Jump to content

Mephisto The Undying

Brony
  • Posts

    10766
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    5

Mephisto The Undying last won the day on July 16 2020

Mephisto The Undying had the most liked content!

About Mephisto The Undying

  • Birthday 09/15/1998

Kontakt

  • Discord ID
    「Danat」#6182

Informacje profilowe

  • Gender
    Steven Magnet
  • Miasto
    Kolonia Górnicza
  • Zainteresowania
    Trixie, my beloved
  • Ulubiona postać
    Tree Hugger, Starlight Glimmer i Trixie
    Czyli hipis, komunistka i oszust :dddddddddddddd

Recent Profile Visitors

48465 profile views

Mephisto The Undying's Achievements

Forum to moje życie

Forum to moje życie (17/17)

164

Reputation

  1. Franek nie był fanem. Tak po prostu. No nie był fanem chodzenia po tym mieście, ale milczał, bo nie miał nic do powiedzenia poza "o cię chuj..." albo "ło kurwa". To i tak nie był moment na gadanie, zwłaszcza w takich okolicznościach. Ale nie będzie kłamstwem powiedzenie, że Franek był przestraszony. Wojna, wojenka, to jedno. W okopie się siedzi. Kula może zabić, standard. Ale opuszczona wioska otoczona strachami na wróblę. No było to, nie ukrywając, straszne. Przerażające wręcz. Więc, jego chwyt na Labelu się poprawił i był jakiś taki bardziej gotowy do ruchu albo ataku niż wcześniej. Kiedy wreszcie stanęli pod kościołem, Franek zaczął, powoli, czytać kartkę. Zrozumiał tak z 75% i kiwnął głową. — Melduje, Panie Majorze, że nie. Ale... Bardziej mnie martwi ten cały król i rok tysiąc siedemsetny. Papier nie wydaje się być tak stary... także... — zamilkł na chwilę dla dramatycznego efektu. — Sądzi pan, że cofnęliśmy się w czasie i przestrzeni?
  2. Z bronią na plecach i saperką pod ręką, Franek czuł się bardziej bezpiecznie, nie dość bezpiecznie, ale bardziej. A na polu strachów na wróble poczucie bezpieczeństwa było istotne, zwłaszcza, że strachów było masa i były jakieś takie podejrzane. Wyglądały bardziej jak jakieś kukły robione przez pogan na święta. Jak Marzanna albo coś w tym stylu. O tym całym halloween słyszał, i jeśli tak to miało się prezentować, to Franek nigdy nie chciał go zobaczyć drugi raz. Wystarczy mu strachów na wróble na resztę życia. Tego i następnego. No i jakoś tak się zdarzyło, że Komandor nawet się rozglądał przez swoją lunetę i na szczęście nie zaczął krzyczeć o kolejnym ataku, więc Franek poczuł ulgę. Wiedza taka jak ta była potrzebna w sytuacji stresowej. Potem spojrzał na Majora i zasalutował. — Ta jest! — oznajmił rezolutnie. Dobrze wiedzieć, że jakiś plan działania był. Taka wiedza była jeszcze potrzebniejsza dla żołnierza. Szkoda, że plan działania to nie budowa okopu, ale trudno. Kiedy indziej.
  3. Franek przytaknął i podszedł bliżej do dziury w dziku. — Nie planuję za bardzo wtrącać się w planowanie... ale ten kamień to ciekawa sprawa, nie? — stwierdził do swoich przełożonych, spojrzał na nich chwilowo a potem znów wkleił ślepia w kamień. Co kamień robił w środku dzika? Zżarł go, czy jak? Musiał, bo jak inaczej by się tam znalazł? To była by ta logiczna myśl, ale Franek uznał, że te logiczne myśli coś tu będą niezdatne. — Nie ukrywam, wolałbym kopać doły. — przytaknął przełożonemu aż wreszcie złapał saperkę i używając ją, postarał się wyrwać kamień z bebechów kreatury. — Nie sądzę, że powinniśmy to tu zostać, Majorze, Komandorze. — odezwał się, na wyjaśnienie swojego postępowania. Może i kamień capił, ale był czymś dziwnym a jak na razie, dużo rzeczy było dziwne. No dobra, nie dużo, tylko pocisk, dzik i kamień, ale to trzy dziwne wydarzenia w ciągu jednego dnia. O trzy więcej niż być ich powinno, więc nie ma co się mazać, trzea brać kamień.
