-
Zawartość
5913 -
Rejestracja
-
Ostatnio
-
Wygrane dni
148
Wszystko napisane przez Cipher 618
-
Gra - My Little Pony: Przygoda w Zatoce Grzyw (A Maretime Bay Adventure)
temat napisał nowy post w Generacja 5
No to może się odniosę Nie nazwałbym tego lekką wpadką. MLP to gra dla dzieci, a tutaj sam nie wiedziałbym co nacisnąć. A jeśli dosłownie Y, X, A, B, to współczuję... Taka robota na odwal się nie powinna dostać od wydawcy zielonego światła. Ubogie odgłosy tła i muzyka w formie 30 sekundowej pętli to "całkiem dobry poziom"? No błagam... Szanujmy się Fakt, mini gry dają radę. Są zauważalnie "trudniejsze" bo wymagają czegoś innego niż pójścia za "wróżką" w miejsce X. Trzy godziny to nadal skandalicznie mało i tłumaczenie "to gra dla dzieci, więc nie może być długa" to oszukiwanie samego siebie. Przykładowo "Yoshi's Crafted World", czyli gra o praktycznie zerowym poziomie trudności oferuje od 8 do 17 godzin zabawy, "Kirby and the Forgotten Land", które jest nieznacznie trudniejsze oferuje od 11 do nawet 38 (źródło. How Long to Beat). Można? Można. Tym bardziej, że miejsce akcji i uniwersum mają olbrzymi potencjał. Wystarczy dodać np. mistrzostwa w wyścigach na rolkach, fryzjera i sklep z dziesiątkami ubrań na każdą porę roku (większość do odblokowania), foto budki na mieście, mini-gry związane z magią, side questy, wyścigi pegazów, poukrywane skarby do wykopania, możliwość własnoręcznego malowania na nowo zapaskudzonych farbą bilbordów, mini gra taneczna zawierająca wszystkie filmowe piosenki, ba... Możliwość zabawy z królikami czy prowadzenie własnego ogródka. Serio... Skoro 5-letnie dziewczynki ogarniają Animal Crossing bez znajomości angielskiego, to i to by ogarnęły Niestety, ale twórcy doskonale wiedzą, że nie muszą się starać. I tak zarobią kupę forsy. Powiem tak - darmowe dema są dłuższe od tego gniota. Porównywanie cen gier do cen mikrotransakcji to moim zdaniem głupota. Ja wręcz przeciwnie. Żałuję absolutnie każdego grosza wydanego na ten bubel. Szkoda, że nie grałem na Steam, bo mógłbym oddać. -
Tiny Tina's Wonderlands (PS5) Gdy tylko Gearbox zapowiedziało spin-off serii Borderlands, to zastanawiałem się jak bardzo będzie różnił się od tego co znam i uwielbiam. Czy dadzą kamerę TPP? Widok izometryczny? No cóż... Ani jedno, ani drugie. Okazuje się, że TTW zaczynało jako DLC do Borderlands 3 (co widać na każdym kroku), ale ktoś wpadł na pomysł, że to świetny materiał na oddzielną grę. I chwała mu za to! No, ale zacznijmy od fabuły. Tiny Tina's Wonderlands to gra, w której "gramy w grę". A konkretnie, to jesteśmy "tym nowym" graczem w tradycyjnej sesji "planszowego RPGa". Całość, podobnie jak TT Assault on Dragon Keep (DLC do B2) rozgrywa się w wyobraźni tytułowej Tiny Tiny. Ci co grali w Borderlands 2 wiedzą, że po tej małej wariatce można spodziewać się absolutnie wszystkiego. Tak czy inaczej, zły Władca Smoków zagraża tytułowej krainie, którą włada Królowa Butt Stallion. Oczywiście naszym zadaniem będzie powstrzymanie "złola". Nie ma tu jakiś wielkich zwrotów fabularnych, a główny wątek fabularny nie grzeszy długością. I bardzo dobrze, bo kampania B3 strasznie mi się dłużyła. Na szczęście masa znakomitych side questów sprawia, że jest co robić. Aha, tak tylko przypomnę, że Butt Stallion to dwurożny jednorożec zbudowany w całości z kryształu. Wygląda jak Rarity Seria