Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Sign in to follow this  
Zegarmistrz

Arena XI - Fisk Adored vs Alberich [zakończony]

Arena XI  

5 members have voted

  1. 1. Kto okazał się lepszym magiem w tym pojedynku?

    • Fisk Adored
      3
    • Alberich
      2


Recommended Posts

fusion_clash___celuna_versus_discord__by

Alexsuz poprawił się na wysoce wygodnym siedzisku które kazał sobie przytaszczyć na trybuny. Sięgnął po mała kartkę i rozpoczął przemówienie.

- Oto kolejny pojedynek i kolejni zawodnicy. Za chwilę uraczą państwa swoimi umiejętnościami a są one niemałe. Gwarantuję państwu że zawodnicy nie mogą się doczekać tej walki równie mocno jak państwo. Zaś ich pojedynek może być tym na co wszyscy czekamy. Oto bowiem na naszej arenie zmierzą się Fisk Adored i Alberich! Pierwszy z nich to członek Straży Harmonii i fan Lady Ditzy "Derpy Hooves" Doo of houses Doo and Cumullus! Drugi zaś to...khm...em...student oczekujący na przyznanie stypendium, który dodał sobie do zajęć studium magii...przed 2 tygodniami...

Alexus spojrzał raz jeszcze czy aby na pewno dobrze przeczytał informacje o zawodnikach które mu dostarczono. No i stało tam, Alberich - student. Z lekkim niedowierzaniem pokręcił głowa po czym rzekł:

- To naprawdę może być ciekawa walka. Zapraszamy!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas pojedynku zbliżał się wielkimi krokami, zawodnicy zostali zapowiedzeni przez Alexsuza, a publiczność wyczekiwała z niecierpliwością tego, co jeszcze mają do zaoferowania magowie pojedynkujący się na tej arenie. Po tym co pokazali poprzednicy można było spodziewać się bardzo ciekawych widoków.


Fisk zdawał się spóźniać do swojej szatni, wśród personelu krążyły już plotki iż nie pojawi się wcale. Jednak punktualność to jedna z jego zalet których się w życiu kurczowo trzymał. Tym razem jednak pośpiech wydawał się mieć daleko idące skutki...


Na arenie pojawiła się mała, prostokątna powierzchnia falująca niczym muśnięty dłonią staw. Pierwszym, co mógł zauważyć baczny obserwator, był powoli wydostający się z niej... kubek, z jakąś parującą zawartością i napisem “Keep calm and Muffins”, trzymany przez rękę o dosyć bladej karnacji. Kubek został powolutku postawiony lekko z boku, a w ślad za nim podążył talerzyk z na wpół zjedzoną muffinką czekoladową. Talerzyk postawiony został po przeciwnej stronie dziwnego “portalu”.Blade kończyny zaparły się o podłoże i poczęły wydobywać sylwetkę swojego właściciela, który to właśnie sapiąc z wysiłku i burcząc coś pod nosem usiłował wydobyć swoją osobę na arenę.


-Mogłem kupić większy monitor... - oznajmił przybysz.


Gdy w końcu udało mu się stanąć na nogach, a jego długie kasztanowe włosy odgarnięte zostały z twarzy odsłoniły wreszcie  oblicze, które zdobiła krótka, przystrzyżona bródka i wąsiki. Okazało się, że jest to nikt inny, jak Fisk Adored, jeden z uczestników następnego pojedynku. Jego facjata przedstawiała zmęczonego człowieka, z podkrążonymi oczami wyglądającego jakby dopiero co wstał z łóżka. Wyglądał na dwadzieścia kilka lat, jednak ruszał się jakby miał sześćdziesiąt i do tego połowiczny paraliż ciała. Jego rozczochrane włosy dopełniały efektu. Ubrany był w czarny podkoszulek z którego do wszystkich uśmiechała się jakaś zezowata klacz o szarym umaszczeniu, również tego samego koloru jeansowe spodnie, zieloną tanio wyglądającą bransoletkę z napisem “Fundacja Ronalda, w pomocy dzieciom chorym na raka”, oraz … niebieskie bambosze. Powolnym, bardzo powolnym ruchem schylił się po swoje niedokończone śniadanie, po czym rozpoczął konsumpcję. Żując przypominał raczej starą bezzębną osobę, która usiłuje uporać sięz wyjątkowo opornym kawałkiem mięsa, niż potężny mag mający zaraz stoczyć pojedynek przed tak liczną publiką.


Na trybunach dało się wychwycić odgłosy niezadowolenia które pomału stawały się coraz to głośniejsze. Fisk po przytoczeniu w myślach steku starożytnych krasnoludzkich przekleństw, zbyt plugawych by je tutaj zaprezentować skierował w końcu swój wzrok na podłoże.


-Szlag, bambosze...


Szybkim łykiem dokończył  kakao, po czym sięgnął ręką poprzez przezroczystą powierzchnię którą tu przybył wyciągając z niej najpierw szary plecak, później parę czarnych, zamszowych butów. Szybkimi ruchami nóg strącił swoje bambosze w czeluść prześwitującej tafli, a za nimi wsadził do środka kubek i talerzyk po czym z kieszeni spodni wyjął mały pilocik z czerwonym guziczkiem.


HONK! HONK! - Oznajmiło urządzenie po wciśnięciu przycisku, a droga wejściowa poczęła rozmywać się, a chwilę później zniknęła całkowicie.


Fisk wiedział, że o jakimkolwiek pojedynku w tym stanie może zapomnieć, był jednak przygotowany na taką ewentualność. Z głębin swojego plecaka wydobył około dziesięciu pojemniczków, których etykieta oznajmiała “Wata Cukrowa”, po czym zaczął je metodycznie otwierać. Opakowania jedno za drugim trafiały do jego niezmordowanie pracujących szczęk.


Fiskowi zawsze wystarczyła kostka czekolady by stać się rozgadanym wesołkiem usiłującym rozweselić pobliskie osoby, to jednak nie była kostka czekolady. Wata cukrowa z ostatniego z plastikowych kubeczków została zjedzona, a ciałem konesera słodkości wstrząsnęła seria silnych, niekontrolowanych dreszczy. Jego plecy wygięły się do tyłu pod nienaturalnym wręcz kątem, a źrenice na chwilę zwęziły się. Z gardła zaczęło wydobywać się prawie że mruczenie oznaczające zapewne ukontentowanie. Plastikowe naczynie wypadło mu z dłoni, a głowę zalała burza doznań. Produkowane w zastraszającym tempie endorfiny, hormony odpowiedzialne za dobry nastrój oraz również za zmniejszanie odczuwanego bólu (co może okazać się bardzo pomocne, jednak Fisk nawet nie zdawał sobie sprawy z tej konkretnej właściwości) rozlewały się po jego mózgu niczym tsunami z siłą tak wielką, że aż przytłaczającą.


-WOO HOO! - Zakrzyknął gdy jego kręgosłup prostował się do zwyczajowego pionowego ułożenia, a źrenice wracały do swoich normalnych rozmiarów.

*Jak ten kubek powoli opada...* - pomyślał, po czym zatrzymał jego upadek wysuniętą stopą. Co najdziwniejsze jego zachowanie oraz wygląd stały się tak odmienne od tych sprzed zaledwie chwili, że możnaby pomyśleć, iż jest to inna osoba. Jego twarz promieniowała wręcz pozytywnymi emocjami. Usta rozciągnięte były w szerokim, szczerym uśmiechu, a w oczach dało się wychwycić nieobecną wcześniej radość i figlarność. Szybkimi, okrężnymi ruchami rozruszał zastałe stawy, po czym zaczął się przeciągać i wyginać na wszystkie strony, czasami uzyskując ciche pyknięcie z okolic kręgosłupa. Wtedy też myśli maga przyśpieszyły swój bieg. Przypomniał sobie z kim ma się dzisiaj pojedynkować.


*Mmmmm..... cukier. Chwilka, chwilka. Alberich, HAHAHAHAH z miejsca trafił mi się Alberich! TAAAAAK! To oznacza, że będę mógł się nie ograniczać, że będę mógł użyć pełni swoich możliwości i nie obawiać się o to, czy przeciwnik odpowiednio szybko zareaguje. Będę mógł sięgnąć po prawdziwą moc! Nasz pojedynek będzie tak epicki, że będą o nas śpiewali pieśni!*


Naokoło maga w powietrzu dało się zauważyć wyładowania różnokolorowych iskier, jego oczy rozjarzyły się białym blaskiem, a powietrze na arenie wydało się raptem być tak gęste, że można by kroić je nożem. Dało się również słyszeć lekkie buczenie, jak gdyby niedaleko był generator energii elektrycznej. Twarz maga wyrażała teraz dziwną mieszaninę uczuć, wyglądała jak oblicze psychopaty który dopadł w końcu swoją ofiarę. Powodowała nim jednak czysta radość, nie zaś rządza mordu, co też w końcu sobie uświadomił.


*Jednak to, że jest to Alberich nie pozwala mi korzystać z pełni sił, a gdybym zrobił mu coś złego? Coś, czego medycyna nie byłaby w stanie odwrócić!? NIE! Nigdy bym sobie tego nie wybaczył! Nie mogę skrzywdzić przyjaciela, choćby nie wiem jak bardzo mnie o to prosił...*


Wyładowania mocy naokoło Fiska całkowicie zniknęły, a jego twarz zasępiła się w wyrazie zrezygnowania. Nie trwało to jednak zbyt długo.


*Wiem!*


Mag wyraźnie ożywił się jakąś myślą, po czym wydobył ze swojego plecaka jarzący się wieloma barwami kryształ. Samo patrzenie w jego stronę zatrzymywało wzrok na dłużej niż by się chciało. Piękne refleksy rzucane przez jego powierzchnię hipnotyzowały swoim pokazem świateł.


*Mogę przecież wykorzystać to samo zaklęcie, dzięki któremu mam jak w zaciszu własnego domu eksperymentować z mocą.*


Fisk poczekał na pojawienie się swojego przeciwnika, dając mu tyle czasu ile będzie potrzebował, po czym krzyknął zdecydowanie radosnym głosem.


