Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Arena XVIII  

7 members have voted

  1. 1. Kto zasłużył na miano zwycięzcy pojedynku?

    • Advilion
      7
    • Alder
      0


Recommended Posts

Arena znajdowała się na szczycie wulkanu, sztucznie podtrzymywanego w stanie aktywności przez magię. Celem nie jest w żadnym wypadku stworzenia zagrożenia dla zdrowia i życia uczestników – po prostu, efekt końcowy jest dzięki temu dużo, dużo lepszy, zaś efekty specjalne, jak również atmosfera otaczająca to miejsce wiele zyskiwała.

 

Uformowane dzięki starożytnym runom skalne półki i zawieszone w powietrzu płyty tworzyły właściwą arenę, składającą się z kilku „warstw”. Na samym dole znajdowały się zanurzone w lawie skały. Dzięki specjalnemu zaklęciu zostały one zabezpieczone w taki sposób, by można się było po nich poruszać, bez ryzyka nabawienia się oparzeń. Co nie zmienia faktu, że zaleca się NIE wskakiwanie do samej lawy.

 

Nieco wyżej dostrzec można liczne skalne półki, o różnych rozmiarach i kształtach. Niektóre się ze sobą łączyły, inne dzielił pewien dystans. Jeszcze wyżej mamy zawieszone w powietrzu, chybotające się na wietrze płyty ze stali. Jedne podtrzymywały same zaklęcia, drugie trzymały się dzięki grubym łańcuchom. Co jakiś czas uderzał w górę duszący pył, a niebo nad wulkanem nabierało czerwieni. W gorącym, suchym powietrzu dało się odczuć delikatną woń siarki. Zdecydowanie, ci, którzy właśnie wkraczali na ową arenę, napełnieni byli odwagą i determinacją.

 

 

_request__silhouette_by_ruffu-d5md9u1.jp

 

 

Oto na wulkaniczną arenę wstępują Advilion oraz Alder. Który z nich wywalczy sobie drogę ku rundzie trzeciej?

 

Niech rozpocznie się pojedynek!

Edited by Hoffman
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czyż to nie piękne? Kolejne możliwości, kolejna walka. Drugi raz przekraczałem bramy areny na której miał się odbyć magiczny pojedynek... błąd, w istocie był to pojedynek woli, umysłów, bo tylko tak można coś osiągnąć. Magia w tym wszystkim była tylko dodatkiem, ale w brew pozorom dodatkiem niezmiernie ważnym, na swój sposób stanowiącym meritum, tego co działo się na arenach, na których najlepsi magowie starali się dowieść swej wartości. Każdy miał inny cel inny plan... a co jeśli plan zawiedzie? co jeśli misterne przygotowania spełzną na niczym? wtedy pozostaje jena opcja do wyboru, walczyć, dostosować się do sytuacji, dokonać analizy, ale nigdy nie należy oddawać pola, nawet beznadziejną sytuacje można obrócić na swą korzyść, a jeśli historia nas czegoś uczy, jeśli coś jest w życiu pewne to to że każdego można pokonać. Nauka płynąca z walki winna być rozkoszą bogów, bo cóż jest piękniejszego od owej walki, oraz wiedzy jaką za sobą niesie?... pewnie coś by się znalazło ale, nic nie jest proste ni oczywiste.

 

To co ujrzałem po wkroczeniu na arenę, wprawiło mnie w prawdziwą mieszankę nastrojów. Sama arena znajdowała się na szczycie aktywnego wulkanu - znowu? litości! ale dobrze, niech tak będzie ... niech tak będzie - pomyślałem, po czym zacząłem wertować wzrokiem samą arenę, głazy skąpane w lawie oczywiście odpowiednio zabezpieczone przez magie, skalne półki o różnych rozmiarach i kształtach i stalowe płyty wiszące w powietrzu dzięki magii lub dzięki łańcuchom plus zapach siarki, uroczo i klimatycznie, miałem tylko nadzieje że zaklęcia które będą tu miotane na lewo i prawo nie wywołają erupcji wulkanu.

