Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Sign in to follow this  
Hoffman

[Pojedynek] [A] RedSky vs. Animal

Recommended Posts

Zbliżał się kolejny pojedynek. Za sprawą aktualnie trwających potyczek już teraz w Sali panował niezły harmider, niebo nad niekrytymi arenami świeciło się na różne kolory od czarów, natomiast te które posiadały mniej lub bardziej zdobiony sufit niejeden raz trzęsły się tak, jakby zaraz miały obrócić się w gruz. Na szczęście, był to tylko efekt specjalny towarzyszący pojedynkom - areny były zaprojektowane tak, aby znosić nawet najpotężniejsze zaklęcia. Hoffmanowi szkoda było tylko płaskorzeźb pokrywających sufity niektórych aren, po pojedynkach zazwyczaj niewiele z nich zostawało. Poważnie myślał o tym, aby przeforsować pomysł wyłącznie niekrytych aren mimo skarg jakie raz po raz zgłaszali ci, którym migoczące i "wybuchające" niebo niespecjalnie się podobało.

 

a_duel_in_the_field_by_microgrid-d493zkp

 

Najwyższy czas rozpocząć kolejną batalię! Tym razem naprzeciw siebie stają RedSky i Animal! RedSky, jest znany ze swojego wkładu w rozwój działu Pinkameny, natomiast Animal lubi grać na komputerze, czytać, a także tworzyć sobie coś od czasu do czasu... jak większość z Nas. Pojedynek na pewno będzie ciekawy, wszak myśl, którą znajdziemy w sygnaturze RedSky - "głównie dzięki po­myłkom po­dej­mu­jemy właści­we decyzje" - może okazać się cenną wskazówką w tym pojedynku, z kolei Animal posiada... wiatrówkę. Cóż, może ta broń nie jest dozwolona na tej arenie, ale magiczne armatki - owszem. A czymże jest broń palna jak nie pomniejszoną armatą?

Kończąc te moje filozofie przypominam o zasadach i informuję, iż uczestnicy postanowili, że w tym pojedynku będzie obowiązywać klasyczny limit dwunastu postów.

Powodzenia!

 

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Red wszedł na arenę powoli, wsłuchując się w dźwięk szelestu jego peleryny. Przystanął, poprawił cylinder, przykręcił wąsa. Rozejrzał się i utkwił wzrok w widowni. Widzowie czekali na spektakl, intrygujący i efektowny. Mag był ciekaw w ilu z nich liczyło na to, że zobaczą krew. Ilu z nich byłoby tak bezdusznych aby poświęcić zdrowie kuca na rzecz większych wrażeń, mocniejszych doznań. Ilu źle mu życzyło?

- Witajcie wszyscy tu zebrani, a w szczególności moja szanowna rywalko Animal. Mam nadzieję, że pojedynek się wam spodoba, ja chciałbym wynieść z niego jak najwięcej nauki, niezależnie od wyniku. - Znów zaczął bawić się zarostem. Nie lubił zbyt dużych pomieszczeń.

Arena była dla niego wielka, jej kolosalna konstrukcja przytłaczała trochę Red'a. Owszem, zrobiona porządnie i estetycznie, ale zwyczajnie mu się nie podobała. Uwielbiał za to lasy.

Mag stuknął dwa razy o ziemię i wyszeptał formułę. Od miejsca dotyku maga do ścian areny zaczęła się przesuwać ściana magii. Zostawiała za sobą typowy las: iglaste drzewa, krzaki, krzewy...

- Przepraszam za to, takie drobne udogodnienie dla mnie. - Przerosił i zaczął czekać na przeciwniczkę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szczerze nie wierzyłam, że stanę w szranki z kimkolwiek, nie wierzyłam, że w ogóle się dostanę... .

Idąc korytarzem, w którym było słychać widowanie, uspokajałam chwilę swoje kończyny. Ustabilizowałam tętno i mogłam wejść na arenę.

 

Zauważyłam, że mój przeciwnik już czakał i jak widać było, przygotowywał arenę do swoich potrzeb. Pomachałam widowni, po czym skupiłam się. Zaprzestałam przemiany areny, ale zachowałam delikatne przejście między budowlą, a roślinnością.

