Startowałem kiedyś w młodzieżowych zawodach w wykonywaniu akrobacji, które odbywały się w Canterlocie. Zasady były proste. Wykonujesz akrobacje a jury przyznają punkty od 1 do 10. Było nas 12. Pech chciał, że zostałem 12, ostatni. Musiałem czekać aż wszyscy pokarzą co potrafią nim ystartuje. Pegazy dawały z siebie wszystko lecz znaczną przewagę punktów zdobył tylko jeden, niejaki Shining Blast. Jeżeli chciałem wygrać musiałem się sprężyć i dać z siebie wszystko.
Nadeszła kolej na mnie. Wyszedłem przed jury, i wzbiłem się w powietrze. Wykonałem kilka szybkich beczek i zwrotów, ale wiedziałem, że takimi sztuczkami nic nie zdziałam. Nagle do głowy wpadł mi świetny pomysł. W momencie poleciałem pionowo do góry, na kilkadziesiąt metrów i złożyłem skrzydła. Zacząłem spadać. Nabierając prędkości miałem nadzieję, że mi się uda, nie ćwiczyłem tego przed pokazem, więc mogłem liczyć tylko na szczęście. Na 3 metry przed ziemią, otworzyłem skrzydła i przed samym uderzeniem odzyskałem kontrolę nad lotem. Wymanewrowałem i lecąc tuż nad samą ziemią podleciałem prosto pod trybuny na których zasiadali sędziowie. Ich miny były bezcenne.
Przebiłem mojego rywala o kilka punktów, które dały mi zwycięstwo.