Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Zbliżała się pora kolejnego magicznego pojedynku, czemu sprzyjały tak doskonale znane i rozpoznawalne znaki, jak szczęk kół zębatych i przestawianych zębatek, skrzypnięcia otwieranych wrót, a także wydobywający się ze szczelin pył, towarzyszący drganiom wywołanym przez wspomniany mechanizm.

 

Zdaje się, że osoby odpowiedzialne za konserwację i kontrole tego miejsca zaniedbały swoich obowiązków... Jak okiem sięgnąć - pajęczyny. I to nie byle jakie pajęczyny. Poplątana, o różnych odcieniach bieli kołdra spowijała sufit, zaś dające się dostrzec tu i ówdzie kokony wtapiały się w gąszcz uczepionych sklepienia lampionów, które bardzo pokryły się kurzem. Na powierzchni też nie najlepiej - syczące węże pełzały to tu, to tam, zaś w losowych miejscach dało się dostrzec ślady po ich zdobyczach, które to spotkał raczej nieprzyjemny los.

 

A wystarczyło rzucić kilka prostych zaklęć... No cóż, zdaje się, że im mniej ma się do roboty, tym bardziej się tego odechciewa. Mógłbym urządzić cały wykład na ten temat, ale nie to jest celem mojej obecności na tej starej, ale jakże stonowanej arenie. Nie minęło wiele czasu i silne podmuchy powietrza zmyły z sufitu pajęczyny, zaś obłok magii uczynił z nich średnich rozmiarów kulę, w której nadal kotłowały się pająki. Cóż, będą musiały znaleźć sobie nowy dom. Kolejne zaklęcie miało przepędzić stąd węże, ale z drugiej strony, dlaczego nie uczynić ich egzotycznymi ozdobami?

 

Kolejna inkantacja i wszystkie syczące serpentyny zmieniły się w srebrne posągi, które przywarły do podłoża areny, rujnując tym samym jej idealną niemalże równość. Wypukłe posągi postały połysku natychmiast, jak zapaliły się magiczne lampiony. Wciąż, tu i ówdzie można było dostrzec trochę kurzu, jednakże wojownicy zdawali się niecierpliwić... No dobrze. Niech moc ich magii dokończy sprzątanie tego miejsca...

 

 

mlp___battle_of_the_sisters_by_aquagalax

 

 

Drodzy widzowie, zapraszam na kolejne starcie, w którym to zmierzą się Lordek oraz Zegarmistrz! Obaj wojownicy są dość znani, gdyż nawiedzili niejedną arenę magicznych zmagań i dostarczyli nam niemało wrażeń, lecz czy mając za sobą tyle doświadczenia, są w stanie zaskoczyć nas czymś nowym? Już za chwilę się przekonamy! Arena w kształcie siedmiokąta foremnego z całą pewnością pomieści nie tylko rzucających czary, ale także całą ich moc! Zobaczmy, czy te stare, dostojne mury, które jak dotąd ani myślały o emeryturze, zatrzęsą się pod wpływem kolejnej lawiny zaklęć!

 

Czas rozpocząć pojedynek!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uśmiechnął się w duchu.

Kolejne wyzwanie, kolejny przeciwnik.

Kolejna lekcja której miał dostąpić.

Cóż, będzie jak obiecywał. Żadnych restrykcji, żadnych ograniczeń. Tym razem pozwoli by moc płynęła przez niego niczym wartki nurt rzeki.

Jego kroki były spokojne, lecz od nagromadzonej mocy iskrzyło wokół powietrze. Ukazał się widowni jako wysoki osobnik, okryty długim, zielonkawym płaszczem. Twarz zaś jego spowijał długi i mocno zaciągnięty kaptur.

Jego zadanie było z gruntu proste.

Zaskoczyć widownie.

Ponownie.

Lecz czy nie robił tego wcześniej? Czy nie dawał im tego po cóż tu przybyli?

Teraz zaś miał najszczerszy zamiar zaskoczyć ich raz jeszcze. Choćby tylko ten raz.

