Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Pierwsza runda turnieju odbywała się na podstawowej arenie. Organizatorzy najpewniej nie chcieli nikomu dawać lepszych kart na początek. Sama zaś arena była prosta. Wysoki kamienny mur otaczał długi na kilkadziesiąt metrów plac pokryty ubitą od licznych walk ziemią. Arena nie miała dachu, więc prócz naturalnego, dodano też magiczne oświetlenie, by walka była doskonale widoczna dla widzów. Ci zaś oddzieleni byli, jak zawsze, silnym polem antymagicznym od toczących się starć.

 

 

twilght_and_sunset_vs__the_changelings_b

 

 

Już za chwilę, na tej oto arenie, przyjdzie nam obejrzeć magiczny pojedynek między tajemniczym Adivlionem, a znanym z poprzedniego Turnieju miłośnikiem gier RPG oraz Elvenking, na zawsze wiernym Fluttershy, cenionym na całym cywilizowanym świecie powieściopisarzem, Alberichem! Zdecydowanie, weteran poprzedniego Turnieju zdaje się być dużo bardziej otwarty, niż jego przeciwnik. Advilion zapewne chce, abyśmy sami ukształtowali swe zdanie o nim i scharakteryzowali jego osobę, oceniając nie deklaracje, lecz czyny, wolę walki oraz kreatywność.

 

Czy tajemniczość Adviliona będzie stanowić jego tajną broń w starciu z Alberichem? Co zaprezentują nam magiczni wojownicy? Czy czeka nas niespodziewany zwrot akcji? Przekonajmy się!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak oto właśnie zaczęły się pierwsze rundy magicznych pojedynków.

 

Tak oto Alberich znowu się spóźnił...

 

Młody, brodaty, długowłosy mag w zielono-żółto-studenckich szatach wbiegł na arenę w wielkim pośpiechu. Po drodze zatrzymał się, by pozbierać notatki, które wypadły mu z torby. Na wszelki wypadek wziął ich dość sporo, ponieważ nie wiedział o swoim przeciwniku i jego technikach zbyt wiele, musiał być gotowy na wszystko. Czarodziej przypomniał sobie swoją pierwszą walkę i uśmiechnął się w duchu. Zastanawiał się, jakie tym razem będzie stężenie przemocy w przemocy, ale podejrzewał, że trochę większe.

 

Stanął na ubitej ziemi, zdjął kapelusz i elegancko się kłaniając (przy okazji z kieszeni wypadło mu kilka jesiennych liści i mała buteleczka rumu, składniki magicznych rytuałów), po czym zwrócił się do swojego oponenta, uśmiechając się serdecznie:

 

– Jestem przekonany, że to będzie dobra walka. Życzę powodzenia – podszedł i podał przeciwnikowi rękę w myśl starej zasady "rywale, nie wrogowie".

 

Po wymianie uprzejmości pomachał do publiczności, a następnie znowu zajął pozycję. Trochę się stresował... kogo ja próbuję oszukać? Więcej niż trochę. Ten pojedynek mógł skończyć się dosłownie wszystkim. Co gorsza jego własne czary mogły być momentami równie niebezpieczne dla niego samego, co skomplikowane zaklęcia jego wroga. Trudno, kto nie ryzykuje, ten nie je. (Choć wynikało by z tego, że studenci nigdy nie ryzykują. Otóż, moi mili, ryzykują. Tylko dziwnym trafem w grze o życie częściej wygrywają piwo niż posiłek.)

 

– Uhm... jest taki problem... – jęknął wyciągając stosy kartek. – Długo zastanawiałem się, co powinienem zrobić na początek, a jakoś teraz nie mogę się zdecydować... Jakie by tu przywołać zaklęcie...?

 

Przekartkował swoje notatki. Miał ich zdecydowanie za dużo, co gorsza ze swoim paskudnym pismem i tak nie umiał odczytać większości. Jedyną rzeczą, która miała jakąś wartość merytoryczną w jego torbie był podręcznik i kilka wydruków. Reszta nadawała się na przemiał.

Olśnienie przyszło nagle.

