Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Sign in to follow this  
Hoffman

[Pojedynek] Greeny vs. Sharon de Ville

Greeny vs Sharon de Ville  

1 member has voted

  1. 1. Kto zwyciężył w tym pojedynku?

    • Greeny
      1
    • Sharon de Ville
      0


Recommended Posts

Dzierżąc w ręku niewielki zwój Hoffman powoli wszedł na podest po czym dokładnie zmierzył wzrokiem uczestników kolejnego pojedynku. Następnie zerknął na pergamin aby upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu i że arena jest przygotowana. Nie zwracając uwagi na niecierpliwiące się kucyki dla pewności jeszcze raz obszedł wzrokiem całą strukturę, po czym kiwnął głową dając znak, że istotnie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i miejsce to bez przeszkód może być areną dla kolejnego pojedynku. Nagle uwagę Hoffmana przyciągnął Greeny który tupnął kopytem o ziemię. Sharon także wydawała się znużona przeciągającymi się przygotowaniami.


- Dobrze, już dobrze moi drodzy! Koniec czekania! Czas rozpocząć nowy pojedynek!

 

 

armor_of_shadow_by_zedrin-d5suxyy.png

 

 

 

Tym razem na arenie magicznych zmagań stają na przeciw siebie tajemniczy Greeny oraz panna de Ville. Greeny bez wątpienia jest jednym z bardziej zagadkowych uczestników, wiemy o nim niewiele poza tym, że dla wszystkich stara się być uprzejmy i miły. Wiemy jeszcze, że przybył na arenę by się dobrze bawić, ale niewykluczone że w trakcie walki odkryje przed nami część swoich sekretów (mnie zawsze intrygowały te kieszenie, a Was?). Po drugiej stronie areny widzimy Sharon de Ville która jest znana ze swojego talentu władania iluzjami co naprawdę potrafi wyprowadzić w przysłowiowe pole. Ponadto wiemy o jej drugim talencie za którym ona sama delikatnie mówiąc nie przepada, ale kto wie, może dziś okaże się przydatny? Trudno powiedzieć, tu wszystko się może zdarzyć!

A zatem, drodzy widzowie, panie Greeny, pani de Ville... niech rozpocznie się pojedynek! Nie zapomnicie o zasadach! Powodzenia!

 

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na arenie panuje cisza. Nikt nie odważy się choćby kichnąć, spojrzenia wszystkich zebranych na trybunach kucyków skierowane są na przygotowujących się do pojedynku magów. Ciekawe zjawisko. Tyle kucyków, które przybyły tu tylko po to, by zobaczyć magiczny pojedynek. Widać głęboko w nich wciąż pozostało pragnienie chleba i igrzysk. Wciąż chcą tego dziwnego rodzaju rozrywki, które pomaga im oderwać się od nudnej czy monotonnej codzienności.

Na wydeptaną przez wielu innych arenę wchodzi niska klacz. Stąpa pewnie, niezbyt szybko, z charakterystyczną dla niej gracją, która widoczna jest nawet przy normalnym chodzie.

Z trybunów można słyszeć chichoty i parsknięcia śmiechem. Fakt, panna de Ville nie wygląda na jednorożca z wielkimi zdolnościami magicznymi, nie mówiąc już o jakiejkolwiek sile fizycznej. Na jej twarzy można dostrzec delikatny uśmiech. Poprawia monokl i staje na środku areny.

- Wierzę, że jesteś godnym przeciwnikiem - mówi, patrząc prosto w oczy stojącego przed nią kucyka. Jej głos brzmi poważnie. Sharon wie, ze musi w siebie wierzyć. Wiara czyni cuda. Bez wiary nigdy nie wygra.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po porannych przygotowaniach do pojedynku, którego nie mógł się doczekać Greeny w końcu został wezwany na arenę. Gdy wychodził na przyszłe pole magicznego pojedynku, słońce świeciło jasno, a od zachodu wiał ciepły wietrzyk. Poczuł się świetnie, już od dawna nie widział tak przepięknej pogody. "Pegazy naprawdę się postarały."-pomyślał.

Rozejrzał się po arenie, która była czyszczona i przygotowywana do pojedynku. Cóż mógł rzec, po prostu olśniewała swoją wspaniałością i przytłaczała wielkością. Dla kucyka, który nie przebywał nigdy w licznym towarzystwie, wydała się troszeczkę straszna. Ale Greeny szybko się uspokoił. Oglądał teraz tłumy na trybunach. Było prawie pewne, że zdecydowana większość kucyków przyszła oglądać wyczyny jego oponentki. Wskazywały na to chociażby liczne transparenty z jej podobizną i napisami w stylu "jesteś najlepsza". Zbliżał się czas tak przez niego wyczekiwany, już za chwile zabawa się rozpocznie.

Poczekał jeszcze chwilę, aż wszyscy usuną się z pola rażenia ewentualnych zaklęć, aż wreszcie dostrzegł swą przeciwniczkę wchodzącą na arenę od strony, gdzie świeciło słońce.Usłyszał kilka śmiechów na trybunach, ale zawsze znajdzie się ktoś kto lubi dokuczać innym, większość widowni jednak milczała w oczekiwaniu na nadchodzące wydarzenia. Nie mógł się jej dobrze przyjrzeć, ze względu na promienie, ale też z powodu wejścia na podest Hoffmana. Kuc stał na wzniesieniu jakiś czas i tylko się rozglądał. Greeny mógł więc się przyjrzeć przeciwniczce, no cóż wyglądała zdecydowanie bardziej żywo i mniej płasko, niż na transparentach, jego uwagę zwróciły jednak jej różnokolorowe oczy. Było w nich coś dziwnego, coś tajemniczego i nie pozostawiało wątpliwości, że ta klacz jest obdarowana potężną magiczną mocą, z którą każdy powinien się liczyć. Już sama jej obecność wpłynęła na Greenego, klacz powiedziała coś do niego, lecz zdanie nie dotarło do adresata, gdyż pogrążył się w swoich myślach za sprawą jakiejś tajemniczej, magicznej energii, a na ziemi pojawiło się to o czym myślał (ale oczywiście była to tylko iluzja), a że myślał o pięknym dużym cukierku, to on staną mu przed oczami. Przez dłuższy czas próbował go rozpakować, ale mu nie wychodziło, w końcu postanowił zrobić to mocniej i tupnął w ziemię( Co Hoffman odebrał jako oznakę zniecierpliwienia.) Greeny otrząsnął się z tego transu, dopiero, gdy kuc na podwyższeniu zapowiedział pojedynek. Cukierek znikną co dość zdziwiło zielonego ogiera, ale dzięki temu Greeny mógł się skoncentrować na pojedynku, który go czekał.

Po zapowiedzi Ogier podszedł do przeciwniczki i wręczył jej babeczkę.

-Życzę Ci powodzenia-dodał

Jako, że dziewczyny mają pierwszeństwo, Greeny wstrzymał się z dalszymi akcjami. Wykonał tylko kilka dziwnych nieokreślonofalistych ruchów rękami, które spowodowały zaświecenie się Jego oczu na zielono i pojawienia się słabej zmieniającej kolory raz na sekundę obwódki w okół zielonego ogiera.

-Jeszcze raz powodzenia i czekam na Pani ruch z niecierpliwością.-Powiedział, licząc na świetną zabawę

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przed pojedynkiem dała swojemu przeciwnikowi mały pokaz. Ot, krótka, prosta iluzja, prezentująca tylko skrawek gry, jaką może być władanie obrazem w umyśle kucyka. Rozbawił ją nieco, próbując odpakować coś tak ulotnego jak iluzję, wszak nie było to możliwe. Kucyki na widowni wymieniały zdziwione spojrzenia, wciąganie ich w pole czaru kosztowałoby zbyt wiele energii. Zresztą przyda się to trochę później, gdy pojedynek nabierze tępa. Klacz zauważyła dziwną nieco, mieniąca się kolorami tęczy obwódkę wokół ciała kucyka. Interesujące. Może własnie dlatego tak bardzo wciągały ją pojedynki, to zaskoczenie, przygotowywanie złożonych zaklęć, różne skutki używania ich...

- Widzę, że w pojedynku z Tobą damy mają pierwszeństwo. Dobrze więc - Sharon odgarnęła grzywę opadającą jej na twarz. Zamknęła oczy. Wokół jej przeciwnika pojawił się obłok czegoś przypominającego mgłę, choć ponad wszelką wątpliwość mgłą nie było. Chmura opinała się coraz ciaśniej na oponencie, aż pasowała na niego idealnie. Pod jej szarością kolor obłoku, jaki wcześniej stworzył ogier zbladł, ustępując miejsca bladości ledwo dostrzegalnej chmury. Greeny spróbował się poruszyć, robiąc krok w przód. Zamiast tego zrobił krok w tył. Przystanął zdziwiony. Miał zamiar przesunąć się odrobinę w lewo. Dziwnym sposobem jego nogi postąpiły kawałek w prawą stronę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy Greeny czekał na ruch swojej przeciwniczki cały czas myślał o tajemniczym cukierku, który nie chciał się rozpakować. Wtedy ujrzał obłok czegoś zbliżający się szybko w jego kierunku. Pierwsza myśl jaka wpadła mu do głowy wydała się przewspaniała. "Ciekawe jak to smakuje?, spróbuję" , jednak zanim zdążył ją ugryźć ona opatuliła go. Zauważył ciekawą rzecz, gdy chciał otworzyć usta, zagryzł je bardzo mocno. "i jak tu teraz cokolwiek zrobić"- pomyślał. Na szczęście nie było większych problemów, wiedział, że kolorowa otoczka zaraz załatwi sprawę, albo nie. Postanowił nacieszyć się tym dziwnym stanem, idąc w innym kierunku niż zamierzał.

