Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

Arena XVIII – PiekielneCiastko vs Zmara [zakończony]

Arena XVIII  

2 members have voted

  1. 1. Kto zwyciężył w tym pojedynku?

    • PiekielneCiastko
      0
    • Zmara
      2


Recommended Posts

Arena osiemnasta robiła wrażenie. Była w całości wyrzeźbiona w wielkim krysztale. Ogromna dbałość o szczegóły, bogate dekoracje i spora przestrzeń pozostawiona wojownikom budziła nie tylko zachwyt, ale też i wątpliwości. Skąd się tu wziął tak ogromny kryształ? Kto podjął się wykonania takiej areny i  w jaki sposób? Tego chyba nawet Hoffman nie był do końca pewien. Wiadomo za to było, że te gładkie, zimne powierzchnie doskonale odbijają promienie magiczne, co może dać przewagę… albo zgubić. Gdyby nie magiczne lampiony, które rozświetlały to miejsce, byłoby tu dosyć ciemno.

 

 

day_and_night_by_killer_teckel-d5zcs8w.j

 

 

Już za chwilę rozpocznie się pojedynek pomiędzy PiekielnymCiastkiem, herbu Przypalona Blacha, a Zmarą, Skrywającym Chaos! Jest tu dosyć chłodno… Wasze pełne skupienia oblicza odbijają się w krystalicznych ścianach tej areny. Może już czas podgrzać atmosferę i rozpocząć starcie? Chyba tak. Pokażcie zatem, co potraficie!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciastko stanął przed skrzydłami drzwi. Była to ostatnia przeszkoda przed wejściem na arenę. Poczuł zwątpienie. Poprzedni przeciwnik nie był łatwy.... a będzie jeszcze gorzej. Teraz będzie walczył z kimś o klasę lepszym od tego jednorożca. Czuł, że gdyby chciał, to mógłby bez większych problemów wygrać cały turniej. Ale obiecał sobie, że pokaże, iż magia Eamona jest potężna. Że można nią coś osiągnąć nawet z jej ograniczeniami. 

Pchnął skrzydła z lekkimi trudnościami. Nie chodziło tu nawet o ciężar - ich twórca był takim geniuszem, że użył tyle siły, co dla normalnych drzwi. Problematyczne okazało się wyciągnięcie dłoni, gdy rzemień z rękawa jakimś nieznanym mu sposobem splątał się z sprzączką, spinającą płaszcz. Musiał szybko coś z tym zrobić.

Rozwiązanie wykoncypował momentalnie. Krótka chwila i z długiego prochowca z pełnymi rękawami stworzył krótki płaszcz z rękawem ledwo dosięgającym do łokcia. Co prawda teraz jego "tarcze" pod postacią bransolet na obu przedramionach były widoczne, lecz i tak kiedyś ich użyje, a teraz przynajmniej jego przeciwnik będzie miał nielichą zagwozdkę, by rozgryźć ich funkcję.

Jeszcze przez chwilę stał. Starał sobie przypomnieć, czy jest przygotowany. Po chwili zdecydował, że miecz lepiej mieć pod ręką, co też od razu uczynił. Nadal miał go przewieszonego przez plecy, lecz teraz mógł go szybciej dobyć.

Pchnął skrzydła. Odruchowo zasłonił oczy. Niepotrzebnie. Magiczne lampiony nie świeciły zbyt mocno. Tak naprawdę było to światło dość nikłe. To ściany zrobione z kryształu odbijały światło tak, że nawet najdrobniejszy foton się nie marnował.

Stanął po środku areny. Był pierwszy, toteż mu przypadło rzucenie jakiegoś czaru wspomagającego. I nawet wiedział jakiego. Jego dłonie zaczęły delikatnie świecić.

-Przyrost - powiedział dość cicho robiąc rękoma szerokie łuki.

Gdy skończył na ścianach pojawił się ornament utworzony jakby z światła w krysztale.

Ciastko poczuł, że może wiele więcej, nawet pomimo tego, że czar kosztował bardzo wiele. Dla regeneracji sił wyjął z torby batona, po czym sama torba... zmieniła się w płachtę jakby materiału, która przyczepiła się do tyłu płaszcza. Otworzył batona i zaczął go jeść w oczekiwaniu na przeciwnika lekko się uśmiechając. Każde dziecko wie, że magia najlepsza jest podana w płynie, ale on nie mógł sobie odpuścić odpowiedniego doprawienia batonów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzień zapowiadał się zaiste ciekawie. Tym razem był przygotowany… Tym razem naprawił zegarek… Tym razem… Adrian… Co? Skończ… Ale ja tylko… Skończ. No dobra… Tak więc, wracając do narracji, wiedział, co musi zrobić. A przynajmniej tak uważał…

Jego przeciwnik znajdował się już na arenie. Chyba nie do końca wyszło mu samo wejście na arenę, aczkolwiek i tak trzeba było zachować powagę. Koniec końców jadł batonika, a to nie jest coś, co można, ot tak sobie, zignorować. Zanim jednak począł konsumpcję, na ścianach pojawił się ornament, emanujący jakąś mocą. Hm… czyżby jakiś czar wzmacniający? A może już na początku przejdzie do ofensywy? Słyszałem o tym pomiocie piekielnym. Do osób spod herbu Przypalonej Blachy trzeba uważać… Przerwał myślenie Zmara, gdyż stwierdził, iż czas się w końcu pokazać.  

 

Masywne drzwi prowadzące na arenę otworzyły się. W ich ramach stał wysokiego wzrostu młodzieniec o kruczoczarnych włosach i purpurowych oczach. Swym spojrzeniem ogarnął całe to miejsce w którym przyszło mu stoczyć pojedynek. Wziął jeden głęboki oddech i… nic. Stał tak chwilę i zaczął zmieniać kolor skóry na jasny fiolet. Co się dzieje? Pomyślał, lecz po chwili mu się przypomniało. Schylił się i wypuścił powietrze z płuc. No cóż, reszta pewnie odebrała to jako jakiś rytuał. I dobrze. Trzeba sobie wyrobić dobre pierwsze wrażenie. Prawda Vlad? To było co najmniej żałosne. Nie bądź taki! Z wyrzutem odpowiedział telepatycznie swemu przyjacielowi i towarzyszowi. Zaczął zbliżać się do środka areny, gdy spostrzegł coś dziwnego. Widział plecy swojego przeciwnika. Czyżbym wszedł przez drzwi… Odwrócił się i uświadomił w swoim założeniu. Ale przecież na pewno byłem w dobrej bramce! Patrzyłem przecież na niego z przodu! Głupia magia chaosu… W momencie ujścia ostatniej myśli nagle przeteleportował się przed swego oponenta, na odległość, mniej więcej, trzynastu metrów. Jak na Ironie przystało, nie mógł po prostu zniknąć z jednego miejsca i pojawić się w drugim, lecz pojawiać się częściowo. Ręce, nogi, tułów, głowa, narządy wewnętrzne, kości i wszelkie pozostałe części ciała potrzebne do jako takiego funkcjonowania w powłoce homosapiens. W tym momencie, ze wstydu postanowił zapaść się pod ziemię. Dosłownie. Pod jego stopami pojawił się cień w który po prostu wpadł.

 

 

Minęła niecała minuta, a tu pojawia się dokładnie taki sam mglisty cień, jak miało to miejsce przed chwilą, a z niego wyłonił się chłopak w dużo dłuższych włosach i jakby poważniejszy z twarzy. Ubrany był w kombinezon mocno przylegający do ciała, który zbudowany był z lekkiego, aczkolwiek lekko elektronicznego, materiału. Na tenże robotyczny pancerz zarzucił skórzany płaszcz, aczkolwiek był on podejrzanego koloru. Ni to czarny, ni czerwony, ale wyglądał prawie, jak wyjęty z gry „Deus Ex Human Revolution”. Mniejsza z tym. Dobrze, że się pojawił.

