Skocz do zawartości

Cała aktywność

Strumień aktualizowany automatycznie

  1. Ostatnia godzina
  2. Zacznę od tego, że przeczytanie remaku "Tajemnicy Białego Bazyliszka", częściowo na Klubie Konesera Polskiego Fanfica, częściowo samemu, to moje pierwsze i jak na razie jedyne zetknięcie z serią "Kresy". I muszę tu zaznaczyć, bardzo przyjemne. Lektura, oprócz tego, że dała mi sporo rozrywki i wrażeń estetycznych, rozszerzyła moje horyzonty na to, jak można przedstawić drążenie psychiczne, jak opisać jednocześnie i równolegle wielu bohaterów tak, by się nie pogubić, a także jak zaprezentować mityczną istotę tak, by pozostała i tajemnicza, i prawdziwa. Ale po kolei. Z relacji autora wynika, że opowiadanie jest generalnie wkomponowane w Kresy i rzeczywiście, podczas czytania znalazłem dużo odniesień do jakiejś większej całości, której wprawdzie nie pojmowałem, ale nie przeszkadzało mi to w odbiorze dzieła. Przygoda stanowi zamkniętą całość, postacie mają wyraźne cechy i charaktery, a wyrażają się one głównie w wypowiadanych przez nie kwestiach dialogowych. W ogóle, wprowadzenie sześciu postaci na raz i ich jednoczesne interakcje to coś czego nigdy nie próbowałem, i pewnie trudno by mi było utrzymać to w ryzach. Tu się udało, chociaż na początku trochę ich myliłem, są na tyle wyraziści, że po krótkim czasie już czaiłem co który robił. I pewnie jest to trochę efekt zamierzony, trochę "tak wyszło", ale każda postać ma w sobie głębię i swoje smaczki, tak jak trochę nieokrzesany Bottomless Pouch, dobroduszny i pogodny, solidnie zbudowany Rocky Avalanche, nieco narwany Fenrir, dobrze zorientowany w zgłębianiu jaskiń Tattered Edge, oraz dwaj magowie Blazing Cube i Blue Spiral. Magowie w ogóle mi się tutaj podobają i wypadają bardzo dobrze. Nie są przesadzeni ani w jedną stronę, a więc zbyt potężni, ani w drugą, że w momencie gdy tracą swoją energię nie są zdatni do niczego i są tylko dodatkiem. Są po prostu kompetentni, ich wykształcenie wybija się w ich myśleniu i kombinowaniu, ich zaklęcia są technicznie opisane, nie za bardzo wdając się w szczegóły, ale i nie będąć zbyt ogólnikowe. Dobrze interpretują sytuację i nie podejmują fałszywych kroków. Podoba mi się też, biorąc pod uwagę pierwszą część, jak każdy bohater nabiera swojego indywidualnego oglądu sytuacji, i dowiaduje się czegoś swojego odnośnie bazyliszka - tak kreowana jest jego tajemniczość i niezwykłość. I więcej - nie chce tego przekazać innym, tworzy się swoista gra złudzeń, w której wiedza nie jest wspólnie dyskutowana i podsumowywana, ale czytelnik musi sam wysnuwać wnioski na podstawie poszczególnych faktów. Dowiadujemy się z czasem coraz więcej, a wizja bazyliszka i jaskini zaczyna się wyostrzać. Sygnały niezgodności, niepokoju, nadnaturalności są sugestywne a jednocześnie nie zdradzające za dużo, niepozorne. Bardzo podoba mi się, jak autor opisuje złudzenia, omamy i drążenie psychiczne. Bohaterowie są stopniowo traktowani przez najpierw impulsy niezgodności, aż zaczynają wnikać coraz głębiej i głębiej. Złudzenia nie są jednoznaczne; nie wskazują na jedno źródło, albo jeden cel wedle którego poddawani są oni manipulacjom psychicznym, co pozostawia wiele dla domysłów czytelnika. Może to być bazyliszek, albo jakieś inne licho które czyha w jaskiniach. Może chcieć nas zwabić, ale może też chcieć osiągnąć jakiś inny cel. To, w jakim kierunku można było więc poprowadzić ostatnią niemal scenę, w której Fenrir styka się ze swoimi rodzicami jest bardzo niejednoznaczne i rozległe. Opcja, którą wybrał autor, sugerująca że Czeluść wpłynęła na kucyka tak, że go odmieniła i ożywiła na nowo jego plany oraz odmieniła nieco postrzeganie przeszłości jest niezła, ale nie jedyna. Ale Fenrir wciąż chce dowiedzieć się czegoś jeszcze, o grocie i o... sobie. Jaskinia i to jak wpływa na kucyki pozostaje więc wciąż tajemnicą. Samo postrzeganie bazyliszka zmienia się płynnie w trakcie akcji. W pierwszej części to bestia o niejasnych planach i zamiarach, wabiąca swoje ofiary i pozbawiona określonych kształtów. Druga część postanawia postawić sprawy jasno już na samym wstępie "Tam jest ba- ba- bazyliszek!". Otrzymujemy stwora z krwi i kości, który wciąż jest potężny, ale da się go utłuc. Prawdopodobnie. Jeśli chodzi o styl jest bardzo dobrze, chociaż w pierwszej części było zdanie między myślnikami, które wydawało mi się przebudowane, tak, że gdy wróciliśmy do pierwszej myśli, traciliśmy kontekst. Ogólnie czytając opisy iluzji przychodziła mi na myśl postać Zorin Blitz z Hellsing: Ultimate. Sposób jej działania, jej cel... Z kolei jeśli już przy odniesieniach z anime jesteśmy, stworek który objawił się Rockiemu i jego siostrze przywodził mi na myśl Skrzata z kolby - Homunculusa z Fullmetal Alchemist: Brotherhood. Czy dobrze celuję? Odniesienia zaś do Might and Magic są oczywiste i wyjaśnione przez autora na łamach klubowych. Swoja drogą, czytając słuchałem soundtracku z HoM&M5 Dwa udane porównania: to o życiu jako uczcie, z którego po jakimś czasie je się tylko wodę i sałatę, oraz to o szambonurku. Opowiadanko stanowiło dla mnie bardzo ciekawą przygodę do jaskiń Czeluści i pewnie za jakiś czas sięgnę po więcej z Kresów. Szczerze sam chyba niigdy bym się nie zdecydował na reedycję swojego utworu, ale to na pewno ciekawe doświadczenie literackie, może nawet dla porównania przeczytam pierwszą wersję Tajemnicy Białego Bazyliszka.
  3. Dzisiaj
  4. „Skraj Harmonii”, to niesamowity fanfik. Nie dlatego, że jest bardzo dobry, bo nie jest nawet dobry czy choćby średni. Jest on napisany dość nieporadnie, a jednak jego lektura dała mi wiele radości, której towarzyszyły wybuchy szczerego śmiechu. Coś złego dzieje się z Equestrią. W kraju panuje ruja i poructwo, a co więcej, potwory i sąsiedzi nie dają jej żyć w spokoju. Dość powiedzieć, że… Albo zginął. Czasy były ciężkie. „Skraj Harmonii” jest fanfikiem krótkim, a jednak na kolejnych stronach tyle się dzieje, że aż mógłby ogarnąć mnie podziw. Mógłby, gdyby fanfik, a zwłaszcza jego pierwsza część nie była tak poprowadzona po łebkach. Dosłownie, tygodnie akcji potrafią być streszczane w jednym krótkim akapicie. Bohaterką pierwszej połowy fanfika jest Twilight Sparkle, która uczy się sztuki dowodzenia, używając do tego magicznego symulatora. Poczułem się dziwnie, gdy wyobraziłem sobie Twilight grającą w coś przypominającego serię Total War tylko z perspektywy pierwszej osoby. Tak naprawdę powstała kiedyś podobna gra. Nazywała się „Sacrafice”, ale tam nie walczyły armie złożone z mniejszej liczby jednostek. Tutaj zaś walczą miliony: W sztuce dowodzenia doskonalą się także przyjaciółki Twilight: I już tutaj autor zdradza pewne inspiracje dla swojego fanfika: Dla nowszych członków fandomu, nie muszę wyjaśniać, do czego jest nawiązanie skrwawiona Pinkie Pie. Jednak Fluttershy lub jak ją raz nazwał autor „Drżypłoszka” już tego może wymagać. Otóż w tych odległych dniach fandomu łupanego powstały mroczne wersje większości członkiń Mane 6. Pinkaminę z „Babeczek” i Rainbow Dash z „Fabryki tęczy” chyba znają wszyscy. Mroczną wersją Fluttershy była Murdershy. Jak sama nazwa wskazywała, mordowała ona kucyki. Tyle wprowadzenia. Jednak co mnie zaskoczyło, autor, chociaż większość tekstu jest napisana na szybko i skrótowo potrafi pewne kwestie zarysować bardziej dokładnie. Weźmy taki przykład: W powyższym opisie autor streścił tzw. manewr kanneński, zastosowany przez Hannibala w II wojnie punickiej. A to już jest wiedza, którą w naszych szkołach raczej nie uczą. Ta wiedza wymaga właściwej lektury. Potem fanfik zmienia bohatera. Zostaje nim Black Star, pegaz, który należy do rodu odwiecznych strażników Luny. Akcja przestaje skupiać się na symulacjach bitew, a zaczyna koncentrować się na ochronie wspomnianej księżniczki Luny. Tempo wydarzeń przyspiesza jeszcze bardziej, chociaż nie jest chyba aż tak „porwane”, jak wcześniej. Dość powiedzieć, że autor chyba grał w serię gier „Dynasty Warriors”, grze wzorowanej na filmach wuxia, gdzie jeden wojownik pokonywał z łatwością setki zwykłych żołnierzy: Omówię tę kwestię w ostatnim akapicie. W tym skupimy się na stronie formalnej. Widać, że autor napisał tekst w innym pliku i przekopiował do google doc. gdyż tekst znajduje się, jakby na „szarej taśmie”. Autor pisze dialogi pogrubioną czcionką, by rozdział VI (tak, tekst jest w jednym pliku, liczy on sobie 16 stron, ale autor podzielił go na rozdziały) napisany jest cały pogrubioną czcionką. Nie wiem, co kierowało autorem, chociaż to nie jest najdziwniejszy z zabiegów formalnych, jakie widziałem na forum MLPPolska. Tekst jest najeżony błędami, literówkami, słowami które nie istnieją, ale autor użył ich, tak czy inaczej, o przecinkach i zaczynaniu dialogów od „-” i stawianiu kropek w dialogach przed didaskaliami tylko wspomnę. Oto kilka przykładów. Pomimo tych wszystkich błędów, wielowątkowej fabuły, gdzie wątki są rozpoczynane i porzucane bez ładu i składu, pomimo tego, że akcja gna na złamanie karku, pomimo nieporadności, z jaką napisano tego fanfika… na swój sposób mi się on spodobał. Jest to bowiem fanfik napisany z pasją przez kogoś, kto chyba nigdy wcześniej nie pisał opowiadania. Śmiałem się podczas lektury, ale nie dlatego, że tekst był tak zły, chociaż owszem, jest on mocno niedoskonały i jest raczej szkicem niż gotowym do publikacji utworem. Śmiałem się, bo czułem pozytywne emocje, jakie się udzielały autorowi. „Skraj harmonii to tekst napisany właśnie z pasją, najlepiej, jak potrafi początkujący autor, a nie utwór… a raczej abominacja w rodzaju „Nekromanty z Ponyville” napisanego na odwal się, bez pomysłu i polotu. Czy polecam „Skraj Harmonii”? Z czysto literackiego punktu widzenia nie, ale dla badaczy okresu „fandomu łupanego” owszem. Jest to bowiem przykład „pozytywnej szajby”.