  4. Franek wolał określenie "chuj w oko". Bo to właśnie dostali od losu. W postaci wielkiego dzika, wielkiego na tyle, że nie mógł tego nazwać dzikiem. Bardziej dosłownie czołgiem zrobionym z mięsa. Ale co miał nie słuchać rozkazów? Franek był dobrym żołnierzem i miał nadzieje, że dalej będzie. Dobrze, żę miał broń pod ręką, bo zaraz potem z kliknięciem, dźwiękiem metalu i małą eksplozją wystrzelił pocisk ze swojego Lebela. Jeden pocisk, bo za szybko strzelać nie mógł. I miał wrażenie, że nie musi bo zaraz w stronę dzika poleciał granat. Mądrze, cwanie i nawet, można by rzec, chytrze. Bo ta kupa mięcha od pocisku raczej by nie umarła. Na pewno nie od jednego. Miał wrażenie, że nawet nie od jednego magazynku. Więc jeśli granat nie zadziała, to jego zdaniem, trzeba by wiać. "Oh! Jakbym wolał być teraz w okopie" pomyślał. Najlepiej w takim który sam zbudował. Wtedy było by super. — Ja nie wiem czy mamy amunicje na takiego dzika! — oznajmił po chwili i wprowadził kolejny pocisk do komory po czym pociągnął za spust drugi raz. Oby tylko go posłuchali, bo kiedy Franek dziś w chodził na pole bitwy, nie planował polować na dziki i nawet nie był jakoś pogodzony ze śmiercią od zwierza. Nie ważne jak wielkiego. — Może jak ten granat nie zadziała to zwiejemy? — zaproponował w nadziei, że jeśli przeżyją to nie skończy się to reprymendą. Stan Amunicji: 6 naboi w magazynku.
  5. (Pistolet dodany) Po tylu godzinach, to w zasadzie nawet nie wiedział jaka jest godzina. Kolacja pewnie minęła, albo i śniadanie. Cholera wie ten czas, lubi płynąć nieubłaganie. Nie no, w zasadzie to śniadanie jeszcze nie minęło, nie było jeszcze przecież następnego ranka. Ale w okopie, jak to w okopie bywa, było niezbyt przyjemnie, więc myśli o ominięciu śniadania dawały Frankowi takie dziwne poczucie komfortu. Fakt faktem, Franek lubił okopy. Nie siedzieć w okopach, kopać je. Robienie łopatą to jego ulubione robienie także fajnie by było gdyby mógł sobie te okopy porobić ale nie musieć w nich siedzieć. Jeszcze fajniej by było gdyby Niemcy nie strzelali. Szkoda, że nie było fajnie. Szkoda też, że podziało się coś za ciekawego. Za ciekawego, bo Franek wolałby, żeby było nudno i żeby w jego okolicę nie trafiały żadne pociski. Albo najlepiej nigdzie akurat nie spadały pociski. A tym bardziej dziwne, świecące. "Co to w ogóle jest?" pomyślał Franek. "Żarówkami strzelają, czy jak?" takie były jedyne myśli jakie go nachodziły. Potem jednak padł na ziemie, słysząc polecenie. Franek był dobrym żołnierzem. Był, no bo najpewniej zaraz nie będzie. Będzie raczej elementem okolicy. Mylił się. Żył. Miał się też, mimo wszystko, całkiem nieźle. Jeśli ignorowało się to, że był obecnie wbity w ziemię, to miał się nawet wspaniale. Ładna ziemia, ale za to ubita. Nie dobra na okop. Potem rozejrzał się wokół siebie. Las, nie za dobrze. Ciężko wykopać dobry okop w lesie, korzenie zawadzają. Trzeba robić wokół korzeni a Franek nie miał ochoty kopać w lesie. Nie miał nawet siekiery, coby te drzewa móc ściąć. Albo pozbyć się korzeni. Stąd też, zadowolił się jedynie wygramoleniem z gleby i podniesieniem swojego Lebela. Lubił swojego Lebela, temu otrzepał go pierwszego, dopiero potem