 

-I wtedy ten kredens mówi do węża… – przerwał. Zauważył, że koniec końców dotarł na to miejsce. – Witam szanowną Widownię! Witam i Ciebie Piekielne Ciastko Herbu Przypalona Blacha. Mam nadzieję, że stoczymy ciekawy pojedynek. Chciałbym również przeprosić, za moje wcześniejsze zachowanie, aczkolwiek musiałem trochę dorosnąć do sytuacji, że się tak skromnie wyrażę. Widzę, iż jest to moment, w którym poczyniłeś już pewne przygotowania. I jesz batonika, smacznego więc. Jeśli pozwolisz, przed rozpoczęciem pojedynku również sobie co nieco… - mówiąc te słowa sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął z niej małą, prostokątną paczuszkę, którą otworzył i zaczął zjadać jej zawartość, którym było masło. Zjadł pół kostki, po czym schował swój dopalacz z powrotem do płaszcza i oblizał wargi ze smakiem.

 

-Mmm… Nie ma to jak świeżutkie masełko. Jest przepyszne. Więc, Paniczu, czy miałby Panicz ochotę na coś, czy pragnąłby Panicz zacząć wymianę ciosów, czyli mówiąc trywialnie – zacząć pojedynek? Niech się Panicz chwilę zastanowi, a ja zacznę czynić przygotowania.W tym momencie potrząsnął płaszczem. Wysypało się z niego pięć pięknie zdobionych, drewnianych kołków. Wszystkie wbiły się w ziemię w równych odległościach. Dziesięć centymetrów wystarczy. Tworzyły one półokrąg, tuż przed Zmarą. Nie był to jednak koniec występów wstępnych. Zza pazuchy płaszcza wyjął lusterko wysokości i szerokości głowy. No może trochę większe. Było ono sześciokątne w czarnej oprawie, a na samym jego środku widniał znak yin-yang w otoczce z czarnych, nieregularnych pasów. Położył je sobie na butach tak, by przeciwnik widział stronę odbijającą. Wszystkie ruchy wykonywał ze starannością. Jednak dość już było zabawy z tak mało istotnymi rzeczami. Trzeba było podjąć jakieś konkretne działania.

 

-Tak więc? – spytał z dobrodusznym uśmiechem na twarzy. Sprawdźmy na ile będzie mnie stać w tym stanie…

Edited by Zmara

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drzwi po przeciwnej stronie areny otworzyły się. Naprzeciw Piekielnego Ciastka stał mag z krótszymi i ciemniejszymi niż on, choć niewiele, włosami. To, że oponent nie ma powiek na swoich purpurowych oczach pamiętał z VHS’a, nagranego na jego poprzednim pojedynku przez IBM’a.

Zdziwiło go, że adwersarz nadal stoi. Jedyne, co zauważył, to fakt, że Zmara bladł. Nie wiedział, co robi jego przeciwnik. Co to? Czy nowa strategia?, zastanawiał się. Powód okazał się... zaskakujący. A nawet bardzo zaskakujący – Zmara zapomniał oddychać, przez co pochylił się i próbował szybko wyrównać ilość tlenu w organizmie. Piekielne Ciasko, gdyby nie fakt, że był w centrum uwagi, rozcapierzyłby usta w zaskoczeniu. Ograniczył się do myśli mających go uspokoić. Ale i tak zastanawiał się, czy dziwne postępowanie nie miało jakiegoś głębszego sensu. Nie wiedział, czy Zmara tym czynem nie aktywuje jakiegoś potężnego czaru. Albo nie przynosi Zmarze jakiejś przyjemności. Co prawda uznawał wiadomości o podduszaniu się, które usłyszał na Ziemi, za miejską legendę, ale teraz nie wiedział, co powinien myśleć.

Jak zauważył Zmara nie stracił rezonu i w końcu skierował się na spotkanie z nim. Aż znikł. Ciastko poczuł, że stała za tym jakaś dziwna magia. Nie umiał określić jaka – wszelkie odczucia na jej temat to był chaos. Ale czar był podobny do teleportacji.

Nie zdążył się nawet odwrócić, a przeciwnik ponownie był przed nim, jakieś szesnaście kroków przed nim. A raczej po kolei zaczęły pojawiać się w częściach. Po kilku sekundach stali już twarzą w twarz.

Aż Zmara znikł po chwili. Ciastko na chwilę przed tym zdążył zauważyć, jak na twarz bez-powiekowego maga wypływa rumieniec pokrewny wstydowi .

Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści sekund i nic. Nadal nigdzie nie było Zmary. Ugryzł batona. Zaklął szpetnie w myślach zauważając, że już kończy. A on tak bardzo mu smakował!

W końcu ponownie pojawił się cień, a potem sam Zmara. Już z dłuższymi włosami, czego nie omieszkał zauważyć Ciastko, i poważniejszy. I w dziwnym ubraniu z dziwnym płaszczem, który kojarzył z jakiejś gry z Ziemi, ale za całą czekoladę Piekła nie mógł sobie przypomnieć jakiej.

I widocznie wcześniej z kimś rozmawiał, bo przerwał zdanie w połowie.

Adwersarz mówił, a Ciastko słuchał. Zmara przynajmniej przeprosił go za swoje wcześniejsze zachowanie. Chciał mu powiedzieć, by się nie martwił, ale nie było miejsca by wepchnąć się w wypowiedź przeciwnika.

Aż ponownie nie wiedział co myśleć, widząc swojego oponenta wcinającego masło jak słodycz. I później je wychwalając jak jakąś delicję.

Po kilku słowach przestał, pytając się, czego oczekuje. Nie odpowiedział. Patrzył, jak z płaszcza wypadają drewniane kołki tworząc przed Zmarą półkole i jak sam Zmara kładzie sobie na butach sześciokątne lusterko z czymś po środku.

-Tak więc? – Zmara w końcu zadał to pytanie.

-Ja także powinienem się przywitać – powiedział głośno i wyraźnie. – Widownio, dziękuję za przybycie – Ukłonił się zamaszyście, starając się zrobić dłonią jak największy łuk. – I witam ciebie, Zmaro – Skinął głową w stronę oponenta. - Oraz dziękuję i mam nadzieję, że masełko było dobre. Sam preferuję rzeczy słodsze, ale tłuszcz jest tak samo energetyczny jak cukier, więc nie mi oceniać, który z nas zachowuje się normalniej. Ale lekko zbaczam z tematu, za co przepraszam – zauważył. –Sądzę, że widownia jest ciekawa sposobów, jakie wymyślimy przeciwko sobie. Uważam, że najlogiczniej zacząć walczyć – powiedział swoje zdanie.

Dzięki intuicji fascynata technologii, i nachalnych głosów IBM’a w słuchawce, wiedział, że strój Zmary jest związany z elektroniką. Ale nie miał pojęcia jak – mógł być pancerzem wspomagającym ruchy, mógł dawać jakieś nowe możliwości ruchu, sam w sobie mógł być bronią. Możliwości było multum, a Ciastko nie wiedział jak jest naprawdę. I cieszył się z tego – to oznaczało, że zdolności poznawcze IBM’a ustawił na odpowiednim, no może ciut za wysokim poziomie. Teraz był ograniczony magią, ograniczył swojego demonka Laplace’a. Mógł się wykazać w użyciu Magii Bogów na tyle uczciwie, na ile pozwolił mu IBM, który pewnie nawet nie pozwoliłby mu wybrać się tutaj nie wiedząc nic. Co prawda mógłby zabrać mu całą moc, ale nie uśmiechało mu się tracić tego wszystkiego, co stworzyli razem, by teraz albo upraszać SI o wybaczenie albo robić kolejną. Nie, tak wiele nie mógł zapłacić.