Ku chwale swojej  oraz tych, którzy rozświetlali to miejsce przed nim.

Kiedy stanął na arenie jego wzrok obiegł wszystkie 7 ścian. Badał, sprawdzał, słowem - uczył się.

Wszak każdy skrawek wiedzy mógł być tym, który zadecyduje o jego umiejętnościach, a może i zwycięstwie?

Kiedy zadowolił się tą chwilą, nadeszła pora obrony.

Przygotował coś specjalnego. Na tyle specjalnego, że sam jeszcze nie wiedział czy użyteczność tego czegoś będzie stosowna.

Ale i na to przyjdzie odpowiedni czas.

- Rotacja.

Rzucił przed siebie mały metalowy dysk. Gdy tylko ten wylądował, rozbłysł silnym światłem i znikł.

Tak przygotowany czekał na swojego przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Upał lał się z nieba. To znaczy lałby się, gdyby arena nie była zadaszona i magicznie klimatyzowana. Postęp technologiczny to fajna rzecz.

Złoty pancerz stał zakurzony gdzieś na strychu. Lordek nie był aż taki głupi, żeby u progu lata zakładać na siebie kilkanaście dodatkowych kilogramów żelastwa. Sezon popisów przypada w jego kalendarzu na okres jesienno-zimowy. Po co robić z siebie debila, kiedy ogień leje się z nieba?

W kwestii mody zdecydował się na wysokie buty kawaleryjskie, które sięgały prawie że kolana. Wpuszczone weń były luźne spodnie, zwieńczone pasem utrzymującym je na biodrowej pozycji. Bohater do tęgich zdecydowanie nie należał. Nie był to szałowy element - zwykły kawałek skóry z klamrą, z artystycznym wyobrażeniem orła - skrzydło z wyrastającym z jego dołu szponem. W kwestii ochrony klatki piersiowej był już nieco bardziej konsekwentny. Górną część ciała okrywała luźna, biała koszula, na którą bezpośrednio narzucił brygantynę. W pancerzu nie było nic niezwykłego, oprócz tego, że miejsce jednej blaszki zastąpiła smocza łuska. Nie, nie ma w tym żadnej przebiegłej sztuczki, tylko pusta sakiewka. Gdyby to było w woli właściciela, to zażyczyłby sobie tego materiału jako głównego budulca. Przynajmniej mógł wybrać jej umiejscowienie, więc spoczęła na wysokości serca. 

 

-Brzmi stylowo i zawiera w sobie mnóstwo niepotrzebnego patosu. Nada się. - pomyślał

 

Warunki nie sprzyjały stylowym zbrojom, więc postanowił, że chociaż katalizator magii powinien porządnie wyglądać. Wybór padł na miecz, na który natknął się kilka miesięcy wcześniej, grając w jakąś miejscową podróbkę szachów. Jakieś wojny i młoty, to na pewno było w niej zawarte. 

Głowica wyobrażała orli dziób, jelec był parą zdobionych, złotych skrzydeł, a jego środek ozdabiał czerwony rubin o kształcie łzy.

Sama klinga należała do rodzaju obosiecznych. Jeżeli chodzi o długość, to wyglądał na miecz długi. Z tym, że ostrze nie zwężało się aż do sztychu, tylko posiadało tę samą szerokość na całej długości. Przez jego środek przebiegało pojedyńcze zbrocze.

Był to jednak głównie katalizator, stąd nie grzeszył ostrością. Fizyczną krzywdę można by było nim zrobić jedynie z bliska. Bliskiego bliska. Na tyle bliskiego bliska, które istnieje tylko wtedy, kiedy ktoś przygląda się broni wkładając jej sztych w swoje oko.

 

Stanął lekko przygarbiony, wysuwając lewą nogę nieco w kierunku znajdującego się na wprost do niego oponenta. Dotknął rubinowej łzy, a jego środkowy palec zapłonął czerwonym blaskiem. Nakreślił nim na podłożu znak, który najprościej można by nazwać strzałą.