siebie. Potem zerknął na Majora i Podporucznika i zasalutował. — Melduje, że kończyny nadal mam! — oznajmił, po czym raz jeszcze się rozejrzał. — I ma pan racje, raczej by nas nie wywieźli. No i coś byśmy słyszeli. — potwierdził i kiwnął głową z zamyślonym wyrazem twarzy. Potem wrócił do szukaniem wzrokiem miejsca na zbudowanie okopu, ale nie znalazłszy takowego, po prostu wzruszył ramionami i z rezolutnym wyrazem twarzy zapytał. — Nawet jeśli to wina pocisku, nie było by dobrze zacząć gdzieś iść? — dał pytaniu zawisnąć na moment w powietrzu po czym kontynuował — To i tak nie są nasze okolice, toteż stać tutaj nam się nie opłaca, to czemu by nie spróbować znaleźć rozwiązania, albo lepiej, informacji gdzie jesteśmy, po drodze?
  6. No i co, no namówił mnie chłop. Imię: Franciszek Nazwisko: Kozłowski Płeć: Mężczyzna Wiek: 22 Ranga Wojskowa: Starszy Szeregowy Broń: Saperka, Karabin 8mm wz. 1886/93 "Lebel". 9mm wz. 1935 FN Browning HP Opis Wyglądu: Franek to taki, można by rzec, kawał chłopa który w zasadzie to nawet lubi fizyczną robotę. Włosy ma krótkie, wygolone, nos był na pewno złamany i to więcej niż raz, stąd krzywizna, szczęka kanciasta. Wygląda w zasadzie trochę jak typowy karku. Nie znaczy to, że typowym karkiem jest, ale dla niego to nawet dobrze, że wierzysz w to, że kimś takim jest. Dodatkowe Informacje: Gada trochę po niemiecku i angielsku, ale każde zdanie ma w sobie co najmniej trzy "yyy" albo "aaa". Tak w sumie to nie jest nikim specjalnym, jego stary pracuje w hucie a on jako porządny chłopak, patriota, zaciągnął się do wojska, żeby bronić ojczyzny. No i trafiła się okazja jak znalazł. No i super idzie mu kopanie okopów.
  7. System bazowany na niezwykle popularnej edycji Dungeons And Dragons (3.5). Powstały w czasach gdy Dungeons and Dragons przechodziło na swoją czwartą edycję. Paizo zaczęło ze standardowym zestawem klas (Fighter, Bard, Barbarian, Cleric, Druid, Monk, Paladin, Ranger, Rogue, Sorcerer, Wizard), dodając później własne, ale część systemów z 3.5 wciąż jest kompatybilna z systemem. Chociaż na dzisiejsze standardy system jest raczej po stronie tych nieco bardziej skomplikowanych, pozwala na wiele rzeczy o których w obecnym D&D nie ma co myśleć. Z drugiej strony wymaga więcej liczenia (jak na przykład w feacie Sacred Geometry), ale nie każdemu to przeszkadza. Strony takie jak Archive of Nethys oraz d20pfsrd pozwalają na szybkie poznanie zasad całkowicie za darmo, więc niezwykle łatwo dołączyć do Społeczności Poszukiwaczy Ścieżek, jeśli tylko chcecie poświęcić trochę czasu na naukę. Dodam jeszcze, że istnieje dodatek do systemu bazowany na My Little Pony więc jeśli ktoś chce można też odgrywać kolorowe koniki A teraz zapraszam do dyskusji
  8. Daganzeax nie miał zamiaru pozwolić Rograkhowi łatwo zginąć. Wzmocniony magicznym uzbrojeniem, był zdecydowanie twardszy niż wcześniej, ale to wciąż było za mało. Teren nie był po jego stronie, ale repertuar zaklęć w dyspozycji smoka wciąż był spory. Dlatego też wskazując szybko na kobolda Smok wykonał kilka magicznych symboli dłońmi. "Skóra z kamienia!" proste zaklęcie, a jednak niezbyt twarde łuski kobolda pokryły się nagle skalistą formą, sprawiając, że włócznie wbijane w jego ciało nie mogły już tak łatwo okruszyć jego powłoki, dając mu więcej czasu na wydostanie się z więzów. Gorszym było, że zarówno pozbycie się żołnierza jak i dżungli nie udało się. Artefakt i golem zawiodły. A