Skocz do zawartości

Cała aktywność

Strumień aktualizowany automatycznie

  1. Dzisiaj
  2. „Lojalność” to bardzo ciekawy fanfik. Nic dodać, nic ująć. „Lojalność” to crossover MLP:FIM i gry „Mirror’s Edge”, która powstawała w czasach, gdy parkour, czyli przemieszanie się po dachach, poręczach etc. był bardzo popularny i po którego gra ta chętnie sięgała. Dodam, że „Mirror’s Edge” nie był jedyną grą w owych czasach, które sięgnęły po ten motyw (przykładowo seria polskich gier Dying Light). Bohaterką była tzw. kurierka, która biegała po mieście, przekazując cenne informacje i przy okazji unikając złapania przez policję. Po ten motyw sięgnął też autor fanfika „Lojalność”. Fanfik ten składa się z dwóch części. W pierwszej zapoznajemy się z „pracą” kuriera. Jest to głównie dynamiczny opis, pokonywania przeszkód oraz opisu działania organizacji, do której należą kurierzy. Już ta część jest bardzo dobrze napisana, treściwie, lecz przejrzyście. Zawiera dużo informacji, lecz następna część podbija poprzeczkę znacznie, znacznie wyżej. Tak, autor myślał, kiedy pisał „Lojalność”. Dobrał idealnie te bohaterki, które cenią sobie prędkość i brak strachu przed przeszkodami i upadkiem. Są to oczywiście Scootaloo i Rainbow Dash. Konfrontacja między nimi jest bardzo emocjonalna, chociaż nie dlatego, że klacze „drą się na siebie”. Dzięki niej uzyskujemy dużo informacji o tym, dlaczego bohaterki zakończyły swoją znajomość, co się stało z jedną z Mane6, o tym, jakie będą przyszłe wybory dwóch pegazów, będących bohaterkami fanfika. Także ten fragment jest napisany w bardzo zajmujący sposób, który podsumuje najlepiej ten przejmujący fragment: Żałuję tylko jednego. Żałuję, że „Lojalność”, nie jest dłuższym fanfikiem. Bardzo mnie wciągnęła ta „wersja demonstracyjna”. Ten fanfik naprawdę zasługuje na rozbudowanie, może nie „wielorozdziałowiec”, ale taki „miniserial” mający trzy lub cztery „odcinki” po 20 stron. Czytelnik mógłby wtedy lepiej poznać losy pozostałych Mane6 oraz otrzymać o wiele więcej informacji o świecie fanfika. Dodam, że mnie braki w świecie przedstawionym, nie raziły, a więcej uznaję je za świetnie dobrane, jeśli wziąć pod uwagę krótkość fanfika. Moim zdaniem miejsce na podium dla „Lojalności” było jak najbardziej uzasadnione. Polecam, zdecydowanie polecam ten fanfik i za opisy pościgu na początku i za emocjonalne zakończenie.
  3. Wczoraj
  4. Przyznam, że nie skończyłem „Exanimy” i poddałem się już na drugim rozdziale z trzech dostępnych. Wynudziłem się bowiem strasznie. „Exanima” dzieje w świecie, gdzie ludzie i kucyki koegzystują i razem walczą z demonami. Główny bohater ma na imię… nie pamiętam, jak ma na imię. Zresztą to może nie jest aż tak istotne, podobnie jak imię bohatera „Za garść dolarów” nie jest istotne, liczy się to, co robi. A morduje demony. I o tym właściwie jest ten fanfik, o zabijaniu demonów. Główny ludzki bohater ma chyba kucykowego pomocnika o imieniu Lars, ale uważam, że pomogłoby, gdyby kucyk miał jednak typowe kucykowe imię. Fanfik przypomina mi film w rodzaju „48 godzin” i jest jakby nawiązaniem do gatunku Buddy movies, gdzie miejsce Murzyna (bardzo sympatycznego na ogół) zajmuje kucyk. Zresztą główni bohaterowie zachowują się jak typowi bohaterowie tego typu filmów: Co jeszcze robią bohaterowie jak w tego rodzaju filmach? Przeklinają: Chciałbym coś napisać o tym fanfiku, o świecie o bohaterach, ale prawda jest taka, że wszystko mi się zlewa w jedną całość. Fabuła ma nieco strukturę misji z gier wideo albo odcinka jakiegoś serialu. Po jakimś czasie zacząłem się zastanawiać, że w zasadzie byłyby to ciekawy materiał właśnie na grę albo film. Niestety, to co w filmie czy grze, czyli dużo akcji, by mi wystarczyło, tutaj tchnie jakąś opisową „biedą”. Nie wiem prawie nic o świecie, który przez to wydaje się całkowicie „generyczny”. Nie ma klimatu, poza tym, że jest mrocznie i jest dużo przekleństw. To, że są kucyki w ogóle nie pomaga, bo ja przez cały czas nie poczułem, że pomiędzy kucykami a ludźmi są jakiekolwiek różnice w sposobie działania, możliwościach etc. Przykładowo bohater zna magię run. I po co mu te runy, skoro ma pistolet? Przecież magią mógłby się zajmować kucyk i to by już jakoś różnicowało bohaterów. Nie ma sytuacji, że np. człowiek gdzieś nie wejdzie, ale mały kucyk może to zrobić albo potrzebne są skrzydła. To, że partner bohater nosi ludzkie imię wraz z powyższym powodowało, że kucyki i ludzie stali się w ogóle nie do odróżnienia. Nie widzę różnic w metodach działania, myślenia ani próby, choćby pogodzenia różnego systemu wartościowania. Można by z tego fanfika wyjąć kucyki i bym wcale nie zauważył ich braku. „Walki” są tutaj opisane bardzo pobieżnie. Bohater wyjął broń/rzucił zaklęcie – wycelował – strzelił - strzelił - strzelił w coś innego - zmienił magazynek itd. Sun by to bardzo ładnie opisał, ale to nie jest fanfik Suna. Nie ma czegoś takiego, jak np. plan działań, koordynacja pomiędzy ludźmi a kucykami. O możliwościach bohaterów dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy już używają swoich umiejętności co w przypadku pierwszych rozdziałów wcale nie jest błędem, ale pozwala płynniej poprowadzić akcję. To zapiszę autorowi na plus. Fanfik jest napisany raczej dobrze pod względem technicznym, ale wrzucanie wszędzie wulgaryzmów, mam wrażenie, że czyni go bardziej infantylnym. Bohaterami są specjaliści (podobno) do walki z demonami, chyba powinni trzymać nerwy na wodzy, a tymczasem klną tylko nieco mniej, jak przysłowiowy szewc. Czy polecam? Nieszczególnie, bo chociaż nie jest to fanfik napisany źle pod względem technicznym, lecz wydał mi się on po prostu nudny. Gdy go czytałem, miałem wrażenie, że „czytam” film albo grę wideo. Nie odnalazłem tutaj wiele inwencji (z wyjątkiem przekleństw), tylko wytarte klisze. Jest to fanfik akcji, ale ja odnalazłem tutaj tylko znużenie i nieco edgy infantylizmu.