Było to całkiem zabawne, jednak nie trwało długo, gdyż obwódka rozbłysła jasnym światłem i pochłonęła mgłę, następnie mglano-różnokolorowy promień uniósł się w powietrze. Towarzyszył temu silny podmuch wiatru, który spowodował majestatyczne falowanie zielonego płaszcza. gdy powstała materia osiągnęła wysokość nieba zniknęła. Dało się odczuć lekką zmianę pogody. Wiatr z zachodniego, lekkiego i ciepłego zmienił się w porywisty, zimny, spiralny wicher. Niebo zaczęło się powoli zachmurzać ciemnoniebieskimi chmurami. One utworzyły najpierw okrąg w miejscu, gdzie zniknęła materia, potem zamknęły go tworząc wielki obszar pozbawiony promieni słonecznych, po czym zaczęły opadać, a wręcz pędzić spiralnymi łukami w stronę areny. W wyższych partiach tego skupiska rozpoczęła się burza, bez deszczu(ale pioruny rozwijały się w powietrzu nie docierając do ziemi). Czerwone przebłyski rozjaśniły cyklon, gdy pierwsze chmury uderzyły w arenę. Każdy kucyk poczuł przejmujące zimno i mrowienie, gdy burzowa niebieska masa uderzyła w niego. Niedługo cała arena pokryła się nieprzeniknionymi ciemnościami. Gdyby ktoś spojrzał w górę zobaczyłby ponownie fragment nieba, przez który wyjrzało słońce i oświetliło chmury znajdujące się na powierzchni areny. Owe magiczne twory ociepliły się lekko i zaczęły się unosić w podobny sposób jak opadły, tworząc słup jakby podpierający wyższe warstwy tworu. Rozpoczął się deszcz galaretki pomarańczowej, który śmiesznie kontrastował z przejmującą chwilą grozy. Na koniec chmury wyczerpawszy swą magiczną energię rozbłysły po raz ostatni tęczą i rozpłynęły się.

-Teraz, gdy już mogę mówić i zjadłem galaretkę, chętnie wytłumaczę Ci co tu zaszło. Byłem chroniony przez tarczę irracjonalności. Przemienia ona zaklęcia niezależnie ode mnie w inne zaklęcia. Tym razem mieliśmy tu wspaniały deszczyk bardzo smacznej galaretki. Im więcej energii włoży się w zaklęcie pierwotne, tym bardziej potężne stanie się zaklęcie wtórne. Skala przedstawia się mniej więcej 1 do 1. Twoje najwyraźniej było bardzo mocne, gdyż wywołało widowiskowe efekty specjalne i pyszną galaretkę.

Przyszła teraz pora na kontratak.Greeny mógłby się wiecznie zastanawiać, nad tym jak zaatakować swoją przeciwniczkę, jednak nie do końca finalny wynik działania zależał od niego. Magia, którą władał jest irracjonalna, a co za tym idzie, nie można być pewnym co się stanie. Raczej efekt będzie kompletnie inny od zamierzonego(ale niekoniecznie przeciwstawny).

-No, cóż spróbujmy czegoś takiego.- Greeny wyciągną z jednej ze swoich kieszeni zielony proszek. Zaczął rozsypywać go dookoła siebie w kształcie okręgu. Później na środku dosypał oczy i uśmiechniętą buzię. Zamruczał coś pod nosem, po czym krąg rozświetlił się. Wystrzelił z niego snop zielonego światła, który miał wysokość ok. 6 metrów. Z trzech stron Sharon pojawiły się na ziemi duże kręcące się buzie. Tliło się w nich światło, które z każdą chwilą rosło. z każdej z buź wyłoniła się jasnozielona kula, która miała konsystencje i wygląd wody w obszarze pozbawionym grawitacji. Szybko podleciały do Sharon i zaczęły się kręcić w okół niej. Wsiąkły w ziemię, po poświatach zielonego koloru można było wywnioskować, że się połączyły. W miejscu do którego to doszło z gruntu wyłoniła się gruba stalowo kamienna ręka. Za nią poszła reszta ciała magicznego tworu. Wyglądał on następująco: Głowa była osadzona nisko na korpusie, który był zrobiony ze stali. W centrum tułowia widniała zielona poświata za szybką. Jego jedna ręka była zrobiona z kamienia i tego samego materiału co korpus, druga natomiast wyglądała jak długa macka z magicznej zielonej energii. Nogi przypominały zielone półprzezroczyste błoto rozlewające się na arenę. Stwór, którego Greene postanowił nazwać Gienio, ruszył się wolno i ociężale w stronę zdziwionej Sharon. Wtem nagle wystrzelił swą macko-ręke w kierunku oponentki z zamiarem pochwycenia jej.

W tym czasie Greene, znów odprawił dziwny rytuał nałożenia na siebie tarczy irracjonalności, zaświecił na różnokolorowo i czekał co zrobi Sharon. Wyjął jeszcze pozostałość pysznej pomarańczowej galaretki i zaczął jeść.Można było zauważyć, że publika jest zadowolona z rozwoju wypadków i spektakularności wystąpienia, a także ze smacznego posiłku z nieba. Wszystko wskazywało na naprawdę dobrą zabawę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zielona macka potwora pędziła w kierunku klaczy w zaskakująco szybkim tempie. Nie miała czasu na utworzenie choćby tarczy refleksyjnej. Gdyby macka ją dotknęła, straciłaby jakąkolwiek orientację w terenie. Nie byłaby w stanie dosięgnąć Sharon, ponieważ stwór stworzony przez Greeny'iego nie zaatakuje swego twórcy. Nie wiedząc, kto jest jego twórcą, nie zaatakuje nikogo. Panna de Ville skoczyła gwałtownie w lewo, zielonkawa macka świsnęła jej koło twarzy. Cudem udało jej się uniknąć ciosu. Macka, zamiast zawrócić, przez cały swój rozpęd uderzyła w mur stanowiący granicę areny. Powyżej były trybuny, które zatrzęsły się lekko od siły uderzeniowej.

Sharon podniosła się z piaszczystej ziemi. Przeniosła wzrok na golema. Twór zataczał się po arenie, jego macka wiła się, widać, że nie do końca nad nią panował. Bliski kontakt z murem oszołomił ją.

Sharon postanowiła coś sprawdzić. Wzięła głęboki oddech i skupiła się na tworzeniu obrazu w umyśle swoim, golema i Greeny'iego, tak, by i on był w stanie to zobaczyć. Upewniając się, że iluzja jest w miarę stabilna, przeszła do działań właściwych. Tuż koło niej pojawiła się lewitująca strzelba myśliwska, jeden ze starszych modeli. Po naładowaniu jej jedną kulą wykonaną z czystego srebra, wycelowała nie w golema, ale w jego mackę. Pociągnęła za spust. Odgłos wystrzału niósł się po arenie, choć tylko dwa kucyki były w stanie go usłyszeć. Z rany postrzałowej, jaką odniosła macka, zaczęło wyciekać coś na kształt krwi, choć było gęstsze i miało kolor niebieski. Sharon rzuciła szybkie spojrzenia na zdziwiony wyraz twarzy Greeny'iego. Uśmiechnęła się do siebie. Zakończyła czar iluzji, która po prostu się rozmyła. Klacz była zadowolona ze zdobytej wiedzy, która mogła okazać się bardzo przydatna.

Widać stwór odczuwa ból

może rany mieć od kul

Jakich czarów mogę użyć

by tych męk mu nie przedłużyć?

Po wypowiedzeniu tych słów zaczęło dziać się coś dziwnego. Słońce zaszło, ustępując miejsca księżycowi w pełni, świecącemu jaśniej niż kiedykolwiek.

- Chroń mnie, dobrze? - wyszeptała cicho. Arenę otoczyły nieprzeniknione dla oka ciemności

Zza pazuchy wyciągnęła fiolkę z fioletowym, fosforyzującym w ciemności płynem. Wypiła łyk. Nie musiała długo czekać na efekty. Jej oczy zaczęły świecić w ciemności, niczym oczy kota. Widziała teraz dość dobrze. Jej przeciwnik mógł dostrzec ją, ale niekoniecznie jej czary.

W stronę tworu Greeny'iego pofrunęły trzy smugi energii. Jedna z nich koloru niebieskiego, smuga inteligencji, wniknęła w głowę golema. Druga, smuga ruchu wsiąkła w jego kończyny. Trzecia, smuga emocji, wniknęła w miejsce, gdzie u kucyka i każdego żywego stworzenia powinno znajdować się serce. Golem zatrząsł się gwałtownie. Światło zaczęło przenikać przez metal i skałę, z jakiej był stworzony. Kamień pękał, rysy na jego powierzchni się poszerzały.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Greeny podziwiał widoki, gdy dostrzegł niebieską maź wydobywającą się z macki."biedny Gienio "- pomyślał. Chciał coś zrobić, aby pomóc swemu tworowi, lecz zapadły egipskie ciemności.

-Ciekawą pogodę tu macie, najpierw słońce, teraz księżyc- Powiedział jakby do siebie.

Faktem jednak pozostawało, że nic nie widział. Rady były dwie, albo zużyć magiczną tarczę, a wtedy nie wiadomo co się stanie, albo użyć pewnych sprzętów z kieszeni. Lepszym wydało się to drugie, więc zielony ogier sięgną do jednej. Poszukał trochę i wyciągnął Night vision goggles. Teraz mógł zobaczyć większość rzeczy. Niestety założył je w nieodpowiednim momencie. Na jego oczach bowiem rozleciał się Gienio!

