Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [C] Serox Vonxatian vs Ohmowe Ciastko

Recommended Posts

Witamy na prastarym statku duchów!

 

Renowacja wraku, ale również wspaniałego zabytku, trwała bardzo długo, ale nareszcie mogę z czystym sercem powiedzieć, że zyskaliśmy imponującą, stabilną, pływającą arenę, z zachowaniem jej oryginalnego, posępnego klimatu. Mamy zatem poszarpane, zużyte żagle, skrzypiące deski, pajęczyny i szczątki załogi, lampy, drzwi które same się zamykają i otwierają (z trzaskiem albo świstem), a to wszystko otoczone magiczną mgłą, gęstą i zniekształcającą dźwięki. Do celów czysto kosmetycznych, aby to miejsce wciąż było bardziej „horrowate”, zostawiliśmy kilka duchów i strzyg, snujących się po opuszczonej ładowni, do której do wrzuciliśmy trochę przegniłego mięsa. Proch strzelniczy w armatach jest nowy, jeśli to Was zainteresuje.

 

Nie przejmujcie się niespokojnymi falami i nadciągającym sztormem. Dzięki magii, statek pozostanie na powierzchni, choć zaklęcie nie chroni go przed dryfowaniem. Zatem nie zdziwcie się, kiedy dziób nagle się podniesie, a potem opadnie, z głośnym chlustem. Wichura miota pozostałościami po żaglach i linami, a z dołu słychać dzwoniące łańcuchy. Księżyc świeci w pełni, pogoda jest idealna do emocjonującego magicznego pojedynku!

 

 

anniversary_crab_battle_by_andaerz-d69zg

 

 

Kogo będziemy dzisiaj gościć na tejże pływającej arenie? Czyj pojedynek już za chwilę się rozpocznie?

 

Tym razem, walczyć będą Serox Vonxatian oraz Ohmowe Ciastko, przy zaproponowanym przez nich, niestandardowym limicie, wynoszącym 9 postów na uczestnika! Nie jest to aż tak wiele, ale nie jest też zbyt mało. W każdym razie, czy tyle wystarczy, by uwolnić prawdziwą moc i nasycić wody bezkresnego oceanu jeszcze większą dawką energii?

 

Przekonajmy się. Pojedynek uważam za rozpoczęty!

Edited by Hoffman
  • Upvote 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

Serox Vonxatian, czyli Cienisty Złodziej wkroczył na arenę wzbudzając jęki pokładowych desek, gdyż został wyzwany przez jego oponenta. Tym raczej nie wyglądał iście dumnie, bądź potężnie jak podczas turnieju. Pewne okoliczności sprawiły, że chwilowo był inną istotą. Nawet nieco pasującą do otoczenia. Jego maska była cała, jednak popękana i widać, że nie "zrosła" się po ostatnim zerwaniu, oczy chłodnym blado-fioletowym blaskiem spoglądały na statek, poszarpana szata łopotała na wietrze podobnie jak żagle, co jakiś czas spazmatycznym ruchem ukazywała się w widoczny sposób jego aura, przybierając kształt niemal ducha wokół niego, w przerażających i pełnych boleści grymasach. Za sobą ciągnął, wydając brzęczący odgłos swego druha, łańcuch, w którym siedział jego twórca.

 

Cień kroczył wolno i automatycznie, naprawdę wyglądał teraz jak jedna ze zjaw, różnił się tylko nieco wyglądem i oczywiście siłą swojej aury. Rozejrzał się, był sam. Po raz kolejny przybył pierwszy, często mu się to zdarzało. Dobrze. Czas przygotować podłoże, niczym malarz nakłada podkład pod obraz. Uniósł lewą rękę w górę i wypuścił z niej kilka kul, które uderzyły po drewno na skraju okrętu, trzy nieopodal masztu i jeden puścił pod siebie. Nikt mu nie powie, że nie wyciąga nic ze swoich pojedynków, niekoniecznie swojego. Każda z kul rozbiła się i utworzyła maź, szybko układającą się w kręgi magiczne. Ten pod sobą na dodatek doprawił kilkoma dodatkowymi symbolami i glifami. Łącznie pod sobą miał trzy kombinacje znaków, run i elementów. Teraz było czekać i przygotowywać cios.

 

Lewa ręka znów rozjarzyła się, tym razem na dwa kolory. fioletowy i blado-niebieski. Światło opływało jego rękę niczym poszarpane wstążki, na porywistym wietrze, czekając na wypuszczenie. Coś w ich wyglądzie niepokoiło i wskazywało, że to niekoniecznie są wstążki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pfum.

Kruk spadł kilka centymetrów w dół, lekko lądując na palcach, przytrzymując prosty kapelusz przy głowie. Statek, na którym przyszło mu ponownie stawać w szranki z Cieniem, tym razem pokazując pełnię swoich możliwości, był stary. Mało powiedziane, była to obraza dla zadbanych reliktów poprzednich stuleci i tysiącleci, jakie często widział na morzach ludów, dla których okoliczne galaktyki były na wyciągnięcie dłoni i na które oni mówili „stare”. Ten statek wyglądał jak wrak, który ktoś podniósł z dna i wysłał na morze, załatawszy tylko dziury.

Ujrzał też przeciwnika, przygotowującego się do otwierającego ciosu. Niezdarnie zrobił krok do przodu, wystawiając dłoń.

-Poczekaj – poprosił grzecznie. – Chciałbym ci podziękować za poprzedni pojedynek i pogratulować dalekiego etapu, do jakiego doszedłeś. Naprawdę. Dzięki temu nikt nie powie, że przegrałem z kimś złym – dodał półgębkiem do siebie w myślach. – Jestem pewien, że zaprezentowałeś piękny styl. By sobie nie psuć tej walki nie oglądałem twych pozostałych pojedynków. Nie bój się więc pokazać najlepszych czarów, które zaprezentowałeś na innych arenach. Będą dla mnie takim samym zaskoczeniem jak dla przeciwników, którzy posmakowali ich przede mną.

To mówiąc nie spuszczał przeciwnika z oczu. Nie przeszkodziło mu to jednak zlustrować dokładnie reszty otoczenia. Nie wątpił, że kości leżące tu i ówdzie są prawdziwe. A nawet jeśli nie, to była tylko niewielka niedogodność.

Kruk dłonią przekręcił kapelusz, zagięty w trzech miejscach, w tym nad twarzą. Dzielił on wszystko z kapeluszem, w jakim pojawił się na statku, tylko nie kształt i srebrne obramowanie. Następnie sięgnął pod płaszcz, wyciągając szablę.