I lusterko. Ono także było zagadką. Może kradło moc osobie, którą odbijało? Nie, tą możliwość szybko przekreślił. Nie czuł żadnego spadku magii. A może kopiowało czar, a te kołki je tworzyły i wysyłały naprzeciw maga? Tutaj nie był pewien. A może miało tylko pokazać jak głupio wygląda czarując? Nie wiedział, która możliwość jest prawdą. Nie wiedział nawet, czy któraś z ich jest prawdą. Dlatego musiał zrobić coś, co sprawdzi ich moc.

Złapał dłonią za rękojeść swojego miecza. Rzemienie, na których wisiał, wniknęły w ubranie, tak jak je zaklął. I dobrze, bo przy długości broni na pewno nie wyciągnąłby jej przed siebie nie tworząc jakiejś prawie niemożliwej figury własnym ciałem. Ale choć długi, miecz był nad wyraz lekki. O wiele lżejszy niż wyglądał.

-No to chyba ja zacznę – powiedział do Zmary. – Cięcie światłości.

Miecz zaczął świecić białym światłem, sam zmieniając się w biel. Ciastko ustawił odpowiednio ciało i wykonał szerokie poziome cięcie. W stronę Zmary, rozszerzając się, skierowało się zaokrąglone ostrze z czystej bieli.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Uważam, że najlogiczniej zacząć walczyć – odrzekł mag stojący naprzeciw. Do tej pory obserwował wszystkie poczynania Zmary z zaiste wielką dokładnością. Po swej wypowiedzi uwagę przeniósł na lusterko, spoczywające na stopach młodzieńca przyodzianego w płaszcz. Pewnie się zastanawia do czego służy. Przynajmniej przykułem jego uwagę, a to dobrze. Ciekawe, czy na pancerz też zwrócił uwagę…? Przerwał myślenie, widząc jak przeciwnik zabiera się do swego pierwszego posunięcia, którym zostało… wyjęcie miecza z rękojeści, której zresztą w ciekawy sposób się pozbył. Zacznie od walki wręcz? Lepiej na wszelki wypadek nie tracić czujności. Wypowiedział jeszcze kilka słów, po czym nastąpił atak. Zmara przysłonił sobie prawą dłonią twarz. Promieniste cięcie przeszyło młodzieńca na wylot. Lustro przechyliło się do przodu i upadło, nie tłukąc się jednak. Ciekawe czy się przewrócił? Wolnym ruchem dłoni odsłonił swoją twarz. Zmieniły się w niej dwie rzeczy. Po pierwsze, miał powieki, które zasłaniały mu oczy. Minęło kilka sekund. Mrugnął. Drugą zmianą był zmieniony kolor tęczówki. Z purpury zabarwił się na krwistą czerwień. I to nie był koniec zmian. Pojawiły się na niej również trzy kształty, przypominające czarne „łezki”. Doprawdy ciekawy widok. Nasz bohater odsunął się o kilka kroków od swego antagonisty, nie spuszczając go jednak z pola widzenia.

 

-Więc bronią białą również potrafisz się posługiwać. Jestem więc uradowany, iż nie tylko ja na tejże arenie mogę się pochwalić jakimiś umiejętnościami fechtunku – uśmiechnął się do antagonisty. Machnął lewym rękawem z którego wyleciał pistolet skałkowy średniego kalibru i wycelował go wprost w Piekielne Ciastko.

 

-Paktujemy?! – wykrzyczał, a jego oczy przybrały normalny kolor. W stronę Miecznika wyleciała salwa pocisków mająca swój początek w lufie broni. Kanonada pocisków mknęła w stronę przeciwnika, lecz to nie był koniec niespodzianki przygotowanej przez Zmarę. Broń zniknęła z jego dłoni. Miast tego uniósł ją ku górze, by następnie pchnąć ją w stronę oponenta. Wraz z jego ruchami dwa wcześniej przygotowane kołki, które na początku pojedynku umieścił niepostrzeżenie za przeciwnikiem wraz z tymi, które miał przed sobą.

 

Chwilę po ataku, rozejrzał się wokół, dokładnie zapamiętując wszelkie nachylenia powierzchni. Udało się? Zaraz odpowiedział mu elektroniczny głos umiejscowiony w jego głowie. Sam się przekonaj. W tym momencie mechanizm wzroku przysłoniły mu okulary z żółtymi szkłami, na których zaczęły pokazywać się różne informacje na temat oręża swego przeciwnika, typu: materiał, stop, aura, moc i wiele innych przeliczników, które w określony sposób opisywały parametry broni. Dobra robota Vlad. No raczej… Ale nadal nie rozumiem, czemu plagiat Deusa… Pytaj się narratora… Okulary złożyły się i wniknęły w pancerz. Stwierdził, że trzeba się jeszcze odrobinę podroczyć z przeciwnikiem. Oby tylko Beelzebub i Lucifer się nie zniszczyły… Wykonał przed sobą kilkanaście znaków dłońmi, po czym obie przyłożył do ziemi. Z ziemi wyrosło pięć piedestałów, które usytuowały się przy „ścianach” budowli, tworząc pentagram. Na jednym z nich znajdowała się kryształowa kula, z której emanowały od czasu do czasu wyładowania elektryczne. Pozostałe piedestały pozostawały puste, lecz pewnie wkrótce ulegnie to zmianie.

 

 

Zdjął swój płaszcz i zawiesił go w powietrzu, niczym na niewidzialnym wieszaku. Dosłownie włożył weń rękę i wyjął z niego składaną kosę, o dwóch ostrzach znajdujących się naprzeciw dwukolorowego trzonka. Jedna jej część była anielsko biała, zaś druga, dla kontrastu, diabelnie czarna. Jej kraniec owinięty był bandażami, a zakończona była łańcuchem, który był przytwierdzony do rycerskiej rękawicy, która również pojawiła się na dłoni Kosiarza.

 

-Przywitajmy lustrzaną broń. Witaj Heaven or Hell. Obyś się dziś postarał Vlad. Nie możemy zbezcześcić tej broni i bardzo dobrze o tym wiesz.

 

-Tak, tak… Nie jestem taki głupi jak nasz narrator, który plagiatuje co tylko popadnie… – Głos dobiegł z oręża trzymanego obecnie przez Zmarę, dobrze wiedząc, iż ich moc polega na plagiacie, czym łamali większość praw autorskich. Narrator w tym momencie wcale nie poczuł się urażony <chlip>. Wracając do pojedynku. Kosiarz ponownie włożył na siebie swój płaszcz, zbyt zajęty, by patrzeć na to, co poczyna przeciwnik, aczkolwiek jego broń, jak i on sam, byli całkiem widoczni…

Edited by Zmara

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciastko szybko wzmocnił magią swój wzrok. Zauważył, że tuż przed trafieniem Zmara zasłania wzrok dłonią. Pfff, skoro nie ma powiek musi sobie jakoś radzić. Ach, ciekawe czy wie, że ten czar ma tylko efekt wizualny, czy po prostu nie sądził, że na dzień dobry zrobię coś potężnego? Kto go tam wie? Na swoim poprzednim pojedynku nie był za normalny. No i ciekawe, kiedy ściągnie tu tego Vlad’a?

Zmara powoli opuścił dłoń. Dzięki magii wzmacniającej wzrok Ciastko zauważył, że nie dość, iż jego adwersarz sprawił sobie powieki, to jeszcze zmienił barwę oczu na intensywną czerwień. Zmara odsunął się kilkoma krokami od Piekielnego Ciastka.

Ciastko z delikatną radością usłyszał, że przeciwnik zna się na walce. Szczerze nie oczekiwał, że będzie miał szczęście trafić na maga tak samo jak on lubiącego czasami spojrzeć się przeciwnikowi w oczy z odległości kroku bądź dwóch, zależnie od długości broni, jakimi się posługiwali.

I myślał tak przez krótką chwilę, aż Zmara popsuł wszystko wyciągając z rękawa anachroniczny, ale dość sporego kalibru pistolet skałkowy.

