Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Święta za nami, Sylwester za nami, nowy rok już się rozpoczął i trwa sobie w najlepsze. Doskonała okazja, by nieco rozprostować kończyny i odkurzyć mechanizmy odpowiadające za otwieranie bram, okien, dachów, tajnych zapadni i pułapek… Ekhm. Zagalopowałem się. Na tej arenie mamy co prawda otwierany dach, ale na zewnątrz pogoda za ciekawa nie jest, toteż może na razie damy spokój starym kołom zębatym i powalczymy przy magicznych lampionach oraz pryzmatycznych kryształach. No, chyba, że któryś z uczestników zapragnie pomieszać szyki swemu przeciwnikowi i poczeka aż rozpęta się prawdziwa ulewa i wtedy otworzy dach przy pomocy magii.

 

 

fight__by_dalagar-d5fb9od.png

 

 

Nadszedł czas na kolejne emocjonujące starcie! W imieniu administracji Sal Magicznych Pojedynków, architektów i konserwatorów, którzy pieczołowicie pracowali nad stanem aren, a także legendarnych wojowników, którym dedykowane są Sale, witam w nowym, 2014 roku! Dzisiaj zmierzą się Purrr Cat i KochamChemie! Purrr Cat lubi na bieżąco analizować politykę i gospodarkę w naszym ojczystym kraju, którego to historią również się interesuje. Poza tym, uwielbia gry komputerowe i Internet, choć stroni od popularnych portali społecznościowych. Jego przeciwnikiem będzie KochamChemie, nowy Avatar Fluttershy, pasjonat chemii, matematyki i fizyki. Jest w te klocki tak dobry, że bez problemu pomoże każdemu i w kilka lekcji wprowadzi w świat nauki. Chyba nie muszę wspominać, że świat magii i pojedynkowania się także nie jest mu obcy?

 

W tym pojedynku obowiązywać będzie limit 12 postów, plus uzgodniony z uczestnikami zapas na czarną godzinę, w razie gdyby ni stąd, ni zowąd wpadli na jakieś błyskotliwe i nietuzinkowe pomysły na urozmaicenie swego pojedynku. Przypominam o panujących zasadach i życzę udanego pojedynku.

 

Powodzenia!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

******

Obudził się po północy, nie mógł zasnąć z powodu... a mniejsza o powód, cierpiał na bezsenność i tyle! Ale co z tego? No widzicie, dzień magicznego pojedynku już nadszedł, a stres go zżerał niemiłosiernie? Zły, paskudny stres. 

-Panie narratorze, ale kogo zżerał stres?

-Oj no racja, zapomniałem...

"Chemik* obudził się po północy, nie mógł zasnąć z powodu..." dalej chyba znacie? 

No dobra, ale kogo to obchodzi, że nie mógł spać? A! Tu jest taki myk! Tak... myk! Bo zmęczony mag postanowił pójść na miejsce pojedynku i przespać się na zimnej podłodze areny. 

Niewygoda, ale pora zaznać trochę snu, chociaż tycityci... tak, wiem... niewiele to mu da, ale niech pozostanie w tej błogiej nieświadomości.

 

 ******

Ała! Twarda, zimna podłoga... cudo. Pada deszcz, może łatwiej zasnę, przyda mi się to 7 godzin snu, dobra, pora chyba nastawić budzik i czekać na rozpoczęcie... na wszelki wypadek zrobię, jakiś mechanizm informujący mnie o przyjściu mojego rywala... 

Dobra, trochę matmy i fizyki, po co wam te głośne krzyki?

Jeszcze wstawię tutaj to koło zębate i ultradźwiękowy czujnik ruchu... może zadziała. Ja się kimnę,

Dobranoc wam... ech nikogo nie ma...

 

******

Dało się słyszeć łomot strug deszczu uderzającej o stary dach... co jakiś czas grzmiał piorun. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wyszedłem na arenę. Stanąłem w miejscu rozpoczęcia pojedynku. Powietrze było przesiąknięte aurą wielu setek, jeśli nie tysięcy, zaklęć, czarów i uroków. A wszystko w imię zwycięstwa i chwały. Deszcz nadal spadał, bębniąc o metalową pokrywę, chroniącą to miejsce od kaprysu natury. Na drugim końcu pomieszczenia leżał inny kuc, najwidoczniej spał. Mając obok siebie jakieś dziwne urządzenie, zorientowałem się, że jest to mój przeciwnik.

 

"Najwyraźniej zasną"- pomyślałem i usiadłem na podłodze, czekając na jego pobudkę. Zacząłem sobie uświadamiać, że pojedynek na pewno nie będzie łatwy. W końcu mój rywal już coś o nich wiedział.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czasami się dziwię, czemu nic nie może mi działać tak jak należy. Czy to wina materiałów, a może wykonanie... no dobra, wiem, że budzik był zrobiony w pośpiechu, ale czemu zadzwonił tak wcześnie?! O, a jednak, no patrzcie... zadzwonił idealnie. Faktycznie, jestem trochę nie wyspany i kręci mi się w głowie. No, plecy też mnie bolą jak jasna... jasna rzecz. Pora wstawać i zacząć pojedynek.