Borderlands nigdy nie była poważna, ale nawet najbardziej pokręcone akcje z jakiegokolwiek "Borderka" mają się nijak do szaleństwa z Wonderlands. Już w filmowym wprowadzeniu Gearbox robi sobie jaja z motywu "papierowego RPG". Złoczyńca spogląda na dosłownie szarego głównego bohatera i stwierdza z oburzeniem "co to za gość? On nawet nie jest pomalowany!". A to tylko początek... Bo co powiecie na wymordowanie wioski (s)Merfów (niebieski kolor skóry to objaw wścieklizny), pracę dla wróżki zębuszki albo wysadzenie oceanu w powietrze? Przejście z DLC do pełnoprawnej gry pozwoliło wprowadzić kilka istotnych zmian. Po pierwsze, tym razem sami sobie tworzymy postać (tzw. Fatemakera), decydujemy o wyglądzie, dobieramy głos oraz jedną z sześciu klas (niedługo dojdzie siódma). Największą nowością jest jednak "overworld", czyli dosłownie "stołowa" mapa świata stworzona przez Tinę, po której poruszamy się jako karykaturalna "miniaturka" Fatemakera. Sama "mapa" została zbudowana z czego popadnie, i tak przykładowo kapsle to mosty, rozlany napój to rzeka, zaś chrupek zasłaniający przejście to tak naprawdę magiczny meteor z kosmosu. Ot, potęga wyobraźni. Mr. Torgue w DLC TTAoDK do Borderlands 2 chciał wysadzić w powietrze ocean, za co trafił w dyby. Teraz, po dziesięciu latach jego marzenie nareszcie się spełniło! Wprowadzono także broń do walki wręcz, zaś granaty zastąpiono naprawdę wypasionymi czarami (meteoryty! Wiwerny! Przywoływanie piorunów!). Jedna z klas (Spellshot) umożliwia używanie dwóch czarów na raz, co czyni z gracza istnego Doktora Strange'a na prochach. Ba, pod koniec gry, częściej czarowałem niż strzelałem! A propos strzelania. Wszystkie spluwy są teraz magiczne, żadna z nich nie używa tradycyjnej amunicji, ale z każdej strzela się po prostu "zajebi*cie"! Jedną z największych wad Borderlands 3 były zbyt powszechne przedmioty legendarne, a co za tym idzie zdobycie takiego nie dawało żadnej satysfakcji. Tym razem Gearbox poszło po rozum do głowy i na całą grę zdobyłem raptem dziesięć, może piętnaście. Niestety, ale tym razem zabrakło trybu "nowej gry +". Zamiast niego wprowadzono "chaos chambers", czyli walkę na losowych arenach zakończoną bossem. "Niestety", bo może i komnaty chaosu są super, ale mimo wszystko brakuje mi NG+. Humor w tej grze jest tak genialny, że chciałoby się wrócić do tego całego absurdu bez zaczynania od zera. Na szczęście, to na dobrą sprawę jedyna poważna wada. Cała reszta to istny list miłosny od Gearbox do fanów "Borderków". Ci, wysłuchali narzekań graczy i nie powtórzyli błędów z "trójki". Jeśli ktoś zna angielski i lubi sobie postrzelać, to polecam z całego serca! DLC Niestety, ale nie mogę tego powiedzieć o dodatkach, które są po prostu fatalne. Dla tych co grali w Borderlands 3 - wyobraźcie sobie, że Maliwan Takedown kosztuje 45 złotych... No ręce opadają. A dla tych co nie są w temacie, DLC do Wonderlands to po prostu zestaw kilku mini-aren zakończonych bossem. Mało tego. Ten ostatni to po prostu nieznacznie zmieniona wersja wroga z podstawki. Zero fabuły, zero zadań pobocznych, góra pół godziny grania i dosłownie NIC nowego. Gearbox po raz pierwszy w historii serii Borderlands sprzedaje wcześniej wyciętą zawartość i to w tak bezczelny sposób. Mówiąc krótko, polecam Wonderlands, ale tylko i wyłącznie podstawową wersję. Dodatki można sobie darować.