-Paktujemy? – wykrzyczał jego przeciwnik z ponownie fioletowymi oczyma, ale jednocześnie naciskając spust.

Cholera! Magia, wzmocnić ciało! Pomyślał lekko bez składu. Ale na szczęście zadziałało. Czar, na którego podstawową formę pozwolił mu ornament, zaczął działać; Czar, którego pierwotnym zamysłem była ochrona przed szermierzami i czarami lecącymi powoli  z czasów, gdy Ciastko nie spotykał już broni tak przestarzałej jak pistolet Zmary okazał się dawać Ciastku dwie, może trzy sekundy na reakcję, czyli jakieś ćwierć dla normalnego człowieka.

Przypalony ważył się nawet sądzić, że teraz jego ciało może wytrzymać taki pocisk, płacąc za trafienie tylko dużym siniakiem, ale nie sądził, by ubranie też wytrzymało. Poprawił dłoń na rękojeści. Miał zamiar spróbować odbić pociski.

Ale nie spodziewał się, że zmysł magiczny wykryje coś na wzór telekinezy w pobliżu kołków przed Zmarą i tuż za nim. Nawet nie musiał myśleć – wiedział, że to też kołki. Zaklął szpetnie w myślach – kule i kołki lecące na niego z różnymi prędkościami nie były dla Ciastka powodem do radości. Ale jakoś musiał je odbić – ornamenty nie przewidywały na razie teleportacji poza obszar, który mógł być rażony niecelnym pociskiem obu typów.

Przypalony zrobił w głowie szybką inwentaryzację. Granat-tarcza! Wzruszył się delikatnie. IBM, kocham cię! A myślałem, że nie lubisz miłości człowiek-komputer. Usłyszał w głowie sceptyczny, ale rozbawiony głos. IBM, won z mojej głowy! Ale już! Poczuł, że obca obecność znikła. W większości. A więc pozostałeś na podsłuchu? Żadnej odpowiedzi. Szlag, pociski! 

Nawet nie spojrzał się na granat, który pojawił się w jego dłoni, tylko od razu ruchem dłoni rzucił go pod siebie i skulił się. Zauważył, jak wszystkie pociski uderzając w barierę powodują rozjaśnienie sześciokątnych płytek, w które trafiają. Kilka kul z pistoletu otarło się o płytki na górze. Już sekundę po tym Ciastko stał wyprostowany, z lekko osłabioną ręką i naładowanym granatem „w płaszczu”.

Oglądał, jak Zmara czyni dłońmi skomplikowane znaki, by potem wbić je w ziemię. Delikatnie zachwiał się gdy z ziemi przy ścianach wyrastała piątka piedestałów. Na szczycie jednego z nich była kryształowa kula. Co to? Pięciokąt czy pentagram? Ta niewiedza  lekko zdenerwowała Ciastko. Widział setki, jeśli nie tysiące rodzajów magii, ale nie często spotykał się z takimi, które tworzyły coś niebojowego w ilości kilku sztuk nie łącząc tego. A jak się spotykał, to zazwyczaj tych tworów było bardzo wiele, a nie pięć przy ścianach.

Skupił się na kuli. Zaklął na swoją słabość. Mógłby stworzyć silniejszą siatkę ornamentów, ale obiecał sobie, że będzie rozwijał ją razem z kolejnymi etapami turnieju, w zależności od tego, do którego dojdzie. Ale był dobrej myśli i wierzył, że zdąży zaprezentować wysoki poziom umiejętności magicznych. Szlag, skup się na kuli! Te słowa przywróciły go do świata.

Niestety, przez kilka uderzeń serca nie zdołał się niczego o niej dowiedzieć. Od czasu do czasu tworzyła ona niewielkie wyładowania, ale to niczego nie mówiło. Sam także często był źródłem takich wyładowań gdy nie mógł kontrolować swojej magii. Wziął pod uwagę taką możliwość. Wniosek mógł być jeden – kula jest w istocie pojemnikiem zawierającym potężną magię. Ale tylko jeśli kula powoduje wyładowania z tego samego powodu co on. A wiedział, że mogła być jeszcze nieszczelna; że mogła być zaczarowana, by tak robić; że w istocie jest akumulatorem z nieszczelnym układem niewiadomego efektu. Ciasko zaklął szpetnie – nie lubił być tak niedoinformowanym. Zaklął drugi raz, gdy ponownie zdał sobie sprawę z tego, że teraz jest czas, gdy jakby błądzi w labiryncie; że musi sprytem i inteligencją z dużą dozą szczęścia znaleźć wyjście, a nie zdolnością czytania mapy i umiejętnością znajdowania najkrótszej drogi.

Stracił wątek rozmyślań, gdy Zmara zaczął zdejmować płaszcz. Nie spodziewał się, że oponent zawiesi go w powietrzu jakby na niewidzialnym wieszaku. A tym bardziej nie spodziewał się, że ręka adwersarza zniknie wewnątrz płaszcza, by po chwili wrócić, trzymając w dłoni kosę o dwóch ostrzach wyglądającą jak dzieło jakiegoś dziwnego artysty, który tworzyć coś z dwiema identycznym połowami, którą jedną maluje na czarno, a drugą na biało. Co ciekawe broń miała na końcu łańcuch, który był przytwierdzony do rękawicy, która pojawiła się na dłoni Zmary. Na Teutatesa, czy on nie chce wypuścić z rąk tej broni, czy umie walczyć z łańcuchem? Na czekoladę całego piekła! Nie, muszę się uspokoić. I chyba zrobić jakieś drzewce. Wyczarować? Spojrzał się chytrze na piedestał za Zmarą. A może i nie.

Zmara zaczął mówić. Czyli to może być prawda z tym artystą-dziwakiem. A może i nie? Przecież nie chciał, by Vlad zbezcześcił tą broń. To mogło oznaczać, że jest to jakiś potężny artefakt. Zerknął na swoją broń.  Czym jest on teraz? Ach, no tak. Luminous. Mmm, jak popsuje, to powinno zrobić się ostrze z czystej magii. Źle. Może nie zablokować tej białej części. Dobra. Wyobraził sobie miecz, który trzymał w dłoniach. Debiloodporno...Tfu, niezniszczalność. Pomyślał wyobrażając sobie ostrze.

Zmara skończył mówić, a Ciastek wiedział, co chce zrobić.

-Witaj – Ciastko pomachał patrząc się na broń Zmary. – Ciekawa broń, nie powiem. I pewnie ma długi zasięg – powiedział wymyślając kolejne kroki do teleportacji krokowej. Szybko zwiększył swój refleks do granic możliwości. Za pomocą kilkunastu teleportacji przeniósł się obok jeden z pustych piedestałów. Wiedział, że dla niewprawnego oka cały proces był tak szybki, jakby teleportował się na raz. A jeśli ktoś miał szybki wzrok... niech wiedzą, że może wykonywać takie czary ciurkiem bez zmęczenia. – Sądzę, że też powinienem coś zrobić – Uśmiechnął się dziwnym, smutnym uśmiechem. - Wybacz, ale tylko one nadają się – Wzruszył ramionami i położył na powietrzu przed sobą miecz, który zawisł nieruchomo. Lewą dłoń umieścił kilkanaście centymetrów nad rękojeścią miecza, wnętrzem do dołu, a prawą wystawił przed siebie, jakby chciał coś złapać.

Nagle cały piedestał wzniósł się kilkanaście centymetrów do góry i zaczął falować. Falując uformował się w wielki filar skalny, po czym zaczął maleć aż do momentu, gdy zmieścił się do dłoni Ciastka. Mag aż zacisnął zęby, gdy magia utrzymująca twór znikła, a on sam musiał utrzymać w powietrzu tak wielką masę. Zamiana masy w manę. Niezniszczalność. Ciężar znikł jak ręką odjął, a Ciastko odczuł miłą regenerację części magii. I mógł podejrzewać, że raczej nie zdoła połamać swojego tworu.