zanim Rograkh wydostanie się ze swoich więzów minie pewnie trochę czasu. Wysłanie Yoshimaru do walki w nieprzyjaznym terenie było by jednak błędem, poświęcenie jego siły już teraz nie było najlepszym planem. Źrenice jaszczura zwęziły się gdy on sam próbował opracować jakiś szybki plan. Zwłaszcza, że nekromanta zaczął działać. Trudno jednak było zobaczyć co dokładnie się działo, chociaż jak się okazało nie musiał widzieć co Nekromanta robić aby to poczuć Dotyk motyla. Daganzeax nie wierzył nigdy, że dotyk motyla zdoła strącić go z nieba. A jednak, ktoś kto nigdy nie czuł ognia, nie mógł być gotowy na to jak gorący może być. Wyjąc z bólu smok upadł z impetem na ziemie, nie mogąc utrzymać się na niebie, nie dając rady jakkolwiek osłabić upadku, zderzył się z podłożem wyjąc z bólu. Nawet zaklęcie utrzymujące jego humanoidalną formę zaczynało powoli padać, jego ciało pokrywało się łuską, jego pazury wyrywały się spod rękawic. Ale ból pozostawał. Gdy Rograkh powoli rozrywał liny mocą nadaną mu przez artefakty, Daganzeax czuł jakby umierał od motylków. "Od...powiedz... na zew... na mocy... paktu... Węd...row...cze..." wypowiedzienie nawet tych kilku słów przyszło mu z niewyobrażalną trudnością. Na szczęście dla niego, wiatr zawiał przez arenę i ślad po cięciu miecza pojawił się w powietrzu obok smoka. W mgnieniu oka w miejscu gdzie było cięcie stała kobieta. Jej twarz była w większości zakryta przez jingase, w jej prawej dłoni spoczywał wyciągnięty miecz. "Słyszę twe wyzwanie... Daganzeaxie." wraz z tymi słowami, smok przestał wierzgać, wyglądało to jakby motyle przestały nagle mieć efekt na jego ciało. Białe światło otaczało teraz jaszczura, który to przestał już wyglądać całkiem jak elf, będąc w połowie drogi pomiędzy swoją prawdziwą formą, a formą przybraną wcześniej. "Jednak nie pozostanę tu na zawsze." oznajmiła po czym obróciła się w kierunku nekromanty. Jej oczy skierowały się w kierunku nieśmiertelnego żołnierza, jednak nie ruszyła jeszcze do ataku.
  9. Błędem było myślenie, że przechwałki Kobolda oznaczały jego nieśmiertelność, a jednak, o ile magia krzywdziła Yoshimaru i Daganzeaxa każdy efekt magiczny na Roghrakhu zdawał się nie wpływać na niego w żaden sposób. Ani magia wysysającą z niego życie, ani las i jego nieprzyjemna natura, jakby czarno-zielone ostrze pochłaniało całą tą magię. Jednak, kobold zmuszony był do przedzierania się przez las nie był czymś na co Smok chciał przystać. Ale jednak, mała jaszczurka dzielnie przecinała liście i miażdżyła drzewa w swojej szaleńczej szarży napędzonej niezwykłą mocą artefaktów i swoją Furią Maluczkich. Sama furia jednak pewnie nie wystarczy by wygrać tę bitwę. Gdy całe otoczenie zostało przetransformowane walka zdecydowanie przeszła na stronę nekromanty. Tego Daganzeax nie mógł zaakceptować. Temu też postanowił zrobić coś z całą to dżunglą. Co gorsza, niewidoczne zęby wbijające się w twarde jak stal łuski nie były na szczycie listy rzeczy które smok lubił. Dlatego z nieprzyjaznym warknięciem zerwał z szyi dziwaczny medalion. A może kapsułę? Trudno powiedzieć. Jednak smok wycelował ręką w której trzymał swój naszyjnik w Hiroshiego. Zaraz potem ścisnął obiekt w dłoni a pękający obiekt zaczął wypuszczać z siebie dym który zaczął otaczać drzewa. Celem dymu było zniszczenie całego lasu, pozbycie się zaklęcia które je utworzyło i tym samym wyrzucenia ich z areny. Smok jednak miał więcej sztuczek w swym arsenale. Składając dłonie raz jeszcze podniósł je obie nad siebie i wycelował palcami wskazującymi w niebo. Wpierw niewielki błysk, potem większa kula ognia zdawała się zmaterializować wysoko na arenie. Podążając za palcami smoka, płomień popędził w kierunku japońskiego Ducha, ujawniając swoją prawdziwą formę. "Meteorytowy Golem!" zawołał smok, gdy żelazne cielsko otoczone magicznym ogniem zderzyło się z duchem... lub miejscem gdzie duch był.