 

O, chyba się obudził, najwyższa pora. Wstawaj szybciej leniu i daj czadu! Wohoo! Mam Cię nie poganiać, bo co mi zrobisz?! Ha! To chyba nie zadziała. Ale na serio, żarty się skończyły... walcz bo wieje tu nudą, oraz pogoda jest paskudna, znowu się przeziębię. Aekhm! Chemik powoli i ospale wstał z brudnej i zimnej podłogi, która nie była czystsza od niego sam... AŁ! To bolało! Przepraszam... Wstał, otrzepał swoje szaty z drobinek kurzu które na nim osiadły po czym ziewnął przeciągle i bardzo długo. Odwrócił się w stronę przeciwnika i podchodząc do niego przywitał go mocnym uściskiem dłoni, który hehe był dosyć słaby... jakby chleba nie jadł. No dobra, przynajmniej się starał...

 

Dobrze, witaj  Purrr Cat. Czeka nas dzisiaj dosyć męcząca i być może, zapewne, na pewno, ojchybatak bolesna. Jak widzisz jestem potwornie niewyspany, myślę, że mała rozgrzeweczka dobrze nam zrobi. Tak, więc... nie owijam dalej w bawełnę i zaczynamy. Ukłony i takie tam formalności owszem... 

 

Haha, musielibyście zobaczyć minę przeciwnika, który patrzył się z takim dziwnym spojrzeniem na Chemika odprawiającego przed nim ten długi monolog... czyżby próba dekoncentracji? A może uśmiercenie nieświeżym oddechem? No chyba bardziej... AU!! Już nie będę takmówiłprzysięgam! Mag chemii oddalił się na mniej więcej 100 stóp od przeciwnika, rozstawił swoje klamoty, włożył czysty fartuch i zaczął kreślić tajemnicze znaki... chemiczne? Jak zgaduję, a może i nie. Łoł, to mu się udało... jakaś jaskrawa poświata okryła każdy najdrobniejszy przedmiot, który znajdował się w kręgu. Dziwne, przedmioty po chwili stały się półprzeźroczyste i najwidoczniej nie zamierzały przestać na zwykłym zeszkleniu... po chwili zniknęły. Tak... O! O tak! Pstryk!

 

Pora coś przygotować... ta probówka się nada, ta nie, ta śmierdzi okropnie, ta jest stłuczona... ta też nie. O! To jest świetne na początek. Dobrze, nada się i to aż za dobrze. Pyk! Pękła aż miło, a reakcja chyba zachodzi. O... już widzę ten cudowny zarys moich ukochanych przedmiotów. Łuk gotowy, strzały gotowe, pancerny, niebrudzący się, biały niczym rękawiczki wyprane w Per... pralce miałem na myśli. Generator tarczy energetycznej, trochę cewek, latarka, scyzoryk, maczeta, butelka z piwem... coś tu miało jeszcze się pojawić, ach tak! Kolumna destylacyjna oraz miniaturowy pluszowy kucyk. Tulaśny, ale trochę brudny! Nigdy nie wierzcie w  reklamy! Oraz najważniejsze, oby mi się to nigdy nie zgubiło.

 

Chemik był chyba gotowy, włożył tonę przedmiotów, to małej kieszonki w jego cudownym fartuchu i zrobił 10 przysiadów i 20 pompek... NIŻEJ TYŁEK! Jedna! Prawdziwa! Pompka! Wojskowa! Ćwiczenia czynią mistrza, a strzelanie z łuku ponoć ćwiczy spostrzegawczość i zwiększa potencję. (tani chwyt narratora)  łuk miał naprężony, a strzała była na nim. Spuścił cięciwę i zaczął ładować w zdumiewająco szybkim tempie kolejne pociski. Wszystkie leciały w stronę przeciwnika. Jedna spadła trochę za szybko... po chwili w tamtym miejscu pojawiła się biała kula ognia i mały grzybek... normalnie jak po wybuchu jądrowym. Co to za ekperymentalna broń?! Strzały leciały po dosyć długim torze... ale trzeba było się pospieszyć aby móc ich uniknąć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój przeciwnik był... ciekawą osobą. Bez wątpienia. Kiedy się rozstawił razem z całym swoim majdanem, po czym coś zrobił a potem... znowu coś zrobił. Kiedy w końcu wystrzelił w moim kierunku pociski przyznaję, że miałem ochotę ziewnąć. Wymamrotałem zaklęcie i sięgnąłem po energię. Kiedy zaczerpnąłem ją a inkantacja się skończyła, zaklęcie zostało wykonane. Moje ciało stało się niemal przezroczyste, jednak nie to było jego skutkiem. Podłoga pode mną stała się falista, jej powierzchnia załamała się i zapadłem się pod ziemię, unikając pocisków wroga. Odbiłem się od gleby, wciąż będąc pod podłogą, po czym wyskoczyłem prosto spod nóg mojego przeciwnika, sprawiając, że upadł. Kiedy znalazłem się już na powierzchni, ponownie rzuciłem zaklęcie, cały czas czerpiąc energię z ciała. Głowę mojego przeciwnika otoczyła bladoniebieska aura, a jego umysł został dotknięty ogromnym wysiłkiem. Obciążony urokiem, który powodował u niego potężny ból głowy, Chemik był przez chwilę unieszkodliwiony.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Głowę Chemika spowiła niebieska aura. JEJ! Zwykle niebieski to taki pozytywny kolor. Ale nie w tym wypadku, niechaj będzie przeklęty, bo będzie się mu kojarzył do końca życia z bólem głowy!