A gdy skończył szkielety zaczęły się podnosić. Niezdarnie, jak on przed chwilą, uczyły się używać swoich gładkich i cienkich kończyn na niestabilnym pokładzie. Musiały mieć jednak w kościach chodzenie po takim pokładzie, bo już po chwili wszystkie stały, trzymając w dłoniach pordzewiałe szable.

Zaczynasz od Anastazji? Czyżby puszczenie oka do widzów? Usłyszał w swojej głowie głos Karciarza.

Tak jak wszystko, co muszę zrobić na tym statku.

Nie sądziłem, że potrafisz też tak się zachowywać. Odezwał się Silic.

Drogą wojownika jest zwycięstwo na każdym polu.

Ech, Saber. Westchnęła Kompasik. Jesteś mistrzem cięcia – w szczególności dobrych rozmów.

Nie zmienisz go. Daj mu się wygadać. Poprosił Abi zmęczonym głosem.

-Kamraci – wyskrzeczał w tym czasie Kruk, wykrzywiając twarz, chcąc brzmieć jak pirat, co ostatecznie mu się udało. – Wróg na pokładzie! Dajcie mu posmakować naszej stali! – wykrzyczał do „załogi”. Szkielety odpowiedziały potrząsając rękami, powodując słyszalny nawet teraz klekot.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To i tak bez różnicy. Jesteśmy zmienieni, wciąż się zmieniamy. Rzadko kiedy coś pozostaje takie jakim było, gdy wokół tyle potężnej magii - odrzekł Cień chłodno jak lodowiec na środku oceanu, jak zawsze szeptem, który rozchodzi się jak fala. Spojrzał powoli na szkieletową armię. - Ciekawe, chciałem zrobić coś podobnego.

Wyciągnął rękę do przodu i zacisnął dłoń. Niebieskie światło rozbłysło i ogarnęło świat na sekundę. Wtedy na pokładzie zaczęły pojawiać się duchy i zjawy piratów, korsarzy i żołnierzy flot różnych królestw. Blade, półprzezroczyste lica spojrzały na Istotę i usłyszały tylko krótkie, ciche "brać". Obejrzały się i ruszyły do kolejnej bitwy z kościejami. Pod pokładem coś się działo i ruszało, wydając dźwięk dający znać, że kilka ciężkich cosiów odchodzi od burt i zmierza na górę.

Sam Złodziej owinął rękę ze znakami swoim łańcuchem i chwycił nią za maskę. Oczy wybuchły błękitnym, nieziemskim blaskiem, a ciało poczęło wykonywać spazmatyczne ruchy, jakby dostało padaczki na stojąco. Następnie z oczu wyleciało stado pocisków, niczym kruków nad bitwą i ruszyło na oponenta.

(Piszę z telefonu, bo jestem w pracy i będę poza domem do jutra wieczór)

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Kruk sięgnął dłonią pod płaszcz, wyciągając stamtąd plik kart z grubego, twardego papieru. Ich sztywność zwiększało nawoskowanie, jakim były poddane po nasyceniu magią. Były tak gładkie i śliskie, że położone na stole zaraz by się rozleciały nawet na najmniejszym wietrze, nie mówiąc o kołyszącym się statku.

 Oczyma wyobraźni widział ostatnią  walkę na tym statku. Przed oczami miał piękną jatkę, podczas których nawet młody kuchcik, mając w dłoni tylko tasak do mięsa, poważnie ranił kilku piratów. Jednak była to nierówna walka, przegrana tylko przez znaczą przewagę siły ognia statku przeciwnika i liczbę jego załogi.

 A może to była prawda? Kiedy ktoś miał w sobie moc sześciu potężnych magów, w tym jednego arcymaga Zakonu Kryształowej Groty, czas przestawał być czymś trwałym i nieprzeniknionym.

 Karty zapłonęły. Kruk, zdawało się, nie zwracał uwagi na płomienie strzelające między jego palcami w rękawicach.

-Żywe nie żywe,

martwe nie martwe,

magiczny momencie,

gdy zniszczone w jednym fragmencie,

na me rządanie

trwaj wiecznie!

Abi, Kompasik, przygotujcie swój czar.

 Karty przestały płonąć. Straciły całą swą błękitną barwę, stając się szare i mdłe. Nadal jednak można było odczytać runy i słowa mocy wypisane na ich powierzchni. A jeśli ktoś widział moc, wiedział, że magia nadal się w nich kryła.

 Kruk wziął zamach i rozrzucił karty po całym pokładzie. Te rozleciały się po całym statku, po jednym dla każdej istoty z duszą poza nim. W jego kościotrupach pobrzmiewały tylko ich echa, więc były bezpieczne.  Przez ten czas pociski Cienia zdążyły znaleźć się niebezpiecznie blisko niego.

 Mag ścisnął silniej ostrze w dłoni i odskoczył w bok, unikając ich. Rzucił się do przodu, wpadając w bieg. Parł do przodu jakby po ziemi, nie po kołyszącym się pokładzie. Mięśnie przypomniały sobie jak ruszać się na morzu.

 W biegu jednym cięciem odczepił od siebie dwie sklejone karty i ciał jedną zjawę. Tą zassało w nicość, zgodnie z tym co miały czynić runy na szabelce istotom niematerialnym. Tak jak zaplanował karta zmieniła cel na Cień, najpotężniejszy cel z puli.

 Wyskoczył w kierunku jednego z swoich szkieletów, w locie rzucając kartę. Odbił się od kościotrupa, uprzednio na chwilę wzmacniając go magią, i wyleciał w stronę Cienia z ostrzem przygotowanym do cięcia.

 Karty, które dotknęły duchów rozsypały się na pył. Czar, choć mógł w wieczność trzymać spaloną książkę nawet na wieki, tracił moc dotykając niematerialnego. Magia zapisana na kartach miała jednak trwać przez ułamek sekundy nawet po tym w takiej samej postaci. I gdy materialne straciło swą postać, przylgnęły do zjaw, wybuchając oślepiającym światłem. Kruk co prawda nie znał czaru, zdolnego wysłać duszę do piekła lub nieba. Były jednak czary zdolne wypalić całą energię danego istnienia. I były zapisane na kartach.

Zrobione.

-Rule Breaker, trwałość wymiarów! – krzyknął, wyprowadzając cięcie skierowane do ręki owiniętej w łańcuch.

 I wtedy szwy trzymające przestrzeń stały się jeszcze silniejsze, czyniąc zwykłe Mignięcie utrudnionym – nie mówiąc o teleportacji między-przestrzennej lub między-wymiarowej.

