Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Kapłan bez problemu ominął atak pijaczyny, był bowiem dobrze wyszkolonym wojakiem i byle chłop nie był w stanie zrobić mu żadnej krzywdy. Natychmiastowo po uniku ujoł w dłoń tarczę stając się jeszcze groźniejszym dla pijaczków, jednak pojawił się pewien problem.

 

Mianowicie Nick zbyt pewny siebie i zbyt finezyjny nie poradził sobie z odbiciem wideł (To nie ty o tym decydujesz, zapamiętaj) które teraz przeszyły jego brzuch, jednak krew jeszcze nie zaczęła sączyć się z rany. Jednak Pijaczek przerażony tym co właśnie zrobił puścił widły i zaczął uciekać w nieznanym kierunku. Jednak nie tylko krew była tego powodem. Bowiem słychać już było kroki, najwyraźniej straży gdyż biegnący ludzie byli ciężkozbrojni. Ktoś musiał ich zawiadomić.

 

***

 

Druid dokonał wszelkich potrzebnych zakupów. Miał teraz i nóż, jak i potrzebny osprzęt i jedzenie. Teraz pozostało czekać na towarzyszy. Jednak wychodząc z miasta, druid usłyszał wrzawę gdzieś w mieście. Najwidoczniej jedna z wielu burd, na które nie trzeba zwracać większej uwagi, gdyż to straż się nimi zajmuje, a rzadko ktoś odnosi śmiertelne obrażenia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Druid mimo wszystko zdecydował się udać w miejsca wrzawy. Skoro i tak musiałby pewnie czekać długi czas na towarzyszy to czemu nie miałby tego robić oglądając jak miasto zamiast żyć wspólnie w symbiozie nawala się po mordach. Swój nowy nóż przypiął do paska i z podniesioną głową ruszył. Nie bardzo lubił miasta ale nie miał nic przeciwko temu, że są budowane. Przecież mrówki budują swoje mrowiska to czemu ludzie nie mogą miast?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nick już chciał podejść do kolejnego oponenta gdy nagle poczuł ogromny ból.

-Cholera.- Zaklną Nick czując jak widły przebijają mu brzuch. Wiedział, że to może mieć poważne konsekwencje jeśli widły przebiły jakieś ważne organy. Upadł na kolano i schował miecz do pochwy. Łuk położył obok siebie po czym złapał za widły. 

Będę musiał podejść do jakiegoś medyka. Chyba, że moi towarzysze będą mogli mi jakoś pomóc. Rozmyślał Nick obserwując uciekających pijaczków. Po chwili usłyszał ciężkie kroki.  Przeczuwał, że to zbrojni. Nie miał jednak czasu aby się obrócić. Zajął się oglądaniem swojej rany. Nie chciał wyjmować tych wideł zanim nie znajdzie się obok niego jakiś medyk. Postarał się natomiast złamać trzonek wideł aby nie nosić czy sobie całych wideł.

-Hej. Możesz mi pomóc?-Zapytał stojącego obok kapłana. Miał nadzieje, że on mu pomoże.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kanadan usłyszał swego towarzysza, jednak stwierdził, że pomoc w łamaniu wideł byłoby samobójstwem, gdyż zostało im paru przeciwników, a na pewno ten z pałką, który zaciekle, choć przewidywanie uderzał w mężczyznę. Na szczęście do uszu kapłana doszedł głos jakiś ciężkozbrojnych. Mało prawdopodobne było, aby ktoś taki mógł wesprzeć pijaków z pod speluny "pod zezowatym cyklopem", można było wręcz spodziewać się pomocy dla przedstawiciela stanu kapłańskiego. Dlatego niewiele myśląc Kanadan przyskoczył do swego towarzysza i wzrokiem omiótł szybko okolicę, czy gdzieś nie czai się niebezpieczeństwo. Wtedy zobaczył drugiego, czającego się za nim bandziora. Nie wiedział czy zdąży się obronić przed atakiem z tyłu, który pewnie zaraz nastąpi. Jedyne co kapłan zrobił, to zasłonił kompana i skupił się na obronie. Ciosy zadawał tylko, aby przeciwnicy cofnęli się i głównie polegał na tarczy, którą teraz musiał osłonić siebie i Nicka. Liczył, iż zbliżające się kroki odstraszą napastników.

 

- Trzymaj się, zajmę się tobą, jak niebezpieczeństwo sobie pójdzie, albo dostanie buzdyganem w łeb! - końcówkę zdania powiedział specjalnie głośniej, aby przeciwnicy go usłyszeli.