-Alberichu! Kopa lat przyjacielu! Słuchaj, mam nadzieję, że obaj nie chcemy sobie zrobić krzywdy. Przygotowałem więc zaklęcie, które przeniesie nas do nieprawdziwej kopii tej areny. Jest to zaklęcie wykorzystujące krainę snów z kilkoma autorskimi usprawnieniami. Używam go we własnym domu, by nie zwracać na siebię uwagi otoczenia. Ah, byłbym zapomniał! Wszystko to, co będziemy tam robić zostanie pokazane naszej przemiłej publiczności na.... no będzie telebim, wieeeeelki telebim. Będzie pokazywał nasz pojedynek z wielu ciekawych ujęć. Jest tylko jeden minus, nie udało mi się zachować realizmu bez wyłączania receptorów bólu, więc niestety będzie bolało tak samo. Nie ma jednak ryzyka śmierci, co najwyżej zaklęcie zostanie przerwane.

*Chyba*

Możesz najwyżej stracić kończyny i.... Nie, nie, nie do tego nie dojdzie. Co ty na to? Dodam również, że jesteśmy w krainie, gdzie pewna księżniczka ma pełnię władzy nad krainą snów, co powinno być dodatkowym zabezpieczeniem! A gdybyś w jakimś celu chciał wrócić do rzeczywistości, to wystarczy, że zbijesz odpowiednik tego kryształu w alternatywnym wymiarze, a czar przestanie działać. Żeby zacząć po prostu musimy skupić wzrok na krysztale przez dłuższą chwilę. Radzę usiąść zanim to zrobisz, upadek może być bolesny.


Po wypowiedzeniu tego małego monologu Fisk zaczął się wpatrywać w postać Albericha z nadzieją, wyczekując z niecierpliwością odpowiedzi.


 

Share this post


Link to post
Share on other sites

           W stronę wejścia na arenę biegł zasapany, młody czaro… bądźmy poważni, nazwanie tego kogoś czarodziejem zakrawałoby o absurd. Już sam jego wygląd był odrobinę zabawny. Przypominałby typowego wikinga, długie, jasne włosy, które nigdy nie widziały grzebienia, chaos umownie zwany „brodą”, błękitne oczy. Wszystko jednak musiał popsuć ten ogromny nos, sam właściciel tegoż zwykł śmiać się, że to jego osobisty wykrywacz promocji. Cenna umiejętność dla żaka, nie ma co.

 

           Oprócz tego sam jego ubiór, żółta koszulka, absolutnie niewyróżniające się spodnie i rozłożysty, intensywnie zielony płaszcz, pełen kieszeni i zaczepów. Na głowę w biegu zarzucił podróżniczy kapelusz, który prawdopodobnie spotkał się już z niejedną kałużą. Do tego wszystkiego te sandały.. obiekt wielu, wielu poniżeń.

 

           W pośpiechu pilnował, by nie pogubić swojego asortymentu bojowego. Pokaźna kolekcja, trzeba było przyznać. Skrzypce w poniszczonym futerale, dwie wystające z kieszeni butelki, ich zawartość pozostawała dla postronnych tajemnicą, kilka zegarków kieszonkowych, garść kości do gry, jakaś książka i w końcu najdziwniejszy z drobiazgów, kawałek sznurka, najpewniej niegdyś będącego składową spodni dresowych.

 

           Gnał na złamanie karku. Jak zwykle cała jego przyszłość zawisła na włosku. Tylko i wyłącznie Albeirch potrafił tak perfidnie spóźnić się na otwarcie, które miało zadecydować o całym turnieju. Wreszcie, po raz kolejny potykając się przy wejściu, wbiegł na ubitą ziemię areny.

 

           Od razu przytłoczył go rozmiar tego miejsca, a jeszcze bardziej zgromadzona tam widownia. Tłumy robiły wrażenie, zebrało się tak całe mrowie najróżniejszych ludzi, wszyscy po to, by zobaczyć, jak biedny, niezdarny mag tłucze się z… kimkolwiek innym.

 

           Wypadało się jakoś przedstawić. Zdjął kapelusz, by okazać reszcie szacunek, pomachał nieśmiało, rzucił też kilka słów:

 

           Witam Was, jestem Alberich – wskazał na kawałek sznurka. – A to Serpen, przyniosłem go tu z sentymentu. Życzę Wam pięknego widowiska, no i… ha! Gdybym miał do powiedzenia coś śmiesznego, na pewno bardzo byście się śmiali.

 

           Niespodziewana salwa śmiechu trochę podbudowała zawodnika. Uśmiechnął się, po czym wzrokiem znalazł swojego rywala. Gdy go ujrzał, z wrażenia upuścił książkę i skrzypce. Co jak co, gnał tak szybko, że tego człowieka się nie spodziewał.

 

          Fisk?! – zawołał zdziwiony. – To z Tobą… niech to szlag… Nie spodziewałem się…

 

           Podszedł do niego. Szybki, krótki, męski uścisk na powitanie, to pomogło jeszcze mocniej zbudować atmosferę i jednocześnie pokazać, że szanuje się swojego przeciwnika.

 

           - Z jednej strony taaak wspaniale, że to Ty, zawsze miło zobaczyć przyjazną twarz, ale z drugiej… trochę lipa. Przecież my się tu pomordujemy!

 

           W tym właśnie momencie Fisk w krótki i nadzwyczaj klarowny sposób wyjaśnił przygotowany przez siebie patent przeniesienia do krainy snów. Na twarzy Albericha momentalnie zagościł uśmiech. Ostatni raz uścisnęli sobie dłonie, jeden i drugi „skupił się” na specjalnym przyrządzie. W jednej chwili wszystko ogarnęła ciemność.

 

           Obraz szybko powrócił, znowu znajdowali się na arenie, jednak całkowicie wirtualnej. Szybko przejrzał swoje wyposażenie, zadowolony stwierdził, że było zupełnie kompletne. Widząc, że oponent nie miał zamiaru dłużej czekać, Alberich zdecydował się przejść do właściwej części spotkania – walki.

 

           No właśnie, walki. Problem polegał na tym, że spieszący się na walkę początkujący mag w ogóle nie miał pomysłu, jak powinien ją przeprowadzić. Aż do przyjścia na arenę nie wiedział nawet, kto będzie jego przeciwnikiem.

           Trudno, przyjdzie mi improwizować.

 

           Czując, że to do niego należy inicjatywa rozpoczęcia pojedynku, zdecydował się przeprowadzić go w sposób tradycyjny. Przed początkiem treningów przeczytał kilka relacji, by lepiej wiedzieć, jakie zagrania są w dobrym tonie. Poznał jedno, które wyjątkowo przypadło mu do gustu. Nie czekając na nic otworzył starą książkę, szukając kilku konkretnych notatek.

 

           Och, skąd to mam? – rzucił widząc pytające spojrzenie Fiska. – Moja rodzina ma antykwariaty we krwi, nawet nie wiesz, jak dobre magiczne podręczniki można tam znaleźć. Mam tu dla nas coś specjalnego, na sam początek.

 

           W końcu natrafił na właściwą notatkę. Skupił się na magicznej inkantacji. Powietrze zadrgało, rozległ się bardzo nieprzyjemny dźwięk często towarzyszący początkowi niektórych czarów. Zaraz potem na środku areny pojawił się mały stolik, a na nim dwa pucharki niezbyt duże, za to po brzegi wypełnione truskawkami z cukrem.

 

           Widziałem, że w dobrym tonie jest poczęstować przeciwnika czymś smacznym, a ja akurat uwielbiam truskawki, to jedno z najlepszych zaklęć, jakie znalazłem – po chwili dodał jeszcze, nie bez cienia dumy. – Jeszcze ze dwa tygodnie nauki i będę mógł wyczarować do nich bitą śmietanę albo inne dodatki. Jednak opłaca się uczyć magii… Poza tym pamiętam jak mówiłeś, że cukier dobrze Ci służy, nie chcę, żebyś mi zasłabł w trakcie pojedynku.

 

           Złapał za dodaną do pucharka łyżeczkę i zaczął jeść. Jak to zwykle z truskawkami bywa, poszło bardzo szybko. Grzecznie odczekał, aż Fisk doje swoją porcję. Gdy tak się stało, zastawa najnormalniej w świecie zniknęła. Nadszedł czas, by zająć się czarami na poważnie.

 

           Sęk w tym, że Alberich niezbyt chciał zaczynać od swoich najpotężniejszych zaklęć, wolał zachować je na późniejszą część pojedynku, wtedy mogły przydać się znacznie bardziej. Stopniowanie napięcia jest kluczowe przypomniał sobie. Wsadził rękę do jednej z kieszeni, na szczęścia znalazł tam to, czego potrzebował. Uśmiechnął się, a zaraz potem szczerze zaśmiał:

 

           Przepraszam – powiedział tłumiąc radość. – Patrząc na Ciebie przypomniałem sobie, że dawno temu koledzy powiedzieli mi, że mam koci uśmiech.

 

           Gdy tylko trochę się uspokoił, kontynuował niezrażony:

 

           Nie chcę zaczynać od kanonady zniszczenia, to bez sensu. Na szczęście mam na to sposób. Jak powiedział jeden z potężnych magów, twórca „Okien”, a trzeba przyznać, hasło mu się udało, „jeśli coś nie działa jak powinno, to niech chociaż dobrze wygląda.” Miał rację, zresztą… wynalazca zaklęcia tak potężnego jak „błękitny ekran śmierci” nie może tak po prostu się mylić. W każdym razie, patrz na to!

 

           Wyciągnął z kieszeni garść żarzącego się piasku.

 

           To zaklęcie pustynnego ognia, może nie jest za potężne, ale za to… wygląda przeepicznie.

 

           Wypowiadając krótką formułę z całych sił cisnął porcję piachu w stronę Fiska. W jednej chwili zamieniła się ona w słup ognia, wysoki i mieniący się setką różnego rodzaju płomieni. Można było ją porównać do oddechu smoka, wielkiego i bardzo rozgniewanego, niewtajemniczony na pewno poczułby ogromny lęk na widok tak efektownego czaru. Alberich tylko pomachał w kierunku oponenta.

 

           Powodzenia! – zawołał szykując się już do odparcia kontrataku.

