Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Arena XX  

12 members have voted

  1. 1. Kto jest TWOIM zwycięzcą i kto zasłużył na awans do trzeciej rundy?

    • Zmara
      2
    • Serox Vonxatian
      10


Recommended Posts

Magowie ruszyli w stronę wyjścia z miejsca oczekiwań. Długi, ciemny korytarz poprowadził ich na oblaną słońcem arenę. Dzienna gwiazda świeciła mocno, napawając optymizmem walczących. Światło odbijało się i wydobywało czystość z popękanych bloków białego kamienia, które zachodziły na siebie nieregularnie. Arena była kwintesencją bieli, jak Canterlot w święto Letniego Słońca, gdy księżniczka Celestia wznosi swą złotą kulę na nieboskłon. Z pęknięć w skałach wypływała czysta, prawie szafirowa woda. Jednak ciecz nie zachowywała się normalnie.

 

 Strumienie i potoki tworzyły wodospady, które płynęły do góry. Swobodnie wznosząca się pod niedużym ciśnieniem woda nabierała u góry prędkości i roztrzaskiwała się o lewitujące białe skały. Towarzyszył temu miły szum i plusk. Niektóre krople odbijały się i zwilżały lekką, orzeźwiającą rosą walczących. Kamienie, lewitujące nad ziemią pokryte były magicznymi runami. Żłoby w nich zrobione świeciły się na ciemno niebiesko i tworzyły skomplikowane wzory. Każde nalanie do nich wody, powodowało rozświetlenie znaków, które nabierały pełniejszej barwy. Kamienie przesuwały się, lewitując i ustawiały się inaczej. Przez to wielkie koła runiczne, tworzone przez nie, zmieniały swój kształt. Na te przemiany magii reagowała arena. Jej podłoże zaczynało się ruszać. Skały podnosiły się, tarły o siebie z trzaskiem, albo rozstępowały się. Z pomiędzy nowych szczelin tryskała świeża woda, ponownie oblewając kamienie, lewitujące w górze i wymuszając zmiany. Jej rozdmuchane wiatrem smugi tworzyły wzory kolejnych magicznych run, ozdobionych tęczą, pojawiającą się gdzieniegdzie w mgiełce. Znaki, które tworzyła woda miały wpływ na potok, okrążający arenę. Ciecz w nim pieniła się, występowała z koryta, wystrzeliwała w górę niczym fontanna, albo formowała fale czy wiry, które zderzały się ze sobą w efektownych starciach, po czym cichły czekając na kolejny przypływ mocy z run.

 

 Całości towarzyszył przyjemny szum i szmer. Woda spadała po bokach areny do rzeki. Następnie wpływała pod podłoże, gdzie gromadziła się. Powodowało to, że biały marmur zapadał się delikatnie i płynnie pod naciskiem osób, biorących udział w pojedynku. Słońce przyjemnie oświetlało magów, którzy widzieli się doskonale. Publika mogła zacząć obserwować kolejny wspaniały pojedynek. Widzowie siedzieli na wysokim podeście z białego marmuru, na którym widniały płaskorzeźby szeregów kolumn z zaznaczonymi motywami roślinnymi. Dominowały długie pnącza oplatające filary do samego dołu i rozwijające swe twarde kwiaty przy ich szczytach. Nie brakowało drobnych traw i ziół na samej arenie. Kamienie poza runami miały na sobie dorodny, miękki mech. Wokół tryskających źródeł, rosły różnobarwne kwiaty, które to efektownie i wdzięcznie zarazem, otwierały swoje płatki, aby każdy mógł je podziwiać.  Powoli głośne okrzyki i wiwaty na cześć magów cichły, a napięcie z każdą chwilą rosło.

 

~ by Kapi

 

 

showdown_by_theparagon-d4adlws.png

 

 

Witamy Zmarę i Seroxa! Liczymy na widowiskowy pojedynek, a także nietuzinkowe zaklęcia! Który z Was popisze się większą mocą i utoruje sobie drogę ku następnej rundzie?

 

Czas na walkę!

Edited by Hoffman
  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

(Czas zacząć pojedynek. Nie chcemy, by publika gapiła się na pustą arenę.)

 

Cień sunął wzdłuż korytarza na arenę. Poprzedni pojedynek okazał się być niewystarczającym wyzwaniem. Miał nadzieję, że tym razem przeciwnik okaże się bardziej agresywnym magiem i rzeczywiście to będzie walka, a nie jednostronna zabawa. Niestety też poprzedni mag nie miał żadnych run, znaków, czy czegokolwiek innego co mógłby sobie przywłaszczyć jako trofeum. Widział ostre światło na końcu tunelu i wiedział, że znowu przyjdzie mu walczyć na terenie z otwartym stropem. Cóż będzie trzeba znowu porozsyłać swoje robactwo. 

 

Gdy wyszedł, ujrzał ten dziwny twór jakim było pole walki. Krąg magiczny, który lewitował pod gołym niebem. Tego się nie spodziewał. Ale wyczuwał tutaj obecność bardzo potężnych run. Czuł kiedy się aktywują i ruszają tymi kamieniami. Przynajmniej tym mógł w pewien sposób manipulować. Ale tego światła nie był w stanie tak łatwo przygasić. Musiał więc z nim współpracować. Za jego plecami wyrosły skrzydła stworzone z jego światła, były szerokie i piękne, a także lśniły, gdy padały na niego promienie słońca.