 

- Pozwól ... - powiedziałam, po czym machnęłam ręką na znak szacunku - Witam oraz powodzenia w walce... - powitałam się krótko - Panowie przodem... - uśmiechnęłam się, poprawiając pas z różnymi skałami.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 - Pierwszy  raz  słyszę  to  od  niewiasty.  Zapowiada  się  ciekawie. - Red  przypominał  sobie  najciekawsze  zaklęcia.  Zaczął  szeptać. - Zawierucha  Marevala....  Powinno  być  dobre  na  początek.-

 

Red  wykonał  kilka  dziwnych  ruchów  kopytami  i  jakby  przy  tym  syczał.  Tak  naprawdę  to  szeptał,  ale  bardzo  cicho  i  szybko.  Kilkanaście  formułek,  bo  zaklęcie  było  długie.  Proste,  ale  czasochłonne,  dobrze,  że  mógł  zacząć.  Skupił  się,  ostatni  wers  czaru  dobiegł  końca.  Okoliczne,  małe  kamienie  zaczęły  się  wznosić, po  chwili  dołączyły  go  nich  patyki.  Niesione  siłą  wiatru  zaczęły  wirować  wokół  Animal,  z  każda  chwila  nabierając  prędkości.  Po  chwili  rywalka była  otoczona  przez  wir  utworzony  z  różnego  rodzaju  małych, wyjątkowo  mocno  rozpędzonych  części  najbliższego  otoczenia. Tornado  dostosowywało  się  do  ruchów  przeciwnika,  starając  się  zawsze  mieć  go  w  swoim  centrum,  lecz  z  każda  chwilą  się  zwężało  aby  zgnieść  nieszczęśnika  w  środku.  Nic  miłego.  

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uśmiechnęłam się lekko, na widok ataku, który dla mnie nie był grożny. Lekko fioletowa skałka, została oderwana przeze mnie od paska. Skupiłam się lekko, ściskając ją w dłoni. Po chwili miałam ręce, całe z niej zbudowane, a ja mogłam przystąpić do działania. Włożyłam ręce w wirujące tornado, rozrywając je na pół. Szczątki oraz odłamki poleciały w strone mojego przeciwnika.

Wdzięczna skała na moich rękach, wydała z siebie kilka chrupnięć i błysków, po czym przemieniła się w lekki kurz. Obtrzepałam się lekko z niego, po czytm przystąpiłam do mojego rychu. Bardzo lubiłam magię żywiołów, ale sympatią darzyłam magię ziemii. Mimo wielu przeszkód opanowałam ją do perfekcji. Mimo iż znałam inne zaklęcia, bądź uroki, lubiłam się nia posługiwac.

 Powiedziałam krótką formułkę w staro equestriańskim.

- Gajo, któraś nam dała nam co najważniejsze, pomóż mi. - po chwili uderzyłam pięścią o ziemię, lekko zielona poświata powędrowała falą po arenie. Gdy dotknęła rośliny, zatrzymywała i skupiała się w jej wnętrzu. Mój przeciwnik, dając mi wcześniej wytworzoną florę, ułatwił mi zadanie. Jedno z drzew, zaczęło wyciągac korzenie i powiększać się. Po dłuższej chwili znajdowało się przed przeciwnikiem, zaciskając na nim swoje korzenie oraz ciernie które rozrywały przeciwnika, powoli acz skutecznie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Bezużyteczny  chwast.  Stworzyłem  cię  i  tak  mi  się  odpłacasz? - Mag  zwrócił  się  do  drzewa  z  wyraźną  frustracją - Jak  chcesz.  Wiedz,  że  tym  samym  podpisałeś  na  siebie  wyrok. - 

 

Czarodziej  zaczął  śpiewać.  Jego  głos  wibrował  często  zmieniając  ton  i  barwę.  Pieśń  traktowała  o  morzach,  deszczu,  strumieniach, jeziorach  i  wielu  innych  rzeczach  związanych  z  wodą.  Red  zachwalał  jej  świetność  i  wzywał  do  pomocy,  licząc  na  wysłuchanie.  Chyba  się  udało.

