Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Kisumi vs Talar  

5 members have voted

  1. 1. Kto jest Twoim zwycięzcą?

    • Kisumi
      2
    • Talar
      3


Recommended Posts

Po raz kolejny przyszło mi otworzyć masywne wrota prowadzące na bogatą i przestrzenną arenę, tylko czekającą na śmiałków, którzy postanowili stanąć naprzeciw siebie, by zmierzyć się w kolejnym pojedynku i tym samym udowodnić, że to właśnie ONI zasługują na to, by trafić na karty leksykonów i ksiąg poświęconym największym i najpotężniejszym magom, jakich kiedykolwiek widział ten świat!

 

Choć na kartach historii magicznego współzawodnictwa mogą trafić oboje, to jednak oficjalnym zwycięzcą pojedynku może być tylko jedno z nich. Kto to będzie? Przekonamy się... Mechanizm zaskoczył i koła zębate zostały wprawione w ruch. Z sufitu spadło trochę pyłu. Zgrzyt, a po nim skrzypienie. Ooo tak, wrota otworzyły się, a arenę rozświetliły magiczne lampiony. Chmmm... Ta arena ma kształt sześciokąta foremnego. Ciekawe... Mógłbym przysiąc, że w projekcie zaznaczyłem, że ma ona być okrągła.

 

 

battle_of_the_protegees_by_ibringthazelc

 

 

Nadszedł czas na kolejne starcie! Po mojej prawej stronie widzimy gotową na wszystko Timber, która cechuje się niesamowitym poczuciem humoru, interesuje się jazdą konną, grafiką komputerową i oczywiście magią! W innym przypadku nie stawałaby w szranki z widocznym po mojej lewej stronie Talarem, który sam siebie nazywa wrogiem debilizmu i głupoty, nie wspominając już o clopach i saucy, które także stara się tępić, by szerzyć dobro, przyjaźń i zdrową tolerancję. Jeśli nie rozumieliście jego metod i działań, być może zrozumiecie je w trakcie tego pojedynku! Już za chwilę moce dwóch, przewspaniałych magiowładnych zderzą się ze sobą, właśnie na tej arenie!

 

Przypominam Wam o zasadach panujących na Salach Magicznych Pojedynków! Uważajcie na swoją energię i grajcie czysto! Wstępnie, obowiązuje Was limit postów, ale w razie zmiany zdania, zwróćcie się bezpośrednio do sędziego.

 

Powodzenia!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Głuchą ciszę panującą na arenie przerywa radosny stukot kopyt. Na arenę wparowała jedna z najweselszych osób na świecie - Timber zwana też Fire Hoof! Z szerokim uśmiechem na twarzy patrzy na przeciwnika. Z racji, że postacie dzieli dość duża odległość, klacz nabiera powietrza w płuca i krzyczy radośnie:

CZEEŚĆ! JESTEM TIMBER ALE MOŻESZ MI MÓWIĆ FIRE HOOOF! TY PEWNIE JESTEŚ TAALAR CZYŻ NIEE?

Po głośnym orędziu klaczy, przyszedł czas na rozpoczęcie zabawy. W końcu to panie mają pierwszeństwo! Beżowa istota stała przez chwilę, rozmyślając jaki ruch poczynić by rozpocząć pojedynek. Timber zamknęła oczy i skupiła się. Chwilę później na jej prawym kopytku pojawił się mały czerwono-żółty płomyk a potem jeszcze jeden i jeszcze jeden. W końcu całe przednie nogi klaczy pokrywały płomienie najprawdziwszego ognia. Zadowolona uśmiechnęła się i stanęła na tylnych kopytkach. Nie zaatakowała. Czekała, wpatrując się w oczy przeciwnika. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Powolnym, lecz stanowczym i opanowanym krokiem zbliżałem się do oponenta. Powolne stąpnięcia ciężkimi butami po zbitej ziemi roznosiły się wręcz echem. Gdy odległość dzieląca mnie od mojej rywalki była na tyle bliska, aby ta mogła mnie wyraźnie dostrzec, przemówiłem donośnym oraz dźwięcznym głosem, który mógł zmrozić krew niejednemu.

"A więc to Ty śmiesz wyzywać mnie na już przesądzony pojedynek? Twoja brawura jest godna podziwu, skoro piszesz się na tak nieprzemyślany wyczyn".

Zatrzymałem się jakieś 50 metrów od rywalki.

"Zobaczymy, czy jesteś tak drewniana, jak twoje imię.".

Stanąłem wyprostowany z wypiętą piersią. Dumnie zwrócony do przeciwnika na sekundę zamknąłem oczy, a mój róg zaświecił. Zaśmiałem się pod nosem. Zdziwiona widownia wypatrywała jakiś znaków rozpoczęcia walki i tylko nieliczni dostrzegli cieniutki promyk światła, który prosto z nieba padał na głowę Timber, która w ostatniej chwili usłyszała świst. Nagle w miejsce oznaczone stróżką prosto z olbrzymią prędkością spadł olbrzymi promień światłą, który z hukiem uderzył o cel. Timber była lekko ogłuszona oraz oślepiona, a ziemia wokół niej była spalona oraz popękana.

Spojrzałem na swoją rywalkę z uśmiechem na ustach.,

"Szach".

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oooh, dobry jesteś! - odpowiedziała niezrażona klacz. Teraz czas na jej ruch! Chwiejąc się stanęła na tylnych nogach i poczekała chwilkę żeby jej wzrok się wyostrzył. Kiedy uznała, że wszystko jest już w normie, skupiła się na zaklęciu. Ogień na jej nogach rozprzestrzeniał się po całym ciele. W końcu cała stała w ogniu. Płonęła. Stała tak przez chwilę patrząc się wyzywająco na ogiera. Nagle gwałtownie trzasnęła kopytami o ziemię. Dało się słyszeć odgłos pękającej ziemi. Było także widać pasmo pękniętego podłoża, który z każdą chwilą zbliżał się do Talara. W końcu znajdował się tuż przed nim i zatrzymał się. Nic się nie działo. Do czasu. Ze szczeliny nagle buchnął ogień parząc dotkliwie nos ogiera i przy okazji spalając mu grzywkę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

"NIE!" - krzyknąłem, odsuwając się o parę kroków i chwytając spalone kosmyki własnej grzywy. W powietrzu unosił się smród spalonych włosów.