Była to przejmująca i przerażająca scena. Golem zaczął pękać w różnych miejscach. Bruzdy sunęły coraz dalej w jego ciele. Pół sekundy później wyglądał jak spękana sucha ziemia, albo jak puzzle. Z każdej z nich biło potężne ciemnozielone światło. Gienio wyglądał jakby jego rdzeń chciał go rozsadzić, gdyż jeden z promieni wyłączył mu stabilizator magii. Jego twarz, choć nieruchoma wydawała się przepełniona bólem. Po chwili niektóre metaliczne opiłki z jego korpusu zaczęły odpadać, ujawniając rdzeń. Następnie załamała się jego noga i Gienio upadł na ziemię. Przy uderzeniu rozbiła się osłona magicznego zasilacza i czysta energia irracjonalności wylała się, kontaktując i reagując z powietrzem. Doprowadziło to w efekcie do wybuchu. Pomimo otaczających wszystko ciemności, każdy ujrzał jasnozieloną łunę światła, jak po eksplozji atomowej, która najpierw rozwinęła się okręgiem o średnicy 6 metrów od Gienia, następnie skurczyła się, aby potem wybuchnąć ze spotęgowaną siłą. W powietrzu wyraźnie można było dostrzec falę uderzeniową(gdyż przez kilka sekund po wybuchu było jasno jak w dzień), pod jej naporem Grenny wzleciał w powietrze i upadł dwa metry dalej, a dół areny skruszył się lekko. W miejscu eksplozji został tylko rów w ziemi wypełniony rozgrzaną do czerwoności płynną substancją.

-Szkoda, był z niego taki dobry sojusznik, nawet nad nim nie panowałem, ale polubiłem go, szkoda.- Powiedział Greeny wstając poobijany, ale dumny z ziemi.

-Kolejną sprawą jest to, że przez ciemność, widownia nie może Cię podziwiać. Przydałoby się tu rozjaśnić, nie uważasz? To na szczęście nie wymaga specjalnego rodzaju magii, więc mogę zrobić to bez ryzyka nieprzewidzianych konsekwencji. Widzisz, moja magia, którą nauczyłem się od mego mistrza Aliego jest magią niekontrolowaną. Robi co chce. Tylko największe umysły, takie jaki miał Pradziad mego mentora, potrafią ją okiełznać. Ja tego nie umiem i raczej się nie nauczę.Tak więc każde moje zaklęcie może przynieść niespodziankę. Ta magia jest bardzo potężna, gdyż nie ma granic, ale cóż z tego, jeśli nie robi tego co jej karzesz. Wydaję mi się, że jednak odrobinka światła by się przydała. I jeszcze jedno, może opowiesz mi coś o sobie, bo ja tak ciągle mówię, a to Ciebie bardziej lubi publika. Pewnie jest ciekawa, tak jak ja, szczegółów dotyczących Twego wspaniałego życia. W prawdzie słyszałem już o Tobie z opowiadań krążących w pokojach gościnnych, ale na dobą sprawę jest to pewnie tylko namiastka pełnego obrazu.

Gdy Greeny kończył wypowiadać ostatnie zdania już rozpoczął inkantację czaru, mającego poprawić publice odbiór z pojedynku. Wykonał ruch ręką w dół, potem do przodu, dołożył drugą rękę i obie pociągnął do góry, tak, że koniec ruchu wypadł nad jego głową. Na koniec kulistym pociągnięciem złączył ręce na ziemi.

Wtedy z okolic głowy wystrzelił zielony promień o średnicy 30 cm. Wpadł w głąb ziemi, wystrzelił tuż za Sharon. Następnie rozdzielił się na dwa mniejsze promienie, które otoczyły arenę w odległości ok 5m od jej brzegu, tworząc wielkie koło, które zamknęło się przed twarzą Greenyego. Na koniec z ziemi wystrzeliło w równych odstępach od siebie dwanaście słupów energii, które urosły i dotknęły koła na wysokości dwóch metrów. Gdy to się stało połączenia pomiędzy filarami zniknęły, one same przybrały formę wysokich zielonych kryształów, a energia na ich czubku zaświeciła mocnym białym światłem, rozjaśniając arenę tak by można było z trybun dobrze obserwować przebieg pojedynku.

-Skoro już widzimy, pora wezwać do pomocy kompana, żeby zastąpił Gienia. Co powiesz moja droga przeciwniczko na smoka?

Greeny rozpoczął inkantację. Wylewitował na wysokość stworzonej przez siebie latarni rozłożył, ręce tak jakby to były skrzydła, odwrócił głowę, wcześniej skierowaną do góry, w przód, a z jego płuc dobył się ryk jakby wielkiego gada.

Oczy zapłonęły mu zielonym płomieniem, sylwetka rozbłysła i przed niego wyszła przezroczysta kopia jego wyglądu stworzona z magicznej energii. Greeny opadł na ziemię, a tymczasem twór poleciał w górę. Im wyżej leciał tym bardziej przypominał smoka. Najpierw pojawił się za nim gruby w miarę krótki ognisty warkocz, który w środku był ciemno-zielony, a na obrzeżach jaskrawo-jasno-zielony. Potem sylwetka wydłużyła się, szyja urosła, a głowa stała się łuskowata i kanciasta. Z pleców wyrosły olbrzymie skrzydła z błoną jak u nietoperza, tylko połączenia były o wiele grubsze, twarde i wyrastały z nich liczne kolce. Nogi początkowo skróciły się i powyginały, a potem znów urosły stając się większe niż przedtem. Na ich końcu wyłoniły się z twardej skóry długie, zakrzywione, ostre i jasne pazury. Klatka piersiowa urosła i widać było wyraźne granice potężnych, grubych łusek smoczego pancerza. W końcu smok wzleciał wysoko nad ziemię, zatrzymując się dopiero na tle tarczy księżyca. Rozpostarł wtedy swe wielkie skrzydła, które bez problemu utrzymałyby w powietrzu ciężar dwóch smoków. Powietrze wokół niego podpaliło się jasnym niebieskim płomieniem, który wyglądał oszałamiająco na tle świecącego jak nigdy wcześniej księżyca. Smok rozejrzał się po okolicy, po czym majestatycznie i groźnie zatoczył koło na areną, by za chwilę poszybować w dół z zatrważającą prędkością, wprost na Sharon.

"Nigdy się nie spodziewałem, że to kiedyś mi wyjdzie"- pomyślał Greeny, bardzo osłabiony, gdyż magiczna energia potrzebna do tego zaklęcia i przepływająca przez jego organizm wyczerpała go. Miał problemy ze złapaniem oddechu i ledwo stał na nogach, obserwując jednak wytrwale i z uwagą pikowanie wielkiej, zielonej, płonącej bestii. Wydawało się, że nawet najpotężniejsza magia, nie zatrzyma stworzenia tak dużego i odpornego na jej działanie. Smok zbliżał się nieuchronnie, jak śmierć do swej ofiary, jeszcze kilka chwil i spadłby na ziemię w takim pędzie, iż mógł zniszczyć i spopielić całą arenę.

Jednak jak to bywa z tą magią nic nie idzie tak jak to się wydaję. Greeny poczuł, że coś jest nie tak. Chwilę potem odzyskał większość utraconych sił.

Można było zobaczyć jak wielkie monstrum spadające z nieba rozpada się na pięć wielkich, płonących na ostro-żółto części o nieokreślonym kształcie. Uderzyły one w ziemię, każda jakieś 6 metrów od Sharon, następnie wybuchły złotym światłem, które powoli uniosło się do góry, by zmaterializować się w ogromną książkę.

Była to wielka na ćwierć areny, lewitująca ok 10 m. nad ziemią księga. Po 2 sekundach, zaczęła się powoli otwierać i przekręcać stronami do dołu. Nagle z kart oderwały się litery, które zaczęły szybować w dół i stopniowo napełniać się magiczną energią. Teraz na Greenyego i Sharon pędziło kilka tysięcy magicznych pocisków.

-Cóż, zaprawdę ciekawa pogoda.- Powiedział zielony ogier odzyskawszy siły i nie zrażony, a w ręcz rozbawiony przemianą smoka w książkę. Wyciągną z kieszeni składany parasol, tchną na niego, a z jego ust wydobyło się żółte powietrze, które oplotło przyszłe schronienie Greenyego.

-Na szczęście jestem przygotowany, jak myślę na wszelkie okoliczności.-Powiedział rozkładając parasol nad głową.

Pierwszy magiczny pocisk spadł na ziemię i topiąc ją wbił się na 3 metry w głąb, po czym wyparował. Kolejne nadchodziły, najpierw dość rzadko, ale patrząc w górę, można było stwierdzić, że zaraz z książki posypie się istna ulewa.

-Ach zaprawdę fascynujące, nie uważasz? O ile mogę się do Ciebie zwracać na "ty"?- Greeny wypowiedział te słowa sięgając do kieszeni.

-Może parasolkę?- Zapytał miłym i przyjaznym tonem Sharon, po czym wykonał tą samą czynność, którą przed chwilą zrobił ze swoją.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sharon wzięła od Greeny'iego parasolkę i rozwinęła ją. Na wszelki wypadek jednak otoczyła ją kruchą dość tarczą, gotową odbić pierwsze wychwycone pole magii, jakim otoczone były spadające z nieba pociski. Niektóre z nich lądowały kilka metrów od dwóch stojących na arenie kucyków.

Litery spadające z nieba? Wielki, zielony smok? Widać panna de Ville miała rację, mając nadzieję, że trafi jej się godny przeciwnik. Nie zastanawiając się dłużej, zwinęła parasolkę i wciąż podtrzymując pole ochronne czekała. Jedna z kul leciała prosto na nią. Podniosła się, stojąc na dwóch kopytach. Zamachnęła się parasolką i odbiła lecącą na nią kulę. Uderzenie, wzmocnione energią magiczną spowodowało dość ciekawe zjawisko. Sharon odrzuciło kilka metrów w tył, kula z kolei poleciała w górę. Po chwili zatrzymała się i w wielkim rozbłysku światła popękała. Z kawałków skały zaczęły formować się litery. Skakały w powietrzu, zmieniając miejsca.

Sharon podniosła się z ziemi. Rękaw jej koszuli był podarty, kopyto tylko z lekka poparzone. Deszcz ognistych kul ustał. Wzrok Greeny'iego wlepiony był w wiszący w powietrzu napis. Wisiał tam tylko przez chwilę, tak więc Sharon nie zdążyła odwrócić się, by go odczytać. Może kiedyś spyta zielonego kucyka, co to było...

