
Gorszym było, że zarówno pozbycie się żołnierza jak i dżungli nie udało się. Artefakt i golem zawiodły. A zanim Rograkh wydostanie się ze swoich więzów minie pewnie trochę czasu. Wysłanie Yoshimaru do walki w nieprzyjaznym terenie było by jednak błędem, poświęcenie jego siły już teraz nie było najlepszym planem. 
Źrenice jaszczura zwęziły się gdy on sam próbował opracować jakiś szybki plan. 

Zwłaszcza, że nekromanta zaczął działać. 

Trudno jednak było zobaczyć co dokładnie się działo, chociaż jak się okazało nie musiał widzieć co Nekromanta robić aby to poczuć

Dotyk motyla. 

Daganzeax nie wierzył nigdy, że dotyk motyla zdoła strącić go z nieba. 

A jednak, ktoś kto nigdy nie czuł ognia, nie mógł być gotowy na to jak gorący może być. 

Wyjąc z bólu smok upadł z impetem na ziemie, nie mogąc utrzymać się na niebie, nie dając rady jakkolwiek osłabić upadku, zderzył się z podłożem wyjąc z bólu. 
Nawet zaklęcie utrzymujące jego humanoidalną formę zaczynało powoli padać, jego ciało pokrywało się łuską, jego pazury wyrywały się spod rękawic. 
Ale ból pozostawał. 
Gdy Rograkh powoli rozrywał liny mocą nadaną mu przez artefakty, Daganzeax czuł jakby umierał od motylków.

"Od...powiedz... na zew... na mocy... paktu... Węd...row...cze..." wypowiedzienie nawet tych kilku słów przyszło mu z niewyobrażalną trudnością. 
Na szczęście dla niego, wiatr zawiał przez arenę i ślad po cięciu miecza pojawił się w powietrzu obok smoka. 
W mgnieniu oka w miejscu gdzie było cięcie stała kobieta. Jej twarz była w większości zakryta przez jingase, w jej prawej dłoni spoczywał wyciągnięty miecz. 

"Słyszę twe wyzwanie... Daganzeaxie." wraz z tymi słowami, smok przestał wierzgać, wyglądało to jakby motyle przestały nagle mieć efekt na jego ciało. Białe światło otaczało teraz jaszczura, który to przestał już wyglądać całkiem jak elf, będąc w połowie drogi pomiędzy swoją prawdziwą formą, a formą przybraną wcześniej. "Jednak nie pozostanę tu na zawsze." oznajmiła po czym obróciła się w kierunku nekromanty. Jej oczy skierowały się w kierunku nieśmiertelnego żołnierza, jednak nie ruszyła jeszcze do ataku. 
 

  • Upvote 1
Link to comment
Share on other sites

  • 3 weeks later...

Taktyka z motylami okazała się częściowo skuteczna.

Z jednej strony nie potrafił sklasyfikować istoty która została przyzwana na arenę.

Z drugiej, zakładał zwykle najgorsze, a to wychodziło mu na dobre.

Na razie musiał ją oddzielić od smokowca, bo miał wrażenie, że zaraz zaczną się problemy.

- Tervetuloa helvettiin.

Śnieg. Jak okiem sięgnąć śnieg. Kompletnie białe pole pokryte tu i ówdzie kamieniami, resztkami drzew i większych głazów.

Wiatr ciął niczym lodowe noże, a widok zawężała wichura.

W tym wszystkim dał się słyszeć głuchy dźwięk wystrzału.

Kula przeszyła ramię kobiety, zaś Hayha przeładował i przyszykował się do oddania kolejnego.

 

W rzeczywistości kobieta stała tam gdzie wcześniej, zaś niedaleko nekromanty leżał trup uzbrojony w M/28-30. Odległość dzieląca ich od siebie może stanowiła 30-40 metrów? Lecz dla tych dwojga zamkniętych w Zimowym Piekle Simo liczby nie miały znaczenia. Bezmiar bieli oślepiająco ukrywał snajpera który oddawał strzał za strzałem w iluzji która była tylko ich. Żadna siła zewnętrzna nie mogła przerwać tej więzi. Nawet rany które tam otrzymali, pozostawały właśnie tam.

Kapłan liczył na to że rozproszona niewiasta przestanie być pomocą dla smokowca, zwłaszcza że Nieśmiertelny przyzwał kolejne działo i właśnie obracał je w leżącego przeciwnika.

- Ognia.

Link to comment
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
 Share

×
×
  • Create New...