"Każdy jeden mój włos ma w sobie większą moc, niż jesteś w stanie pojąć!" - wrzasnąłem, przepełniony wściekłością, jednak po paru głębokich wdechach doszedłem do siebie.

"Widzę, moja droga, że lubisz władać ogniem. Wybrałaś sobie jeden ze słabszych żywiołów." Pochwyciłem garstkę własnej grzywy na wyciągniętym kopycie.

"Niech twoje płomyki schowają się przy potędze, jaką kryje w sobie... ziemia". Uderzyłem kopytem z włosami o ziemie. Od miejsca, na którym postawiłem kopyto zaczynała wychodzić szczelina. Z początku małą, po chwili mocno się powiększyła, przemieszczając się w stronę Timber. Pęknięcie przeszło pomiędzy jej nogami, aż zatrzymała się kawałek za nią. Rywalką wpierw spojrzała na szczelinę, potem na mnie. Nagle olbrzymia moc w postaci zielonego światła wydobyła się z hukiem z pęknięcia. Siła uderzenia mocno poderwała grzywę i ogon Timber w górę, natomiast ją samą lekko podrzuciło na jakieś 5 centymetrów. Wywróciła się, lecz po kilku chwilach wstała, zapewne obolała.

"To nawet nie była połowa siły, jaką może dać mi to, na czym stąpasz."

Share this post


Link to post
Share on other sites

No ale moją grzywę mogłeś już sobie odpuścić! Ona mi się jeszcze przyda! - klacz jęknęła głaszcząc się kopytkiem po grzywie. Timber zarobiła kilka siniaków i atak Talara przyprawił ją o ból głowy. Lecz mimo to nie zamierzała się poddać! Już po chwili na ustach beżowego kuca znalazł się wieczny, szeroki uśmiech. Co by teraz tu zrobić? Jej rywal lubił się bawić ziemią...i tu ją niestety miał. Chociaż mogła wytworzyć coś co mogłoby wygrać z tym żywiołem ale to pozostawi sobie może na koniec...na razie skupmy się na atakach, które mają osłabić przeciwnika. Timber stanęła twardo na ziemi i skupiła się. Ogień na jej ciele zaczął się unosić na wysokość około 5 metrów. Po chwili z tego 'ogniska' wyłonił się ognisty bicz. Z zawrotną prędkością popędził on w stronę Talara. Moment później ogier leżał na plecach a na jego kopytach tliły się płomyki, które powoli paliły jego futro i parzyły skórę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przez chwilę próbowałem ugasić ogień, a gdy już to zrobiłem, wstałem i otrzepałem się.

"Phi, oskarżasz mnie o umyślny atak na swoją grzywę? To był po prostu efekt szybko uwolnionej energii, która miała Cię powalić, a nie rozczochrać włosy. Myślisz, że skupiam się na tam beznadziejnym celu, jak niszczenie Twojej fryzury? Ale starczy tego gadania"

Wyczarowałem małego, pomarańczowego smoka. Dosiadłem zwierze i wzbiłem się na około 3 metry wysokości.

"Skoro tak bardzo lubisz ogień, to może spodoba ci się TO"- krzyknąłem, po czym z mojego rogu wyleciała ognista struga wprost w Timber. Jednak w locie ogniste pasmo zaczęło stawać się w płonącą liną, która jakby sama była zrobiona z ognia. Ogniste lasso owinęło się wokół pasa klaczy i mocno się zacisnęło. W tej chwili smok zaczął lecieć przed siebie, a naprężona lina zwaliła Timber z kopyt i zaczęła ciągnąć ją po arenie. Jednak to nie było wszystko. Smok w locie zaczął zionąć pod siebie ogniem, który osadzał się na ziemi. Zrozpaczona klacz usiłowała uwolnić się z ucisku, lecz płonące lasso mocno ją ściskało, przez co po chwili sunęła przez płomienie. W nieszczęściu dla niej, podczas wierzgania Timber obróciła się twarzą do ziemi, i tak przez jakieś 30 sekund szurała po twardej, kamienistej i pokrytej kamieniami ziemi. Jednak po tym czasie smok przerwał wypluwanie ognia i zatrzymał się. Mocno szarpnąłem lassem, aby wyciągnąć rywalkę z płomieni, która uderzyła plecami o podłoże. Płonąca lina znikneła, a ja sam zeskoczyłem ze smoka, który odleciał tam, gdzie odlecieć mu kazałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz wstała na drżących nogach. Nie widać było jej twarzy. Trzęsła się. Ogień wokół niej narastał, z jej mordki na ziemię spływały stróżki krwi. Po chwili uniosła głowę w szaleńczym śmiechu. Śmiech ten był jak piła mechaniczna, rozcinał uszy i kaleczył zmysły

Więctahahak się chehehsz bhahawić? - powiedziała rechocząc Timber. Nagle klacz zniknęła. Po prostu zniknęła. Został po niej tylko płomyk tlący się w miejscu, w którym przed chwilą stała. Talar patrzył się ze zdziwieniem na płomyk

Mam cię - usłyszał złowieszczy szept tuż za sobą. Ledwo co się odwrócił, klacz obdarowała go ciśnięciem wielką kulą ognia centralnie w jego głowę. Ogier odleciał kilka metrów, przy okazji kilka razy ''całując'' ziemię. 

Edited by Timber.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Leżałem plackiem na ziemi, lecz po chwili dźwignąłem się. Nie licząc mniejszych zadrapań i urazów, miałem zapewne złamany nos, gdyż krew się z niego sączyła dość mocno.

