Dżuma

Brony
  • Zawartość

    480
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

24 Neutralna

O Dżuma

  • Ranga
    wyrzutek mamuci
  • Urodziny 22.07.1998

Kontakt

  • Strona www
    http://deltalix.deviantart.com/
  • Skype
    sekamento
  • Gadu-Gadu
    7336498

Informacje profilowe

  • Płeć
    Klacz
  • Miejsce zamieszkania
    Kraj nadodrzański.
  • Zainteresowania
    weterynaria

Ostatnio na profilu byli

3144 wyświetleń profilu
  1. Odprowadziłam Jacka wzrokiem, zanim sama zajęłam miejsce wystarczające by móc całe wejście i rozmowę poobserwować. Ze zwykłego braku zajęcia się czymkolwiek, niż wścibskości. Zawsze to ciekawsze informacje się dosłyszy. Bez większych emocji przypatrywałam się nowym jegomościom i temu co przenosili.
  2. Prychnęłam. Co nie odezwał się? Nie mam zielonego pojęcia jak to robił. Najpierw reaguje na każdą możliwą zaczepkę, a teraz nie chciał się nawet pokłócić. Ja chciałam, nie ma nic lepszego na oczyszczenie atmosfery. W każdym razie, tak jak kazano to sie ruszyłam, trzeba będzie pomóc.
  3. (disclaimer: Lucjan tak samo jak teraz tylko strzelił do butelki, może ja Osmą od razu zacznę bić Jackowi pokłony d: ) Uniosłam lekko brwi. Zaimponował mi? Nie, dalej wydawał sie tak samo głupi. - Ano tak jest, gorzej, że ze statku nie da się tak łatwo wynieść. - dopowiedziałam nawet wesoło, poświęcając chwilę na obejrzeniu kolegów mojego rozmówcy. Przyjemni. - Słuchaj Jack. Dalej jesteś ranny i przez jakiś czas będziesz. Bardzo bym chciała zobaczyć jak jesteś w stanie się kontrolować po tym jak Ci wyłupią jakimś tępym prętem oczy, o ile nie zdzierałbyś gardła na prośby o łaskawe dobicie Twojej osoby. - moja twarzy przybrała bardzo nieładny grymas. - Dla swojego dobra poczekam aż go ktoś jeszcze raz postrzeli. - mruknęłam wręcz z wylewająca się ze mnie ironią. Nie jestem tresowaną małpą by mogli oglądać to jak walczę. Jack z resztą też deklarował się, że nie szuka guza.
  4. To oficerowie, czy szlachta, czy może oficerowie należeli do szlachty? Prawdopodobnie. Przekrzywiłam głowę, nie wiedząc, ze tak się sprawy mają... formalnie. Rozumiem, że forma obijania sobie mordy po kątach też funkcjonowała? - Co jeśli ktoś po prostu odmówi pojedynku? - odchyliłam ramiona do tyłu, dalej mając ręce zaplecione. Nie żebym już rozważała taką opcje. Zaśmiałam się pod nosem na słowa Jacka - Z tego co do tej pory widziałam to Ty zachowujesz się niczym kogucik, zawsze napuszony i gotowy do walki. - napomknęłam z głupim uśmiechem, nie patrząc nawet na niego.
  5. Z ukosa patrzyłam na młodego pirata, nie potrafiąc określić czy mnie już irytował czy może nudził swoim zachowaniem. Skrzyżowałam ręce na piersi, przestawiając sięz nogi na nogę, w oczekiwaniu na odpowiedź tego miłego człowieka na temat "Dziesięciu przykazań pojedynku". Trochę mnie zainteresował, od wiedzy sie nie umiera, podobno.
  6. - Każdy na początku potrafił tylko szorować pokład, nie? - stwierdziłam bez przekonania. Potrafią być tacy którzy choćby mieli się wyżąć to nic im nie da się wbić do łba. Inni jeszcze są jak złote dzieci i mają po prostu to w krwi. - Innych nie znam. Rozumiem, że macie swoje własne.
  7. Spojrzałam po nich z dozą ostrożności. Przyznałam już, że potrafię strzelać, więc głupim byłoby teraz tego nie udowodnić. Najwyżej nie trafię, tu nie było warunków. - Spróbuję. - aż chciało się dopowiedzieć "mego szczęścia".No nic, sprawdziłam czy muszkiet był naładowany i nic mi nie wybuchnie w dłoniach, po czym się wyprostowałam i wycelowałam. Stabilne ramiona, nogi hardo na ziemi. Nacisnęłam więc spust, strzelając do oddalonego ode mnie celu.