          


 

Share this post


Link to post
Share on other sites

            Obaj z Alberichem wpatrywali się w mieniący się barwami kryształ, który Fisk rozkręcił powoli niczym bączek. Kryształ uniówł się w powietrze i rozbłysł leciutko wewnętrznym blaskiem. Wydobyły się z niego tęczowe wiązki światła, które po oświetleniu magów sprawiły, że ich głowy delikatnie opadły, przenosząc ich do krainy marzeń. Z górnej części kryształu wystrzeliła w górę dużo większa wiązka, we wnętrzu której uformowały się dwa komplety gigantycznych ekranów, po cztery u góry i u dołu. Na jednej parze wyświetlało się to co działo się z perspektywy lotu ptaka, druga natomiast wyświetlała obraz “z oczu” uczestników. Obrazy różniły się jednak od siebie niewielkim szczegółem, to co widział Alberich wyglądało zgoła normalnie, natomiast to co pokazywał ekran przeznaczony dla Fiska przedstawaił świat lśniący delikatnym światłem, wyglądało to, jakby wszystko co widział pokryte było delikatnie lśniącym pyłem, który przepełniał nawet samo powietrze. Arena, jego obecny przeciwnik, nawet on sam gdy spojrzał na swoje dłonie pełen był tej lśniącej substancji.


             Fisk po otwarciu oczu stwierdził, że znajduje się na wiernej kopii wcześniejszej areny. Wszystko, łącznie z widmowym odwzorowaniem publiczności znajdowało się dokładnie na swoim miejscu. Ucieszyło to chłopaka, w końcu pozwoli to na swobodny pokaz umiejętności podczas którego nikomu nie musi stać się krzywda. Wysoko ponad nimi znajdowała się tutejsza wersja tęczowego kryształu. Nie przykuwała wzroku obserwatora tak jak jej siostrzana kopia, jednak wydawała się być większa. Unosiła się swobodnie w miejscu, gdzie pomiędzy okalającymi arenę antymagicznymi osłonami tworzył się okrąg nietkniętego nimi nieba, przez które na arenę wpadało światło dnia, tym samym rozświetlając kryształ. Dawało to swojego rodzaju klimat, gdyż cała arena pokryta była różnokolorowym światłem, wyjątkowo przyjemnym dla oka. Niczym wielka, lecz nienarzucająca się intensywnością tęcza która prześwituje czasami przez czyjeś okno, tutaj jednak pokrywała większość areny. Wyjątkowo niecodzienna atmosfera przypominała uczestnikom o ich “odmiennym” miejscu pobytu.


               *Mmmm piękne...* - Pomyślał Fisk, po czym zaciągnął się powietrzem. Było takie samo jak wcześniej, suche z leciutko wyczuwalną nutką spalenizny. Gdy przymykało się oczy przywodziło na myśl wyjątkowo upalny dzień na plaży, tuż obok smażalni ryb. Poza tym, tęcza była czymś co Fisk kochał ponad wszystko, zawsze gdy widział ją ponad polami, to wydawało mu się, że świat jest bardziej magiczny niż w rzeczywistości...


                Tak rzeczywiście było, pewnego razu spojrzał na świat widząc go takim, jakim był naprawdę.Jego umysł prowadzony rozmyślaniem nad poznaną niedawno filozofią zen pozwolił mu spojrzeć inaczej na otaczający go świat.


當你明白,現實取決於你自己。當你不明白,你依賴於現實。當現實取決於你自己,這是不是真正的變成了現實。當你依賴於現實,這是真正的為假。當你依賴於現實,一切都是假的。當現實取決於你自己,一切都是真的。


Kiedy zrozumiesz, rzeczywistość zależy od ciebie. Jeśli nie rozumiesz, polegasz na rzeczywistości. Kiedy rzeczywistość zależy od ciebie, to, co nie jest realne staje się realne. Kiedy polegasz na rzeczywistości, to, co jest realne staje się fałszywe. Kiedy polegasz na rzeczywistości, wszystko jest fałszywe. Kiedy rzeczywistość zależy od ciebie, wszystko,  jest prawdziwe.


                   Z jego perspektywy, powietrze którym się zaciągnął, widoczne pod postacią zasiedlających je świetlistych punkcików powoli zawirowało w okolicach jego twarzy, po czym wciągnięte zostało przez nozdrza, po to jedynie by po chwili wydostać się w lekko zmienionej formie na zewnątrz. Fisk dostrzegał te nieznaczne zmiany, tak jak dostrzegał teraz prawdziwą naturę wszystkiego co go otaczało. Niektórzy wierzą, że wszystko naokoło nas przepełnione jest “kosmiczną energią” która przenika każdy aspekt rzeczywistości, czy to włąśnie to widział? Nie wiedział na pewno, jednak był to jego tok rozumowania. Dzięki tej umiejętności właśnie nauczył się naginać rzeczywistość do swojej woli, wystarczyło bowiem spojrzeć na przykład na promień słońca, wyciągnąć swoją wolę w jego kierunku, i stwierdzić “promieniu, jesteś jedynie bytem przedstawiającym się moim zmysłom jako promień”, potem zobaczyć go w innej, zmienionej formie... Kiedy prawdziwie rozumie się otaczający świat, to rzeczywistość zależy od obserwatora.


                   Po pomyśleniu tego, przed Fiskiem dało się zobaczyć maleńki rozbłysk światła, jednak większości obserwatorów nawet nie dane było tego zauważyć.


                   Następne posunięcie Albericha wprawiło Fiska w zdumienie, oto przed nim pojawił się stolik,  na którym stały pucharki wypełnione po brzegi truskawkami z cukrem. Były dorodne, idealnie czerwoniutkie i  bardzo, ale to bardzo apetycznie wyglądały.


                  -Haha, muszę uważać co przy tobie mówię. Jak to miło z twojej strony, że pamiętałeś o naszej rozmowie w której chwaliłem się jak to uwielbiam truskawki z cukrem. Oczywiście, nie odmówię. - Po czym oboje zaczęli... pałaszować przygotowany deser rozmawiając o głupotach i śmiejąc się szczerze. Publiczność pewnie nie wiedziała co się dzieje, jednak to oni chwilowo dyktowali tutaj warunki, jak zechcą przywoływać sobie posiłki, to będzie konkurs kucharski pierwsza klasa, ot co. Spożyty cukier jeszcze bardziej pobudził podatny na takie substancje umysł Fiska, który stwierdził, że wszystko naokoło niego dzieje się jakoś powoli, sam natomiast zaczął mówić bardzo szybko...


                    -Atyznowumiwmawiasztenkocisamniewiemco! Ech, coś w tym musi być. - Po chwili przestawił się na wolniejsze wysławianie Fisk.


                      Po kilku spędzonych tak minutach oboje stwierdzili z przykrością, że jednak nie po to tutaj przybyli. Rozeszli się na większą odległość, po czym widać było, że Alberich aż pali się do użycia pewnego zaklęcia, na co jego oponent jedynie skinął głową i czekał z niecierpliwością na efekty jego działań.


                    – To zaklęcie pustynnego ognia, może nie jest za potężne, ale za to… wygląda przeepicznie. - Stwierdził Alberich, po czym cisnął w powietrze garść żarzącego się piasku.


                    Na efekt nie trzeba było długo czekać, Fisk wyraźnie widział jak emanująca z Albericha moc rozbudza zaklęte w piasku zaklęcie do życia. Piasek począł reagować z daną mu mocą, po czym podtrzymywaćswoje spalanie tlenem z otoczenia. Świetliste punkty z trzech różnych źródeł, każde z nich różniące się nieznacznie barwą poczęły w idealnej harmonii krążyć po okręgu wydobywając na światło dzienne wielką kolumnę płomieni, które rozświetlone tęczowym światłem spod sklepienia przypominały kolorem zorzę polarną. Ryk płomieni i odgłos skwierczącego piachu, który ciemniał pod wpływem zbliżającej się do Fiska pożogi mógł sięwydawaćstrasznym widokiem, jednak Fisk nie wyglądał na przerażonego.


                   Wręcz przeciwnie, piękno owego zjawiska przytłoczyło młodego maga, który nie widział jeszcze czegoś równie pięknego. Po jego policzkach zaczęły spływać łzy szczęścia. Zamiast czym prędzej uciekać przed ognistym piekłem, pięknym ale jednak niszczącym zaczął powoli iść w jego stronę wyglądając niczym dziecko chcące dotknąć matki swoją maleńką rączką.


                   Fisk zauroczony tym widokiem zapragnął stać się jego częścią, doskonale rozumiał, że jego ciało jest jedynie efektem jego i innych, można powiedzieć zbiorowej percepcji narzuconej nam odgórnie przez wszechświat, wiedział również iż nie jest to prawdzia forma, a przynajmniej nie musi nią być i można ją łatwo zmienić jeśli rozumie się pewne założenia. Tuż przed tym jak słup ognia zbliżył się do jego osoby Fisk sięgnął rękami do swojej klatki piersiowej, zamykając na chwilę oczy, gdy je otworzył dało się słyszeć:


                  -Alberichu, to jest tak piękne, że chcę być tego częścią - Po czym publiczność zamarła widząc postępujący na jego ciele samozapłon, przekształcający całe jego ciało w płomienie. Dwa źródła ognia zderzyły się ze sobą, a ciało maga zostało pochłonięte przez ognistą kolumnę. Gdy wszyscy już myśleli, że to koniec W ognistej kolumnie dało się wychwycić zarysy twarzy maga, z dużo intensywniejszymi płomieniami zamiast oczu i ust. Kolumna przemówiła dziwnie brzmiącym, szeleszczącym głosem.


                 -Aaaaahhh..... - Po czym zatrzymała się i zaczęła przez swoje monstrualne usta nabierać powietrza, skutecznie powiększając swoje rozmiary za pomocą pozyskanego z otoczenia tlenu.

Kolumna płomieni po podwojeniu swoich rozmiarów zaczęła wracać w miejsce swojego początku, wprost na postać Albericha. Tym razem jednak, cały twór kręcił się wokół własnej osi zasysając coraz to więcej powietrza z otoczenia. Z tylnej części kolumny natomiast wyprysnęła wirująca w powietrzu postaćFiska, który śmiejąc się jak dzierlatka stiwerdził:


               -To takie wspaniałe uczucie być częścią czegoś tak pięknego! Musisz jednak uważać, kto bawi się zapałkami może się nimi poparzyć! - Po czym zaczął zataczać w powietrzu okrężne ruchy dłońmi, jak gdyby zagarniał do siebie rozsypane po stole ziarna jakiejś niewidzialnej rośliny, lub rozsypany po blacie kuchennym cukier... w powietrzu znów dało się wyczuć lekkie drgania, włosy młodego maga falowały na  jakichś niewidzialnych podmuchach, a jego oczy rozjarzyły się lekkim białym blaskiem. Ledwie słyszalne buczenie spowodowanie gromadzniem mocy powróciło. Sam Fisk nie miał jeszcze pojęcia co ma zamiar zrobić, ale zbyt dobrze się aktualnie bawił by się nad tym zastanawiać.