"Ych..." - nabrałem trochę krwi z nosa na kopyto, po czym dobrze się przyjrzałem - "Heh... krew! Moja pierwsza krew w tym starciu. No cóż, trzeba to uczcić. Najlepiej krwią." Spojrzałem się na rywalkę, po czym bardzo powolnym i nierównym krokiem zacząłem do niej podchodzić. "Wiesz, jak krew może być uniwersalna? Element niezbędny do życia dla każdego. Bardzo użyteczna. Wiele mikstur i wywarów opiera się na niej. Krew spisuje historię, a jej przelanie może decydować o zmianach na dużą skale. Krew daje życie, lecz jej niedobór może je odebrać." Zatrzymałem się 20 metrów przed zdezorientowaną rywalką. "Spójrz, oto moja krew" - machnąłem kopytem umazanym krwią, której kropelki pospadały tuż przed klaczą - "Grupa 0Rh-. Teraz ja chce zobaczyć, jaką ty masz krew." Mój róg zaświecił na fioletowo i czarną. Owe zaklęcie klasyfikowało się właśnie do czarnej magii. Z rogu wystrzeliło wiele pojedynczych promieni, które w locie zamieniły się w tak jakby kawałki szkła. Promienie wbiły się w ciało Timber. Ta stała zdziwiona, gdyż z początku nic się nie działo, lecz po chwili na miejscach trawionych przez zaklęcie pojawiły się przecięcia, z których zaczęła z dużych ilościach sączyć się krew. Klacz wydobyła z siebie przeraźliwy krzyk, po czym zaczęła biegać w kółko oraz wymachiwać kończynami, wciąż krzycząc. "Nie ruszaj się. Im gwałtowniejsze ruchy, tym więcej krwi uronisz." jednak Timber wciąż biegała niczym oszalała. "Doznałaś szoku. Zaraz zaklęcie przestanie działać, a wraz z nim i ty się uspokoisz." Klacz wywróciła się na ziemie i zaczęła toczyć, a jej krzyk roznosił się echem po arenie. Był to bowiem krzyk tak przeraźliwy, że trudno byłoby o nim zapomnieć do końca życia. Jednak po chwili krew ustała, a rany zniknęły. Timber leżała na ziemi, ciężko dysząc. Podszedłem do niej i stanąłem przed twarzą. "Spokojnie, nie zginiesz i zaraz dojdziesz do siebie. Miało to bardziej na celu spowodować panikę, niż zabić. Sam kiedyś to przeszedłem, więc wiem, co to za uczycie. Ponieważ mój chwyt był nieco nieczysty, daje Ci teraz szanse. Oto ja stoję przed tobą, całkowicie bezbronny i gotowy przyjąć atak. Czyń swoją powinność." Uśmiechnąłem się. "Nie zmarnuj okazji".

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie zamierzam - powiedziała cicho klacz i zachichotała złowieszczo. Leżała. Prawe przednie kopytko schowała za plecami a lewe ugięła. Szykowała coś. Talar czekał z uniesioną głową, patrząc podejrzliwie na rywalkę. Po kilku minutach Talar stracił już swoją uwagę względem przeciwniczki leżącej tuż przed nim. Ogier uniósł głowę i rozejrzał się po widowni. Wtedy Timer zerwała się i płonącym kopytem uderzyła w gardło ogiera, powalając go przy tym. Z przyjemnością przyciskała go do podłoża, słuchała jego jęków. Chwilę potem klacz zeszła z ogiera i uśmiechnęła się do niego. Odwróciła się do niego tyłem. Dała mu szansę do ''odwdzięczenia'' się za to co mu uczyniła. Nie była bowiem aż tak zła jak można było się spodziewać. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Leżąc na plecach, wychyliłem głowę, spojrzałem na rywalkę i podniosłem kopyto do góry, mówiąc "Jesteś chyba najbardziej bezwartościowym wrogiem, z jakim walczyłem!". Podskoczyłem, żeby wstać a przy lądowaniu lekko straciłem równowagę. "Ja ci daje szanse użycia największej mocy, jaką w sobie posiadasz, a tą okazje tak marnujesz? Mogłaś strzelić swoim najsilniejszym czarem prosto we mnie, a Ty mi po prostu dałaś po ryju! Skandal!" Podszedłem szybkim krokiem do niej i gwałtownie chwyciłem ją za przednie kopyto. "To miało być to, co miało mnie pokonać?!? Chciałaś mnie pokonać tym odnóżem?!?" Chwyciłem ją za głowę i potrząsłem. "Użyj w końcu tej swojej łepetyny! Czy ten twój róg to jakaś plastikowa zabawka? To jest w końcu MAGICZNY pojedynek. M-A-G-I-C-Z-N-Y. Wyciągnie jakiegoś asa z rękawa, a nie, że albo okładasz mnie tymi "kopytkami", albo stosujesz jakieś bezwartościowe i nudne jak dupa węża kule ognia o sile przeciętnego przeczkolaka!!!" Oburzony odwróciłem się i poszedłem przed siebie, przeklinając w myślach. Zatrzymałem się parę kroków od rywalki, po czym szybkim ruchem stanąłem do niej bokiem i wyciągnąłem kopyto w jej stronę. Przy pomocy magii wystrzeliłem olbrzymią falę dźwiękową. Była ona płaska i lekko przeźroczysta. Z olbrzymią prędkością uderzyła w pierś Timber. Powstał wtedy głośny huk, a sama klacz, całkowicie ogłuszona, niczym na lodzie, przesunęła się o jakieś dwa metry do tyłu. Timber mocno piszczało w uszach, głowa ją bolała oraz lekko się chybotała. Kiedy ona powoli dochodziła do siebie, ja odwróciłem się do niej tyłem. "Twoja kolej! Zrób mi coś, cokolwiek, co może mną zaimponować! Wykaż się! Pochwal, jaka to dobra jesteś! Śmiało, nie krępuj się! Stoję tutaj!"

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz zmarszczyła nos i zdegustowana spojrzała na ogiera

Stary, wyluzuj...i mogę się ciebie zapytać gdzie ty widzisz róg na mojej głowie? - zaśmiała się Timber patrząc na Talara. Może ona wcale go nie chciała zabijać? W końcu kuce nie powinny się zabijać, czyż nie? Uśmiechnięta beżowa klaczka wstała i ruszyła galopem w stronę rywala. Za chwilę miał być koniec pojedynku. Beżowa biegła coraz szybciej i szybciej. W jej oczach tliły się ogniki, kopyta znów zaczęły płonąć. Tak właściwie to znów cała zaczęła się fajczyć. W końcu zamiast klaczy ku Talarowi zmierzała ognista istota o kształcie przypominającym kucyka. Strasznie dymiło. Kiedy Timber znajdowała się już metr od rywala zaczęła się śmiać histerycznie i skoczyła na ogiera. Usiadła mu na brzuchu a kopytami przytrzymywała gardło. Tym razem użyła pełnej mocy, poważnie uszkadzając szyję ogiera i niemal przepalając ją na wylot. Nadal chichotała ogierowi w twarz, patrząc na jego przerażoną mordkę. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

(Skoro bierzesz udział w magicznym pojedynku, to jakim cudem możesz nie być jednorożcem?)