-
Naprawdę nie chcę być niemiły i psuć zabawy w udawanie kucyka, ale chyba muszę... Niestety, ale spóźniłaś się na "imprezę". Czasy niesamowicie popularnych "zapytajek" minęły jakieś, bo ja wiem? Pięć lat temu? Czwarta generacja przeszła do historii, boom na kucyki dawno minął, zaś forum przeszło przemianę (a raczej nadal ją przechodzi). Szczerze mówiąc, to nie wiem czy znajdzie się choć jedna osoba, która zechce w pełni oddać się tej zabawie. Nam, starym wygom będącym tutaj od lat znudziło się to, a nowych forumowiczów brak. A jeśli już są, to zawyżają jedynie statystyki i oddają się błogiemu "nic-nie-robieniu". Oczywiście nie oznacza to, że "nic tu po Tobie". Otworzyliśmy się na nowe tematy, kucyki to teraz tylko część forum i dosłownie każdy znajdzie tu coś dla siebie (nie wierzę, że nie). Zachęcam do udzielania się w tematach zgodnych z Twoimi zainteresowaniami, a jeśli ich nie ma, do zakładania takowych.
-
Disney+ jest już w Polsce, a co za tym idzie pora na oglądanie seriali Obi-Wan Kenobi Ależ to jest dobre! Akcja serialu rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach z Zemsty Sithów. Obi Wan żyje na uboczu strzegąc Luke'a, pracuje za pół darmo i robi wszystko aby nie dać się rozpoznać. Tak się bowiem składa, że Inkwizytorzy polują na Jedi, którzy przetrwali rozkaz 66. Niestety, ale pewnego dnia Ben będzie musiał opuścić Tatooine i wyruszyć na pewną bardzo ważną misję... Serial składa się z sześciu odcinków i naprawdę wciąga. Jasne, jest tu trochę fabularnych głupotek, ale jakoś mi nie przeszkadzały. Największą niespodzianką jest dla mnie kreacja Vadera, który jeszcze nigdy nie był tak brutalny i bezwzględny. Serio, czegoś takiego jeszcze nie widzieliście! Znakomicie wypadła także młoda Leia, która jest zaskakująco pyskata, ale cholernie sympatyczna za razem. Widziałem narzekanie na to, że Kenobi zbyt często sięga po blaster zamiast miecza. No co tu dużo mówić. Czasy się zmieniły. Obi miał do wyboru - schować swoje ideały do kieszeni lub przez nie zginąć. Podoba mi się też niewielka zmiana charakteru. Kenobi to były mistrz Jedi, który przegrał, pogodził się z porażką i utratą ucznia. Mimo to, nie potrafi odmówić pomocy, nadal potrafi się poświęcić. Jeśli ktoś ma D+, to serdecznie polecam
-
Soundfall Soundfall to gra rytmiczna, w której zadajemy obrażenia tylko i wyłącznie wtedy, gdy atakujemy w rytm muzyki! Jest kolorowo, ładnie i bardzo radośnie. Walki są niezbyt trudne, ale satysfakcjonujące, zaś muzyka wpada w ucho. Polecam z całego serca! No chyba, że ktoś na samą myśl o EDM ma ochotę obciąć sobie uszy, to wtedy odradzam... Zwiastun
-
Goat Simulator wraca! Twórcy tej gry są tak niepoważni jak sama gra, właśnie dlatego drugą część nazwali Goat Simulator 3
-
Horizon: Forbidden West (PS5) Forbidden West to typowy sequel: więcej, lepiej, ale rewolucji brak. Tylko czy to źle? Pewnie, że nie. Właśnie tego oczekiwałem, i to dostałem Akcja gry rozpoczyna się pół roku po finale jedynki. Niestety, ale powstrzymanie Hadesa było jedynie połową zadania. Okazuje się, że zagrożenie nie minęło. Tym razem Aloy wyrusza na "Zakazany Zachód" aby odzyskać kopię Gai, zaawansowanej AI odpowiedzialnej za terraformację Ziemi. Oczywiście nasz "przyjaciel" Sylens któremu za cholerę nie można ufać i tym razem chce "pomóc" (na swój upierdliwy sposób). Co z tego wyniknie? Sam jeszcze nie wiem. Po ogłoszeniu gry zastanawiałem się ile nowych maszyn pojawi się w sequelu. Pięć? Dziesięć? No cóż... Powiem tak - łatwiej wymienić "starych znajomych" niż te nowe. Mało tego, powracające bestie nauczyły się nowych sztuczek i są o wiele groźniejsze. AI uległo znacznej poprawie, a co za tym idzie poziom trudności wzrósł. "Normalny" to odpowiednik "trudnego" z Zero Dawn! Mechaniczni przeciwnicy są teraz o wiele bardziej agresywni, nieprzewidywalni, bardziej spostrzegawczy, zwinni, a co najważniejsze przebiegli. Nieustannie starają się zajść gracza od tyłu, zranione wycofują, a pojedynek z więcej niż trzema bestiami to spore wyzwanie. Jeśli ktoś nie ogarniał uników w jedynce i nie atakował czułych punktów (odrywał broni, zbiorników, radarów itp), to tutaj będzie miał spoooooooore problemy. Warto grać w słuchawkach, bo dźwięk przestrzenny pozwalał zlokalizować wroga i wiele razy uratował mi dupsko. Tak podsumowując, to jestem zachwycony. Było na co czekać
-
-
Popłakałem się ze śmiechu - cała, wyjątkowo MROCZNA prawda o Psim Patrolu
-
Witajcie! Postanowiłem założyć temat, w którym każdy będzie mógł napisać swoją własną "recenzję" gry. Napisałem ten wyraz w cudzysłowie, ponieważ nikt tu nie oczekuje jakiegoś super wysokiego poziomu rodem z najlepszych lat CD-Action. Ba, to nie musi być typowa recenzja. W zupełności wystarczy rozbudowana opinia Zasady: 1. Wasza recenzja / opinia nie może ograniczać się do dwóch, trzech zdań. To ma być rozbudowana wypowiedź. Posty w stylu: "Ukończyłem Minecrafta. W sumie to fajna gra i polecam, tylko szkoda, że jakaś taka kwadratowa" nie nadają się do tego tematu. Są zbyt krótkie, i nie ma tu żadnych konkretów. Autor zbyt krótkiego potworka zostanie wywołany do tablicy i będzie miał 72 godziny na poprawę. Jeśli tego nie zrobi, jego wpis zostanie całkowicie usunięty. To samo tyczy się postów, które zawierają dużo błędów. Nie interesuje mnie, że masz dysleksję, a telefon nie podkreśla . 3. Zrzuty ekranu oraz filmy z YouTube należy umieszczać w spoilerach. 4. Zakaz używania wulgaryzmów. Możliwe, że coś jeszcze dodam. A póki co, życzę miłej zabawy. ############## To ja zacznę Blue Reflection: Second Light (PS5) Wczoraj wieczorem ukończyłem Blue Reflection: Second Light. Zajęło mi to prawie 60 godzin, ale warto było. W trakcie oglądania napisów końcowych poczułem się tak, jak po obejrzeniu dobrego serialu na jakimś Netflixie. Mówiąc krótko - będzie mi brakowało tej ekipy, ich przygód, unikatowych charakterów, ale przede wszystkim znakomitych relacji oraz "chemii" między nimi. Od razu mówię, że nie ma co liczyć na romanse, pocałunki i miłosne wyznania. Jest tu jeden wątek romantyczny, ale ma uzasadnienie fabularne. Fabuła tego jRPGa jest mocno "japońska", czyli naprawdę dziwna, ale ciekawa. Aby się nią cieszyć, trzeba zaakceptować fakt, że pewne rzeczy nie mają tutaj jakiegokolwiek wytłumaczenia i istnieją na zasadzie "bo tak ma być, i już". Wystarczy powiedzieć, że część dziewczyn otrzymała tajemniczy pierścień zamieniający ją w Reflectora, czyli swego rodzaju super-bohatera. Jakby tego było mało, w pewnym momencie nasze dzielne wojowniczki odstawiają numer na "Czarodziejkę z Księżyca" i przeobrażają w bardziej wypasioną