Zielony czarodziej zaśmiał się krótko ciskając w górę większość kartek.

– Na cholerę mi one? Znaczy... może jednak się do czegoś przydadzą. Czas rozpocząć magię! Ach... od czasu do czasu pozwolę sobie rzucić coś rymem, to dobrze wpływa na czary.

 

Wyciągnął swoją promieniującą wielką mocą różdżkę, drewnianą, całą oplecioną wiecznie zielonymi liśćmi i żółtymi piórkami. Machnął nią nad głową, gdzie ciągle jeszcze opadały kartki papieru, po czym rozpoczął inkantację:

 

Może popełniam błąd, może nie mam racji

Lecz postanawiam przebudzić, machinę biurokaracji!

Wtenczas wielka siła, która najmocniejszych gnie

Sprawia, że papier żywy, wszystkich kąsa i tnie!

 

Nie pamiętał, gdzie pierwszy raz usłyszał o tym zaklęciu, jednak wbrew temu co wielu mówiło, było ono całkiem niebezpieczne. Często stosowało się go do obrony urzędów, bibliotek i szkół. Kto by przypuszczał, że tak powszechny materiał jak papier mógł stać się bronią, gdy zmusiła go do tego konieczność.

 

W jednej chwili wszystkie notatki zaczęły się składać, niczym origami. Dziesiątki kartek, które rzucił w górę przybrały kształty małych pajączków, ptaków, lub po prostu dziwnych, ostrych i nadzwyczaj ruchliwych tworów. Do tego wszystkiego nasycony mocą papier stał się nagle o wiele wytrzymalszy... i ostrzejszy. Dookoła Albericha zaczął pełzać rój niewielkich istot. Wyglądały raczej sympatycznie, a nawet do pewnego stopnia uroczo, z całą pewnością jednak w takiej liczebności potrafiły zrobić krzywdę.

 

– Naprzód, moje drogie, papierowe stwory! – zawołał mag wskazując swoją różdżką przeciwnika.

 

Chmara ożywionych kartek, obecnie w najróżniejszych kształtach origami: pająków, ptaków, skorpionów, różnorakich insektów lub szczurów, ruszyły na drugiego czarodzieja. Chyba nie miały przyjaznych zamiarów.

 

– Powodzenia raz jeszcze! – dodał Alberich zastanawiając się nad kolejnym czarem.

 

"To będzie lekko stresujące, ale też na pewno bardzo interesujące" podsumował zaczynającą się walkę w myślach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak mógł się rozpocząć turniej dla Adviliona? Oczywiście spóźnieniem. O dziwo, nie tylko swoim, lecz także oponenta. Ba, tamten spóźnił się nawet bardziej. Na tyle, by blondyn zdołał poprawić czerwony mundur i śnieżnobiałe spodnie. Za pomocą magii, oczywiście, inaczej oczyszczenie ubrań zajęłoby mu o wiele więcej czasu. Na całe szczęście, wyrobił się z uporządkowaniem stroju, a nawet naprawieniem swojego słuchu i zdołał stanąć na polu walki spokojnie, pozornie nieuzbrojony, może poza krótkim nożem, walającym się w kieszeniach obok butelki wina czy dusz magicznych stworzeń. Tak, czego jak czego, ale miejsca w nich mu nie brakowało. Magia to naprawdę wspaniała przyjaciółka, oferująca wiele w zamian za dobre stosunki z nią.

 

Sporo słyszał o swym oponencie, lecz jeszcze nigdy nie miał okazji spotkać się z nim twarzą w twarz. Czy czuł przed nim strach? Gdyby nie pojedynek z Zegarmistrzem pewnie żywiłby w sobie obawy. Jednak z tamtej walki wyciągnął więcej doświadczenia niż ze wszystkich swoich uprzednich zwycięstw poza arenami. Po takim starciu nie musiał się bać, a jedynie wiedzieć, jak okazać szacunek swojemu oponentowi. Najlepiej dając z siebie wszystko i nie oszczędzając go ani trochę.

 

Ukłon? Stara maniera, chociaż warta odwzajemnienia. Nie miał wprawdzie kapelusza, który mógłby ściągnąć, lecz zgięcie się wpół powinno wystarczyć.