 

Szybkim susem wskoczyłem na jedną z wyżeł położonych skalnych półek by lepiej przyjrzeć się otoczeniu. Na pewien sposób arena była trudna...ale to dobrze, sama jej konstrukcja zamykała jedne furtki do przeprowadzenia ataku inne zaś otwierała i już miałem nawet pomysł jak to wykorzystać ale wszystko w swoim czasie. Ze zdumieniem stwierdziłem że stawiłem się pierwszy co oznaczało że mój przeciwnik jeszcze nie przybył, no cóż poczekajmy. Tak jak poprzednio towarzyszył mi mój kil bojowy, torba oraz epicki płaszcz i tak jak poprzednio zapaliłem papierosa i nie stawiałem żadnych zaklęć obronnych czy też pułapek. Starałem się nie myśleć o czekającym mnie starciu lecz zachować otwarty umysł. - Witaj Publiczności! niech dzisiejszy pojedynek będzie istnym festiwalem ognia i zniszczenia! - wrzasnąłem bez namysłu, rozkładając przy tym teatralnie ręce, co pozostało? pozostało tylko czekać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Młody mag niczym się nie zmienił od poprzedniego starcia, poza jednym szczegółem, mającym postać pierścienia z krwistoczerwonym rubinem. Nie mógł rozstać się z Thirstym, pegazem, który powstał z wina. Szybko się do niego przywiązał, podobnie jak do wielu innych istot żyjących, jakie to spotykał podczas swych podróży. Tak, te wspomnienia zdecydowanie godne były uwagi, lecz nie w tym momencie, podczas pojedynku przesądzającego dalsze losy jego roli w Turnieju. Każde starcie miało taką samą wartość, zarówno to, poprzednie, jak i może następne. Nadzieja wypełniała jego serce, podobnie jak gorące opary arenę, na której miał zmierzyć się z Alderem.

Tuż po przejściu przez wrota, schylił się i dotknął dłonią do rozgrzanego podłoża. Poczuł przyjemne ciepło, dające mu pewną inspirację na przeprowadzenie pokazu umiejętności magicznych. Lecz na to jeszcze przyjdzie czas, pierwszym krokiem powinno być poznanie oponenta i dostosowanie swojej strategii do niego właśnie. Kij, płaszcz i torba - to wszystko było w porządku, nie powodowało jakichś negatywnych uczuć w odróżnieniu od tego, co Alder trzymał w ustach... Advilion nie miał przyjaznego nastawienia do jakiegokolwiek nałogu, a już szczególnie nikotynowego. Jednak nie mógł przecież kazać wolnemu człowiekowi robić czegoś przeciwko jego woli. Zresztą, dym pochodzący z wulkanu też nie wpływał dobrze na zdrowie.

Odziany w czerwonawy mundur mag zbliżył się do swojego przeciwnika, tworząc pod stopami małe pola siłowe, które zaraz po oddaleniu od nich nogi rozpadały się. Takie rozwiązanie zdecydowanie mniej męczyło oraz było po prostu wygodniejsze, a Advilion musiał się zbliżyć do oponenta, by wykonać pewien gest, który zdecydowanie czynił każdy pojedynek znacznie przyjemniejszym przeżyciem oraz zapewniał o wiele lepszą, bardziej przyjazną atmosferę.

- Życzę powodzenia. Jestem pewien, że ten pojedynek będzie wspaniałym przeżyciem dla nas obu - powiedział z delikatnym, miłym uśmiechem na twarzy, podając dłoń.

Po wymianie uprzejmości odszedł kilka kroków w tył, wciąż opierając swe kroki na magicznych polach i pokłonił się nisko dla publiczności, ona także zasługiwała na zapewnienie, że to starcie będzie dla niej ciekawym widowiskiem. Lecz nadeszła pora na rozpoczęcie pokazu.

Podniósł lewą rękę do góry, zbierając wokół niej energię magiczną ognia, magmy i siarki, aby utworzyć pierwsze zaklęcie w tym spotkaniu.

Najpierw pojawiła się malutka, choć piekielnie gorąca płonąca kulka. Z niej wyszły kolejne, większe, lecz o tak samo wysokiej temperaturze. Proceder się powtarzał, aż powstała istna armia ognistych pocisków, z których największe dorównywały swą wielkością człowiekowi. Zaczęły one tańczyć, wirować wokół dwóch magów do momentu nabranie tak dużej prędkości, że widać było tylko smugi światła. I wtedy zaczęły spadać na Aldera, lawinowo, od najmniejszej aż do tych największych.