 

"Złaś zemnie, ty... płonąca klucho!" krzyknąłem, jednak klacz nadal siedziała na moim brzuchu, perfidnie się uśmiechając. "Dobra, sama tego chciałaś!", po czym wyczarowałem sobie na kopycie rękawice, która zakończona była ostrym szpikulcem. Chwile wypatrywałem odpowiedniego miejsca, po czym z całej siły wbiłem igłę prosto w jej lewe oko. Klacz wydarła się w niebo głosy, a ja, wykorzystując sytuacje, uwolniłem się od jej ciężaru. Leżałem na plecach, dysząc. Rzuciłem okiem na Timber, która leżąc na boku kręciła się w kółko, wydzierając się jakby ją torturowali. Olałem ją całkowicie, zajmując się sobą. Przyłożyłem sobie kopyto do szyi i nawet nie wiem, czego dotknąłem. "Hmmm... ciekawe... Lecz równie dobrze mogła by ona dźgnąć mnie podpalonym kijem" wymamrotałem do siebie. Lekko się zawahałem, po czym wstałem. Ledwo ustałem na kopytach, lecz jakoś udało mi się. Spojrzałem na rywalkę, która wciąż nie mogła dość do siebie, a jej wrzaski i piski zaczęły mnie już denerwować. "Przestań się mazgaić i wstań." Nie zareagowała. "Powiedziałem WSTAWAJ" machnąłem kopytem na wysokość twarzy. Timber, niczym kukiełka, uniosła się na lekko nad ziemie. Jej kopyta zwisały bezwładnie, lecz opadła twardo na ziemie i zachowała równowagę. Jednak głowę miała spuszczoną, więcej nie widziałem rany. "Ostro zagrałaś, moja droga" wypowiedziałem, lecz mój głos nie był już taki, jakim zawsze przemawiałem. Był bardziej zmęczony, bez siły. "Zbyt ostro. Ja nie chciałem mieć dziury w szyi, Ty nie chciałaś mieć szpikulca w oku, jeśli w ogóle dobrze trawiłem. Teraz żarty się skończyły, więc trzeba wytoczyć ciężką artylerię. Ciężką, lecz nie najcięższą." Skupiłem się, przez co zaczęła mnie mocno boleć głowa. Z mojego rogu wyleciał podłużny, czerwony pocisk rozmiaru butelki prosto w górę. Po paru sekundach wyleciał drugi. Pociski leciały w górę, lecz stopniowo zwalniały, aż gdzieś na wysokości 100 metrów, gdzie ledwo je było widać, zatrzymały się, zawisły chwilę w powietrzu po czym zaczęły spadać. "Bomby w dół" szyderczo się uśmiechnąłem. Timber wpatrzona była w pocisk, który spadał ze świstem. Po dosłownie sekundzie czerwony obiekt spadł centralnie na klacz. Niszczący bębenki w uszach huk rozległ się echem po całej arenie. W promieniu jakiś 10 metrów od rywalki ziemia była mocno popękana, spalona oraz roztrzaskana. Na prawie całej arenie piach poskoczył na ok. 10 centymetrów. Timber zwalona na ziemie, leżała na brzuchu z podniesioną głową. Od pierwszego uderzenia nie minęły 3 sekundy, po czym uderzył drugi pocisk w to samo miejsce. Huk był o wiele głośniejszy, ziemia cała zadrżała, a nad miejscem uderzenia unosił się czarny dym wraz z rozwianym piachem. Po paru chwilach dym rozwiał się, ukazując skutki zniszczeń. W promieniu 15 metrów od Timber powstał krater na głębokość jednego metra, a w samym jej środku leżała całkowicie wbita w ziemie klacz. Tak płasko chyba jeszcze nigdy nie leżała. Usiadłem na brzegu krateru, czekając z opuszczoną głową na ruch mojej rywalki.