wersję siebie. Aha, w pierwszej części gry też tego nie wytłumaczyli Główną bohaterką jest Ao, przeciętna japońska nastolatka, która ma dość niską samoocenę. Pewnego dnia, wracając do domu straciła przytomność i obudziła się w nieznanej sobie szkole. Mało tego, szkoła ta znajduje się na niewielkiej wysepce otoczonej bezkresnym oceanem. Jak tam trafiła? Co to za miejsce? Jakby tego było mało, od dłuższego czasu zamieszkują ją trzy inne dziewczyny, a każda z nich straciła pamięć. Każda, za wyjątkiem Ao. Co to oznacza? Z czasem ekipa będzie się powiększać, szkoła zacznie tętnić życiem, a dziewczyny znajdą sposób na odzyskanie pamięci. Akcja gry rozgrywa się w szkole będącej "bazą wypadową" oraz tajemniczych światach stworzonych na podstawie wspomnień i emocji dziewczyn. Heartscapes, bo tak nazywają się te tajemnicze krainy, są niesamowicie abstrakcyjne, zawalone surowcami do craftigu oraz rzecz jasna, pełne dziwacznych wrogów. Wszelkie walki odbywają się w trybie ATB, czyli "tur w czasie rzeczywistym". Czas nie staje w miejscu, ale i tak trzeba czekać na swoją kolej. Rozwój postaci jest o tyle nietypowy, że awans na wyższy poziom (max 50) zwiększa jedynie ogólne statystyki (tak jak w Pokemonach). Punkty rozwoju (tzw. "trust points") oraz zdolności aktywne i pasywne zdobywamy na randkach oraz dostajemy za wykonywanie zadań pobocznych. Co ciekawe, niektóre umiejętności dotyczą koleżanki, a nie rozwijanej postaci (np. Halina może zwiększyć o 20% atak Genowefy). Dodatkowe bonusy zyskujemy stawiając różne "dekoracje" szkoły na prośbę dziewczyn. Może to być turbina wiatrowa, studnia, łóżko, balon (taki do latania) a nawet automat z napojami. Tak, dobrze widzicie... Nastolatka tworzy skomplikowane urządzenia z niczego. Tak czy inaczej, podsumowując, zdolności bojowe bohaterek zależą od stopnia ulepszenia szkoły oraz spotkań towarzyskich. W tym miejscu uprzedzam... Praktycznie połowa tej gry, to życie codzienne dziewczyn i rozmowy o niczym. Ba, tu jest ponad 100 "randek", a skoro każda z nich trwa około 5-6 minut, to... Policzcie sobie sami ile to potrwa. Aha, napisałem "randek" w cudzysłowie, ponieważ to nie są pełnoprawne randki. Owszem, można mówić czułe słówka, ale nikt nie weźmie tego na serio. Jedna obróci to w żart, druga nie zwróci uwagi, zaś inna odpowie coś w stylu "a ty znowu swoje". Ogromną zaletą jest fakt, że te spotkania towarzyskie mają swój niewielki wątek fabularny dotyczący przeszłości danej bohaterki. Co bardzo ważne, w trakcie "randek" dziewczyny zachowują swój unikatowy charakter i nie zamieniają się w ciepłą kluchę mającą kisiel w gaciach. Strasznie mnie to denerwowało w grach z serii Sword Art Online. Grafika i animacje to najsłabsze punkty tej gry, ale idzie przywyknąć nawet do tego oczo-jebnego bloomu. Całość mogłaby być choć trochę trudniejsza, bo "snajperka" Kokoro miała tak podpakowany DPS, że zmiatała wroga jednym strzałem Aha, wbudowana "encyklopedia" surowców daje błędne wskazówki, co do położenia konkretnych przedmiotów. Trochę lipa Ogólnie, to polecam dla każdego kto lubi jRPGi albo szuka czegoś świeżego. Fabuła jest bardzo ciekawa, postaci znakomicie napisane zaś całkiem rozbudowany system walki wciąga aż miło. Mam nadzieję, że powstanie trzecia część, bo przy tej bawiłem się znakomicie.