  10. Gdy kilof zderzył się z ciałem nekromanty, obok smoka pojawiła się skrzynia wypełniona skarbami. Sam pies zaś odskoczył, szybko wracając na miejsce bliżej połowy areny które przypadło Daganzeaxowi. Oczy smoka przestały przypominać te należące do elfa i przybrały swój naturalny, jaszczurzy wygląd. Obserwując zjawę na jego twarzy widać było gniew. Te wynaturzenia obrzydzały jaszczura. Obserwując nową zjawę, smok poruszył ręką obok siebie, przygotowując się jakby na chwycenie miecza. To też się stało, bo z szarego portalu wyłoniła się rękojeść porośnięta liśćmi. Gdy smok wyciągnął cały miecz, oczom nekromanty pokazało się czarne ostrze, wyglądające jakby wykute z rozpadającej się kory drzew. Energia z miecza wystrzeliła do Twarz smoka wykrzywiła się w uśmiech, gdy ostrze wypuścił ze swej dłoni a te wpadło do ręki Kobolda. Potem widząc banshee gotującą się do krzyku, smok podniósł kobolda za szyję i postawił go przed sobą na trajektorii strzału. Gdy krzyk zderzył się z nędznym koboldem, energia powinna istotę zniszczyć, a jednak absolutnie nic się nie stało. Niewielki jaszczur zaśmiał się dumnie podnosząc miecz. "ROGHRAKH! SYN ROHGAHHA JEST NIEŚMIETELNY!" wykrzyczał Kobold w czasie gdy wylądował na ziemi. Potem, Daganzeax poruszył ręką i skrzynia skarbów zniknęła, zamiast niej z kolejnego szarego portalu przed koboldem pojawił się młot, wielki na tyle, że zdawał się zrobiony do użytku gigantów, nie ludzi. A co dopiero niewielkich istot. Kobold jednak chwycił za rękojeść młota i ruszył szarżą do ataku. "Yoshimaru!" słysząc okrzyk smoka, pies wyrzucił kilof ze swojej paszczy w kierunku kobolda, który chwycił go w zęby, trzymając teraz wielki młot, magiczny miecz i kilof. "Pokażę ci! Że siła jest względna!" zawołał kobold, celując swoim cały arsenałem w Nekromantę. Pies zaś wrócił do okolicy bliżej Daganzeaxa.
  11. Dziś odpisze, ale nie miałem zbytnio czasu teraz bo rodzina z Niemiec przybyła i cały tydzień w pracy byłem a wolny czas śledziłem chodząc po mieście, komputera nawet nie włączałem
  12. Moment w który nieumarli rozbiegli się, był też momentem w którym Daganzeax poruszył ręką i kilof z rąk kobolda wystrzelił, niesiony niewidzialną siłą i został złapany przez psa, który wykorzystując swoją większą zwinność, przeskoczył po nieumarłych odbijając się od ich głów wydostał się z tunelu i rzucił się na Nekromantę. Z zamiarem uderzenia w niego kilofem. Kobold jednak nie miał na tyle szczęścia, nie miał szans aby przetrwać ostrzał, temu też niezwykle szybko uciekło z niego życie a jego resztki, stanęły w ogniu i spłonęły. Dym ze szczątek kobolda jednak, zamiast działać jak normalny dym, poleciał w kierunku unoszącego się nad ziemią smoka, tworząc niewielką kulkę obok niego. Smok jednak nie miał zbyt wiele czasu na działanie bo zaraz potem salwa z broni zaczęła go ostrzeliwać. I chociaż zdążył zasłonić się skrzydłem, na salwę z broni przeciw powietrznej nie był przygotowany. Mimo łusek twardych jak stal, albo nawet