 

Kolejnym etapem przygotowania do pojedynku, było nałożenie na siebie odpowiednich run, ale najpierw Serox przygotował miejsca pod nie tworząc zagięcie w świetle, sprawiając, że były one niewidoczne. Było ich kilka, ale tylko dwie na dłoniach się uaktywniły, tworząc ostrza ze światła, które jednak były jakby "skażone" mrokiem w swoim rdzeniu, jednak to było tylko częścią planu. Tak mag już planował co może wykonać i czego się spodziewać po oponencie. Ale to czas pokaże, który z nich przechytrzy tego drugiego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Coś taki naburmuszony..? „Nie lubię wygrywać walkowerem…” No przecież miał Czas na odpis, swój ruch… „Mogłem dać mu go więcej… Czemu ja zawsze się muszę być spóźniony?” Jeśli chodzi o spóźnienia, to muszę Ci przypomnieć, że kolejny przeciwnik nie będzie czekał całą wieczność. „No nie! Znowu?!” Takie życie. „Napisał Narrator z uśmiechem na swojej zmyślonej twarzy.” Zgrywus, phi! Do czego to doszło! Żeby osoba, której się narratoruje, narratorowała Narratorowi… „Głębokie…”

 

Nasz drogi zawodnik w końcu postanowił się poruszyć, czym niejednemu udowodnił, że jednak jego funkcje życiowe są w jako-takiej formie. Ostatnio bowiem bledszym był, aniżeli zazwyczaj i jakiś uszczypliwszy. Nie dziwota to, kiedy nie może być przy swoich.. „Ksz!~Szszsz! Zakłócenia!” Khem… Ukazał się swojej widowni, oraz swojemu przeciwnikowi, który zdążył się wstępnie przygotować.  Młodzian ubrany był w swoje ciemne, eleganckie spodnie, do których dopasował swoje eleganckie obuwie. Czarna koszulka, skrywająca na plecach runę w kształcie przypominającym tzw. emotikonę kota:

 

=^.^=

 

Wszystko to było jednak schowane pod jego tajemniczym płaszczem, który ni to w jakimś kolorze, czy raczej w kilku, czy żadnym. Raz był czarny, tudzież czerwony, czy amarantowy… A może jednak przechodził w purpurę? Kto to wie, skoro nawet sam właściciel nie rozpracował tej zagadki. Jego zakończenia płonęły, czy tam szarpały. Nie karzcie mi tego sprawdzać w karczmie, błagam! I tak jest już późno. „Nie płacz, tylko dawaj dalej! Nie mamy całej nocy!” Nawet Ty zaznaczasz, że jest późno… „Nie dla widowni.” Skomentował mocnym lektorem, który słyszycie, gdy czytacie to „w głowie”. To się chyba lektor nazywało, a na pewno coś podobnego. Wracając, najważniejsze, że się nie rozpada na amen. Sięgał chłopcu aż po kostki. Szyję zdobił mu srebrny wisiorek, na którym znajdowała się jakaś runa, „której i tak nikt nie zauważy, ponieważ jest pod wspomnianą koszulką… Powtarzasz ten sam opis, dodatkowo śmiesz mówić, że go nie pamiętasz!” Przepraszam! Na lewej dłoni „widniała” Grr… N-i-t-k-a. Czerwona nitka. Prócz niej była tam też druga, bardziej kunsztowna, trochę szersza i bardziej pomarańczowa opaska, na której znajdowało się logo gry „League of Legends”, obok którego widniał taki sam, czarny napis, oraz tajemniczy skrót ADC w kolorze żółtym. Kto wie, jakie diabelskie zaklęcia okalają ten przedmiot…

 

-Jak nisko trzeba upaść… - wyszeptał Adrian z opuszczoną głową, stawiając pierwsze kroki ku środkowi areny. Przecież to właśnie plagiat jest podstawą magii naszego mistrza, jak i Twojej... –Ale żeby plagiatować samego siebie..? Ehh… - dokończył przedłużonym westchnieniem.

 

Wygląd zewnętrzny… Wygląda na około dwadzieścia, choć ma mniej. Czarne, dłuższe włosy. Zielone oczy, które zmieniają czasem swoją barwę… „Stop!” Już, wystarczy im…” Dziękuję…

 

Zatrzymał się niepostrzeżenie w dość jeszcze znacznej odległości od rywala.

 

-Dzień dobry, Mistrzu Cienia. Mogę tak do Ciebie mówić, Paniczu? W archiwach poprzedniego pojedynku nie dane mi było znaleźć informacji o Pańskim imieniu, a tenże przydomek idealnie wręcz do Panicza pasuje. Jestem Adrian i niezmiernie miło mi walczyć z kimś, kto przetrwał jakże… Hmmm… „Ekscytującą”, pierwszą rundę. – Wymawiając jedno ze słów, wspomnieniami, zresztą nie tak odległymi, wrócił do poprzedniego pojedynku.

 

-Jestem tu między innymi w celach  ćwiczebnych, więc mogę trochę pomieszać początek z końcem. Moja magia, czy tam magie… Jakby to… Ich rodzaje? Magia ma rodzaje? Trudno powiedzieć, ale… - zakłopotany uśmiechnął się tylko głupio i popatrzał na publiczność, która chyba wolałaby poobserwować coś ciekawszego, aniżeli suche wypowiedzi Adriana, jego wygląd, czy głupotę. „Wypraszam sobie!” A może zrób to, czego nie zrobiłeś w poprzednim starciu..? „Czyli..?” Pomyślał zaciekawiony… ZACZNIJ WALKĘ!