Połączył kamienne drzewce z rękojeścią. Powstała ciekawa broń, której nazwy Ciastko nawet nie znał, ale i tak lubił nią walczyć. Dwa metry długości, z czego ciut ponad metr to ostrze, a reszta to drzewce. Musiał zrobić jeszcze jedną rzecz. Przemiana na formę eteryczną i brak efektu przy kontakcie z moim ciałem. Wyjątek – wewnętrzna część dłoni. Przemiana całej mocy w masę przy dotyku innego maga.

-Sądzę, że teraz walka będzie... na takim samym dystansie. – Wbił wzrok w broń przeciwnika. – Ale wybacz i daj mi jeszcze chwilę – Szlag, jak to powiedzieć? Przeklęta dosłowność. Chyba muszę zrobić to w myślach. Opóźnienie efektu – rozpoczęcie działania po odliczeniu do 3. Odcięcie czaru od magii miecza. Ustanowienie połączenia. Przepustowość – tyle, ile akurat potrzeba do zablokowania mocy atakującej. Ustanowienie nowego pustego połączenia. Wypełnienie – magia przeklętej ciemności. Brak efektów wzajemnego sąsiedztwa. Jeden, dwa...  Przyłożył dłoń do ostrza. -  Dualistic - ...trzy. Ostrze się zmieniło. Wcześniej skrzyło, a teraz po części zdawał się pokryty cieniem. Układ jasność-cień falował, jakby był żywy. Kurcze, fajnie to zadziałało. Muszę pamiętać o tym. – Oto moja broń, Dualistic. Twoja kosa to w połowie światłość, a w połowie cień. Moja łączy obie te natury utrzymując je w pokoju – powiedział z lekką zuchwałością, którą maskował to, iż nie ma pojęcia, jak będzie działała magia w mieczu. – Ale niech teraz przemówi za nas nasza broń! – Dobre. Muszę to gdzieś zapisać.

Kilkukrotnie teleportował się w stronę Zmary. Po ostatniej był już dwa metry od oponenta. Wyskok. Chwila lotu i poprawienie ułożenia broni. Wylądował, jednocześnie zaczynając obrót. Wystawił ostrze tak, by odbiło broń przeciwnika. Ale to była tylko część ataku. Umiejętnie balansując wystawił nogę tak, by za chwilę kopnęła Zmarę w bruch.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Podczas tego całego cyrku, który odwalał Zmara, Ciastko bardzo dobrze zapanował nad tym, co się wokół  niego działo. W dłoni Przypalonego pojawił się granat, jednak ten, miast momentalnie go zużytkować, nie wiedzieć czemu, czekał do ostatniego momentu. Odbiwszy wszystkie pociski, w tym kołki, które wbiły się gdzieś w ziemię, począł obserwować sekwencje ruchów, które robił młodzieniec, by przyzwać to, co zostało przyzwane. Widać było uważnie, że największą uwagę poświęcił kuli. Czyżby maniak informacji? Będzie się musiał trochę pomęczyć, niestety. Pomyślał przelotnie chłopak w płaszczu.

 

 

Przyszedł czas, że antagonista spostrzegł oręż Zmary i wpatrywał się weń, jak w jakieś dzieło sztuki. Minęła chwila, a Miecznik przemówił. Nie, żeby była to jakaś dłuższa wypowiedź, ale zawsze to jakiś „potok” słów. Ciastko począł serią szybkich teleportacji zbliżać się do piedestału. Co on u licha wymyślił? Czyżby teraz chciał podziwiać piedestały z bliska? Przecież nie są takie małe, powinien je dobrze widzieć z daleka… Czy Ty naprawdę jesteś taki głupi? Czemu tak uważasz, przecież wiesz, ile myślałem nad ich konstrukcją! Są piękne. Niestety muszę  Cię lekko rozczarować… Przerwał myśl, bo gdyż ponieważ zakuty w zbroję jegomość, zaczął tańczyć z mieczem i modlić się do piedestału.

 

 

-Wybacz, ale tylko one nadają się… – odrzekł. Wierzchołek pentagramu uniósł się i zmienił formę. Został wręcz połączony z bronią adwersarza, tworząc coś jakby włócznio-glewio-halabardo-miecz. Przy czym to nie był koniec nowości. Przypalony rozkazał Kosiarzowi czekać, by zmienić efekty specjalne swojej broni, zapewne, by wyglądała bardziej twórczo, jak piedestały Zmary. Czy on Cię nie faworyzuje? Nie. Lepiej powiedz, czy skany się powiodły. Tia. Mamy szczęście, że użył naszych materiałów, inaczej byłoby trudniej. Przynajmniej ma część naszej magii, a to możemy wykorzystać później. Sprawdziłeś aurę? Maka, czy… Maka. Tak. Aura magiczna wysoka, przesyłam parametry ze wszystkich odczytów w tym odczyty „naszej” części broni, wraz z poprzednimi skanami miecza.  Pięknie, koniec z okularami. Potrzebne nam jeszcze tylko parametry fizyczne… Niestety, Zmara był zbyt pochłonięty rozmową, by dosłyszeć monolog Piekielnego, dosłyszał tylko ostatnie słowa, które odbiły się echem w jego głowie.

 

-Ale niech teraz przemówi za nas nasza broń! – dudniło. Fajny tekst. Oponent skracał dzielący ich dystans. Osiem metrów. Pięć metrów. Dwa metry. Idealnie! Wyskok, odepchnięcie, cios. Zmara kierowany siłą bezwładności, odleciał do tyłu na trzy metry, lecz udało mu się utrzymać na nogach i nie wypuścić broni z dłoni. Zakończono skan parametrów fizycznych. Przesyłanie skończone.

 

-Nareszcie – szepnął, podczas gdy jego zbroja zmieniła się w esencję, do złudzenia przypominającą niebieskawą mgiełkę i wniknęła do Heaven or Hell. Na twarzy naszego bohatera pojawił się szeroki uśmiech. Teraz może się zabawić.

 

-Seven Stakes Of Purgatory – powiedział na głos, dokładnie akcentując każde słowo z osobna. W tym momencie wszystkie kołki na arenie, zarówno te odbite, jak i te wciąż wbite w ziemię, zamieniły jasną bielą i zmieniły w wiązki świata, które pomknęły w kierunku Ciastka, który w tym momencie mógł poczuć, jak z dużą siłą został odepchnięty w tył. Miejsce, w którym stał tuż przed chwilą, zajęło siedem dziewcząt, które mogły być w wieku licealnym lub uniwersyteckim. Ubrane były jednakowo, w krótkie, czerwone kamizelki, pod którymi widnieją białe koszule z różowymi krawatami. Pod tą warstwą ubrań, widnieją jeszcze czarne, mocno dolegające do ciała czarne koszulki. Dół ich garderoby zdobiły skąpe spódnice, o dziwnym kroju i nadkolanówki. Kończąc, ich nogi zdobią również długie, zielone kozaki. Różniły się nieznacznie a znakiem charakterystycznym były ich długie włosy, która każda miała innego koloru. Wszystkie stały przed wyprostowanym już magiem i spoglądały na przeciwnika

 

-Przywitaj się. Oto Siedem Grzechów Głównych. Lucifer, Leviathan, Satan, Belphegor, Mammon, Beelzebub i Asmodeus. Odpowiadają one kolejno Dumie, Zazdrości, Gniewowi, Lenistwu, Chciwości, Nieumiarkowaniu oraz Nieczystości. Są one moimi meblami, odkąd Złota Wiedźma wszczęła pojedynek z pewnym młodzianem. Lepiej jej nie mówić, że jej mebelki mają więcej niż jednego właściciela. No ale cóż, mniejsza ze szczegółami. Dziewczęta, proszę o powrót do dłoni! – wydał rozkaz, zaś mrugnięcie oka później, wszystkie znalazły się w jego dłoni, pod postacią kołków. Ponownie zajaśniały światłem, aczkolwiek tym razem było ono ciemne, mroczne wręcz. Kołki zniknęły, a miast nich pojawiło się sześć pierścieni i jeden medalion. Wszystkie były na swoich miejscach docelowych, po trzy pierścienie na dłoń, od palca wskazującego do serdecznego, zaś wisior zwisał na szyi Przywoływacza.