  5. Rozdział IX, a w nim Blackburn zastanawia się, kto może nie lubić Lockwooda, a on wie, ale nie powie.
  6. „Winny” to bardzo fajny fanfik i jest tym lepszy, że jest bardzo krótki. Połączenie treściwości z ilością słów, nie zawsze idzie w parze. Jest to także fanfik „który wydaje mi się znajomy, chociaż nigdy go wcześniej nie czytałem, nawet z opisów. „Winny” składa się z części opisowej i monologu. Oba są bardzo klimatyczne. Osadzony w industrialnym Hoofington opowiada historię (niegdyś) bogatego ogiera imieniem Golden Dust, który zwierza się ze swej winy klaczy Mint. Już sam klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja jest nakreślony krótko, acz bardzo wyraziście. Przywodzi na myśl Europę okresu industrializacji, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Mnie jednak Hoofington przypomina z jakiegoś powodu Manchester i to niekoniecznie z okresu rozkwitu industrializacji, ale raczej z okresu powojennego upadku przemysłu. Miasto bowiem jest już, jakby zastygłe, szare, pokryte kurzem bez ferworu pierwszych lat industrializacji z przestarzałymi fabrykami. Może dlatego jest to ciekawe, że jest takie znajome, że autor tworzy coś, co czytelnik najpewniej poznał, nawet jeśli jest to tylko kanon szkolnych lektur. Nie będę wnikał w historię Golden Dusta ani Mint. Są one także „znane”, chociaż postacie te pojawiły się po raz pierwszy (i zapewne po raz ostatni) w twórczości autora. Są one dość często reprezentowane na kartach powieści Charlesa Dickensa, Bolesława Prusa czy Maksyma Gorkiego. Typowy dualizm, ktoś bogaty, ale bez przyszłości za to z tragiczną przeszłością i ktoś bez biedny, bez przeszłości za to może z przyszłością. Wydaje mi się, że pojawia się tutaj, chociaż niezamierzenie, rozważanie o tych, wielkich tego świata, którzy otrzymali wszystko bez własnego wkładu i tych, którzy mogą stać się wielcy, bo są bliscy dna. Autor, jednak nie rozstrzyga tego wątku, wątku Mint, wszak miał tylko 6 stron. Stylistycznie fanfik, jednak cierpi. Nie chodzi tutaj o warstwę językową tylko formalną. Akapity są oznaczone jednocześnie wcięciem i odstępem, co jest zbędne. Innym razem tylko wcięciem, innym razem nawet tego brak. Dialogi zaczynają się od pojedynczego „-”. Wydaje mi się też, że autor nadużywa „…”, chociaż sam chętnie sięgam po ten „zabieg”. Widać, że fanfik nie przeszedł korekty. Podsumowując, „Winny” mi się spodobał, chociaż wydaje mi się, że trochę dlatego, że lubię te motywy, znane mi z lektur szkolnych, w tym mojej ulubionej „Lalki” Bolesława Prusa. W ogóle lubię wiek XIX i wczesny wiek XX, a ten fanfik wydaje mi się wręcz „skrojony” pod moje gusta. Czy polecam? Trochę irracjonalnie, ale polecam. Ostatecznie jest powiedzenie „że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy”.
  7. „Tajna broń” to najlepszy przykład fałszywej reklamy. Po przeczytaniu zapowiedzi w temacie z fanfikiem spodziewałem się, cytując autora „Wodnego świata”. Tymczasem, parafrazując Cezarego Pazurę otrzymałem „fanfika o kucykach w łódce”. Fabuła fanfika, całkiem długiego fanfika, bo liczącego 36 stron, jest prosta. Celestia miała wizję, że tylko odnalezienie pewnego drzewa ocali Equestrię. Wysłała w tym celu dwóch marynarzy, aby je odnaleźli. A mieli bardzo długą drogę do przebycia, gdyż to, co było kiedyś Equestrią znajdowało się pod wodą i to od wielu lat. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jako dziecko i nastolatek widziałem „Wodny świat” przynajmniej kilka razy i nigdy mi się ten film nie spodobał. Inspiracje tym filmem w „Tajnej broni” też są raczej luźne i poza samą koncepcją, że cały Świat znalazł się pod wodą i że gdzieś tam jest suchy ląd, to nie zauważyłem innych. Jednak to, co otrzymałem jest biegunowo odległe od „Wodnego świata”, że mam wrażenie, że autor po prostu trochę „trollował”. Wyszedł mu, zatem fanfik o dwóch ogierach w łódce. Moim zdaniem największym problemem „Tajnej broni” jest niezbalansowanie, pewne partie są zbyt ospale poprowadzone, a na inne poświęcono zbyt mało czasu. Dość napisać, że po piorunującym początku akcja bardzo, ale to bardzo zwalnia i miałem wrażenie, że po prostu przez kilka stron w ogóle stoi w miejscu. Dopiero w połowie zaczyna się, jakkolwiek rozpędzać by pod koniec zacząć wprowadzić jedną rzecz w ogóle bez ostrzeżenia. Powolność akcji nie musi być problemem, jeśli potrafi się ją wypełnić, ale moim zdaniem tego właśnie tutaj zabrakło. Miałem nieustannie wrażenie, że bohaterowie łatają cieknącą jednostkę pływającą i… tyle. Opisy świata tego nie wynagradzają, ale nawet ona wydawały mi się nużące. Jak to można by wypełnić? Przykładowo pokazaniem wiedzy autora o pływaniu, czy nawigacji. Jak na fanfik, którego akcja w 80% dzieje się na wodzie jest tutaj bardzo, ale to bardzo mało fachowego słownictwa, jakim posługują się żeglarze. Bohaterowie? Bohaterowie są naprawdę nudni, zwyczajnie nudni. Na koniec nie potrafiłem powiedzieć o głównym bohaterze, imieniem Silver Spear, wiele więcej niż to, że to doświadczony marynarz. O jego towarzyszu, Shiningu, wiem tylko, jak ma na imię i że to gwardzista. Poza tym język opowiadania jest ładny, nie rewelacyjny, ale zgrabny. Niestety nie ratuje on całości. Dopatrzyłem się jednak zalety, mianowicie braku idiotycznego słowotwórstwa w postaci wprowadzania na siłę feminatywów. Weźmy taki przykład: I co, wiadomo, nawet bez podawania płci, że kapitan Blaze to klacz, a kapitan Spear to ogier? Ludzie sobie jakoś radzą bez potrzeby masakrowania naszego pięknego języka. Największa wada tekstu wychodzi jednak na koniec. Oto pojawia się „Wielka Kahuna Luna”, siostra księżniczki. W tym momencie osłupiałem, bo przez całego fanfika nie było wspomniane ani razu, że jest jakaś siostra Celestii imieniem Luna. Bierze się ona po prostu, jakby znikąd. Jakby był potrzebny nagły zwrot akcji, czy inne wstrząsające zakończenie. Po co to jest? Nie dało się tego zasygnalizować wcześniej, zamiast tworzyć całych partii opowiadania o, mam wrażenie, „niczym”? Czy polecam „Tajną broń”? Klimat jest unikalny, ale wykonanie pozostawia do życzenia na lepsze. Mam zatem wątpliwości, czy polecić to opowiadanie.