 

-Może zacznijmy..?

 

Nie oczekując na jakąkolwiek odpowiedź, schylił się, dotknął swoich butów, po czym... Zaczął iść. Nie był to jednak normalny chód, a… Wchodzenie po schodach? Dokładnie. Chłopak szedł ku górze, niby to po niewidzialnych schodach. Pod jego stopami widać było jakby… Uginające się powietrze. Trudno to opisać, ale On chyba dosłownie po nim szedł.

 

-Może w końcu wszyscy zobaczą, czym są prawdziwe AirMax’y. – Ostatnie zdanie wypowiedział z zaskakującą pewnością siebie. Gdzie się podział ten wystraszony i zawstydzony swoim zachowaniem nastolatek? „W walce nie ma dla niego miejsca… A prosty czar odpowiednio mocno zagęszczający powietrze pod moimi stopami to dopiero początek.” Pomyślał z pewnością siebie. Wróciłeś…

 

Będąc już kilka metrów nad Cieniem, gdzieś pomiędzy skałami, tak, by nie być nad żadną z nich, wyjął zza poły płaszcza okulary z pomarańczowymi szkłami, znane z pewnej popularnej gry… Przed oczyma stanęło mu wiele tabelek, analiz, wyciągów itp., które z prędkością światła przyswajał, analizował. Po chwili wiedział wszystko. Aura, zaklęcia na arenie, materiał, budulec i inne, potrzebne informacje. No i najważniejsze, z kim miał przyjemność? „Ciekawym tworem, to pewne…” A wszystko to, nie tracąc z oczu przeciwnika chociażby na ułamek sekundy. „A jeśli papiery i nagrania mówią prawdę…” Wiedział, jak potoczył się poprzedni pojedynek, przecież to głośny turniej i wszystko robi tu swoje. Pewnie cienisty Panicz też już wszystko wiedział… „Oby nie…” Szkła wsunęły się w oprawki.

 

-Poczekam na Twój ruch! – krzyknął w dół areny.

 

„Informacje trzeba zweryfikować.” Uśmiechnął się uprzejmie do Seroxa… Ups… Znowu… „Żartowniś… Let’s Dance!”

Edited by Zmara

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cień uważnie obserwował przeciwnika, stojąc z wyprostowanymi rękami, ale skierowanymi w dół. Skłonił się, gdy tamten się przywitał i odszepnął. Szept był głośny i przeszedł falą po arenie, nie brzmiąc, a raczej przepływając:

- Nie przykładamy wagi do imionom. Nie są nam potrzebne, ale jeśli już musisz znać moje imię, to brzmi ono Serox Vonxatian. To wprawdzie nie imię, bo w naszym języku znaczy "Cienisty Złodziej" znak mojej nici. Ja i moi dwaj bracia żyjemy w sobie i obok siebie, przeplatając się i dzieląc wśród nici losu. Jeśli się postarasz, może będzie ci dane ujrzeć któregoś z nich w tej walce - wskazał palcem na karczmę, w unoszącej się twierdzy, która była widoczna w oddali. - Ja też widziałem twoją walkę, tak jak wszystkie. Muszę powiedzieć, że była nieco... krótka i oczywiście nie tak efektowna jak również zbyt krótka walka dwóch magów, którzy z szacunkiem podchodzili do wzajemnych czarów i nie mieli ochoty niszczyć, tylko tworzyć i zatrzymywać. Mam nadzieję, że nie będziesz ćwiczyć tutaj tylko defensywnych zaklęć - ostatnie zdanie powiedział bardzo surowym szeptem. Przyszedł tutaj walczyć, a nie tłuk manekin treningowy. Słyszał, że ten przeciwnik jest szybki i sprytny oraz potrafi chować zaklęcia w sobie, cóż nie on jeden.

 

Chcę abym zaczął? Cóż niech i tak będzie, ale raczej nie wyjdzie mu to na dobre. Czas jest po jego stronie. Zaczął zbierać w sobie moc, dzielić ją i segregować, bawił się mocą swojej aury, a to tylko po to, by wykonać odpowiednie czynności.

 

Nagle dolna część szaty szybko się poruszyła, jak gdyby porywisty wiatr w nią dmuchnął, lecz trwało to sekundę, może mniej, kto by się tym przejmował. Jednak ten ruch pozostawił ukryte trzy runy na kamieniu, na którym stał. Na razie niewidoczne, ale z czasem pewnie się uaktywnią. Trzy runy wplecione w siebie tworzące przepiękne malowidło, gdyż wyglądało to jak okrąg spleciony z pnączo-wstęgo-łańcuchów, które zmieniały się w jeden z wymienionych elementów. Wiadome było jedno, że zawsze obok siebie w tej wiązance biegł łańcuch, wstęga i pnącze, a potem nagle coś się zmieniło i biegły już jako pnącze, łańcuch i wstęga. Efekt glifu był na razie nieznany, ale czuć było, że rośnie w moc, pytanie tylko jak.