Advilion przypatrywał się uczynionemu przez niego widowisku, ilością swych wybuchów przypominającą pokaz sztucznych ogni. Wątpił w to, by mógł poczynić takie potężne zaklęcie poza tą areną. Lubił korzystać z możliwości dawanych mu przez organizatorów oraz przeciwników, gdyż sam z siebie dużo nie mógł, uwielbiał za to zmieniać to, co zaoferował mu los.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy zjawił się mój oponent który zwał się Advilion, kończyłem dopalać papierosa. Spokojnie czekałem na to co się wydarzy, spodziewając się niespodziewanego, oraz żywiąc nadzieje że to co za chwile się stanie będzie niczym innym jak "rozkoszą bogów". Zmierzyłem wzrokiem swego przeciwnika, mając przy tym świadomość że nie ocenia się książki po okładce oraz że jeśli walczyć, to na sto procent możliwości jeśli nie więcej, mówią że tak się nie da? że to niemożliwe? jeśli coś jest niemożliwe znajdź kogoś kto o tym nie wie... jednakże, jeśli coś może pójść nie tak to na pewno  pójdzie.

 

Gdy Advilion przywitał się starym i dobrym zwyczajem, uznałem że należy to odwzajemnić w końcu, o to też tu chodziło, o wzajemny szacunek i zrozumienie. - Witaj mój, oponencie - tu ukłoniłem się - mam nadzieje że ta walka będzie nie tylko i wyłącznie ciekawym doświadczeniem dla nas obu, ale również swoistego rodzaju  katharsis - powiedziałem spokojnym i stonowanym głosem. Po wymianie uprzejmości nadszedł czas na rozpoczęcie pojedynku, nadszedł czas na rzucenie się w swoistego rodzaju spiralę chaosu, ale czy chaos nie jest też harmonią?

 

Wpierw mój przeciwnik zaczął zbierać magiczną energię, wokół uprzednio uniesionej ku górze ręki. Wpierw pojawiła się mała płonąca kula z której  wydzieliły się kolejne mniejsze, trwało to tak długo aż powstała swoistego rodzaju "armia" ognistych pocisków - no dobrze... więc na początek trochę ruchu, niech tak będzie - pomyślałem po czym chwyciłem swój kij w obie ręce i przyjąłem postawę obronną, następnie owe kule zaczęły wirować wokół nas, coraz to szybciej i szybciej aż w końcu widać było tylko smugi światła, wykonałem lekki krok w tył, nie zmieniając przy tym wcześniej obranej pozycji. W końcu owe pociski zaczęły na mnie spadać, od najmniejszego do największego istna kanonada, by jej uniknąć zacząłem niemalże tańczyć, lewo, prawo, przewrót, część mniejszych pocisków udało mi się zablokować za pomocą kija, większe stanowiły już wyzwanie, plus oczywiście wybuchy które towarzyszyły tej kanonadzie. W końcu jednak unikanie pocisków w sposób konwencjonalny stało się dość kłopotliwe, były one coraz większe i nie przestawały spadać, wybuchy również ograniczały pole manewru... w pewnym sensie. Ostatecznie, otworzyłem portal i wskoczyłem do niego, pojawiając się niemal w tej samej chwili na jednej z wyżej położonych półek skalnych po przeciwnej stronie areny - lepiej nie ryzykować pomyślałem - po czym sam zacząłem skupiać energię.

 

Nagle w powietrze wystrzeliły słupy magmy, które skierowałem w stronę przeciwnika, w między czasie ponownie otworzyłem portal, nim jednak z niego skorzystałem, stworzyłem iluzję-klona, pozostawiając go na miejscu samemu, wskakując w porta. Ponownie znalazłem się na skalnej półce po drugiej stronie areny i powtórzyłem operację i tak kilka razy. Efektem tego było kilka klonów rozsianych po całej arenie. Jednakże to ni było koniec, gdy klony zostały rozstawione, uznałem że szkoda by było zmarnować to co zostało mi dane, jako że był to wulkan, postanowiłem uformować z magmy dwa żywiołaki ognia. Dwie kule, magmy wystrzeliły z wnętrza wulkanu  lądując tuż obok mnie po prawej i lewej stronie. Chwile później z owej magmy uformowały się właściwe żywiołaki które nie czekając na specjalne zaproszenie ruszyły w stronę oponenta, ja natomiast znowu skorzystałem z portali by ponownie zmienić pozycje i obserwować rozwój wypadków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zaklęcie przeciwnika nie wywołało w nim szczególnych emocji. Ot, najzwyczajniejsze w świecie żywiołaki, ani to jakieś szczególnie potężne, ani też wydumane, choć słabą opcją nazwać ich też nie można. Szkoda, że one podlegały magowi, a nie Naturze, w jej mocy zdecydowanie czułyby się lepiej. Jednakże, co zabrania zwrócenia Matce jej darów, czy ktoś widzi jakieś przeszkody? Raczej nie, można przystępować do dzieła.