  5. Wczoraj
  6. Byłem zaskoczony tym, jak bardzo spodobało mi się „Save Me: Silent Universe”. Byłem zaskoczony tym bardziej, że poprzedni fanfik autora „Za grzechy moje i twoje” zmęczył mnie już w połowie. Nie będę wnikał w przedstawienie realiów, ale „Save Me: Silent universe” rozgrywa się, się w uniwersum „Save me” i jest jego spinoffem. Nie czytałem głównego fanfika i nie wiedziałem nic o świecie, w którym rozgrywa się akcja ani o bohaterach. Nic. I ku mojemu zaskoczeniu, po niedługim czasie nawet ich polubiłem, a w każdym razie nie byli mi całkowicie obojętni. „Save: Silent Universe” nie jet fanfikiem, w którym „coś się dzieje”. To fanfik, który mógłby spokojnie być częścią większej całości i pełniłby funkcję swoistego „wypełniacza” w powieści drogi. Opiera się on na eksploracji opuszczonego po „upadku” Londynu. Tutaj muszę zauważyć, że minęły dwa lata po upadku i świat jest jakoś dziwnie „niezniszczony”. Nie znam przyczyn i charakteru „upadku”, ale po dwóch latach domki nie byłyby raczej takie, jakby zostały przed chwilą opuszczone. Przynajmniej trawniki i roślinność by się wymknęły spod kontroli. Głównymi bohaterami jest grupa „stalkerów” (używając rozpowszechnionego terminu), w tym znani zdaje się z głównej serii Midnight (kucoperz, który w tym uniwersum jest wampirem i co oczywiście jest niekanoniczne nawet z MLP:FIM) i Vincent (nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam jego imię) i ich towarzyszy. Przez prawie cały fanfik prowadzą oni rozmowy, komentują stan świata po „upadku” i przed „upadkiem”. Są to rozmowy różne tematy, dotyczą przeważnie warunków życie i przeżycia w postapokaliptycznym świecie. Nie tworzą one jakiegoś jednolitego systemu filozoficznego (ujmując to patetycznie), ale nie tworzą obrazu, totalnego braku nadziei. Ci bohaterowie dostosowali się do życia w nowej rzeczywistości. Niektóre fragmenty mają szczególnie silny emocjonalny wydźwięk. Mam na myśli, zwłaszcza tytułowy „Cichy wszechświat” i sen Vincenta. Tyle o fabule. Nie będę jej streszczał, gdyż czytelnik powinien zapoznać się z nią sam. Jest tego warta. Fanfik trzyma do siebie dystans, odnosząc się choćby do innych fanfików MLP:FIM. Jest to urocze. W fanfiku także niemałą rolę odgrywa muzyka. Stanowi ona odskocznie do czasów sprzed „upadku”. Zastanawiam się, czy słuchanie przez bohatera utworu „Castle of Glass” Linkin Park jest powiązane z jego przeróbką od Sky Bolt pt. “Sins of the Past”, nawiązujący do fanfika „Fallout: Equestrian”. Wcale by mnie to nie zdziwiło. I jeszcze ten fragment, chyba nawiązujący do jednej z końcowych scen z filmu „Psy”, gdzie Franz Mauer mówi do gangsterów „Wypierdalać”. Niestety moje wrażenia z lektury zaburza kilkakrotne stosowanie anglicyzmu: Brzmi profesjonalnie. Może ma to sens, bo akcja dzieje w Londynie, ale tekst jest napisany w języku polskim, więc anglicyzmów, jednak należałoby unikać. Cóż, polecam ten fanfik. Nie jest to bowiem postapo z rodzaju: wszystko jest źle, wszyscy umrzemy i w ogóle. Są tutaj jakieś światłocienie, pewne fragmenty są bardziej ponure, innej weselsze inne zagrażające życiu bohaterów. Jest to zatem zupełnie inne postapo niż fanfiki z serii „Apokalipsa”, które były tam ponure, że aż umierałem z… nudów.
  7. Ostatni tydzień
  8. Sekret Sunset Shimmer to ciekawy fanfik. Ciekawy jest zapewne dlatego, że napisał go Sun. Zaczyna się prosto i tajemniczo. Otóż Sunset Shimmer gdzieś znika. Czyżby ukrywała coś przed koleżankami? Cóż to może być? To ciekawe, ale w tym krótki fanfiku udaje się wykreować jakąś tajemnicę, której rozwiązania oczekiwałem i które mnie nawet zainteresowało. Należy jednak zaznaczyć, że autor nie polegał wyłącznie na owej tajemnicy. „Sekret Sunset Shimmer” to przede wszystkim „okruchy życia”, który opowiada o tym, jak Sunset Shimmer dostosowuje się do życia w ludzkiej społeczności. Ciekawostką jest to, że mieszka ona w USA. No, to niby oczywiste, ale miałem wątpliwości, czy świat ludzi w serialowym spin offie to nasz świat. Sun uważa, że tak. Można to uznać, za pewną podpowiedź dla czytającego komentarz, co za sekret może skrywać Sunset Shimmer. Próby dostosowania się do naszej rzeczywistości są ciekawe. Sunset Shimmer eksperymentuje z ważeniem eliksirów (czym autor odwraca uwagę od powodów znikania Sunset Shimmer po szkole) je mięso… tak, to mnie zaintrygowało i nawet przeraziło, bo sobie pomyślałem, co by było, gdyby zaczęła jeść kabanosa? Jakby to zaklasyfikować? Zawoalowana forma kanibalizmu? Sun potrafi uderzyć w mroczniejsze tematy… i subtelną erotykę: W ogóle drobnych żarcików tutaj nie brakuje. Powodują one, że tekst nabiera lekkości co pomaga w odbiorze. Są tu nawiązania do gier video, ale mnie najbardziej rozbawiły „chińskie bajki” i próba tradycyjnej odpowiedzi na taki argument. Jak ja to dobrze pamiętam. Aczkolwiek chyba ten dowcip może nie mieć odniesienia do tego, jak postrzegano anime w USA. A to, że akcja dzieje się w USA, ma tutaj znaczenie. Podkreślam, Sun wybrał USA nie bez powodu. Podsumowując „Sekret Sunset Shimmer” to utwór, który czytało mi się przyjemnie, aczkolwiek mam wrażenie, że mógłby on być dłuższy i autor trochę skacze po tematach. Być może czyni to dla odwrócenia uwagi czytelnika od tytułowego zagadnienia, a być może nie miał pomysłu, jak rozwinąć pewne wątki. Niemniej jednak było przyjemnie. Nie zaryzykuję bardziej pozytywnej oceny, gdyż fanfik ma 12 stron, a je nie wierzę, że na 12 stronach można stworzyć pamiętne arcydzieło, o ile nie jest to poemat. A co do sekretu, jaki ukrywa Sunset przed przyjaciółkami, zdradzę czytelnikowi, że…,że ten fanfik napisał Sun. I ponieważ ten fanfik napisał Sun, to czytelnik może się domyślić cóż, tym sekretem może być.
  9. Niezbyt często natrafiam na równie obiecujące fanfiki jak „Kryptologia” Verlaxa. Niestety, nazbyt często są one porzucane na bardzo wczesnym stadium. Tak jest też w przypadku „Kryptologii” Verlaxa. Verlax jest moim zdaniem jednym z najlepszych autorów fanfików MLP:FIM. Potrafi on nie tylko umiejętnie rozwijać to, co wymyślili autorzy serialu, ale też nadać temu własną, wewnętrzną logikę. Dobrym przykładem jest jego fanfik „Krwawe słońce”, gdzie bardzo umiejętnie przedstawił walki pegazów i jedyne, czego się byłem tam w stanie doczepić to problem z uzupełnieniem amunicji. Verlax potrafi połączyć kucyki z ludzkimi technologiami i wojny prowadzone jak u ludzi z kucykową magią. Wymaga to niesamowitego talentu i daleko posuniętej rozwagi. Verlax, inaczej niż autor komentowanego przeze mnie ostatnio „Za grzechy moje i twoje”, potrafi wniknąć w przyczyny takiego, a nie innego zachowania specjalistów, czy to wojskowych, czy to pracowników innych służb. Jest to piękna, choć często lekceważona przez piszących cecha. Dzięki temu jego fanfiki nie przypominają wyjętych z filmów, czy seriali niezrozumiałych cytatów, które zostały przeniesione bez dostosowania ich do świata kucyków. Verlax to nie tylko zrozumienie to także dogłębne zbadanie przedmiotu, o którym ma zamiar pisać. Przedstawił to idealnie w „Krwawym słońcu”, ale już w „Kryptologii” widać to zaangażowanie. „Kryptologia” to opowieść osadzona w czasach przypominających mi nieco okres Zimnej Wojny, a dokładniej jej drugą połowę, chociaż innych nawiązań niż Mili netu, nie dopatrzyłem się. Nie wiem również, czy akcja dzieje się w tym samym uniwersum co akcja „Krwawego słońca”, chociaż przemawia za tym, choćby obecność „Ursuatu”, który w „Krwawym słońcu” był kraje komunistycznym, a tutaj jest „Caratem”. Sądzę jednak, że jeśli to te same światy, to akcja „Kryptologii” dzieje się, się później. Są też nawiązania do wydarzeń z naszej, ludzkiej, rzeczywistości jak np. sprawa Snowdena. Verlax potrafi pisać konkretnie, nie marnując czasu czytelnika informacjami, które nic nie wnoszą, a tylko zapełniają miejsce. Informacje pojawiają się, wtedy kiedy są potrzebne, nie wcześniej i nie później. Świadczą one także, jak wiele czasu poświęcił autor w zgłębianiu tematu. Dzięki temu z „Kryptologii” można wynieść kilka interesujących informacji. Ktoś inny, oglądając filmy o szpiegach i szyfrach zapewne opisałby jak bohater łamie szyfr. Byłby to suchy opis bez szczegółów, za to koncentrujący się na wysiłku łamacza szyfru. Verlax nie poszedł na łatwiznę. On przedstawił cały proces łamania szyfru, prostego, bo prostego, ale go przedstawił. Przybliżył czytelnikowi pracę deszyfranta i szyfranta zarazem. Nie mam wątpliwości, że opierał się na jakichś materiałach, a nie wymyślił tego sam. Nie jest to bynajmniej zarzut. To pochwała. Nie będę zdradzał szczegółów fabuły, ale nie dlatego, że na 18 stronach A4 nie można wiele przedstawić. Verlax potrafił przedstawić tyle, że inni by potrzebowaliby na to znacznie więcej stron. Podziwiam tę umiejętność treściwego pisania. Każde słowo jest przemyślane. Zachowania postaci są logiczne i wynikają z wyszkolenia i racjonalnego osądu sytuacji. Nie krzyczą oni i nie dają się ponieść emocjom, jak przykładowo bohaterowie kilku fanfików kryminalnych, które miałem okazję przeczytać. Picie alkoholu? Tylko w ramach obowiązków służbowych. Aż przyjemnie się to czyta. Wiecie, nawet nie zdawałem sobie sprawy, jaką robi różnice, kiedy bohaterowie fanfika zachowują się jak pracownicy danej służby, a nie jak bohaterowie filmów. Oczywiście trochę generalizuję, ale tylko trochę. Zastanawiam się, dlaczego autor porzucił fanfika. Mógłby z tego wyjść doskonały materiał, stawiany za wzór dla innych pisarzy do naśladowania.