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

            Tego, że Fisk wskoczy do środka ognistej kolumny tylko po to, by wykorzystać ją przeciwko swojemu rywalowi Alberich za nic w świecie się nie spodziewał. Gdy ogrom wirujących płomieni z wielkim impetem zaczął zbliżać się w jego stronę, młodemu magowi z wrażenia spadł kapelusz. Szybko podniósł go jednak, jednocześnie przygotowując się już do działania.

 

            Nie wiem, co Fisk w tym widzi, dla mnie jest po prostu… ładne. Może co najwyżej odrobinę poparzyć, ale lepiej nie ryzykować. Zaraz poślę te demoniczne płomienie tam, skąd przyszły! Będzie mnie straszył zapałkami...

 

            Co więcej fakt, że oponent używa do swoich czarów podstaw filozoficznych rozradował serce Albericha. Kiedyś zajmował się tym niemalże zawodowo, rozmyślania i dysputy nad naturą rzeczy były dla niego prawdziwą zabawą, co najważniejsze nie pozbawioną pierwiastka intelektualnego, więc bardzo rozwijającą. Na jego twarzy zagościł uśmiech, gdy zaklęcie zbliżało się w jego stronę.

 

            - Wiecie, że jeden z dawnych filozofów, Heraklit z Efezu uznał ogień za prazasadę? – spytał, jakby zwracając się do wszystkich, publiczności, Fiska i samego siebie. – Postawił też tezę, że zmiana jest jedyną rzeczą pełną, nic nie jest stałe, a wszystko jest w wiecznym, nieskończonym ruchu. Zupełnie jak to paskudztwo, które właśnie leci w moją stronę.

 

            Musiał zrobić kilka kroków do tyłu. Przedstawienie wymagało puenty w odpowiednim momencie. Wkrótce takowy nadszedł:

 

            - Szybko jednak pojawili się filozofowie, którzy twierdzili zupełnie co innego. Zwano ich eleatami, wyszli od zupełnie innego założenia. Tego właśnie użyję tutaj – podniósł głos. – Przyzywam cię, wiedzo eleatów, mądrości Parmenidesa, paradoksy Zenona! Pokażcie temu heraklickiemu  pomiotowi, że ruch najnormalniej w świecie nie może istnieć, a jedyną rzeczą pewną jest stałość!

 

            Specjalnie akcentował słowa mocy, by magia zadziałała lepiej. Nie musiał sięgać do podręcznika, pamiętał dobrze większość założeń.

 

            Wtedy stało się coś niesamowitego. Płomień najnormalniej w świecie zatrzymał się, zupełnie, jakby ktoś podczas oglądania pasjonującego filmu nacisnął pauzę. Publiczność z zapartym tchem mogła podziwiać zastygłe języki, buchające kule ognia i ogólną budowę całego zjawiska, Fisk miał rację, rzeczywiście, jak dobrze się przyjrzeć, wyglądało całkiem imponująco.

 

            - No, dość tego dobrego – Alberich pstryknął palcami.

 

            W tym właśnie momencie garść piachu opadła na ziemię, a ogień rozwiał się, jakby nigdy go tam nie było. Mag – student uśmiechnął się, całkiem przyjemnie walczyło mu się na tej arenie. Wzrokiem poszukał swojego przeciwnika.

 

            No właśnie, ten wykonywał jakieś dziwne ruchy, z pasją krążąc po arenie. Alberich nie miał pewności, co takiego tamten robi, uznał jednak, że może pozwolić sobie na następny atak.

 

            Ręka sama zaczęła przesuwać się w kierunku skrzypiec, jednak czarodziej szybko się rozmyślił. Był to jeden z przedmiotów, który mógł pomóc mu podczas przywoływania zaklęć, niewielu doceniało potencjał, jaki kryły w sobie takie drobiazgi, ale on, nie mając wiele czasu uczynił ze swojego instrumentu narzędzie, które potrafiło naprawdę wiele.

 

            Poczeka jeszcze chwilę, dopiero gdy naprawdę będzie mi potrzebne. Teraz czas sprawdzić, czy zaklęcia działają w taki sposób, jak zawsze myślałem.

 

            Po raz kolejny przeczytał fragment ze swojego podręcznika, jednocześnie wciskając między strony jakąś zadrukowaną tabelami kartkę. W powietrzu dało się wyczuć ciche, miarowe buczenie. Alberich poczuł na swoim języku nieprzyjemny, metaliczny smak, jakby miedzi, a przez jego ciało przeszło kilka, niezbyt silnych wyładowań.

 

            - Energia matematyczna świetnie nadaje się do tworzenia elektro-kul – wyjaśnił.

Trzy kule zmaterializowały się obok niego. Zaczęły krążyć dookoła maga niczym elektrony wokół jądra. Ich wielkość nie wzbudzała specjalnych obaw, był trochę mniejsze od pięści. Gdy czar na dobre się ustabilizował, Alberich zaśmiał się po raz kolejny zaglądając do notatek.

 

            - Okazało się, że bardzo łatwo można ukształtować takie cudeńko, używając uczelnianych mocy. Niestety, jak się okazało, ilość kul jest tym uzależniona od ilości zaliczeń przedmiotów.

 

            Nagle jednak trzy kule zaczęły szybko się mnożyć, w kilka chwil trzy zastąpione zostały przez dwadzieścia. Wszystkie z dużym pędem krążyły dookoła maga.

 

            - No ale szybko odkryłem, że niemal bez wysiłku mogę tam wstawić negację, przez co teraz ich liczebność uzależniona jest tylko od przedmiotów, które nie zaliczyłem, stąd zrobiłem ich tak wiele. Szkoda tylko, że są takie, drażniące.

 

            Rzeczywiście, smak miedzy i nieprzyjemne wyładowania utrzymały się cały czas.

 

            - No to co, lećcie się przywitać z Fiskiem!

 

            Połowa kul poleciała w kierunku oponenta, podczas gdy połowę zostawił sobie na lepsze czasy. Nie spodziewał się, by to zaklęcie miało zadać komuś większe obrażenia, po raz kolejny jednak postanowił wyglądać profesjonalnie, a nic nie wpływa na wizerunek lepiej, niż garść elektro-kul latająca dookoła.

 

            Tymczasem cały czas bacznie obserwował otoczenie. Wiedział, że następne zaklęcie Fiska może być druzgoczące, dlatego zawczasu postanowił się na nie przygotować. Szczęśliwie butelki wypełnione odpowiednimi specyfikami wciąż leżały w kieszeni. Alberich czuł, że już wkrótce nadejdzie potrzeba ich użycia.

Edited by Alberich

Share this post


Link to post
Share on other sites

       Przemowa Alberichca dała młodemu magowi chwilę czasu. Niby było to niewiele, jednak wystarczyło by skupić w jednym miejscu gigantyczne ilości czystej mocy, energii przenikającej każdą cząstkę naszej rzeczywistości. Fisk z zafascynowaniem patrzył, jak wiry świetlistych punkcików posłusznie zbliżają się w jego kierunku. I zagarniał je do siebie niczym sól z blatu, niczym drobiny okruchów ze stołu w piekarni. W końcu naokoło niego dało się dostrzrec dziwne rzeczy, powietrze zmieniało swoje barwy, znikąd obok niego pojawił się zdezorientowany wróbel, który nie wiedząc co się dzieje pośpiesznie oddalił się od dziwnie buczącej gęstwiny powietrza. Zdecydowanie trzeba było to jakoś ujarzmić, a do głowy chłopakowi przchodził aktualnie tylko jeden pomysł. Przypominając szalonego artystę począł dłońmi ugniatać migoczące powietrze, nadając mu kształt. Ruchem przypominającym wykręcanie ścierki, który później zmienił się w systematyczne oddalanie od siebie rąk począł kształtować całą zebraną moc w jednym punkcie, tworząc coś co przypominało ciemnej barwy trzon broni drzewcowej, na końcu jednak jego dłoń zmieniła kształt przypominając ruch którego używa się by posypać potrawę szczyptą przypraw, z drzewca natomiast wyłoniło się włosie pędzla. Wyglądał jakby był zrobiony z czarnego drewna, a jego włosie przesiąknięte było cieszą mieniącą się na wszystkie barwy jednocześnie. Możnaby go uznać za zwyczajny czterdziesto centymetrowy przyrząd do malowania, gdyby nie to, że powietrze naokoło niego drgało i falowało niekontrolowanie, a sam przedmiot wydzielał lekki blask.

 

      Podczas tego procesu, część mocy która przez pewien czas miała postać wielobarwnej cieczy oderwała się od całości i powoli, ciągle zmieniając swoje kształty jak gdyby żyła własnym życiem opadła na piach areny. Reakcja jaką to wywołało była natychmiastowa. Od miejsca upadku we wszystkich kierunkach po suchym piachu areny rozrosła się gęsta i soczyście zielona trawa, by jedynie chwilę później wychynęły pomiędzy jej źdźbłami nieśmiałe storkrotki o nierozwiniętych pąkach, jak gdyby czekały na pierwsze promienie słońca które mają ich dosięgnąć. Zmieniło to w jednej chwili całą arenę z suchej pustyni, skutku wielu bojów, w piękną kwiecistą łąkę która zatrzymała się dopiero pod samymi murami, a i one pokryte zostały gęstymi pnączami. To wszystko jednak nie było najciekawszym ze zjawisk, dokładnie w miejscu upadku źródła zmian w powietrze wystrzelił słup kamieni, który to bardzo szybko łączył się z wodami gruntowymi, a moc zawarta w migoczącym płynie poczęła przekształcać jego postać w smukłą sylwetkę smoka wyglądającego jak żywcem wyjęty z japońskich legend. Kamienne ciało pokryło się łuskami stworzonymi z kamieni szlachetnych znajdujących się pod areną. Ich złoża przesiąkły wieloletnimi wyładowaniami mocy które były skutkiem tutejszych zmagań. Gigantyczny gad, o lśniących jadeitowych oczach z wielką furią rzucił się na lecące w stronę maga kule energii elektrycznej, które aktualnie przekształciły się w skaczące pomiędzy jego zakrzywionymi zębami iskry. Otoczył on swoim cielskiem postać swojego stwórcy unoszącego się na wysokości sześćdziesięciu metrów nad ziemią w taki sam sposób jak czuła matka chroni swoje młode. Zwrócił swój wielki łeb w stronę maga, a po otrzymaniu delikatnej pieszczoty dłonią na arenie dało się słyszeć bardzo niski i wibrujący pomruk zadowolenia. Wielobarwne włosy jego wąsów i długich brwi falowały na podmuchach eterycznej energii.