 

Teraz mężczyzna był pewny siebie, tarcza była bardzo skuteczna przeciwko takim lichym bronią, a odsiecz raczej nadciągała. Wystarczyło się nie zdekoncentrować, przerwać nawałę ciosów, które w panice pijaczków pewnie nastąpią, a później, gdy łowca będzie bezpieczny rzucić się w pogoń i pokazać rzezimieszkom gdzie ich miejsce. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Obrona kapłana była doskonała, a jego słowa trafiły dobitnie do głów pijaczków, którzy teraz zaczęli się z lekka wycofywać nie narażając się zbędnie na ataki kapłana. Nick za to sprawiał sobie samemu jeszcze większy ból próbując nieskutecznie złamać twardy trzon wideł, najwidoczniej nowych, których drewno nie zdążyło jeszcze spróchnieć czy zostać zlane przez deszcze lub popękać od gorąca.

 

Wtedy na miejsce całego wydarzenia przybiegło sześciu ciężkozbrojnych strażników z gizarmami, oraz jeden, najwyraźniej dziesiętnik, z mieczem przy boku, co musiało niechybnie znaczyć że wywodził się z rodu szlacheckiego. Straż miasta, bo tym właśnie byli zbrojni, zaraz otoczyła całe wydarzenie, a rozbójnicy zaraz starali się chować broń lub rzucać ją do rynsztoków, by odciągnąć od siebie podejrzenia, jednak strażnicy szybko rzucali nimi na bruk i wiązali im ręce konopnymi sznurami. Jeden ze zbrojnych, zasłaniając się swoją gizarmą zaczął zbliżać się również do kapłana i jego towarzysza, najwyraźniej nie mając wobec nich zbyt miłych zamiarów.

 

Dziesiętnik zaś zaczął odganiać gapiów, w tym i druida który właśnie dotarł bo zobaczyć całe zajście i właśnie zorientować się w tym co się stało. Najwyraźniej wszyscy mieli odpowiedzieć za burdy przed sądem, albo przynajmniej mieli spędzić noc w celi. Trzeba było działać, jednak walka odpadała, bo na pobliskich budynkach już było widać łuczników którzy rozglądali się za zdobyczą...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kapłan zadowolony patrzył, jak bandyci padają związani na ziemi. Jego szczęście jednak nie trwało długo, bowiem właśnie jeden ze zbrojnych zbliżał się do niego, najprawdopodobniej z podobnym zamiarem. Jakby tego było mało, słońce odbijało się od drobnych, choć zabójczych grotów strzał. Tak jeszcze łucznicy tu byli. Można by powiedzieć z deszczu pod rynnę. Jednak dalej istniała szansa, na wyjście z zajścia obronną ręką. 

 

Kanadan opuścił tarczę i buzdygan na znak braku wojennych zamiarów, choć nogi dalej miał w pogotowiu. Średnio pasowało mu pętanie rąk, jak kopyt jakiemuś zwierzakowi. Na twarzy przyjął dość pogodny wyraz, a przynajmniej tak sądził i zaczął mówić spokojnym głosem:

- Witam szanowną straż, dziękujemy z kompanem za pomoc... chcieliśmy właśnie wyruszać w podróż, gdy ci oto tutaj jegomoście, zaatakowali nas. Słowem nie dało się ich powstrzymać, więc chcąc przeżyć rozpoczęliśmy obronę. Niestety jak Pan widzi, mój kompan jest dość ciężko ranny. Jest w wiosce może jakiś lekarz, albo niech Pan mi da chwilkę, jestem kapłanem, być może uda mi się ulżyć mu w cierpieniach. 

 

Kanadan podszedł do rannego towarzysza i nie tracąc czujności, skierował swe dłonie na ranę. Czasami to działało, wystarczyło wymamrotać parę słów, choć jak mężczyzna pamiętał nie szło mu to najlepiej bez konieczności i nekromanty do zabicia w pobliżu. No cóż pewnie znów bóg stwierdzi, że wpakuje świeżo upieczonego inkwizytora w kłopoty. Z takim przekonaniem Kanadan nie tyle liczył na uzdrowienie kompana, co na potwierdzenie swych słów, które przed chwilą wypowiedział. Cały czas, niby pod pozorem rozmowy nie spuszczał wzroku ze strażnika i był gotowy powstrzymać go przed spętaniem. Tak "lecząc" czekał na reakcję zbrojnego.  

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...