  8. Kiwnęłam ze zrozumieniem głową. No dobrze. - Wydaje mi się, że proste wyjaśnienie mi byłoby prostsze, hm? - wzruszyłam lekko ramionami. Powtarzali się, żaden nie piśnie chociaż słówka? Ani jednego? Cel jaki obrał sobie Arvin z załogą, na tym etapie przybierał nadnaturalnego wyrazu. Po co czekali? Nie poleciałabym przecież nikomu od razu naskarżyć, bo trzeba mieć komu. - Przyjdzie i mój czas na to - uśmiechnęłam się na pochlebstwo, czemu więc pułkownik mnie "oszczędził"? Powinnam jednak się cieszyć, ze nie zostałam złojona jak pies. To też trzeba cenić. - Pewnie. Moja trzecia ręka. - oczywiście muszkiet, który wzięłam przymierzając się od razu.
  9. (Lucjan dywagować można byłoby tak w nieskończoność, nie ma na co się od razu boczyć, bo nie od tego są RP. Hetman prowadzi sesję, ani Twoja ani moja postać nie może mieć na wszystko wpływu, bo wyglądałoby to komicznie. Znaczy mogłyby, ale psuję to zawsze drugiej osobie sesje, nie można mieć do czynienia cały czas z bogami/mistrzami/najlepszymi w swym fachu. Wydaje mi się, ze każde z Nas trochę inaczej postrzega XVIII wiek oraz granie zwykłym człowiekiem.) Zgrywałam spokojną i opanowaną, lekko się ukłoniłam kryjąc wszelkie oznaki zmęczenia. Nie było to aż tak tragiczne, ale był to już jakiś wysiłek. Opuściłam broń, zawieszając ją ponownie przy pasie. - Nie omieszkam skorzystać. - przytaknęłam ochoczo, ale bez większego entuzjazmu. Dobrze, że nie musiałam zgrywać oschłej do bólu, bo miałam to w krwi. Z nijakim wyrazem twarzy patrzyłam na Jacka oraz to jak raz za razem udaje mu się prowokować innych. Skubany miał szczęście, że ma na czym chodzić. No dobrze. Czas wrócić do pierwotnego celu. - Wiadomo kiedy kapitan wróci? - spytałam w eter reszty załogi, dokłądniej pewnej grupki gdy do niej podeszłam. Mogliby mi sprzedać tą informację. Wyjście z tej dziczy zajmie mu trochę to przynajmniej skubnę kawałek fortu. Może zgarnę coś ciekawego. Nie spędzę tam wieczności, ale jednak miał podobno dla mnie jakieś zadanie.
  10. Nie można było przecież tak bez końca. Choć zaaferowana "pojedynkiem" nie widziałam zbliżającego się celu, który można by osiągnąć. Wycofałam się w końcu, dając sobie potrzebny dystans. - Z takimi też sobie radziłam. - skrzywiłam się lekko, odzywając się po tak długiej ciszy z mojej strony. Może chciałam go tym "zdenerwować" lub publiczność, czekajac na ten pomruk dezaprobbadtu. Nie uwierzą mi przecież, jak kobieta może walczyć i to jeszcze czasami wygrać zamiast błagać o litość na kolanach. Dalej z dozą ostrożności na samą siebie, zaatakowałam ponownie, trochę spuszczając z tonu "oszczędzania" energii. Pokażę mu więc to co potrafię, bądź to czego nie potrafię. Pchnięcie, lewa. Znów na bok, lewa. Atak. Tylko, że sie tym zmęczę za jakiś czas. Musze przyznać, zę niczego sobie rapier. Dobrze leżał w dłoni.
  11. Nie zdało egzaminu, więc próbowałam dalej. Szybciej. Atak za atakiem. Nie liczyłam, że jakoś go zaszufladkuję, bo faktycznie chciałbym go zranić. Jeszcze będąc po stronie Williama nie widziałam problemu by próbować go zabić, teraz stał nade mną, a mi nie widziało sie by atakować swoich. Byłam skupiona, więc "tańczyłam" na swój sposób. Kiedyś mi powiedziano, że stawiam w walce kroki jakbym kulała na jedną z nóg, choć miałam obie zdrowe. Wykształciłam sobie taki pijaczy chód już z przyzwyczajenia i by zmylić przeciwnika. Pchnięcie. Przeskok na drugą nogę, znów atak.