  8. Ostatni tydzień
  9. Powiem tak, nazwa dokumentu "Idiota", najlepiej oddaje, czemu shining się zakochał. Ten fik, to sztos!
  10. „Nie ma przeznaczenia” to bardzo oldschoolowy fanfik. Tak „oldschoolowy”, że mógłby się on ukazać kilkanaście lat temu. Niestety ma też elementy z naszych czasów. „Nie ma przeznaczenia” to u swych podstaw fanfik, który mnie zaintrygował. Akcja dzieje się przed wydarzeniami znanymi z fanfika „Fallout: Equestria”, ale takim jakby innym? „Fallout: Equestria” „zaczynał się”, zanim Twilight dostała skrzydeł. Tutaj nawet nie jest ona Twilight Sparkle tylko Twilight Twinkle, Pinkie Pie jest zaś pegazem. Są to zatem pierwotne koncepty postaci, które ostatecznie nie weszły do ostatecznej wersji serialu. Jak się zawiązuje akcja? W bardzo, bardzo prosty sposób: główny bohater, Paweł, spadł na Rainbow Dash, po czym wylądował w szpitalu. To bardzo ciężka diagnoza. Ale od czego są czary! Dlatego przymknę oko, że bohater sobie już po kilku dniach hasa, kradnie kapcie… Trudniej przymknąć oko, że w ciągu kilku dni, pomimo opowiadania o istotach zwanymi ludźmi, którzy jakoby istnieli, pomimo aresztu domowego, Paweł, który, jak widać, nosi bardzo niekucykowe imię, awansuje bardzo szybko, tak wręcz nienormalnie szybko na gwardzistę królowej. Tak, przypuszczam, że jest to kolejne nawiązanie do wczesnego etapu prac nad serialem. Skądinąd podobają mi się takie elementy, chociaż nie wiem (i zapewne się nie dowiem, bo fanfik jest porzucony), co to miało wnieść. Czyżby to było AU w ramach innego AU? Nawiązań do innych fanfików jest zresztą więcej. Biorąc pod uwagę, że Paweł jest człowiekiem ma to sens. Jednak mam problem z tym jego błyskawicznym awansem. To wszystko, co się dzieje z Pawłem, dopuszczanie go do wszystkich informacji pomimo tego, co mówi i że na dobrą sprawę powinien się znaleźć pod obserwacją psychiatry, jest tak dziwne i wymuszone. Nie wiem, czy Paweł to self insert autora, ale mam podejrzenia, że tak. Tak czy inaczej, Paweł, chociaż wygląda jak kucyk, ale nie gada jak kucyk został już tym gwardzistą, a przynajmniej inni gwardziści na tyle go poważają, że słuchają jego obiekcji i porównań zebr do radzieckich szpiegów… Tak, Paweł twierdzi, że chce być historykiem, dlatego tłumaczy, że zebry planują coś niedobrego, skoro wzywają do stolicy szefa swojego wywiadu w Equestrii, bo jak Związek Radziecki odwoływał swojego rezydenta do Moskwy to ten już nie wracał itd. I kucyki tego słuchają z uwagą, słuchają, ale nic z tym nie robią. Wcześniej Paweł wyjaśnił przyczyny rewolucji październikowej w Rosji i… naprawdę nie rozumiem, czemu oni go słuchają. A tak na marginesie, autorze, jeśli chcesz być historykiem i Paweł jest twoim self insertem, to odnośnie do przyczyn rewolucji październikowej polecam np. „Stracone dekady”, Mieczysława Smolenia, czy „Historia Imperium Rosyjskiego” Michaiła Hellera, to te krótsze książki dostępne w jednym tomie. Polecam też świetnego fanfika „Kanclerz”, który także omawia kwestie rewolucji, tylko że na gruncie Equestrii. Natomiast, co mi się podobało, to ostrzeżenie, jakie Pinkie Pie daje Pawłowi, żeby nie próbował zmienić historii. Pinkie Pie, jakby doskonale wiedziała, co się wydarzy i to byłoby świetnym i interesującym wątkiem, gdyby został rozwinięty. Samo hasło PINKIE PIE PATRZY! ZAWSZE! Jest również nawiązaniem do właściwego „Fallout: Equestrii”. Językowo nie jest tragicznie ani wybitnie, można powiedzieć, że jest znośnie, że zdania są wystarczająco komunikatywnie napisane, żeby nie budzić wątpliwości co autor na myśli. A potem pojawia się to. Co to jest „komandorko”? Poszukałem trochę i okazało się, że słowo, które używa autor istnieje, ale znaczy coś zupełnie innego. Jak widać, można pisać poprawnie. Niestety autor idzie w zaparte. „Kapitanka”? Tego słowa nawet nie ma w słowniku. Sprawdzałem dzisiaj nad ranem. Mam nadzieję, że nie jest to wytwór naszego systemu edukacji i na lekcjach nie ma rozważań na temat tego, że nie należy używać słowa menstruacja, tylko womenstraucja, bo słowo to zawiera element „men” albo „Herstoria”, bo słowo „Historia” zawiera „His”, a więc na pewno dotyczy mężczyzn… Już nie piszę, że oba słowa, zarówno komandorka, jak i kapitanka brzmią, jak 90% „ulepszeń języka polskiego” wymyślonych przez osoby feministyczne, po prostu źle. To są dowódcy, ich tytuły nie powinny się kojarzyć ze zdrobnieniami! Skoro znęcanie się nad osobami feministycznymi jest już odhaczone, to przejdźmy do podsumowania. „Nie ma przeznaczenia” mnie zaintrygował, nie tyle swoimi „ulepszeniami” języka polskiego co tajemnicą. Dlaczego Pinkie Pie tyle wie, czy to, że jest pegazem, a Twilight Sparkle jest Twilight Twinkle ma jakieś znaczenie? Bardziej mnie to przykuło do lektury niż jej naiwność (a jest to fanfik bardzo naiwny) czy nie najlepszy styl (i używanie podwójnego „-” jako oznaczenia partii dialogowych), jakim jest napisany. Sądzę, że bym z zainteresowaniem przeczytał kolejne rozdziały.
  11. Przeczytałem ostatnimi czasy sporo opowiadań i zaczynam sądzić, że tagi „Legendary” i „Epic” nadaje się nazbyt często, a już na pewno zbyt wcześnie. „Nie ma tego złego” to pierwsze opowiadanie z serii wampirach. Pierwsze i ostatnie, gdyż od 2019 r. nic nowego w temacie na forum nie zostało opublikowane. Bohaterami fanfika jest wampirzyca Annares i jej stado nietoperzy, które obudziły wampirzycę z kilkuwiekowego snu. Fanfik opowiada o tym, jak wracała ona do formy… można w sumie stwierdzić, że to fanfik trochę o niczym. Naprawdę nie dzieje się tutaj wiele. Ilość wydarzeń można policzyć na palcach jednej ręki i przypominają one część fabuły z dowolnego filmu o wampirach, poczynając od wprowadzenia postaci wampira. Potem mamy urządzanie sobie „leża”, pierwszą ofiarę, zauważenie przez wieśniaków, że coś się zaczyna dziać, w związku z czym pojawia się sceptyczny „pogromca wampirów”, w tym wypadku byłaby to być może zebra, Nyszyt’anh, ale co do tego już nigdy nie będziemy mieli pewności. Wszak fanfik jest porzucony. Nie będę tutaj wspominał poszczególnych dowcipów, które mnie rozśmieszyły. Nie to jest celem komentarza. Mam jednak podejrzenia, że zarówno tytuł, jak i ten nieco sarkastyczny fragment są motywem przewodnim jakiegoś konkursu: Nie mogę zaprzeczyć, że „Nie ma tego złego” to fanfik napisany lekko, ale nie będący komedią tego rodzaju, które lubię (piszę, że to komedia, bo ma więcej wątków komediowych niż przygodowych, których nie ma wcale). Gdybym miał utwór porównać do komedii o wampirach, które lubię to „Nie ma tego złego” przypomina mi raczej „Nieustraszonych pogromców wampirów” w reżyserii Romana Polańskiego niż „Dracula: Wampiry bez zębów” z Leslie Nielsenem wyreżyserowany przez Mela Brooksa. Oba filmy bazują na motywach znanych z powieści Dracula, a raczej na jej adaptacjach tych klasycznych z lat 30. czy też z brytyjskiego studia Hammer, czy też, w przypadku drugiego z przytoczonych tytułów „Dracula” Forda Coppoli. Humor w „Nie ma tego złego” lekko nawiązuje do kanonu. Jest to zabawne, ale nie jest to śmieszne. Podczas czytania „Nie ma tego złego” zaśmiałem się może dwa razy. Jednym z dowcipów, który mi się spodobał było: Nie każdy to wyłapie, ale wampirzyca jest z rodu wampirów z zamku, który nosi nazwę „Zamek”. To się nazywa inteligentny humor. Styl jest bardzo dobry, postacie mówią w zróżnicowanym stylu i można odróżnić styl wykształconych postaci od mieszkańców wioski. Poza tym fanfik jest ładnie napisany pod względem językowym. Czy widać, że „Nie ma tego złego” jest fanfikiem konkursowym? Nie widać. Nie ma tutaj nadmiernych skrótów fabularnych albo uproszczonej logiki zachowań bohaterów. Jest to fanfik, natomiast urwany. Przez większość czasu mam wrażenie, że akcja nie zmierza donikąd, że jest to taka długa ekspozycja jednej postaci. Potem pojawia się nagle zebra, która ma chyba zadatki na pogromcę wampirów i… fanfik się kończy. Przecież to nie jest skończona opowieść. Tag „Przygoda” w ogóle nie jest wykorzystany. Dlatego lepsza z tego komedia (i tak oceniam ten utwór, jako próbę napisania czegoś śmiesznego), chociaż nie jest to utwór tak oznaczony niż „przygoda”, chociaż jest to fanfik tak otagowany. Czy polecam? Fanom wampirów i owszem. Czy jest to materiał na „Epic” albo „Legendary”? Po pierwszym (i jedynym) rozdziale nie dałbym tej oceny.