Edited by Talar

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz powoli dźwignęła się na kopyta i zaczęła się wspinać ku górze. Lewe oko miała zamknięte. Było oczywiste, że nie będzie już na nie widzieć. Kiedy dotarła na górę usiadła i zaczęła się zajmować szpikulcem. Zastanawiała się czy go wyjąć czy nie. Chwilę później szpikulec leżał już na ziemi. Klacz wyczarowała chustę o krwistoczerwonej barwie i zaczęła owijać sobie lewą stronę twarzy. Robiła to powoli, nieśpiesznie. Kiedy skończyła, wstała i powoli zmierzała w stronę ogiera. Uniosła głowę i stawiała dumne kroki. W jej oku nadal widać było błysk szaleństwa. Była nieobliczalna. Na jej twarzy było dużo krwi - jej własnej i Talara. Jej kopyta żarzyły się zostawiając niewielkie płomyki w miejscach, w których stawiała kopyta. Kiedy już dotarła do celu, spokojnie usiadła i zaczęła patrzeć się na rywala. Zdziwiony ogier zauważył, że jej oczy, dotychczas brązowe, zmieniły kolor na pomarańcz. Nagle Talar poczuł rozrywający ból w brzuchu. Kiedy spuścił wzrok by zobaczyć co się dzieje, zamarł patrząc z przerażeniem na to co się działo. Jego brzuch się palił. Ogień wiercił dziurę w jego brzuchu. Ogier padł na ziemię trzęsąc się z bólu. Tymczasem beżowa klacz nadal siedziała i obserwowała. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Toczyłem się po ziemi, próbując ugasić ogień. W końcu jednak poszedłem do rozum po głowy i wyczarowałem sobie gaśnice, którą szybko zacząłem "gasić" swoje ciało. Pomimo, iż ogień trudno było ugasić, to w końcu udało mi się to. Poczułem ulgę. Leżałem płasko na plecach, dysząc. "A już myślałem, że sobie pogadamy!" krzyknąłem, wciąż spoglądając w górę. Po paru minutach w końcu wstałem. Co prawda ledwo, ale udało mi się ustać na nogach. Wolałem nie spoglądać teraz na to, co miałem z brzucha, więc wyczarowałem sobie jeden z moich ulubionych białych płaszczy i założyłem go. Już chciałem coś powiedzieć, lecz spostrzegłem, że koło mnie leży moja gaśnica, więc chwyciłem ją i cisnąłem w oponentkę. Ta jednak szybko zdołała się odwrócić, przez co dostałą w plecy, bez otrzymywania jakichkolwiek obrażeń. "Dobra, żarty na bok. Wiesz co, może teraz poznęcam się nad tobą psychicznie? To chyba dobry pomysł, nieprawdaż? Trzeba od czasu do czasu odejść od ran fizycznych. Zranić mózg od wewnątrz; to jest dopiero wyczyn! Ale czego by tu użyć..." Zamilkłem. Pobladłem, a mina mi spoważniała. "Tak, to będzie idealne." wyszeptałem, wręcz przestraszonym głosem. Sam kiedyś doświadczyłem tego zaklęcia na sobie, o czym zapomnieć do dzisiaj nie mogę i najprawdopodobniej zostanę z tymi myślami na zawsze. "Muszę Cię prosić, abyś wstała, dla własnego dobra". Klacz wstała, wpatrując się we mnie. Mój róg stał się fioletowo-czarny, tak samo jak oczy. Zaklęcie to było jednym z najmroczniejszych oraz najbardziej potwornych, jakie stworzono. Długo się z nim siłowałem, aż w końcu udało mi się. Z mojego rogu wyleciała purpurowa wstęga, która poleciała wprost na klacz. Zaklęcie tuż przed głową rywalki uformowało się w fioletową bańkę, która nałożyła się jej na głowę. Wyglądała teraz, jakby zamiast głowy miała olbrzymią, fioletową kule. Klacz lekko poderwała się w powietrze, lewitując oraz przez cały czas wymachując kopytami przed siebie, jakby płynęła, lecz jej ruchy były mocno spowolnione. Pomimo, iż nie wiem, co dokładnie zobaczyła, to Timber doświadczyła teraz największych koszmarów, najstraszniejszych horrorów, najpotworniejszych krzyków oraz najgorszych rzeczy, jakich nawet nie da się wyobrazić. Cała ta sytuacja trwała może 10 sekund, lecz dla Timber musiały to być lata katuszy oraz niewyobrażalnego cierpienia. Takich koszmarów niemożna ujrzeć nigdzie indziej na świecie. Nagle bańka pękła, a klacz upadła na ziemie. Z przerażenia cała się trzęsła, a jej puste spojrzenie powodowało, że wyglądała, jakby umarła. Wyniszczony przez koszmary umysł Timber potrzebuje sporo czasu, zanim wróci do siebie, jednak otrzymała trwałe uszkodzenia mózgu, a w dodatku już nigdy nie zapomni tego, co zobaczyła oraz czego doświadczyła, będąc pod wpływem "Kuli Koszmarów".

"Tylko mi nie mów, co zobaczyłaś. Nie chce sobie psuć psychiki jeszcze bardziej" powiedziałem głosem przejętym, oraz zaniepokojonym.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz siedziała ciężko dysząc na ziemi. Po jej twarzy spływały krople potu. Źrenica jej prawego oka zmniejszyła się do poziomu główki szpilki. Spojrzała na Talara z przerażeniem. Zaczęła cała drżeć. Dla niej ten kuc był teraz kimś kto na zawsze zdarł jej uśmiech z twarzy. Bała się i jednocześnie go znienawidziła. Chwilę potem znów spuściła wzrok i siedziała tak przez kilka dobrych minut. Starała się myśleć ale przerażające koszmary usilnie jej przeszkadzały i mąciły jej umysł. Po policzku spłynęła jej jedna łza. Musi coś zrobić. Powoli wstała. Ponownie popatrzyła na Talara. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oko. Wokół brązowookiej zaczęły się unosić ogniste języki, które unosiły ją w górę. W końcu klacz otoczona ogniem poczuła się spokojniej. Był to dla niej największy możliwy komfort w tej chwili. Po uzyskaniu wysokości pięciu metrów, Timber otworzyła oko. Nadal płakała. Nadal się bała. W końcu posłała w stronę rywala dwa potężne strumienie ognia. Talar skulił się instynktownie ale tym razem nie poczuł bólu. Wręcz przeciwnie. Poczuł ulgę. Ogień otoczył jego gardło i brzuch po czym zaczął je kurować, a wszystko na rozkaz klaczy. Chwilę później po otwartych ranach zostały tylko różowe blizny. Timber nadal unosiła się w powietrzu, patrząc z góry na ogiera. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

"He? Co do jasnej... Powiem szczerze, że tego się nie spodziewałem. Jednak jeśli mam się bać, to wychodzi Ci to dość dobrze". Spoglądałem zdziwiony na otaczające mnie płomienie, co jakiś czas dotykałem je kopytem. "Fascynujące... Brawo, zaskoczyłaś mnie, koleżanko" - klasnąłem parę razy - "Bardzo mnie zaskoczyłaś. Jednak spodziewam się, że teraz użyjesz czegoś, co ma zamiar zgnieść mnie jak robaka. Jednak wpierw odwdzięczę się Tobie. Zobaczmy, co Czarodziej Talar ma schowane w swoim magicznym rękawie!". Wyciągnąłem zza pazuchy buteleczkę z czerwony płynem. "To, moja droga, jest płynny ogień". Po jego wypiciu na stałe zyskasz kilka nowych umiejętności związane z ogniem. Oprócz tworzenia latających, płonących feniksów zrodzonych z ognia oraz zrzucania z niebios potężnych kolumn ognia będziesz potrafiła także tworzyć rozgrzane do białości błyskawicę, których potęga jest w stanie zrównać z ziemią największe budowle! W dodatku, rzucanie ognistych zaklęć będzie oddziaływać na Ciebie, niczym zastrzyk adrenaliny. Mocno wytężysz swój umysł, dzięki czemu o wiele szybciej i łatwiej będziesz w stanie podejmować trudne decyzje, twoje zmysły się wyostrzą, a sprawnością fizyczną dorównasz największym atletą. Efekt krótkotrwały, lecz im więcej zaklęć rzucisz, tym będzie on większy. Nie przypal się tylko." Rzuciłem butelką, która wbiła się w piach. "Dobra, ty mnie wyleczyłaś, lecz teraz szykujesz coś potężnego. Ja ofiarowuje Ci tą buteleczkę, lecz nie pozwolę sobie, aby mnie bałamucono na lewo i prawo." Pod wpływem rzuconego przeze mnie zaklęcia, moje ciało stało się zielono-przezroczyste. "Moc wymarłych duchów daje mi prawie całkowitą odporność na magię i zaklęcia, czego niestety nie mogę powiedzieć o ochronie fizycznej. Rzucaj czym chcesz, ja poczuje tylko cząstkę czego poczuć miałem!"