 

-Przykro mi przerywać te piękne widoki, ale moje miłe Panie są mi potrzebne w walce. Obiecuję jednak, że pokłonią się na koniec naszego występu – zwrócił się do widowni, a następnie przeniósł skupienie na adwersarza. – A co się tyczy Ciebie, to naprawdę ładny cios. Odwdzięczę się. Shun-po – zakończył i w ćwierć sekundy stał już metr od swego rywala. Szybki zwód, kucnięcie i zamarkowany podbródkowy, który miał tylko odwrócić uwagę przeciwnika, od łańcuchów, którymi oplótł go w pasie, za pomocą drugiej dłoni. Teraz czekajmy na jedno mocne szarpnięcie…

Edited by Zmara

Share this post


Link to post
Share on other sites

Aż nie wierzył, gdy cios trafił. Spodziewał się bloku, uniku albo ataku, ale nie tego, że już pierwszy cios trafi w przeciwnika. Ale w Zmarze dostrzegł coś niepasującego do sytuacji - uśmiech triumfu.

Ale stało się coś jeszcze - poczuł smak magii. Magia Zmary była zmienna, prawie niemożliwa do określenia pojęciami, jakie znał Ciastko. To, że w ogóle ją poczuł oznaczało, że oponent na prawdę musi być silnym magiem. U słabszych smak czuł dopiero jak zostawał trafiony czarem nie korzystającym z materii. Uśmiechnął się delikatnie.

Gdy odległość ich dzieląca gwałtownie się zwiększyła zbroja adwersarza Ciastka rozpłynęła się, co mag przyjął z zaciekawieniem. Oglądał, jak błękitna mgiełka powstała w przemianie wchłaniała się do dziwnej kosy Zmary, który uśmiechał się za szeroko jak na zwyczajny, miły uśmiech.

-Seven Stakes Of Purgatory  - Zmara bardzo wyraźnie i dość powoli wymawiał każde słowo. Słupki z czyśćca? On też jest z tamtego świata. Będzie ciekawie. Oj, trafił mi się przeciwnik. Bylebym sobie poradził.

Przez rozmyślania nie zdążył nawet spróbować uniknąć promieni świetlnych, które wzięły swój początek tam, gdzie wcześniej były słupki.  To też była silna magia. Ale troszkę inna. Taka... nieczysta.

Zaskoczenie było uczuciem, które zagłuszyło wszystkie inne w momencie, gdy zauważył grupkę dziewcząt w mundurkach stojących tam, gdzie przed ciosami z wszystkich stron stał on. Taki widok był ostatnim, czego się spodziewał. Rycerze, smoki, potwory. Ale nie kobiety. W najdziwniejszym śnie nie widział takiego czaru.

Otrząsnąwszy sie z zdziwienia wykorzystał chwilę jaka dzieliła go od słów Zmary na przyjrzenie się dziewczynom. Były młode, ładne, prawie jednakowe. Dzielił je tylko kolor włosów.

-Przywitaj się. Oto Siedem Grzechów Głównych. Lucifer, Leviathan, Satan, Belphegor, Mammon, Beelzebub i Asmodeus. Odpowiadają one kolejno Dumie, Zazdrości, Gniewowi, Lenistwu, Chciwości, Nieumiarkowaniu oraz Nieczystości. Są one moimi meblami, odkąd Złota Wiedźma wszczęła pojedynek z pewnym młodzianem. Lepiej jej nie mówić, że jej mebelki mają więcej niż jednego właściciela. No ale cóż, mniejsza ze szczegółami. Dziewczęta, proszę o powrót do dłoni! - rozkazał przeciwnik Ciastka, a "Grzechy", w opinii maga warte grzeszku bądź dwóch, ponownie zmieniły się w swoje mniej powabne postacie i pojawiły w dłoniach adwersarza. Jeszcze raz zajaśniały, po czym ponownie się zmieniły, tym razem w sześć pierścieni i medalion.

-Przykro mi przerywać te piękne widoki, ale moje miłe Panie są mi potrzebne w walce. Obiecuję jednak, że pokłonią się na koniec naszego występu - powiedział Zmara w kierunku widowni, po czym wbił wzrok w zaciekawionego następnym ruchem przeciwnika Ciastka. -  A co się tyczy Ciebie, to naprawdę ładny cios - Gdyby mógł się bardziej wyprostować, to właśnie w tym momencie by to zrobił -  Odwdzięczę się - Zaczęło być groźniej . - Shun-po.

Zmara w ciągu ułamka sekundy pojawił się przy Ciastku. Mag mógłby potwierdzić, że Zmara jest szybki, ale dla niego ten ruch i tak był jak bieg grubasa. Wiedział, że przeciwnik coś zrobi, ale w pewnym momencie zauważył coś dziwnego, nie związanego z ruchem - charakterystykę magii Zmary w swoim mieczu. I to bardzo dużo tej charakterystyki.  Coś musiał z nią zrobić. Nie wiedział, czy oponent przypadkiem także może kontrolować magię.

Zauważył podbródkowy, który wymierzył mu Zmara. Najszybciej jak mógł wykonał blok.

Pięść nie dotarła do celu, za to Ciastko poczuł, jak łańcuch owija się wokół jego brzucha. No pięknie! I tu, i tu problemy! Dobra, rozwiązanie jest proste - muszę zużyć tą magię i uwolnić się. Cały czas lekko się szarpał. Nie chciał aż tak pokazywać, że myśli.

Przez szarpanie lekko przybliżył się do Zmary. Ale zauważył coś jeszcze - przeciwnik także nie stał w miejscu. Pewnie przy silniejszym szarpnięciu przyciągnę go. I chyba tak będzie dobrze. Skupił się na swojej broni. Wyodrębnił z niej magię Zmary i dodał do tego odrobinę magii, którą wchłonął. Poczuł osłabienie sił, ale gdyby był sam, to machnąłby na to ręką - w torbie miał kilka batoników mocy, a ilość, która mu została, bez problemu wystarczy na dłuższy czas czarowania.

Złapał łańcuch dłonią, odpowiednio się ustawił i pociągnął go z całych sił. Na szczęście w przeciwieństwie do sporej części magów jakich znał on nie zaniedbał treningu ciała - może do najsilniejszych nie należał, ale słaby także nie był. Nawet nie było potrzeby magiczne wzmacnianie ciała. Zmara i tak leciał w jego stronę.

Teraz była najtrudniejsza część. Przyśpieszył swój refleks. Teraz miał kilka chwil więcej.

Złapał swoją broń tam, gdzie kiedyś była rękojeść, i wbił ją pod kątem w ziemię. Zmara był chwilę lotu od niego. Wyobraził sobie wielką pięść wylatującą z miejsca, gdzie wbił swoją broń. Poczuł stratę magii. Szybko zmienił źródło pobieranej mocy z siebie na broń.

-Pięść Boga! - krzyknął naprędce wymyśloną, zbyt pompatyczną nazwę dla czaru.