 

Z  korzeni  drzewca  zaczęły  ciec  stróżki  wody.  Najpierw  pojedyncze  żyłki  formujące  kałużę  wokół  rośliny,  potem  już  małe  strumyczki. Ilość  wody  wokół  drzewca  ciągle  rosła,  a  z  samą  rośliną  zaczęło  się  dziać  coś  niepokojącego - igliwie  opadało,  oschnięte,  gałęzie  wykręcały  się  i  zaczynały  pękać.  

 

 - Zawiodłem  się  na  nim.  Następny  będzie  lepszy - 

 

Drzewo  szybko  puściło  Reda i  w  swoim  chwilowym przypływie  rozumu  zaczęło  próbować  się  ratować.  Ale  nie,  woda  dalej  z  niego  uchodziła,  część  gałęzi  popękała  i  odpadła  od  konaru.

 

- GIŃ!!! -

 

Wściekłość  tylko  przyśpieszyła  cały  proces. W  przeciągu kilkunastu  sekund  ze  zdrowej  rośliny  została  uschnięta  skorupa.  

 

Woda,  która  rozlała  się  po  arenie  zaczęła  spływać  w  jedno  miejsce.  Przez  chwilę  buzowała,  a  potem  nagle  wystrzeliła  w  górę.  Uformowała  z  siebie  wielkiego,  przezroczystego  węża,  który  podszedł  do  stwórcy  i  uchylił  przed  nim  głowę.  Mag  odwzajemnił  ukłon.  Stwór  zaszarżował  na  Animal  i  złapał  ja  swoim  masywnym  ogonem.  Najwidoczniej  uznał,  że  czarodziejka  jest  obiadem  podarowanym  mu  przez  "ojca",  bo  zaczął  przygotowywać  się  do  jej  konsumpcji.  

Share this post


Link to post
Share on other sites

Próbowałam uwolnić się z uścisku kreatury, która mnie trzymała, a w dodatku szykowała się aby mnie zjeść. W końcu przestałam się rzucać aby zebrać myśli. Miałam plan, który mógł się powieść. Po dłuższym zmaganiu uwolniłam rękę, ale wąż powoli zaczął mnie dusić. Nie minęła chwila, jak usłyszałam trzask jednego z żeber.

 

Skupiłam się, myśląc nad zaklęciem. Nazywało się Kowadło Prometeusza. Po dłuzszej chwili, moja ręka była czerwona, jak rozjarzona stal. Przyłożyłam ją do ogona wodnego węża. Można było usłyszeć syk wody, zamieniającej się w parę.

 

Wąż podrzucił mnie do góry, abym spadła i w końcu przestała się ruszać. Poddałam się grawitacji, ale ziemia była ze mną. Wbiłam się w ziemię, a dwa bloki skał dosłownie zmiażdżyły węża, posyłając resztki wody na widownię i mojego przeciwnika.

 

Wyszłam z małego krateru, gdy bloki opadły. Przeklinałam wczesniejszego węża, łapiąc się za żebra. Użyłam czaru znieczulającego abym nie odczuła bólu podczas walki.

 

- Ugh... od razu lepiej - uśmiechnęłam się.

 

Od razu przeszłam do ofensywy. Posłałam zaklęcię, które powodowało unieruchomienie przeciwnika, jakby został wtopiony w żelazo. Gdy skończyłam, posłałam dwie wiązki energi. Wirowały one po całej arenie, mijając się kilka milimetrów od siebie. Zbliżały się one do przeciwnika, aby gdy dostatecznie się nakierują, zderzają się w nim.