Pstryknął palcami, tworząc małą iskierkę magicznej energii. Nieskomplikowana, nie posiadająca morderczej siły, lecz nieugięta. Promyczek nadziei, odrobina wolności dla skrępowanego żywiołu trafił w jednego przyzwańca, który pod wpływem tej iskry rozsypał się w proch czystej magii, pozwalając jej wrócić do swojego źródła. Ono zaś chciało odzyskać resztę mocy przetworzonej w żywiołaki. One same nie były już dłużej problemem, stając się niegroźnym pyłkiem.

Teraz, skoro zagrożenie zostało wyeliminowane, nadeszła pora łowów. Advilion przeniósł wzrok na dość ruchliwego oponenta. Portale... Nie lubił ich, podobnie jak grzebania w umyśle. Cóż z tym też sobie jakoś poradzi.

Korzystając z mocy niosącej się w powietrzu i jasnego światła areny, wziął jego promień. Tak, dokładnie, wziął w dłoń odrobinę czystego światła. Samo w sobie jednak nie reprezentowało ono niczego, lecz w rękach sprawnego rzemieślnika mogło być czymkolwiek, co zdołał pokazać już Alberichowi. Przeciągnął je delikatnie, tworząc sporych rozmiarów płachtę, a później ułożył ją w odpowiedni sposób i związał najzwyklejszym rzemykiem wyciągniętym z kieszeni, tworząc niemały worek. Tak, Advilion nie należał do osób stosujących standardowe metody, a ta na pewno do taką nie była.

Poza świetlistym workiem, do kolekcjonowania portali (prawdopodobnie także klonów, ale one wymagały bliższego zapoznania) niezbędne też było inne narzędzie, biała rękawiczka z wyhaftowanym na niej ciemną nicią kręgiem. Ten się zajarzył, gdy tylko miękki materiał dotknął do ramy teleportera. Dokładnie tak, jak to się mag spodziewał. Uśmiechnął się, pojedynczym ruchem wrzucając to cudo do worka. Klonami się nie przejmował, choć mógł to być błąd.

Chodził tak od jednego do drugiego portalu za pomocą magicznych sfer pod nogami, szczerząc się do przeciwnika. Nie było powodu do niepotrzebnej wrogości czy smutku. Ten pojedynek to w końcu miał być pokaz umiejętności, a nie śmiertelna walka. Wprawdzie niekiedy, nawet dość często dochodziło do mniejszych czy większych obrażeń, ale sprawny mag powinien umieć się z nich wykaraskać.

Ostatni portal znalazł się w bezpiecznym miejscu. Magiczny worek nie mniej magicznie pomniejszył się do rozmiarów najzwyczajniejszej sakiewki. Czarodziej schował go do kieszeni, kto wie, może mu się te portale jeszcze przydadzą.

Następne w kolejności były klony. Cóż, jeśli miały go zmylić, to chyba powinny się poruszać, skakać portalami czy coś. Niestety tego nie robiły, przez co od razu i z łatwością zauważył, gdzie jest prawdziwy Alder. Niestety, plan może i miał dobre założenia, ale wykonanie zawiodło. Czy miał jakieś problemy z tymi klonami? Nie, niech sobie istnieją. Chociaż mogą zostać wykorzystane przeciw niemu, a tego wolałby uniknąć. Z tego powodu chyba lepiej będzie się ich pozbyć.

 

Pełnym nonszalancji ruchem ściągnął rękawiczkę i włożył ją do kieszeni, nie była już mu dłużej potrzebna, a z gołymi rękoma czuł się swobodniej. Tak, do tej całej walki podchodził bez stresu, pozwalał sobie na drobne folgowanie. Nie dlatego, że nie doceniał przeciwnika, lecz po prostu uznał, że już dość nerwów zmarnował na pojedynkach i powinien zachowywać się spokojniej. Mimo wszystko jednak wciąż to było starcie i powinien się przejmować jego losem, więc na aż takie odprężenie sobie nie pozwalał. Dlatego zajął się oczyszczaniem pola ze zbędnych kopii.