Klacz zaczęła szeptać formułę. Po chwili przed nią zaczął materializować się kryształowy schodek. Weszła na niego, pojawił się drugi. Zrobiła krok do przodu, pierwszy schodek zniknął. Tym sposobem klacz znalazła się 20 m nad ziemią.

- Co powiesz na pojedynek w powietrzu? - zawołała.

Greeny, choć zdziwiony takim obrotem spraw, uśmiechnął się i użył zaklęcia lewitacji na samym sobie. Gdy był już na wysokości Sharon, pod jego nogami pojawiła się okrągła szklana płyta o średnicy ok. 4 m. Mimo pozornie kruchego materiału, za pomocą którego była zbudowana, płyta była bardzo trwała. Greeny nie zapomniał ulepszyć jej zaklęciem krystalizującym.

Robiło się coraz bardziej zimno.

- Mogę dać Ci jedną radę...nie patrz w dół. - powiedziała Sharon. Wiedziała, że oprócz dużej wysokości na arenie czeka coś jeszcze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy Greeny usłyszał o pojedynku w powietrzu, bardzo się ucieszył. Wylewitował się na odpowiednią wysokość, po czym stanął na płycie, która pojawiła się pod jego nogami. Przeciwniczka udzieliła mu rady.

-Dziękuję bardzo za uprzedzenie, postaram się nie patrzeć.- Odpowiedział zielony ogier.

- Jednak wydaję mi się, że stanie na tej nudnej platformie może nie być zabawne.- To powiedziawszy, wyciągnął z kieszeni pompkę, włożył ją do podłoża, na którym stał i zaczął je pompować z użyciem magii. Po jakiś 20 sekundach stał na kształcie podobnym do wielkiego muffina, tyko że z kryształów. Przylepił mu duże okrągłe oczy, które wyjął z kieszeni i dodał:

-No teraz o wiele lepiej.- Zwrócił się następnie w kierunku Sharon.

- Widzę, że przeze mnie rozprułaś sobie rękaw, pozwól, że Ci pomogę.- To powiedziawszy Greeny zaczął grzebać po kieszeniach wyrzucając najróżniejsze przedmioty, takie jak scyzoryki, oczy, samochód w proszku, ziemniaki, sztuczną grzywę i wąsy, tort czekoladowy, runę telekomunikacyjną, słońce w puszce, Poziomkowe mydełko, aż w końcu dotarł do obiektu swych poszukiwań.

- Jest, igła i nici, proszę bardzo, ja szyć nie potrafię, a z moją magią sama wiesz jak jest, więc pewnie lepiej będzie dla tej koszuli, jeśli Ty ją zaszyjesz.- powiedział podając Sharon znalezisko.

-Dobrze więc wróćmy do pojedynku, widzę, że nie jesteś zbyt skora do dłuższych rozmów, może później coś więcej o sobie powiesz, choć wcale tego nie wymagam. No cóż, robi się zimno, przydałoby się podgrzać atmosferę. Wyczarujmy sobie jakiś kominek, albo ognisko.

Greeny, jak zamierzał tak zrobił, rozpoczął inkantację. Zrobił kolisty ruch ręką w płaszczyźnie poziomej, a następnie dostawił do niej drugą, po czym chuchnął na obie. Stworzył się na nich mały zielony płomień, który porwany wiatrem poleciał na przód i rozszerzył się. W pewnym momencie stanął, powiększył się trzykrotnie i oświetlił okolice pojedynkujących się. Można było wyczuć ciepło bijące od płomienia.

Nagle Greeny upadł na kolana i opuścił głowę w chwilowym zamroczeniu, ogień spadł w dół. Zanim zielony ogier zdołał się podnieść, po bokach wystrzeliły płomieniste słupy czerwonego żaru. Obejmowały coraz większy obszar, a na górze rozpryskiwały się tworząc powoli nieprzeniknioną czerwoną masę nad walczącymi. Gdy tylko obłoki żaru spotkały się, słupy ognia zaczęły wirować i połączyły się ze sobą. Nabierały coraz większej prędkości i już za sekundę obracały się z ogromną siłą, tworząc wielkie ogniste tornado. Podczas, gdy coraz to nowe płomienie wystrzeliwały z ruszających się ścian, na górze kumulacja magicznej energii doprowadziła do mocnych wyładowań elektro-magicznych. Pioruny ciskały wszędzie we wnętrzu tornada, a latająca muffina Greenego razem z nim zaczęła lewitować w koło wraz z ruchem wirowym trąby powietrznej.

Zielony ogier podniósł się z kolan i był zdziwiony widokiem, który spostrzegł.

-No cóż, nie do końca o to mi chodziło, ale jest cieplej, nieprawdaż?

Ponieważ wirowanie bardzo mu się spodobało, wykorzystał kilka sekund na zabawę. Magiczna energia nie jest w tym przypadku nieskończona, więc wyładowania powoli ustały, choć tornado dalej się kręciło.

-W tych warunkach jest dość ciekawie walczyć, nie uważasz?- zwrócił się do swej oponentki.

-Warto jednak zabezpieczyć się przed atakiem z dołu.- powiedział zielony ogier, po czym wyjął z kieszeni magiczną kamerę.

-To są moje oczy tam, gdzie nie mogę spojrzeć, nie przekazują mi bezpośrednio obrazu, ale tylko to co mogłoby mi ewentualnie zagrozić.- Greeny umieścił kamerę na skraju swego muffina, skierowaną w dół.

-Może pokażę Ci co odkrył mój mentor, w wyniku nieudanego eksperymentu?- powiedział ogier wyciągając z kieszeni mały, pulsujący, jasnoniebieski obiekt. Greeny rozpoczął wykonywanie dziwnych ruchów rękami nad przedmiotem.

-Zastanawiam się, ile z tego wszystkiego co widzę jest iluzją, bo znając Twój talent i moc, teoretycznie mogę gadać teraz do powietrza, albo spać na prawdziwej arenie, no cóż, okażę się w przyszłości, ale ufam Ci, iż nie stronisz od prawdziwej walki. Śmiesznie by to wszystko wyglądało, nie ukrywam, o... zaczyna się coś dziać.- Rzeczywiście, pulsująca kulka powiększyła się, jej kolor zmienił się na zielony i przestała się ruszać. Powiał od niej silny wiatr powodując lekkie zakłócenie w idealnym kształcie tornada.

-To jest zielona dziura, odkryta przez mego mistrza, na skutek wylania magicznej farby na czarną dziurę. Ten twór wypluwa z siebie różne rzeczy, głównie te, które zassała jakaś siła. Zwykle jest to światło i powietrze pod ciśnieniem, ale mogą się zdarzyć także i inne ciekawe przedmioty.

Dziura zaczęła świecić białym światłem o różnym natężeniu, gdy wyłoniło się z niej coś małego i przypominającego ślimaka. Greeny przestał zwracać uwagę na dziurę. Schylił się i podniósł bardzo ciekawe stworzonko. Przypominało oślizgłą zieloną maź z macką na górze, na końcu której znajdowało się idealnie okrągłe oko. Zielony ogier tak zapatrzył się w dziwną istotę, że zapomniał o dziurze, która zaczęła robić się niestabilna. Po chwili spadła w dół jak kamień, a Greeny zemdlał z niewyjaśnionej przyczyny. Po kilku sekundach stała się rzecz dość nietypowa.

Cała arena wraz z widzami i zabudowaniami, podniosła się do góry i obróciła. Znajdowała się teraz w tej samej odległości od walczących, tylko że nad nimi. Magiczna kamera spojrzała w stronę areny. Zadziwiający był kontrast grawitacji, gdyż wszystko co nie dotykało budowli było przyciągane przez naturalną powierzchnię Ziemi, natomiast reszta, czuła, że źródło tej siły znajduje się nad areną.

Greeny ocknął się, powolnym, bezsilnym ruchem sięgnął do kieszeni i wyją jakąś fiolkę, ze słomką. Pociągnął kilka dużych łyków i od razu poczuł się lepiej. Wstał na nogi i rozejrzał się na około.

-Nie ma mnie przez chwilę, a tu takie rzeczy się dzieją, niebywałe. Dobrze, przydałby się jakiś kontratak z mojej strony. Jednak ja nie jestem w tym za dobry, lepiej by było, gdyby ktoś zrobił to za mnie.

Grenny zaczął przywoływać pewne stworzenie z czystej energii, które trzymał w domu pradziad jego mentora.

Okolicę miejsca, gdzie ogier pod swym kapturem powinien mieć róg rozbłysły białym światłem. Stworzyła się tam duża na głowę kula z energii. Po bokach wyszły małe stróżki zielonego światła oplatając magiczny twór. Potem wszystko zaczęło się dziać w zawrotnym tempie. Kula wystrzeliła w stronę Sharon, a za nią pojawiła się biała smuga, na jej powierzchni zaczęły wędrować zygzakowate niebieskie impulsy magiczne, a całość oplatało zielone światło. Sharon z pewnością trzymała coś w zanadrzu by odeprzeć kulę, ale ona zadziałała jeszcze przed trafieniem. Rozbłysnęła blaskiem tysiąca słońc, oślepiając na kilka sekund każdą istotę patrzącą na nią, a następnie rozszczepiła się okalając miejsce, w którym stała Sharon i zmieniając przestrzeń w okół niej. Wszystkie przedmioty, poza jej zmieniły się w cytrynową galaretkę w kształcie kuli, która początkowo świeciła, a potem przygasła. Przypominała trochę małe słoneczko. Nie wiadomo było, czy Sharon tam utkwiła, gdyż z wewnątrz tliło się jeszcze białe światło, niepozwalające ujrzeć środka kuli.