 

      Fisk podziwiał gigantyczne cielsko, które przepuszczając przez siebie tęczowe światło emanujące z kryształu unoszącego się nad areną rozświetlało kryształowe łuski jego dzieła sprawiając, że wyglądał prawdziwie bajkowo, jak gdyby właśnie wydobył się z kart magicznej bajki dla dzieci, jednej z tych które czytywał jako małe dziecko, tych które ukształtowały jego wybujałą wyobraźnię po to, by teraz ona mogła ukształtować to wszystko.

   

      Bajkowy smok po chwili napawania się uwagą swojego stwórcy odwrócił łeb w stronę agresora, który przed chwilą usiłował atakować Fiska. Z jego gardzieli wydobył się ryk pełen wyrzutu. Nie brzmiał jednak strasznie, przypominał piękną pieśń coś jak gdyby odgłosy którymi porozumiewają się wieloryby, jednak zwielokrotnione i połączone ze świergotem setki ptaków. Efektem tego ryku był otaczający jego łeb deszcz płatków kwiatów, a stokrotki na łące poniżej rozwinęły swoje pąki.

   

      Fisk z zafascynowaniem, oraz lekkim przestrachem patrzył na znajdujący się w jego dłoni pędzel. Jak wielki potencjał mógł zawierać stworzony z jego kaprysu artefakt? Czy używanie go było mądrym rozwiązaniem? Nie dawało mu to spokoju, jednak po usłyszeniu śpiewnego okrzyku otaczającego go smoka jego twarz rozświetliła się w uśmiechu, a wszelkie wątpliwości rozwiały się. Spojrzał w stronę swojego oponenta po czym machnął w jego stronę swoim pędzlem.

 

      -Jeśli brak ruchu jest jedynym rozwiązaniem, wtedy takie piękno nigdy nie mogło by powstać! Każda molekuła tworząca wszechświat pełna jest ruchu i drgań! Jej części składowe nigdy nie zaprzestają swojego tańca! Tworzą one nawet przedmioty zgoła nieruchome! Są ich pełne! Choć Masz rację, stałość mocy przepełniającej wszechświat istnieje, bo to co wcześniej było jedynie częściami składowymi areny, oraz iskrą mocy nadało życie mu! - Tu wskazał ręką na baśniowego smoka - Nawet po jego śmierci to co go tworzyło powróci do ziemi, by stać się w przyszłości czymś jeszcze innym! Wiekli krąg życia nie ma początku ani końca, ten kto rozumie postanowienia Zen jest w stanie to pojąć! Ten kto prawdziwie to rozumie jest poza kręgiem karmy warunkującym te przemiany i może na niego wpływać! Twoje spostrzeżenia nie są błędne, są jednak tylko częścią układanki! Nie da się jednak tego nauczyć od kogoć, trzeba najpierw przejrzeć na oczy! CIężko ci jednak to może przyjść spod tych poduszek!

 

      Podczas tej przemowy moc zawarta w pociągnięciu pędzlem przekształciła się w prawdziwe gradobicie smagające ciało Albericha, jednak zamiast twardych kul lodu w jego stronę podążały miękkie poduszki różnych kolorów, jedne mniejsze, inne większe.Były ich takie ilości by zakopać oponenta w miękkim łożu wśród polnych kwiatów. Na pewno ogrom poduszek wystarczy by zwalić go z nóg, jednak nie wyrządzi raczej fizycznej szkody. Fisk Ogarnięty radością tego pojedynku,  zaśmiał się szczerze. Jego śmiech był zaraźliwy, przypominał w tej chwili wesołe dziecko, które ochlapało podczas kąpieli swoją matkę i wydało mu się to nadzwyczaj zabawne. Zaczął chrząkać i trzymać się za brzuch, a w jego oku pojawiła się łza szczęścia, którą szybko otarł wierzchem dłoni.

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niestety, pojedynek nie do końca szedł po jego myśli.

 

Alberich specjalnie nie bronił się przed poduszkowym atakiem, w jego żyłach płynęła studencka krew, a instynkt samodzielnie wyszukiwał wszystkie miejsca do potencjalnego snu, dlatego poduszkowa góra wydała mu się wspaniała. Dość szybko dał się zakopać w tym nietypowym stosie.

 

Z bliska obejrzał jedną z poduszek. Doszedł do wniosku, że Fisk nawet w sposób nieświadomy musi działać właściwie, Alberich miał alergię na pierze, podczas gdy mięciutkie poduszki wykonane były z przyjemnego, neutralnego dla alergików tworzyła. Co więcej, przepuszczały powietrze i łatwo się je prało – wręcz idealne. Do tego wszystkiego jeszcze tak wszechobecna zieleń, tak bardzo poprawiająca nastrój.

 

Na tym kończyło się dobre.

 

Poświęcił chwilę, by dokładnie ocenić sytuację. Nie tak wyobrażał sobie tę potyczkę. W tej właśnie chwili Fiak, potężny czarownik, który z każdą chwilą coraz bardziej pokazywał swój kunszt. Teraz jeszcze przywołał sobie smoka… Nie to jednak wydało się Alberichowi szczytem jego możliwości. Kątem oka przyjrzał się pędzlowi, trzymanemu przez przeciwnika. Materialna forma przedmiotu nie była tu najbardziej istotna, liczył się symbol, wartości, które przedstawiał. Kreacja w czystej formie, narzucenie światu swojej wizji. Ciężko walczyć z człowiekiem, który aż opanował władanie mocą aż do tego poziomu.

 

Dlatego biedny, skołatany student Alberich leżał pod stosem poduszek, patrząc na potężnego rywala, prawie pogrążając się w zabójczej bezsilności.

 

- Nie mam szans – powiedział sam do siebie.

 

W jaki sposób prosta, na szybko nauczona magia może ocalić mnie od zagłady? To się nie uda, to nie ma żadnych, nawet najmniejszych szans powodzenia. Jakikolwiek czar bym zastosował, on znajdzie sposób, by dostosować rzeczywistość w taki sposób, by się obronić. Fakt, że jeszcze żyję jest tylko i wyłącznie aktem jego dobrej woli. Dobrze, że mam w nim przyjaciela, a nie wroga.

 

W ten właśnie sposób w stronę młodego maga zbliżała się sromotna, nieuchronna klęska. Wygrzebując się spod stosu jeszcze raz zastanowił się nad mocą kreacji świata. W tym właśnie momencie w jego myślach pojawił się cień, lekki zalążek tego, jak wyjść z tego impasu. Sam pomysł ten już sprawiał, że serce zabiło mu szybciej, a jego ciało paraliżował lęk, niestety, najwyraźniej nie było innego wyjścia. Musiał zmierzyć się z czymś potężniejszym, niż jakikolwiek człowiek.

 

- Teraz… byleby tylko zaklęcie retrospekcji okazało się skuteczne – szepnął z nadzieją w głosie.

 

Zdjął kapelusz, wyjmując z niego stary, ususzony liść. Z kieszeni wyjął jeden ze swoich zegarków, na samym końcu otworzył książkę na jednej z ostatnich stron. Jego oczy szybko wychwyciły potrzebne zaklęcie. Znowu poczuł strach, ryzyko było wręcz ogromne.

 

Są trzy scenariusze: albo nie stanie się zupełnie nic, a wtedy przegram, albo skończy się to tragedią, albo… albo dam sobie z tym radę… Przynajmniej częściowo. Chyba nikt nigdy czegoś takiego nie próbował… Trudno, ktoś musi być pierwszy.

 

Wykorzystał liść i zegar jako składniki zaklęcia, po czym wypowiedział inkantację. Poduszkowy bunkier dał mu na tyle czasu, by zdążyć ze wszystkim przed następnym atakiem Fiska. Wspomnienia przyszły szybciej, niż mógłby przypuszczać.

                                                          ***

Wspomnienie było zamazane i niewyraźne, składające się bardziej z kilku obrazów, symboli i dźwięków, niźli z konkretnego, logicznego przekazu, spełniły jednak swoją rolę. Doprowadziły go tam, gdzie chciał się dostać.

 

Księgi, jeden z najwspanialszych wynalazków ludzkości, treść, która żyje nawet po śmierci ludzi. Długie, mozolne poszukiwanie Odpowiedzi. Dźwięk przesuwania kartek, szelest papieru, zapach unoszącego się kurzu.

 

Cichy szept smaganych wiatrem liści. Drzewa, niemi obserwatorzy historii, obserwujący, jak bardzo kruche jest to, co tworzymy. Odwieczni świadkowie poszukiwania Odpowiedzi.

 

Noc, ciemność, blask świec, cichy odgłos odległego bicia zegarów i przede wszystkim ciągłe, niemożliwe do zatrzymania przemyślenia. Taniec słabego, nic nieznaczącego człowieka, mający na celu tylko i wyłącznie jedno – poszukiwanie Odpowiedzi.

 

W końcu, w krainie niespełnionych idei, martwych koncepcji i pragnienia czegoś więcej, Odpowiedź wskazuje drogę do wartości jeszcze większej, jeszcze potężniejszej, najwspanialszej z możliwych. Potęgi tak nieskończonej, że opanowanie jej byłoby równoznaczne z dotknięciem Absolutu. W ten sposób To stało się wyczuwalne.

 

Udało mu się musnąć Prawdę.

 

Czując, jak to krótkie spotkanie zmienia go, jak Prawda wskazała mu drogę i dała moc, postanowił wrócić tam, skąd przybył. Magia, której teraz mógł użyć stałą się zupełnie inna. Niestety, kosztowało to wysoką cenę, żaden człowiek nie był w stanie zmierzyć się z Prawdą. Ledwie ją musnąłem, a bardzo, ale to bardzo odczułem jej skutki. Cały roztrzęsiony, jakby przebudzony ze snu poczuł ogromne skrajności, nieskończoną siłę i jednocześnie słabość, jakiej nigdy jeszcze nie czuł.