 

Wiedząc iż mój przeciwnik coś wymyśli, przyszykowałam swój łuk. Wystarczyło, tupnąc nogą, a z ziemi wyłonił się łuk. Grzbiet wykonany z piaskowca, a cięciwa z połączonych ziarenek piasku. Budził on przeważnie mieszane uczucia, bo jak piaskowiec może być giętki, a ziarenka piasku nie rozsypać się. Jedyne wytłumaczenie, znają magowie ziemi, którzy widzą większą uniwersalność skał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

*Cholera,  myśl, myśl!!  Te  promienie  z  pewnością  nie  będą  chciały  mnie  tylko  połaskotać* Myślał  gorączkowo  Red  szukając  wyjścia  z  sytuacji. *Czemu  jeszcze  tego  nie  zrobiły?  Czemu  dają  mi  czas?  Czekaj.... One  muszą  we  mnie  wymierzyć!  To  daje  chwilę,  ale  trzeba  działać  szybko.*  

 

Magik  był  całkowicie  sparaliżowany,  nie  mógł  wykonać  zbyt  złożonego  zaklęcia  dopóki  nie  rozpracuje  natury  pułapki.  Ale  wciąż  są  te  proste  do  których  wystarczą  myśli. 

 

*Teleportacja?  Nie,  to  nic  nie  da. Osłona,  jakaś  tarcza?  Nie,  nie,  to  nie  wypali. Będę  musiał  przyjąć  cios  z  zaciśniętymi  zębami.* Czarodziej  chętnie  by  zamknął  oczy,  lecz  niestety  nie  mógł.* Zaraz,  jest!*

 

Red  pomyślał  o  prostej  sztuczce,  podstawie  iluzji.  to  mogło  się  udać.  Obmyślał  formułkę  i  nagle  zaczęły  wybiegać  z  niego  jego  podobizny.  Identycznie  ubrani,  tak  samo  ostrzyżeni  czarodzieje  biegali  po  całej  arenie  bez  ładu  i składu,  podczas  gdy  ten  właściwy  wciąż  był  unieruchomiony  i  tworzył  kolejne  kopie.  Zdezorientowana  matryca  celownicza  zaklęcia  wszędzie  wykrywała  swój  cel.  Bezradne  promienie  wybrały  najbliższego  Reda  i  przeszyły  go  na  wylot.  Kopię,  na  szczęście.  Reszta zniknęła,  nie  było już  sensu ich  podtrzymywać.  Uwolnienie  się  z  zaklęcia  trwało  chwile  dłużej,  ale  ostatecznie  udało  się.  

 

 - Mocne...  muszę  przyznać. - Zdyszany,  próbował  złapać  oddech.  O  dużo  za  dużo  klonów. -  Ok...  Już.  Już  dobrze. - 

 

Mag  wyprostował  się,  poprawił  cylinder,  przykręcił  wąsa.  Spojrzał  na  przeciwniczkę,  jakby  ją  badając.  Wyciągnął   w  jej  stronę  kopyto  i  skupił  się  mocno  na  jej  osobie.

 

Red  rzucał  zaklęcie  Ukrytego  Strachu.  Polegało  ono  na  tym,  że  zatruwał  on  umysł  przeciwnika  najgorszymi  jego  lękami,  przenosił ofiarę  do  urojonego  świata  strachu. Nie  było  to  miłe,  szczególnie  przez  fakt,  że  cel  nie  potrafił  rozróżnić  swoich  halucynacji  od  świata  realnego.  Cóż, to  chyba  najmniej  przyjemny  rodzaj  koszmaru.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przez chwilę wpatrywałam się w to co mój przeciwnik robi. Rozważałam po kolei opcje, ale było ich zbyt dużo. Niestety w ostatniej chwili zdałam sobie sprawę z tego co się dzieje. Później ogarnął mnie czysty strach.

 

Przeszywały mnie fale dreszczy. Przed oczami zrobiło się ciemno oraz zalał mnie zimny pot. Wiedziałam co się za chwilę stanie. Posłałam jedynie jedną strzałę do przeciwnika, zanim według mnie oś zawarczało za moimi plecami.

 

Odwróciłam się, a za mną stała hydra. Miałam z nią niemiłe wspomnienia, które teraz się na mnie odbijały. Trzęsąc się jak osika, powoli zaczęłam odruchowo iść do tyłu. Ale w chwili przebłysku zdrowego rozsądku, znalazłam rozwiązanie. Skupiłam się w ostatkach sił i narzuciłam na siebie wcześniejsze zaklęcie, które użyłam na przeciwniku. Unieruchamiało mnie one, tak abym nawet nie drgnęła.