 

Następnie istota wytworzyła z siebie dwie kolejne ręce i wyciągnęła wszystkie cztery prostopadle do ciała, tak by były w równych odstępach od siebie. Palce był zgięte i zaczęły formować kole światła otoczone błękitnymi i złotymi runami. W tym czasie skrzydła zaczęły gromadzić energię z promieni słonecznych i kumulować ją. Gdy skończył tworzyć, te cudowne, lśniące kule wszystkie swoje ręce splótł nad głową i otworzył dłonie jak kwiat otwiera się do słońca i czubki skrzydeł zaczęły oddawać tą moc. Uformowało to większą kule niż poprzednie i z o wiele piękniejszymi runami, choć bardziej wyglądały jak zdobienia. Następnie szybko rozplótł kończyny i wystrzelił wszystkie kule wysoko w powietrze i znikły na niebie. Zbędne ramiona rozwiały się. A ostrza na pozostałych dłoniach wydłużyły się i sięgnęły wyżej na przedramiona.

 

Jeśli to co było mu dane się dowiedzieć o przeciwniku było prawdziwe, to tego typu zaklęcia powinny znacznie ułatwić walkę. Dobry plan na przeciwnika, to podstawa wygranej, no i oczywiście efektowność walki, bo to publika uwielbia najbardziej. Przez cały czas uważnie obserwował oponenta i jeśli ten wytężył wzrok mógł dostrzec, że jego fioletowe oczy zmieniły kolor. Teraz lewe oko było całkowicie błękitne, a prawe czerwone.

- Proszę bardzo. Teraz twoja kolej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

„Ukłon; kolejny kulturalny przeciwnik! Miód na serce…” Pomyślał Adrian z dużym entuzjazmem, który jednak przygasł po wypowiedzi jego cienistego rywala. „Serox Vonxatian… Skoro jego miano nie było aż tak wymagane, to mógł chociaż przedstawić się w kulturalny sposób…” Denerwujesz się o:„Jeśli już musisz znać moje imię”? „Zachowuje sie, jakby robił mi tym łaskę… No trudno, takim stworzeniom pewnie trudniej o jakieś emocje…” Znów wspominasz? Skup się lepiej na walce. „Skupiam. Właśnie się zastanawiam… Czy Panicz powiedział, że „On też” widział moją walkę? Czyżbym przez roztargnienie wypowiadał myśli na głos..? A może czyta w myślach… Hmm… Nie, pewnie mi się tylko wydawało. To pewnie przez klimat pojedynku i cały ten stres.” Nie przejmuj się czymś takim.

 

Aaa… Może wykonasz jakiś ruch? Przypominam, że nadal stoisz w miejscu. „Oboje wiemy, dlaczego.” No tak! Oczywiście! Spieszę z wyjaśnieniem: Adrian przyswoił sobie bowiem podstawowe i kilka rozszerzonych danych na temat przeciwnika. Na tą chwilę jego okulary były niepotrzebne. Dlaczego? W końcu koniecznym jest rozwijać umiejętność wyczuwania aury i obserwacji zachowań antagonisty, które tak ważnymi były w skromnym życiu młodego maga. „Obserwacja i analiza mogą pomóc w przewidzeniu efektów! Jak ja kocham informacje!” Zamyślił się z zachwytem. Miał ku temu powód. Jego mózg zachowuje się jak mały komputer, który mocą przeliczeniową przekracza większość maszyn we wszechświecie… „Długie treningi się opłaciły…” Ma to swoją cenę… „Wiem. Może teraz ja dopowiem, że przez taki ruch widzę świat znacznie zwolniony, co przyspiesza mi reakcje, jednak muszę to kontrolować, żeby dopasować się prędkością do otoczenia. Rozmowy trwające kilka godzin.” Lub kilka sekund, jeśli zwolnisz… Mógłbyś na przykład oszczędzić tym biednym ludziom czytania o niczym… „Przepraszam… Wiecie, to ten stres i w ogóle…”

 

Przez cały ten wywód powyżej, Serox zdążył zakończyć wypowiedź. Ostatnie, ostrzej „wyszeptane” zdanie, chłopak postanowił przemilczeć. Ruch dolnej części szaty, trwający jakąś sekundę, był jak najbardziej widoczny dla młodzieńca. Nie dziwota to, nawet pomijając jego mikroprocesor mózg, to coś takiego zauważyłby każdy, odpowiednio skupiony osobnik. Adriana jednak bardziej zaciekawiło to, co było niewidoczne, a może niewidoczne jedynie dla niego. Wyczuł wypływ jego aury, która przez ten Czas gęstniała, poruszała się wewnątrz ciała i robiła inne rzeczy, o których chłopak nie miał pojęcia. Do widzenia i czucia takich rzeczy musiał jednak poćwiczyć. Kto w sumie takiego żółtodzioba na turniej wpuszcza? Żeby takich rzeczy nie potrafić? „Tutaj się nauczę…” Pomyślał z ulotną Nadzieją w głowie… Wracając do pojedynku, coś musiało wywołać ten ruch materiału, czyż nie? „Nic nie dzieje się przypadkowo… Tutaj się sprawdza. Muszę uważać na tamto miejsce.” Serio ćwiczyłeś… Zakotwiczył informację w podświadomości, po czym dalej obserwował poczynania Złodzieja.

 

Ten zdążył już wyczarować „Heh...” sobie dodatkową parę ramion i ćwiczyć mundry. „Zaraz, zaraz… Nie! W ogóle mi się to nie podoba! Naoglądałem się za dużo anime żeby wiedzieć, że takie rzeczy źle się kończą… I jak tu nie używać czarów defensywnych..?” Pomyślał szybko i postanowił użyć jednej sztuczki, o niemal stuprocentowej skuteczności, która niestety była już przez niego ograna. „Przynajmniej nie pokażę wszystkich kart przeciwnikowi, nie?” Tak się tłumacz.