W stronę Zmary wyleciała wielka, kamienna pięść. Osłabienie struktury wewnętrznej. Kruchość. Twór trafił w adwersarza Piekielnego Ciastka. Po chwili dał się słyszeć trzask pękających ogniw łańcucha, które wcześniej trzymał Ciastko. Przez kilka chwil pięść ciągnęła z sobą maga, lecz jako przedmiot o większej gęstości zaczęła tracić wysokość dość szybko. Pięść wbiła się w ziemię kilkanaście metrów od Ciastka, a Zmara doleciał trochę dalej. Ciastko rozwiązał się z łańcucha.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciastko uniósł ręce do bloku, lecz nie doczekał się ciosu. Miast tego został oplątany łańcuchem, którym to zręcznie operował Zmara. Jeszcze za wolno. Zdążyłby zablokować. Piekielny cały czas wiercił się niespokojnie. Czy on chce się jeszcze mocniej zaplątać? Gorzej, jeśli chce mnie przyciągnąć do siebie. Nie wiedząc kiedy, Zmara już leciał na przeciwnika, który z niewiarygodną prędkością sięgnął po swój oręż i ustawił go w pozycji, która z początku wyglądała jednoznacznie. Będzie ze mnie szaszłyk… Jednak w tej chwili zamiast poczuć przeszywające ostrze, poczuł uderzenie. Bardzo silne zresztą. Kamienna pięść cisnęła Kosiarzem spory kawałek w tył, aczkolwiek kiedyś musiała stracić wysokość, co wkrótce uczyniła. Trzask łamanego łańcucha wywołał u młodziana kolejny przypływ radości. Teraz mogę ją uwolnić Vlad. Jestem gotowy. Wyprostował się, kosa dzierżona w jego dłoni zajaśniała ciemnym światłem.

 

 

-Nirvana ulatuje z broni, Piekielny. Teraz się zabawimy! – Jego uśmiech w tym momencie przekroczył mimikę normalnego człowieka. Jego źrenice zwęziły się, a oczy wydały się większe. Złapał broń oburącz i zaczął się z nią siłować. Jednym, mocarnym ruchem mięśni rozerwał broń na dwie połowy. Białą i czarną. Złączoną łańcuchem.

 

 

-Uwolniona forma Nieba lub Piekła. Kusarigama! A teraz się zamknę. Po pewnej walce z pewnym kotem nauczyłem się trzymać język za zębami. Vlad. Wpuść Czarną Krew – rozkazał. Momentalnie wydawało się, że jego mięśnie zwiotczały. Opuścił ramiona, jakby nie miał w nich czucia. Jego oczy straciły błysk i zmatowiały, a postawę zmienił na pochyloną. To już nie był ta sama postać. Nagle wykonał zamaszysty ruch dłonią dzierżącą białą połowe broni, wykonał zamach i z całej siły wbił w ziemię. W tym samym momencie, z sufitu wyłoniło się kryształowe ostrze, które pędziło w kierunku przeciwnika. Zmara jednak nie próżnował. Drugie ostrze również wbił w ziemię. Kryształowe ostrze wyrosło z ziemi za oponentem, lecz znacznie szybciej. Teraz miał odciętą drogę ucieczki do tyłu, pozostawało mu ucieczka na boki, manewr do tyłu z zamiarem zniszczenia lub uniknięcia ostrza, akrobacja powietrzna, zapadnięcie pod ziemię lub szarża wprzód. Pomijając wszelakie zaklęcia i bloki. Tak w skrócie mógł zrobić tylko tyle, albo aż tyle.

 

 

-Paku, paku. Pa- pa. Hihihi. O! Jeszcze te dziwne onamenty. Gihi – wybełkotał. –Wejdźmy na wyższy poziom. Changeling Multiversum – Oczy Paradoksu! – wykrzyczał ku zdziwieniu nie tylko moim, jako narratora, ale również jego broni.

 

-Wielkie nieba… Paniczu Piekielny! Mój partner właśnie uznał Cię za osobę, która powinna ujrzeć choć jedno zaklęcie ze swojego specjalnego repertuaru. Teraz zawalczymy na poważnie – zabrzmiało echo słów, dobiegających z obu ostrzy.

Po wypowiedzeniu zaklęcia, źrenice Zmary zmieniły kształt w symbol nieskończoności. Na domiar tego, na jego czole pojawiło się kolejne, tym razem zamknięte, oko. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się nimi w poczynania przeciwnika, widząc dokładnie każdy jego najmniejszy ruch.

 

-Wzrok ShariKuGan. – Kolejne zaklęcie zostało wypowiedziane. Zamknięte oko drgnęło i po chwili otworzyło. Nie miało źrenicy, było całe białe. Widniały na nim czarne okręgi, na których można było dojrzeć plamki tego samego koloru, które dobry obserwator mógł zidentyfikować z wcześniejszymi. Obcy w płaszczu przyjął wyzywającą pozę i czekał na ruch przeciwnika, nie spuszczając z niego wzroku. W dłoniach trzymał łańcuch, łączący Heaven i Hell.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czar udał się idealnie. Magia Zmary była poza Ciastkiem i jego bronią, sam oponent został trafiony z mocą tura mechanicznego. Mag nie rozumiał, dlaczego adwersarz się uśmiecha.

-Nirvana ulatuje z broni, Piekielny. Teraz się zabawimy! - krzyknął Zmara.

Jeszcze bardziej się wyszczerzył. Teraz uśmiech przeciwnika Ciastka łamał możliwości ludzkiego ciała - był zbyt wielki. Zauważył także, że źrenice Zmary zwęziły się. Czy to iluzja powodowana tą zmianą, czy coś innego, ale jego oczy wydały się większe.

Ciastko patrzył, jak Zmara siłuje się z swoimi broniami, by z ich rozdzieleniem stworzyć dwie kamy połączone łańcuchem.

-Uwolniona forma Nieba lub Piekła. Kusarigama! A teraz się zamknę. Po pewnej walce z pewnym kotem nauczyłem się trzymać język za zębami. Vlad. Wpuść Czarną Krew! - ostatnie zdanie powiedział raczej do siebie, a nie do Ciastka, który i tak to usłyszał. Jaka czarna krew? Na Teutatesa, skąd ja to kojarzę? Pewnie z nikąd.

Zmara jakby sflaczał - przygarbił się, opuścił ramiona. A jego oczy straciły błysk. Nagle wykonując szeroki łuk wbił białą broń w ziemię. Ciastko od razu ujrzał ostrze stworzone z kryształu lecące na spotkanie z nim.  Zauważył, że druga część broni Zmary także została wbita w ziemię. Swoistym szóstym, bardzo uniwersalnym, zmysłem wyczuł coś na kształt ostrza za sobą. Pewnie z kryształu. Prawda. IBM, won z mojego umysłu! Ech, no dobra. SI ponownie opuściła jego umysł.

Ciastko zastanawiał się, co zrobić. Jak dla niego to czasu na rozmyślania było aż nadto.

Uniki, bloki i tym podobne od razu wykluczył. Mało epickie, oznaczają wysiłek dla niego. Chyba musiał ponownie wykonać recykling materii stworzonej przez Zmarę. Ale to pole do popisu także było wąskie - musiał znaleźć coś, co jednocześnie da efekt i nie da Zmarze jakiejkolwiek możliwości wykorzystania czaru na swoją korzyść.

IBM! Tak? Słuchaj, będę potrzebował twojej pomocy. A czy przypadkiem nie miałeś działać sam? Teraz tak śpiewasz? Nie dał wciąć się SI, tylko od razu kontynuował myśli. Dobra, to co poleci w stronę Zmary ma być blokowane przed każdą zmianą. To co wystrzelę ma dolecieć. Rozumiesz? Tak.

Teraz był pewien, że jego pomysł się powiedzie - pomysłowość tego świata wypełnionego komputerami była przeogromna. Zakrzywienia czasu, przestrzeni, rozmaite blokady - tysiące światów oznaczały tysiące rodzajów magii, z czego komputer wykorzysta najpewniej każdą. I dobrze. O to chodzi.

-Paku, paku. Pa- pa. Hihihi. O! Jeszcze te dziwne onamenty. Gihi –  Zmarę ledwo dało się zrozumieć. –Wejdźmy na wyższy poziom. Changeling Multiversum – Oczy Paradoksu! – wykrzyczał.