 

Ała... boli mnie głowa, normalnie jak po sobotniej imprezie, kiedy samogon kolegi okazał się być bardziej stężony niż denaturat. Nie mogę się skupić, mam pustkę w głowie... źle się czuję. 

Ała... czemu to tak musi nawalać. AŁA! Moje nogi! W takim stanie to się chyba będę musiał poddać... albo nie, jak to mistrz mówił? Zaraz się przypomnę.

-UWAGA BĘDĘ MYŚLAŁ! 

Na ból głowy... dobry cukier kolorowy? Nie! Na ból głowy... pomarańcze, oni stoją, a ja tańczę? TEŻ NIE TO! Czekajcie, na ból głowy... podróżuje wgłąb osnowy? NIE, NIE, NIE! A może... 

 NA BÓL GŁOWY WEŹCIE AMO... 

 

BUM! Tuż nad głową chemika pojawił się mały lewitujący skrzat! Miał na sobie siedem diademów, oraz pałkę policyjna i tabliczkę zawieszoną na szyi z napisem: "PRAWA AUTORSKIE!" 

Jego mina była, co najmniej nie zbyt uśmiechnięta. Przedstawiała wyraz niezadowolenia jaki można zobaczyć u niektórych urzędników w urzędzie podatkowym. 

 

-NIE MASZ PRAWA UŻYWAĆ NAZWY AMOL®! JEST TO OBJĘTE PRAWAMI AUTORSKIMI!  

 

Skrzacik wyjął znad ucha wielki megafon. I zaczął drzeć mu się do ucha. 

Wkurzony chemik zamachnął się i uderzył w nicponia z taką siłą, że ten odleciał na drugi koniec areny, cóż, przynajmniej o zlikwidował ten skrzeczący głos znad ucha. Chyba już więcej nie zobaczymy tego wkurzającego stworka. 

 

Wypiję ten... Amol! Mocy przybywaj! Eee... gdzie ja go podziałem, przecież był w lewej kieszeni. Chyba nie wyparował? Ach mam! Teraz wszelaki ból głowy opuści mnie na długo! Ten napój nie ma sobie równych! Jest tylko trochę mocny... 

 

Nie przejmując się percentarzem owego lekarstwa na dokuczliwy ból głowy. Wziął i za jednym haustem wypił całą butelkę. 

 

ALE TRZEPIE! Ból... nie czuję bólu! Ha! Zadziałało... no dobra, co ja teraz... ? AH! To ty! Zaraz Ci dam zasłużoną karę! 

 

Chemik wyciągnął z fartucha bandolierę z oranżowymi fiolkami. Z dwóch dziwnych metalicznych rurek skręcił coś, co przypominało rusznicę. Załadował do owej broni 5 fiolek i wymierzył w Purrr Cata. Wystrzelił. Tuż za przeciwnikiem dało się dostrzec kolorową eksplozję. Ale eksplozja nie była jedynym efektem. Posadzka była... prawie, że stopiona, ładnie się zażyła.

Chemik przeładował, w jego oczach dało się dostrzec perfidny uśmiech...  