 

- Prima Sangue.

 

Przez chwilę rysunek płonął swoją barwą, po czym także zniknął.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szkoda, że kaptur zasłaniał jego uśmiech.

Byś może przeciwnik wiedział by co go czeka.

- Ładunek.

Tym razem rzucił przed siebie metalową kulkę, która rozbłysła jak wcześniej dysk. I także znikła.

To wszak było tylko przygotowanie.

Ale trzeba było zająć się przeciwnikiem. Miał pewien dość prosty plan na to, choć nie wiedział czy nie za prosty.

- Exec Neru Rapido.

Najpierw nastąpiło namierzenie. Lordek mógł poczuć jak coś z zewnątrz skanuje jego osobę. Uczucie to podobne było do drobnych wyładowań, które człowiek odczuwa koło źródeł wysokiego napięcia.

A kiedy ustało, dłoń Zegarmistrza rozświetlił przyjemny dla oka, zielonkawy blask.

- Um tiro rápido!

Z dłoni wystrzeliły w kierunku Lordka liczne pociski złożone z tego samego zielonego światła. Nie trafiały go, lecz zaczynały latać wokół niego, niczym chmara świetlików.

A im więcej ich było, tym bardziej zasłaniały mu one cel, jakim niewątpliwie był Zegarmistrz.

Wyczekując momentu aż te zasłonią go całkowicie, rozproszył ich jeszcze więcej, tworząc na arenie, prócz Lordka, 4 kolejne skupiska świetlików.

W jednym był jego przeciwnik, w jednym był on zaś 3 pozostałe były przynętą czekającą na nieostrożny krok oponenta.

Tak przygotowany, a może raczej, zabezpieczony, rozpoczął zbieranie energii potrzebnej do następnego zagrania.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trzy zaklęcia. Trzy potencjalnie groźne zaklęcia. A trzy potencjalnie groźne zaklęcia, to prawie jak trzy groźne zaklęcia. Trzeba więc działać. Też groźnie. Chociaż trochę. Nigdy nie wiadomo z kim się pójdzie na cydr po pojedynku.

Jak uczył szanowny znawca sztuki przetrwania - Mak Gajwerus - z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.

W pierwszej chwili Lordek był zdezorientowany. Nawet mocno. Nagle nijaki kolor areny, zastąpiła mu zielona kurtyna, która znacznie ograniczała sprawność jego zmysłu wzroku. W środku miał na szczęście trochę miejsca dla siebie. Może nie na tyle, żeby spędzić tam resztę życia, ale na wyczarowanie kserokopiarki, która się tam zmieści - w sam raz. Właśnie! Kserokopiarka!

 

-Xero - prosta inkantacja, a po niej równie prosty gest. 

 

Uwięziony lekko naciął swoją lewą dłoń. Paznokciem. Nie był na tyle głupi, żeby w kwestii cięć zaufać swojemu mieczowi. Pojawiła się na niej kropla krwi. Czuł, jak stopniowo napełnia się mocą. Przeszył go lekki dreszcz. Stwierdził, że niegłupim posunięciem będzie zwiększenie rozmiarów powstałego ładunku. Energia skoncentrowana w małej kropli mogła by być dla niego niebezpieczna w skutkach, ze względu na wysoką koncentrację magii w środku. Jako, że miał słabość do pomarańczy, zadecydował, iż taka wielkość będzie w sam raz.

Położył maleństwo na ziemi.

A ono? Zaczęło się rozrastać, przenikając przez bohatera, pęczniejąc coraz bardziej, aż krwawa powłoka zaczęła napierać na jego zielone więzienie. Przez parę chwil obie siły zmagały się ze sobą, by w końcu jedna kopuła została zastąpiona drugą, autorską. Ot, żadne arcymistrzostwo magii, ale jedno solidne uderzenie powinna wytrzymać zanim pęknie.