  12. Zastanawiałem się jak ocenić „Spadającą gwiazdę”, gdyż w momencie czytania byłem bardzo senny. Postanowiłem powrócić do komentarza, gdy wypocząłem, ale nadal nie mogę napisać, by ten fanfik mnie szczególnie wzruszył. Zastanawiam się jednak, czy autor ma pewne zdolności profetyczne, te bliższe i te dalsze. Główny bohater fanfika, pegaz imieniem… nie pamiętam, jak miał na imię, ale główny bohater fanfika, uczęszczający do szkoły pegaz, odnalazł pewnego razu, będąc na spacerze ranną kuc operkę. Zawiązała się między nimi przyjaźń, gdy ten zaczął ją karmić swoim drugim śniadaniem. Kuc operka imieniem Midnight nie znalazła się w pobliżu trasy spacerów zupełnym przypadkiem. Była ona uciekinierem z ogarniętej wojną domową Equestrii. Akcja fanfika dzieje się w kraju zwanym Astria. Jest to kraj neutralny. Najwyraźniej jest tak totalnie neutralny, że nie pozwala nikomu z Equestrii wkraczać na swoje terytorium. Midnight mimo wszystko się tam znalazła. Prawdopodobnie jest dezerterem, nie mogę bowiem inaczej wyjaśnić, dlaczego jest na neutralnym terytorium, przy czym nie potrafiła ukryć swojej zbroi. Chciałbym napisać, że ten fanfik mnie wzruszył, ale tak nie było. Rozumiem jednak co mogło kierować autorem. Wyprawy młodego Star Dusta, jeśli dobrze pamiętam, przypominają mi nieco serię książek „Pięcioro dzieci i XXX”. Rodzeństwo spotykało tam magiczne istoty i stopniowo zaczynało się z nimi zżywać, ale ten czas był skończony. O jego upływie świadczyły nie tylko ubywające do końca strony. Działy się tam rzeczy, które wskazywały na to, że magiczna przygoda dobiega końca. „W spadającej gwieździe” tego brak. Owszem, autor wspomina, że Midnight ma gorączkę, ale przecież ona tam siedzi nie jeden, nie dwa i nie trzy dni. Trwa wojna domowa w Equestrii, a ona efektywnie uchyla się od walki. Autor nie rozwinął tego wątku. Nie rozwinął także, dlaczego Astria jest aż tak absurdalnie niechętna uchodźcom, że nie otworzy jakichś obozów dla nich. Ba, przecież żołnierzy walczących stron w krajach neutralnych się internuje. Dla mnie postawa tak żądu Astrii jak Midnight jest po prostu „dziurawa”. Gdzieś tam są dodatkowe informacje, ale są skrywane. A mnie odpowiedź na te pytania zaczęła interesować bardziej niż pogadanki i wzajemne wpatrywanie się w gwiazdy bohaterów fanfika. Wiarygodność uczuciowa wymaga też wiarygodności świata. Natomiast ciekawi data publikacji fanfika. Zastanawiam się, czy był on jakoś przerabiany, ale jego zamieszczenie w lutym 2014 r. poprzedziło dosłownie o dni inny konflikt, ten za naszą wschodnią granicą. Ciekawe, czy miało to jakiś wpływ na autora, który przecież musiał napisać „Spadającą gwiazdę” wcześniej. W tekście jest całkiem niemało literówek, weźmy taki przykład: Podsumowując „Spadająca gwiazda” nie urzekła mnie ani nie rozczuliła. Dlaczego? Sądzę, że powodem jest to, że bohaterów znamy zbyt krótko, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę to, że fanfik jest treściwie napisany, bez przysłowiowego „lania wody”. Jednak brak informacji o świecie nie pozwalał się mi wczuć w nich. No i sam motyw wpatrywania się w gwiazdy, jest, że tak to ujmę silnie wyeksploatowany. Czy polecam przeczytać tego fanfika? Innym się podobał. Może to ich opinia wyda się wam bliższa prawdy.
  13. Na klubie konesera odbywały się warsztaty i jednym z tematów było napisanie historii o Cadance, na góra 1000 słów. To coś powstało w jakieś 40 minut, a po kolejnych 10 minutach poprawek wygląda jak coś, co można przeczytać. Uwaga jest chaotyczne, bezsensownie i odpowiada na pytanie, jak Shiningowi udało się zdobyć serce Cadance. Krótka historia o miłości [oneshot][humor][short]
  14. „Zasłona” to ciekawy fanfik. Krótki, acz intensywny i chyba z bezsensownym „twistem” na koniec. Prawdę, pisząc, gdy zobaczyłem, że „Zasłona” ma niecałe dwie strony nie chciałem dawać mu szansy. Jednak komentarz innych zachęciły mnie do lektury. Fanfik jest bardziej opowieścią, mógłby stanowić część innego utworu. Jednak to, co jest, wystarcza, aby być kontent. Fanfik porusza problem długowieczności i tego, co ona zmienia w postrzeganiu danej osoby. Najpierw zastąpiono nazwę księżniczka na królową. Potem została boginią… Przypomina mi to trochę cesarza Austrii, a potem Austro-Węgier Franciszka Józefa, który chociaż niewiele dobrego zrobił dla kraju (poza tym, że długo żył co wydłużyło żywot jego państwa). Władca, który wraz z wiekiem tracił coraz bardziej wpływania na sytuację w kraju, lecz obrastał legendami o dobrym władcy. Powstawały anegdoty, sławiące jego mądrość… a po rozpadzie kraju pojawiła się nostalgia za czasami „prosperity”. Z Celestią byłoby podobnie, ale ona nigdy nie umarła. Umarł natomiast jej świat. A ona, tak jak ją znamy z ostatnich sezonów, nie mogła wiele zrobić. „Zasłona” jest ciekawym fanfikiem właśnie przez próbę pokazania jak zastój wpływa na władcę, który nie mając potrzeby się wykazać z czasem popada w stagnację. A jednak Celestia jest nie tylko obdarzona wielką czcią. Jest też bardzo, bardzo stara. Stara i nawykła do pewnych schematów. Ale wraz z zagładą kucyków te ulegają załamaniu. „Zasłona” wprowadza ważny wątek, jakim jest to, że władza zasadniczo potrzebuje uwielbienia. Zastanawiam się, czy końcówka fanfika nie dodaje jeszcze jednej rzeczy, że władza potrzebuje samej siebie. I jeśli nie ma kim rządzić, to… sobie znajdzie kogoś do rządzenia. Jest to dość ironiczne podejście. Ale faktem jest, że władza zawsze się odrodzi, świat nie znosi próżni. Jeśli to uwzględnimy to może tajemnicza końcówka nie wydaje się aż tak „bezsensowna”. Czy polecam fanfika? Tak, jest bardzo ciekawy. A to, że jest tak krótki nie przeszkadza ale dodaje mu właśnie tej tajemnnicy, którą bardziej rozwlekła forma mogłaby zabić.
  15. Brak tagów obowiązkowych, czas na poprawę wynosi 2 dni. I najlepiej wrzuć też wersję w google docs.
  16. Jakby ktoś miał pracę, a nie miał możliwości umieszczenia jej na forum (bo np. czeka na akceptację) - piszcie bezpośrednio do mnie na discordzie (może być przez forumowego lub Klub Konesera Polskiego Fanfika). Przedłużam deadline równo o tydzień. Dłużej nie będzie.