 Czterostronny atak. Naprawdę, jestem dumny że wojownik taki jak ty dzierży naszą rękę. Odezwał się Saber, Istota Broni. Jak każdy z swojego świata mógł dowolnie kształtować swe ciało, na podobieństwo wszystkiego co widział oczami ciała jak i wyobraźni. A jego lud był wojowniczy i za ujmę na honorze uznawał uczynienie z siebie czegoś innego niż broni lub ciała ją dzierżącego. Sami nie poznali jednak run ani słów mocy, dzięki którym mogli stać się jeszcze bardziej śmiercionośni – na szczęście.

 Pięciostronny, jeśli pociski Cienia nie zmieniły zbytnio swej prędkości i starały się podążać w naszym kierunku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cień poczuł wyraźnie zmiany w strukturze tego świata. Zwykły skok przez cienie byłby trudny do wykonania, jednak runy, kręgi i inne magiczne symbole są niczym stemple w kopalni. Utrzymują i chronią przejścia przed niepożądanymi zmianami. Mistrz run wiedział jak stworzyć odpowiednio wytrzymałe szlaki i pułapki. Widział jak karty działają na jego armię, stwierdził że chyba powinien odkryć część swoich.

 

Błyskawiczny ruch, lekkie uderzenie piętą o podłoże, tyle wystarczyło. W czasie, który można określić jako włos czasu Istota zapadła się w swoich znakach i pojawiła w innym, nietkniętym jeszcze przez nic, w tym czasie odpalił się glif przy bramie i w tym miejscu nastąpiła implozja ściągająca wszystko naokoło, do paszczy umieszczonej w epicentrum. Gęba pożerała wszystko jednym połknięciem i wysyłała poza sfery i światy, gdzie wraz z innymi takimi potworami ucztowały bądź zwyczajnie obgryzały kostki.

 

Po pojawieniu się w innym miejscu od razu otoczył się czymś na kształt całunu i zassał swoją energię z pocisków. Nigdy nic nie marnował. Zaklęcie powędrowało ponownie do ręki, która je rzuciła i zajaśniała na błękitno. Machnął energicznie w bok i woda w formie dużej fali wdarła się na pokład mocząc karty i przewracając kościotrupy. Kolejne machnięcie w drugą stronę i w drugą burtę uderzyła jeszcze większa fala. Deski jęknęły i wiele żołnierzy zostało wrzuconych do wody. Ręka zabłysła jeszcze mocniej i wyciągnął ją w storę pokładu. Maska wykrzywiona w upiornym uśmiechu wyglądała teraz jeszcze bardziej makabrycznie, gdy statek zaczął się przychylać i wywracać do góry dnem. Coś pod pokładem jak jeden mąż uderzyło o niego, dodając kolejnych pęknięć i wybrzuszeń. Statek teraz płynął do góry dnem. Dobrze, że Cienie nie oddychają. To znacznie ułatwia walkę w miejscu bez powietrza.

 

Krótki błysk zieleni na przedramieniu i z ciemnych czeluści wód, w których był zaczęły wyłaniać się wodorosty, zbliżając się do przeciwnika z rozkazem oplątania go. Mimo tej pozycji Złodziej stał jak stał na kręgu i nic nie wskazywało, że działa na niego grawitacja. Po prostu szata dalej opadała do pokładu, nie robiąc sobie nic z praw fizyki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Tchórz.

 Instynkt samozachowawczy, a nie tchórz.

 Kruk szybko zmienił swój plan, tnąc nie w Cień, a w paszczę, która go zastąpiła. Jednym cięciem przedzielił ją na dwie części i wysłał do diabłów, czyli tam gdzie powinna być. A to wszystko uśmiechając się pod nosem. Uważał jednocześnie to samo, co Silic i Karciarz. Nie miał o nim aż tak złej opinii, jak Saber, ani tak dobrej, jak Karciarz. Ostatecznie jednak minimalnie bliżej było mu do opinii Sabera – żyli z nim dłużej i chyba zdążyli przesiąknąć jego sposobem myślenia, w którym ucieczka od bezpośredniej walki dyskwalifikowała przeciwnika od nazywania oponentem – a tylko wrogiem.

 Wylądował na deskach i przeturlał się, by powrócić do pozycji stojącej. Bez słowa zdjął Trwałość Wymiarów, wiedząc, że Cień, niczym dobry taktyk A więc tchórz zdążył się przygotować na szybkie przeniesienia. I tak mógł nadal korzystać z mocy Kompasik, jednak bez zdjęcia tego czaru kłóciłoby się to w nim – bo to nie poważne, by samemu ignorować swój czar – nawet, jeśli opierał się na mocy Abiego.

 Jego zdolności do chodzenia przy wzburzonym morzu po pokładzie ponownie zostały wystawione na próbę. Pierwszy raz był, gdy jako szczur lądowy przypominał sobie morski krok. Teraz musiał przypomnieć sobie, jak przy silnym kołysaniu utrzymać się pokładu. A ostatecznie, w momencie gdy pokład był płaską ścianą względem wody, trzymały go tylko urządzenia w butach.

 Kaptur rozpadł się po połowie i owinął twarz, tak samo jak reszta płaszcza jego ciało, scalając i równając grubość w miejscach, gdzie były dwie warstwy.

 Odbił się od pokładu i zanurkował w wodzie. Nanobotowy strój już w momencie zetknięcia się z wodą zaczął odfiltrowywać z niej tlen, zapewniając Krukowi tlen do oddychania. Dzięki rozmaitym kamerom widział prawie tak dobrze, jak na statku. Dzięki drobnym włoskom na powierzchni kostiumu nawet najsilniejsza fala podwodna była dla niego przeszkodą taką jak wiatr.

 Cień nawet nie wiedział, jaką przysługę mu zrobił. Pokonanie oporu wody było znacznie łatwiejsze, niż pokonanie grawitacji – z tą samą siłą nośną i poziomem technologicznym. Silniczki jonowe zamontowane w butach i rękawicach pod wodą, dzięki włoskom na kostiumie, dawały lepsze przyspieszenie niż na powietrzu.

 Wystawił wolną rękę i zacisnął pięść. Kościotrupy, dotychczas powoli tonące, zostały przeniesione na pokład. Swoimi kościstymi palcami złapały się wystających desek, poręczy, dziur – czegokolwiek, co pozwoliłoby im pozostać przy pokładzie. Niewerbalnie Kruk pomyślał zaklęcie, po którym przestały czuć grawitację i opór wody.

