Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Camed vs Koschei O'Clock  

1 member has voted

  1. 1. Kto zwyciężył w tym pojedynku?

    • Camed
      0
    • Koshei O'Clock
      1


Recommended Posts

Księżyc już od dawna górował nad każdym domem, nad każdym drzewem i nad każda areną. Tej nocy niebo było bezchmurne, więc jego światło wespół z gwiazdami którymi było usłane nocne niebo doskonale oświetlało arenę na której już za chwilę miał się stoczyć kolejny pojedynek. Jak większość aren także i ta była zdobiona płaskorzeźbami oraz magicznymi latarniami które dodatkowo budowały klimat tajemniczości i niepewności. Aczkolwiek nie dało się ukryć blizn jakie pozostawił na arenie czas.

 

Nagle rozległ się dźwięk przekręcanego klucza, a potem zaskoczenia zębatek. Wrota otworzyły się, a na arenę wkroczyli kolejni śmiałkowie - Camed oraz Koschei O'Clock.

 

 

epic_battle_by_brotugueseviking-d5m54ta.

 

 

Czas na kolejne przepełnione magiczną energią starcie! Tym razem naprzeciw siebie staną Camed oraz Koschei O'Clock. Camed jest pasjonującym się informatyką i sportem Bronym który ze wszystkich postaci najbardziej polubił Twilight Sparkle oraz Rainbow Dash. Jego rywalka, Koschei O'Clock najbardziej lubi Derpy Hooves, doktora Whoovesa oraz Octavię, ona sama zaś uwielbia pisać, rysować, grać na pianinie/ keyboardzie no i oglądać "doktora Who".

 

Tyle tytułem wstępu...

 

Wszystkie magiczne latarnie zaświeciły się oświetlając płaskorzeźby przedstawiające legendarnych wojowników. Zaklęcie otworzyło okno w suficie areny wpuszczając nieco księżycowego światła.

 

Czas rozpocząć pojedynek! Pamiętajcie o zasadach i walczcie z całą swoją mocą! Wy decydujecie kiedy zakończyć, więc nie musicie się martwić żadnymi limitami! Powodzenia!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widzę, że przychodzi mi zacząć. - Powiedziałem. - Nazywam się Camed. Jak już pewnie wiesz, interesuję się informatką... I mam nadzieję, że będę mógł to wykorzystać! Lecz przed pojedynkiem, zamierzam wręczyć Ci złącze USB szlachetności, droga Koschei. - Widząc wyraz twarzy przeciwniczki odrazu powiedziałem - Nie, to USB wcale nie jest magicznym lassem mogącym zabić cię w każdej chwili. To zwyczajna przejściówka, którą będziesz mogła z powodzeniem użyć w domu. Jest wykonana w najnowszej technologii USB, mianowicie 3.0. To taki przedmiot na start. Sam mam ich jeszcze przy sobie z 50, znajdują się pod moją kurtką. Już Ci pokazuję... Tak tu są. Przeliczmy je. 2,4,6,8...10,20,30,40.. 50! Tak jak mówiłem. Od razu zaznaczam, że mam też inne rzeczy, ale by nie ułatwiać Ci pojedynku, nie wspomne o nich słowem. Dodam tylko, że są chronione magicznie, więc nawet kopnięcie Chucka Norrisa ich nie połamie. Więc jak, zaczynamy? - Spytałem się

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rudowłosa wysłuchała swego oponenta z uśmiechem na twarzy. Wyhaftowane na wysokim kapeluszu w biało-czarną szachownicę i utrzymanej w tym samym motywie sukience symbole magiczne błyszczały w świetle księżyca, rozsiewając wokół świetlne refleksy. Znajdujący się na jej piersiach zegarek tykał cicho, jednak wskazywał porę zupełnie inną od rzeczywistości. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, gdyż wszyscy koncentrowali się na samych magach, nie zaś na elementach ich strojów.

Gdy Camed wyciągnął ku niej dłoń z kablem USB, czarodziejka obrzuciła przedmiot ciut nieufnym wzrokiem, jednak po chwili uspokoiła się i przyjęła podarek. Nie wyczuła żadnej aury typowej dla zaklęć, jedynie drobny czar tarczy ochronnej.

- Dziękuję - odparła melodyjnym głosem, po czym zdjęła cylinder i spokojnie wrzuciła do niego złącze. - Drobne zaklęcie przestrzenne - rzekła do swego oponenta, zakładając kapelusz z powrotem na głowę. - No ale cóż, zaczynajmy. Publika się niecierpliwi - dodała, wskazując na widownię ręką odzianą w czarną, skórzaną rękawiczkę. - Pozwolisz, że zacznę.

Cofnęła się kilka kroków w tył, po czym w powietrzu nakreśliła dłońmi magiczny znak. Co ciekawe, jej palce zostawiały po sobie błyszczący ślad złożony z magicznej energii. Po ukończeniu tej czynności, czarodziejka przeniosła ciężar ciała na jedną nogę, po czym z całej siły uderzyła w znak otwartymi dłońmi. Efekt był piorunujący. Uderzony twór z ogromną szybkością poszybował w kierunku Cameda, po czym uderzył go z całej siły przy akompaniamencie głuchego "bum" i snopu złotego światła. Siła uderzeniowa odrzuciła oponenta kilka metrów do tyłu, spychając go w kierunku wrót, z których przybył.