 

W moim wyobrażeniu hydra przyglądała się i co chwila udawała że mnie atakuje. Wywoływały one u mnie nagłe fale strachu, przy którym moje serce, dosłownie wyrywało się z piersi. W końcu, abym dosłownie  mnie zabić samym strachem niby hydra rzuciła się na mnie.

 

Leżałam na ziemi nie czując kończyn, chociaż widziałam, że nimi poruszam. Chwiejnie wstałam, wycierając pojedyncze łzy. Zaczęłam powoli iść w stronę przeciwnika, ale za każdym krokiem można było zobaczyć pęknięcia  na skórze. Gdy byłam 2 od Red'a uśmiechnęłam się i dosłownie rozpadłam się w proch.

 

Miało to go zdezorientować. Widownia patrzyła w ciszy. W pewnej chwili pojawiłam się za moim przeciwnikiem przewracając go. Wszelki kurz, jaki powstał w czasie walki zbierał się wokół niego, powoli dławiąc swoimi drobinami. Zmieniłam się z formy ziemnej, do formy cielesnej, zastępując skałę, tkankami itp.. Skupiłam się na swoim kopycie, po czym dotknęłam miejsca między łopatkami Red'a. Pojawił się tam znak róży, który wysysał ze swojego nosiciela energię życiową.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Red  przeturlał  się  na  plecy.  Czuł  już,  że  słabnie,  zaklęcie  było  groźne. Zdążył  się  jeszcze  uśmiechnąć  do  przeciwniczki...  po  czym  objął  go  ogień.  Spod płomieni  nie było  już  widać  ani  magika,  ani  nawet  jego  wysokiego  kapelusza.  Temperatura  na  arenie  gwałtownie  wzrosła.  Woda  zaczęła  parować,  suche  gałęzie  zajęły  się  ogniem.  Nagle  płomień  zawirował  miesząc  się  z  obłokami  pary.  Całość  przybrała  głęboko  fioletowy  kolor  i  zaczęła  matowieć.  Zamieniła  się  w  materiał,  pelerynę  czarodzieja.  Stał  w  miejscu  wcześniej szalejącej  pożogi,  lecz  tym  razem  z różą  w  zębach. Różą  z  tatuażu,  po  którym  nie  było  już  śladu.  

 

 - Dziękuje  za  prezent.  -  Powiedział  wręczając  przeciwniczce  kwiat. - Zawsze  rozważałem  tatuaż,  ale  raczej  nie  przepadam  za  motywami  kwiatów. -

 

Mag  rozejrzał  się  po  arenie.  Czul  się  świeżo,  od razu  poprawił  mu  się  humor.  Wszędzie na  arenie  mieniła się rosa,  efekt  uboczny  powtórnego  ochłodzenia  powietrza. Kropelki  mieniły się niezliczonymi  barwami,  wręcz  raziły. 

 

Raziły...

 

Red  gwałtownie  obrócił  się  z powrotem w  stronę  Animal.  Podszedł  po  niej  i  potknął  w  czoło,  nakładając  kolejne  zaklęcie.  Sprawiało  ono,  że  organizm  celu  inaczej reagował  na ilość  światła.  Źrenice  mocno  się   rozszerzają,  wyłapując  więcej  światła  niż  potrafi  przetrawić  siatkówka. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nagle upadałam na ziemię z bólu jakie wywołały moje oczy. Zakryłam się kopytem, zbierając moje myśli. Nie... , nie potrafiłam w szybki sposób uzdrowić moich oczu, jedynie zmniejszyć wagę klątwy. Zawiązałam chustą oczy po czym pstryknęłam palcami. Momentalnie na arenie zrobiło się cicho, widownia jedynie przesyłała sobie spojrzenia, na znak, że nie wydaje nikt z siebie żadnego dźwięku.

- Tak lepiej - odparłam wzdychając i wsłuchując się w ledwo słyszalny oddech przeciwnika.