-No, cóż interesujący ten pojedynek. Ciekawe, czy w końcu coś mi wyjdzie tak, jak bym chciał.- powiedział Greeny z nutką ironii w głosie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdziekolwiek by nie spojrzała, widziała tylko oślepiające ją białe światło. Próbowała się ruszyć, ale przychodziło jej to z trudem. Jakby ugrzęzła w czymś gęstym. Po chwili otoczenie przestało być białe, zrobiło się...żółte? Hm, ciekawe. Sharon zorientowała się nagle, że coraz trudniej jej oddychać. Substancja, w której ugrzęzła była spójna i nie przepuszczała wiele powietrza. Klacz szarpnęła się gwałtownie. Niewiele to dało. Ponowiła wysiłki. Substancja jednak stała niewzruszona. Płuca rozpaczliwie wołały o tlen.

Uwagę Greeny'iego zwróciła dość nietypowa rzecz lewitująca w stronę cytrynowej galaretki. Był to nóż kuchenny ogromnych rozmiarów. Po chwili galaretka była pokrojona na mniejsze kawałki. Sharon szarpnęła się, tym razem z oczekiwanym skutkiem. Oddychała ciężko, ciesząc się mimo wszystko ze świeżego powietrza. Oblizała usta. Zaśmiała się.

- Galaretka? Cytrynowa w dodatku? Naprawdę?

Wstała, otrzepując się z resztek słodkiego deseru. Cały czas uważając, by nie skierować wzroku na arenę. W dół.

Zaklęcie, które rzuciła miało swoje plusy i minusy, co nie zmieniało faktu, że ocierało się o czarną magię. Gdyby jakiś kucyk spojrzał w dół, zobaczyłby swój najgorszy koszmar, jego największy lęk śmiałby mu się prosto w twarz. Nie wiadomo, co tam zobaczy, mimo to, kiedy już to ujrzy ma wrażenie, jakby na niego czekało. Obraz umiał wryć się głęboko w pamięć, praktycznie unieszkodliwiając potencjalnego przeciwnika, zastygłego w skrajnym przerażeniu. Sharon ostrzegła swojego oponenta, nie miała jednak zamiaru wyjaśniać mu działania zaklęcia. Na jej nieszczęście czarna magia działa na każdego, nawet na tego, kto się nią posługuje, co może przynieść efekty odwrotne od oczekiwanych.

Wiedząc, że Greeny obrócił arenę, Sharon postanowiła nieco sprostować swoją radę.

- W takim razie...nie patrz w górę.

Uśmiechnęła się, rzuciła ostatnie spojrzenie Greeny'iemu i...zeskoczyła ze szklanej płyty. Greeny jednak nie mógł wiedzieć jednego. Sharon wcześniej utkała cienką, ale trwałą siatkę czaru, która rozciągała się się 5 metrów nad ziemią. Kiedy klacz jej dotknęła, uruchomiła tym samym kolejny czar. Dla Greeny'iego wyglądało to, jakby po prostu skoczyła i siłą rozpędu uderzyła o twarde podłoże. Tak naprawdę w chwili dotknięcia siatki klacz odbiła się od niej lekko i wróciła na podest. Inna sprawa, że Greny nie mógł tego zobaczyć. Przed sobą widział tylko powietrze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Widzę, że lubisz skakać w górę i w dół. Też to bardzo lubię. Lecz niestety aktualna sytuacja powoli staję się nudna, co powiesz na zmiany?- Powiedział Greeny, tak uprzejmie, jak potrafił.

- Znam pewne zaklęcie, które może temu zaradzić. Jest dość wymagające pod względem energii magicznej, dlatego będę musiał się wzmocnić. Znam jeden bardzo skuteczny sposób.

To powiedziawszy Greeny wyczarował kolejną zieloną dziurę, tylko że tym razem była ona bardzo mała. W pewnym momencie powiększyła się i zaczęła wypluwać z siebie jakiś wielki przedmiot. Najpierw wyłonił się niebieski kryształowy czubek, a następnie wielkie tłoki, do niego przymocowane. Później ujawniła się dalsza część konstrukcji, czyli wielki prostopadłościan obrośnięty mniejszymi kryształami koloru błękitnego. Wystawało z niego wiele śrub, sprężyn, ruszających się elementów, trybików i mierników poziomu mocy. Po chwili zielona dziura wypluła trzy nogi maszyny, po czym znikła.

-To jest wynalazek ojca Aliego, który specjalizował się w tego typu rzeczach. Nazwał go generatorem magii.

Greeny podszedł do siedem razy większej od niego maszyny, sprawnie ustawił parametry przekazu mocy, wszedł na platformę i włożył nogi w coś przypominającego stalowe buty przytwierdzone do podłoża. Na koniec nacisnął głową wielki czerwony przycisk z uśmiechniętą, zezowatą buzią.

Piski, skrzypienia i dziwne dźwięki, które wydobyły się z maszyny, zanim ruszyła, były głośne, ciężkie do zniesienia i uporczywe. W końcu, po kilku sekundach, na pionowym grubym mierniku energii pojawiły się pierwsze odczyty. Tłoki zaczęły szybko pracować, tryby obracały się i przekazywały za pomocą pasków i innych przyrządów energię mechaniczną do środka generatora. Błękitne kryształy rozświetliły się wypełnione magiczną energią. Gdy miernik wskazał 60% swojej maksymalnej wartości, wielki niebieski kryształ zaczął powoli ładować się. Granatowa poświata zaczęła mozolną wspinaczkę do czubka. Maszyna po chwili osiągnęła pełną moc. Energia magiczna zaczęła przepływać przez ciało Greenyego, a ta która nie została wykorzystana, była odprowadzana z powrotem do kryształowej baterii.

Sam zielony ogier zaczął błyszczeć ostrym światłem, a jego oczy zyskały płomienistą poświatę, po czym rozświetliły się tak, że nie było widać źrenic i tęczówki.

-Teraz jeszcze tylko ostatnie doładowanie.- Powiedział Greeny wyciągając kilka sześciopaków pewnej mikstury, którą wcześniej pił przez słomkę.

- Bardzo dobry wywar do przywracania, bądź dodawania siły, jak będziesz potrzebować energii, to powiedz, mam ich bardzo dużo i chętnie pożyczę.- Po wypowiedzeniu ostatniego zdania Greeny wypił wszystkie wyjęte uprzednio napoje.

Jego ubranie straciło czystomaterialny wymiar, podobnie jak on sam. Gdyby nie był podczepiony do generatora, energia, którą zgromadził rozsadziła by go. Stał się chwilowo czystą, myślącą magiczną chmurą mocy, która powoli traciła swój kucykowy kształt. Gdyby zostać podpiętym na ok. 10 minut, większość klaczy i ogierów, po prostu rozpadła by się na mikrocząseczki, straciła umysł i rozszczepiła się.

Greeny musiał więc działać szybko.

-Zaklęcie którego użyję, jest jednym z nielicznych, które do tej pory działało zawsze tak, jak tego ktoś chciał.- Powiedział znacznie grubszym głosem niż zwykle, który odbijał się echem.

-Wystarczy powiedzieć tylko kilka słów i mieć wystarczająco dużo energii, bądź szczęścia i wszystko będzie wyglądać inaczej.

-Totalne i apsolutystyczne unierzeczywistnienie Wszechświata irracjonalizujące przestrzeń wersja 2.8!!!

Nastąpiło wtedy uwolnienie ogromnej ilości magicznej energii. Generator zużył całą dostępną zgromadzoną moc, Greeny zmaterializował się, wyładowując zaczerpniętą magię. Wszystko rozbłysło w serii ogromnych wybuchów, ogarniających cały obszar areny przeznaczony do walki. Wszędzie zaczęły ciskać promienie i pioruny, rozpoczęło się trzęsienie powietrza ( ziemi przy okazji też). Cząsteczki zaczęły eksplodować tworząc nowe, co dało ogromną falę detonacji, wszystko, co wtedy się tam znajdowało uległo napromieniowaniu czystą irracjonalną energią, prowadząc do najróżniejszych mutacji. Wszystko zalała fala ciemnego światła, suchej wody, zimnego ognia, gorącego chłodu i eksplodującej materii. Ta reakcja raz wprawiona w ruch nie dała się zatrzymać, nie było odwrotu, dla wszystkich cząsteczek w polu rażenia. Wszystko wracało do normy, po wykończeniu irracjonalnej energii dostępnej w okolicy, która zależała tylko i wyłącznie od niczego, oraz od jej zasobów w okolicy. Puki energia była dostarczana...

Sharon otworzyła oczy zamknięte, aby ochronić je przed światłem i ujrzała, że znajduję się na rozległej zielonej łące. Kilometr dalej znajdował się las, słońce świeciło na bezchmurnym niebie, a na przeciwko stał Greeny.

-Już Ci wszystko wyjaśniam- rzekł przyjaźnie zielony ogier.

-Ty mnie ostrzegłaś, więc czuje się w obowiązku opowiedzenia Ci trochę o tym miejscu. Jesteśmy dokładnie... nie wiem do końca gdzie, ale to nie jest zwykły świat. Jest to przestrzeń irracjonalna, która nie ma żadnych praw i reguł.- Greeny zaczął przechadzać się po okolicy i nagle odbił się od powietrza.

-Właśnie o tym mówię, wszystkiego można się spodziewać.- Gdy Greeny skończył mówić te słowa, ziemia zamieniła się w różowo przezroczystą wodę, do której oboje wpadli. Zielony ogier zaczerpnął oddech.

-Tak jak się spodziewałem, można oddychać. Nie jest to wymiar zależny ode mnie, robi co mu się żywnie podoba. Po wyczerpaniu energii, wszystko wraca do normy, a my znajdujemy się w tych samych pozycjach co wcześniej.

Woda po chwili zmieniła się w złote chmury, po których dało się normalnie chodzić, ale tylko po dolnej stronie.

-Uznałem, że pojedynek tutaj będzie ciekawszy i urozmaici widowisko. Specjalnie po to, pomyślałem o czymś, co przekażę widowni relację stąd. Oto to coś.- Powiedział Greeny wskazując na szereg latających w okół zawodników oczu.