Długowłosa uśmiechnęła się szeroko. Spokojnie poprawiła rondo kapelusza, czekając na odpowiedź Cameda...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wiesz ty co? Ja do Ciebie z kablem USB, a ty z jakimiś znakami... - powiedziałem. Chwilę się zastanowiłem i postanowiłem użyć 2 zaklęć. Pierwszego, aby przenieść moje cenne elektroniczne zabawki (prócz jednego netbook'a) do 8 wymiaru, gdzie nie sposób dojść nie znając hasła zaszyfrowanego algorytmem AES-512 oraz drugiego które właśnie wypowiedziałem - Sektoriato! - wykrzyknąłem. Dookoła mnie pojawiły się moje 4 własne klony. Wtopiłem się w ich "tłum" tak, że Koschei miała szansę 1 na 5 aby trafić we prawdziwe ja. Jednak wcześniej postanowiłem użyć zaklęcia OTL. Szybko wpisałem komendę:

:OTL
-[259|76953|356]- HKLM/Area/Players/Koschei/Mana
:Files
C:/Area Volume Information/Installer/Koschei/MÓZG
:Commands
[EMPTYTEMP]
:Modes
Selfdefence:True

W ten sposób spróbowałem usunąć część świadomości Koschei, jak i również ilość jej many. Zaklęcie było o tyle spotęgowane, że rzucałem je nie tylko ja, ale i moje klony.

Tego zaklęcia też nie można odwrócić, gdyż został dodany kod autoochrony mianowicie Selfdefence:True. Wywołałem je, i wraz z moimi klonami cisneliśmy programem w Koschei'e. Nie spodziewająca się takiego zaklęcia, i w tak dziwnej postaci zer i jedynek, została trafiona prosto w czoło...

Edited by Camed

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rudowłosa zatoczyła się do tyłu, uderzona siłą zaklęcia. Nie miała bladego pojęcia, co właśnie się stało. Na dodatek ta częściowa pustka w głowie...

Z pewnym wysiłkiem zebrała myśli. Czuła, że ubyło jej nie tylko bystrości umysłu, ale także energii magicznej. Ugh... Okropne uczucie. Na dodatek była zbyt osłabiona, by móc odwrócić działanie czaru (jeśli w ogóle na tą chwilę było to możliwe). Co mogła zrobić w tej sytuacji?...

Nagle coś ją olśniło. Być może nie miała many na tyle, by rzucać silne zaklęcia, jednak nie przeszkadzało to w używaniu silnych magicznych przedmiotów ...

Koschei zdjęła ze swej głowy cylinder i sięgnęła do niego ręką. Po chwili szukania, wyjęła z niego... talię kart. Zwykłych, klasycznych kart. Na pozór zwykłych... W rzeczywistości rzucono na nie czar, dzięki którym nabrały one magicznych właściwości. Rzucanie zaklęć bez zużywania many - właśnie tego w tej chwili potrzebowała.

Nadal czuła upiorne zawroty głowy, które straszliwie przeszkadzały jej w myśleniu. Zupełnie, jakby ktoś "ukradł" jej "pamięć RAM" mózgu. "Rzeczywiście niezły z niego informatyk" pomyślała.

Przejrzała szybko karty, starając na nich skupić z całych sił. Wiedziała, że to tu było... Tak! Z uśmiechem wyciągnęła z talii krwistoczerwoną kartę, z wizerunkiem odzianej na purpurowo damy. Karta Królowej Kier. Tego właśnie potrzebowała.

Ostatkiem sił mentalnych skupiła się na swym przeciwniku oraz jego kopiach i... upuściła trzymany przedmiot na ziemię. Z początku nie działo się nic. Ot - najzwyklejsza na świecie karta leżała sobie na arenie. Jednak już po kilku sekundach coś zaczęło się dziać...

Miejsce, w którym leżała rzecz, błysnęło czerwonym światłem, po czym z powierzchni karty zaczęły wyłaniać się... różane pnącza. Magiczne, kolczaste gałązki stopniowo grubiały i zmieniały się w prawdziwe gałęzie, z których wykwitały różane kwiaty. Pnącza wystrzeliły ku kopiom Cameda... Tak, ku kopiom. Ich celem nie było zranienie bądź zaatakowanie maga, lecz wyssanie energii magicznej jego klonów, tak potrzsbnej w chwili obecnej Koschei...

Kolejne różane macki oplatały repliki jej rywala, odbierając im całą zużytą do ich stworzenia manę. Magiczna roślina odróżniała je od oryginału dzięki ich aurze, mniej wyraźnej od aury Cameda. Jedna z gałęzi uniosła czarodzieja do góry nogami za nogę, by uniemożliwić mu zakłócenie procesu.

Po minucie wszystkie repliki zniknęły. Zadowolona dziewczyna dzięki przesłanej jej energii poczuła się znacznie lepiej. Z uśmiechem pstryknęła palcami - tuż obok niej pojawiła się filiżanka ciepłej herbaty. Sięgnęła po nią i patrząc na dyndającego w objęciach roślinnej macki rywala, zachichotała.

- Jak ci się podoba tam na górze? - krzyknęła. - Musisz mieć stamtąd wspaniały widok na arenę, czyż nie? Może ciut odwrócony, ale nadal wspaniały!