 

W momencie, gdy Cień zaczął zbierać energię, Adrian rozpoczął podobne działanie. Wyciągnął przed siebie szeroko dłonie i zatoczył nimi okrąg. Trzymając je na wysokości głowy, pokierował je ku dołowi. Odległość między dłońmi, wraz z przebytą odległością, ulegała zwężeniu. Twór swoje zakończenie doczekał się u kolan młodego adepta. Otwarte dłonie przyłożył do czerwonego punktu, który pojawił się tuż przed nim. Wyglądał krystalicznie, przypominając logo znanej gry, w której występuje lubiana przez wszystkich rodzina Ćwir. „Jest widoczniejszy, niż ostatnio!” Robisz postępy. „Dzięki, Budziku.” Rozpoczął inkantację w języku polskim, ponieważ jest leniem i pewnie nie wymyślił nic kreatywniejszego… „Nie ja sobie wybieram, skąd pochodzi czar…” Skupiony przystąpił do uwolnienia energii:

 

-Ty, któraś łączy ze sobą Odrodzenie i Lekkość, przybądź na me wezwanie! Ty, któraś z Kryształu czerwonego czerpiesz siłę i Antymagią dysponujesz, staw się na wezwanie…

 

Kule, które Serox przygotowywał były już nad jego głową. „Ciekawe czy wie, że stoję na trajektorii jego pocisków…” No, nie do końca. W sumie to on celuje w niebo chyba… W obecnej sytuacji to i tak nie miało większego znaczenia. Adrian nie przestał obserwować przeciwnika, który najwidoczniej kończył zaklęcie. „Najwyższa pora.”

 

W momencie wystrzelenia tych pięknych, magicznych obiektów, stworzonych przez Serox’a, które dodatkowo oplecione były tajemniczymi runami ich posiadacza, arenę nawiedził nienaturalny głos, o nieskazitelnie czystym zabarwieniu. Nie bez przyczyny porównywany był do słynnych chórów anielskich.

 

-Egido Legionu! – zadźwięczało na placu boju.

 

Przed dłońmi Adriana pojawiła się piękna tarcza, wykonana jakby ze szczerego złota. Na całej długości dostrzec było można zdobienia z kamieni szlachetnych, których zwieńczeniem był wcześniej wspomniany, krwisto czerwony kryształ, na którym widniał jedynie pojedynczy wyraz, zapisany w dawno zapomnianym języku. Proste, lecz w dłoniach odpowiedniej osoby okazywało się kończyć dynastie, a nawet decydować o losach światów. Dźwięczne, proste, ale zabójcze… „Nie. Taka siła przekazu w jednym słowie… Jakże znaczącym.”

 

Drobny blask, uderzający z puklerza, przyćmiło uderzenie jednej z wspaniałych kul, które latały w powietrzu, mknąc ku niebiosom. W jednej chwili cała jej potęga – wygasła. W zetknięciu z powstałym amuletem – zniknęła. Cała energia poświęcona na jej wykonanie, runy czy nasycenie – przepadło. „Czar prysł… Antymagia potężną jest, za nic ma sobie prawa natury. Odbiera jednak swoje żniwo…” Pomyślał ponuro, po czym mocno zakaszlał. Co bardziej spostrzegawczy widzowie dostrzegli małe, szkarłatne krople, które wydobyły się z jego otwartych ust. Opuszki palców wyglądały na przypalone, a spod znacznie skróconych paznokci sączyły się stróżki dziwnej, jakby świecącej mrokiem cieczy.

 

Kilka kolejnych kul  rozbiło się na osłonie chłopaka, część poszybowała pewnie wprost na barierę, która chroniła widzów przed szkodami. Co się stało z pozostałością, tego jeszcze nie wiedział. „Do Czasu.” Sprawnym ruchem lewego ramienia zarzucił dużych rozmiarów amulet na swoje plecy, by ochraniał go od ewentualnych nieprzyjemności. Jednocześnie zwolnił nieznacznie zaklęcie, które nałożył na obuwie i upadł niemal na podłoże areny, od którego trzymał się jednak o kilka centymetrów w powietrzu. Był w takiej pozycji, by widzieć zarówno Seroxa, jak i jego kule, które znajdowały się gdzieś w powietrzu.

 

-Nie chciałeś manekina treningowego? Postaram się sprostać Twoim oczekiwaniom.

 

Zza płaszcza wyjął woreczek, zawierający biały proszek, znany wszystkim gospodyniom domowym. Sól była jednym z najprostszych, a zarazem skutecznych metod obrony. Obsypał się nią dookoła, nie żałując. Tym samym stworzył okrąg, w którego jakoby stanowił środek. Schował woreczek, jednocześnie pod jego podeszwami pojawił się dużych rozmiarów, fioletowy krąg, utkany jakby z energii, wydobywającej się ze stóp młodzieńca. Zaczął kręcić się na jednej nodze z zawrotną prędkością, co spowodowało uniesienie się jego płaszcza. Niespodzianką były ostrza, które się spod niego wydobywały. Były ich dziesiątki, o ile nie setki. Wszystkie umazane tą dziwną wydzieliną, która zdawała się być czarnym światłem, oplatającym, ruszającym się i wnikającym w kunaie. Do każdego przyczepiona była kartka, a i sama broń posiadała napisy. Na każdym nożu widniał napis „Zostań”, zaś na kartkach -„Tutaj.”