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz szybko wylądowała i podeszła powoli do buteleczki. Spojrzała podejrzliwie na Talara. Czy oby na pewno nie kantował? Z drugiej strony...dlaczego miałby to zrobić? Timber chwyciła ząbkami zakrętkę od butelki i gładko ją odetkała. Następnie wypluła ją w piach i znów chwyciła buteleczką po czym głęboko westchnęła
 

Raz...dwa...trzy!

 

Jednooka szybko odchyliła głowę do tyłu i płyn swobodnie wyciekł do jej gardła. Smakował...ostro. Bardzo ostro. Kiedy klacz była pewna, że w małej buteleczce nic już nie ma, schyliła się i odstawiła ją na ziemię. Uniosła wzrok i spojrzała na Talara. Nie odczuwała żadnej różnicy. Siedziała tak przez kilka minut i nagle znowu zaczęła się palić ale nie tak samo jak paliła się wcześniej. Tym razem nie kontrolowała ognia tak dobrze. Zaskoczona zerwała się na nogi i podniosła kopyto. Ogień się rozprzestrzeniał. Wysokością sięgał 15 metrów a szerokością - na około 5. Natomiast Timber nie była już zwykłym kucykiem ziemskim, tylko istotą, której zarys przypominał kucyka. Spojrzała jeszcze raz na ogiera i uśmiechnęła się wdzięcznie. Klacz mocno zaparła się kopytami o ziemię i skupiła się. Chwilę później po jej obu bokach pojawił się dwa sporej wielkości feniksy. Ich majestatyczne sylwetki pięknie się prezentowały. Co jakiś czas wydawały z siebie krótki skrzek. Przy okazji Timber wytworzyła jeszcze kilka ognistych kul. Cisnęła je w Talara, tym samym posyłając feniksy by wywołać bolesne poparzenia. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po oberwaniu kulami ognia, wciąż stałem jak wcześniej, nawet o krok się nie cofając. Jednak już nie byłem zielono-przezroczysty. "Moja tarcza zadziałała, lecz spodziewałem się silniejszego zaklęcia, więc mogę powiedzieć, że lekką ją zużyłem. Oparzenia wyglądają na poważne, lecz czuje się tak, jakbym przyłożył kopyto do pieca." Lekko zbliżyłem się do rywalki. "Heh... Wyglądasz teraz, jak jakaś kucykowa pochodnia. Ten cały "napój", który wypiłaś, to tak naprawdę krew pewnego ducha, opiekuna ognia. Teraz ten płyn płynie w twoich żyłach. Masz gorącą krew, moja droga. O tak... bardzo gorącą krew. Ja jednak z natury jestem zimnokrwisty i chyba podzielę się z tobą tym uczuciem. Czas trochę ostygnąć, moja droga!" W miejscu, w którym stała Timber powstała sporych rozmiarów kałuża wody. Ciesz mocno się pieniła oraz bulgotała. Gdy klacz tylko spostrzegła, w czym stoi, odruchowo odbiegła na bok. "Nie tak prędko!" powiedziałem, po czym w miejscu, na którym wcześniej stała pojawiła się duża litera "X", od której odchodziła do klaczy przerywana linia. Timber, chyba nie wiedząc, co ma zrobić, zaczęła uciekać jak najdalej od kałuży. Przerywana linia wciąż podążała za nią. Na ten widok zacząłem się śmiać. "He he he... Wiesz, jak komicznie to wygląda? HAH Zresztą, myślisz, że coś ci to w ogóle da?" Klacz jednak wciąż uciekała, a linia podążała za nią. W końcu dostrzegłem, że woda już mocno się "zagotowała", więc postanowiłem zakończyć całą tą dziecinadę. Timber, pomimo iż była mocno oddalona kałuży, dosłownie w mgnieniu oka przeniosła się na miejsce oznaczone "X-em". Nie zdążyła jednak cokolwiek zrobić, gdyż rozlana woda naglę wystrzeliła w górę, porywając ze sobą klacz. Olbrzymi, lodowaty gejzer wybił ją na odległość jakiś 10 metrów, po czym rozlał się na boki, a sama klacz spadła na ziemie, a odgłos temu towarzyszący przypominał, jakby ktoś uderzył surowy kotlet plastykową deską. Tak nagłe uderzenie tak zimną substancją musiał być szokiem dla osoby, która zwykle ma kontakt z ogniem. Zresztą, upadek z tak wysokiej wysokości musiał także być dość bolesny. Timber leżała plackiem na mokrej ziemi. Już nie płonęła; całkowicie zgasła. W dodatku, całą dygotała i trzęsła się z zimna.

Edited by Talar

Share this post


Link to post
Share on other sites

Serio?

 

Jęknęłam cała dygocząc. Szybko wyczarowałam sobie ręcznik i zaczęłam się osuszać. Trochę to zajęło, bo dopiero 30 minut później byłam całkowicie sucha...ale ziemia była mokra...cholera. Co tu zrobić? Nagle do głowy wpadł mi jeden pomysł, który po wypiciu płynu z buteleczki był całkiem możliwy. Skupiłam się i zgięłam nogi. Chwilę potem skoczyłam i z moich boku wysunęły się dwa potężne ogniste skrzydła. Chybotałam się jeszcze trochę w powietrzu ale w końcu wbiłam się w rytm. Spojrzałam na Talara i uśmiechnęłam się szeroko po czym utworzyłam dwa ogniste bicze. Z wielką prędkością posłałam oba w stronę Talara. Bicze owinęły się wokół kopyt ogiera i z łatwością go wywróciłam. Bicze jednak nie zwolniły ucisku i pociągnęły chwilę ogiera po błotnistym podłożu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 - NIE!!! - wrzasnąłem, sunąc po błocie. Nie udało mi się jednak wyswobodzić z ucisków ognistych lass, przez co "przeszurałem" po błotnistej ziemi spory kawałek. Po dłuższym czasie więzy puściły, a ja od razu przeteleportowałem się na najbliższy, suchy kawałek ziemi. Maź, którą byłem umazany, aż gotowała się od mojej wściekłości.