-
Nie mam nic przeciwko polskiemu dubbingowi. Jeśli jest lepszy lub równie dobry co angielski, to biorę polski (większość gier Sony, Coco, Ralph Demolka, W Głowie się nie mieści itd.). Niestety, ale ekipa Disney'a od seriali zawsze musi coś konkretnie spier*olić, a w przypadku Sowiego Domu przeszli samych siebie. No to po kolei. 1. Ułańska fantazja przy zbędnych tłumaczeniach: - Hexide School to u nas Szkoła Czarum. Skąd ten pomysł? Dobrze, że nie tłumaczyli Harry'ego Pottera, bo zamiast Hogwart byłoby Wieprzum (hog = wieprz) - Jestem przeciwko tłumaczeniu imion. Dlatego nie podoba mi się, że Willow to u nas Witka. Nazwisko Amity to u nas Plaga. Owszem, blight to plaga, ale to tylko jedno ze znaczeń. 2. Polskie głosy. Co prawda ich dobór, to kwestia gustu, ale w przypadku Collectora martwi mnie gra aktorska polskiego odpowiednika. 3. Cenzura - swego czasu ktoś tu stawał w obronie tłumaczy. Ponoć polski oddział dostał odcinki w złej kolejności i bla, bla bla... Sorry, ale nie kupuję tego. Słowo "girlfriend" ma dosłownie JEDNO tłumaczenie, i jest nim "dziewczyna" (a nie "przyjaciółka"). To trochę tak jakby przetłumaczyć "he had an orgasm" na "miał ubaw" Tak w ogóle, to mam wrażenie, że polski oddział Disney'a traktuje dziecko jak debila, który nie jest w stanie powtórzyć "skomplikowanego" w ich mniemaniu wyrazu. Jak to jest, że w My Little Pony czy Psim Patrolu imiona pozostały bez zmian, a Disney robi z Willow, Witkę?
-
Sezon drugi dobiegł końca... Po tym co zobaczyłem jestem po prostu wściekły za to, że Disney skrócił Sowi Dom (bo nie pasował do ich ram, czy coś). Sezon 3 mógłby być czymś niesamowitym, a tak będzie po prostu ostateczną bitwą. Bez spoilerów powiem tylko, że jestem oczarowany tym odcinkiem, a prawdziwa forma Collectora jest po prostu cholernie urocza i niesamowicie niebezpieczna. A tak ze spoilerami... DUŻYMI The Collector to NAJLEPSZY złoczyńca Disney'a. Kropka. Część 2 Część 3
-
My Little Pony: Przygoda w Zatoce Grzyw (PS5) Kupiłem, ukończyłem, a to co widziałem, poniżej opisałem. "Przygoda w Zatoce Grzyw" to pierwsza od lat gra MLP, która nie jest typową "mobilką". I wiecie co? Lepiej żeby nią była... Fabuła Zbliża się jakiś tam festiwal, ale ktoś sabotuje przygotowania. Od razu mówię, że to Sprout, który nie może przeboleć, że kuce żyją w zgodzie. I tak oto Sunny wyrusza zbierać gwiazdki i wyświadczać przysługi. Plusy - Nie zawiesiła się ani razu - Mini-gra taneczna daje radę Minusy: - Grę można ukończyć w - uwaga - niecałe DWIE GODZINY!!! - Dosłownie każde zadanie (za wyjątkiem mini-gier) to cholerny "fetch quest" - Muzyka w tle to trwające około 30 sekund proste melodyjki. - Wieje nudą - zerowe urozmaicenie sprawia, że po pół godziny zacząłem ziewać. Zanim ktoś powie: "co się dziwisz, to gra dla dzieci" - tak, wiem. Tak się jednak składa, że grałem w Paw Patrol: Mighty Pups i bawiłem się znakomicie (głównie za sprawą radosnej atmosfery, której tutaj nie ma). - fatalna mimika "twarzy" - NPCe zostały przyspawane do chodnika i non stop robią to samo. - zaledwie dwie lokacje (miasto i najbliższe okolice) - Bardzo słaba oprawa audio. Ocena? Jak dla mnie, to 1/10. ODRADZAM. Oto cała gra...