Znów zachichotała i po wylewitowaniu filiżanki obok, klasnęła w dłonie. Macki jeszcze ciaśniej oplotły Cameda, wbijając przy okazji ostre kolce w jego ciało. Koschei znów przylewitowała do siebie filiżankę i po upiciu kolejnego łyku napoju, wypowiedziała sakramentalną formułkę:

- Twój ruch.

((edytowałam, ponieważ przez jakiś błąd pojawił się doublepost))

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

((Masz Double Posta, usuń jednego...))

Wisząc do góry nogami zbierało mi się na wymioty. Próbowałem je dusić, ale nic z tego nie wyszło. Spory kawałek soków żołądkowych i częściowo niestrawionego jedzenia zleciał na podłogę. Zapach był tak mocny, że roślina zaczęła krępować się, i zatykać swoje aparaty szparkowe. Wtedy mnie też puściła. Mało co nie walnąłem głową w podłogę, podczas spadania, ale wypowiedziałem łatwe zaklęcie, które mnie zatrzymało. Chwilę później spojrzałem z obrzydzeniem na własne wymiociny. Dodatkowo białem kolce powbijane w nogi! Użyłem zaklęcia regeneracji, i je uleczyłem. Szybko wyczarowałem kosz na śmieci, i strzałkę (takie jak w Windowsie). Błyskawicznie przeniosłem wymiociny do kosza, i odczarowałem je. Ale co z tego? Koschei tylko sobie siedziała i piła herbatkę... Postanowiłem nie być gorszy i wypiłem wyczarowane kakao. Po chwili odprężenia i odzyskaniu sił, postanowiłem zrobić stary, ale jary numer. Zerus Podzielus! Jako informatyk, muszę mieć jakieś gigantyczne pojęcie o matematyce. Więc jak wiadomo, nie można dzielić przez zero. Jest nawet takie przysłowie: "Pamiętaj Flatterko, nie dziel przez Zerko!". Więc co ja zrobiłem? W kontrolowany sposób podzieliłem przez zero. A co? Liczbę ujemną! Uzyskałem niewyobrażalną energię. Uzyskałem NIESKOŃCZONOŚĆ energii. Przeniosłem ją na szybko do 7 wymiaru i zaszyfrowałem BitLockerem, więc nikt kto nie znał hasła, nie mógł się tam dostać, ani tego usunąć. Chwilę potem szybko wziąłem z tamtego zasobu trochę energii. Czułem się wspaniale. Więc szybko zebrałem się i rzuciłem zaklęcie Seriopolut! Zanieczyszczenia z całej areny rzuciły się na Koschei... Puszki, śmieci, reklamówki, niedopite picia, zgniłe jedzenie, dwutlenek węgla... I to wszystko na raz uderzyło w Koschei!

Edited by Camed

Share this post


Link to post
Share on other sites

- O Stwórco...

Koschei w ostatniej chwili rzuciła zaklęcie pola siłowego, które osłoniło ją przed wszelkiej maści odpadkami. Skulona pod energetyczną barierą, próbowała zebrać myśli i skupić się na wybraniu stosownej odpowiedzi na atak oponenta... Przez głowę przelatywało jej wiele różnych możliwości, jednak żadna nie wydała się jej odpowiednia. Kolejne sekundy podtrzymywania pola tylko niepotrzebnie marnowały jej energię. Po chwili uśmiechnęła się i niemal niesłyszalnie wyartykułowała tylko jej znaną formułkę. Teren w promieniu pięciu metrów od kopuły pokrył się żywym ogniem, spopielając tym samym wszystkie znajdujące się w tym obrębie śmieci. Ostra woń płonącego, topiącego się plastiku podrażniła nozdrza czarodziejki. Okropność, pomyślała.

Tymczasem płomienie w mgnieniu oka rozprzestrzeniały się po całej arenie, strzelając po nawet dwadzieścia metrów w górę... Istne morze ognia. I to nie byle jakiego ognia...

W tych warunkach Koschei, nawet gdyby chciała, nie mogła się skontaktować z Camedem. Nie werbalnie. Wysłała wobec tego prostą wiadomość telepatyczną. Powinien ją usłyszeć... Chyba. Nie była pewna, czy jej przeciwnik nie będzie na tyle skupiony na pojedynku, że przeoczy jej przekaz. Jednak mimo wszystko - postanowiła spróbować.

A więc widzisz... Chyba już domyśliłeś się, że to nie jest zwykły ogień, prawda? To demoniczny ogień z płomiennych źródeł Shrkang no Harr... Mam nadzieję, iż słyszałeś już tę nazwę... Spali wszystko, a przy użyciu odpowiednich zaklęć - można go wykorzystać jako potężną broń...

Po tych słowach rudowłosa nieco poszerzyła zasięg swego pola siłowego na tyle, by móc stanąć w jego obrębie wysportowana i zrobić kilka kroków w prawo i w lewo. Następnie wypowiedziała kolejne zaklęcie i wykonała kilka płynnych, tanecznych ruchów. W tym samym momencie część płomieni skupiła się w jednym miejscu i uformowała się w kształt węża. Koschei spojrzała z zadowoleniem na efekt swych działań. Kosztowało ją to trochę energii, to fakt, ale zawsze miała jej trochę w zapasie, czyż nie...?