 Prawdziwego dowódcę łatwo poznać po tym, czy robi coś dla swych podkomendnych.

 Daj spokój, on po prostu chce wygrać i potrzebuje tych szkieletów.

 A ja sądzę, że robi to dla widowni.

Pierwsze wodorosty złapały za łydkę Kruka. Ten wyprowadził szybkie cięcie, odcinając się od nich, i popłynął ku powierzchni statku, używając napędu jonowego z butów. Wolną dłoń zacisnął w pięść. Gdy ją otworzył, trzymał w niej zgniecioną kartę.

Silic, pokieruj nimi. Kompasik, możesz naszemu wrogowi pokazać, że niekiedy i tak się wraca do punktu wyjścia?

 Karta zaczęła się jakby rozpuszczać, formując gładką, metaliczną kulkę. Gdyby ktoś zaczął się przyglądać ujrzałby sieć drobnych runek, gęsto pokrywających jej powierzchnię. Część tych run wywodziła się z tej samej szkoły co runy, jakimi były zapisane karty, którymi potraktował duchy. Jednak była to tylko część. Były tu też inne runy. Jedne, które miały tworzyć Czarny Lód, taki sam dla istot materialnych, niematerialnych, energii i mocy, zamrażając i pieczętując wszystko, będąc czułymi tylko na ogień rozpalony naturalnymi sposobami – cwany wiedział, kiedy płomień był pochodzenia magicznego. A z racji na wagę większą od stali bardzo ciężko się roztapiał – nawet wrząca woda nie była zdolna mu wiele zrobić. Inne kontrolowały kiedy te będą działać. Jeszcze odmienne powodowały ruch kulki, działając razem z tymi, które nimi kierowały. Dzieła dopełniały słowa mocy zwiększające trwałość oraz kilka run zapisanych przez Kompasik.

 Tą kulkę Kruk położył na palcu i tak jak strzela się szklanymi kulkami po stole, tak samo wystrzelił w stronę Cienia.

 A Kompasik w tym czasie znalazła każde połączenie, naruszające integralność któregoś z trzech wymiarów. Przygotowała się, by w razie  kolejnej ucieczki Cienia być gotową do przeniesienia za nim kulki – z efektem natychmiastowym.

 Kruk, a jak ucieknie do innego świata?

 A w tym czasie kościotrupy zdołały się wyprostować tak samo jak Cień, powłócząc nogami kierując się w jego stronę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Serox Vonxatian w języku Cieni oznaczający Cienistego Złodzieja, nie nosił tego przydomka dla żartu. On rzeczywiście był w stanie kraść, lecz nie kradł świecidełek, czy drogich obrazów, nie porywał też córek bogatych grubasów i nie żądał za nie okupu. Był mistrzem run i to właśnie one były obiektem kolekcji. Był w stanie przekopiować każdy znak, który widział i jeśli zobaczył jak działa, to wyuczał się go. Jeśli znak się przy nim uaktywnił, też był w stanie je spamiętać i użyć później. Jednak najlepiej działało, gdy dotykał run. Przemawiały do niego, a on je rozkładał na części, by poznać ich wszystkie sekrety. Zupełnie jakby rozkładał zabawkę, by dowiedzieć się jakim cudem ona się rusza. Tak więc rzucenie w niego czymś pokrytym magicznymi znakami, glifami, runami, czy symbolami, było jak rzucanie w bibliotekarza, będącego w młodości zawodowym baseballistą, najnowszą książką pewnego egzotycznego pisarza. Zwyczajnie tylko powiększał on tak swoją kolekcję.

 

Tak więc nie miał zamiaru uciekać przed tą kulką. To była jego specjalizacja, którą rozwijał przez eony swojego istnienia w różnych uniwersach. Oczy rozbłysły przepięknym fioletem, tak samo jak dłoń. Pochwycił kulkę, która już znikając w jego dłoni, rozjarzyła swoje znaki na ten sam kolor. Zacisnął pięść i momentalnie otworzył, a w odmęty wody spadła zwyczajna, gładka metalowa kuleczka. Zaklęcie zostało skradzione i teraz będzie wykorzystane na korzyść Złodzieja. Cień spojrzał na armię szkieletów, a jego dłoń ukazała światu dziwny odcień niebieskiego, pośród którego kryła się mocna czerń. Wystawił ją w stronę kościanej gromadki i wypuścił serię pocisków. Po jednym na każdego. Pociski uderzając w nie, zamieniały zwłoki w sople Czarnego Lodu. Następnie machnął horyzontalnie i przez wodę, wzdłuż pokładu przeszło cięcie, które rozbiło te sople i naruszyło nieco maszt. Deszcz lodowych odłamków zaczął opadać tworząc dość ciekawe widowisko.

 

Istota kucnęła nad kręgiem, przykładając do niego obie dłonie, lewa wciąż jeszcze pulsowała tym światłem. Rzucił zaklęcie, a ono przeszło do wszystkich portali i z każdego, oprócz tego jednego kręgu, w stronę przeciwnika wyleciały chmary, wręcz ławice niebieskich i purpurowych pocisków zachowujących się jak pulsarowe piranie, żądne tego mięsa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Gdyby mógł, to by się zaśmiał. Gdyby mógł, to stanąłby z otwartymi ustami. Ale nie mógł ani jednego, ani drugiego. Śmiech był niemożliwy, bo ustnik przeszkadzał w wydychaniu powietrza. A maska uniemożliwiała uchylenie ust większe niż do mówienia – a i tak większość pracy brały na siebie nanoboty, wzmacniając dźwięk.

 - Kiedy ty walczyłeś ja nie próżnowałem. Nie mając aż tak wielu pojedynków do oglądania zainteresowałem się przeszłymi pojedynkami. Nie zdążyłem ich obejrzeć wiele, ale jeden z nich właśnie mi się przypomniał. Tam też magia została odebrana magowi.

 Kruk wyciągnął dłoń do przodu.

 Kulka zaczęła nasiąkać wodą, powracając do kształtu zmiętej karty.

 Kruk zacisnął dłoń w pięść. Cień ukradł runy z kulki. Jednak jego Chciwość, bo siła tej cechy wymagała zapisania jej dużą literą, zmusiła go do kradzieży SAMYCH RUN, zapominając o magii przez nie przepływających. Rurka, nawet jeśli tylko ma przewodzić wodę, ma pewną pojemność. Tak samo atrament zapisujący kartę. Tylko przewodził magią, ale w tej sytuacji aż przewodził magię – którą to musiał przez siebie przepuścić. Gdy strumień się zatrzymał pewna drobna jej ilość została z nimi.