TY SZMATO!!! - wrzasnąłem, jednocześnie wskazując wrogą klacz kopytem, z którego sfrunęło nieco błota przy zamachu. Wskazana przeze mnie "szmata" właśnie delikatnie wylądowała na ziemi.

 - O nie! Teraz przegięłaś! Nie daruje Cię tego! To, co teraz zrobię zaboli! Oj, zaboli! - w moim głosie słychać było lekkie szaleństwo. Nagle moje prawe kopyto zaczęło pokrywać się stalą. Metal uformował się w olbrzymią rękawicę, wielkości głowy rosłego ogiera. W dodatku, rękawica "posiadała" palce. Każdy z nich wykonany był z osobnych, stalowych segmentów i wydawał się bardzo gruby. W dodatku, stal rozeszła się na całe moje ramie, tworząc wzmacniającą zbroję.

 - Tego nauczyło mnie pewne górskie zwierze, żyjące w ośnieżonej wiosce. Rękawica nasiąknięta jest mrozem tamtych krain - zacisnąłem "palce", po czym stanąłem na dwóch nogach. Podniosłem kopyto na wysokość głowy, a rękawica otoczyła się delikatną mgiełką, przez co lekko się oszroniła.

Stałem tak przez chwilę, mocno dysząc, gdy nieoczekiwanie zacząłem szarżować na rywalkę. Wydałem z siebie olbrzymi okrzyk bojowy, przez który klacz zamarła w miejscu. Przerażona stała, wpatrując się w zbliżającego się ku niej ogiera. Pomimo, iż używałem jedynie dwóch nóg, biegłem w niewyobrażalnie szybkim tempie. W końcu, gdy byłem wystarczająco blisko, nagle zniknąłem. Puf... I niema mnie. Timber, pomimo iż zamknęła oczy, zorientowała się, że zniknąłem. Wpatrywała się przez sekundę na miejsce, w którym przed chwilą jeszcze byłem, gdy nagle zdała sobie z czegoś sprawę. Poczuła lekki chłód na plecach. Gwałtownie się odwróciła, czego pożałowała, gdyż wykonując mocny zamach, z całej siły zdzieliłem ją w szczękę. Siłą zamachu byłą tak silna, że aż ja sam poderwałem się na jakieś pół metra w górę. Jednak uderzenie było tak silne, a sprzyjający mu dźwięk tak nieprzyjemny, że aż trudno sobie to wyobrazić. Klacz wybiło na jakieś 20 metrów w górę. Uderzenie było tak masakryczne, że klacz wzbiła się na tą wysokość w mniej niż pół sekundy. Zresztą, w jeszcze krótszym czasie, spadała z hukiem na ziemie. Mocno "plasnęła" o podłoże, jakby ktoś rzucił naleśnikiem. W dodatku, spadła na brzuch. Miała pękniecie w czaszce oraz kilka innych ran czy deformacji twarzy, a z jej ust spływała krew. Ja natomiast, pomimo iż w ogóle się nie ruszałem, stałem tuż koło leżącej klaczy, gdyż spadła ona dokładnie w to samo miejsce, na którym stała. Mocno dyszałem, lecz po chwili uspokoiłem się. Rozluźniłem kończyny, oddech wrócił do normy, a humor całkowicie mi się poprawił.

No, teraz lepiej. Ten cios mocno mnie "zrelaksował". Obiecuje, że nie będę już tak krwawy i brutalnych, jak teraz. Ale rękawice sobie zachowam. Tak na wszelki wypadek - przemówiłem. Coś leżącego na zmieni przykuło moją uwagę. Schyliłem się i podniosłem mały, biały przedmiot.

No popatrz. Twój ząb! Pewnie jeden z wielu, które posypały się przy uderzeniu. Trudno, sprawisz sobie nowe - po czym upuściłem ząb na ziemie i z trzaskiem go rozdeptałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz wstała na nogach jak z waty i spojrzała na ogiera pogardliwie. Na miejsce powybijanych zębów zdążyły się już pojawić nowe tylko odrobinę dłuższe, z ostrymi zakończeniami.

 

Jak mnie nazwałeś?

 

Warknęła lodowato Timber patrząc się z furią na Talara. Nagle beżowy kucyk zaczął się trząść. Ogier podszedł na bezpieczną odległość do klaczy i spojrzał na nią przestraszony. Kopyta beżowej zaczęły się zmieniać w potężne łapy z pazurami. Timber krzyczała z bólu, widać było, że nad tym nie panowała. Chwilę potem nadszedł czas na zmianę pyszczka. Jej twarz znacznie się wydłużyła i zwiększyła. Na dodatek wyrosły z niej wielkie kły. Klacz również zwiększyła swój wzrost - miała teraz koło 5 metrów. Futrzasty, milutki ogonek zamienił się w wielki, pokryty łuskami zabójczy bicz. Z grzbietu klaczy wyrosły około 9 metrowe skrzydła. Chwilę potem przed Talarem stał wielki, rozwścieczony...smok. Smoczyca ryknęła dziko. Echo jej ryku odbiło się od ścian areny i ogłuszyło trochę ogiera. Timber błyskawicznie zniżyła swój łeb i wściekle spojrzała na rywala po czym syknęła

 

Jak mnie nazwałeś?