Z uśmiechem na ustach skupiła się z całej siły na Camedzie, po czym wypowiedziała dwa słowa:

- Bierz go.

Płomienny wąż zareagował natychmiast - z groźnym sykiem ruszył w kierunku wyznaczonego mu przez Koschei celu i otoczył go pierścieniem demonicznego ognia. Mag nie miał żadnej drogi ucieczki, został bowiem całkowicie odcięty od reszty areny. Gad łypnął na niego złowrogo, po czym rzucił się w jego kierunku...

- Ratuj się, jeśli potrafisz - zachichotała znajdująca się po drugiej stronie areny czarodziejka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy czarodziejka chroniła się w polu siłowym postanowiłem użyć magicznych strzał. Wystrzeliłem w niebo wiązkę magii. Ukazał mi się wtedy dobrze znany obraz. Gwiazdy zaczęły świecić jaśniej, czyli wszystko się powiodło. Nagle poczułem okropną woń spalenizny. Nie było to ani trochę przyjemne. Spojrzałem wówczas na Koschei. Wokół niej znajdowało się jezioro ognia. Bardzo chciałem, aby nie było to tym o czym myślę. Lecz tak... Utwierdziła mnie w tym sama moja przeciwniczka. Uciekłem w kąt, a było to złym wyborem. Wtedy powstał też jak sądzę demon (( pszypadek? )) Dotarł do mnie. Nie miałem gdzie się ruszyć. Nie myśląc szybko otworzyłem portal do 7 wymiaru i wskoczył. Miałem podgląd na prawdziwy świat. Postanowiłem zniszczyć ten ogień siłą gwiazd, które wcześniej sprzymierzyłem ze sobą. Przez międzywymiarową szparkę widziałem dwa walczące żywioły. Dostałem się za nic nie spodziewajacą się Koschei. Korzystając z zaszyfrowanej energii w ciągu kilku nanosekund stworzyłem wielką dziurę pod jej nogami na głębokość ponad 50 metrów. Na samym dole znajdowały się korzenie odporne na ogień i światło. Były oślizgłę i nieprzyjemne w dotyku. Dusiły one, i wytwarzały aurę przeciw-teleportacyjną. Gdy spadła, rzuciłem ku niej kwiat róży stworzony z energii. Błyszczał w ciemności, będąc przy okazji jedynym źródłem światła. Z uśmiechem na twarzy krzyknąłem do niej:

-Twoja kolej o przemiła!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poczuła, że spada. A zaraz później jej ciało przeszył na wskroś okropny ból. Złamanie, pomyślała. Połamałam nogi...

Na jej twarzy pojawił się bolesny grymas. Niedobrze. Przez ten uraz była teraz uwięziona na dole. Potrzebowała energii, i to bardzo. Nadal szalejący na górze areny pożar kosztował ją sporą ilość many, przez co nie mogła zrobić nic z uszkodzeniami swego ciała. Zupełnie nic.

Nagle poczuła na skórze dotyk czegoś oślizgłego. Przez ból, który na moment odebrał jej jasność myślenia, nie mogła przez chwilę pojąć, z czym ma do czynienia. Tymczasem owa śliska, wilgotna rzecz powoli oplatała obolałe nogi czarodziejki. Po niej kolejna. I następna. Wszystkie stopniowo zacieśniały swoje sploty, sunąc ku gardle Koschei...

Nagle nasza czarodziejka doznała olśnienia.

To były korzenie. Żywy organizm. A co cennego posiada każdy żywy organizm...?

Energię. Czystą, jakże w tej chwili potrzebną energię.

Koschei uśmiechnęła się mimo bólu i zamknęła oczy, skupiając się na aurze życiowej pnączy. Tym razem musiała pobrać moc bezpośrednio z organizmu, bez pośrednictwa magicznych róż. Kontakt fizyczny z celem na szczęście upraszczał znacznie cały proces.

Po kilku sekundach korzenie raptownie się zatrzymały, po czym każdy z nich, po kolei, rozbłyskał złotym światłem, po czym natychmiast rozpadał się w proch. Gdy wszystkie macki spotkał już ten sam los, rudowłosa uśmiechnęła się z ulgą. Natychmiast uleczyła obydwie kończyny, a i tak czuła się wręcz przepełniona energią. Bez wątpienia zapasy te przydadzą się później...

Wtem przypomniała sobie o nadal trzymanej przez nią róży. Po chwili namysłu otoczyła kwiat czarem, który nie pozwalał go dotknąć ani zakląć nikomu ani niczemu poza nią i przymocowała zabezpieczony w ten sposób kwiatek do cylindra. Przelała także w niego pewną część zdobytej przez siebie energii - w razie czego roślinka mogła jej posłużyć jako awaryjne źródło many.

Koschei pstryknęła palcami, po czym roztoczyła wokół siebie bańkę z pola siłowego. Razem z kulą uniosła się w górę i już po chwili unosiła się nad areną. Płomienie nie mogły przeniknąć przez barierę, więc nie groziło jej nagle spopielenie.