 Magia Kruka. Magia Mistrza. Magia Anastazji. Magia z pierwiastkiem Życia. Taka, która po odpowiednim impulsie mogła zyskać świadomość. Może Kruk utworzyłby wtedy istotę o możliwościach wroga, z którym przyszło mu teraz walczyć na punkty? Jednak to nie był jego cel. Wystarczył mu jeden przeciwnik. Tak samo jak wystarczyło mu drobne połączenie między nimi a tą magią, wynikającą właśnie z tego Życia.

 Połączenie, które aktywowało najciekawszy punkt programu, jaki oferowała ta karta, właśnie przeniesiona do siedziby Kruka. Żyj i daj żyć – to była jedna z maksym, którymi nieświadomie kierował się Kruk. Nie chciał zaśmiecić tego akwenu.

 Ręka Cienia pokryła się Czarnym Lodem. Połączenie Życia niczym nić Ariadny prowadziło Kruka, a Czarny Lód miał w sobie czar ściągający Kompasik - aktywując się Lód miał pojawiać się w świecie z Krukiem, nawet jeśli był schowany setki światów dalej. Było to jej proste zabezpieczenie ścieżek przed zbyt potężnymi czarami maga.

 To jednak nie był koniec. Kruk też stosował się do prostej zasady – jak dają to bierz. Dlatego skorzystał z innej okazji, jaką Cień nieświadomie mu stworzył. Ba, nie skorzystał. Cień wszystko sam zrobił, by obrócić czar rzucony jako zabezpieczenie przeciwko sobie.

 Kompasik nie była magiem. Ona była czarodziejką. Ona nie posiadła mocy ani wiedzy. Moc i zdolność do jej wykorzystania była z nią od początku. Może niektóry magowie tworzyli portale jednokierunkowe – tak jednak jak z drogami, nikt jeszcze nie zrobił takiej uniemożliwiającej ruch w obie strony. Można jedynie zablokować wjazd z jednej strony.

 Część pocisków Cienia wleciała do portali, które miały zawrócić go w przypadku jego ucieczki od kulki. Z pewnością normalnie nie zrobiłyby mu wiele – może złapałby jej jak kulkę. Jednak gdy pojawiły się dookoła niego, a rękę miał uwięzioną w wielkiej bryle o masie porównywalnej z masą ołowiu tej samej wielkości stawało się to bardzo trudne.

 Kruk chciał jeszcze zrobić dwie rzeczy. Rzeczy nie związane z sobą, jednak z pewnością pobudzające zaciekawienie widzów wykonane niczym związek przyczynowo-skutkowy.

 Wyciągnął dłoń z szablą przed siebie i skierował ostrze pokryte runami prosto na swoje serce. Zaczerpnął jeszcze raz oddechu, wygiął się nienaturalnie i wbił je w nie po rękojeść. Przez wodę popłynęła lekka fala. Ale to nie było to, na co wyglądało. Ostrze powinno przebić go na wylot – było wystarczająco długie, by zrobić to nawet dwa, a może trzy razy, jeśli tylko bardzo by się ściskali. Nie przebiło się jednak nawet na milimetr.

 Fala która popłynęła przez wodę niosła z sobą Uniwersalny Czar Aktywacyjny – zaklęcie stworzone przez Mistrza. Sama nazwa mówiła wszystko – ten czar po prostu aktywował wszystkie efekty innych czarów, a także run i słów mocy, jeśli tylko przenosił dość magii. Czar zdecydowanie złożony, jednak opanowany przez niego do mistrzostwa.

 Pociski, które dopłynęły do niego najbliżej, aktywowały się co najmniej trzy metry od niego. Dla bezpieczeństwa Kruk utworzył szczelną barierę, jeśli efekty czarów miały okazać się zbyt potężne. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- A czy ty naprawdę sądzisz, że po naszym ostatnim spotkaniu niczego się o tobie i twojej magii nie nauczyłem? To były twoje znaki, ale magia jest moja i nie korzystam już z twoich pokładów. Niczym kropla oleju w wodzie, twoje "Życie" nie ma tutaj znaczenia, więc nie masz ty nade mną kontroli - szept rozległ się grobowo i groźnie niczym odwieczna groźba.

Pociski się nie cofnęły, no bo dlaczego? To jego zaklęcie oparte tylko o schemat runy, którą skradł. Zaklęcie lecące, bądź istniejące na czymś nie może ot tak zmienić stanu/kierunku, bądź cokolwiek innego, bez bodźca do tego. Cała chmara mimo zamierzeń przeciwnika dążyła do niego, a wraz z nimi widmo poważnych obrażeń. Jednak fala rzucona przez oponenta zablokowała je.

Ręka Cienia, a i owszem pokryła się Czarnym Lodem, tak jak potem całe jego ciało, ale to było zamierzone przez Złodzieja i szybko pokrył się on zbroją. W jego ręce już pojawiało się takie samo ostrze, gdy fala również go dosięgnęła. Fala nie aktywowała pancerza, bo nic tam do aktywacji nie było, jednak Serox znów ukrył pod skorupą glify-pułapki, które to pod wpływem UCA rozsadziły ją i rozerwały szatę maga. Przez krótką chwilę widać było zmasakrowane ciało, z widocznymi żebrami i licznymi ropiejącymi ranami, jednak całun szybko okrył ten odrażający obraz.

Zaklęcie wroga najefektowniejszą aktywację wywołało na statku, gdzie w ładowni znajdowała się runa, rosnąca od samego początku, gdy tylko pierwsze znaki zostały utworzone. Teraz pokrywała tam każdą deskę i czekała na to, by ktoś żywy postawił na nich nieuważną stopę. Jednak do tego nie doszło, doszło natomiast do eksplozji, która rozerwała statek i Cienia przy okazji. Wybuch zagotował wodę w tym miejscu i posłał potężną, niszczycielską falę ciśnienia.

Siła tego była tak duża, że po magu nie zostało nic. Jednak jak już było to kiedyś wspomniane, to są tylko obrazy, przekaźniki, które wyglądają jak on, jednak nim nie są. Prawdziwe postacie są przy "więźniu" i pilnują, by się nie wyrwał i znów nie siał śmierci i zniszczenia jak zboża na zasiewach. Cała magia znajduje się poza światem rzeczywistym i jest wysyłana w odpowiedniej ilości do kopii. W tej sferze poza światami są też wszystkie zdobyte przedmioty, z których korzystają. Zniszczenie więc jednego z mięs armatnich, czy też poszukiwaczy nie robiło im żadnej różnicy. Trzeba było zwyczajnie wysłać kolejnego. Dlatego też było ciężko się tych trzech braci pozbyć, bo ich tak naprawdę nie było.