  10. „Solus Contra Omnes” jest kolejnym fanfikiem, który porzuciłem w trakcie czytania. Nie dlatego, że jest słabo napisany. On jest po prostu głupi. Tak głupi, że urąga nawet głupotom, a tych było niemało, w serialu MLP:FiM. To, co przeczytałem doprowadziło mnie do bólu mózgu. Założenie fanfika jest proste. Discord postanawia wszystkich zabić i zniszczyć Equestrię. No to, co mu przeszkadza? Wystarczy zabić jedną z powierniczek elementów harmonii i reszta bez tego nie działa, prawda? Może się teleportować i zabijać wszystko w mgnieniu oka, nie dając przeciwnikowi szansy na reakcję. To by było za proste. Discord spiskował od dłuższego czasu. Autor jest chyba fanem filmu Andrzeja Wajdy pt. „Danton” na motywach sztuki Przybyszewskiej. Bo jak to ujął tytułowy bohater, „Spiskowałem sam ze sobą”. Discord też spiskował sam ze sobą. I wymyślił sobie skomplikowany plan. Niestety czytelnik nie pozna tego planu zawczasu, nie będzie świadkiem jego opracowania. Pozna go, natomiast w trakcie jego wykonywania. Niejako po drodze dowie się rzeczy, które nie mają żadnego uzasadnienia w serialu. Przykładowo dowie się, że Zecora wie jak zabić Discorda. Dlatego zebra musi zginąć jako jedna z pierwszych. Pierwszy zginął Spike. Spike służy bowiem jako listonosz. Przykładowo, o czym się dowiadujemy w trakcie, Discorda śledzą agenci. Właściwie to śledzą go wszyscy. Właściwie to jednak nie ma żadnego znaczenia, bo Discord się potrafi teleportować i nie da się go śledzić. Wróćmy jednak do Zecory. Skąd Zecora miałaby wiedzieć, jak zabić Discorda? No nie wiemy, ale wie. Ale skoro wie to, dlaczego nie podzieliła się z tą wiedzą z innymi co czyniłoby plan Discorda uśmiercenia jej pozbawiony sensu? I tak, i dalej, i tak dalej. Bo do tego potrzebna jest zebrza krew? A co nie mogła się tą zebrzą krwią podzielić z innymi zawczasu? I tak dalej i tak dalej. Już po pierwszym rozdziale ilość głupot jest tak wielka, że cały fanfik staje się niewiarygodny. Discord mógłby zabić jedną z powierniczek, a potem zabić zebrę, bo wiadomo gdzie ta na ogół przebywa. I na tym tę dyskusję można by zakończyć. Discord jest najpotężniejszą istotą w uniwersum MLP:FiM. Ale przed wygraną powstrzymują go dwie rzeczy. Po pierwsze jego dziecięca natura, skłonność do zabawy, ale przede wszystkim to, że MLP:FiM jest bajką dla dzieci. Wprowadzenie Discorda, ale zwłaszcza jego „rehabilitacja moralna” okazały się być problematyczne. Discord często nie pomagał, mimo że mógłby. Nigdy nie zostało to wyjaśnione. I dobrze, bo te wyjaśnienia mogłyby uczynić wszystkie te sytuacje bardziej bezsensownymi. Ale na tym nie koniec. Żałuję, ale przeczytałem nieco drugiego rozdziału (proszę mi wybaczyć, ale jeśli już pierwszy rozdział był nieskończenie głupi to nie widziałem szansy na naprawienie tego w przyszłości.) Okazało się, że Discord chciał zdradzić, a Fluttershy, podejrzewając, że chce zdradzić, w nieobecności Spike’a dała Discord owi list do Zecory z informacją, że ten może zdradzić. I to nie jest napisane, żadnym szyfrem. W tym momencie nie wierzę, że ten fanfik coś jeszcze mogło uratować, wypełnić dziurę logiczną wielkości Oceanu Atlantyckiego. Te postacie są tak durne, tak nieskończenie kretyńskie, że porównanie do „Nekromanty z Ponyville” stają się krzywdzące dla „Nekromanty z Ponyville”. Nie polecam. A tak właściwie to odradzam. Unikniecie trwałych strat moralnych.
  11. „Za grzechy moje i twoje” to nie jest długi fanfik. To fanfik, jak na kryminał bardzo krótki. Zastanawia mnie przy tym, jak autor zdążył przedstawić rozwiązanie zagadki i nakreślić detaliczny opis Soula, bohatera fanfika, będącego kucykiem wielu talentów. Jest on bowiem chirurgiem, profilerem policyjnym i alkoholikiem jednocześnie. Jak to ujął mój kolega, jest „wieloklasowcem”. Napisałem „zastanawia mnie”, bo zaprzestałem jego czytania na 13 stronie. Nie byłem w stanie znieść więcej. „Za grzechy moje i twoje” ma jeden problem. Problem, który całkowicie zabił moje zainteresowanie tym fanfikiem. Jest to zbiór chyba wszystkich schematów znanych z kryminałów bez jakiegokolwiek twórczego rozwinięcia, czy też zaadaptowania ich tak, żeby czyniły świat i bohatera wiarygodnym. Problemem Soula jest przepracowanie spowodowane tym, że ktoś mu zabił córkę i żonę. Soul bardzo kochał swoją kochankę, żonę mniej, ale w sumie nie mogę się dziwić po przeczytaniu takich rozważań autora o głównym bohaterze: Nie wiem, czy to jest usprawiedliwienie, jakie sobie wystawia bohater przy pomocy autora, czy też autor próbuje usprawiedliwić bohatera po swojemu. Czy to jest jakiś żart? W przeciwnym wypadku, to on miałby do niej pretensje, że ta nie ma pretensji, że ma żonę i córkę? Czy samą ideą kochanki w związku małżeńskim nie jest to, że ona jest, a nie, że jej nie ma, bo być jej nie powinno? Ale bohater rozumie, że robi źle, wraca do domu, a tam wszyscy nie żyją. Autor ma tylko 40 stron, więc historią życia uczuciowego obdarza nie tylko Soula. Ma ją też jego kolega z pracy Silver (nie mylić z jeżem o imieniu Silver). Podejrzewam, że jeśli masz 40 stron to możesz, a nawet powinieneś streścić problemy uczuciowe bohatera do strony, bo dwie to już byłby chyba nadmiar. Na co powinieneś poświęcić resztę miejscu, autorze? Na przedstawienia okoliczności popełnienia przestępstwa i sposobów wykrycia sprawy zbrodni. Tymczasem, cokolwiek zaczyna się dziać dopiero na 8 stronie. Na 8 stronie z 40 zaczyna się w jakikolwiek sprawa posuwać do przodu. Zaraz potem przystaje, bo autor zaczyna zalewać czytelnika pseudopsychologiczną sztampą w rodzaju: Super chirurg, tylko raz mu pacjent zmarł na stole operacyjnym. Super profiler, tylko on może pomóc policji rozwiązać sprawę, więc zaczyna chlać, bo zapewne alkohol pozytywnie wpływa na pracę umysłową. Autor operuje takimi ilościami sztampy z amerykańskich kryminałów o psychopatycznych mordercach, że aż dziwne, że potrafił jej aż tyle zmieścić na 13 stronach. Ukarz, pominę milczeniem. Korekta się nie postarała. Ale dopiero poniższy fragment mnie „zaorał intelektualnie”. Co to znaczy „rasistowskim”, skoro zebra, czy gryf nie należą przecież do tego samego gatunku co kucyk, bo pojęcie rasy w MLP:FIM przedstawiono zupełnie inaczej (nie pamiętam nawet, czy słowo rasa pada w serialu i czy jednorożce i pegazy można by nazwać rasą, czy raczej innym gatunkiem). Po tym fragmencie się poddałem. Wątki psychologiczne są interesujące, jeśli mogą być należycie rozbudowane i nie są zakrawającą na autoparodię sztampą, tak jak tutaj. Tekst jest pełny fragmentów, jakby wyjętych żywcem z kryminałów w rodzaju „Siedem”, „Kolekcjoner kości” i wielu wielu innych filmów o psychopatycznych mordercach i detektywach w średnim wieku lub starszych, którzy przeżywają okres załamania w swoim życiu. Problem w tym, że „Za grzechy moje i twoje” jest to tak skondensowane, że wygląda jak parodia, ale niestety to wszystko jest napisane na serio. Nie wiem, jak się skończyła sprawa, w której pomagał Soul i, prawdę mówiąc, sam Soul mnie nie interesuje. Sądzę jednak, że nie mogło być to zbyt ciekawe śledztwo, skoro ¼ poświęcono na rzeczy mające niewiele ze śledztwem wspólnego za to dużo z uzależnieniem od alkoholu. Nie polecam.
  12. Seria niepowiązanych ze sobą opowiadań z serii „Apokalipsa” sprawiła, że poczułem się zdołowany i smutny. Uśmiech zagościł na mojej twarzy dopiero, gdy już nie musiałem ich czytać. Ktoś mądry, ktoś uważny zapewne by zapytał, dlaczego nic tych opowiadań nie łączy? Przecież łączy je świat. A ja odpowiem, że fakt, że w dwóch opowiadaniach z czterech przewija się Canterlot, to trochę dla mnie za mało, żeby uznać, że te opowiadania jakoś usiłują zarysować świat dla czytelnika. Dość powiedzieć, że nawet to, co czeka kucyki wchodzące do Canterlotu jest inaczej przedstawione i nie wiadomo dokładnie, z czego te różnice wynikają. Seria „Apokalipsa” składa się z czterech opowiadań. Teoretycznie łączy je świat. W praktyce jednak nie udało się, moim zdaniem, wykreować autorowi spójnego obrazu zniszczonej magiczną bronią Equestrii. Apokalipsy przypominające Fallouta, czy też Stalkera są w fandomie MLP:FiM dość podobne. Różnią się raczej detalami. Gdzieś pomiędzy nimi znajduje się chyba kucykowe Metro, bardziej realistyczne niż Fallout, ale nie zakorzenione w jednym miejscu, jak np. Stalker. Każda z tych ma jakieś powiązania z uniwersum, na którym bazuje. „Apokalipsa” nie ma tych powiązań. Nie mogę napisać, że używanie przez kucyki broni palnej, do czegokolwiek upodobania tego fanfika. Opowiadania dzieją się w różnych miejscach, być może różnym czasie, jak sądzę w kilkanaście lat po zagładzie, gdyż budynki nie są bardzo zniszczone przez klimat, czy rozrost roślinności etc. Każdy fanfik ma innego bohatera lub bohaterów. Każdy jest inny, ale tak w zasadzie wszyscy umierają albo wkrótce umrą. Autor nie zostawia tutaj dużego pola do interpretacji odnośnie do ich dalszych losów. Po zapoznaniu się z ich historiami byłem już tak zdołowany, że jeszcze jedna i bym jako wody po goleniu użył wódki albo zrobił coś szalonego jak np. wypił radlera 3,5%. Może tak mocna dawka alkoholu sprawiłaby, że przestałbym bym myśleć o tym fanfiku. Jednak nie o rychłą śmierć bohaterów mam do autora pretensję. Mam pretensję o to, że absolutnie nic mnie ona nie obchodzi, bo ci bohaterowie mnie nic nie obchodzą. Mam wrażenie, że widzę tutaj zabieg wyjęty z niektórych anime, które chcą opowiedzieć emocjonalną historię tylko, że na poznanie bohatera dają widzowi jeden lub dwa odcinki. Tutaj mamy nieco gorzej, bo góra dziesięć stron. Pierwszy z fanfików z serii „Dzień i nic” jeszcze dodatkowo rozbija tych kilka stron na kilku bohaterów znajdujących się w różnych miejscach i w różnym czasie. W efekcie powstaje przysłowiowy „burdel”. Z tych historii, chyba najlepsza jest trzecia pod tytułem „Nienazwani” opowiadająca o pewnym żołnierzu wraz z towarzyszami penetrującymi Canterlot. Zakończenie jest co prawda otwarte, ale to nic nie zmienia, bo wiadomo, jakie ono będzie. I chyba właśnie ta przewidywalność, te podobieństwa losów wszystkich postaci, pomimo że wiele zdaje się je różnić, powoduje, że bardzo szybko odechciewało mi się czytać fanfika i robiłem to tylko z obowiązku. Strona literacka nie jest najgorsza, chociaż zauważalne są literówki, braki w interpunkcji i powtórzenia. Jest to też fanfik brutalny: Fanfik jest dołujący, ale nie w dobrym sensie tego słowa. Jest dołujący, bo w niczym nie zaskakuje, w niczym się nie wyróżnia. Wszystko jest złe, wszystko się rozpada, wszystko umiera. Nie ma żadnego kontrapunktu, niejednoznaczności etc. Dlatego go odradzam. Po prostu szkoda czasu. Akurat dobrych fanfików postapo w polskim fandomie MLP:FiM nie brakuje.