i twardszych, ostrzał nie był czymś przyjemnym, temu też smok szybko złożył swoje palce w symbol i kulka dymu upadła na ziemię tworząc niedawno zmarłego Kobolda po raz kolejny. Sam pies zaś, zyskał kolejny zastrzyk energii, stając się raz jeszcze potężniejszym, powoli zaczynało od niego bić złotawe światło. Palce smoka, który zasłaniał się rękami i skrzydłami przed ostrzałem zabłysnęły a on sam zaś na ułamek sekundy odsłonił swoje ciało. Błękitna sfera otoczyła jego ciało, zbierając na sobie ostrzał. "Zakrzywienie... Błyskawicy" Błękitna aura wystrzeliła w działo które to zaczęło w dziwaczny sposób wykrzywiać się, poza swoje możliwości, łamiąc metal ale dalej podtrzymując ostrzał, tym razem celując w nieumarłych. Daganzeax wylądował na ziemi. Stuknął pierścień na swoim palcu dłonią. "Sigardo, wzywam cię. Wspomóż mych żołnierzy!" Promień światła z nieba oświetlił chwilowo smoka, po czym nad jego głową pojawiła się aureola. Na razie jednak, smok nie atakował dalej.
  13. Chmara nieumarłych zdecydowanie nie była czymś co smoki, zwłaszcza te metaliczne, lubiły. Daganzeax był na dodatek niezwykle starym i gburowatym praworządnym smokiem, który na widok nieumarłych wydał z siebie gniewny pomruk po czym wstał ze swojej siedzącej pozycji. Czerwona peleryna zawiała, na nieistniejącym wietrze i w blasku srebrnego ognia stała się parą skrzydeł, które to smok szybko użył aby wznieść się w powietrze i odskoczyć od chmary Ghuli. "Upewnie się aby ci nieumarli powrócili do swych grobów. Siłą!" wykorzystując dodatkowy dystans jako Daganzeax stworzył pomiędzy sobą a ławicą, smok utworzył ze swych dłoni symbol koła, który to szybko po powstaniu, rozświetlił się złocistym światłem. Światło to przekształciło się w portal ukazując wizerunek psa siedzącego na złotym tronie cesarza jakiegoś orientalnego kraju. Zwierze szybko jednak przeskoczyło przez portal, lądując w dumnej pozie przed smokiem i wpatrując się dumnym spojrzeniem w nieumarłych. Zaraz potem Daganzeax przygotował nowy symbol, tym razem układając dłonie w formę czegoś na kształt misy z której buchnął płomień. Płomień który przekształcił się w drugi portal. Z tego portalu wyłoniła się sylwetka mniejsza od psa. NIegroźnie wyglądające jaszczurkowate stworzenie, nędzny kobold, w pancerzu ze skóry, bez broni. Jednakże samo przybycie owego nędznego jaszczura wysłało w kierunku psa jakąś mistyczną, duchową energię która zdawała się wzmocnić jego aurę. Po chwili smok odpiął od swego broń. Zdobiony nadziak, po czym rzucił go przed niewielkiego kobolda. Jaszczur podniósł broń bez słowa, obrócił się w kierunku nieumarłych i zaszarżował, wydając z siebie okrzyk pełen gniewu i furii, okrzyk wzbudzający gniew pośród żywych. Niedługo potem, pies również ruszył do boju. Sam Daganzeax, skrzyżował ręce na klatce piersiowej i czekał na zderzenie.
  14. Oto raz jeszcze... ujrzę piasek areny magii...Ha... Gdzieś w krainie zapomnianej przez czas, w jaskini tak starej jak sama wyspa na której się znajdowała można było usłyszeć cichy rytmiczny oddech. Z każdym krokiem w głąb jaskini oddech stawał się o wiele wyraźniejszy. Z czasem dało się nawet rozróżnić w oddechu pojedyncze słowa. Słowa wypowiedziane przez sen w starożytnym języku, zapomnianym przez nawet piaski czasu. Tunel wypełniony był totemami, darami, łuskami i nawet kośćmi, głównie zwierząt i istot na tyle głupich by wstąpić do leża smoka. I chociaż ja również mógłbym zostać