-
Ciekawość wygrała... Kupiłem i ukończyłem grę MLP: Maretime Bay Adventure. Jutro napiszę więcej (w odpowiednim temacie), a póki co powiem tyle - nie liczyłem na wiele, a dostałem masakrycznie słabego gniota, którego można ukończyć w około 2 godziny
Wniosek - unikać jak ognia
-
To serial dla przedszkolaków, a dla nich to wszystko jedno. Dorosły widz zauważy masę nielogiczności, ale nie oni są targetem "Patrolu", prawda? Twórcy nie muszą się zbytnio wysilać, bo i po co? Metodę kopiuj/wklej widać na każdym kroku. Przykład. Cała ekipa siedzi na zewnątrz obok tej swojej siedziby. Nagle dostają wezwanie o pomoc. Co robi Ryder? Wyciąga telefon i ogłasza zbiórkę . Dzwoni do psów, które leżą dosłownie tuż obok. No, ale po co marnować czas na robienie nowej animacji, skoro można użyć gotowca?
-
To kreskówka dla najmłodszych dlatego litościwie pominę łamanie praw fizyki przy upadkach Nie wiem jak jest w polskim dubbingu (domyślam się, że taką wersję oglądasz), ale w angielskiej jego suchary (gry słowne) po upadku w windzie są tak okrutnie suche, że aż zabawne.
-
Mam tu na myśli sterowanie, a nie sam poziom trudności Ukończyłem Horizon: Zero Dawn na najwyższym poziomie trudności, co było naprawdę wymagające. Często ginąłem, szczególnie w dalszych etapach, ale dzięki dopracowanemu, płynnemu, responsywnemu sterowaniu oraz bezbłędnie zrobionym hit boxom mogłem winić tylko i wyłącznie samego siebie. Niestety, ale nie można powiedzieć tego o Elexie. Tam hitboxy to dramat...
-
Blue Reflection: Second Light "Second Light" to dość nietypowy jRPG. Zanim napiszę dlaczego, wyjaśnię o co w ogóle się rozchodzi. Główną bohaterką jest niejaka Ao, uczennica typowego japońskiego liceum. To miały być wspaniałe wakacje, ale pech chciał, że protagonistka zemdlała w drodze do domu... ostatniego dnia nauki. Bywa i tak. Ocknęła się w jakiejś tajemniczej szkole znajdującej się na niewielkiej wyspie, otoczona kilkoma nieznanymi sobie dziewczynami. Wszystkie oprócz niej straciły pamięć i nie pamiętają niczego, za wyjątkiem swojego imienia. Istnieje jednak sposób na przywrócenie wspomnień. Wystarczy udać się do Heartscape, czyli tajemniczej krainy stworzonej na podstawie wspomnień oraz emocji "właścicielki" (każda dziewczyna ma swoją własną, unikatową i naprawdę niesamowitą pod względem projektu "miejscówkę"). Fabuła rozkręca się BARDZO wolno, ale z czasem robi się bardzo ciekawa, zaskakująco mroczna, zaś na scenę wkraczają silne emocje. Mało tego, ktoś kto nie grał w "jedynkę" przez kilkanaście godzin będzie wiedział o świecie tyle, co Ao, czyli praktycznie nic. Ciekawe doświadczenie Blue Reflection jest o tyle nietypowe, że praktycznie połowa gry to: życie codzienne dziewczyn, rozmowy o niczym, wyświadczanie drobnych przysług, rozbudowa szkoły, czy też... randki. Mówiąc krótko, to nie jest gra dla każdego i dla wielu będzie przegadana. Początkowo bałem się, że "romansowanie" będzie równie męczące co w serii Sword Art Online, ale na szczęście jest wręcz przeciwnie. System ten został bardzo dobrze przemyślany i znakomicie wykonany. Tak się bowiem składa, że: - randka trwa max 5 minut - przedstawia przeszłość dziewczyny i tłumaczy jej obecny charakter - każda randka nagradzana jest punktami doświadczenia i bonusem pasywnym (można