 

-Na-aaa-aaa poo-ooo-ooo-czą-teee-eee-ek unii-iii-knij tee-eee-goo-ooo! – wykrzyczał z uśmiechem na twarzy, który najzwyczajniej w świecie stanowił dowód świetnej zabawy. „Prawie jak na karuzeli! Jak Zmara może tego nie lubić?!” Złe wspomnienia. „Walić złe wspomnienia! ARRIVA!”

Share this post


Link to post
Share on other sites

(Co ludzie mają z tym gadaniem do siebie/narratora? Jaki sens jest w robieniu niepotrzebnej  ściany tekstu opisującego nierealną i nieistniejącą rozmowę, która łamie czwartą ścianę? Chcecie tak wydłużyć post? Rozbawić kogoś? Taka czynność stylistyczna jest dobra w opowieściach, a nie w sesjach i tego typu pojedynkach. Wprowadza przeciwnika w błąd, bo jest tego tyle, że może nie ogarnąć kiedy mówisz do niego, kiedy mówisz do narratora, a kiedy on tobie odpowiada, zwłaszcza jak wszystkie trzy rzeczy są w jednym ciągu. Nie ma to też najmniejszego sensu robienie tego pod publikę, bo według zachowania nawet minimalnego realizmu i wczucia, to widzowie głosujący, czyli userzy tego forum nie mogą słyszeć, widzieć tej pogawędki, bo dzieje się poza kontekstem i rzeczywistością, czyli równie dobrze nie powinni brać pod uwagę tych dialogów i je wyciąć z części do oceny. A pierwsze trzy części twojego posta to niemal w całości taki dialog. Nie mówię, że w całości usunąć wszelkie opisy emocji z pojedynku, bo byłby wtedy płytki, ale nie róbmy z tego jakiś dziwactw. W całej mojej "karierze" w MP trzy razy walczyłem i trzy razy to była osoba, która ze sobą rozmawiała i tylko jedna miała na to wyjaśnienie, była studnią dusz. Plus tak się przyłożyłeś do tego, że opis twoich normalnych działań na tym ucierpiał. Wystrzeliłem jedną dużą kulę i cztery mniejsze, a ty opisałeś, że dużą rozbijasz, a pozostałe się rozproszyły, odbiły i wygasiły na tarczy samej areny, a inne poleciały w powietrze jak planowałem. Ty zaś opisałeś jakby było ich o wiele więcej, bo zawsze pisałeś o nich w liczbie mnogiej. Opisałeś też, że stałeś nade mną i potem odpadłeś na dół, ale o dziwo nie na mnie, gdzie powinienem stać pod tobą, ale gdzieś indziej. Nie opisałeś ruchu w innym kierunku oraz ciężko jest patrzeć na mnie i na kule, które są bardzo wysoko przy słońcu mając głowę w jednej pozycji. No i zapomniałem jeszcze o tym kręceniu się.

Hejtu koniec.)

 

Cień wyczuł jak jego zaklęcie w powietrzu zostało rozproszone i czuł ten pusty obiekt. Nie musiał nawet na niego patrzeć i tak przecież nie używał oczu jak normalne materialne istoty. Miał je jako pamiątkę poprzedniego życia, ale to było dawno i zostało zakończone w brutalny sposób. Przeciwnik rozsypał wokół siebie sól, jakby miało mu to w czymś pomóc, to najmniej efektywny krąg ochronny ze wszystkich możliwych. Chroni tylko przed tym co niematerialne, a jest bezużyteczny przeciwko temu co namacalne.

 

Krąg znaków pod magiem zaczął się jakby rozrastać i wysyłać swoje "macki" coraz dalej po kamieniu, we wszystkie strony. Z każdą chwilą robiąc to coraz szybciej i stając się bardziej widocznym. Najpierw był to lekki zarys na kamieniach i jakby sam pusty kontur, ale coraz bardziej się forma wypełniała, aura rosła, choć wciąż była tajemnicza, w pewnym momencie woda dotknęła run na tym kawałku i rozpoczął się ruch areny. Opieczętowany fragment podłoża zaczął się unosić i formować z innymi fragmentami różne kręgi i piętra. Cóż to nie było na rękę Złodziejowi. W dodatku ktoś tu się lubi bawić w władcę ostrzy.

 

Na szczęście wybrał na początek dobre runy, by być na tyle mobilnym i nieuchwytnym, aby uniknąć kunai. Nie musiał nawet machać skrzydłami, były napędzane światłem, którego było tutaj sporo. Szybko uniósł się i latał chaotycznym wzorem, żeby przeciwnik nie mógł przewidzieć jego położenia i pozostawiał za sobą ślad jakby złoty pył, który delikatnie poruszany wiatrem wędrował w powietrzu. Tworząc majestatyczną mgiełkę.

 

Najlepszym wyjściem teraz jest wykorzystać to, że oponent wiruje w szaleńczym tańcu i robi to w miejscu. Nie mógł zaatakować przy użyciu cienia, ale mógł wykorzystać wszechobecną wodę. Latał więc pomiędzy odwrotnymi wodospadami i używał ich jako zasobnika, ciskając lodowymi bryłami. Niektóre rozbijały się uderzając o kilka ostrzy, a inne zwyczajnie kierowały się do celu. Sama istota czasem przecinała te strumienie i zaczęły aktywować się kolejne jego zamaskowane runy. Woda zamarzała i tworzyła coraz grubszy pancerz, również w środku "skażony" jakąś ciemną esencją. Powoli przechodził przez kolejne etapy planu.