  13. Ta gra z magią została wymyślona aby jej skutki były odczuwalne w Equestrii oczywiście też nie chciałem na siłę wymyślać zasad całej magii, tylko tych zasad które akurat potrzebowałem w fabule. Ale tu też postępowałem ostrożnie aby nie zaprzeczać zbytnio serialowi. Co do "plątań się w zeznaniach", do sam się ich obawiam. Zwłaszcza iż będzie rozdział będący przerywnikiem (ale dalej oparty na emocjach) i potem odniesienie do rozdziału X we właściwym rozdziale w którym następuje rozwiązanie problemu. Ogólnie więcej pomysłów mam na to co się dzieje w Equestrii niż na to co się działo w świecie ludzi.
  14. Fanfik „Powrót Sunset Shimmer” szybko nabiera treści. Przybywające nowe rozdziały, bardzo mnie cieszą, gdyż jest co komentować. Może ten komentarz nie będzie jednak tak długi jak poprzedni. Będzie tak z tej prostej przyczyny, że najnowsze rozdziały to przede wszystkim kontynuacja zaobserwowanego trendu, a nie nowa jakość. Taką dało się zaobserwować po pierwszych rozdziałach opisujących próby Sunset Shimmer zdobycia wszystkie geod od Hair6… wyborny skrót, nieprawdaż, szanowny czytelniku. Fabuła nabrała „rozpędu”. Używam cudzysłowu, gdyż nie ma co liczyć na pościgi, (magiczne) strzelaniny etc. Nie jest to coś, co mnie zaskoczyło, nie spodziewałem się takich „fajerwerków”. Pierwsze dwa rozdziały to kolejne spotkania z przyjaciółmi, to jest księżniczką Luną i księżniczką Twilight. Odbywają one długie rozmowy, takie o życiu… o życiu, samopoznaniu, że nic, co się stało złego nie było nadaremne. Walka o „dobrostan” Sunset Shimmer zostaje przerwana przez portal, który zaczął się wybudzać. Autor podjął dość niebezpieczną grę. Grę z magią. Przez ostatnie dwa rozdziały toczą się dyskusje o tym, jak działa portal, co może zrobić Sunset Shimmer aby się zabezpieczyć przed jego działaniem etc. W związku z tym zastanawiam się, czy autor nie powinien poświęcić więcej miejsca tym sprawom wcześniej, miast dbać o „dobrostan” Sunset Shimmer. Jednak jestem też świadomy, że magia jest czymś co w MLP:FiM zostało słabo opisane. Przykładowo bohaterowie, którzy mogą się teleportować robią to tylko wtedy, gdy tak jest w napisane scenariuszu. Pytanie, czy gdyby wyjaśniać całą magię nie wypełniłoby fanfika tautologiami, względnie ignotus per ignotus, wyjaśnieniami słów, które nic nie znaczą innymi słowami, które nic nie znaczą. Magia to nie jest nauka, chociaż tak też można do niej podchodzić. Ja nie byłem szczególnie zagubiony w tych wyjaśnieniach, ale też prawdę, pisząc, nie zastanawiałem się nad tym, co mówią bohaterki. Zakładam, że autor to przemyślał i do momentu, aż się nie zacznie „plątać w zeznaniach” dam mu kredyt zaufania. Ostatecznie ostatnio magią interesowałem się ponad 20 lat temu i nie wiem, co jest teraz na czasie. Stylistycznie jest dobrze, czasami autor tworzy niezrozumiałe dla mnie związki frazeologiczne np. Twilight była znana z łączenia kropek. Niby wiem, o co chodzi, ale brzmi to dziwnie potocznie. Na szczęście autor poprawia swój tekst, gdy ktoś zauważa błędy. Jeśli chodzi o stronę literacką, jest lepiej, niż w pierwszych rozdziałach i mniej dają się zauważyć „hiper sensualistyczne” opisy doznań Sunset Shimmer. Moim zdaniem wyszło to tekstowi na dobre. Podsumowując, moim zdaniem jest lepiej, ale nadal wydaje mi się, że jest to fanfik przede wszystkim dla fanów Sunset Shimmer niż nawet Equestria Girls. Warto jednak dodać, że nie jest to też fanfik, który najpewniej odrzuci tych, którzy nimi nie są.
  15. „Uczennica maga: wir czasu” to ciekawy utwór i to z kilku powodów. Po pierwsze porusza on niezbyt często spotykany motyw Starswirla Brodatego. Po drugie jest ona zaprezentowana w formie opowieści. W każdym razie przez większość czasu… Jest taka scena w „Gwiezdne Wojny: Zemsta Sithów”, która ma dla mnie duże znaczenie, jeśli chodzi o prowadzenie narracji. Jest nią scena, gdy senator Palpatine, opowiada Anakinowi Skywalkerowi historię lorda Sithów, Dartha Plagueisa, która pełni niebagatelną rolę nie tylko w tym filmie, ale (oczywiście w totalnie spartolony jak ten film, sposób) w ostatnim filmie z serii tj. „Skywalker: Odrodzenie”. Nie będę jej tutaj streszczał, dość jednak powiedzieć, że sam się nią inspirowałem, tworząc podobną scenę w swoim fanfiku. Nie wiem, czy autor „Uczennica maga: wir czasu”, oglądał „Gwiezdne Wojny: Zemsta Sithów”, ale motyw opowieści przekazywany słuchaczom jest dobrze wykorzystany. Nie będę go tutaj streszczał, żeby nie psuć potencjalnemu czytelnikowi zabawy. Dość powiedzieć, że jest to kreatywne rozwinięcie historii o Starswirlu Brodatym, a pośrednio o Celestii i Lunie oraz pewnym OCku, imieniem Ophis. Moim zdaniem nawet lekko wzruszające rozwinięcie. Sama forma teatrzyku, który jest zarazem jakąś formą odprawiania rytuału przypomina mi nieco tradycje antycznej Grecji, gdzie jak pamiętajmy, teatr i widowiska teatralne były częścią kultu bogów np. Bachusa. Nie mogę jednak zbyt wiele zdradzić. Strona formalna jest interesująca, gdyż autor stosuje nieco odmienny od obecnie używanego w języku polskim szyk zdania, jakby, czyniąc go bardziej archaicznym bez używania zbyt wielu archaizmów. Weźmy taki przykład: Nie jestem pewien, czy to zdanie nie zawiera przypadkowego powtórzenia. Dość powiedzieć, że musiałem przeczytać je dwa razy, by zrozumieć co autor ma na myśli. Natomiast i co do tego już nie mam wątpliwości, kilka razy w tekście doszło do błędnej odmiany przez przypadki. Nie jest to zapewne przypadek, tylko efekt braku korekty. Niemniej jednak tekst wygląda przyzwoicie. Zastrzeżenia mam do używania angielskich nawiasów, chociaż nie wiem, czy to gorsze niż zestaw dwóch przecinków i górnego cudzysłowu, który jak widzę dotarł nawet do książek w oficjalnym obiegu wydawniczym. Czy polecam? Tekst jest tak krótki, że można na niego rzucić okiem, zwłaszcza jeśli tęskni się za czasami, gdy przeszłość Celest ii i Luny była raczej tajemnicza. Oczywiście dzisiaj ten fanfik jest całkowicie niekanoniczny, ale w gruncie rzeczy używanie słowa kanon w stosunku do MLP:FiM jest nadużyciem. Dość powiedzieć, że autor twierdzi, że włosy Celestii były kiedyś różowe. Miały to zanegować komiksy, które są niekanoniczne. Ostatecznie zostało to zanegowane przez G5. G5, która okazała się klapą. Ten fanfik, jednak klapą nie jest.
  16. Przeczytałem już niemało fanfików, które zostały zapomniane nawet przez tych, którzy je napisali. „Upiór” jest pierwszym od jakiegoś czasu, który mnie zmęczył, nie będąc przy tym dostatecznie złym, żeby był przez to interesujący. To najgorszy typ fanfika. Najgorszy, bo nudny. Bohaterem fanfika jest… nie wiem, nie pamiętam jego imienia. Prawdę mówiąc, z całego fanfika pamiętam tylko imię tytułowego upiora. Bohater był komandosem, który infiltrował placówkę podmieńców, żeby załatwić pracującego dla nich kucyka. W efekcie jednak został opętany przez tytułowego upiora, który sprawił, że zmienił profesję. Zamiast polowania na podmieńce zaczął polować na wampiry. Wcześniej musiał złożyć do kupy pewien miecz. Proszę mi wybaczyć. Śledzenie fabuły fanfika jest trudne. W ogóle mam wrażenie, że prolog i przykładowo czwarty rozdział są, jakby częściami dwóch różnych utworów, które chyba nic nie łączy. Tę sytuację powoduje przede wszystkim pierwszoosobowa narracja. Nie jest ona zbyt często używana, właściwie ostatnio spotykam się z nią głównie w postaci pamiętników. Tutaj dostrzegam wszystkie wady tej narracji przy braku jej plusów. Jakie są plusy narracji pierwszoosobowej? Przykładowo możliwość podkreślenia odczuć bohatera. W przypadku „Upiora”, wydaje się, że bohater po prostu jest sztywny niczym drewno. Wszystko opisuje takim samym, pozbawionym przebłysków, tempem. Tortury się prawie nie różnią od walki na śmierć i życie. Przecież jego emocje i umysł powinny, aż krzyczeć z podniecenia, z obaw, kiedy mu się zaciskają kły wampira na jego szyi. Wszystko jest opisane w taki sposób, że nie budzi to żadnych emocji. Może bohater jest takim twardzielem, że już nic na nim nie robi wrażenia, ale raczej na wampiry wcześniej nie polował, więc mógłby jednak żywiej reagować. Walki są opisane przy pomocy krótkich zdań i dosłownie cierpiałem próbują wykrzesać z siebie jakiekolwiek zaangażowanie podczas lektury. Nie będę tutaj wspominał o kolejnym plusie narracji pierwszoosobowej, jaką jest możliwość dawkowania czytelnikowi informacji. Informacje są tak dawkowane, że właściwie nic nie wiadomo przykładowo, dlaczego bohater jest na wojnie z podmieńcami i czemu gada jak XX wieczny komandos? Nic, zero, null! Potem nie jest wiele lepiej, bo poznając tożsamość „upiora”, przy okazji skaczemy między przeszłością teraźniejszością, pomiędzy myślami bohatera a wspomnieniami upiora. Pewne sekwencje wyglądają jak żywcem przeniesione z gry, nie mając jednak kontekstu w grze zawartego. Prowadzi to do tego, że w zasadzie przez większość czasu nie wiedziałem, dlaczego coś się dzieje. Jednak pewne nawiązania np. stworzenie miecza ze szczątków starego są oczywiste. Ogólnie jednak jest to taki crossover, który nie pasuje chyba tak naprawdę do żadnego ze światów. Gdyby zastąpić kucyki ludźmi pewnie nie trzeba by tutaj nic zmieniać i wszystko byłoby takie samo. Tak samo mało interesujące. Ale najciekawsze zostawiłem prawie na koniec. Najpierw autor stwierdza w temacie z fanfikiem na forum: Jeśli ktoś sobie robi sam korektę, to zapewne można uznać, że nie takowej nie było. Ale wszystkie dialogi zaczynają się od „-” i bez spacji po niej. Powtórzeń, zwłaszcza imion i nazw własnych jest dużo. Jednak zacząłem dosłownie rżeć ze śmiechu, gdy zobaczyłem, jakiej wielkości czcionką są zapisane rozdziały II i następne. 8. Pierwsze rozdziały mają czcionkę 11, a potem autor nagle schodzi do 8. Widziałem już różne dziwne rzeczy. Widziałem fanfiki o czcionce 14, nawet więcej. Początkujący autorzy sobie powiększają czcionkę, piszą 12 i więcej, żeby tekst wydawał się dłuższy. Bo 20 stron wygląda lepiej niż 16. Ale po raz pierwszy widziałem, by ktoś zaczął używać czcionki o rozmiarze 8. Na szczęście do czytania używam translatora google, ma taką fajną opcję czytania tekstu na głos. Absolutnie nie polecam tego fanfika. On nie jest bardzo zły, po prostu nie jest ani na tyle dobry, by się pozytywnie wyróżniał, ani na tyle spaprany, by przejść do legend fandomu. Jest taki średnio-słaby z naciskiem na nudny.