 

Zebrał głos i rozpoczął inkantację z lekkim uśmiechem:
- W płomieniu świecy widać cienie
Dla złudzeń to więc zbawienie
Nie pozwólmy jednak kłamstwom rządzić
Powinniśmy gasząc ogień je odtrącić

 

Tuż przed nim pojawiła się sporych rozmiarów świeca z dość długim knotem, który z każdym momentem stawał się jednak coraz krótszy. Aż dziwne, że w tak gorącym otoczeniu przyzwał jeszcze kolejne źródło ciepła i światła. Cóż, to właśnie to zaklęcie wydawało się najlepszą opcją.

 

Delikatnie zdusił ogienek w dłoni, dusząc tym samym energię klonów. Nie było to trudne, a moc w tak interesującym miejscu miał praktycznie nieograniczoną, jakby organizatorzy chcieli mu pomóc. Ta opcja szybko została przez niego wykluczona, przecież był mało znany, a przeciwnik też korzystał z bogactwa magii tego otoczenia. Tak, stronniczości nie mógł tu nikomu zarzucić. No, może poza publicznością, lecz trudno jej raczej wybrać pojedynczego kandydata.

 

Dobrze, skoro już zrobił porządek, pora stworzyć bałagan. Wyciągnął nóż, prosty, niczym nie zdobiony i obrócił go w ręce.

 

Oddając ostrzu odrobinę energii, wydłużył głownie do rozmiarów małej szabli. Wbrew pozorom nie chciał jednak z niej korzystać, aby zranić oponenta, nie bezpośrednio. Wbił ją w podłoże areny, weszła jak w masło, tworząc przy tym pęknięcia w kamiennym podłożu. I to był właśnie element, który Advilion chciał wykorzystać. Szczeliny. Zaraz pojawiła się w nich lawa, wyciągnięta ze zbiornika na dole. Wyglądała ciekawie, jak pająk. To podsunęło dla Adviliona pewien pomysł, a plany uległy zmianie.

 

Wyciągnął broń ze skały i przywrócił ją do poprzedniej formy, aby schować ją z powrotem w kieszeni. Znacznie ciekawszą rzecz postanowił zrobić z tą odrobiną lawy. Nie miał już wprawdzie dusz, jakie zużył w swym poprzednim starciu, wciąż jednak mógł korzystać z magii.

 

Odrobinę podniósł dłoń, podnosząc krzepnącą już magmę wyżej. Do prawdziwego pająka wciąż tej formie jednak sporo brakowało. Posiadała zdecydowanie więcej niż osiem odbiegających od czegoś w rodzaju ciała części, poza tym niczego w rodzaju głowy nie można było w tym zidentyfikować. Trudno, trzeba radzić sobie z tym, co się ma.

 

Po chwili gorąca ciesz zakrzepła, wspomagana magią, a „coś”, jak to nazwał, mogło normalnie się poruszać. Jak na coś, co miało ledwie kilka chwil istnienia, poruszało się żwawo i z determinacją, skacząc w kierunku Aldera z zamiarem dania mu gorącego „uścisku”.

 

Advilion nie miał jednak czasu na obijanie się, powinien szykować następny atak. Tylko co by tu takiego zrobić? Tyle możliwości, a trzeba było się decydować… Jakby od niechcenia zaczął kreślić w powietrzu krąg klątwy. Skąd go znał, sam nie wiedział. Ważne, że miał czym zająć ręce podczas podziwiania widowiska dawanego przez „coś”.

Share this post


Link to post
Share on other sites

O czyli już po rozgrzewce? - powiedziałem gdy mój oponent zniszczył żywiołaki, zamknął portale, unieszkodliwił klony a finalnie przyzwał swego pupila który okazał się być pająkiem. Obserwowanie tych pocznań było ucztą dla oczu, jak i serca. Zeskoczyłem ze skalnej półki by z bliska raczyć się widokiem, nazwijmy go... magmowego pająka który był dość pocieszny, jednak coś mi tu nie pasowało mały szczegół, który zdawał się niezmiernie istotny, tylko co to było nie wiedziałem może to że pająk na mnie ruszył?, ale miałem pomysł, a to już pierwszy krok by osiągnąć rozkosz bogów.