 -Wielkie nieba… Paniczu Piekielny! Mój partner właśnie uznał Cię za osobę, która powinna ujrzeć choć jedno zaklęcie ze swojego specjalnego repertuaru. Teraz zawalczymy na poważnie –  Ciastko szukał źródła głosu. Znalazł je w środku broni. Szlag, najpierw kryształy.

Podniósł wysoko rękę. Ostrza były tuż niego. Tylne doleciało pierwsze. Kilkadziesiąt centymetrów od Ciastka zmieniło tor swojego lotu, jakby mag był ochraniany przez magiczną barierę. Krzywizna toru się nie zmieniała i ostrze kierowało się ku dłoni maga. W końcu dotknęło dłoni maga. Rozbłysło jasnym światłem. Chwilę po tym to samo stało się z drugim ostrzem.

Po chwili blask przygasł. Pięści Ciastka nic się nie stało. Tylko ostrza zniknęły.

-Wzrok ShariKuGan - powiedział Zmara jakby nie widział czynów Ciastka.

Ale coś w nim było dziwnego - źrenice wyglądały jak leżąca 8, na czole miał białe oko z czarnymi okręgami.

Ciastko zaśmiał się. Niech sądzi, że jestem silniejszy, niż jestem.

-Czy ty naprawdę sądziłeś, że tak sobie ze mną poradzisz? - Zaśmiał się. - Dobry żart - Po kilku chwilach zdołał spoważnieć. - Dobra, teraz moja kolej.

Podniósł swoją pięść do ust i w nią chuchnął. Teraz czekało go coś, przy czym normalny człowiek by się pogubił - paradoks czasowy. Wraz z chuchnięciem przeniósł kulkę powstałą z kryształów do wymiaru kieszonkowego. Oszukujesz! Nie, Eamon mnie tego uczył! Na pewno? Tak, na pewno. A dlaczego się pytasz? Bo to mi zalatuje Absolutem. Ekhem, czy zapomniałeś, że zablokowałem ją tutaj? A ja mam wiedzieć, co zrobiłeś? Ech, dobra. Rób, jak uważasz.

Ciastko zaczął tworzyć paradoks czasowy. Nie myślał przy tym - nie umiał myślami określić tego, co robił. Zatrzymał czas w swoim wymiarku. Zaczął przeklejać godzinne wycinki na początek. W końcu udało mu się stworzyć blisko setkę kulek, które, jeśli użyte w odpowiedniej kolejności, stworzą sto wybuchów, używając tylko jednej. W normalnej walce takie czyny nie mając sensu, bo zajmują za dużo czasu. Ale tutaj... tutaj przeciwnik był honorowy i pozwalał mu rzucać tak wymyślne i zajmujące czas czary. I chwała mu za to.

Otworzył pięść, w której ponownie miał kulkę. Twór był przeźroczysty i delikatnie promieniował białym światłem z środka.

-Patrz, co zrobiłem z twojej kulki - A teraz gwóźdź programu. - A oto jej kopie - Przybliżył dłonie do siebie. Kulka zaczęła lewitować, co przy lekkim zgięciu palców maga wyglądało, jakby utrzymywał ją siłą woli, a nie magią ( nie czepiajcie się. Nie wiedziałem, jak inaczej napisać ). Zaczął rozkładać szeroko ręce. Czym więcej dzieliło kończyny, tym więcej kulek było pomiędzy nimi. W końcu zatrzymał je, tworząc jakby szeroki uścisk. Pomiędzy dłońmi było koło trzydziestu kulek. - Fajne? A teraz będzie jeszcze lepiej. - Zebrał ociupinkę supergęstej materii, którą miał w torbie, w okolicach dłoni i utworzył z niej coś na kształt futurystycznego pistoletu, z masą lampek, świecących ślaczków i tym podobnych.

Kulki zniknęły, a mag w prawą dłoń lewitujący od jakiegoś czasu przy nim miecz. W lewej miał pistolet. Ale nadal coś mu nie pasowało. Nie wiedział co. Czy to była forma pistoletu? Ostatecznie wyuczył się korzystania z obu dłoni i umiał strzelać z lewej, jednocześnie prawą blokując mieczem. Choć jak o tym pomyślał, to broń w prawej ręce zaczęła niemiło ciążyć. Skupił się i przeformował ją w krótki, bo tylko na długość kroku, szponton.

W końcu znalazł to, co mu nie pasowało - przeciwnik pełną gębą zżynał pomysły z mangi "Soul Eater"! No tak! Czarna krew! Koleś w broni!  Skojarzenie z japońską bronią! Ach, więc to tak. IBM, bądź gotów pojawić się tutaj. Jak będę lamił to możesz się przydać. A w jakiej formie? Wiesz co? Mmm. Normalnej, ale bądź gotów zmienić się w jakiś pancerz. Rozumiesz, rdzeń z supergęstej materii. Dobra, czekam na rozkaz.

Połączył magazynek z wymiarem, gdzie trzymał kulki. Muszę pamiętać, by liczyć pociski. Szlag, nie będzie miło, gdy nagle się skończą. A może... Nie, to byłoby nieuczciwe. Zostańmy przy tej setce.

-Niech muzyka wystrzałów zagra! - Czarna krew. Nieczuły na przebicia. Dobra, pociski i tak miały wybuchać.

Wystrzelił pierwszy raz. Pocisk zatrzymał się tuż za lufą. Jeszcze kilkukrotnie nacisnął spust. Skończył, gdy było przed nim pięć kulek. Zakończył czar martwej strefy. Kulki z prędkością światła leciały by uderzyć w ziemię tuż przy Zmarze.

Pociski nie miały prawa chybić. I tak nie celował w Zmarę, ale użył na nich nieświadomie jeszcze jednego czaru - miały trafić w określone miejsce względem Zmary. Jak oponent się poruszy, to one także zmienią swój lot. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadeszła pora na zakończenie pojedynku i wyłonienie jego zwycięzcy - wojownika, który przejdzie do trzeciej rundy turnieju, by walczyć o pierwsze miejsce.

 

Z całą pewnością starcie to było ciekawe i emocjonujące, a walczące strony nie jeden raz popisały się sporą mocą i nieprzeciętnymi umiejętnościami we władaniu magią. A zatem, kto Waszym zdaniem okazał się lepszy? PiekielneCiastko? A może Zmara? Przekonajmy się...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak więc walka dobiegła końca. Wybacz Ciastku, żeś nie doczekał się odpowiedzi, lecz najprościej w świecie zapomniałem o turnieju. W sierpniu zacząłem zaglądać sporadycznie na forum, mam nadzieję, że teraz się to zmieni. Mam nadzieję, że kiedyś ponownie stoczymy ze sobą pojedynek, lub dokończymy ten. Pozdrawiam - Zmara.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A więc to tak?

Mogłeś tego nie pisać. Gdybyś tego nie zrobił to nadal żyłbym sobie z myślą, że powodem nieodpisywania był natłok obowiązków. A teraz? Ech, wszystko zepsułeś :).

I też liczę że kiedyś to dokończymy.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Najwyższy czas poznać zwycięzcę tego pojedynku! Już na chwilę zobaczymy jak rozłożyły się głosy... A to co? Z urny wypadły zaledwie dwa głosy? Cóż, dobre i to...

 

PiekielneCiastko - 0

Zmara - 2

 

A więc to Zmara przechodzi do trzeciej rundy turnieju. Zwycięstwo w tym pojedynku należy do niego! Gratulujemy! Jednocześnie, mając na uwadze ostatnią wypowiedź PiekielnegoCiastka, mam nadzieję, że istotnie pojedynek ten zostanie kiedyś dokończony, bo z całą pewnością był on on ciekawy... Tylko czemu głosów tak mało?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...