  17. „Gray Sail – Pamiętnik córki pirata” to nieznany i chyba zapomniany fanfik użytkownika Accurate Accu Memory, który zajmował się głównie lektoratami i nagrywanie meet. Jak wyglądał jeden z jego oryginalnych utworów. O dziwo, jest nawet dobrze, nie mogę zaprzeczyć, że wciągnęła mnie ta opowieść. Niestety została urwana. „Gray Sail – Pamiętnik córki pirata” to pamiętnik, jak sama nazwa wskazuje. Nie jest to coś równie pełnego splendoru, jak „Krystalina Autokratorias”. Opowiada ona o losach tytułowej Gray Sail, która jest córką pirata. Pamiętnik to moim zdaniem ciekawa forma prowadzenia narracji. Jest bardzo subiektywna co pozwala ją wykorzystać np. w opowieściach grozy lub też tam, gdzie potrzebna jest niepewność, jak i głębsze spojrzenie w psychologię postaci. A postać Gray Sail jest ciekawa. Co prawda, na pierwszy rzut oka przypomina trochę girl bossa, ale to wrażenie szybko przechodzi. Gray Sail jest klaczą, która obraca się wśród piratów. Musi być twarda, i to nawet bardziej niż ogiery, żeby zdobyć sobie posłuch wśród piratów. Ma to sens. Poznajemy Gray Sail jako początkującą kapitan resztek pirackiej floty. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że będzie ona żalić się na to, że jej inni nie szanują, bo jest klaczą. Na to też się czasami żali, ale nie stanowi to podstawy całej narracji. Gray Sail się nie żali, że świat jest zły… bo ona jest gorsza dla świata. Właściwie tak po ludzku nie polubiłem tej postaci, chociaż czasami ma ona gest. Przykładowo nie pozwala gwałcić źrebiąt, nie zmusza ich i klaczy do pracy. Ma to, co ciekawe, przyczyny w jej własnej przeszłości, co biorąc pod uwagę, że fanfik nie jest długi budzi moje uznanie. Postać Gray Sail jest nieźle napisana, taka silna niezależna klacz, ale bez ironicznego wydźwięku. Nie jest też ona jedyną zaletą fanfika. Gray Sail myśli strategicznie. Opisy jej poczynań przypominają mi nieco grę strategiczną względnie innego gatunku, gdzie się zarządza działaniami flory, poczynając od budowy jej zaplecza. I to jest bardzo oryginalne. Wszak flota bez zaplecza szybko traci swoją siłę. Co więcej, mam wrażenie, że autor zrobił przysłowiowy „research”, coś tam wie o wojnie na morzu w czasach żaglowców. Zna pewne taktyki jak np. użycie branderów itd. Nie jestem w stanie zweryfikować wszystkich podanych przez niego informacji, ale nie wyglądają na nawijanie od rzeczy, żeby się popisać swoją wiedzą. Zastanawia mnie, czy „Gray Sail – Pamiętnik córki pirata” nie jest jakimś crossoverem z Heroes of Might and Magic III względnie osadzonymi w Erathii częściami Might and Magic. Co prawda nie mam żadnego innego potwierdzenia na moją teorię, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że jest ona zupełnie przypadkowa. Jeśli coś ewidentnie kuleje, to warstwa językowa. Jest trochę literówek i chociaż tekst się nieźle czyta to z całą pewnością nie przeszedł on korekty. Weźmy, choćby ten fragment: Zauważyłem też jeszcze jedną ciekawostkę. Autor prawie nie opisuje lokacji, natomiast chętnie korzysta ze zrzutów ekranu. Przypomina mi to nieco fanfika „Polacy są wszędzie”. Tam przykładowo autor zamieścił notatkę: „Dać zdjęcie jakiegoś fajnego kielicha”. Niestety zapomniał to zrobić. Nie ma to znaczenia, bo „Polacy są wszędzie” to dno tylko trochę mniejsze niż „Nekromanta z Ponyville”, nie ma, więc czego żałować. Ja natomiast trochę żałuję, że nie poznam zakończenia przygód Gray Sail.
  18. Miałem szczęście dorastać w czasie, gdy Star Trek był u szczytu swojej chwały. „Następne Pokolenie”, „Stacja kosmiczna” i „Voyager, stanowiły stały rozkład mojego dnia. „Gwiezdne wojny”, były wtedy czymś odległy, niedostępym, obecnym tylko w grach, do których odpada lenia nie miałem sprzętu albo miałem, ale były to gry w Polsce niedostępne. Były jeszcze komiksy, też zasadniczo w Polsce niedostępne poza dużymi miastami oraz książki, niedostępne raczej w mniejszych miejscowościach. A Star Trek? Star Trek był w telewizji. „Gwiezdne Wojny”, obejrzałem dopiero na kasecie VHS, ale do ukazania się „Edycji Specjalnej” (na którą dzisiaj nie mogę patrzeć) i „Mrocznego Widma” to Star Trek rządził moimi wyobrażeniami o tym, jak powinno wyglądać Sci-fi. Dość powiedzieć, że pewne odcinki Star Treka, te kończące i rozpoczynające nowy sezon, zostały zaadaptowane na filmy i oglądałem je nieraz na wypożyczonych kasetach VHS. Tak… dzisiaj obie marki przeżywają ciężkie czasy, ale Star Trek jest chyba w gorszym położeniu. Tak, tyle wspomnień. Przytoczyłem je, nie dlatego, że byłem wielkim fanem Star Treka, ale w swoim czasie oglądałem go dużo. Być może Kredke też był równie sentymentalny, gdy pisał „Pony Trek”, chociaż chyba nie był to sentyment do Star Treka. „Pony Trek” to zbiór czterech, luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Od razu muszę zastrzec, że Star Trek i nawiązania do niego są bardzo powierzchowne. Nie dopatrzyłem się żadnych nawiązań do znanych scen, czy parafrazowania wypowiedzi itd. Nawet postacie nie są w żaden sposób upodobnione nawet do najbardziej rozpoznawalnych z serialu. Ok, może „hoof face” jest jakimś nawiązaniem do Jean Luca Picarda, kapitana Enterprise z „Następnego pokolenia”, ale to na tyle znany mem, że wyszedł już dawno z fandomu Star Treka i wszedł do kanonu popkultury. Gwiezdne wojny też mają takie momenty. Gdybym miał zatem ocenić wątek samego crossovera, to jest on moim zdaniem bardzo słaby. Może tylko użycie słowa „Derp” zamiast „Warp” jest zauważalne i jednego cytatu z Borga, który też zresztą wszedł do kanonu popkultury. Pony Trek to przede wszystkim komedia. Właściwie to chyba tylko komedia i to nie jestem pewien, czy nie zakrawająca na random, bo nawet poszczególne rozdziały nie mają spójnej fabuły. Gdybym miał porównywać do tego, z jaką komedią mamy do czynienia to z pewnością nie byłyby to „Kosmiczne jaja”, parodia Star Wars ani… ta parodia Star Treka, do której nagrano utwór Space Taxi. Tam parodiowano dosłownie całe sceny. Tutaj udało mi się znaleźć prawie wiernie zacytowane dowcipy o Stirlitzu. Bez Stirlitza, ma się rozumieć. Gdybym miał wskazać, skąd czerpał autor inspiracje, powiedziałbym, że z dwóch źródeł. Po pierwsze jest to polski You Tube, gdyż słyszałem przynajmniej kilka wypowiedzi wyjętych żywcem z materiałów tam zamieszczonych (jak, choćby, że „Big Mac został komendantem melanżu”, co jest nawiązaniem do filmiku „Hitler: w poszukiwaniu elektro”). Po drugie to filmy parodiujące znane hity jak np. „Czy leci z nami pilot” albo „Naga broń”. Chodzi nie tylko o absurdalność sytuacji, które bohaterowie przyjmują z kamienną twarzą, czyli na serio, ale też to, że zwroty będące przenośniami tutaj nimi nie są. Po trzecie to polski „folklor”, czyli picie wódki lub innego alkoholu. Po czwarte i chyba najważniejsze to polskie i nie tylko polskie fanfiki. Przy czymś takim nie zwraca się zbytnio wagi na stronę techniczną, ale mam wrażenie, że tekst nie przeszedł korekty, bo widziałem miejsca, gdzie didaskalia kończące dialogi nie są zakończone kropkami. I to cztery z rzędu. Czy wyszło zabawnie? Kilka razy popłakałem się ze śmiechu. Jeśli jesteś w fandomie od lat z pewnością wyłapiesz wiele nawiązań. A są to bardzo stare nawiązania, które weszły do klasyki naszego fandomu. Jeśli jednak chcesz śmiesznego crossoveru ze Star Trekiem, to musisz szukać w innym miejscu. Moim zdaniem crossover jest to po prostu kiepski. Czy polecam? Jak najbardziej! Ale wiedz, że Trek w tytule jest tylko dla picu, ważne jest tylko Pony.