-Oczywiście!, że tu może się stać wszystko, włącznie z tymi złymi rzeczami- Stwierdził zielony ogier wieszając oczy na drzewie (dla lepszego przekazu obrazu)(tak, na chmurze rosło drzewo)

-Dlatego warto by było się trzymać w miarę na zasięg wzroku, gdyż możemy potrzebować swej wzajemnej pomocy. W grupie zawsze raźniej, żeby nam to ułatwić, ojciec mego mentora wynalazł specjalne wykrywacze, które pokazują pozycję drugiego urządzenia tego typu. Jeśli oboje je założymy, będziemy wiedzieć, gdzie się znajdujemy, nawet, jeśli słońce postanowi kompletnie zgasnąć.- To mówiąc Greeny wręczył Sharon wykrywacz, w międzyczasie potykając się o powietrze i odbijając od twardej chmury.

-Teraz, skoro już wszystko załatwione, jesteśmy w stanie wrócić do pojedynku, czy masz może jeszcze jakieś pytania co do tego miejsca?- Spytał uprzejmie Greeny swoją oponentkę, przygotowując się na długą i dziwną walkę, bowiem w tej przestrzeni magia nie zawsze działa zgodnie z jej naturą i to nie tylko ta irracjonalna.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sharon zaczęła chichotać.

- Ładnie tu - powiedziała do Greeny'iego, rozglądając się. Trawa na łące była wyraziście zielona, słońce świeciło jasnym blaskiem. Różowa woda również nie należała do typowych rzeczy, podobnie jak złote chmury. Klacz podróżowała po wielu zakątkach Equestrii, ale jej zmysł włóczykija jeszcze nigdy nie doprowadził jej do innego wymiaru. Potrzebowała chwilę, by zrozumieć zasady tego świata. Bo jedyną zasadą panują w tym świecie był brak jakichkolwiek zasad. Irytowało ją to nieco, lubiła wiedzieć, z czym ma do czynienia. Po chwili jednak uśmiechnęła się pod nosem. Tutaj nie będzie jej potrzebna iluzja, w tym miejscu można naginać rzeczywistość do własnych potrzeb i zachcianek. Sharon bardzo ucieszyła się z tego powodu, ciągłe używanie iluzji dało się jej we znaki zmęczeniem i lekkimi, sporadycznymi zawrotami głowy. Na jakiś czas powinna odpuścić sobie rzucanie zaklęć iluzjonistycznych, szczególnie tych nakładających przysłowiową kurtynę na całe widoczne gołym okiem otoczenia.

Cała kraina wydawała się przyjazna, bez zagrożeń e swojej strony. wiadomo jednak, że pozory lubią mylić, klacz musiała więc zachować niezbędną ostrożność. Zastanowiła się chwilę, jak wykorzystać otoczenia na swoją korzyść, by rzucić zaklęcie, które postawi oponenta w kropce.

Uniosła prawe kopyto i machnęła nim dwa razy. Ku jej zdziwieniu powstał mały, nieszkodliwy wir powietrza, który po chwili uniósł się lekko w górę i zaczął przybierać kształt. formował się chwilę, powietrze tkało swego rodzaju siatkę, która układała się na utworzonym kształcie. W miejscu, gdzie przed sekundą było coś na kształt pajęczej sieci pojawiała się skóra, po chwili futro, pazury, oczy, tułów, łapy i inne części ciała. Powstałe zwierzę delikatnie dotknęło łapami ziemi.

Z wyglądu przypominało wilka, z ta różnica, że liczyło sobie prawie dwa metry wzrostu. To, co wydawało się być zwykła sierścią okazało się miękkimi kolcami. Wystarczyło się o nie otrzeć, a trująca substancja wnikało w ciało i w ciągu dziesięciu minut paraliżowała je. Szaron odsunęła się kroczek w bok. Odgarnęła swoją długą grzywę z oczu przyjrzała się wilkowi.

- No...nie do końca o to mi chodziło. Haha, ciekawy ten świat! Tyle możliwości! Aż trudno się zdecydować, skoro można wszystko!

Wilczysko warknęło przeciągle. Twór nie był kontrolowany przez nikogo. Gdy zgiął przednie łapy, oba kucyki usłyszały piskliwy, ogłuszający zgrzyt. Okazuje się, że zwierze wewnątrz było zbudowane z...metalu. Mimo to żyło i poruszało się płynnie, może lekko skrzypiąc. W każdym razie warto zwrócić uwagę na fakt, że właśnie szykowało się do skoku. Nie wiadomo tylko czy na Sharon, czy na Greeny'iego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zwierzę wyglądało zarazem zabawnie, jak i groźnie. Jednak nikt nie chciałby się spotkać z trucizną. Wilkowi zjeżyła się ciekła sierść, zaraz miał obrać ostateczny cel swojego skoku. Jak dobrze można wywnioskować, oczywiście wybrał zielonego ogiera. Wszystkie stalowe mięśnie w jego ciele naprężyły się, przygotowując się do skoku, który zapewne miał kończyć żywot ofiary. W oczach bestii pojawił się błysk żądny krwi i zdobyczy. Drapieżnik w dosłownie sekundę wykonał serie płynnych ruchów wybijając się z ziemi, wysunął przednie łapy do przodu. Każda opatrzona była w wiele pazurów. Mimo, swych rozmiarów wilk uniósł się wysoko w powietrze i z pewnością dopadłby biednego Greenyego, gdyby nie pewna rzecz...

W kilka chwil sytuacja uległa drastycznym zmianom. Nagle ziemia pochyliła się pionowo, tak, że każdy zaczął spadać w swoją prawą stronę. Gdyby wilk nie wyskoczył, znalazłby się teraz tuż nad Greenym, jednak wykonując to oddalił się i puki tak spadali zielony ogier był bezpieczny. Tak oto dwa kucyki i stwór lecieli przez kilka sekund. W pewnym momencie otoczyły ich wysokie góry, a konkretnie pasma górskie, tworzące kanion. Każda z nich była całkowicie żółta i ośnieżona na dole. Im niżej spadali, tym jednak kolor się zmieniał i stawał się naturalnie szary. Góry porastała bujna niebiesko-zielona roślinność. W pewnym momencie kucyki uderzyły w chmury, które ugięły się i utworzyły zjeżdżalnie. Jechali teraz obok siebie. Wilk natomiast ponieważ zmienił położenie przy skoku nie załapał się na tą wygodę i szybko spadał dalej. Greeny śledził jego ruchy. Potwór spadł na ziemię uderzając w nią ze szczękiem metalu, po czym zanurzył się w niej, jakby była cieczą. Tam w głębinach ziemi dało się dostrzec wielką pływającą rybę, długą jak wąż, która podpłynęła i zjadła Wilka. Przez chwilę dało się słyszeć chrupanie stali. Mieli mało czasu, za chwile wpadną do ziemistej cieczy, a rybka może być jeszcze głodna. Chmury się kończyły i momentalnie wpłynęli w ziemię.

-Szybko Sharon, podaj mi kopyto, wciągnę Cię na powietrze- Powiedział zielony ogier szybko stając do góry nogami na doskonałym oparciu - mieszaninie gazów zwanej powietrzem. Greeny szybko skorzystał z proszku, który zmienił jego kopyto w długą mackę. Objął ją Sharon, wyciągnął i postawił obok siebie na powietrzu. Jednak skorzystanie z magicznego proszku wiązało się z pewnymi skutkami ubocznymi.

Po chwili macka Greenyego zmieniła się z powrotem w kopyto, ale jej część wzbiła się w powietrze ze złowrogim dźwiękiem. Gdy fioletowa wiązka dotarła na pewną wysokość, zmieniła się w kulę, która zaczęła bardzo szybko się kręcić. Masy powietrza w okół niej również zabarwiały się stopniowo na ten sam kolor. Wirująca energia wprawiała w ruch obrotowy gazy, tworząc pomału tornado. Żywioł rósł w siłę i przyśpieszał. Dało się odczuć wiatr wiejący ku kuli energii. W pewnym momencie z wnętrza wiru rozbłysło potężne światło, z którego utworzyły się oczy i buzia wykrzywiona w złowieszczym uśmiechu. Oczy znajdowały się pod ustami, co nadawało obrzydliwy i potworny wgląd samotworowi magicznemu. Z tornada obdarzonego magiczną wolą i rozumem wyrosły dwa mniejsze po bokach na wzór rąk. Monstrum wysunęło je na boki , co spowodowało rozwarcie się wielkiej dziury w tułowiu. Pojawiło się wiele małych fioletowych punktów, które zaczęły lecieć w kierunku wyrwy, tworząc tam skupisko mocy. W pewnym momencie nastąpiło przeciążenie i wielka kula energii zapadła się do środka tornada, co wywołało falę ściągającą wszystkie cząsteczki powietrza z okolicy. Przez ok 3 sekundy powiał bardzo silny wiatr, po czym ustał. Powód był prosty - skończyły się cząsteczki powietrza. Powstała próżnia. Jedynym miejscem, gdzie znajdowało się powietrze było tornado, dalej zasysające wszystko, co tylko się pojawiło do wchłonięcia.

Greeny znał ten rodzaj potwora. Wielokrotnie słyszał o nim z opowieści tych, którzy poświęcili się badaniu tego miejsca. Monstrum zwało się Arenaus. Dążyło do totalnego pochłonięcia całego powietrza zewsząd, a wtedy miało już taką moc, że nic się nie ostawało po jego destrukcyjną potęgą. Trzeba było go jak najszybciej powstrzymać. Tylko najpierw należało się zająć sprawą bardziej naglącą, czyli brakiem czegoś do oddychania. Oczywiście można było liczyć, że w próżni się pooddycha, tak jak teraz na niej stoimy, ale Greeny wolał nie ryzykować. Tak szybko jak tylko potrafił wyjął dwie butle tlenowe z kiszeni wraz z maskami. Jedną rzucił Sharon, a drugą sam założył i odetchnął.