 

Tupnęłam po raz kolejny w ziemię, po czym wyłonił się z niej kołczan ze strzałami, wykonanymi z kryształu górskiego. Uśmiechnęłam się jedynie biorąc niezgrabnie kołczan, gdyż dalej przyzwyczajałam się do tego, że nic nie widzę.

 

Posłałam 5 strzał w różne miejsca na arenie, a 6 w sufit. Po dłuższej chwili, w miejscach trafienia strzał, pojawiły się różnego koloru kryształy. Rozrastały się on, powoli przypominając znajome lub całkiem obce kształty. Powstały dzięki temu sylwetki dzikich kotów. Idąc od lewej był to lew, tygrys, gepard, jaguar i pantera. Gdy całkowicie się ukształtowały, jedno po drugim wydało z siebie charakterystyczny dla niego dźwięk, pokazując w ten sposób, że gardzą moim przeciwnikiem.

 

Zagwizdałam głośno przy czym pod przeciwnikiem pojawił się kryształowy podest, a kryształowe koty ruszyły na przeciwnika. Nagle z sufitu można było usłyszeć usłyszeć trzask oraz sypiący się tynk. Był przyczepiony do niego wielki nietoperz, który strzygł uszami, również czekając na moje skinienie.

 

Gdy dałam mu znak, tak samo jak koty, zaatakował z góry na mojego przeciwnika. Niestety gdy leciał posłałam w niego strzałę, która sprawiła że rozpadł się na tysiące ostrych kawałeczków. Leciały na Red'a z dużą szybkością, nie dając zbytniego pola do uniknięcia ich. Miałam jednak w gotowości mój łuk, gdyż wiedziałam, że jednakowy atak kryształowych kotów, jak i odłamków może się wydawać dla mojego przeciwnika komiczny...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Koty  pierwsze.  Jednak,  kryształy  są  szybsze.  Uciekać.  Nie,  pozbyć  się  problemu.  Którego?  Szybszego.  Albo  nie,  obu.  Obu  naraz,  to  najlepsze  wyjście.  - Myślał  szybko  Red.  Po  tym  krótkim  zastanowieniu  zaczął  działać,  o  ile  działaniem  można  nazwać  śpiew,  lub  raczej  chwilowy  pisk  Śpiewał  o  jedną  z  piosenek  o  wspomnieniach,  ale  to  nie  treść  się liczyła,  to  nie  ona  zwracała  uwagę.  Tak  naprawdę  nawet  nie  było  jej  słychać.  Czemu?  Przez  wysokość  dźwięków.  W  jednej  chwili  z  gardła  magika  wydobył  się  już  nie  dawny,  głęboki  i  niski  głos,  ale  raczej  przeraźliwy  wrzask,  wyjątkowo  piskliwy.  Przez  chwilę  przechodził  fazę  przejechania  paznokciami  po  tablicy,  a  na  koniec  zniknęła  zupełnie,  a  tak  naprawdę  wyszła  poza  skalę  słuchaczy.  Szczęśliwie  nie  wszystkich - koty  tarzały  się  po  ziemi  torturowane  odgłosem.  A  po  kryształach, tych  lecących  na  Reda  i  tych  pod  sufitem,  został  tylko  pył  osiadły  za  pelerynie  czarodzieja.
 

Magik  miał  jednak  miękkie  serce  i  nie  mógł  patrzeć  na  cierpienie  tych  zwierząt  z  gatunku  jego  ulubionych.  Sam  miał  mniejszego przedstawiciela  rodziny  kotowatych  w domu  i  nie  wyobrażał  sobie  skrzywdzić  kogokolwiek podobnego  do  jego  Puszka.  Przerwał  krzyk,  pozwalając  kotom  odpocząć,  a  sam  zabrał  się  do  pracy.  