 

Przynajmniej na jakiś czas przestanie być prostym, początkującym magiem. Stanie się Wędrowcem, strażnikiem Prawdy. Alberich wrócił tam, skąd przybył – na arenę.

 

                                                          ***

 

Otworzył oczy. Wykonał jeden ruch ręki, a stos poduszek rozpadł się na wszystkie strony. Wbrew pozorom całość spotkania z przeszłością trwała ledwie kilka sekund. Fisk wciąż podziwiał wszystko z góry, najwyraźniej oczekując na następne posunięcie.

 

Przeciwnik należał do ludzi spostrzegawczych, dlatego od razu zauważył subtelne zmiany.

 

Alberich wstał, pewnie trzymając się na nogach. Mimo uśmiechu, po jego twarzy spływała samotna, pojedyncza łza.

 

- Nikt, żaden człowiek nie jest w stanie zmierzyć się z Prawdą – szepnął sam do siebie.

 

Wyglądał niemal tak samo jak poprzednio, ale… no właśnie. Oczy stały się jakby głębsze, spojrzenie dużo bardziej przeszywające. Ponadto każde wypowiedziane słowo zmieniło się w donioślejsze i w jakiś sposób wypełnione treścią i sensem. Ktoś obdarzony widzeniem magicznym zwróciłby też uwagę na lekką, zieloną poświatę, towarzyszącą czarodziejowi.

 

Ten wyciągnął ze swojego futerału skrzypce wraz ze smyczkiem. Podobnie jak pędzel Fiska, aż wylewała się z nich moc kreacji, po instrumencie przeszły ledwo widoczne wyładowania. Alberich lekko przejechał smyczkiem po strunach, wydobył się jeden, ledwie słyszalny dźwięk. Wystarczyło to jednak, by przekonać maga, że rzeczywiście jest w stanie zrobić to, co zamierza. Po raz kolejny się uśmiechnął.

 

- Zdecydowałem się zagrać na Twoich zasadach, Fisk – powiedział spokojnym, doniosłym głosem. – Twoja filozofia w znacznej mierze opiera się na poznaniu rzeczywistości, sam nazwałeś siebie „Poszukującym Prawdy”. Cieszy to moje serce, wiedz jednak, że żaden człowiek nie jest w stanie tej Prawdy udźwignąć. Nie oznacza to jednak, że mamy zaprzestać jej szukania. Być może kiedyś… ktoś… Sam to wiesz najlepiej, Fisk…

 

Nie musiał kończyć, wierzył, że jego oponent zrozumie, co ma do przekazania. Czuł, że jeszcze wrócą do tego tematu.

 

Nasz pojedynek bardziej przypomina rozprawę mędrców, niż walkę. Może to i lepiej.

 

Kilka pociągnięć na strunach sprawiło, że przed Alberichem wyrosły porośnięte mchem schodu, prowadzące w górę. Wyglądało to iście poetycko, sam mag inspirował się obrazkiem „Stairway to Heaven”, ten zawsze mu się podobał. Szedł tak powoli w górę, z każdym krokiem pojawiały się następne stopnie.

 

- Dziękuję Ci, że zmieniłeś trochę okolicę. Teraz podoba mi się znacznie bardziej. Cóż… sam pozwolę sobie wprowadzić kilka zmian.

 

Spokojna melodia, która wydobyła się z instrumentu przerodziła się w natychmiastowe zmiany terenu areny. Pojawiło się kilka rozłożystych drzew, przez środek miejsca starcia przepłynął płytki, bystry strumień. Teren stał się nierówny, na stworzonych pagórkach pojawiły się głazy, gdzieś pokazał się nawet niewielki, kamienny krąg. Odmieniony mag celowo zostawił jedną łąkę pełną stokrotek, by uradować rywala. Wciąż szedł w górę. W końcu znalazł się na samym szczycie.

 

- A teraz razem ze swoim pomocnikiem spróbujcie zmierzyć się nie z ogniem, czy elektro-kulami, lecz prawdziwym gniewem nieba.

 

Kolejna, tym razem dużo szybsza i bardziej niespokojna melodia sprawiła, że nad ich głowami pojawiły się czarne chmury. Przez powietrze przetoczył się odległy odgłos grzmotu. Kilka pociągnięć smyczka sprawiło, że bez ostrzeżenia zaczął padać rzęsisty deszcz. Zbierało się też na kilka piorunów.

 

Gdy Alberich skończył już przywoływanie burzy, doszedł do wniosku, że czas zejść na dół. Przywołał lekki, pomocny wiatr, po czym lekko wylądował pod starą wierzbą. Nie przejmował się deszczem, zawsze lubił taką pogodę, lekko tylko poprawił kapelusz, siadając na wystającym korzeniu.

 

- Będą o tym pisać legendy…

 

Samemu Fiskowi burza nie wyrządziła większych szkód, jednak zmusiła smoka do lądowania. Z jego perspektywy musiało wyglądać to niezwykle widowiskowo, gdy dookoła uderzały gromy. Tym razem niestety ogromny towarzysz nie był w stanie uziemić takiego ładunku. Drzewa zamortyzowały ich upadek, w tym samym czasie Alberich jakby nigdy nic odpoczywał pod drzewem, cały przemoczony strugami deszczu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

               Groźba prawdy ostatecznej

 

               Ujmujące crescendo przybierało na mocy, siły natury podążały za każdą nutą spływającą ze smyczka natchnionego grajka. Fisk patrzył na to wszystko i nie wierzył własnym oczom. Znana mu była pewna Equestriańska legenda o tym, jak to nasz świat powstał z tchnienia Kosmicznej Matriarchini mającego formę melodii, melodii przepełniającej każdą cząstkę istnienia, melodię w rytm której drżą nawet najmniejsze części składowe atomów w swoim nieustającym tańcu kształtującym naszą rzeczywistość. Prawdziwe widzenie, którym Fisk spoglądał na świat pozwoliło mu rozpoznać naturę melodii którą snuł instrument Albericha. Jak widać nie wszystkie legendy są jedynie bajkami. Skąd tak młody mag mógł posiąść wiedzę na temat tak pradawnej magii?

Z rozmyślań czarownika wyrwał odgłos grzmotów wydobywających się w rytm muzyki. Nie zdążył nawet zareagować zanim jego smoczy towarzysz nie wydał z siebie okrzyku pełnego bólu, pełnego niedowierzania. Takiego jak tylko nowo narodzona i niewinna istota nie znająca nawet pojęcia bólu może wydać w obliczu cierpienia. Wcześniej jego ciało było w dużej mierze niewykształcone, a jego kamienne elementy cudownie uziemiły ładunek z elektrycznych kul, jednak teraz smok był już w całości ukształtowany, jego ciało nie było już nawet połączone z ziemią do której mogłaby ujść potężna energia błyskawic.

             -Nie! - Wygobyło się z gardła młodego maga, krzyk jednak stłumiło ryczenie opadającego w stronę ziemi smoka, przypominające zaśpiew setek palonych żywcem ptaków. Jego potężne, owinięte naokoło Fiska ciało pociągnęło czarownika razem z jego towarzyszem w stronę pobliskich drzew, które na szczęście przynajmniej trochę zamortyzowały upadek. Fisk spojrzał na swojego towarzysza niedoli, którego ciało po raz kolejny uratowało go przed krzywdą. Wyraz jego pyska wyrażał przerażenie, nie rozumiał co się stało, nie rozumiał dlaczego cierpi i najwidoczniej chciał by to się wreszcie skończyło.

Odgłosy kolejnych grzmotów miały rozlec się już za chwilę, Fisk zapamiętał melodię Albericha. Wiedział, że to nieuniknione. Wiedział również, że uniesiony w górę łeb smoka jest aktualnie najwyższym punktem na całej arenie, nie trzeba było geniusza by dodaćdwa do dwóch, kolejne błyskawice również uderzą w niego...


             Nagły błysk, kakofonia dźwięków, błyskawice sunące w stronę ziemi i samotna sylwetka stojąca im na drodze. Sylwetka wyciągnęła ręce w górę, a jej oczy rozbłysły nieziemskim blaskiem. Wszystkie błyskawice skręciły w połowie drogi w jej stronę. Z gardła Fiska wydobył się rozdzierający dusze słuchaczy krzyk gdy energia zetknęła się z jego ciałem.... ciałem, które całe zwęglone i dymiące opadało właśnie bezwładnie na ziemię... Tęczowy kryształ unoszący się w górnych partiach areny pokrył się pęknięciami...

 


                                           *******************************************

 

 

           -Stwórco? - Zapytał smok, patrzący na nieruchome ciało - Stwórco, dlaczego się nie ruszasz?

-Tutaj jestem smoku - Powiedział Fisk unoszący się ciągle w tym samym miejscu gdzie błyskawice dosięgnęły jego ciała. Nie miał formy, nie miał kształtu. Był jedynie świetlistą plamą na tle nieba. - Tylko ty mnie widzisz, jesteśmy połączeni w sposób przekraczający pojęcie. Jesteś częścią mnie, a ja jestem po części tobą.

- Ale stwórco, dlaczego twoje ciało nie rusza się, dlaczego nie oddycha? Dlaczego dymi?

- Moje ciało uległo zniszczeniu, mozna powiedzieć umarło. Należy dbać o swoje ciało, gdyż jest ono nośnikiem naszej duszy i jedynie ono sprawia, że możemy istnieć w tym materialnym świecie. Poza tym nie nazywaj mnie stwórcą, źle się z tym czuję..... to, nieodpowiednie.

-Więc jak mam się do ciebie zwracać? - Zapytał smok

-Może na początek, przyjacielu.

-Przyjacielu?

-Tak, przyjaźń to piękne uczucie. Dla każdego przyjaźń oznacza coś innego. Czasem przyjacielem nazywamy kogoś, z kim spędzamy dużo czasu i mamy podobne zainteresowania. Przyjacielem może być też ktoś, z kim dobrze się rozumiemy i pomagamy sobie w trudnych chwilach. Przyjaciele mogą być do nas bardzo podobni lub zupełnie inni niż my. Zazwyczaj jednak przyjaciel to osoba, z którą lubimy spędzać czas. Ktoś, komu ufamy i czujemy, że możemy powierzyć nasze sekrety. Ktoś, kogo chcemy wysłuchać i pomóc kiedy nas potrzebuje. - tłumaczył spokojnym głosem Fisk

-Chyba rozumiem. Tak, podoba mi się to słowo..... przyjacielu - Powiedział smok uśmiechając się. - Co teraz z tobą będzie?