 

Na końcu Serox wylądował na tej lewitującej skale, którą oznakował. Oddzielała go teraz od przeciwnika i jego noży do rzucania. Mógł tutaj na razie w spokoju przygotować kolejne zaklęcie do wykonania. Lewa dłoń ponownie podczas tego pojedynku zalśniła na fioletowo, tym razem jednak dymiła. Dym także był fioletowy, ale w nim połyskiwały iskry. nawet skupiając się na tej czynności, doskonale wyczuwał obecność przeciwnika i co właśnie robi. Nie da się zaskoczyć, ani zwieść.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas spowolnił… A przecież tyle się działo! „Jakiż ten świat piękny… Niczym kręcąca się panorama areny…” Wzruszył się młodzieniec. Ale pamiętasz, że to Ty się poruszasz, a nie arena, nie..? „Um… No taaaak… Jasne, że pamiętam!” Adrian… „O! Chyba będziesz musiał to zaraz odszczekać, ha!” Ma rację. W tym momencie woda najwyraźniej dotknęła run platformy, na której znajdował się przed chwilą Serox, a nad którą drobnie unosił się chłopak. Jej fragmenty zaczęły się unosić i zmieniać lokalizację, formując nowe, zaskakujące kształty. Wraz z fragmentem spod stóp nastolatka, uniósł się również czerwony krąg, który poszybował wraz ze skalnym podłożem. Arena była majstersztykiem magicznej architektury. „Wszystko obliczone w jak najmniejszych szczegółach, by woda zawsze w końcu mogła znaleźć się na runach i wypełniać otwory. No i jeszcze ten czar grawitacyjny, działający na wodę! Chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić…”

 

Podczas tych rozmyślań, Cień zdążył zniknąć z oczu adepta, na całe szczęście jednak, nie trwało to długo. Pomimo wykonywania ruchu obrotowego, wciąż starał się śledzić oponenta wzrokiem, co utrudniał jego nieregularny tor lotu i znikanie za taflami wodospadów. „Co chwila znika mi sprzed oczu!” Nie zapominaj, po co tu jesteś. Pamiętasz? Ćwiczenia w wyczuwaniu i widzeniu aury. „Uff… No dobra. Spróbujmy…” Przymknął delikatnie oczy mrużąc je jednak do tego momentu, by obraz przed nim nie rozmywał się zanadto. „Skup się, Adrian… Skup!” Otworzył oczy. Nie był pewien, lecz chyba się udało. „W powietrzu wyczuwam jego obecność w większej ilości miejsc… Zostawia za sobą ślad! Gdybym tylko lepiej…” Nie dokończył myśli. Nie wiedząc, w którym momencie, ale praca jego mózgu znów przyspieszyła do typowego dla niego tempa. Młodzik zatrzymał się, jakby zawrotna prędkość, z jaką się poruszał, nie miała w tym momencie znaczenia. Głowę schował w ramiona, przez co wyglądał jak duży żółw. Żółwie jednak, nawet te największe, nie mają pancerzy z legendarnego tworzywa, z którego wykonana była Egida Legionu.

 

-Otwarcie: Korytarz! – wykrzyknął, jednak przez otoczenie ulegające przemieszczaniu się i szum „spadających” fal, było prawie niedosłyszalne. Niemy krzyk rozpaczy.

 

Lodowe bryły z hukiem uderzały o puklerz, roztrzaskując się na kawałki, które zdawały się dematerializować w powietrzu. Na oczach widowni, lodowe kamienie znikały z oczu widowni. Inne, które omijały tarczę, znikały w tajemniczym płaszczu, by po sekundzie wylecieć z impetem, jakby przenikając młodzieńca. Niestety, nie dało się uniknąć strat. Część brył i odłamków, które nie zdążyły ulec *puff*, leciało w stronę odsłoniętych dłoni i głowy maga. Rękę pokryły liczne rozcięcia, z których spływały małe wodospady krwi. Jedynie te, które trafiły na tyle dokładnie, by uderzyć w same palce, spotęgowały jedynie sączenie się dziwnej mazi.

 

„Khem… Auć? Jak już chciałem wcześniej pomyśleć, gdybym tylko lepiej potrafił odczytywać drobne sygnały…” No, nie rozpaczaj już. Napór ustał, lepiej pomyśl nad położeniem przeciwnika, albo co ważniejsze, nad swoim. „Racja, racja…” Adrian wstał na równe nogi. Zerknął na zacięcia. Nie zaniepokoiły go jednak tak bardzo, jak inny płyn, sączący się z jego dłoni. „Szybko wycieka… Chyba będę musiał jej wkrótce użyć.” Sam się na to zdecydowałeś. „Przeciwnik średnio dał mi wybór. Czy to ważne? Równie dobrze może to być moja ostatnia walka.” Uważaj, bo Zmara Ci na to pozwoli. „Tia… No, ale przeciwnika nie było nigdzie w pobliżu.” Znowu celny strzał. Złodziejaszek nie znajdował się w jego polu widzenia. „Schował się? W sumie to zrobił sobie ku temu świetną okazję…” Nie czekając na przeciwnika, który równie dobrze mógł być gdziekolwiek, rozejrzał się po polu walki. Pomarańczowe okulary ponownie się wysunęły i zaczęły robić to, co robią najlepiej. Analizę. „Zamarznięte wodospady. Brr… gdyby to na mnie spadło, byłoby nieciekawie…” Schowały się, jak się pokazały. „Przynajmniej znalazłem ślad jego obecności…Za którąś skałą, tylko którą?”