  19. Wcześniej
  20. Poniższy komentarz, nie będzie jedynym, mam nadzieję, jaki napiszę do tego fanfika, kontynuacji interesującej „Ceny prawdy”. Mam taką fiksację na instytucjach w Equestrii, której zapewne nie podzielali autorzy serialu, a i na ogół autorzy fanfików. Jest to zrozumiałe. Nie każdy jest nienormalny. Jednak ostatnimi czasy napisałem komentarz do fanfika „Szyfr”, gdzie wskazałem, jak nielogicznie została tam przedstawiona policja Equestrii, EBI i ich relacje z księżniczkami. „Cena prawdy” była bardzo sensowna pod tym względem. Sprawę kryminalną prowadził tam z polecenia księżniczki kucyk, który się na tym znał, chociaż nie był z policji, której zresztą w Ponyville nie było. Ponadto sprawa dotyczyła jednego z elementów harmonii, więc zaangażowanie na najwyższym szczeblu było uzasadnione. Dlatego z nadzieją sięgnąłem po kontynuację „Ceny prawdy”, czyli „Długi”. Nie będę teraz wnikał w fabułę, dość powiedzieć, że mam wrażenie, że rozdział pierwszy potrzebuje trochę za dużo czasu, aby skierować na właściwe tory. Nie zwróciłem wtedy uwagi na jedną rzecz, na dwa akapity jeszcze z pierwszego fanfika: Zacznijmy od daty publikacji obu fanfików. „Cena prawdy” została opublikowana na MLPPolska 3 czerwca 2012 r. To jest dwa miesiące po tym, jak ukazały się ostatnie dwa odcinki drugiego sezonu MLP:FiM. Sądzę, że autor oglądał go w oryginale, bo używa nazwy „Kącik kostki cukru” zamiast „Cukrowego kącika”. Czy słyszeliście, żeby ktoś tłumaczył zwrot, jakiego często używa Apple jack „Sugarcube” na „kosteczko cukru”? Brzmi idiotycznie, prawda? Ale akurat nazwa cukierni, gdzie pracuje Pinkie Pie się przyjęła w fandomie. A zatem musiał wiedzieć o Chrysalis. Odnotujmy to, przyda się to nam później. W kontynuacji fanfika „Cena prawdy” pod tytułem „Długi” wracamy do tego wątku „straży przybocznej” i „straży królewskiej”. Zastanawiam się, jakim państwem jest Equestria? Spektrum jest zdecydowanie z „innej bajki”. Zastanawiające jest przykładowo, że pierwszą przyczyną śmierci Flutter shy jest dla niego morderstwo. Kto żyjący w pół utopijnym świecie bierze jako pierwszą przyczynę morderstwo? Ktoś dla kogo morderstwa są codziennością, a przynajmniej są czymś, co się powtarzało i to nieraz, a wiele razy. Spektrum nawet nie sprawdził wszystkich okoliczności tylko od razu zaczął skłaniać się do tej konkluzji. Celestia, skoro potrzebuje tajnej straży, to lepiej by by do niej pasowała nazwa „tajna straż”, a nie przyboczna”, bo akurat jej członków chyba dość często nie ma u jej boku. Nie wiem, po co autor „lazł” w „straż przyboczną”. Z pewnością brzmi ona lepiej niż „tajniacy”, lepiej dla Spektruma. Ostatecznie słowo „tajniak”, „tajny” ma różne konotacje. A Spektrum ma skłonności by się pysznić swoją niezależnością od innych, swoją potęgą. Po co ci potrzebna straż w pałacu, skoro twierdzisz, że nie potrzebujesz jej na zewnątrz? I w pierwszy i w drugim sezonie straż odwozi księżniczkę do Ponyville. Przecież straż królewska nazywa się strażą królewską z tego właśnie powodu, że jest przy władczyni, a nie broni pałacu, czy miasta, gdyż w pierwszym przypadku nazywałaby się strażą pałacową, a w drugim garnizonem. Niepokojący jest fragment o tym, że Straż królewska i przyboczna rywalizują ze sobą. To raczej zła informacja w przypadku ochrony kogokolwiek. Jeszcze gorzej, że Shining Armour nie wie, co robi „Straż przyboczna”. To Spektrum nie utrzymuje z nim kontaktów? Czy to jest profesjonalne zachowanie w jego mniemaniu? I Celestia na to pozwala? Zastanawia mnie, bardzo mnie zastanawia, czy doszło już do ataku Chrysalis na Canter lot. Byłoby to coś, co uzasadniałoby powołanie „straży przybocznej”, a nawet tajemniczość jej działań przed strażą królewską. Ostatecznie Shining Armour mógł stracić zaufanie, dlatego został „zesłany” na odległą placówkę o nazwie Kryształowe Imperium. Tylko, dlaczego autor o tym nie napisał w „Cenie prawdy”? Przynajmniej nie kojarzę, żeby ten problem poruszał, a ponowne przeglądanie tekstu nic nie wniosło do sprawy. Moim, jednak zdaniem, atak nastąpił. Oznaczałoby to, że „straż przyboczna” powstała później, bo inaczej Spektrum by się skompromitował. Equestria jako państwo w serialu nie prezentuje się najlepiej. Właściwie to parodia, która trzyma się na bohaterskich wyczynach Mane Six. Dodawanie kolejnych, rzekomo kompetentnych instytucji, które mają być zapewnić mu trwanie i są one traktowane na „serio”, tylko te instytucje kompromituje. Spektrum kompromitowałby się zapewne raz na sezon. Oczywiście, gdyby Twilight i jej przyjaciółki przestałyby być głównymi bohaterkami. Kiedy czytam o rywalizacji straży królewskiej i straży przybocznej, których obie nazwy są w tym fanfiku pozbawione sensu, dostrzegam podobieństwa z serialem „17 mgnień wiosny”, gdzie w państwie wodzowskim, służby bezpieczeństwa w ramach jednej instytucji znanej pod skrótem SD: Gestapo i Wywiad SS, nieustannie podkładają sobie świnie. W polskiej kinematografii rywalizację podobnych służb pokazywał serial „Stawka większa niż życie”, czego najlepszym przykładem był odcinek „W imieniu Rzeczypospolitej”. Ktoś pamięta, jak się ta rywalizacja skończyła? Ten komentarz, nie jest krytyką czynienia fanfików opartych na bajkach dla dzieci bardziej dorosłymi. Większość fanfików piszą jednak ludzie starsi niż docelowe audytorium. Oni, nawet gdyby chcieli nie mogą postrzegać świata jak dzieci i nie będą pisać kolejnych scenariuszy, które można od razu zaadoptować i przenieść na ekran. Ale czytając i analizując pewne fragmenty obu fanfików, mam wrażenie, że Spektrum jest kucykiem, która nie zawahałby się zawłaszczyć dla siebie jak najwięcej władzy, po prostu dlatego, żeby ją mieć. A to go czyni podobnym do Cosy Glow i generalnie każdego czarnego charakteru w tym serialu. Bliskość księżniczki mu to ułatwia. Jedyną barierą dla powiększenia tejże jest jej nieśmiertelność i jego ograniczony czas życia. Co ciekawe, tylko Spektrum jest taki „dorosły” taki „pozbawiony złudzeń”, wszyscy przy nim zachowują się jakby wczoraj wyszli z kreskówki dla dzieci, są tacy niewinni, tacy… bezmyślni. Podejrzewam, że Spektrum jest jakimś „samowsadziem”, tak nie wyrasta z tego świata, a tak go przerasta. Sądzę, że w fanfiku nie powinno być aż takiej przepaści. A teraz odpowiedzmy sobie na jedno, bardzo ważne pytanie... czy „Długi” są dobrym fanfikiem? Nie wiem, nie czytałem.
  21. „Ziarno prawdy w mitach i legendach” to interesujący i oryginalny fanfik. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie przeczytałem nic podobnego. Fabuła, cóż, fabuła tutaj jest pretekstowa, a zarazem głęboka, nietuzinkowa. Dość powiedzieć, że Celestia nie jest najpopularniejszą bohaterką fanfików, zwłaszcza pisanych z perspektywy pierwszej osoby. O małej Twilight także nie czytywałem zbyt często. Warto zwrócić uwagę, że fanfik jest krótki, lecz bardzo treściwy i moim zdaniem „głęboki”. Głęboki w tym znaczeniu, że dobrze uchwyca nie tylko powierzchowne zachowania mentorki i jej uczennicy, ale wnika w przyczyny tych zachowań. Już samo to budzi moje uznanie, nawet jeśli narracja prowadzona z perspektywy Celesti i bardzo drobiazgowa… sprawiała, że chciałem czytać coś napisanego z większą werwą. Chciałem czytać innego fanfika. Tak jakbym chciał, nie tyle czytać o wszystkim co robi, dosłownie robi Celestia w danej chwili, w szczegółach. A do tego nie tylko co robi, ale też, jak to robi. Przypuszczam, że ten na poły poetycki, a już na pewno bardzo elegancki styl dobrze oddaje charakter władczyni Equestrii, pełen ciepła i dobra. Ja jednak odnoszę wrażenie, że był też potrzebny z innego powodu, niemniej istotnego. Pozwoliła zapełnić 10 stron A4. Bez tego, zapewne tekst można by skrócić do 5-6 stron. Skoro omówiliśmy część formalną, która przy okazji jest częścią o postaci Celesti i, jej postrzeganiu Twilight, a przynajmniej budynku szkoły, przejdźmy do Twilight. Twilight, jak to się dzisiaj idiotycznie ujmuje ma mózg „Powered by Autism”. Jej przywiązanie do szczegółów jest imponujące, plany, jakie czyniła, będąc dzieckiem przypominają mi swoim zaangażowaniem kogoś innego. Dextera z „Laboratorium Dextera”. Skądinąd polecam zapoznać się z tą kreskówką. Opis kroków podjętych przez Twilight działań w poszukiwaniu „Wróżki zębuszki” jest imponujący, treściwy i imponujący. Precyzyjne zapisy o tym, jakie podjęto kroki w celu uniemożliwienia zaśnięcia Twilight przez nią samą są zabawne i trochę straszne, jeśli zastanowimy się, że dziecko wkłada tyle energii w poszukiwania czegoś co nie istnieje. Mimo wszystko to w jaki sposób opisuje otoczenie Celestia, i to jak opisuje swoje eksperymenty, a przy okazji samą siebie Twilight pokazuje jak odmienne są ich charaktery. Dłuższe i poetyckie opisy Celesti i kontrastują z krótkimi i treściwymi, ale zarazem przeładowanymi absurdalnymi szczegółami. Czy ten fanfiki mi się podobał? Tak. Czy mnie zachwycił? Nie, wydaje mi się, nieco „napompowany” patosem. Przypomina mi nieco film, stworzony z myślą o nagrodach, piękny formalnie, lecz nieco patetyczny i rozciągnięty. Naprawdę, mam wrażenie, że gdyby to były zwykłe wycinki z badań Twilight mielibyśmy równie dobre, a może nawet lepsze, bo pozbawione komentarza, ujęcie tego, jak postrzega świat mała Twilight. No i zakończenie, które wydaje się dodane nieco na siłę. Jest ładne, ale nie wnosi nic do fanfika. Mam wrażenie, że ma ono uczynić fanfika jeszcze „głębszym”, dodać Celest ii tego dodatkowego, duchowego wymiaru. Polecam? Tak. Czy jest to fanfik wybitny? Dobry, ale nie wybitny, za to bardzo „konkursowy”.