-Na szczęście nic strasznego, zaklęcie w klejnocie pozwoli wrócić mi do świata rzeczywistego. Odczuję to jedynie jako wybudzenie się ze snu.Smok spuścił łeb i zapytał smutnym tonem - Czy to znaczy, że juz się nie zobaczymy?

-Nie, jeśli ja będę miał w tej sprawie coś do powiedzenia - Odpowiedział mag wesołym tonem. Mamy jeszcze trochę czasu zanim...

Głos ugrzęzł Fiskowi w “gardle” gdy spojrzał na leżącego pod drzewem Albericha. Otaczająca jego postać wszechrzecz wlewała się w jego ciało w zastraszającym tempie, zmieniając go nieodwracalnie.


           Leżący pod wierzbą Alberich był dla Fiska w tym momencie otwartą księgą. nie miał ciała które by go ograniczało, przyjmował wszystko dokładnie takim jakim było naprawdę. Widział, że Alberich staje się jednością ze wszechświatem, widział jak nieprzenikniona wiedza wlewa się w jego ciało. Ciało, które jednak nie mogło tego wytrzymać, żadne nie było w stanie. Kryształ snów popękał jeszcze bardziej...


            *Mam mało czasu, jeśli zostawię go w tym wymiarze, to może już nie wrócić do swojego ciała, za bardzo zestroił się z otoczeniem. Chyba nie spodoba mi się to co teraz zrobię...*


             Świetlista “kula” unosząca się ponad areną z wielkim impetem uderzyła w ciało Albericha...

Fisk zrobił to samo co wcześniej z ognistą kolumną, dostajając się do jej “bytu”. Tym razem jednak zrobił to z bytem Albericha, ich myśli na krótki moment stały się jednym. Alberich czuł to co Fisk, Fisk natomiast to co Alberich. Fisk mimowolnie spojrzał w odsłonięte oblicze prawdy. Uderzyło to jego umysł niczym rozpędzona ciężarówka, miliony obrazów w jednej chwili, miliony uczuć przepełniających świat... Taki stan rzeczy nie mógł trwać długo, ich dusze zaczną się niedługo odrzucać, to naturalne. Fisk miał jednak chwilę by powiedziec to co chciał. Nieludzkim wysiłkiem otrząsnął się z natłoku informacji głowiąc się jakim cudem Alberich mógł znieść to tak długo.


            -Alberichu! Rozumiem co chiałeś osiągnąć, ta wiedza jest nieograniczona, wiedz jednak, że żadnemu śmiertelnikowi nie jest dane się nią cieszyć! Dzięki naszej chwilowej symbiozie rozumiesz w jaki sposób postrzegam świat, wiesz, że jedynie obserwuję prawdziwą formę wszechrzeczy, jednak nigdy nie sięgam po nieograniczoną wiedzę która znajduje się jedynie krok dalej! Pojęcie wszechrzeczy, całkowite i permanentne sprawi, że tak jak zakłada zen staniesz się bytem niezależnym od koła życia i śmierci, niezależnym od karmy. Jednak w jaki sposób? Otóż dostroisz się do przepełniającej wszechświat energii, staniesz się jedynie kroplą w morzu. Nie będziesz mieć własnej woli, będziesz częścią czegoś co niektórzy nazywają bogiem, stąd właśnie przekonanie, ze bóg jest wszędzie, stąd stwierdzenie “po zrozumieniu prawdy, staniesz się bogiem zawarte jako podstawowy dogmat zen. To pochłonie cię i odmieni! Jedynym sposobem by zachować swoją jaźń, jedynym sposobem by móc się cieszyć z życia jako takiego, by móc uczyć się, by móc odczuwać ucucia, by móc zawierać przyjaźnie jest trzymanie się od tej granicy z daleka. Alberichu, jeśli chcesz pozostać sobą, przejrzyj na oczy! Alberichu..... wróć do nas....


            Kryształ snów pękł, wyzwalając swoje zaklęcie. Telebimy unoszące się nad areną wypełnił tęczowy blask. Jego fizyczna manifestacja obracając się powoli opadła na ziemię by tam się zwyczajnie przewrócić i trwać tak w bezruchu.  Oboje magów ocknęło się, z ich ust wydobyło się ciche westchnienie. Fisk Spojrzał w twarz Albericha, czekając na to czy w jego spojrzeniu rozpozna swojego przyjaciela, który teraz już powinien rozumieć jak patrzeć, aby widzieć, czy może zobaczy pustkę...


            Na palcu Fiska pysznił się aktualnie pierścień przedstawiający tęczowe oko smoka. Uważny obserwator dostrzegłby, że czasami porusza się ono obserwując otoczenie. Fisk pogładził go z czułością wiedząc, że cokolwiek się nie stanie będzie przynajmniej jeden pozytywny skutek tej przygody...

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

           Istnieją rzeczy, których nie należy robić pod żadnym pozorem. Nieprzekraczalne, wieczyste granice, przekroczenie ich może skutkować prawdziwą katastrofą. Tak jak cel nie uświęca niektórych środków, tak sytuacja nie jest w stanie usprawiedliwić tego, by sięgnąć po pewne rzeczy. Alberich przekonał się o tym na własnej skórze, o mało nie oddając swojego życia.

 

           Siedział pod drzewem, podczas wywołanej magią burzy. Zupełnie ignorował  uderzające dookoła gromy, spływające po nim strugi deszczu, wszystko co znajdowało się dookoła. Nie miało to żadnego znaczenia, większość otoczenia została stworzona jego magią, powołana do życia przez jego wolę. Mógł obrócić to w niwecz jednym pociągnięciem smyczka. Swoją drogą, instrument leżał cały czas obok maga, najwyraźniej płynąca przez niego moc chroniła go przed wilgocią.

 

           Ciekawe, czy po tym wszystkim jestem jeszcze w stanie nie myśleć. Zawsze czułem, jakby w mojej głowie trwało coś w rodzaju jarmarku… teraz to chyba cały wszechświat. Szum mojego zastanowienia, powtarzające się problemy… nie chcą odpuścić, jak tak dalej pójdzie, doprowadzą mnie do szału. Do tego wszystkiego jeszcze ta Prawda. Ciąży mi, rozrywa mnie od środka… nie mogę, nie jestem w stanie ani jej przezwyciężyć, ani tym bardziej się jej pozbyć… Nie dam rady…

 

           Magiczna burza strąciła z nieba towarzysza Fiska. Ogromny smok z wielkim impetem runął na ziemię. Resztka normalnie myślącego Albericha miała nadzieję, że nic im się nie stanie. Pojedynek pojedynkiem, nie chciał jednak nikogo skrzywdzić. Na pewno nie przyjaciela i jego przyjaciół.

 

           Widząc, że przeciwnik jakoś wylądował, młody mag chwycił za skrzypce, by wydobyć z nich kolejną melodię. Nie miał pojęcia, jakiego konkretnie czaru teraz użyć, postanowił jednak wykorzystać coś bardziej korzystającego z emocji i ducha, niż materii. To był błąd.

 

           Wystarczyło jedno pociągnięcie napiętych strun, by niezatrzymana fala uczuć zalała jej stwórcę. Runął na ziemię, powalony siłą zbyt dużą, by jakikolwiek człowiek mógł ją unieść. Wtedy po raz pierwszy zdał sobie sprawę z własnej słabości. To czego się obawiał, okazało się rzeczywiste. Nikt nie jest w stanie unieść Prawdy na swoich barkach, nikt.

 

           Leżąc na ziemi, pozbawiony sił fizycznych, przyglądał się temu, co dzieje się z krainą. Wylewająca się moc magiczna, błyskające wszędzie wyładowania i przeogromny, niewykorzystany potencjał, wszystko to powoli wyniszczało nie tylko czarodzieja, ale i całą stworzoną krainę snu. Kryształ, który miał ją utrzymać, powoli pękał pod naporem mocy. Alberich spróbował sięgnąć ręką po księgę, by wydobyć jakiekolwiek zaklęcie. Bezskutecznie. Sparaliżowany nieskończoną potęgą nie mógł wykonać żadnego większego ruchu.

 

           Co ja najlepszego narobiłem? – spytał dużo bardziej mentalnie, niż fizycznie.

 

           Mówią, że łzy to krew duszy. Jeśli to była prawda, to w tym momencie dusza młodzieńca musiała być w naprawdę złym stanie. Na mokrej od deszczu twarzy nikt nie mógł zauważyć różnicy.

 

           Prawda to zbyt wielka rzecz, by się z nią mierzyć. Żałość, jaką powodowała znajomość prawdziwej natury rzeczy, działała systematycznie i nieubłaganie. Na początku kusiła wielką siłą, następnie doprowadzała do szaleństwa, by w ostateczności razem z całym magiem zabrać do siebie to co zostało zabrane. Tym samym poznanie Prawdy stało się równoznacznie ze staniem się nią. Tym samym tak poszukiwana Odpowiedź przestała być darem, stała się przekleństwem.

 

           Z każdą chwilą coraz bardziej zanurzał się w obojętność, przestawał być sobą. Być może oddanie życia w taki sposób było lepsze, niż w inny? Nie mógł już praktycznie się tym przejmować, wraz z zespoleniem z całym wszechświatem.

 

           Gdy już wydawało się, że nie ma nadziei, stało się coś niespodziewanego.

 

           Poczuł obok siebie inny umysł, nie pasujący do pochłaniającego go absolutu. Ta jaźń należała do konkretnej osoby, co więcej zdawała się być jakaś taka… znajoma.

 

           Kto to jest… kim ja jestem?

 

           Wtedy całym sobą usłyszał kojące słowa, delikatne wezwanie do powrotu. Pierwszą rzeczą, jaka do niego dotarła, było imię tego, który to zrobił. To Fisk. Jego oponent wrócił, by pomóc mu wydostać się z tej pułapki bez wyjścia. Nie mógł go wyciągnąć, mógł jednak wskazać drogę. Co najważniejsze dał znać, że da się odsunąć od siebie Prawdę.