 

To pozostało zagadką. Chłopak nie miał zamiaru czekać. Wyjął ponownie swój woreczek soli, rozsypał jak poprzednio. Pod jego stopami pojawił się podobny krąg magiczny, jak wcześniej. Ponownie wypuścił część swojej energii, tworząc znacznie mniejszych niż wcześniej – magiczny krąg. Tym razem lśnił pięknym błękitem, przeplatanym z mleczną bielą. Schował woreczek i korzystając z ciągłej nieobecności swego rywala w pobliżu, wyjął zza poły płaszcza pojedynczy nóż, który cisnął w zamrożony filar.

 

-Acceleratio. – wyszeptał formułę, by nadać mu odrobinę większą energię. „Drobne zaklęcia kinetyczne, a jakże przydatne. Nie mogę sobie pozwolić na tak duży ubytek tej energii… Wolałbym Cię wezwać później, albo wcale…”

 

-Spokojnie, Młody.

 

Odezwał się męski głos, brzmiący jakby przepuszczony przez emulator, który zniekształcił mu jego barwę. Adrian wyciągnął przed siebie lewe ramię. Z jego rękawa, wprost do dłoni, wyleciał pocisk małego kalibru, „Auć… Muszę coś z tym zrobić…” Pocisk wyrzucił w powietrze. Na cięcia rozprowadził odrobinę tego, co wydobywało się z jego paznokci. Rany zanikały w mgnieniu oka, a jeśli zawierały magię, aurę, czy energię – przepadła. W tym samym Czasie, kula jakby urosła i zmieniła się w mężczyznę. Był to wysoki, tak wysoki jak Adrian, mężczyzna, wydający się niewiele starszy. Wyglądał, jakby przepuszczony był przez jeden z tych dziwnych filtrów w aparacie, które odwracają kolory. Delikatna, niemal kobieca twarz była blada jak ściana. Długie, opadające mu na ramiona włosy, były w kolorze niebieskim, bądź zielonym. Nie był to zbyt piękny kolor… „Wypraszam sobie!” Pomyślał nasz nowy towarzysz. I ten płaszcz… Identyczny, tylko jak wszystko inne – w sepii.

 

-Witaj, Vlad. Pomożesz trochę?

 

-Jak mógłbym nie pomóc swojemu ulubionemu pupilowi! – zaśmiał się, a jego upiorny śmiech rozszedł się po całej arenie.

 

-I jedynemu… - mruknął chłopak.

 

Wyciągnął prawe, już wyleczone, ramię i podał dłoń mężczyźnie. Momentalnie zmienił swoją budowę, zmieniając się w pistolet skałkowy, podobny do tych, jakie można było oglądać w filmach o piratach. „Cel i pal. Da się zrobić, dostałem już info o jego aurze. I dobrze.” Serio nas teraz dużo… „Im więcej, tym weselej!” Radośnie odmyślał Vlad. Adrian w tym Czasie wycelował broń w powietrze, a wycelował jakby w pustą przestrzeń między nim, a otwartym niebem areny.

 

-Nirvana: Paktujemy?! – tym razem donośny głos rozniósł się po arenie.

 

Spust naciśnięty. Pociski wystrzelone. A trzeba dodać, że nie były to najzwyklejsze naboje. Pięć strużek Czarnego Światła, jak określano w legendach ten rodzaj magii, poleciało ku górze, omijając wszelkie napotkane przeszkody. Miały tylko jeden cel i jedno przeznaczenie. Drugi mag, znajdujący się na arenie; dotrzeć. Reszta zadzieje się sama.

 

 Pociski wyczuły cel i z zawrotną prędkością ku niemu pomknęły. Z każdą sekundą coraz szybsze, coraz bardziej zabójcze.

 

„Ciekawe, jak poradzisz sobie z czymś takim, Cienisty Złodzieju. Serox Vonxatian…”

Edited by Zmara

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadeszła pora na zakończenie starcia i zwrócenie się ku wiernej publiczności! Mianowicie, kto popisał się większą mocą i kogo zobaczymy w kolejnej rundzie?

 

Wybór będzie trudny. Albo Zmara, albo Serox. Zwycięzcą może zostać tylko jeden z nich. Już Wasza w tym głowa, by wskazać tego "naj", tego silniejszego. A zatem, drodzy Państwo, zapraszam do głosowania i komentowania!

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drodzy Państwo, czas na wyłonienie zwycięzcy pojedynku! Kogo zobaczymy w rundzie trzeciej? Kto popisał się większą mocą? Kto pochwalił się lepszymi czarami? Uwaga, uwaga...

 

 

Zmara - 2

Serox Vonxatian - 10

 

 

Przewagą aż ośmiu głosów, starcie wygrywa...

 

Serox Vonxatian

 

Gratulujemy! Życzymy niespożytej energii, chęci oraz opatrzności ślepego losu, w trakcie kolejnego pojedynku! Czy będzie on łatwy, a może okaże się twardym orzechem do zgryzienia? Przekonamy się już wkrótce...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...