Medium do otwarcia przejścia między ich twierdzą ukrytą pośród niczego była jedna ze składni cienia, bądź sam cień. Teraz padło na Mrok, który dawał ukrycie, ale też skrywał niebezpieczeństwo. Taka też była Mroczna postać Seroxa. Głębiny zapewniały mu sporą ilość ciemności, z której mógł tkać co chciał. Jak na przykład wielką mityczną kreaturę, krakerna. Morska bestia wyłoniła się z Mroku i zbliżała do przeciwnika. Na początku zlewała się całkowicie z otoczeniem, jednak gdy zaczęły dochodzić do niej pierwsze smugi światła stawała się coraz bardziej widoczna. Ciemny kształt z fioletowym "sercem" starał się pochwycić posiłek swoimi gigantycznymi mackami.

Złodziej jednak na tym nie poprzestał. Widoczny jedynie jako dwa bardzo małe czerwone punkciki pracował nad kolejną niespodzianką, gdyż nic co robi Cień tworząc pułapkę nie jest tym czym się wydaje na pierwszy rzut oka. Jedno jest pewne, coś wybuchnie i coś zostanie zniszczone.  Ale na to przyjdzie czas, gdyż na razie wszystko skrywa całun niepewności.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kruk miał sobie za złe, że nie zwrócił uwagi na możliwość zmiany toru przez pociski. Powód był prosty – od kiedy wyleciały z portali leciały prosto przed siebie; prosto w niego.  To zawiśnięcie w  wodzie poniżej obróconego pokładu z wolna zaczynało mu przeszkadzać – może nie psychicznie, ale taktycznie już tak.

 Jednak miał powód, by uznać je za prostsze niż naprawdę były – dla niego abstrakcją było takie wykorzystanie tej możliwości. On wysłałby pociski z opóźnieniami, po elipsach zapisując im na pierwsze kilka ruchów rozmijanie się z celem – a gdy ten unikałby pocisków, poczęstował go czymś innym.

 Jednak wszystkie te rozmyślania, a także próby unikania pocisków lecących w jego stronę mijały się z celem. UCA aktywowało po kolei wszystkie pociski, zbliżając się do Cienia. Nawet jeśli ten nie dostał swoją bronią bezpośrednio czekało go oberwanie przez aktywujące się obok niego pociski. Choć było ich mniej niż oczekiwał... to dobre i tyle.

 Nie przewidział jednak jednego – UAC dotknął czarów przy Cieniu, powodując wiele skutków. Kruk jednak ich nie zauważył – skupił się na nagłym wybuchu, który rozerwał statek na strzępy.

 Wybuch, który zniszczył Cień z pewnością zniszczyłby i Kruka – gdyby nie strój. Ten mając prawie nielimitowane możliwości obliczeniowe satelity wiszącego nad nimi, wykorzystując połączenie grawitonowo-tachionowe, zdołał wytworzyć mikroprądy, dzięki którym wszystkie siły spłynęły po nim jak woda po kaczce.

 Coś otworzyło przejście!  Kruk aż czuł podniecenie Kompasik. Ta czekała i czekała – aż się doczekała.

 Uśmiechnął się wewnątrz. Tak samo jak telepaci umiał przekazywać swoje uczucia prosto do innych.

 Umiesz powiedzieć skąd? Zapytał się Kruk, sięgając po kilka talii kart Karciarza.

 Nie. Coś przeszkadza. Odpowiedziała trochę zawiedziona dziewczyna.

 Dobrze. Nie szkodzi. Jak nie teraz to później. Silic, możecie się połączyć? Pomóż jej wykorzystując wiedzę wgraną przeze mnie. Otworzył pierwszą paczkę

 Zgadzam się.

 -Pełnia swobód!

 Jak my tego nie lubimy. Usłyszał metaliczny, obojętny głos.

 Kontakt się urwał – Silic od razu przechodził do rzeczy, a Kompasik była ambitna.

 Kruk kończył właśnie rozrzucać piątą talię kart. Teraz krążyło w wodzie dookoła niego prawie trzysta kart. Miał już otworzyć szóstą, jednak ruch w głębinach odwiódł go od tego. Uśmiechnął się kącikami ust na myśl, że skończyło się czekanie i Cień znowu wykonał ruch. Saber, przez ciebie zaczynam dziwnie się zachowywać. Nie widział jednak co właściwie widział. Zaczął przeglądać różne pasma. W podczerwieni widział tylko zimno głębin i odległy komin jakiegoś źródła geotermalnego. W nadfiolecie widok był najpiękniejszy – dno wyglądało niczym bezchmurne niebo w bezksiężycową noc, lśniąc od świateł tysięcy żyjątek tam żyjących. Pozostała mu ostatnia opcja – dobra jedynie, gdy obiekt jest bardzo duży.

 Przełączył na Betę. Promieniujące tak izotopy jodu były wszędzie dookoła niego. Zaczął cokolwiek widzieć dopiero, gdy włączył negatyw.

 Udało mu się to uzyskać czego oczekiwał, z czego nie był najszczęśliwszy – a Saber w środku wył z radości. W jego stronę płynął jakiś wielki głowonóg. Teraz widział tylko jego macki – macki, które mogłyby złamać go tak łatwo, jak on łamał zapałki.

Daj mi!

 - Zbrojownia Ascalonu, Sessho-seki – powiedział Kruk, sięgając do ich zbrojowni.

 Nie! Potnijmy go! Przeróbmy go na sushi! Duże sushi dla każdego! Pokochają cię! Zobaczysz, jak ci skoczą słupki poparcia!

 W swoim czasie.

 Kruk zacisnął dłoń na pocisku pokrytym runami, który wyjął z zbrojowni. Nie bez kozery każdy z nich był utrzymywany w polu grawitacyjny godnym gwiazdy neutronowej.

 Kruk skierował się na potwora i wyjął zza siebie pistolet jednostrzałowy, bardzo przypominający broń skałkową. Jak zwykle, gdy któreś się z nim nie zgadzało zaczął czuć opory. Jednak z doświadczeniem przyszła wiedza, że to zwykle tylko iluzja – nie wiedział, że cała reszta musiała się z nim nie zgadzać, by uniemożliwić mu ruch. Tak skrajna sytuacja nigdy nie miała miejsca. Odchylił lufę i załadował pocisk.