 

– Zgadzam się w zupełności. Ta walka na pewno będzie niezwykłym przeżyciem dla nas obu – uśmiechnął się, dając uścisk dłoni. Oby ta atmosfera zdrowej rywalizacji utrzymała się do samego końca. – Powodzenia.

 

Nim zdążył się zorientować, już stał się celem roju niezbyt przyjaźnie nastawionych celulozowych stworów. Zdołał usłyszeć kolejne przychylne słowa. Mimowolnie się uśmiechnął. Tak, ten pojedynek zdecydowanie będzie wspaniałym i niezwykle przyjemnym doznaniem.

Lecz teraz liczyło się zlikwidowanie zagrożenia. Niby wystarczyło tylko pstryknąć palcami i obrócić te wszystkie notatki w popiół, lecz nie wolno chodzić najkrótszymi ścieżkami. Pomysł był równie ważny, jak efekt. A może by tak… oczywiście! To genialne a zarazem niesłychanie piękne w swej prostocie.

 

Advilion wyciągnął rękę przed siebie i nakreślił nią krąg w powietrzu. Znak natury. I kolejny, bardziej skomplikowany, lecz też o wiele mocniejszy, znak przeszłości. Połączone ze sobą, zaczęły kręcić się w tempie równym akcji co poniektórych opowiadań początkujących pisarzy. Znaczy się, ogromnym. Im szybciej rotowały, tym większe się stawały, aż w końcu doszło do eksplozji, swym zasięgiem obejmującą tych niezwykłych przeciwników. Nie był to jednak wybuch ognia, czy nawet gazu, lecz czystej magicznej energii.

 

Karteczki opadły na posadzkę areny, stając się brązowe oraz zapuszczając korzenie, przebijające twardą ziemię. Po chwili mało w nich zostało z stworzonek, jakimi uczynił je Alberich, przypominały raczej młode drzewka i krzaki, żywe istoty niepotrzebujące magii do życia. Niestety, biedaczki nie miały w sobie duszy. Problemu nie stanowiło jednak nadanie im ich.

 

Wyciągnął z kieszeni duchy, wbrew panującym przesądom niemające formy świetlistego gazu, lecz prochu, mieniącego się najróżniejszymi kolorami tęczy. Ułożył je na ręce i dmuchnął w nie, pozwalając im rozlecieć się po powierzchni areny w poszukiwaniu nowych ciał. I takie znalazły.

 

Zaczęły wyrywać świeże korzenie spod ciężkiej ziemi, przyjmując humanoidalne kształty. Malutkie rączki, tycie nóżki i połyskujące w świetle dnia oczka. To wciąż rośliny czy już zwierzęta? A może coś pomiędzy? A może nowa generacja mitycznych stworzeń? Tyle pytań, a odpowiedzi ani widać, ani słychać.

 

W każdym razie, stworzonka nie próżnowały, rzucając się na czarodzieja z kosturem. Atakowały na sposoby przeróżne, gdyż do głupich bynajmniej nie należały. Miały swój spryt oraz instynkt samozachowawczy. A także pomysły, całą masę pomysłów. Tworzyły z siebie drabiny, wyrzucały z siebie liście niczym ostrza i łączyły w większe, potężniejsze twory. I pomyśleć, że natura wymagała tylko lekkiego wsparcia, by utworzyć tak skutecznych małych wojowników.

 

Zaś osoba, która tej pomocy Matce Naturze udzieliła, ocknęła się jakby z transu i uśmiechnęła odrobinę przepraszająco.

 

– Wybacz, że się nie odzywam, ale tworzenie jest tak pasjonującą czynnością, że zapomina się o otaczającym nas świecie – powiedział do swojego oponenta mag o blond włosach, drapiąc się po karku.