  17. Dobra, nic więcej nie wyczaruję. Ten tekst szedł mi ciężko i nawet chciałem go porzucić, ale nic lepszego mi nie przychodziło do głowy, a nie chciałem się poddawać. Może następnym razem pójdzie mi lepiej. Anomalia przestrzenna [Oneshot][Stalker][HiE]
  18. „Opera w trzech aktach” to spin off „Takifugu”. Nie czytałem „Takifugu”, ale chyba już nie chcę. To dokładnie odwrót, gdy przypomnę sobie Save Me: Silent Universe, które zachęciło mnie do przeczytania macierzystego fanfika. O czym jest „Opera w trzech aktach”? To historia klaczy imieniem Opera, pracownicy sortowni śrubek. Pewnego dnia została ona aresztowana, gdy podczas wizytacji fabryki powiedziała wizytującym „że robotnicy są smutni”. Potem już nie była smutna. Została zabójczynią na zlecenie dla podziemnej organizacji komunistycznej o nazwie Cheketa. Życie nabrało rumieńców. Problem w tym, że ona już żyła w komunistycznym kraju. Komuniści poprawiający komunizm nie mogli przecież nie mieć racji… Głównym problemem „Opery w trzech aktach”, nie jest fabuła sama w sobie. To byłaby zupełnie spoko, uznałbym ją nawet za ambitną. Tekst ma jednak dwa problemy: Pośpiech i schematyczność. W efekcie powstaje, nie zawaham się użyć tego porównania coś podobnego do „Broken Bonds: Zerwane więzi”. Problemy wynikające z pośpiechu są różnorakie. Po pierwsze jest to skrótowość rozwoju postaci. One nie dojrzewają do pewnych wniosków, one do nich „doskakują”. Z pierwszych stron nie można wnioskować, że Opera jest zagorzałą przeciwniczką reżimu. Jej fraza „że robotnicy są smutni" pada dosłownie od czapy. Do tego momentu jedynym tak naprawdę wyrazem niezadowolenia z panującego reżimu było to, że kupiła kanapkę w bufecie dworcowym, która była za mała i za droga. Każdy, kto jadł w Warsie wie, że porcje są tam małe i drogie, ale raczej dziwne, żeby wyrosła z tego chęć do walki z III RP, prawda? Potem Opera zostaje aresztowana. Nagle zaczyna zachowywać się jak zadeklarowana… no nie wiem, jak to nazwać, bo nie była antykomunistką, skoro potem brała udział w życiu komunistycznego ruchu oporu. W stalinowskim ZSRR pewnie by to określono jako „Trockizm”. W efekcie tego bohaterka się nie rozwija. Najgłębsze jej przemyślenia brzmią jak wyjęte z filmów akcji o zawodowych zabójcach, ale nie wiem, czy tych z górnej półki. To, o czym mówi Opera nigdy nie jest opisane w tekście. Nie jesteśmy świadkami tych koszmarów sennych. Opera albo kłamie, albo to totalny prymityw, który nie lubił sortować śrubek i za to znienawidził reżim (no i kanapka była za droga i za mała), ale z chęcią będzie mordować innych na rozkaz Chekety i żyć ze świadomością, że może zostać tak samo skazana na śmierć przez kierownictwo jak jej ofiary. Nie ma u niej wyrzutów sumienia. Nie mogę wyjaśnić, dlaczego wysłano ją bez żadnego przeszkolenia do zamordowania jej byłego naczelnika w pracy. W tej sytuacji wychodzi wręcz na jakąś psychopatkę: Czy autor ma czytelników za idiotów? Wlazła z zamiarem zamordowania kogoś i zabiła w obronie własnej? Czy to jest jakiś żart? Czy jeśli gangster wejdzie do domu jakiegoś przedsiębiorcy i powie, że musi go zabić, ale ten może mu zapłacić haracz i po sprawie, a potem go zabije, bo ten nie chciał płacić to będzie on działał w obronie własnej? Bo jak to wygląda? Nie jak opis działania mafii? Czy sortownia była aż tak zła, czy ta kanapka była aż tak za droga i za mała, żeby teraz mordować i być szczęśliwym, że się nie jest w sortowni? Była tam regularnie gwałcona przez tego dyrektora? Opera nic o tym nie wspomina, a mi się nie chce odwalać roboty za piszącego. Jeśli opisujesz morderstwa tym bardziej możesz chyba napisać, że była napastowana w pracy. Zresztą przytoczony powyżej opis podpowiedział mi główny zwrot fabularny w tym fanfiku. Wyjątkowo nieczęsto się zdarza bym przewidział główny plot twist autora. Ten miał miał chyba jednak inne zamysły, bo tak właściwie nie dało się poprzez podane przez niego informacje dojść do prawdy o Chekecie. Mógłbym tak dalej. Ale w tym fanfiku jest jedna zasada: jeśli Opera ma coś zrobić albo czegoś nie zrobić to to zrobi albo i nie, bo tak chce albo nie chce autor, a nie dlatego, że ma jakąś psychologię postaci. To nie jest poziom pisania postaci od Darkness Princess, bo tam bohaterowie zachowywali się, jakby nie byli świadomi, jakie mogą być konsekwencje ich działań. Tutaj bohaterka zachowuje się chaotycznie, ale budzi u mnie raczej antypatię, a nie sympatię. Po prostu mam wrażenie, że ta postać nie rozumie pewnych prostych spraw, a raczej upraszcza do nieskończoności (podobnie jak autora fabułę tego fanfika) bardzo złożone sprawy: Przygotować powstanie, gdy organizacja rewolucyjna została zniszczoną chwilę wcześniej. Czy to jest jakiś żart? Czy Opera w ogóle wie, co robi, zastanawia się nad tym, co się dzieje? Chyba nie. Czy polecam? Nie, nie polecam tego fanfika. Jest on napisany w ten sposób, że osiąga dokładnie przeciwstawny efekt do zamierzonego. Nie mogę polubić bohaterki, która woli mordować, niż pracować w sortowni, przy czym obaj jej pracodawcy się od siebie w zasadzie nie różnią. Nie będę jednak spojlował głównego zwrotu akcji fanafika.
  19. Przeczytałem „Liść Róży”… i nie znalazłem w nim nic szczególnie godnego uwagi. Może poza tym, że należy go otagować trochę inaczej. „Liść Róży” to romans… a konkretnie to przedstawia on romans pomiędzy pegazem Aidenem a bratem klaczy imieniem Roseluck. Aiden przyjechał do Ponyville, żeby znaleźć jakąś pracę. Przy okazji odnalazł sposobność do perspektywicznego homoseksualnego seksu. Tak, Aiden woli ogiery. Tak, zepsułem wam końcówkę specjalne. Prawdę mówiąc, minęło kilka godzin, odkąd skończyłem „Liść Róży” i niewiele pamiętam z tego fanfika. Mam za to kilka spostrzeżeń, których wspomnienie przypomni mi co się wydarzyło w „Liściu Róży”. Zacznijmy tradycyjnie: Naprawdę dziwi mnie, wręcz zaskakuje, nie mogę tego pojąć, dlaczego tekst napisany w 2012 r. i w ogóle, jakikolwiek tekst napisany po ukazaniu się polskiego tłumaczenia pierwszego sezonu, używa tego spartolonego tłumaczenia „Kącik Kostki Cukru”? Jest to jakiś fandomowy ewenement. Ludzie mają lepsze tłumaczenie, „Cukrowy Kącik”, które nie brzmi do bani, ale niczym ćma lgnie do światła latarni, o którą się rozbija, ci trzymają się tego dosłownego tłumaczenia. Ja rozumiem, że ktoś mógł tak w ferworze przetłumaczyć, pisząc swojego pierwszego fanfika, kiedy jeszcze nie było polskiego tłumaczenia, ale na litość Celestii, pierwszy sezon po polsku ukazał się w październiku 2011 r. Dobra… to, o czym jest ten fanfik… w sumie to fabuła nie jest istotna. Istotne jest to, że nie czuję emocji. Nie czuję zaangażowania, gdy czytam „Liść Róży”. Nie ma innych kandydatów do serca braciszka klaczy imieniem Roseluck ani jawnych, ani ukrytych. Tak, fanfik zasługuje na spojler. Naprawdę, nie mogę powiedzieć, gdzie mnie ten fanfik poruszył czy wzruszył. Nic z tych rzeczy. Są niby jakieś tajemnicze prezenty, ale problemem jest to, że uczucia bohaterów nie zostają wystawione na jakąkolwiek próbę. Powoduje to, że fanfik jest po prostu… nudny. Dotyczy to, zwłaszcza Aidena, który mam wrażenie, został pokochany przez brata klaczy imieniem Roseluck niedługo po pierwszym wejrzeniu i ta tylko stara się dać mu do zrozumienia, że ten coś do niego czuje. Nie ma zatem dramatu. Ale nie ma też komedii. Chyba że za przykład takiej uznać ten fragment: Wyjaśnijmy jedną rzecz. Aiden jest strażnikiem królewskim. Jest członkiem elitarnego oddziału. Tutaj mam wrażenie, że on jest trochę kreowany na kucykowego Johna Rambo, który po wojnie w Wietnamie nie może się odnaleźć w Ameryce. Aiden nie może się odnaleźć w cywilu. Poszedł do wojska, ale szybko się okazało, że nie zrobi tam kariery, więc chce wrócić do jednostki. Do elitarnej jednostki, chociaż możliwe, że do jedynego wojska, jakie ma Equestria, przez co traci ono automatycznie swój elitarny status w ramach krajowych sił zbrojnych. Tak czy inaczej, oglądał on na oczy księżniczkę Celestię. Mógł jej bronić albo stolicy. Oznacza to dowód najwyższego zaufania w kraju. Najwyraźniej albo Aiden nie wspominał o tym fakcie, albo tak jak John Rambo mógł być co najwyżej parkingowym, Aiden zaś kasjerem. Sądzę jednak, że te domysły należą tylko do mnie i autor nie patrzył na postać bohatera w ten sposób. Fanfik jest napisany ładnym językiem, ale ma jedną wadę, która mnie irytuje. Autor często pisze „nasz bohater”, łamiąc „czwartą ścianę”. To wybijało mnie z immersji. Co więcej, ten sposób zwracania się do czytelnika w zasadzie nic nie daje. Wszechwiedzący narrator nie komentuje poczynań Aidena w jakiś dowcipny sposób, nie wnosi swoim komentarzem czegoś ciekawego do naszej wiedzy o świecie przedstawionym, akcji etc. Spokojnie wystarczyłby tutaj narrator trzecioosobowy niełamiący „czwartej ściany”. Czy polecam? Mnie fanfik nie wzruszył ani nie poruszył w inny sposób. Może fanom homoseksualnych romansów się spodoba, ale nie mogę mieć pewności.