 

Teraz przyszedł czas na odpowiedź - Lordek, tym razem spróbował mieczem, skaleczył się nim w każdy z palców lewej ręki. Pozwolił, by na ziemię skapnęło pięć kropel krwi, po jednej z każdego palca. Aktywowało to jego poprzednie zaklęcie.

 

Z powierzchni ziemi wydostało się i powoli zaczęło się unosić pięć strzał. Kiedy dotarły na wysokość jego klatki piersiowej, pstryknął palcami. 

W jednej chwili cztery z nich wyruszyły w stronę pozostałych kopuł. Pułapki eksplodowały, a powstała fala uderzeniowa obaliła posągi w ich okolicy, niektóre z nich obracając w drobny mak. Spod jednej z nich wyłonił się Zegarmistrz. 

Dziękując Bogom za pięć palców, a nie cztery, bohater ponownie pstryknął palcami, a ostatnia ze strzał ruszyła pędem w kierunku oponenta.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zegarmistrz się wyłonił. Owszem.

Tym razem nie miał na sobie już płaszcza, zastąpiła go kurta z kapturem, wykonane z jakiegoś mocno fioletowego materiału, w podobnym kolorze leżała na nim zbroja skórzana, z nogawicami, lecz bez rękawic - potrzebował wszak swobody ruchu. W dłoni zaś, na karykaturę Lordka, dzierżył kordelas, odrobinkę dłuższy niż jego tradycyjny model. Czarne wygrawerowane ostrze z drobnym acz widocznym szmaragdem w głowni.

Lecz widowni Zegarmistrz nie pokazał się sam.

Tylko z trójką osiemdziesięcio funtówek. Dwie z nich zaś wycelowanych w Lordka.

- Słoneczna Kula - OGNIA!

Jego pierwszy strzał, przypominający kulę światła, zderzył się z pociskiem Lordka, niwelując oba w locie.

- Słoneczna Kula - OGNIA!

Drugi uderzył w "pomarańczową" bańkę chroniącą przeciwnika. Eksplozja nie była na tyle mocna żeby zrobić mu krzywdę, ale dość mocna by zniszczyć tą prowizoryczną osłonę.

- Księżycowa Kula - OGNIA!

Trzeci strzał wyleciał wysoko w powietrze, uderzając w sufit. Przez chwilę wszystkie zielone świetliki, rozproszone strzałami Lordka, latały bezwładnie. Lecz kiedy kula błękitnego światła uderzyła w sklepienie, te zebrały się koło wybuchu.

- Deszcz Szarpnęli.

Zielone światełka zaczęły spadać, masowo, na głowę przeciwnika. Każdy z nich zatrzymywał się niczym ogniwa łańcucha.

Pierwsze przed ziemią, kolejne przed pierwszymi, tworząc wokół Lordka klatkę w kształcie kolumny, utkaną z tych magicznych świetlików.

- Spades.

Zielone świetliki rozbłysły i wybuchły w jednej reakcji łańcuchowej. To jak pole min głębinowych - potrącisz jedną, fala wybuchu zacznie detonować kolejne.

Zegarmistrz liczył że to znowu uniemożliwi przeciwnikowi czyste namierzenie go.

- Nasycenie

Tym razem wyciągnął z kieszeni kilka kolorowych kulek, wielkości pestek od wiśni.

Rzucił je przed siebie i jak uprzednio, tak i te znikły w rozbłysku światła.

A by chronić się przed oponentem skupił trochę energii na swojej zbroi, tkając na niej zaklęcie zawiłymi symbolami. Ot zabezpieczenie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W związku ze znacznym okresem zastoju pojedynku, w myśl przyjętych zasad oraz informacji od stron walczących, jestem zmuszony ogłosić zakończenie pojedynku.

 

Ponieważ minimalna ilość postów na uczestnika nie została osiągnięta, zaś ostatnie słowo należało do Zegarmistrza, to właśnie on wygrywa to starcie!

 

Dziękujemy za poświęcony czas, mimo wszystko. Pojedynek niebawem znajdzie się w archiwum...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...