Skupiła się i wygasiła część areny i odgrodziła ją barierą od ognia. Następnie przeczesała myślami teren przy dole, w którym sama się przed chwilą znajdowała, w poszukiwaniu umysłu Cameda. Po kilku sekundach znalazła go. Uśmiechnęła się i klasnęła w dłonie. Przed rudowłosą zmaterializowały się lewitujące, magiczne, ognioodporne pociski. Jednym pchnięciem dłoni posłała je w kierunku oponenta.

Na arenie rozległ się donośny werbalny, jak i telepatyczny krzyk:

- NIE CHOWAJ SIĘ, KOCHANIUTKI!

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

OMG! ROTFL! To są kule! - krzyknąłem. Podczas zbliżania, podwoiły swoją prędkość. Nie miałem co robić. Byłem w szachu. Nagle dostałem olśnienia. - To moja jedyna szansa - pomyślałem. Skupiłem w sobie całą moją energię magiczną. I kliknąłem "RESET". Nastała ciemność. Wszystko co było na arenie zniknęło. Wciąż jednak miałem zmagazynowaną energię będącą w innym wymiarze. Uzupełniłem swą siłę, lecz spostrzegłem, że kończą się już "zapasy". Uśmiechnąłem się w kierunku Koschei, i wysłałem jej ciepłą herbatkę. Sam też wziąłem łyk i postanowiłem zagrać przeciwnym żywiołem, mianowicie wodą. Zciagnąłem nad arenę burzowe chmury. Zaczęło padać. Ziemia na arenie zaczęła się stopniowo w błoto. Spojrzałem w oczy Koschei. - Chyba nie jest pewna co chcę zrobić - pomyślałem. Nagle dookoła niej powstały błotne kule. Wszystkie zaczęły ją okrążać. Powstawało ich coraz więcej. Teraz tylko wypowiedzieć... - Globemero! Wszędobylskie błoto zaczęło atakować Koschei. Miałem nadzieję, że atak się powiedzie. Jest on bardzo niebezpieczny. - Byleby zdołał on utrzymać ją w szachu, to jeden z moich najtrudniejszych czarów - pomyślałem, i zacząłem pisać, pisać moduł autoochrony na podręcznym laptopie...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zdążyła zareagować w ostatniej chwili.

Błoto z całej siły napierało na warstewkę pola siłowego, rozpiętego przez Koschei. Niestety, tak niewielkie opóźnienie reakcji przypłaciła sporym ograniczeniem ruchu - pole dzieliło od jej skóry niecałe dziesięć centymetrów. Spróbowała ciut je poszerzyć, jednak nadaremno. Probująca się przez nie przebić substancja nie pozwalała na to. Czarodziejka zaklęła cicho i wciąż utrzymując energetyczny kokon, zaczęła analizować zachowanie Cameda... Ten atak raczej nie miał jej skrzywdzić. Nie. Czyżby ten chciał ją tylko... przytrzymać w jednym miejscu? Tak, to musiało być to. Ale w takim razie co zrobić? Bała się, że utraci koncentrację i podczas rzucania kolejnego, bardziej skomplikowanego czaru, pole siłowe się rozproszy. Szczególnie, że coś napiera na nie z taką siłą. A nie widziało się jej bliskie spotkanie z błotem...

Nagle przypomniała sobie o pewnej rzeczy.

Karty!

Pstryknęła palcami. W jej ręce pojawiła się talia kart. Pośpiesznie wybrała z niej jedną i zacisnęła na niej swoje palce. Joker. Każdemu z trzech jokerów w jej talii przypisany był całkowicie losowe zaklęcie. Praktycznie aż do momentu aktywowania drzemiącego w karcie czaru nawet używający kart nie wiedział, cóż za moc kryje się w tym małym prostokąciku...

Ale cóż. Niech się dzieje wola nieba...

Koschei upuściła kartę i anulowała zaklęcie pola siłowego. Inaczej ta zadziałałaby tylko w obrębie bariery. Zacisnęła zęby w oczekiwaniu na atak...

Ale ten nie nadszedł. Zamiast tego usłyszała głośny plusk i poczuła spływającą po jej ubraniu i skórze maź. Oraz słodki dziwnie znajomy zapach...

Czekolada. Błoto zamieniło się w płynną czekoladę.

A więc to ten czar, pomyślała, nie okazując jednak po sobie zaskoczenia. Zamiast tego z iście pokerową miną pstryknęła palcami i nad jej głową pojawiła się chmurka. Padający z niej deszcz zmył z jej ciała i odzieży czekoladę. A przynajmniej jej większość. Po tej której przerwie czarodziejka spojrzała na maga-informatyka i uśmiechnęła się. W jej oczach błysnęły złowrogie iskierki.

- Tak mnie chciałeś załatwić... - zaśmiała się i wyszeptała coś.

Spod ziemi (a właściwie ziemi pokrytej warstwą czekolady) wychynęły cztery łańcuchy zakończone kajdanami. Zacisnęły się one na nadgarstkach i kostkach Cameda, po czym pociągnęły go za sobą z niewiarygodną siłą i przyszpiliły do ziemi. Rudowłosa pochyliła się nad nim i zachichotała.