-pomysł z portalami niezły nie powiem... lecz nadal moge je otwierać, zresztą zawsze zostaje teleportacja obszarowa no ale nie zagłębiajmy się w technikalia. -powiedzałem, po czym przstąpiłem do dzieła. Kij bojowy zmienił się w miecz, a ja wyszeptałem pod nosem kilka słów w dawno zapomonianym dialekcie po czym, czas się zatrzymał prznajmniej dla mnie, dla kogoś stojącego z boku wszystko wyglądało normalnie... z wyjątkiem smugi światła która przez chwilę okalała pająka po to by ten finalnie zmienił się w kupkę gruzu. Z mojej perspektywy pocięcie go na drobne kawałeczki trochę trwało ale przyniosło oczekiwany efekt. Następnie wbiłem ostrze miecza w ziemię co skótkowało powstaniem kręgu w środku którego stałem.

-nie przejdzie... przynajmniej pierwszy - powiedziałem z lekkim uśmiechem , następnie prz pomocy samej tylko woli stworzyłem cztery klony, które będąc uzbrojone w broń białą ruszyły na przeciwnika, w między czasie arenę zaczęły przecinać smugi światła. Wszystko na miejscu- pomyślałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klony teoretycznie powinny być zagrożeniem. Teoretycznie, gdyż w praktyce to tylko kolejne pionki do zdmuchnięcia. Zdmuchnięcia... Ciekawe propozycja. Wystarczyło tylko wprawić odrobinę powietrza w ruch i pozbyć się przeszkód. Nie zaszkodzi spróbować.

Advilion przyłożył dwa palce, środkowy i wskazujący do swojej krtani i zadął silnie, zrzucając kopie z półek skalnych. Raczej nie sprawią już problemu.

Tak naprawdę jedyne, co udało się im osiągnąć to przerwanie inkantacji klątwy... Cóż, trudno i bez tego można sobie poradzić. Tylko co tu zrobić, co tu zrobić... Rozpocząć kolejną klątwę, a raczej wspomóc się jej efektem.

- Midasie, Midasie
Gdzieś zapodział się?
Bez złota, bez córy
Wygnany za góry
Poddany cudzej woli
Która cię nie wyzwoli.


Ta krótka, rymowana inkantacja spowodowała łączenie się odrobinek skruszonych skał z magią wędrującą po arenie. Po chwili spod brunatnej powierzchni zaczęły wyłaniać się złote, połyskujące tryby i tłoki. Ciężki i wysoki, wyglądający niczym prawdziwa złota rzeźba, a nie ktoś, kto kiedyś być może był człowiekiem. Nawet swego czasu bujna broda wykonana była z szlachetnego minerału. O dziwo, jak na swój ciężar monarcha poruszał się sprawnie i szybko, choć ograniczenia wciąż istniały, szczególnie jeśli chodziło o skakanie... Nic nie stało jednak przeciwko asyście jego obecnego nadrządcy.

Mechaniczny król-gigant kroczył po już często wykorzystywanych podczas tego starcia sferach. Czy miał zamiar skrzywdzić Aldera? Jeśli zmianę w posąg z drogiego kruszcu uznajemy za krzywdę...

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak dobrze, że przybyłem nieco później ;) Uczestnicy uzyskali minimalną ilość postów, w sam raz, by rozpocząć klasyczny proces rozstrzygnięcia starcia.

 

A zatem, droga publiczności, kto popisał się większą mocą? Czyje zmagania przyjdzie nam zobaczyć w kolejnej rundzie? Czy będzie to Advilion, czy Alder? Śmiało, głosujcie na swego faworyta i komentujcie! Bez Was nigdy nie będziemy w stanie określić, kto naprawdę zaskarbił sobie sympatię i wykazał niemałą potęgą!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas na definitywne zakończenie starcia! Drodzy Państwo, kto okazał się lepszy i kogo zobaczymy w nadchodzącej wielkimi krokami rundzie trzeciej? Przekonajmy się!

 

Advilion - 7

Alder - 0

 

Cóż za przytłaczająca przewaga! Moi mili, nie ulega wątpliwości, iż pojedynek ten wygrywa...

 

Advilion

 

...co w oczywistej konsekwencji oznacza, iż to właśnie on przechodzi on dalej, do rundy trzeciej! Gratulujemy!

 

Ciekawe na kogo Advilion natrafi w swym kolejnym starciu... Czy wystarczy mu mocy? Czy znów uda mu się odnieść spektakularne zwycięstwo? A może przewaga będzie tylko minimalna? Tylko czas to wie...

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...