Puki co Arenaus ich nie dostrzegł, to dobrze, gdyż ma on uprzedzenia do wszystkich żyjących istot. Greenyemu wpadł do głowy pewien pomysł. Wyczarował kolejną zieloną dziurę i wyciągnął z niej za pomocą telekinezy książkę o rozmiarach 2,5x3 metry. Sporego wagomiaru lektura opatrzona była w tytuł : "Wszelka wiedza o spotkanych stworzeniach w wymiarze irracjonalnym pióra Nightlighta (ojciec Aliego)"

-Proszę bardzo, to mój zapasowy egzemplarz tego dzieła, teraz może się Ci przydać- powiedział zielony ogier stawiając księgę obok Sharon. -Jest Twoja.- dokończył.

-Teraz przydałoby się go odciąć od źródła powietrza i odizolować - stwierdził Greeny i rozpoczął przygotowanie do zaklęcia. Podniósł się na tylne nogi, a przednimi zatoczył koło, w stronę Arenausa. Jego oczy rozbłysły, a w okół tornada zaczęły powstawać plamy magicznej zielonej energii. Miały one stworzyć barierę, która uniemożliwi dalsze pobieranie powietrza. Powoli punkty rozszerzały się i łączyły ze sobą. Najpierw powstał okrąg na wysokości tułowia żywiołu i ruszył on w górę oraz w dół, aby całkowicie go odgrodzić. W tym czasie Greeny cały czas wykonywał kuliste ruchy kopytami.

Jednak jak można się domyślić, magia irracjonalna rzadko działa tak jak powinna. Tak było i w tym przypadku. Nogi zielonego ogiera dostrzegły jaskinie w górach a jako, że dawno nie chodziły po takowych, nie mogły się powstrzymać i odczepiły się od ciała, wyczarowały sobie charakterystyczne żółte kaski z reflektorami i raźno poszły grotołazić. Greeny, żeby nie upaść musiał użyć na sobie telekinezy, zakłóciło to jednak wykonywanie zaklęcia.

Momentalnie wszystkie plamy zapaliły się ciemnozielonym ogniem. Zaczęły krążyć w okół tornada zbliżając się do niego. Wystrzeliło z nich wiele małych promieni, które zaczęły palić ciało monstrum. Sprężone powietrze łatwo się zapala, więc doszło do serii wybuchów wewnątrz potwora. W momencie, gdy palące się części bariery dotknęły ciała z wiatru, dało się słyszeć potężny ryk bestii, który skruszył słabsze skały. Razem z głosem po okolicy rozeszły się błyskawice, rażąc w różne miejsca, na szczęście nie dosięgły one ani Sharon, ani Greenyego. Wtedy Z głowy zielonego ogiera wydobył się błyszczący promień. Poleciał prosto w tornado. Przez chwilę nic się nie działo, by za chwile cały krajobraz został zasłonięty przez wybuch potężnej magicznej energii. Światło rozbłysło wieloma kolorami, a w okół tornada stworzyła się otoczka fali uderzeniowej. Żywioł zachwiał się i zaczął upadać na góry. Greenyego kosztowało to olbrzymie ilości energii więc jego telekineza nie dała sobie rady i puściła, co zaowocowało upadkiem zielonego ogiera, który zaczął grzebać w kieszeni zębami, aby wypić swojej mikstury.

Tymczasem tornado dotknęło czubków kamiennych wzniesień. Każde powietrze powinno się rozpłynąć i ustać w takich warunkach, ale ten stwór był na tyle potężny, że bez najmniejszych problemów kruszył skałę. Rozległ się ogłuszający dźwięk pękania litych głazów w różnych miejscach i zmienianie się ich w pył. Gdy żywe tornado upadło, po górze tam się mieszczącej nie było już śladu. Arenaus skupił się w sobie, tworząc bezkształtną masę wirującego powietrza, aby za chwile powstać z ziemi i zobaczyć kto mu to zrobił, gdyż jego części nadal wybuchały, bądź płonęły. Sprawiało mu to ogromny ból, ale nie prowadziło, przynajmniej na razie, do śmierci. Był rozgniewany i rządny zemsty i to krwawej. Spostrzegł oba kucyki i wiedział już kogo karać, teraz wypuści na nich swą furię. Jedna ręka była w strzępach i się paliła. Ogień powoli przechodził na tułów, ale Arenaus się tym nie przejmował. Posłał potężne tornado w kierunku kucy, a w góry ich otaczające wystrzelił dwie kule powietrzne, które wbiły się w skały powodując lawinę. Uderzył w ziemię ładując ją ładunkami elektrycznymi, powodując powstanie idących ku Greenyemu i Sharon piorunów, oraz wyładowań.

Sytuacja nie była za kolorowa. Greeny leżał ledwo przytomny na ziemi, ale szybko odzyskiwał siły pijąc napój. Jednak był bez nóg. Na niego i na Sharon pędziła lawina skalnych odłamków, tornado i wyładowania, a poza tym mieli przed sobą rozgniewanego i destrukcyjnego demona powietrza, stworzonego z magii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sytuacja rzeczywiście nie wyglądała za dobrze. Pędziły na nas trzy potężne żywioły, a nogi zielonego ogiera łaziły sobie po górskiej dolinie. Hmm...Sharon uniosła kopyto i wykonała nim bardzo szybki kulisto-falujący ruch. Na jego torze zabłysła jasna poświata otoczona niebieską mgiełką. Powstała chmurka zafalowała, by po chwili nieco się rozrzedzić. W jej wnętrzu zaczęła błyszczeć energia magiczna, która szykowała się do wybuchu. Sharon machnęła ręką, a kolorowy obłok odleciał od nich ze trzy metry dalej. Po chwili zatrząsł się potężnie i wybuchł jasnych, oślepiającym światłem.

Greeny i Sharon zostali na moment kompletnie oślepieni. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy. Klacz zamrugała kilka razy, by wyostrzyć obraz. Nie była pewna, czy zaklęcie ma szansę zadziałać. Nigdy go nie rzucała, zobaczyła niegdyś inkantację w jednej z tych starych, pożółkłych ksiąg, które leżą zakurzone na półkach w bibliotece. Mimo to nigdy nie było potrzeby wykorzystania go, a ćwiczenia wydawały się ryzykowne.

Świat wokół się zatrzymał. Tornado nie kręciło się, skalna lawina była zawieszona w powietrzu. Piorun znajdował się dwa metry nad ziemią. Mimo oczywistego zagrożenia Sharon przyjrzała mu się dokładniej. Był piękny, porażał swoją naturalną potęgą. Wszak nie często widuje się zawieszone w powietrzu błyskawice.

Założenie zaklęcia było dość proste. Miało zatrzymywać obecne wydarzenia na niewiadomy okres czasu. Niestety karta Księgi, na której został zapisany dokładny czas zaginęła w nietypowych okolicznościach. Losową więc rzeczą było, ile świat pozostanie w stanie zamrożenia.

Sharon miała szczęście. Zaklęcie działało w ten sposób, że tylko rzucający je i jedna żywa istota, o której pomyśli w chwili rzucania zaklęcia pozostaje ze zdolnością ruchu.

- Nie wiem, ile to będzie trwać - wyjaśniła szybko klacz. Zlustrowała wzrokiem Greeny'iego, po czym dodała. - Trzeba by z powrotem sprowadzić Twoje nogi. Poczekaj chwilę.

Róg Sharon zabłysł, chwilę potem pojawiła się kilka metrów poniżej miejsca, w którym stały nogi jej oponenta, również zamrożone przez zaklęcie. Wylądowała na innej półce skalnej, niżby chciała. Nie była w stanie wykonać precyzyjnej teleportacji, była już zmęczona pojedynkiem. Nie chcąc dalej marnować magicznej energii po prostu urządziła sobie krótki spacer w górach.

Po kilkunastu minutach wspinaczki dysząca klacz stanęła w końcu koło nóg zielonego ogiera. Miały na sobie kask w miejscu, gdzie zazwyczaj łączyły się z tułowiem oraz wygodne buty traperki specjalnie przygotowane do wspinaczek wysokogórskich. W sumie wyglądała to dość śmiesznie, sam widok najlepiej podsumowywało słowo "niecodzienny". Sharon podeszła do nóg i odebrała im ich ekwipunek. Schowała go pod pobliskim kamieniem.

By nogom nie przyszło na myśl urządzać sobie podobnych wypraw, klacz rzuciła na nie rodzaj zaklęcie neutralizującego, które odbierało im wszelką wolę. Mogły co najwyżej wykonywać polecenia. Sharon zdecydowała się na ten właśnie typ zaklęcia, żeby uniknąć sytuacji, w której musiałaby znosić je z powrotem na dół, do ich właściciela.

- Dobrze...idźcie teraz do Greeny'iego. Leży tam, na dole - powiedziała, ciekawa efektu. Nogi raźnie podskoczyły, jedna z przednich wykonała gest podobny do salutowania, po czym wykonały karkołomny skok w dół. Było to o tyle dziwne, że się nie połamały.

W czasie, w którym kończyny są odłączone w całości od ich właściciela chroni je swoisty immunitet, który nie daje im możliwości otrzymania jakichkolwiek poważnych obrażeń. Po paru minutach stały już koło zielonego ogiera, który wydawał się bardzo zadowolony z ich powrotu.

Sharon obawiała się, że po raz kolejny używając teleportacji osłabi się na tyle, że nie będzie w stanie kontynuuować pojedynku. Postanowiła więc zejść z góry w tradycyjny sposób, asekurując się jednak magią. Sprawnie omijała zawieszone w powietrzu głazy. Była już prawie na dole, kiedy stało się coś, czego stanowczo wolałaby uniknąć w takim położeniu. Najpierw usłyszała chrobot, potem głośny trzask. Następnie krzyk Greeny'iego, jednak nie udało jej się rozpoznać słów. Wszystko to trwało nie dłużej niż dwie sekundy. Spojrzenie Sharon powędrowało w górę. Zobaczyła tam coś, co być może przekreślało jej szansę na przeżycie.