 - Paktujmy! – wykrzyknął, prostując rękę i wystrzeliwując. Pocisk pomknął w stronę cielska z prędkością poddźwiękową, nie zwalniając jednak. Kruk nie mógł jednak podziwiać jego lotu. Oto w stronę potwora leciały gramy antymaterii z z zapalnikiem radiowym, a gdyby coś poszło nie tak, to czasowym. Taka ilość antymaterii miała rozerwać go od środka – tak, jak Cień zniszczył statek – choć po prawdzie był to przerost formy nad treścią. Kruk potrzebował jednak tej nadmiarowej siły wybuchu.

 Kruk znowu sięgnął do zbrojowni. Tym razem jednak po coś, co go obroni.

 - Panoplia tou Achillea, Rho Aias!

 Można było powiedzieć, że Kruk zamienił się na miejsce z jakimś robotem. Wyższą o stopę, humanoidalną maszynę trzymającą w ręce wyższy od siebie kawał metalu, lekko wygięty po bokach. Nikt jednak nie mówił, że pełnoprawny pancerz wspomagany musi być duży. W większości przypadków jego wielkość była powodowana wymaganiami przed nim stawianymi – wymaganiami, które potrzebowały wiele miejsca i metalu, by im sprostać. Jednak jak to z miniaturyzacją bywało, nadchodził moment gdy pancerz niewiele większy od historycznych zbroi płytowych był zdolny wytrzymać pośredni wybuch bomby atomowej.

 A gdy trzymał taką tarczę, to mógł się przed nią zasłonić –  nie poczułby niczego.

 Wybrał swoją najpotężniejszą tarczę tylko nasączoną magią tylko po to, by się nią pochwalić – dla swojego planu potrzebował tylko jej powierzchni. Oczekiwał wybuchu – wybuchu, który wyrzuci go w powietrze razem z słupem wody, gdzie już zamierzał pozostać. A gdyby pocisk nie podziałał, jakimś sposobem pokonany nawet mimo Linii Magii Abiego, którymi były pokryte – bo runami nie można było tego nazwać. Runy są takie same dla każdego maga i każda istota z mocą może z nich skorzystać. Linie Magii były wyjątkowe dla każdego maga, tylko on mógł je wyryć i tylko jego woli się słuchały. Wedle jej interpretacji były one prostym placebo, którego prawdziwym sposobem działania było nasycenie magii przelanej do obiektu Życiem i cząstką duszy. Nie posiadała jednak sama magii, by zrobić coś takiego – więc nie wymyśliła tego wcześniej.

 A Rule Maker Abiego mógł niszczyć magię – takie działanie podświadomie stworzył Abi. Dopiero gdy wpadł do Studni Kruka zrozumiał, że jego moc ma inną naturę niż dotychczas sądził. I choć szukali granic tej mocy, nie zdołali ich znaleźć – jednak prawie nigdy nie działała ona tak, jak tego oczekiwali. Tylko niszczenie magii nie groziło zniszczeniem w najlepszym wypadku układu gwiezdnego, w najgorszym świata. Już zdołał kilka tak zniszczyć – jednak były to magiczne twory, które i tak nie miały istnieć. Przećwiczył tą moc dostatecznie dobrze by wiedzieć, że nie ma z nią żartów.

 A gdyby jakimś sposobem pocisk nie sięgnął swego celu, to wybuchłby ten przeniesiony z zbrojowni wprost na dno morskie, wyglądający jak najzwyklejszy kamień – niczym legendarny Sessho-seki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pocisk przebił powłokę złudnego krakena bez problemu, cóż po to była. Jednak, gdy dotarł do "serca" zrobionego z kryształu, utkanego z magii Mroku. Precyzyjna robota, ale Serox robi to już od eonów i przez wiele światów, że nie jest to problemem. Stworzenie czegoś niezliczony raz dzieje się automatycznie i podświadomie, co nie oznacza wcale, że dzieło jest wykonane niestarannie, wręcz przeciwnie, tyle prób oznacza też wiele poprawek i dojście do perfekcji. Jednak nawet najcudowniejszy twór musi kiedyś runąć. Żywot tegoż był bardzo krótki, lecz śmierć widowiskowa. Najpierw gdy zderzyła się materia z antymaterią, dochodzi do anihilacji i uwolnienia potężnej ilości czystej, nieskażonej niczym energii. Nastąpił wybuch, który posłał magię zamkniętą w zaklęciu na sporą odległość. Później zaś nastąpiło opóźnione aktywowanie się czaru i cała ta energia pomknęła do epicentrum, by znów eksplodować ze zdwojoną siłą. Fala uderzeniowa po takim wybuchu nie nadążała przewodzić energię i zostawała przez nią odepchnięta, tworząc w tym oceanie gigantyczną bańkę o ogromnym podciśnieniu.

Cień w mroku głębin doskonale widział swoje otoczenie i niczym ryba wyczuwająca ruch w wodzie, tak i on wyczuwał zmiany w ciemnościach. Odczuł że coś się pojawiło, coś dość małego ale przeładowanego. Jednak on miał inne plany i nie potrzeba mu było zakłócaczy. Stwierdził więc, że zużyje na to swoją linię obronną  i ściągnął jeden unoszący się spory niczym mina głębinowa kryształ wprost na te obiekt, detonując obydwie rzeczy. Fala Mroku rozeszła się po dnie i aktywowała pozostałe bomby, jednak tym razem ta magia nie powędrowała jak powinna. Złodziej zaczął pochłaniać swoją moc, by przyspieszyć zaklęcie, rzucane niemal od początku. Mrok nie widzi dobrze w świetle, a Światłość w mroku, tak więc gdy tylko istota wyłoniła się pośród Mroku głębin z promieni słonecznych wyszła ukryta przed okiem i magią druga przeciwna istota, która zbierała moc w tajemnicy. Gdy energia Mroku powróciła do właściciela i miał ją w sobie zgromadzoną w stopniu porównywalnym z drugim odbiciem mógł przystąpić do czynu.