 

Ta walka zapowiadała się naprawdę ciekawie, a do tej pory stosowali tylko transmutację. Gdy do głosu dojdą potężniejsze czary, ten pojedynek stanie się naprawdę interesującą przygodą, zdolną zaspokoić wymagające niezwykłych wrażeń zmysły widowni. A nawet jeśli nie, to pozostanie duma z udziału w tak wspaniałym starciu.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Warto było rzucić to niezbyt skuteczne bojowo zaklęcie tylko i wyłącznie dla odpowiedzi przeciwnika. Alberich patrzył z nieopisanym podziwem na jego umiejętności. Połączenie kręgu natury z cofnięciem czasu substancji. Tak oto Advilion przeszedł drogę od papieru, przez drewno aż do życia. Zdumiewające i piękne.

 

Nie można się było zdziwić, że oponent na chwilę zapomniał o całym świecie, oddając się pasji tworzenia. Duch, którego tchnął w te stworzonka nadał im niespotykaną formę, w jednej chwili coś, co kiedyś było garstką kartek, stało się prawdziwym dziełem mistrza przyrody. Czarodziej zaśmiał się w duchu na wspomnienie pojedynku z Fiskiem, któremu zdarzało się patrzeć z zachwytem na to, co działo się na arenie. Teraz ani trochę się mu nie dziwił. To wszystko było takie wspaniałe...

 

Dopiero ukłucie nadzwyczaj ostrego liście przywołało go do porządku. Podziwiać mógł sobie przy okazji, najważniejsze było toczenie walki, kreatywnej i skutecznej. Jako, że przeciwnik dobrze zagrał, nie można mu było pozostać dłużnym. Poza tym... co jak co, ale Alberich – mag w zielonych i żółtych kolorach, szczerze lubił naturę. Wcześniej mogło mu nie starczyć mocy i siły przebicia, by dostosować okolicę, teraz jednak, gdy wszystko ożyło materią papieru i duchem tkniętym przez Adviliona, dało się zrobić znacznie więcej.

 

Mag zatoczył krąg swoją różdżką, na chwilę odsuwając od siebie wszystkie stworki z wyjątkiem jednego, tego najbardziej przypominającego roślinę. Następnie bezpośrednio dotknął go magicznym przedmiotem przywołując proste zaklęcie zbadania i pobrania esencji. Wszystko poszło tak jak powinno, pozostało tylko nakierować energię wszystkiego co w tym żyło w odpowiednią stronę.

 

Dotknął różdżką podłoża. W jednej chwili zaczęło się ono zmieniać, z ubitej, twardej ziemi w porośniętą gęstą, soczyście zieloną trawą łąkę. Na początku rośliny objęły we władanie tylko teren kilka metrów wokół maga, systematycznie jednak powiększając granice swojego trawiastego królestwa, aż ostatecznie zajęły całą arenę, sięgając do nasączonych zaklęciami obronnymi trybun.

 

"Od razu lepiej" pomyślał Alberich wzdychając. Szybkim ruchem ściągnął swoje buty i usunął je mocą swojej magii. Tak piękny trawnik wymagał tego, by chodzić po nim zupełnie boso.

 

Możecie zapytać, jaka była przydatność bojowa tego czaru. Odpowiadam – żadna. Jednak cóż poradzić, że Alberich zwyczajnie lubił dostosowywać wygląd terenu do swoich upodobań. Problem w tym, że żywe istoty stworzone przed Adviliona ciągle stanowiły zagrożenie. Trzeba było koniecznie coś z nimi zrobić.

 

Rzecz jasna mógł po prostu przywołać odrobinę płomienia i zwyczajnie pozbyć się niebezpieczeństwa. Jednak nawet przez myśl nie przeszła mu taka alternatywa, zrobienie takich zniszczeń prawdziwie żywym istotom w imię pojedynkowania się i ratowania własnej skóry nie było nawet barbarzyństwem, a najprawdziwszą zbrodnią. Należało to rozegrać inaczej.

 

Nawet już wiedział jak. Uśmiechnął się zataczając kolejny krąg różdżką. Z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza wyciągnął niewielkie, lekko świecące nasionko. Nie pamiętał już skąd je zdobył, stanowiło jednak jego mały skarb, mogło z niego wyrosnąć Drzewo Magii, roślina z mitów innych światów, mająca naturalną moc splatania sił magicznych dookoła siebie, tym samym czynnie zmieniając rzeczywistość. Normalnie coś takiego nie wyrosłoby tak po prostu, jednak w okolicy nasączonej czystym duchem i esencją życia nie stanowiło to większego problemu. Wystarczyło tylko odrobinę przyśpieszyć proces.