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiedy Chemik pozbył się efektu uroku, a sam przeszedł do ofensywy, zakląłem cicho słowem, którego znajomością powstydziliby się nawet właściciele zakładów szewskich bądź czyściciele kloaki. Kiedy podłoga się topiła, ponownie zacząłem mamrotać zaklęcie. Skoczyłem na w miarę stabilną powierzchnię, gdzie mogłem nadal wykonywać jego inkantację, po czym zaczerpnąłem moc. Kiedy zakończyłem recytację, w powietrzu dało się czuć dozę wilgoci. Po chwili cała atmosfera stała się wręcz ciężka od cząsteczek wody wirujących w powietrzu. Zaklęcie w końcu się skończyło. Ciężkie kule gęstej wody uderzyły w ciało Chemika,przebijając jego fartuch, czyniąc z niego tak naprawdę tylko ścierkę do podłogi. Niektóre fiolki zostały rozbite, część z nich przetrwała. Nie na długo

 

Kolejny skok i kolejne zaklęcie. Tym razem lepsza pozycja, atak z flanki zawsze jest potężny, szczególnie, jeśli przeciwnik jest osłabiony. Znowu zacząłem mamrotać formułę i zaczerpnąłem energię magiczną. Poczułem się lżej, ale moje ciało nadal było takie samo. Postawiłem krok i... znalazłem się o dwa metry dalej. Zaklęcie Krótkiego Skoku było bardzo pożyteczne na takiego przeciwnika. I wystarczyło rzucić je raz, aby można go było używać przez cały dzień. Oczywiście, każdy skok czerpał energię z zasobu many.

 

Znowu zacząłem mówić inkantację, tym razem przyjąłem pozycję do ataku. Zaklęcie zostało rzucone. W stronę mojego przeciwnika poleciał leniwie niewielki bąbel koloru morskiego, który, po osiągnięciu celu jakim był Chemik, zaczął się powiększać, po czym objął ofiarę, umieszczając ją wewnątrz siebie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Byłem lekko zaskoczony kiedy wielkie krople wody zaczęły się formować wokół mnie, no dobra, to może nie było takie złe... ale zaczęły mnie uderzać z ogromną siłą! 

Wiele probówek się potłukło, nawet w międzywymiarowej kieszeni powstał taki bałagan, że prawie się popłakałem... no i oczywiście, te siniaki. 

Nie możliwe, przecież prognozy pogody TVN'u nigdy nie kłamią. Wilgotność 20%, 30*C na zewnątrz, brak zachmurzenia i ... zero opadów radioaktywnych? Chyba kpią! 

Jakim cudem wytrzasnął tyle wody? 

 

Wycelowałbym i strzelił z mojej pukawki... ale te kule dobrze go zasłaniają... 

Jeszcze próbuje mnie zamknąć w tej kuli... co za bezczelność. AŁ! Ona jest z czegoś mocnego! Nie da się stłuc.

 

 

Chcesz mnie wykończyć? Myślisz, że Ci się uda? Twoje niedoczekanie! 

 

Za pomocą strzelby udało mi się wytworzyć coś w rodzaju drążka. Korzystając z tego, że bańka była dosyć szczelna rozlałem jedną z niestłuczonych wcześniej probówek, i czekałem na efekt. Reakcja zaszła bardzo szybko. Bańkę wypełniła piana... ta po sekundzie zaczęła się żarzyć, jakby coś się w niej spalało... dosyć szybko... serio... zwolnij! CIŚNIENIE ROŚNIE! ZARAZ EKSPLODUJE! 

Przeciwnik padł na ziemię... nie spodziewał się tak szybkiej eksplozji.

 

BUUUUM! Poszło... im większy stawia opór, tym większy huk. Wybiło chyba wszystkie szyby w okolicy wielu kilometrów... ale, gdzie jest Chemik? 

Koniec walki? Spalił się? Uciekł? Ale... ale jak? O! Jest! Tuż za Purr Cat'em! Skubany!

 

Dobra, koniec dramatyzowania narratorze. Uciekłem za pomocą dematerializacji... wykorzystałem wielowymiarowość kuli w holomorficznej przestrzeni Rhamma. No dobra... nieważne. Pora atakować! 

 

DALEJ DALEJ FARTUCH CHEMIKA! 

 

Fartuch w mgnieniu oka stał się... eee... nic się z nim nie stało. To jakaś ściema... miałem na myśli...

 

DALEJ DALEJ ERLENMAJERKO CHEMIKA! 

 

Coś błysnęło, jak płatki śniadaniowe nestle w jednej z reklam! 

W ręce chemika można było dostrzec czyściutką i nowoczesną kolbę stożkową. Wypełniona była ona dziwną wielobarwną cieczą. 

Wybieram Ciebie lepka piano!! 

Rzuciłem naczynie w stronę rozkojarzonego eksplozją przeciwnika. 

Naczynie się stłukło... pojawił się dym... ciemny i paskudny. Szybko się zagęścił i zamienił w kupę lepkiej mazi. Inteligentnej mazi... zaczęła szybko otaczać przeciwnika... ze wszystkich stron. Radziłbym nie wchodzić z nią w kontakt... kto wie z jakiego paskudztwa to stworzyłem.  

Edited by KochamChemie

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stwierdzam walkower, bo MewTwo nie odpisuje. Zbyt długo już pojedynek stał w miejscu.

 

Starcie wygrywa zatem KochamChemie! Postów jest zbyt mało na ogłaszanie ankiety...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...