nazwany głupcem za zbliżanie się właśnie do śpiącego smoka, miałem ku temu swoje powody. Wkraczając do owalnej pieczary, ujrzałem przed sobą źródło oddechów i chrapania. Istota równie wielka co majestatyczna, zwinięta na stosie mieczy, toporów, młotów i masy innych broni. Daganzeax, Mistrz Zbrojowni na swym tronie z mieczy. Naturalny blask jego brązowych łusek nie zniknął, wciąż odbijały światło pomimo wyraźnych śladów patyny na jego skrzydłach, ogonie i rogach. Wyraźna oznaka jego wieku. Elektryzująca atmosfera w pomieszczeniu sprawiła, że włosy na moich rękach stanęły dęba, od samego obserwowania przedwiecznego smoka. Nie miałem jednak zamiaru siedzieć tu i czekać aż sam się przebudzi. Trzeba było to przyśpieszyć. Zrobiłem dwa kroki w przód i chwyciłem jeden z mieczy ze sterty leżącej przede mną. Efekt był natychmiastowy, najpierw powieki smoka drgnęły, potem on sam się poruszył. Jego głowa zbliżyła się do mnie zanim smok nawet się obudził i ciepłe powietrze z jego nozdrzy sprawiło, że zrobiłem dwa kroki do przodu. "Kto... Kto śmie dotykać Zbrojownie Daganzeaxa?!" Jego głos niósł się echem po tunelu zmuszając mnie do zrobienia dwóch kolejnych kroków w tył. Odwiałem od siebie powietrze z jego oddechu, ze zniesmaczonym wyrazem twarzy. "Przyszedłem cię obudzić staruszku." odezwałem się robiąc kolejny krok w tył, żeby uniknąć jego nieprzyjemnego oddechu. Niski pomruk wydobył się z jego paszczy w czasie gdy otwierał swe oczy i skierował wzrok na mnie. "Mephisto... Czemuż to przerywasz mój sen?" Uśmiechnąłem się w kierunku wielkiego jaszczura "Potrzebuje kogoś kto stanąłby w moim imieniu na arenie. Kogoś kto będzie walczył przeciwko nekromancie i kogoś kto będzie kontrolował moich żołnierzy w tej bitwie." Z Daganzeaxa wydobył się kolejny pomruk. Niezadowolony i zirytowany. Oczywiście wiedziałem, że tak będzie i wyciągnąłem sztylet ukryty przy moim pasie. Zakrzywione ostrze błysnęło w świetle zaklęcia które używałem do rozjaśnienia swej drogi. Podobnie zresztą jak oczy smoka. Niezadowolony pomruk zamienił się w zainteresowanie. Widziałem, że się zgodzi... Daganzeax w całej swej okazałości nie zdołałby niestety przejść przez bramę areny. Możliwe, że zdołałby radę się przecisnąć, ale jego duma na to nie pozwalała. Temu też wybrał formę humanoidalną. Tak oto, elf o brązowych włosach połyskujących niczym metal w świetle areny, przeszedł przez bramę. Jego twarz pozostawała odkryta, jednak resztę ciała zakrywała płytowa zbroja. Złota, z czerwoną peleryną. Każdy fragment materiału który wystawał spod zbroi również był czerwony. Szmaragdowo zielone oczy wpatrywały się prosto przed siebie, zaakcentowane dodatkowo zielonymi fragmentami na jego twarzy i nawet we włosach. Widocznie patyna porastająca jego smocze ciało była widoczna nawet w innych formach. Daganzeax wzniósł swą rękę w górę, zaciśniętą w pięść na znak gotowości do boju. Czerwona elektryczność zebrała się wokół jego dłoni po czym czerwony grom uderzył w wyciągniętą rękę, tworząc swego rodzaju racę, jako popis przed widownią. Może i był starcem, ale wciąż wiedział jak się zaprezentować. "Jam jest Daganzeax! Mistrz Zbrojowni! Zrodzony w boju!" Niski głos smoka skierowany w kierunku publiczności rozniósł się po arenie, zaś sam Daganzeax opuścił swoją rękę i usiadł po turecku na ziemi, oczekując na przybicie swojego oponenta.
  15. Ty i ja Zegarmistrzu! Imię: Daganzeax Tag: Standard
×
×
  • Create New...