Po  pierwsze - projekt.  Red  wyobraził  już  sobie  odpowiedni  model  swojego  tworu.  Co  potem?  Materiały.  Nic  prostszego,  wystarczyło  użyć  pozostałości  po  dawnych  kryształach  aby  mieć  dość  kruszcu  do  ukończenia  dzieła,  Zostało  wykonanie. Po  wypowiedzianych  w  myślach  słowach  woli  stały  już  przed  nim  gotowe...  trzewiki.  Trzy  pary,  jego  rozmiar,  w  całości z  kryształu.  Jak  na  komendę  one  i  mag  puścili  się  w  bieg  po  arenie.  Cała  czwórka  zataczała  koła  wokół  oślepionej rywalki,  czasami  skracając  drogę  przez  środek  okręgu  i  przemykając  tuż  obok  Animal. W  końcu  zrobił  to  sam  Red. Zaczął  biec  po  średnicy  okręgu,  po  jego  pelerynie  i  kapeluszu  przeskakiwały  iskry  elektryczności.  Gdy  znalazł  się  za  plecami  Animal  skierował  całą,  niemałą,  zebraną  w  sobie  podczas  okrążeń  moc  w  nią.  Światło  wyładowania  odbijało  się  w  pelerynie,  sprawiając,  że  wydawała  się  jaskrawsza niż  jest  zazwyczaj.  

Share this post


Link to post
Share on other sites

Animal zanim się zorientowała, co jej przeciwnik szykuje, zdążyła się jedynie obrócić do wiązki prądu krzyżując przednie kończyny w celu obrony.

Energia wytworzona przy tym wyładowaniu odepchnęła, zapierającą się dziewczynę kilka metrów od przeciwnika, dalej napierając na słabszą istotę. Kilka kropel potu pojawiło się na skroni przeciwniczki. Po kilku sekundach przepełnionymi błyskami oraz trzaskami, wiązka prądu od strony Red'a oplotła mu ręce, zaś jego przeciwniczka przyciągnęła go do siebie. Kilka małych wyładowań raziło go, powodując nieprzyjemne mrowienie na ciele. Ich twarze były oddalone od siebie kilka cm, a Animal jedynie uśmiechnęła się pokazując, że tak łatwo się jej nie pozbędzie. Wcześniejsza wiązka prądu zaświeciła się mocniej posyłając kolejne fale bólu. Wyciągnęła prawą dłoń ku przeciwnikowi.

 

- Tavshed... - szepnęła przystawiając rękę do gardła Red'a.

 

W dłoni pojawiał się mały obłoczek dymu, pochodzący ze strun głosowych i nie tylko mężczyzny. Gdy odjęła ją można było zauważyć w niej esencję głosu przeciwnika. Inaczej mówiąc, do końca pojedynku nic nie będzie mógł powiedzieć ani zaśpiewać. Uśmiechnęła się zawadiacko, rozpuszczając "głos" przeciwnika w powietrzu.

 

Oddalając się kilka kroków podniosła swój łuk, biorąc dziwnie zieloną strzałę. Powoli napięła cięciwę, po chwili ją puszczając. Strzała leciała z zawrotną szybkością, ale gdy zbliżyła się do obiektu rozdzielała się na mniejsze segmenty. Każdy z nich posiadał wystarczającą ilość neuro toksyn, aby spowodować uraz do końca życia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Pozostaje  siedzieć  cicho - Pomyślał - Ciekawe,  zatyka  moją  gadatliwą  gębę,  choć  jest  to  jedna  z  niewielu  rzeczy  dzięki  którym  wie,  gdzie  jestem.  Muszę  się  mieć  na  baczności. Ona  coś  kombinuje. -

Red  wyprostował  się, zacisnął  zęby  i  rozłożył  ręce.  Segmenty  zielonej  strzały  wbijały  się  w  jego  ciało,  powodując  spory  ból,  ale  nie  aż  taki,  jakiego się  spodziewał. Słaniając  się  od  upadku  wyjął  z  cylindra  pustą  fiolkę.  Ścisnął  ją  mocniej  w  ręce.  Malutkie  segmenty  zaczęły  wtapiać  się  w  jego  ciało  i  rozpływać.  Zielone  użylenie  wyraźnie  odznaczało  się  na  jego  ciele,  pnąc  się w  stronę  głowy.  Limonkowe  żyły  łączyły  się  przy  oczach,  które  zabarwił  się  na  ten  sam  kolor.  Magik  przybliżył  sobie  fiolkę  do  twarzy  i  zaczął  płakać.  Seledynowe  łzy  spływały  po  jego  twarzy  i  powoli  wypełniały  naczynie.  Płakał  tak  dopóki  ostatnia  kropla  toksyny  nie  wypłynęła  z  krwiobiegu,  dopóki  probówka  nie  była  pełna.  A  gdy  już  żyły  i  oczy  przybrały  normalny  kolor obcasem  buta  wykopał  mały  dołek,  do  którego  wlał  płyn.  Zatoczył  dłonią  kilka  kółek  w  powietrzu,  na  co  wiatr  areny  zareagował  gwałtownym  ożywieniem.  Żywioł  świstał  w  koronach  drzew  wydając  odgłosy  ćwierkania  stu  jeden  gatunków  znanych  mu  ptaków.  Eter  areny  wypełnił  gwar,  który  po  chwili  zamilkł.  