Zaklęcie czasowe puściło, w kierunku klaczy leciały odłamki skalne. Pioruny leciały w zawrotnym tempie w kierunku ziemi, a na Greeny'iego pędziło rozszalałe tornado.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sytuacja nie zmieniła się zbytnio na lepszą, po tym co zrobiła Sharon, ale dała kilka ważnych plusów. Po pierwsze Greenyemu wróciły nogi. Następnie zyskał on chwile na regenerację i zastanowienie się. Gdy czas niespodziewanie zaczął płynąć wiedział dokładnie co ma zrobić.

Jego mentor zawsze powtarzał mu, że jeśli można należy wykorzystać zaklęcia przeciwnika przeciw niemu. Tak też zamierzał zrobić Greeny. Uniósł kopyto do góry

-Elektro konwentus - powiedział, po czym tuż obok niego wyłoniły się z ziemi dwa kryształy. Każdy z nich wyglądał podobnie do tych na wzmacniaczu magii. Były niebieskie, wysokie na 4m i symetryczne. Na samym ich dole przyczepiona była do nich skomplikowana maszyneria z licznymi drutami. Lekko nad czubkami krążył okrąg z niebieskiej poświaty, stopniowo przybierając kształt galaktyki spiralnej. W okół dużych kryształów wyrosły mniejsze, pod kątem 45 stopni do płaszczyzny podłoża, skierowane tak, jak pale chroniące przed szarżą kawalerii. Gdyby ktoś potrafił przeniknąć wzrokiem podłoże zobaczyłby, że od kryształów odchodzą potężne rury, prowadzące do wielkiej pustej kuli.

Następnie Greeny zatoczył w powietrzu krąg. Za jego kopytami powstawała pomarańczowa linia. Szybkimi ruchami wypunktował kilka miejsc w tak powstałym okręgu. Każdy zaświecił się na krwisto-czerwono, oprócz jednego - zielonego na środku. Przycisnął wielki przycisk i koło zaczęło się rozświetlać, wiązką, która szła od godziny 12 do dołu, a później wracała do punktu wyjścia. Jednak ładowanie się zaklęcia trochę trwało i dlatego Sharon potrzebna była tarcza.

Greeny szybko, korzystając z dziwnego zjawiska (wszystkie zaklęcia wychodziły jak trzeba) posłał promień ochronny na Sharon, który stworzył w okół niej pole siłowe. Powinno ono wystarczyć do momentu uruchomienia zaklęcia.

Teraz właśnie uderzył piorun, a za nim następne. Wielkie kryształy ściągały do siebie coraz to liczniejsze wyładowania ładując się energią. Po chwili rozbłysnęły potężnym światłem. W tym momencie koło narysowane w powietrzu rozszerzyło się i uniosło. Punkty zaznaczone przez niego nakładały się teraz na spadające skały. Natomiast zielona kropka pokazywała Sharon.

Grenny uniósł się lewitacją w odpowiednie miejsce, lekko powyżej wielkich kryształów. Po chwili dwa potężne promienie energii popłynęły do niego. Najpierw ze szczytów generatora wysunęło się coś na kształt gałązek, które wiły się i splatały ze sobą, potem połączone chwyciły zielonego ogiera za korpus, obwijając się w okół niego. Wtedy popłynęła olbrzymia ilość energii pochodzącej z piorunów. Greeny dodał do tego też swoją własną magię.

W kierunku lawiny wystrzelił potężny promień, wyglądem przypominający zielony piorun. Powietrze rozdarło się ogłuszającym dźwiękiem (choć nie było powietrza xD, ach ten kochany świat irracjonalny), kiedy na poszczególne kamienie przechodziła wiązka promieni. Cała lawina rozświetliła się ciemnozielonym światłem. Wszystko to trwało przez chwilę, wielka elektryczna pajęczyna ułożyła się pomiędzy odłamkami skalnymi, rozgrzewając je i zmieniając w ciecz. Na koniec Sharon została przeniesiona przez piorun obok zielonego ogiera.

Wtedy w Greenyego uderzyło tornado, niszcząc kryształy. Specjalnie przeniósł Sharon trochę dalej, żeby uchronić ją przed tym, co mogło się stać. Zielony ogier dalej był podpięty do niszczonych kryształów, mogło to dać różne przerażające efekty. Część energii w nich zawarta dostała się do tornada, sprawiając, że zaczęło ciskać błyskawice. Greeny nie miał zbyt wiele czasu, zanim nastąpi wybuch. Pośpiesznie zaczął malować w powietrzu runę. Każde pociągnięcie dłoni było lekkie, każde tworzyło cienką, falującą i zwiewną linie. Narysowanie tego zajęło kilka sekund, żeby zużyć jak najwięcej energii, zanim reaktor wybuchnie mag naładował runę wszystkim, co jeszcze mieściło się w kryształach.

Tak powstał potężny znak magiczny, kontroli powietrza. Rozpłynął się on w tornadzie. Po chwili całe zrobiło się niebieskie, na jego powierzchni powstały różne magiczne znaki. Greeny wystawił rękę, dostawił do niej drugą i jakby zaparł się próbując zatrzymać tornado. Masy powietrza poczęły zwalniać i rozpraszać się. Gdy ruch całkowicie ustał, mag zebrał całe zatrzymane powietrze i zmieszał z cieczą powstałą z kamieni. Znów rozpędził gaz, żeby skały ostygły i uformował je w humanoidalny kształt.

Po chwili z masy powstał golem, wyglądający jak unoszące się w powietrzu kamienie. Jego twarz, była surowa, a rysy nieprzyjemne. Nie był pod kontrolą Greenyego, jednak mag umyślnie go stworzył, wiedząc, że również będzie chciał zgromadzić jak największą moc, a ponieważ nie było tu już żadnego powietrza, będzie musiał zawalczyć o dominację z Arenausem.

Tak też się stało golem nie widział zagrożenia, ani korzyści z atakowania kucyków, za to dostrzegał je w osobie (a raczej tworze) Arenausa. Ruszył więc z pędem wichru w jego stronę. Wysunął obie ręce i wystrzelił czymś na kształt macek. Rozpoczął proces odsysania powietrza raz zagarniętego przez Żywioł. Wyglądało to komicznie, gdyż golem był nieporównywalnie mniejszy od wielkiego tornada, ale robił mu krzywdę. Arenaus na nim teraz skupił swoją uwagę. O to właśnie chodziło Greenyemu. Zyskał trochę czasu. Teraz mógł wykonać przygotowania, do dość wymagającego zaklęcia.

Wykonał skomplikowane ruchy rękoma, w powietrzu nakreśliło się kilka linii zygzakowatych czerwonego koloru. Następnie tupnął w ziemię. Za nogą poszły owe linie, rozrywając grunt. Co ok. 10m następował wybuch, który powodował rozstąpienie się ziemi. Każdy był coraz mocniejszy. W dalszych oprócz dymu i oszałamiającej eksplozji było widać wytryskującą lawę. Coraz większe odstępy robiły się pomiędzy poszczególnymi wybuchami. W końcu fala doszła pod tornado. Wtedy to Greeny puścił magiczny promień w dziurę po wybuchu pod jego nogami. Potężny strumień czerwonej energii wdarł się i rozdarł grunt pomiędzy lejami po wybuchach. Dotarł pod Arenausa w chwili gdy nastąpił największa eksplozja. Z głębin ziemi wystrzelił strumień gorących skał, zwany wcześniej magmą, a teraz lawą, pojawiło się oślepiająca światłość i rozeszła się fala uderzeniowa, która zmiotła z powierzchni ziemi golema, uderzyła w podnóża gór, krusząc skały oraz powodując lawiny w pobliżu miejsca eksplozji. Za pierwszą falą rozeszła się druga, a porem trzecia, powodując podobne zniszczenia. Nad punktem, w którym stał Arenaus unosił się teraz grzybek atomowy. Ziemia od Greenyego, aż do tamtego miejsca rozerwana była nieregularnie aż do płaszczu ziemi.

Przez chwile wydawało się, że Arenaus został pokonany, jednak zaraz, nad lejem uformowało się ponownie tornado. Było trochę mniejsze niż poprzednie. Paliło się. Strategia ze stopniowym wypalaniem powietrza sprawdzała się, ale była powolna.

Arenaus teraz się rozwścieczył. Rozwiał się i przeleciał tak, że znalazł się tuż przy kucykach. Poczuli bardzo silny zimny wiatr ciągnący do potwora i błysk w jego magicznym oku. Jego ręka wystrzeliła serię olbrzymich kul powietrza (które na dodatek płonęło). Jedn uderzyła tuż obok Greenyego wbijając się w ziemię i krusząc skały. Następne mogły już być celne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W porządku, minęło sporo czasu od ostatniej odpowiedzi, a ja zdobyłem oficjalne pozwolenie na założenie ankiety ;)

 

A zatem, kto Waszym zdaniem popisał się większą mocą i okazał się być lepszym magiem? Czy był to tajemniczy i nieprzewidywalny Greeny, czy też czarująca pani de Ville? Wybór należy do Was! Zapraszam do głosowania!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż, minęło naprawdę sporo czasu od momentu rozpoczęcia pojedynku i niemało od momentu założenia ankiety. Od tamtej pory głos oddała... Jedna osoba. I ten głos został oddany na Greeny'ego.

 

Ponieważ i tak minęło już zbyt wiele czasu, nie pozostaje mi nic innego jak ogłosić, że w pojedynku zwycięża Greeny! Co prawda pojedynek nie został dokończony i przy głosowaniu tłumów nie uświadczyliśmy, jednakże to był najwyższy czas by rozstrzygnąć starcie... Gratulujemy Greeny'emu i życzymy powodzenia zarówno jemu, jaki pni De Ville, w przyszłych pojedynkach!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.
Sign in to follow this  

×
×
  • Create New...