  20. Zapraszam do zapoznania się z moim fanfikiem - alternatywną wizją życia Rarity nie jako jednorożca, a pegaza. Rarity urodziła się w przestworzach Cloudsdale, pegaz jak każdy inny - a przynajmniej tak im się wydawało. Od najmłodszych lat wyróżniała się nie lataniem, lecz sercem. W dumnej, pełnej rywalizacji i surowej kulturze pegazów jej wrażliwość oraz wyczucie piękna sprawiały, że czuła się bardziej obca niż podziwiana. Jej skrzydła były silne, ale nigdy nie wiedziały, dokąd powinny ją ponieść. To historia klaczy dorastającej w świecie, który jej nie rozumie. Podróż od burzliwego dzieciństwa do pierwszego butiku. Przez zwątpienie w siebie, trudności i siłę potrzebną, by stać się tym, kim naprawdę jest. Status: Zakończone Liczba rozdziałów: 15 Objętość: 30 264 słowa PDF (Google Drive): https://drive.google.com/file/d/19ABZwiwuqJ5iuto3gktkxIj0OyN--VkE/view?usp=sharing Moje pozostałe opowiadania (oraz nowe projekty publikowane na bieżąco) można znaleźć na moim profilu Fimfiction: https://www.fimfiction.net/user/377840/Saurus
  21. Wcześniej
  22. „Powrót do domu” to ciekawy fanfik. Przy czym, nawet jak na fanfik jest on totalnie „out of character”. Fabuła „Powrotu do domu” jest prosta. Chrysalis, królowa roju podmieńców bez roju wraca do domu. I zastaje tam ruiny. Ruiny, ale też wspomnienia i nadzieję na przyszłość. Mam problem z tym fanfikiem. Przedstawia on raczej Podmieńce jako… prawie zupełnie normalną rasę Equestrii. Chrysalis zaś jest prawie normalną królową. Trzyma wszystkich za mordę, ale poza tym ma uczucia, takie pozytywne uczucia. Podmieniec i akordeon? Podmieńcy nigdy nie przypominali niczego w Equestrii. Jeśli mogę ich do czegoś porównać, to przychodzą mi na myśl Zergowie ze Starcrafta. Gatunek ten asymilował i po kolei niszczył wszystko, co mu stanęło na drodze. Jest to zresztą bardzo popularny motyw, ciągnący się nie wiadomo jak długo w kulturze. Podmieńcy, potrafią naśladować nie są w stanie nic stworzyć, tylko żerować na innych. To dosłownie pasożyty, bez pozytywnych cech, a wątek jednej królowej roju jest także nawiązaniem do kolejnego ze strachów, zwłaszcza w zachodnich społeczeństwach. Jest to strach przed absolutną dyktaturą. Nic dziwnego, że te same cechy co u Podmieńców odnajdziemy m.in. u Kseroformów z uniwersum Alien, Tyranidów z WarHammera 40.000, Robali z Żołnierzy kosmosu etc. etc. Właściwie dlaczego mam zarzuty, „przecież to fanfik?” Tak, to fanfik. „Broken Bonds: Zerwane więzi”, to też fanfik i też ma taki fragment, który bardzo mi się nie podobał. Mianowicie, mniej więcej w połowie fanfika zostaje w końcu wprowadzona postać Cadence i Shining Armoura. Co robi dowódca straży Canterlotu, wiedząc, że jego siostra i księżniczki mogą być w niebezpieczeństwie? Co robi Cadence, wiedząc, że w miejscu zagrożenia znajduje się jej bratanica i wychowanka, która uratowała ją z więzienia, gdzie zamknęła ją Chrysalis? Oboje uciekają, argumentując to tym, że jest ona w pobliżu Celestii, a więc w najbezpieczniejszym miejscu w Equestrii (Szkoda, że Celestia nie pokonała w takim razie Chrysalis, o czym małżonkowie powinni wiedzieć). Dlaczego tak się stało? Ano stało się tak dlatego, że autor „Broken Bonds: Zerwane więzi”, chciał mieć te postaci w innym miejscu i nie patrząc na wiedzę o tych postaciach, kazał im „spierdalać” z Canterlotu, chociaż była to rzecz, której robić nie powinni. Jak się to ma do „Powrotu do domu?”. Sun nie opisuje Chrysalis taką, jaka była, tylko taką, jaką by ją chciał widzieć. A Chrysalis nie rozczulała się nad nikim poza sobą. Na obronę autora warto jednak dodać, że po szóstym sezonie, zniknęła ona na półtora sezonu i powróciła dopiero w odcinku „Mean6”. Pod tym względem miał on nieco „luzu”. I nawet nie chodzi o nią samą. Chodzi też o jej rój. Tak, rój Toraxa to nieco parodia (mam nadzieję, że to parodia, boję się myśleć, czy ktoś to pisał na serio). Ale co wiemy o Podmieńcach? Że żywią się miłością. Nie mamy żadnych innych wskazówek od autorów, więc nie można wykluczyć, że miały też jakieś inne pożywienie (faktycznie w odcinku „Wrogo Przyjaciele” Chrysalis zjada babeczkę). Jednak zastanówmy się, czy Podmieńce mogły coś produkować i ze swoją reputacją, mogły to sprzedawać na rynku zewnętrznym? Raczej używaliby kupców, tak jak Mongołowie, czyli jako wywiadowców. Cała edukacja u robali mogłaby się sprowadzać do jednego przedmiotu, jakim jest wielbienie Chrysalis, a wybrane Podmieńce mogłyby przechodzić dodatkowe kursy, które pozwoliłyby im się lepiej wcielać w przedstawicieli innych gatunków. Można bowiem przyjąć czyjąś postać, ale Podmieńcy raczej nie przejmowali jej wspomnieć ani zachowań, więc uzupełnianie tej wiedzy w kontrolowanych warunkach, czyli w szkole miałoby sens. Mógłbym tak jeszcze długo. Moje zarzuty sprowadzają się do jednego argumentu: nie chcę uwierzyć autorowi, że tak by wyglądał powrót Chrysalis do „domu”. Przydałby się tutaj jeszcze jeden tag: AU. Wtedy owszem, mógłbym uwierzyć, że gniazdo Podmieńców działało bardziej, jak takie podziemne miasto, a nie coś powstałego w całkowicie odmiennych warunkach i mającego panów, którzy nie przypominali niczym inne gatunki żyjące w Equestrii. Fanfik Suną tego nie uwzględnia, nie czuję tej… „obcości”. Gniazdo Podmieńców jest zaskakująco „normalne” tak samo jak Chrysalis, która także jest „normalna”, chociaż jej władza nad Podmieńcami była oparta na znacznie głębszej więzi niż z Celestii z kucykami. Jeszcze jakieś minusy? Hmmm… Chrysalis nie bierze do… kopyt? Nie bierze do kopyt jakiejś eksperymentalnej spluwy, wykonanej przez jej inżynierów. Sun mógłby się tutaj zainspirować przykładowo „biobrońiami” Tyranidów, dołożyć trochę technologii i powstało być coś cudownie obcego. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić fanfika Suna bez broni palnej. Zupełnie, jakby to nie Sun pisał tylko jakiś… Podmieniec? A strona literacka? Jest sprawnie napisana. Ale jakby Sun dodał „biomechaniczną” broń to byłoby legendarnie!