- Magiczne kajdany... Wspaniała rzecz, czyż nie? Nasycone czarem przeciwteleportacyjnym i właściwie nie-ro-zer-wal-ne - znów zachichotała i zdjęła cylinder, po czym wyjęła z niego lizaczka i włożyła sobie do ust, patrząc na Cameda z uśmieszkiem wyższości na twarzy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przypięty, przypięty i jeszcze raz przypięty. - Pomyślałem. Nie byłem w stanie się ruszać. Na dodatek moje "błoto" stało się czekoladą.

Czekoladą mleczną. Zaczęła się strasznie kleić, gdyż zaczęła powoli, ale to powoli zasychać.

To jeszcze bardziej ograniczało możliwość mego ruchu. Modliłem się tylko, by mój dysk wymienny z rozpoczętym kodem nie zamókł za bardzo, gdyż uszkodziłoby to tamtejsze dane.

- Ale nic, trzeba działać, dane nie są aż tak ważne. - Poruszyłem się, i zacząłem gorączkowo myśleć. Krople potu spływały mi z czoła, prawdopodobnie ze strachu, nie zmęczenia. Cały czas próbowałem się wyrwać z kajdanków, użyć na nich magii. Lecz nic, nie dało rady się ich przerwać. Nagle przed oczami przebiegła mi myśl.

- To na pewno mi pomoże, tamto zostawię sobie na później. - Roztopiłem trochę czekolady, i korzystając ze zmniejszonego oporu po prostu... wyrwałem je z ziemi. Były dosyć ciężkie, a płynna czekolada dodatkowo krępowała me ruchy. Postanowiłem wbiec na Koschei i oplątać ją jej własną bronią.

- Powinny mnie wtedy puścić - pomyślałem. I tak zrobiłem. Plan podziałał... połowicznie. Niestety nie puściły mnie, ale schwytały Koschei. Staliśmy ze sobą twarzą w twarz. Trochę się skrępowałem, lecz twarz rudowłosej nie wyrażała ani grymasu uśmieszku. Może coś działo się tylko pod jej "kopułą"? Nie byłem pewny. Aczkolwiek postanowiłem się zabezpieczyć. Dookoła mnie powstało pole siłowe. Przylegało do mnie co do centymetra. Było nawet "pod" kajdankami. Spojrzałem na urodziwą, i rzekłem - Przykro mi, lecz teraz twa kolej...

Edited by Camed

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mimo zaistniałej sytuacji, Koschei zachowała kamienną twarz. Jednak w duchu zanosiła się śmiechem. Mina Cameda wydała się jej wręcz uroczo zmieszana. Jednak po chwili uspokoiła swój mentalny chichot i zaczęła myśleć nad rozwiązaniem problemu pod tytułem "jak-wydostać-się-z-nierozerwalnych-magicznych-kajdan". Pomysł nadszedł niemal natychmiast. Kolejna magiczna formułka wypowiedziana pod nosem.

Sylwetka czarodziejki rozbłysnęła mlecznobiałym światłem, po czym zupełnie zmieniła swe kształty. Gdy blask ustał, w miejscu, gdzie przed chwilą stała dziewczyna, znajdował się mały, biały... kot. Zwierzątko z łatwością wyswobodziło się z zbyt luźnych dla niego kajdan, po czym upadło miękko na podłoże i spojrzało na Cameda. Jego oczy były takie same, jak u rudowłosej - barwy ciepłego złota.

Kociątko miauknęło z zadowoleniem, nadal wbijając swe ślepka w rywala. Światło znów zalało arenę i Koschei powróciła do swojej ludzkiej postaci. Ech... Lubiła od czasu dp czasu porzucić człowieczą formę, ale teraz niewiele mogłaby w niej zdziałać...

Kajdany nadal zwisały z kostek i nadgarstków jej oponenta. Postanowiła to wykorzystać. Nieznacznym ruchem dłoni posłała swój twór wraz z rywalem w kierunku ściany areny. Z głośnym łoskotem kajdany wbiły się w mur i głęboko weń zakotwiczone, ponownie unieruchomiły maga-informatyka. Tyle że tym razem był on rozpięty do góry nogami.

Rudowłosa wyczarowała sobie kolejną filiżankę herbaty (jako że według jej zegarka znów nastała na nią pora) i upiła z niej łyk. Następnie, nadal popijając napój, posłała w kierunku Cameda małe, magiczne sztyleciki. I kolejne. I kolejne. Z rozbawieniem zauważyła, że w pewien przewrotny sposób skojarzyło się jej to z grą w rzutki.

- Twój ruch - powiedziała niemal niedosłyszalnie, delektując się zapachem herbaty...

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wbity w ścianę. Po raz kolejny w kajdankach... Po raz kolejny.

- Ze ściany już się tak łatwo nie wyrwę, a nie umiem wykonywać transmutacji na samym sobie - pomyślałem. Musiałem zachować spokój, byłem tego pewien. Już wiedziałem co zrobić.