Najpierw w stronę przeciwnika z prędkością światła powędrowały dwa słupy, które spotykały się na oponencie i łącząc w jedną linię. Jeden słup zrobiony z Mroku głębin, a drugi, ze Światła dnia. Nie zrobiły absolutnie nic, gdyż to nie było zaklęcie lecz droga. Teraz mając szlak, który przemieszczał się za postacią jak reflektory za wrogimi samolotami i ukazując zbrojnego na planach sfer Mroku i Światła można było zaatakować szybciej niż czas. Obie istoty przeniknęły, czy raczej powróciły do swoich żywiołowych domów i nie będąc ograniczone żadnym tarciem, czasem, czy przestrzenią do pokonania, gdyż w sferach żadne miejsce nie jest identyczne, ruszyły do ataku. W dłoniach trzymały potężne miecze pokryte starożytnymi runami, w językach, o których już zapomniano. W zwykłym świecie nie dało się ujrzeć nic z tego ataku, gdyż technicznie nie było go tam. Dopiero przy ciele, a właściwie wewnątrz zbroi zbroją pojawiły się ostrza przeniesione do zwykłej sfery. Pomijając każde bariery i tarcze, cięcie powinno wejść gładko i bardzo boleśnie, albowiem gdy dwie przeciwne magie się spotykają, to albo dochodzi do anihilacji i uwolnienia dzikiej magii, albo łączą się i mieszają tworząc wir magiczny. A że Cień, był cieniem, to był w stanie ten proces kontrolować w takim stopniu, by w odpowiednim momencie te dwa żywioły się wyniszczyły, bądź łączyły. W tym momencie wolał zrobić ze zbroi mikser w puszcze.

Następnie przez światło wyszedł w postaci świetlistej nad powierzchnie wody i od razu zmienił się na nowo w Cienia. Gdy opadał, wytworzył w ręku coś niczym pistolet czarno prochowy i wycelował w powierzchnie wody. Następnie wytworzył runiczny krąg, który widział w ostatnim swoim pojedynku turniejowym. Zasłona bólu i szaleństwa tamtego wydarzenia zamazywał obraz run, ale on specjalizując się w odczytywaniu był w staniu wyostrzyć to co widział, by móc to bez problemu skraść. Gdy glif przed lufą unosił się i poruszał, pozostając w odpowiedniej odległości, zaczął strzelać jak z karabinu maszynowego. Pociski pokryte zaklęciem Zegarmistrza uderzały w ocean i zamrażały go, tworząc sporej wielkości i grubości pokrywę lodową. Arenę na której Serox chciał teraz walczyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Wszystko zadziało się zgodnie z planem Cienia. Słupy świata sięgnęły zbroi i przenikając przez mikroskopijne szczeliny, za małe nawet dla drobinek wody czy powietrza, weszły do niej. Po chwili zbroja była niewiele warta, rozrywana od środka wirem, na który nie była przygotowana. Bo nie przeciwko magii została stworzona, a zwykłej broni.

 Czy jednak plan Cienia zawierał w sobie margines na opóźnienia? Bo takie utworzyły karty – spowolniły słupy o milisekundę, informując o nich Kruka. Dla zwykłego człowieka nie było to dość czasu, by cokolwiek zauważyć. Najszybszym tyle czasu zajmowało podświadome zorientowanie się, że coś się dzieje. Cyborg z nadprzewodniczącym mózgiem mógł po takim czasie zacząć wyprowadzać jakiś ruch. Kruk tylko wzmacniając ciało magią osiągał ten sam poziom.

 Jednak teraz to nie magia, a Życie, w formie o poziom niżej niż w poprzednim pojedynku, przyspieszało jego ruchy. Dla Kruka ta milisekunda, jeśli tylko chciał, właśnie jak teraz, trwała i trwała bez końca – choć bardzo szybko wiedział, co chciał zrobić.

 Uciekł z zbroi – taka była prawda. Jednak przed tym pozwolił mieczom zadrapać się – dla potrzeb nauki. Kilka prostych czarów później skopiował do świata magii pewien proces inżynieryjny – inżynierię wsteczną. Badanie czyjejś mocy było zbyt groźne. A dla pewności oczyścił się Rule Maker.

 Pojawił się wysoko, ponad mgłą, w tym samym stroju co na początku pojedynku. Unosząc się w powietrzu siłą silniczków jonowych wyciągnął ręce przed siebie, otwierając dłonie.

Silic z Kompasik, Saber oraz Abi, zgodzicie się mi pomóc? Będziemy musieli się połączyć.

 Chcesz zostawić biednego Karciarza samego?

 Nie spełniliśmy swojego zadania.

 Sami wiecie, że umie on grać w karty sam z sobą. A wy się nie martwcie, zaraz wszystkiego się dowiecie.

 Poza tym mi to nie przeszkadza.

 Sami słyszeliście. Zgadzacie się? Dobrze.

 -Dopełnienie swobód!

 Kruk zdecydowali, że po połączeniu się z Krukiem będą używać jego miana – tak było łatwiej. To on był najsilniejszą osobowością. Zapewne z powodu, iż to jego moc łączyła ich w jedno. Starali się jednak tak silnych połączeń unikać – proces degeneracji  osobowości był bardzo powolny, ale istniał.

 - Zbrojownia Króla Mórz i Jezior! Gae Assail! Gae Derg!

 W wyciągniętych dłoniach pojawiły się krwistoczerwone włócznie. Gae Assail była tą piękniejszą, z zdobieniami błyszczącymi na jej powierzchni. Patrząc się na nią można było przysiąc, że te ornamenty żyją własnym życiem. Jednak to Gae Derg powodował u magów niepokój, paraliżujący członki.

 Nazwy uczciwie oddawały natury tych włóczni. Gae Derg, niczym mitologiczny odpowiednik, był zaklęty mocą niszczącą magię, Rule Maker’em Abiego.  Jednak była ona tylko po to, by przygotować tor lotu dla Gae Assail – tej, która zawsze trafiała w cel. Tej, która była ciałem z ich ciała, utworzoną mocą Saber, żywej broni, która była cząstką ich.

 Pierwszy zamach. Gae Derg pomknęło w dół, w kierunku glifu, który widział na dole. Liczył, że będzie tam Cień. To jednak nie był jedyny cel. Innym powodem była chęć zniszczenia wszystkich większych run, które mogły być na drodze oraz rozwianie mgły.  Gdy jesteś myśliwym, musisz myśleć jak zwierzyna – tak stajesz się najlepszym łowcą. A gdy wojownik myśli jak broń, jego siła sięgała niebios. Taki rzut, rozwiewający swą siłą mgłę, nawet gdy ręka miotająca niewiele ma w sobie normalnego ciała, był męczący – jednak możliwy dla nich.

 -Ibar!

 Gae Assail pomknęło zaraz później, w kierunku odsłoniętego na światło dnia Cienia. Kruk był gotów pomknąć za swym przeciwnikiem wszędzie – byle by tylko go zniszczyć. Chciał jednak, by każdy to zauważył.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...