  23. Pierwszy raz mi się zdarzyło, by odnaleźć fanfika z taką ilością głosów na „Epic”, zwłaszcza że nie był to utwór bardzo długi. Krótkie utwory potrafią zachwycić czytelnika, olśniewając go głęboką treścią w krótkiej formie. Mamy jednak także tag Komedia. Spodziewałem się zatem czegoś dziko śmiesznego. W końcu za coś fanfik otrzymał tyle głosów „Epic”, prawda? Napiszę wprost, miałem BARDZO WYSOKIE OCZEKIWANIA. Fabuła jest umiarkowanie złożona i zasługuje na uznanie, że „A gdybym był złym lordem” jest utworem zamkniętym, posiada wyraźne otwarcie, rozwinięcie i zakończenie co na 20 stronach A4, które nie są zapisane czcionką wielkości 8 bez interlinii. Wymagało to pomyślunku i konsekwencji. Ale o czym jest fabuła? Bohater przychodzi i zabija złego lorda… po czym zajmuje jego miejsce. Nie będę wchodził w szczegóły fabuły, jest ona bowiem warta samodzielnego prześledzenia. Nie jest ona jednak szczególnie głęboka. Nie jest też szczególnie śmieszna ani mroczna. Owszem, początek jest zabawny, nawet bardzo zabawny. Jest tutaj trochę parodiowania wizerunku bohaterów znanych z gier fabularnych, przesady, która jest po prostu zabawna. Jest to chyba najmniejszy fragment fanfika. Przy czym jego pierwsza połowa, gdy poznajemy bohatera i zadania, które go będą czekały w nowej „posadzie”, jest autentycznie zabawna. Potem, mam wrażenie autor trochę przestaje czuć to, co czyniło fanfika tak dobrym w odbiorze. Traci on swój komediowy, prześmiewczy charakter, a staje się… nijaki. Nie napiszę, że staje się filozoficzny, bo wniosek, że jeden zły władca musi zostać zastąpiony przez kolejnego jest tutaj, mam wrażenie, średnio „przygotowany”. Ten fanfik zaczyna się jako komedia i trudno przejść z komedii do „dramatu filozoficznego”. Wyobraźcie sobie film „Schreck”, gdzie w połowie filmu tytułowy ogr zastępuje lorda Farquada i zastępuje go jako król i zaczyna robić dokładnie to samo, co on. Wyobraźcie sobie, że na końcu tego filmu przybywa kolejny rycerz i zabija ogra, potwora który „objął gwałtem” tron. Byłoby to dziwne, prawda? I właśnie takie coś moim zdaniem zdarzyło się tutaj. W efekcie, ponieważ fanfik jest tak krótki nie jest to ani wybitna komedia, ani też dobry dramat. Zastanawia mnie również jeszcze jedna rzecz. Są to nawiązania. Oczywiście przemycanie „easter egg” do tekstów kultury jest od jakiegoś czasu nawet modne, ale pierwszy raz spotkałem się z autorem, który dosłownie wylicza wszystkie swoje inspiracje. Wiele z nich jest z serii „Heroes of Might and Magic”. Grałem w tę serię i gdybym miał tak jak dzisiaj licznik na Steam, to pewnie sumarycznie wyszłoby tego koło 1000 godzin we wszystkich częściach. Ale naprawdę, „easter eggi” nie są, po to aby się nim chwalić w tekście. Powinno być dokładnie na odwrót. To czytelnik powinien je odkrywać, co będzie dla niego nagrodą. Ale jeśli nawiązania są podane u dołu strony, to ma to dwa efekty. Po pierwsze, czytelnik nie czuje się zmotywowany by próbować bardziej wgłębić się w tekst, gdyż nie musi zastanawiać się nad czymś co autor mu sam „podsunie”. Po drugie, umieszczenie takich nawiązań w tekście, a nie po jego zakończeniu wybija z klimatu, bo co chwila wracam do „naszego świata”. Naprawdę podobał mi się w „A gdybym był złym lordem”, język, jakim jest on napisany… Na początku czuć dystans autor do tego, co się dzieje. Niektóre słowa w dialogach przypominają archaizmy co nadaje tekstowi kolorytu. Język autora jest żywy, zmienny, interesujący przez sam dobór słów i różnorodność stylów użytych w tekście. Ale znowu, ten „koloryt” zanika w dalszej części fanfika, język staje się dość współczesny i typowy. Nie byłoby to samo w sobie złe, gdyby nie kontrastowało z bardzo ciekawą pierwszą połową. Podsumowując, to jest fanfik dobry, może nawet bardzo dobry, ale jednocześnie nie przypadł mi tak bardzo do gustu, jakbym mógł tego oczekiwać. Po prostu, widząc tyle głosów na „Epic” i „Legendary” miałem bardzo wysokie oczekiwania. Tymczasem pierwsza połowa fanfika jest faktycznie bardzo dobra i zasługująca na takie oceny, ale jej druga połowa już różni się od niej na tyle, że mam wrażenie, że autorowi jakoś skończyły się pomysły.
  24. Znalazłem czas (nocka w plecy) na dokończenie prologu i wreszcie mogę zacząć myśleć o pierwszym rozdziale. Żadna zebra nie została skrzywdzona podczas pisania drugiej części prologu.
  25. „Klacz z Las Pegasus” to… to fanfik Nightmare Princess. Dodam, jednak, że to chyba najlepszy niż do tej pory jej fanfik. „Klacz z Las Pegasus” opowiada historię klacz jednorożca imieniem Sweet Dreams. Należy ona do bogatej rodziny, która stała się bogata niekoniecznie dzięki tylko własnej ciężkiej pracy. Teraz, ma ona wyjść za ogier imieniem Harry King. Harry King to wspaniała partia. Należy do innej szalenie bogatej rodziny, ale nasza „księżniczka” nie jest zadowolona, bo uważa swojego narzeczonego za buca. Tymczasem skrywa on mroczny sekret. Tak, brzmi to dziwnie znajomo. W ogóle, jeśli jest tutaj schemat czy zwrot fabularny, którego nie rozpoznałem, to zapewne tylko dlatego, że zazwyczaj nie czytam tego rodzaju literatury. Jednak nagle go pokochała, gdy podczas wizyty jej rodziny u rodziny narzeczonego nagle zmieniła o nim zdanie, gdyż ten przestał zachowywać się jak „buc”. Był natomiast miły i romantyczny. Jak sam stwierdził, był on niemiły dla Sweet Dreams, dlatego że nie pozwalała mu wtedy przebywać z babcią. Po jej śmierci ten problem zniknął. Dlaczego? „Klacz z Las Pegasus” to fanfik, który można streścić i poszczególne, i ogólny zarys tegoż będzie na ogół przedstawiał kompetentnie napisany tekst. Nie wybitnie, nie dobrze, ale tak średnio ze znakiem plus. Przez większość czasu bohaterce udało się autorce nawet uniknąć tego, co położyło np. jej fanfika pod tytułem „Księżniczka Celestia i Discord”, gdzie miałem wrażenie, że bohaterki cierpią na jakieś zaburzenia rozwoju umysłowego, nie pojmując, jakie ich czyny mogą mieć konsekwencje. Tym razem, z wyjątkiem może jednego momentu, nie miałem tego wrażenia. Jednak nie jest to już takie oczywiste po tym, jak przeczytamy sam tekst. Fabuła jest w nim bardzo prostolinijna, a zwroty akcji są niezbyt zaskakujące, gdyż można się łatwo domyślić, kim jest tytułowy kucyk z pierwszego rozdziału, gdy pojawia się drugi raz. Jeśli coś zaskakuje, to to, że jest to tak prosty i logiczny zarazem zwrot akcji, że wydał mi się z początku zbyt prosty. Tak, napiszę to jeszcze raz, autorka nie pogrywa z czytelnikiem i nie wprowadza rzeczy tak całkiem bez uprzedzenia. Ona sygnalizuje pewne ważne rzeczy zawczasu. I to mi się podoba. Niestety, chyba więcej jest w tym fanfiku rzeczy, które mi się nie podobają. Nie podoba mi się np. sposób, w jaki są konstruowane zdania, całe akapity pełne powtórzeń i sprzecznych informacji. I to powoduje, że „Klacz z Las Pegasus” czyta się po prostu źle. Bo gdyby tę fabułę przedstawić innym językiem to może wyszłoby z tego coś lepszego, ale ta ilość powtórzeń, ta krótkość zdań zrobiła na mnie bardzo złe wrażenie. Co mi się jeszcze nie spodobało? Postacie. Zwłaszcza Harry King. Harry jest typowym kochankiem z mrocznych romansów, gdyż: Przyznam, że nie jest to najgorsza wariacja na temat. Harry King przykładowo mógł być przykładowo noszącym falbaniaste sukienki homoseksualistą. Nie napiszę wam, w którym fanfiku to było, zapytajcie Cahan, ona lubi takie rzeczy. Oczywiście Harry King skrywa mroczną tajemnicę, ale nie napiszę, co to za tajemnica, bo jednak bym chciał, żebyście tego fanfika przeczytali. Z Sweet Dreams nie jest jakoś wiele lepiej: To sobie zostań tą wieśniaczką, wstawaj o świcie, dój krowy, do upadłego kop w jabłonie czy inne grusze i miej tę swoją wolność! Przecież ta postać, podobnie jak jej narzeczony to prawie parodia… i to w tej bardziej korzystnej dla autorski interpretacji. Przecież to przypomina mi powiedzenie, że od tego dobrobytu to się kucykom w łbach poprzewracało. Jednak to, co było najgorsze to końcówka. Dosłownie nie sądziłem, że przeczytam tak idealny przykład Deus Ex Machina, który można by umieścić w podręczniku dla pisarzy amatorów. Mimo wszystko nadal, jednak polecam „Galerię złamanych piór” świętej pamięci Feliksa W. Kresa. Czy polecam? W sumie nie, ale powinniście przeczytać ten utwór, choćby, po to aby zobaczyć jak wielkiego postępu dokonała autorka w ciągu kilku miesięcy. Nie takiego, jak Siwulec Dako, ale przynajmniej nie zaliczyła takiego spadku, jak on w okresie późniejszym.