- Równy oddech, uspokój się. - myślałem. I zaczęło to pomagać. Zacząłem się... Topić. Zmieniłem się w ciecz, w ten sposób wydostałem się z ekstremalnych kajdanków. Byłem bardzo zadowolony. Odrazu użyłem czasu, który rozrósł je w pył. Wcześniej nie mogłem tego zrobić, gdyż doznałym wielkiego uszczerbku na zdrowiu. Teraz lekko zdenerwowany postanowiłem zaatakować oponentkę. Postanowiłem skorzystać z poprzednich materiałów. Z pozostałych resztek błota, i wielkich kawałków czekolady zacząłem zbierać elektrony. Wszystkie z nich zabrałem w jednej kuli. Wbrew pozorom była ona bardzo mała. Wielkości paznokcia. Miała jednak wielki potencjał ujemny. Przy dotknieciu jakiegokolwiek ciała stałego lub ciekłego, wywoła efekt podobny to spotkania antymaterii z materią. Dla porównania uściśnięcie dłoni człowieka i "Anty-człowieka" może rozsadzić Ziemię. Dla kamuflażu ukryłem ją w kawałku betonu, aczkolwiek za sprawą łatwego zaklęcia nie wybuchło do czasu zderzenia z innym ciałem stałym. - Postanowiłem telepatycznie wysłać wiadomość do Koschei. Brzmiała ona... "Naleśniki!!!" - Wtedy też posłałem betonowy ładunek prosto w jej ciało. Trafiłem. Nie zdążyła założyć magicznej tarczy. Jedyne co potem widziałem, to oślepiające białe światło wypełniające całą arenę. Powoli zaczęło ginąć. Podbiegłem w kierunku wybuchu. Powstał tam wielki dół. Na jego dnie leżała Koschei, i rozbity kubek od herbaty. Na górze stworzyłem antyteleportacyjną i magioodporną powłokę (jako "dach"). Pobiegłem wtedy do drugiego końca areny. Zastanowiłem się, czy przypadkiem nie użyłem zbyt silnego zaklęcia. Nie chciałem śmierci oponentki. Miałem nadzieję, że przeżyła. Właściwie wykorzystałem tylko czekoladę i błoto, które teraz zachowywały się wysoko niestabilne z powodu braku elektronów i wysokim dodatnim ładunkiem (zostały tylko protony (ładunek +) i neurony (ładunek neutralny)). Usiadłem w kącie. Mój dysk wymienny dalej był sprawny, a gwiazdy wciąż świeciły mocniej niż zwykle. Zasiadłem, uruchomiłem Visual Studio, i zacząłem dalej pisać. Czekałem na ruch Koschei...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Huk, światłość, a zaraz później - ciemność.

Nie miała pewności, że żyje. W sumie to nawet by się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że tak naprawdę zginęła przed chwilą. Lub zginie zaraz... Jednak ból utwierdził ją w tym, iż bardziej prawdopodobna jest w tym momencie to drugie wyjście. Tylko nawet jeśli, to co? Miała czekać, aż całe życie ujdzie z niej ot tak - jak powietrze z przekłutego balonika? O nie. To nie mogło się skończyć tak łatwo...

Z trudem dźwignęła się z ziemi tylko po to, by znów osunąć się na kolana. Nie. Jej spojrzenie, zmącone przez ból i częściowo strach, znów stało się bystre. Odrzuciła od siebie nonsensowne rozważania i stanęła na ciut drżących nogach. Znała swoją datę śmierci i nie było nią ani dziś, ani jutro. A przeznaczenie nie zwykło zmieniać planów.

Zebrała myśli i powoli zaczęła uleczać najpoważniejsze obrażenia. Wszelkie inne zranienia nie będą jej przeszkadzały, a uzdrawianie byle zadrapania było dla niej stratą czasu i many. Czuła, jak kolejne rany i urazy zanikają, oddalając od niej widmo śmierci, która niechybnie zacisnęłaby swoje palce na jej gardle, gdyby nie magia...

Gdy tylko proces się zakończył, Koschei sięgnęła po cylinder, który w momencie eksplozji spadł z jej głowy. Dzięki rzuconym dawno temu czarom ochronnym, nie uległ on zniszczeniu (podobnie jak i reszta jej odzieży). Róża energetyczna znajdowała się na swoim miejscu, także nienaruszona przez siłę wybuchu. Czarodziejka z powrotem nałożyła swe nakrycie głowy, po czym postanowiła wydostać się z krateru.

Gdy tylko znalazła się poza nim, w jej ręce znów pojawiła się talia kart. Po tym popisie siły ze strony rywala, wolała oszczędzać energię na ewentualne próby ratowania swojego życia niż na kolejne ataki. A używanie kart nie zużywało nawet minimalnych ilości many...

Wydobyła z talii asa trefl, położyła go na podłożu i schyliła się nad nim. Karta rozbłysnęła i po chwili zaczął wyłaniać się z niej bliżej nieokreślony dla postronnych kształt. Dziewczyna zacisnęła na nim palce obu dłoni, po czym pociągnęła go do góry. Owa niezidentyfikowana rzecz okazała się być rękojeścią miecza. Zaraz po nim ukazało się i ostrze. Gdy tylko całkiem wyłoniło się z karty, ona sama jakby rozpłynęła się w powietrzu.

Oczom widowni ukazał się czarno-biały miecz. Na jego jasnej rękojeści widniał ciemny znak trefla, niczym heban na świeżym śniegu. Klinga utrzymana była w tej samej kolorystyce. Koschei wykonała nią kilka płynnych ruchów w powietrzu. Minęło już trochę czasu, odkąd trzymała ostatnio w ręku Vivimorte... Miecz stworzony z czystej energii, zapieczętowanej i niepodatnej na żadne manipulowanie przy niej. Zdolny przeciąć dosłownie każdą materię. Potężna broń, raniąca nie tylko ciało...