  22. Hmmm... Jeśli jest to debiut, to rzekłabym, że całkiem udany. Mam dość mieszane uczucia co do tego tekstu, chociaż oceniam go bardziej pozytywnie i negatywnie. Konflikt myśli wynika zaś głównie z tego, że ("Nie)dobrana para" próbuje ciągnąć zbyt wiele srok za ogon. I jest bardziej komedią niż obyczajówką. Kurczaczek, Obsede tu nawet wrzucił cytaty z wielkich gamoni polskiej polityki, w tym tekst Korwina o rurkowcach (najlepszą częścią tego jest to, że nie ma czegoś takiego jak rurkowce na dnie oceanu). Do tego jednocześnie próbuje być dość serialowy i tenże serial krytykować. Problem w tym, że te aspekty nieco wchodzą ze sobą w konflikt. Ale o tym za chwilę. Zacznijmy od tego, że fabuła jest bardzo oryginalna. Widzę tu wiele wątków, których wcześniej nigdy nie widziałam i są one ciekawe. Ot, nawet Celestia i Luna na emeryturze ileś tam lat po objęciu przez Twilight rządów, a przecież takich tekstów powinno być więcej. I syn Celestii, który jest alikornem, ale... no mało udanym. W ogóle sama koncepcja alikorna, który jest autystyczny i raczej niskofunkcjonujący jest ciekawa. Tylko że ten wątek pojawia się i w sumie za dużo się z nim nie dzieje, a szkoda. Samo to alikorny może nie powinny mieć dzieci nie dlatego, że ich partner umrze, będą samotne, blablabla, tylko dlatego, że potomstwo może stanowić zagrożenie, nawet nieświadomie, to jest wręcz temat na osobny fanfik. W ogóle Celestia i Luna są tu przezabawne, zwłaszcza Luna, która próbuje przeżyć przygodę z jakiejś powieści, by skończyć samotna, porzucona i z bękartem w brzuchu xD. Tego się nie da traktować poważnie, to jest dobry materiał komediowy. Mimo wszystko, nie uważam, by ten miks poważnego fika z komedią był zły, chociaż osobiście poszłabym tu mocniej w stronę komedii i wątek Sunflowera uczyniła jedynym poważnym, który zaskakiwałby i równoważył resztę. Swoją drogą, myślałam, że Luna strzeli większego focha i będzie poważnie skłócona z Celestią jak się dowie i byłam mile zaskoczona, że logiczne argumenty do niej faktycznie dotarły. Ale już nie królewskie siostry nie są tutaj jedynym duetem. Drugim jest para OCków Venus i Heart, którzy już są totalnie komediowymi postaciami, których ani przez chwilę nie jestem w stanie traktować poważnie. Przez większą część fanfika planują szantażowanie Celestii i Luny dla kasy. Wiemy też, że uciekają przed prawem i że to przez jakieś brudne interesy. Ich plan jest po prostu durny. Nie przyszło im do głowy, że para alikornów może ich po prostu zabić, a zwłoki wysłać gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie. Albo po prostu im zabrać aparat fotograficzny i go rozwalić? Albo że prawdopodobnie ich sekrety nie będą nawet czymś szczególnie wstydliwym, tylko po prostu prywatnym? No, ale dowiadujemy się, co dokładnie zaszło w życiu tej dwójki i zastanawiam się jakie w ogóle wyroki im za to groziły. Bo za wysokie raczej nie powinny, zważywszy na okoliczności. No i tutaj wchodzą Mane 6 i dochodzimy do problematycznej części. Cały ten segment brzmi bardziej jak Obsede wytykający głupotki serialu niż jakby postaci to robiły. Szczególnie, że w tym samym serialu Słońce i Księżyc nie działały prawidłowo, kiedy Discord porwał siostry. I chyba to Twilight nimi ruszała podczas pierwszego ataku Tireka. W ogóle Mane 6 wydają się tu być mocno out of character. No niby dużo czasu, by się zmieniły, ale nie sądzę, by wszystkie miały wielki problem z tym, co zrobili Venus i Heart. 1. Zrobili to w dobrej wierze. 2. Kasę zwrócili. 3. Odkryli cudzy spisek. Przynajmniej część Mane 6 raczej powinna ich poprzeć. To by było bardziej serialowe. Ok, Księżniczka Twilight pasuje na służbistkę z kijem w tyłku, ale Rainbow, Pinkie i Fluttershy? Oczywiście, część z tego może i była elementem gry, ale grały aż do przesady i do końca w sumie nie zmiękły. Nie chodzi o to, by ich zostawiły bez kary, ale mogły im choćby wlepić prace społeczne, to jednak nie są złodupy na skalę światową, to nawet do końca nie są złodupy. Już większą karę powinni dostać za próbę szantażu i podpalenie niż sam nie do końca przekręt finansowy. I to jest tutaj główny problem - ten segment po prostu nie pasuje do reszty, pojawia się z czapy i wyśmiewanie się z taką intensywnością i w taki sposób z głupotek serialu, to jest materiał bardziej na randomową komedyjkę, niż upchnięty tutaj na końcu SoLa. A tak w ogóle, to czemu oni chcieli być zesłani gdzieś razem? Zwłaszcza Venus, która była zajęta głównie wkurzaniem się na swojego towarzysza?
  23. Naprawdę dobra komedyjka. Taka nostalgiczna, trochę retro bym powiedziała nawet. Styl też nieco retro, bo przydałaby się temu porządna korekta, ale to nic. Ot, chociażby mam wrażenie, że Twilight w międzyczasie dostała awans na księżniczkę, bo podczas rozmowy z bliźniaczkami nią raczej nie była. Znaczy, Flitter powinna wówczas jakoś bardziej zwrócić na nią uwagę, nie? Bo się trochę uśmiałam, wciągnęłam i nie było momentu żebym się nudziła. Żarty są w punkt. Może nie takie żeby wspominać je przez kolejną dekadę i kisnąć z nich przez 15 minut jak taki jeden z dowcipu o całce, ale solidne, miłe i myślę, że ten tekst się naprawdę ładnie będzie starzał. Rzekłabym, że mógłby być dłuższy o parę stron, bo aż szkoda, że się skończyło i momentami akcja mogłaby nawet nieco zwolnić. Przydałby się sequel. Zdecydowanie polecam. Od takich fanfików człowiek czuje się 10 lat młodszy.
  24. Cena prawdy to nie jest zły kryminał. Jest logiczny. Przypomina mi również ten typ kryminału, za którym nie przepadam. Przypomina mi przygody Herkulesa Poirot. Będę starał się unikać spojlerów w tym komentarzu, gdyż uważam, że fanfikowi należy dać szansę, nawet jeśli mi się średnio podobał. Nie znaczy to, że jest zły. Jego zaletą jest niewątpliwie to, że unika schematów z gatunku Occult Detective. Jak wygląda Occult Detective? Mniej więcej tak, że bohater używa mocy nadprzyrodzonych, a nie wyłącznie logiki, aby rozwikłać zagadkę kryminalną. Do tego gatunku należy przykładowo „Unmarked”, który mi się spodobał bardziej niż „Cena prawdy”. Fabuła, a raczej jej założenia, są proste. Flutter shy zginęła. Herkules Poirot… przepraszam, dowódca straży Celest ii imieniem Spektrum, był tego dnia w Ponyville z władczynią, to jest Celestią i został, aby zbadać sprawę. Sprawę, która wstrząsnęła nie tylko Ponyville, ale też przyjaciółkami. Wiecie jak się zaczyna większość odcinków serialu względnie książek o Herkulesie Poirot? Poirot jest w pobliżu miejsca, gdzie ktoś postanawia kogoś uśmiercić. Biorąc pod uwagę, że jest to najlepszy detektyw Świata dziwi to, że morderca postanawia spróbować swojego szczęścia. Tak też się zaczyna „Cena prawdy”. Spektrum jest w Ponyville, ze swoją władczynią, co ma sens, gdyż na tym polega jego praca, a z drugiej strony nikt nie wie, że jest on znanym detektywem, bo w ogóle nie jest w tekście wspomniane, że kiedyś nim był. W takiej sytuacji dziwi, że nim, nie będąc zachowuje się jak profesjonalny śledczy, ale po tym, co przeczytałem w fanfiku „Szyfr”, taka organizacja wymiaru ścigania ma i tak więcej sensu. Ostatecznie w Ponyville nie ma przecież policji, no i sprawa dotyczy jednego z elementów harmonii, a więc pośrednio całego królestwa. Fanfik w kilku miejscach faktycznie przypomina swoim style powieści Agaty Christie. Całość fabuły jest podawana czytelnikowi w taki sposób, by ten nie wpadł, a przynajmniej miał minimalne szanse, na to by wpaść, jakie były okoliczności śmierci Flutter shy. Nie mogło zabraknąć charakterystycznego zakończenia w postaci zebrania w jednym miejscu wszystkich podejrzanych, gdzie Spektrum poskłada wszystkie elementy układanki w jedną całość. Spoiler: Teoretycznie można było dojść do tego, że to Rainbow Dash przyczyniła się do śmierci Fluttershy, o czym świadczy to, że posiada ona alibi w osobie Scootaloo. Jak Scootaloo mogła widzieć Rainbow Dash podczas ćwiczeń, skoro nie może ona latać i nie mogła być w Cloudsdale? Musiała ją widzieć na ziemi, ale przecież Rainbow Dash była cały czas w Clouds dale, więc wnioski nasuwają się same. Muszę przyznać, że zabrakło mi tego „łał, to ta osoba za tym stała”, bo zawężanie kręgu podejrzanych jest faktycznie tutaj czymś ważnym, a nie tylko dla picu, bo na końcu autor wprowadzi coś, co przekreśli całą wiedzę czytelnika. Jednak w przypadku „Ceny prawdy” tak się nie dzieje. Autor jest wobec czytelnika uczciwy. Jednak pewne decyzje autora jednak budzą moje wątpliwości. Autor, jednak myli czytelnika w inny sposób. Nie tylko podsuwa nam fałszywe, choć logiczne tropy: Mianowicie samo śledztwo jest poprowadzone nieco niedbale i, prawdę mówiąc, w ogóle elementy wyjęte z dowolnej książki o Herkulesie Poirot, można uznać za dodanie nieco na siłę. Tym, co mogę zdradzić, a co utrudnia śledztwo jest z pewnością postawa Zecory. Zecora podczas przesłuchania zachowuje się jak stereotypowy amerykański Murzyn, który jest obrażony, że policja o coś go podejrzewa. Zecora faktycznie zachowuje się podejrzanie i miałem wrażenie, że Spektrum mógłby ją po prostu aresztować za utrudnianie śledztwa. Jakoś nie mam wątpliwości, że byłby do tego upoważniony z takiego czy innego artykułu. A Zecora była zebrą, a bycie zebrą nigdy nie było w MLP:FiM porównywane do bycia odpowiednikiem Afroamerykanina. Jeśli mogę się czegoś czepić, to czasami używanego przez autora słownictwa. Oto kilka przykładów. Oczywiście nie mogło zabraknąć dosłownego przekładu nazwy cukierni, gdzie pracuje Pinkie Pie. Bo po co Cukrowy Kącik, prawda? Lepiej przełożyć dosłownie nazwę angielską, co z tego, że brzmi słabo. Ponadto mam problem z samą postacią Spektruma. Nie jest to źle napisana postać. To zimny drań, który lubi prowokować podejrzanych, aby dojść do prawdy. Po prostu, mam wrażenie, że ponownie świat z serialu gryzie się z tym, z fanfika. Twilight wydaje się być bardziej serialowa, Spektrum, mam wrażenie, że zajmował się wykrycie niejednej zbrodni. Podsumowując, poza kilkoma problemami z doborem słów, „Cena prawdy” to rzetelny fanfik i można go polecić fanom kucykowych kryminałów. Mnie nie przypadł on tak bardzo do gustu głównie z powodu czerpania inspiracji prozą Agaty Christie, gdyż bardziej lubię „Porucznika Colombo” niż Herkulesa Poirot.
  25. Spike, take a note please: chętnych nie odnotowano.
  26. "Teraz" kończy się w poniedziałek 2 lutego o 19:50. Jeśli ktoś nie podejmie decyzji do tego czasu, to jest mała szansa, że da radę ogarnąć wszystkie potrzebne rzeczy.