  26. „Selenofobia” to fanfik konkursowy. Właściwie, nawet gdybym o tym nie wiedział, to bym mógł się łatwo domyślić. Ma bowiem wszystkie cechy takiego fanfika. Sądzę, że konkurs był o likantropii. Fanfik zaczyna się bowiem od tego, że jakiś potwór napadł Bic Maca, ale ponieważ nie była to kanapka z McDonald’s (hahaha, ale świetny dowcip, co nie?), przeto nie został on zjedzony. Generalnie tekst ma chyba wszystkie wady tekstu o „bestii w nas”, ale nie posiada, żadnej z jego potencjalnych zalet. Jakie są to zalety? Atmosfera zagrożenia dla ofiar, a jeśli historia jest opowiedziana z perspektywy zarażonego likantropią, psychologiczne katusze związane z walką z bestią, chęcią mordowania etc. Tutaj nie ma żadnego z tych elementów. Nie ma budowanej stopniowo atmosfery zagrożenia. Śledztwa co mogło być przyczyną mordów, prób racjonalnego uzasadnienia tego, co się dzieje. Że może to zrobił patykowilk. A potem zmierzenie się z tą straszną prawdą, że tym kimś jest np. ktoś z mane6. Ta sama opowieść przedstawiona z perspektywy np. poddanej klątwie likantropii Rarity byłaby także emocjonująca, bo bohaterem nie jest jakiś „random”… tak jak w tym przypadku. Bohaterka, Minuette, jest takim właśnie „randomem”. Nie znamy jej, nie wiemy, dlaczego jest tym, kim jest etc. I to jest problem, bo nie czujemy wobec niej nic. Natomiast ucieszyłem się, że nie zjadła Big Maca (hahaha, ale mnie ten dowcip śmieszy!). Głównym elementem fabuły jest właśnie uzmysłowienie sobie przez Minuette, że to ona jest bestią. Prawdę mówiąc, to jest to owszem główny, ale chyba też słaby motyw fabularny. Ale jaka była alternatywa? Na pięciu stronach jedyne, co można by zrobić to pozostawić nieodkrytą tajemnicę, kto jest wilkołakiem. Niestety, została ona odkryta i ba, nawet sama bohaterka się tego domyśliła. I ten fragment także jest słaby. Nie budzi emocji, bo Minuette jest „randomem”, a przez limit słów, nie można pogłębić przerażenia i psychologicznego horroru bohaterki. Od strony formalnej jest w sumie poprawnie, ale bez rewelacji. Opisy są standardowe dla horroru, dużo krwi itd. Nic, jednak, co by budziło zniesmaczenie lub też zachwyt. Czy polecam? „Selenofobia” to typowy przykład wszystkich bolączek fanfików napisanych na konkurs. Co prawda widzę też problem tego, że fanfik nie został należycie rozbudowany w wersji pokonkursowej.
  27. Przyznam, że nie skończyłem czytać „Prześnionego koszmaru” i porzuciłem go w połowie. W połowie to znaczy pozostały mi jeszcze dwa rozdziały. Dwa relatywnie krótkie rozdziały. A jednak przebrnięcie przez pierwszy było już trudne. Akcja „Prześnionego koszmaru” dzieje się jakieś tysiąc lat po tym, jak Celestia wygnała siebie na Słońce. Tak, Celestia sama wygnała siebie na Słońce, zostawiając swojej siostrze, zbuntowanej Lunie lepiej znanej jako Nightmare Moon władzę nad Equestrią. Co prawda Luna postanowiła, że nie będzie nosić swojego imienia, bo się kojarzy z byciem młodszą siostrą, a Nightmare Moon to wytwór propagandy jej wrogów, więc sobie przybierze nowe imię. Brzmi ono Selena. W tym momencie jeszcze się nie pogubiłem, ale chyba jest to jakaś wskazówka, do czego autor zmierza. Dodam, że „prolog”, w którym się to wszystko dzieje jest jeszcze dość nieskomplikowany. Za to pierwszy rozdział… o rany… ja naprawdę nie pamiętam takiego skakania po postaciach, czasie i miejscu akcji. Owszem, jest kilku pisarzy, którzy obecnie piszą w fandomie, skacząc po miejscach, bohaterach i czasach, ale na ogół spektrum ich fanfika jest mniejsze. To znaczy nie obejmuje sobą dwóch ciał niebieskich, kilku kontynentów, kilkuset lat historii i kilku postaci znanych z serialu… na 10 stronach A4. Więc co się dzieje? Jest wojna i jest źle. Ale nie jest aż tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Co prawda kucyki nie umarły z głodu, bo dzięki cudom inżynierii magiczno-genetycznej wychodowano rośliny, które nie potrzebują światła słonecznego, ale Selena rozpoczęła podbój zakrojony na światową skalę. Ostatecznie noc jest tak piękna, że wszyscy powinni żyć tylko pod nocnym niebem. I… nie jestem pewien, czy na całej planecie też panuje noc, czy Luna po prostu nie pozwala wznosić Słońca tylko nad Equestrią… nie, wiem nie zastanawiałem się nad tym problemem, wydaje mi się, że tak jest, ale z drugiej strony, skoro Celestia wciąż żyje i może wznosić to Słońce to, czy Selena nie musi z nią toczyć nieustannej walki, żeby ta tego złośliwie nie robiła? Nieważne. Ważne jest coś innego. Ważne jest, że trwa wojna z… chyba resztą świata. Zebry z kilku frakcji, Diamentowe Psy, Kryształowe Królestwo i Gryfy przeciwko Selene. Konflikt trwa stuleciami i tak właściwie to Equestria wygrywa, ale tak właściwie to nie, bo użyto magicznych bomb atomowych i zebrzy partyzanci ulegli zagładzie… Ja naprawdę próbowałem, ale dosłownie co półtorej strony zmienia się perspektywa. W 1 rozdziale mamy opisane perspektywy Selene, Celestii, Rainbow Dash, Harmony, potem znowu Celestia… Kiedy na słońcu znalazła się Pinkamena dałem sobie spokój. Pewnie nie chodziło o morderczynię kucyków, ale z drugiej strony słońce to gazowa kula, która się spala w absurdalnej temperaturze i… ja wiem, że Księżyc też powinien zabić Lunę i… Za dużo informacji na zbyt małej ilości stron. W dodatku pojawiają się rzeczy, których nie było w serialu, jak np. Harmony, której wprowadzenie tak wcześnie pewnie byłoby ryzykowne. Zwłaszcza że nie wiadomo, czym ta Harmony jest i czemu będzie służyć. Opis historii wojen Equestrii z sąsiadami połączony z mnóstwem informacji abstrakcyjnych dla czytelnika, rodzi więcej chaosu niż daje informacji. Wplecenie w to wszystko nowej rasy kucyka – pegazorożca (nie jest to alikorn), kolejnych instytucji w rodzaju inkwizycji też nie pomaga. Na plus mógłbym zapisać odwzorowanie misterium pogrzebowego, jakie odprawiano w hitlerowskich Niemczech ku czci zabitego Horsta Wessela i przeniesienie go na grunt Equestrii, ale znowu, tego jest za dużo. Nie mogę streścić tego, co się dzieje w 1 rozdziale, bo większość tego, co tam napisano jest samo w sobie streszczeniem. Strona techniczna? Cóż, autor czasami się powtarza: Ale ogólnie nie jest to największym problemem. Podsumowując, „Prześniony koszmar” tu utwór przekombinowany. Co więcej, raczej nie mam wątpliwości, że kolejne dwa rozdziały z takim nawałem wątków i postaci raczej by sobie nie poradziły. Co zresztą mogłyby wnieść? Na pocieszenie to bardzo stary utwór autora, który zapisał się w historii fandomu dużo lepszymi fanfikami.
  1. Załaduj więcej aktywności
×
×
  • Utwórz nowe...