Rudowłosa jednym ruchem rozcięła powłokę* po czym skoczyła w kierunku Cameda i zadała mu ciętą ranę, od lewego ramienia do prawego biodra. Nie było to zbyt głębokie zranienie, jednak nie tylko ciało jej oponenta ucierpiało. Vivimorte zadawał także o wiele bardziej dotkliwe cierpienie - zatruwał duszę... Jedno cięcie wystarczało, by zapełnić umysł ranionego zwątpieniem, strachem i brakiem chęci do życia. Pierwsze z tych toksycznych myśli zaczęły kiełkować już w mózgu Cameda i powoli oplatać jego świadomość...

((*na rzeczy nieożywione Vivimorte działa w sposób niemagiczny. Więc może przeciąć powłokę))

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rana krwawiła. Krwawiła na czarno, a ja czułem się coraz gorzej. Coraz to ciemniejsze myśli przychodziły mi do głowy. Samobójstwo, cięcie się... Nie... Miałem już tego dość. Ostatnimi strzępkami woli postanowiłem pomyśleć. Potrzebowałem pozytywnej energii.

- Ale gdzie ja ją znajdę? - pomyślałem. Niechcący spojrzałem na piekącą ranę i czerń w mojej głowie rozszerzyła się jeszcze bardziej. Zdenerwowany obrotem sprawy, dostałem olśnienia.

- PROTONY!!! - Wrzasnąłem na całą salę. Mają one przecież ładunek dodatni. Wziąłem więc kawałek ekstremalnie niestabilnej czekolady, i z niebywałem lękiem w oczach postanowiłem wysmarować sobie... Ranę.

- Raz kozie śmierć... - pomyślałem. I wlepiłem sobie w ciało potężnego klocka z czekolady. Poczułem wielki ból. Myślałem, że to już koniec. Ale on chwilę potem odstąpił. Mój mózg robił się coraz bardziej "czysty". Kiedy już był czysty w 100 procentach, postanowiłem zniszczyć niebezpieczeństwo. Prostym zaklęciem pchnięcia ((działa ono fizycznie, nie magicznie, dlatego byłem w stanie wykonać je na tym mieczu)), wyrzuciłem go z rąk rudowłosej oponentki, i zatopiłem w bezgranicach czekolady i błota. Pozostała jeszcze jedna rzecz. Karty. Widziałem jak ich używała, ale nie byłem tego pewien. Teraz widząc, jak z asa trefl stworzyła to, co omal mnie nie zabiło, postanowiłem użyć tego, co zostawiłem sobie wcześniej. Przez cały ten czas, moc tego rosła. Przypomniał mi się ten fragment pojedynku...


Gdy czarodziejka chroniła się w polu siłowym postanowiłem użyć magicznych strzał. Wystrzeliłem w niebo wiązkę magii. Ukazał mi się wtedy dobrze znany obraz. Gwiazdy zaczęły świecić jaśniej, czyli wszystko się powiodło.[...]

Wyczarowałem strzałę jeszcze raz. Ponownie strzeliłem w niebo. Gwiazdy zaczęły świecić w sposób niemal niemożliwy do opisania. Na arenie powodu wytworzonego przez gwiazdy pola, było widać tylko biel. Użyłem znaku Oruond, by skierować potęgę gwiazd prosto na karty i cylinder Koschei. To musiało zniszczyć jej ekwipunek. Siła miliardów gwiazd, użytych w sposób magiczny musiała dać rady. Innej opcji nie było. Nagle światło zaczęło gasnąć. Wciąż było jasno, ale widziałem niezbyt zadowoloną Koschei. Jej nic prócz kilku oparzeń ((I stopnia)) nic się nie stało, lecz jej kartom na pewno, jak i cylindrowi. Korzystając z chwili, napisałem jeszcze kilka linijek kodu. Szybko zapisałem pracę, i wysłałem do Koschei telepatycznie wiadomość, gdyż byłem zbyt leniwy by poruszyć ustami i wydobyć tą minimalną ilość powietrza z przepony.

- Twój ruch o kochana miłośniczko kart!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zgodnie z prawami wedle których realizowane są porządki, ze względu na przedłużający się okres bezczynności, pojedynek kończę, jednocześnie, tworząc ankietę, w której szanowna publiczność będzie mogła zdecydować, kto popisał się większą mocą.

 

A zatem, kto zasłużył na miano zwycięzcy tego starcia? Camed, czy też może Koschei O'Clock? Głosujcie i komentujcie!

Share this post


Link to post
Share on other sites

A zatem, czas poznać zwycięzcę pojedynku. Cóż, nie był on zbyt długi, ale jak widać, nie pozostał bez wpływu na publikę. Tylko jeden śmiałek zdobył się na odwagę i ośmielił się wskazać swego maga. Tak więc, kim jest ów zwycięzca?

 

Ups... Chyba powinienem był powiedzieć "zwyciężczyni", gdyż to właśnie do Koschei O'Clock należy jedyny oddany głos! Tym samym, wygrywa ona pojedynek! Gratulujemy i jednocześnie, żywimy nadzieję, że zarówno ją, jak i Broniesowego Informatyka, Cameda, zobaczymy jeszcze kiedyś na arenie!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...