 

           Gdy mag poczuł, że świat dookoła niego rozpada się, wiedział, że to moment działania. Zebrał całą swoją resztkę sił, by odepchnąć od siebie wszechmoc.

 

           Muszę… wrócić. Czekają tam na mnie. Nie mogę znać Prawdy, nie jestem Prawdą. Jestem… jestem… zwą mnie Alberich!

 

           Wraz z wypowiedzeniem ostatnich słów, ostatni raz przepłynęły przez niego wspomnienia, wizje i dziwne obrazy. Można było porównać do uderzenia pioruna. Co więcej, mag znowu stał się sobą, przeżył to. Prawda trwała dalej, jednak już poza jego osobą. Już jej nie było z nim, znowu odzyskał swoją indywidualność.

 

           Dziękuję Fisk – nie wiedział, czy ktokolwiek jest w stanie go jeszcze usłyszeć, ale… miał nadzieję, że właściwe słowa trafią do właściwej osoby.

 

           Co jak co, ale na pewno wyciągnął z tego cenną lekcję życia.

                                                                      ***

 

           Gdy się obudził, znowu znajdował się na normalnej arenie. Jego rywal… nie, raczej protektor… Fisk stał nad nim, uśmiechając się i wyciągając rękę. Alberich chwycił ją, po czym podciągnął się. Znowu przyjął pozycję stojącą.

           To było… wiesz, lepiej do tego nie wracać.

 

           Zrobił sobie krótki bilans. Wyszedł bez strat na zdrowiu cielesnym, chociaż jego duch… na pewno zostaną po tym blizny. Jego wyposażenie o dziwo też pozostało kompletne. Chwycił za skrzypce, by schować je do futerału. Znów przeszedł po nich magiczny ładunek.

 

           Nie spodziewałem się tego… widząc pytające spojrzenie drugiego maga pośpieszył z wyjaśnieniami. – Najwyraźniej została we mnie część tej mocy. Nie mogę już robić takich rzeczy jak ostatnio, jednak… niech to, właśnie zdałem przyśpieszony kurs magii, stając się pełnoprawnym czarodziejem po jednym incydencie. Cały ja… hah… Jedno jest pewne, z Prawdą bawić się nie należy.

 

           Rozejrzał się po widowni, złaknionej widowiska. Część najwyraźniej poczuła się zawiedziona formatem pojedynku, inni… nie mogli zrozumieć, że mając taką moc można stosować takie proste sztuczki. Teraz nie miało to aż takiego znaczenia, podmiotem stał się mój niedoszły przeciwnik.

 

           Wiesz Fisk… czas to skończyć. Koniec z biciem się, po prostu siądźmy i skończmy to jak ludzie pokoju. Ja wyciągnąłem z tego lekcję, Ty pewnie też, więc… Proponuję zgodę.

 

           Ktoś może być tym zawiedziony… a gdyby tak…

 

           Mam pomysł, ma miłe zakończenie całości. To trochę ironiczne, ale… chcieli pojedynek, to będą go mieli. Patrz na to:

 

           Pstryknięciem palców przywołał stolik na którym znajdowały się: dwa kupki, jeden z przesłodzoną herbatą, drugi pełen kakao, obok tego miska czereśni i gotowa do gry Jenga.

 

           Mała partyjka na zakończenie. A potem… niech się dzieje co chce.

 

           Usiedli do pojedynku innego kalibru. Nie jako przeciwnicy, lecz jako przyjaciele. Wiele się działo, jednak po tym wszystkim Alberich był przekonany, że jeden i drugi potraktował pojedynek jako coś wartościowego, co musiało się zdarzyć w ich życiu.

 

           Może nie jesteśmy w stanie znaleźć Odpowiedzi i udźwignąć Prawdy, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy próbować.

Share this post


Link to post
Share on other sites

      Stałem nad dochodzącym do siebie Alberichem, po chwili wyczekiwania jego usta bezgłośnie poruszyły sie, układając się w swoje imię. Lekki dreszcz przeszedł przez jego ciało, po czym odzyskał przytomność. Jedno zerknięcie wystarczyło, to był na pewno mój przyjaciel. Tego spojrzenia patrzącego niby to na mnie, jednak zawsze lekko z boku nie dało się z niczym pomylić. Moją twarz rozpromienił szczery uśmiech, udało się. Wyciągnąłem rękę w jego stronę i pomogłem mu wstać. Zasygnalizował, że nie chce do tego wracać. Nie miałem zamiaru go zmuszać...

 

      Okazało się, że mimo wiszącej nad nim do niedawna groźby unicestwienia, wszystko to wyszło mu na plus. Część wiedzy którą dane mu było zobaczyć już na zawsze pozostanie w jego umyśle. Nie musi się już martwić o niedokończone studia magiczne, a i po powrocie do domu doktorat w jakimkolwiek kierunku nie będzie dla niego problemem. Rozbawiła mnie wizja niedowierzających wykładowców uniwersyteckich, będę musiał poprosić kogoś o zdjęcia.

 

      Sam również wydobyłem pewną lekcję z całego zajścia. Zrozumiałem, że jeśli ktoś ma duże możliwości, lecz boi się z nich skorzystać ze strachu przed konsekwencjami... Jest głupcem. To nie moja moc jest niebezpieczna, niebezpieczne mogą być jedynie sposoby jej wykorzystania. Tak długo, jak będę starał się zrobić za jej pomocą jak najwięcej dobra, nie mam się czego obawiać. Dotyczy to nie tylko mnie, dotyczy to każdej osoby w podobnej sytuacji. Każdego przywódcy, polityka, nawet nauczyciela mającego wpływ na umysły które wychowuje, czy też osoby, nie zwracającej uwagi na płaczące na chodniku dziecko. Możemy odwrócić głowę od przeciwności losu, lub też stawić im czoła i starać się coś zmienić. Czy gdybym zostawił Albericha samemu sobie, to udałoby mu się okiełznać to wszystko? Może, jednak istniało prawdopodobieństwo, że skończyłoby to się tragedią. Tragedią, która zażegnana została, dzięki odrobinie dobrej woli.

 

      Stwierdzenie, że mnie to zajście nie dotknęło byłoby wielkim kłamstwem. Moje kolana ledwo dostrzegalnie drgały wskutek niedawnego wysiłku. Czar ochronny, czy też nie... to co się tam wydarzyło wybiegało daleko poza granice ciała. Jaka więc była moja ulga, gdy mój towarzysz zaproponował zakończyć to wszystko partyjką jengi. Usiadłem na krześle, czując jak moje ciało z wdzięcznością odpręża się. Wrzuciłem do ust jedną z czereśni, rozgryzając soczysty owoc. Jedno mu trzeba przyznać, te owoce które przywołuje, smakują jakby były świerzo zerwane z drzewa rosnącego w słonecznym sadzie.

 

      Rozmawialiśmy, wyciągaliśmy kolejne klocki z coraz to bardziej podziurawionej wierzy.

 

      - Alberichu, skoro na czas trwania pojedynku znaleźliśmy się w Equestrii, to uważam, że powinniśmy skorzystać z tego faktu. Pamiętasz, jak dotknąłem twojego bytu? Powiedzmy... zakładam, że zgodzisz się na moją następną propozycję. Jak widzisz, naokoło panuje wiosna. Czas sprzyjający spacerom i zwiedzaniu. Myślę, że jest tu kilka osób z którymi chętnie... bo ja wiem? Wypilibyśmy herbatę. Nie musimy chwilowo martwić się już tym wszystkim, pojedynek uważam za zakończony. Zasłużyliśmy na małe wakacje.

 

      Po wymianie spojrzeń i cichym przyzwoleniu (wszak przed chwilą zbliżyli się na tyle, by rozuimeć pewne rzeczy bez słów), wstaliśmy od stołu i ruszyliśmy ku wyjściu z areny. Jedynym co jeszcze na koniec zrobiłem, było wsadzenie do plecaka kryształu, który uratował przed chwilą dwa żywoty. Zdecydowanie najlepszy przedmiot, jaki kiedykolwiek wymyśliłem.

 

       Pozostawiona na stoliku konstrukcja z drewnianych klocków, przedstawiała perfekcyjne ułożenie jengi. Jeden ruch dzielił wszystko od zawalenia. Idealna alegoria pojedynku, który właśnie dobiegł końca.

 

      Zacisnąłem lekko pięść, gładząc swój pierścień, w którym udało mi się przemycić mojego najnowszego przyjaciela. Tak, zdecydowanie nikogo nie powinno się zostawiać. Zaciągnąłem się tutejszym powietrzem, po raz ostatni wspominając smażalnię ryb, w której byłem jako dziecko. Alberich zatrzasnął za nami drzwi areny, nie zwracaliśmy już uwagi na reakcję tłumu... W końcu i tak ostateczna decyzja o wyłonieniu zwycięzcy należała do nich, a nam zwyczajnie było wszystko jedno, który z nas wygra. Ten pojedynek dał nam obu więcej, niż mogliśmy marzyć.

 

      ~~The End

 

      (To już ostatni post tego pojedynku, wszelkie wpisy na temat zachowania drugiej osoby były prywatnie konsultowane, by nie powodować kontrowersji. Zapraszamy wszystkich użytkowników forum do głosowania, ale przede wszystkim, do czerpania przyjemności z czytania)

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż za starcie... Czuć było rozmach i energię przepływającą przez każdy fragment areny, lecz czas zakończyć pojedynek i wyłonić zwycięzcę.

 

Czekamy na Wasze głosy. Kto będzie kontynuował swoje zmagania w rundzie drugiej? Fisk Adored czy Alberich? Wybór należy do Was.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadeszła chwila prawdy. Lada moment poznamy zwycięzcę tego pojedynku i wojownika, który uzyska promocję do rundy drugiej. A zatem, przed Wami wyniki głosowania:

 

Fisk Adored - 3

Alberich - 2

 

Fisk Adored wygrywa mając jeden głos przewagi! Nie da się ukryć, że ten pojedynek był niezwykle wyrównany i trudno było przewidzieć kto zwycięży. Cóż, gratulujemy obu uczestnikom! Ciekawe co zaprezentuje nam Fisk w zbliżającej się rundzie drugiej...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.
Sign in to follow this  

×
×
  • Create New...