 

Albo  ucichł,  bo  zdawał  się  z  każdą  chwilą  powracać.  To  ptaki  odpowiadały  na  wezwanie.  Każdy  zawołany  okaz  stawił  się  na  rozkaz,  wlatując  na  arenę  wszelkimi  możliwymi  drogami. Zaczęły  krążyć  nad  czarodziejem  tworząc  wielobarwną  chmurę  piór  i  dziobów.  Mag  wskazał  otwartą  dłonią  na  zagłębienie,  a  słowik,  kruk,  szpak,  wróbel,  gołębie,  krogulec,  pustułka,  kawka,  myszołów,  jastrząb,  koliber  i  wiele  innych  majestatycznych  podniebnych  istot  jeden  po  drugim  maczały  w  truciźnie  swe  dzioby.  Następnie  skinął  na  przeciwniczkę,  a  chmara  ptactwa  pognała  aby  pokąsać  ją  i  dać  zakosztować  jej  własnej  broni.  

Pozostałą,  niewielką  ilość  trucizny  magik  przelał  z  powrotem  do  fiolki i  schował  do  kieszeni.

Edited by RedSky

Share this post


Link to post
Share on other sites

      Dziewczyna wzdychając powoli acz stanowczo wykonywała kolejne płynne ruchy swoim ciałem, tworząc i łącząc to w jeden taniec. Co jakiś czas muskała opuszkami palców ziemię mówiąc jakieś słowa. Pierwsze ptaki zaczęły dolatywać do niej. Wtedy jednym pewnym ruchem uderzała w ziemie odpychając jednego po drugim. Niestety chmara większej ilości ptaków, którą nie dało się zatrzymać tak prostą sztuczką zbliżała się co raz szybciej. Dla niektórych mogło to być kilka sekund, dla dziewczyny dobre 2 minuty. 

 

      Zatrzymała się nagle klaszcząc w ręce. Wtedy cały kurz wraz z piachem wzniósł się do sufitu areny. Ode pchało to całe ptactwo na niewielką odległość, ale wystarczającą do kolejnego ruchu. Czekała aż drobinki znajdujące się w powietrzu podrażnią jej nos, przez co wykona naturalną reakcję. Stało się, dziewczyna kichnęła. Nie było w tym nic wielkiego oprócz tego, że ptaki lecące na nią po kolei, ciężko spadały na ziemię. Cały kurz skleił im pióra oraz przymocował skrzydła do boków. Bezradne stworzenia jedno po drugim upadały twardo na ziemię. Animal uśmiechnęła się i wykonała ukłon w stronę przeciwnika, uświęcając tym samym swój ruch. 

Edited by Animal

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż, RedSky już od dłuższego czasu nie zagląda na forum, nie odpowiada na PW, a coś trzeba postanowić odnośnie pojedynku. Ponieważ RedSky zniknął, a ostatnie słowo należało do Animal, oświadczam, że to właśnie ona wyszła z tego starcia zwycięsko! Animal zostaje zwyciężczynią pojedynku, który swego czasu dostarczył nam niemało emocji. Szkoda, że nie został on dokończony...

 

Niemniej jednak, gratulujemy zwycięstwa i mamy nadzieję, że to nie ostatnia wizyta na Sali Magicznych Pojedynków!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.
Sign in to follow this  

×
×
  • Create New...