 

Nie przerywał rysowania różdżką kół. W ten sposób stopniowo zasysał płynącą w istotach Adviliona moc, by zebrać ją w jednym miejscu. Następnie, gdy kawałek podłoża pod nim dosłownie kipiał tajemniczą mocą, Alberich najzwyczajniej w świecie wetknął tam nasiono. Momentalnie ziemia zaczęła miarowo wibrować i dudnić. Rodziło się coś wielkiego. Nadszedł czas na inkantację:

 

Przybądź na me wezwanie

Wielkie Magiczne Drzewo

Niechaj otworzy się niebo

Weź duchy w swoje władanie!

 

– Wiele nordyckich ludów w swojej mitologii umiejscawiało drzewo świata, takie jak Yggdrasil – powiedział po zakończeniu czarów. Nie mógł powstrzymać się od tego, by rzucić kilka słów. – Myślę, że może to wzbogacić naszą arenę. No i na pewno mi się przyda, gdy będę je miał po swojej stronie.

 

Zrobił krok do przodu dokładnie w momencie, w którym z ziemi zaczęło wyrastać drzewo. Złapał za niewielką gałązkę, śmiejąc się pod nosem. Musiało to wyglądać trochę głupio, przynajmniej przez chwilę.

Bo po kilku sekundach drzewo nie było już sadzonką. Korzystając z otoczenia, które stworzył Advilion, rosło bardzo szybko. Wkrótce bose stopy Albericha oderwały się od ziemi, mag wspiął się na coś, co chwile wcześniej było niewielką gałęzią, a teraz stało się konarem. Usadowił się wygodnie w koronie, pośród pachnących, rozwijających się liści. Sam sobie musiał przyznać, że to były piękne czary. Podziękował w duchu rywalowi, że swoimi zaklęciami mu na to pozwolił.

 

Gdy drzewo stało się naprawdę duże, czarodziej lekko trącił je różdżką dodając:

– Zbudź się.

Gdzieś na środku pnia, na twardej, chropowatej korze, zabłysnęły na niebiesko-zielono dwa punkty. Dzięki magii Adviliona rośliny były czymś znacznie więcej, co umożliwiło Alberichowi przywołanie sobie czegoś w rodzaju enta. Niestety, ku jego rozczarowaniu okazało się, że ten nie był zbyt rozmowny.

Czarodziej wzruszył ramionami. Kilka razy splótł magię, by zobaczyć, czy jest w stanie jakoś nakierować ruchy tej istoty. Szczęśliwie był. No cóż... nadszedł czas, by trochę rozruszać rywala.

 

– Oto ożywione Drzewo Magii – powiedział Alberich dając entowi znak, by zbliżył się do drugiego maga. – Wielkie, nasączone mocą i bardzo silne.

 

Na następny gest czarodzieja ożywione drzewo podniosło kilka swoich wielkich konarów, gotowe opuścić je na drugiego maga.

 

"Ciekawe jak poradzi sobie z tym" zastanawiał się Alberich jednocześnie dając entowi sygnał do ataku. Wielkie konary z impetem poleciały w dół.

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Takie wspaniałe Drzewo Magii pewnie warte było uwagi. Szkoda, że Advilion nie miał okazji się mu przyjrzeć, bo ożyło (znaczy się, żyło cały czas, ale nabrało cech ludzkich) i najwyraźniej nie stało po jego stronie. Trudno, trzeba będzie sobie z nim jakoś poradzić. Ale szkoda byłoby niszczyć tak piękny okaz połączonych sił natury i magii. Na całe szczęście, istniały też inne sposoby na unieszkodliwienie tego stwora.