  12. Mój styl walki spokojnie było można nazwać kontrolowanym chaosem. Nie była to pełna improwizacja, ale wszystko zawsze było dostosowywane do mnie. Pewne zapewne pospolite ruchy, odbiegały bardzo od swojej pierwotnej formy. Oczywiście łatwiej by było gdybym faktycznie uczyła się kunsztu walki profesjonalnie tak jak to powinno wyglądać, ale proszę mi wskazać gdzie i kiedy miałam taką możliwość. Gdyby ktoś mi powiedział, że chce mnie nauczyć poprawnej walki otwarcie bym go wyśmiała. Uważnie śledziłam wzrokiem pułkownika, nijak reagując na jego słowa. Miały mnie zezłości, sprowokować czy były do innych tu obecnych? Nie zaprzątałam sobie tym głowy, bo znów zaatakowałam, sekwencją. Skierowałam ostrze od góry do dołu, cięciem. Jeśli je odbił wykorzystałam impet by zrobić ruch w poprzek, jeśli nie cofnęłam je by wykonać pchnięcie i cięcie od lewej do prawej.
  13. Nigdy nie starałam się mieć wyższego od samej siebie ego, ale i tak nie spodobało mi się gdy zasugerował moją niekompetentność jeśli chodzi o walkę. Skoro tutaj byłam musiało to coś znaczyć. Zmarszczyłam brwi, słuchając go na twarzy mając wyraz niezadowolenia. Nic poza tym nie mówiłam, nawet się nie wykłócałam. Wiedziałam do czego to zmierza i nie w smak było mi to co miało nastąpić. Byłam tutaj na tyle długo by już się dowiedzieć, że pułkownik był jednym z lepszych. Nie tylko pod względem rangi, ale i umiejętności. Każdy o tym mi wspomniał, więc wizja prawdopodobnie niechybnej przegranej działała mało zachęcająco. Normalnie sama się nie pcham do pojedynków, dlatego z wahaniem spojrzałam po Magnusie i reszcie zbierających się członków załogi. - Domyślam się, że gdyby nie tamten anglik mnie by tu nie było. - uśmiechnęłam się kwaśno do Magnusa dobywając swój nowy nabytek. Teraz się dowiem czy będzie mi dobrze służył. Rozgrzałam kilkoma ruchami nadgarstek, zanim faktycznie zaatakowałam mężczyznę. Podobnie jak przy Jacku, dość nieśpiesznie, prostym pchnięciem skierowanym w bok. Gotowa by zachować potrzebny dystans.
  14. Spojrzałam na wyraźnie śpieszącego się człowieka. Chyba tym zwlekaniem z zejściem na ląd wydłużyłam jego oczekiwanie. Wystarczyło ryknąć bym ruszyła wcześniej swoją dupę czyż nie? No nic. Skinęłam do niego, jasno, że zrozumiałam. - Dobrze, już do niego idę. - powiedziałam. Zapewne miał "zadanie" od kapitana, o którym sam Arvin mówił. Nie żebym była wybredna, ale miałam nadzieję, że będzie to nic zajmującego, czy z góry trudnego.
  15. Oczywiście, że postanowiłam udać się na wyspę. Niekoniecznie w pierwszych kursach, ale którymś z rzędu. Nie powiem, że spędziłam ten czas na zwykłym obserwowaniu załogi chcąc wypatrzeć jaka hierarchia panowała miedzy innymi. C którzy widocznie mieli przewagę nad innymi, dowodząc pomniejszymi bandami czy może ci z kategorii "drażliwych panienek", których sama aparycja innych mogła doprowadzać do białej gorączki. Zawsze choć jeden się taki znajdzie. Lub nie, już zdążyłam zauważyć, że statek na którym się znajdowałam inaczej funkcjonował, w końcu gdy oderwałam się od burty statku sierdziłam, że warto by było sprawdzić na co stać ten fort i co tam mogę zdobyć. Szkodą by było pozostanie na statku, wiec zgłosiłam się do kogoś jeśli trzeba było i wyruszyłam na wyspę.