  27. Nie nazwał bym tego do końca reformacją, bo aż ciśnie mi się na usta cytat z opowiadania w którym brałem udział i słowa jego fandomowej córki. Tak, to jest dobre oddanie tego, jaki Discord jest dla reszty Main6, poza Flutterką. Reszta to dla niego śmieci, którym chętnie sprawił by kolejny łomot, gdyby nie jedna klacz. Ale to taka dygresja. Samo opowiadanie @Sun Trafia na listę moich ulubionych
  28. Są w polskim literackim fandomie MLP:FiM gatunki niszowe. Jednym z nich jest kryminał. Przypominam sobie zaledwie jedną serię fanfików, które należały do tego rodzaju literatury i były napisane w języku polskim. Są tworem SiwulcaDako, który stworzył trylogię o przygodach detektyw Red Stripe. Kolejne części nosiły tytuły: „Pirytowe serca”, „Płyn życia” i „Prorok”. Nie były to złe fanfiki i uważam je za szczyt twórczości tego autora. Stało się tak m.in. dlatego że są one ukończone. SiwulecDako, miał bowiem tendencję, by zaczynać fanfika o ambitnych założeniach, ale po jakimś czasie tracił zapał, fanfik zaczynał pędzić na łeb na szyję i stawał się autoparodią. Najlepszym tego przykładem jest „Przemysł farmaceutyczny” i „Mniejsze zło”. Polecam, ubaw po pachy. Fanfik „Szyfr” zaczął być publikowany w 2015 r. w przerwie pomiędzy czwartym i piątym sezonem i można to zauważyć w tekście, gdyż wspomina się o Tireku, chociaż zastanawia mnie częstotliwość, z jaką Twilight wysyła księżniczce Celest ii listy. Pasuje ona raczej do wcześniejszych sezonów. Zastanawia mnie, czy Twilight miała wziąć udział w wydarzeniach w fanfiku, gdyż była już ali Kornem. Chciałbym, aby tak było, lubię fanfiki z Twilight (z wyjątkiem trzeciego fanfika z serii „Silent Ponyville”, gdzie wciąż biega, rozwiązując „zagadki”, co było bardzo angażujące dla niej, ale nie mnie jako czytelnika). Z powyższego akapitu wynika, że bohaterem fanfika nie jest Twilight, a przynajmniej nie była w momencie, gdy został opublikowany drugi, ostatni rozdział. Bohaterką jest najprawdopodobniej księżniczka Celestia i policjant imieniem Full Metal Jacket. Muszą oni rozwikłać pewną przykrą sprawę. Ktoś z przeszłości Celestii morduje kucyki i wysyła księżniczkom listy z makabrycznymi opisami swoich zbrodni, ale też, dając im wskazówki jak rozwiązać szyfr, który pozwoli uniknąć większej liczby ofiar. Jest to rodzaj zagadki kryminalnej, której czytelnik, jak sądzę, nie może rozwikłać sam. Musi się zatem zdać na bohaterów. Celestia to postać dość podobna do tej z serialu. Ma podobną motywację do działania i nawet Equestria przedstawiona w fanfiku nie odbiega od tej znanej z serialu. Jest to zatem utopijna idylla, w której przestępstwa są tak rzadkie, że policja w zasadzie nie ma po co pracować. Dlatego zdziwiłem się, że ona w ogóle istnieje. W fanfikach podobnych „Przygody Red Stripe” albo „Pinkie Pie nie żyje”, nie mówiąc o „Unmarked”, Equestria nie wygląda równie cukierkowo. Zastanawia mnie, nie tylko, że policja istnieje, że istnieją też jakieś inne służby jak EBI, które zajmuje się fałszowaniem łapania morderców, co sugeruje, że w Equestrii nie ma seryjnych morderców i chyba wszystkie zdarzają się przez przypadek, a zabójcy żałują za grzechy i nigdy więcej ich nie popełniają. W każdym razie nie tego z piątek przykazania. Full Metal Jacket, jest nadkomisarzem. Oznacza to, że ma pod sobą iluś tam policjantów., i to raczej tak dużo, bo komisarz, nie mówiąc o nadkomisarzu to wysoka funkcja. Ale na tym problemy się nie kończą. Jest EBI, które zajmuje się „rozwiązywaniem morderstw”, jeśli wierzyć (bo nie wierzę autorowi, i to nie dlatego, że autor podaje wersję oficjalną, autor, bowiem podaje też wersje nieoficjalne, bliższe prawdy) autorowi zdarzyły się w liczbie 10 podczas ataku Tireka. Ono zajmuje się tuszowaniem wykrywania sprawców, łapiąc podstawione kucyki. Teraz uwaga, będzie ciekawie. Full Metal Jacket uważa EBI za pozerów. Sam przyznaje, że morderstwa są tak rzadkie, że prawdopodobnie ani on ani jego poprzednik, ani nikt w tym stuleciu nie miał takiej sprawy. Skąd się bierze to przekonanie o własnej wyższości? Nie wiem. Zastanawia mnie, co zazwyczaj uważam za zaletę, to jak bardzo dokładnie autor opisuje badanie miejsca zbrodni, wykonywanie opisów zwłok, a potem sekcji. Zastanawia mnie, bo skoro morderstwa i przestępstwa w ogóle prawie w Equestrii nie występują, to gdzie ci policjanci nabierali praktyki? Czy zostali tak perfekcyjnie wyszkoleni by zabezpieczyć miejsce zbrodni i prowadzić śledztwo nawet bez praktycznego doświadczenia? Jeśli tak jest, to czemu EBI musi udawać, że wykryto sprawcę? Czemu w takim razie w ogóle się tego uczy policję zamiast od razu dawać sprawę EBI i w ogóle nie męczyć policjantów szkoleniami etc. Nie ma to żadnego sensu, nieważne czy założymy, że ostatnie morderstwo zostało popełnione 1200 lat temu, czy zostało spowodowane przez Tireka. I najciekawsze jest to, że wiedza o tym, że EBI fałszuje dochodzenia jest raczej dostępna. To nie jest jakaś tajemnica, którą trzeba zachować dla siebie, bo ktoś zostanie zamordowany, czyli ulegnie wypadkowi. Kto stworzył ten system? Celestia. Ale Celestia z fanfika to nie jest jakiś wypaczony potwór. Ona się naprawdę troszczy o swoich poddanych. Przeżywa zbrodnie, na które nie ma żadnego wpływu. Nie wiem, co chciał autor osiągnąć, ale mieszając serialową Celestię z policją rodem z Batman: The Animated Series, osiągnął komiczny efekt. Porównanie policji do tej z przywołanej kreskówki jest uzasadnione. Policjanci przywołują mi na myśli Harveya Bullocka, twardego glinę, który je ciastka, pije kawę walczy z nadwagą tyleż z co z przestępcami. I nienawidzi Batmana, bo jest lepszy od niego. Rozumie to jego przełożony, komisarz Gordon, który musi jakoś godzić nocnego mściciela ze sfrustrowanym podwładnym. Czy można wyjaśnić, dlaczego policja istnieje, jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw, bo robi to inna instytucja, która jest chyba też jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw, tylko udaje, że złapano sprawcę? Czy można to powiązać z serialową Celestią? Czy można założyć, że jest tak wrażliwa na cierpienie swych poddanych, że służby jej o nim nie informują i biedaczka nie wie, co się dzieje? No ale skoro nie wiem, że coś się dzieje, to po co finansuje policję, tę samą policję, która jest przeszkolona do badania spraw morderstw, ale nie prowadzi śledztw. Informacja, że policja nie ma co robić pochodzi od narratora, nie jest prywatną opinią jakiejś postaci. Nie jest obowiązkiem czytelnika doszukiwać się sensu tam, gdzie autor mógł się nim w ogóle nie przejmować. Dla mnie w takiej sytuacji, gdzie policja nie ma nic do roboty nie ma ona racji bytu. Takimi sprawami zajmuje się albo nieprzeszkolona, albo słabo przeszkolona lokalna, ochotnicza służba tworzona Ad Hoc, która jest mała i nie ma w niej miejsca na stanowisko nadkomisarza, albo straż królewska, która jest stałą formacją pod bronią. Względnie zajmuje się tym EBI, ale wtedy nie może nie prowadzić śledztw, tylko udawać, że złapano sprawcę. Jestem zdania, że ponieważ już w pierwszych (i jedynych) dwóch rozdziałach autor stworzył coś tak nierealistycznego jak na fanfika, który chce być realistycznym kryminałem (z magią, ale zawsze), to raczej nie trzeba się przejmować wiedzą lub niewiedzą Celestii, jej psychologią. Takie rzeczy powinny iść w parze. Czy jednak „Szyfr” miał być faktycznie kryminałem? Pierwszy rozdział i spora część następnego tak sugeruje. Zagadka bowiem zostaje rozwiązana przez autora, zanim postacie z fanfika będą miały szansę, cokolwiek zrobić. Natomiast co do rozwiązania tytułowego szyfru, jak na razie brak jest jakichkolwiek postępów. Sądzę, że ich nie będzie, wszak fanfik jest porzucony od 11 lat. Sądzę, że fanfik miał potencjał. Z wyjątkiem problemów z logicznym uzasadnieniem istnienia policji, gdy nie jest ona w zasadzie potrzebna oraz tym, dlaczego Celestia pozwala działać EBI, która tuszuje sprawy morderstw i przeprowadza lipne śledztwa nie wygląda to źle. Niestety strona literacka nieco kuleje, zdarzają się powtórzenia, ale jak na tekst bez korekty jest do przyjęcia. Podsumowując, dwa rozdziały to za mało, żeby uznać, czy dany fanfik byłby udany, czy nie. Dużo by zależało od tego, w jakim tempie działy by się wypadki.
  29. W związku z brakiem chętnych rozważam odwołanie wydarzenia i wyjazd na Remcon z Eisenhufem. Jeśli ktoś jest chętny na Snowdropsummit, niech przemówi teraz* lub zachowa milczenie. * w następnym poscie zdefiniuję, kiedy się kończy "teraz".
  30. Zastanawiam się, czy jest sens komentować fanfika, który zajmuje może dwie strony A4? Cóż, być może możliwość napisania dłuższego lub chociaż porównywalnego tekstu niż sam fanfik, byłaby tego uzasadnieniem? „Black Star” to bardzo stary fanfik. Pierwszy post ukazał się w grudniu 2012 r.! Był to początek trzeciego sezonu. Podobno fandom już wtedy umierał. A przecież tyle było przed polskimi broniakami! Filmiki Stalina CWHC i tak dalej. Ba, pomimo początków śmierci fandomu, serial miał jeszcze trwać 6 sezonów. Już przez tą wczesną datę publikacji zwrócił na siebie moją uwagę. Kolejną przyczyną był sposób publikacji. Jedyne dwa rozdziały, zostały zamieszczone jako posty na forum. Co za oldschool! Niestety, nie należało oczekiwać od tego formatu zbyt wiele. Fanfik jest tak krótki, że aż dziwi mnie, że ma jakiś zarys fabuły. Przypomina mi on nieco taką mroczną wersję Harry'ego Pottera, który bez tiary przydziału otrzymał zaproszenie do Slytherinu. Tym razem, celem „Slytherinu”, chociaż tutaj nazywa się on „Stowarzyszeniem Czarnych Gwiazd” jest zniszczenie Equestrii. Skąd o tym wiem, skoro fanfik jest ledwo napoczęty? Cóż, autorka zdradziła plan na fabułę w pierwszym poście w temacie zawierającym przy okazji prolog do fanfika. Jest to bardzo oryginalna „strategia”. Nie pamiętam fanfika, który by streścił fabułę na samym początku. W przypadku większości fanowskich opowiadań byłoby to nawet niemożliwe, krępowałoby autorowi przysłowiowe ręce. Kto wie, może miało to wpływ na porzucenie fanfika? A może zadecydowało coś innego? Niezależnie od tego czuć tutaj klimat wczesnego fandomu. Fabuła jest skoncentrowana na Twilight Sparkle i innych kanonicznych bohaterkach. Nie jest ona nawet jeszcze alikornem (co być może także miało wpływ na porzucenie fanfika, gdyż skrzydła Twilight ponoć zniszczyły sporo head canonów). Warto dodać, że bohaterki zachowują się jak one, ale być może za wcześnie wyciągam wnioski. W każdym razie akcja zakończyła się, zanim jeszcze mogła się rozpocząć. Nie można tutaj wiele napisać. O formie można napisać już więcej. Więcej, nie znaczy lepiej. Zwracają na siebie uwagę powtórzenia oraz „uczłowieczanie” kucyków. Mamy wspomniane kopytka, pyszczki, ale głos należący do klaczy jest już kobiecy. Z drugiej strony słowo „klaczy głos” brzmiałoby dziwnie. Rzuca się w oczy, że tekst był napisany i opublikowany pod wpływem chwili. Opisów jest bardzo niewiele i są bardzo pobieżne. Na ogół autorka relacjonuje po prostu czynności postaci. Mimo wszystko zwraca uwagę, że po dialogu, w którym następują didaskalia kropka pojawia się dopiero na ich zakończenie. Nie będę oceniał tego fanfika. Ten komentarz ma po prostu wydobyć „Black Star” z zapomnienia, przynajmniej na kilka tygodni, pokazać fandomowi, od czego zaczynał i jak daleko zaszedł. A że komentarz jest zbyt długi? Cóż, nie przeczę. Jednak lubię pisać komentarze.
  1. Załaduj więcej aktywności
×
×
  • Utwórz nowe...