je dobierać i zmieniać do woli) - postacie zachowują swój charakter i nie zmieniają w "ciepłą kluchę" mającą kisiel w gaciach na widok bohaterki (na ciebie patrzę, Sword Art Online ). Niezwykle istotna jest także rozbudowa szkoły. Każda nowa konstrukcja (huśtawka, automat z napojami, turbina wiatrowa czy ognisko) daje bonusy pasywne a do tego odblokowuje nowe randki. Innymi słowy: nowy obiekt, nowa randka, nowe punkty doświadczenia. No po prostu genialna zależność Walki odbywają się w trybie ATB, czyli "tur w czasie rzeczywistym". Co prawda, może i są bardzo łatwe, ale mimo wszystko satysfakcjonujące. A o to przecież chodzi. Niestety "BR: Second Light" dalekie jest od ideału. Zdecydowanie najgorzej wypada grafika, która wraca do czasów oczoj*bnego bloomu. Idzie do tego przywyknąć, ale momentami ciężko patrzeć na ekran. Kolejną wadą jest wprowadzanie gracza w błąd. W menu znajduje się bardzo przydatna baza danych surowców do craftingu, ale zawiera fałszywe informacje. Mogłoby też być więcej muzyki. Nie żeby była zła, ale po ponad 40 godzinach grania zaczyna być nudna Litanię narzekania zakończę na niektórych animacjach, które wyglądają po prostu tragicznie. Mimo sporych wad, polecam. Na każdej z platform (PC, konsole) dostępne jest zaskakująco długie demo. Warto sprawdzić. A teraz trochę screenów. Paskudna grafika? Owszem. Ciekawa lokacja? No ba... MOJE OCZY!!! Uta, dziewczyna, której boją się wszyscy. Po tym spojrzeniu rozumiem te obawy Kilka randek = masa punktów rozwoju postaci Nie... Tylko nie to! Nie chcę powtórki z SAO
-
Zelda to gra, która oferuje ogromną swobodę, ma szczątkową fabułę, ale mimo wszystko wymaga podstaw angielskiego. Jeśli jesteś na tyle cierpliwy, żeby co jakiś czas tłumaczyć jakiś tekst, to polecam.
-
Nie ma co liczyć na gry Sony na sprzęcie Nintendo. Nigdy... Tym bardziej, że taki Horizon stopiłby Switcha swoimi wymaganiami sprzętowymi. A PUBG? Możliwe, że da się grać na przerobionej konsoli (dotyczy tylko pierwszego wydania konsoli).
-
Po tym co zobaczyłem w jedynce, Elexa 2 kijem przez ścierkę nie tknę. Czytałem, że gra przyniosła wydawcy straty - i bardzo "kurła" dobrze Może wreszcie ruszą dupska i przestaną robić gry, które pod względem mechaniki zatrzymały się 20 lat temu? Nie rozumiałem, nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem tłumaczenia, że "taki urok ich gier". To nie jest urok, to jest katorga dla przeciętnego gracza, która W KOŃCU odbiła się czkawką.
-
W chwili pisania tych słów nie było YT. Aplikacja została dodana jakiś czas później A polskiego menu nie ma, bo nie ma polskiego oddziału Nintendo.
-
Ten serial jest dość dziwny, ale fakt, ma swój urok i da się to jakoś obejrzeć (wolę go od Pony Life i Tell Your Tale). Widziałem ostatnio odcinki z dinozaurami i muszę przyznać, że nie spodziewałem się aż tylu nawiązań do Parku Jurajskiego
-
Najnowszy odcinek The Owl House to coś niesamowitego
Zrobiło się naprawdę mrocznie, a do tego stało się to:
Spoiler- Pokaż poprzednie komentarze [1 więcej]
-
-
-
To była piękna lesbomancja, ale jak dla mnie przegrała ze starym Amity, poziomem kopnięcia między uszami jaki reprezentuje jej matka i z Hunterem. Hunter jest cudny.
Ale mam nadzieję, że nie pójdę w kierunku "Collector jest dobry, tylko samotny".