 

– Lubisz może westerny? – zapytał się żółto-zielonego maga, uciekając przed nieodpuszczającymi nawet na chwilę konarami. Pewnie wyglądał komicznie, ale to i tak lepsze rozwiązanie, niż skończenie z kośćmi przetrąconymi siłą entopodobnego stwora. – To urządzimy sobie małe rodeo.

 

W pośpiechu wyciągnął z kieszeni butelkę wina, odkorkował ją i cóż, wylał na zazielenioną posadzkę. Każde źródło wody wystarczyło by nadać moc zaklęciu, jakie chciał rzucić. Ale potrzebował jeszcze krótkiej inkantacji:

 

Jak wszyscy dobrze wiecie

Koń to Posejdona dziecię

Więc przyzywam jego czary

Niech żyją te magiczne mary!

 

Najpierw kałuża, zamiast wsiąknąć w ziemię, wzniosła się do góry, przyjmując niesprecyzowany jasno kształt. Potem wystrzeliły z niej strumienie w liczbie dokładnie ośmiu. Po chwili cztery z nich uformowały się w nogi zakończone kopytami, dwa w skrzydła, a pozostałe w łeb i krwistoczerwony ogon. Samego zaś pegaza, gdyż tym właśnie było stworzenie swe początek biorące z wina, pokrywała bordowa sierść. Swych winnych początków widocznie tak łatwo nie mógł się pozbyć.

 

Advilion zaś, dosiadając wierzchowca na oklep, żywił nadzieję, że nie popsuje sobie w ten sposób stosunków z koniowatą częścią widowni. Wiedział, jak niektórzy mogą być drażliwi na tym punkcie. Delikatnie pogładził pegaza po grzywie, rozkazują… Nie! Stop! Prosząc go o to, by wzniósł się w powietrze.

 

Będąc już w bezpiecznej odległości od enta i jego maga, zaczął przygotowywać swój kontratak. Odrobina światła, trochę dobrej woli, ciupka magii i przeciągnięcie rękoma w powietrzu, a broń pojawiła się mu w dłoni. Świetliste lasso, utworzone w ledwie kilka chwil, a godne Niebiańskiej Kuźni pod względem swej wytrzymałości.

 

– Ihaaaa! – krzyknął radośnie, wymachując tą liną z czystej jasności w powietrzu. – I kto teraz złapie drzewca za konary?

 

Przynajmniej podczas lotu na pegazie, nazwanym ze względu na swe procentowe pochodzenie Thirsty, nie wyglądał tak głupio, jak podczas uciekania przed ciosami pieszo. Ba, udało się mu nawet wypracować lekką przewagę ze względu na szybkość tegoż wierzchowca.

 

Rzucił lassem w roślinnego stwora, okrążając go. Utworzone z światła, było nieskończenie długie, a zarazem niemalże niezniszczalne. I co także ważne, pozwalało unieruchomić drzewca, nie zabijając go przy tym. Szkoda by było poświęcać takie cudo tylko dla zwycięstwa, a niegroźne wciąż mogłoby zdobić arenę pięknem swojej naturalności, na dodatek okręcone jasną, świecącą liną niby choinka.

Edited by Advilion
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

GONG!

 

Serce mi się kraje, zęby zgrzytają, smutek ogarnia wszystkie me myśli...

 

 

Minimalna liczba postów na uczestnika w danym pojedynku wynosi trzy posty. Jeżeli nie zostanie ona osiągnięta, wówczas zwycięzcą jest ten, kto odpisał jako ostatni.

 

W związku z powyższym punktem regulaminu, jestem zmuszony rozstrzygnąć pojedynek bez ankiety. Ponieważ jako ostatni odpisał Advilion, to właśnie on zostaje zwycięzcą pojedynku!

 

Oczywiście, serdecznie gratuluję zwycięzcy oraz jego rywalowi, aczkolwiek ubolewam nad tym, że obyło się bez głosowania, bez komentarzy wiernych fanów, bez, być może ostrej wymiany zdań, ot, tak "automatycznie". Nie dane nam było skosztować Waszego stylu więcej, nie wspominając już o karmieniu zmysłów efektywnym pojedynkiem.

 

Cóż, bywa i tak. Oby w następnej rundzie nie zabrakło nam emocji.

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...