 

Smoczyca otworzyła paszczę i zionęła ogniem. Kiedy skończyła, uniosła głowę i spojrzała z góry na Talara. Leżał teraz prawie nieruchomo na ziemi, ciężko sapiąc. Odniósł wiele obrażeń. Jego lewa tylnia noga nie nadawała się już do użytku. Timber spaliła doszczętnie jego grzywę i ogon. Na jego ciele widniało też wiele poważnych i głębokich oparzeń. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 - Po pierwsze; nazwałem Cię szmatą - wydukałem, wciąż leżąc na ziemi i jedynie lekko podnosząc głowę - Słyszysz?! "Szmatą"! Powtarzam jeszcze raz, gdyż do tego twojego obumarłego narządu, który śmiesz nazywać mózgiem, dociera wszystko z maksymalnym opóźnieniem. Powtórzę jeszcze raz: "Szmata".

 Głowa wbiła mi się w piach i nie miałem siły jej podnieść. Mimo tego, wyglądałem raczej na rozbawionego.

 - Po drugie; nie wiem, gdzie ty na mojej twarzy widziałaś jakiś strach. Ja się niczego nie boję. Mogę śmiało stwierdzić, że jesteś jakaś niedorozwinięta emocjonalnie, gdyż uczuć odczytywać nie umiesz. Zresztą, pasowało by to do ciebie...

Miałem już dość. Nie miałem siły mówić, a co dopiero się poruszać. Jednak podniosłem lekko głowę i spojrzałem wpierw na wyrośniętą oponentkę, a następnie na własne, okaleczone ciało. Uważnie przyjrzałem się ranom, po czym wyczarowałem sobie mały flakonik na kształt kolby, wypełniony zielonym płynem. Wyjąłem korek, po czym zawartość wylałem sobie na wyniszczone kopyto. O dziwo, płyn zamiast się rozlać na boki, oplótł całą nogę, tworząc sprężysty, zielony bandaż. Nie wiedząc, co mam począć z butelką, cisnąłem nią w oponenta, lecz z powodu braku siły, szklany przedmiot nie dosięgnął celu. Zbytnio nie przejąłem się tym, a po chwili, przy użyciu wszystkich moich sił, powoli wstałem i pomimo, iż z trudem utrzymywałem równowagę, a moje kopyta chwiały się na boki, ustałem w miejscu. Byłem całkowicie wyczerpany i niezdolny do następnej walki, jednak nie poddałem się. Wyczarowałem sobie strzykawkę wypełnioną fioletową substancją, który wstrzyknąłem sobie w szyje. Po wdrążeniu sobie płyny do krwi, runąłem na brzuch. Udało mi się przytrzymać kopytami ziemi, aby nie upaść całym ciałem. Ciężko dysząc, naglę zwymiotowałem. Przez chwilę jeszcze kaszlałem, wypluwając kwasy żołądkowe, lecz nagle poczułem w sobie przypływ energii. Odzyskałem siły, a ból przestał być już tak dokuczliwy. Podniosłem się na ziemi i przenikliwym wzrokiem spojrzałem na rywalkę.

 - A po trzecie; Jesteś smokiem liliputem! Spotkałem w swoim życiu o wiele innych smoków, które pomimo, iż był o wiele większe od Ciebie, w swojej rasie należały do tych najmniejszych. Nie chce Cię smucić, ale ssiesz i to mocno! Jeśli chodzi o magie, to jesteś urodzonym beztalenciem! - zacząłem się powoli zbliżać do przeciwnika - A wiesz, co to potwierdza jeszcze bardziej? Ponieważ dokonując transmutacji, nie jesteś tak odporna na magie, jak normalne smoki. Lecz masz na sobie te wszystkie łuski, a twój pancerz jest nie do przebicia. Sytuacja wydaje się beznadziejna, lecz tylko wydaje.

Wtem wyczarowałem sobie długi miecz, wykonany ze stali, od której odbijało się słoneczne światło. Chwyciłem miecz w swoją metalową rękę. Jednak szpada to nie wszystko, gdyż uzbroiłem się także w masywną, bogato zdobioną tarczę w kształcie odwróconego trójkąta. Była ona koloru czerwono-czarnego, a wszystkie zdobienia lśniły złotem.

 - Tarcz mi pomorze, jeśli znowu będziesz chciała opluć mnie ogniem - wypowiedziałem pewnie - Natomiast po co mi miecz? Gdyż za chwilę przede mną, zamiast smoka, będzie stał... DRÓB!!!
Za sprawą rzuconego zaklęcia, Timber zamieniła się naglę w olbrzymia kurę. Owy ptak był takich samych rozmiarów co wcześniejszy smok i pomimo całkowitej świadomości swoich czynów, nie mógł się kontrolować, gdyż po chwili zaczął stukać dziobem o ziemie. Ja, bez zastanowienia, rzuciłem się na zamienionego w kurę przeciwnika, ciachając go mieczem, który przechodził przez ciało zwierzęcia, jak przez masło. Zadałem wiele ciosów, tworząc w wielu miejscach na skórze olbrzymie rozcięcia, z których sączyła się krew. W dodatku, szybkim ruchem odciąłem jej lewe, małe skrzydełko. Po zadaniu kilkunastu szybkich i zręcznych ciosów, odskoczyłem a bok. Stanąłem przez rywalką, która w wyniku zadanych ran osunęła się na ziemie. Jednak nie upłynęło wiele czasu nim zaklęcie przestało działać, a Timber ponownie zmieniła się w bestie. Jednak stare rany zostały, przez co smok, poprzez zadane mu głębokie rany oraz odcięte skrzydło, nie był raczej zdatny do walki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Smoczyca leżąc na ziemi, głęboko westchnęła. To już koniec. Teraz może odpocząć. Jej ciało zaczęło się kurczyć i kurczyć aż w końcu na ziemi zamiast smoka leżał mały kucyk. Chociaż na pierwszy rzut oka nie przypominała już kucyka. Powyrywana sierść, głębokie rozcięcia, brak jednego oka i potargana grzywa całkowicie zmieniły wygląd klaczy. Klaczka spróbowała się podnieść. Po kilku nieudanych próbach stała już na nogach ale chybotała się na nich jak źrebak, stawiający pierwsze kroki w życiu. Z boku wyglądało to jakby zaraz miały się jej połamać nogi. Timber zaczęła stawiać małe kroczki, zmierzając w stronę Talara. Kiedy jednooka nareszcie dotarła do ogiera, spojrzała na jego rany. Czy na pewno chciała to zrobić z aż takim efektem? Wyliże się ale zostaną mu blizny. Rywal nieufnie patrzył się na Timber, oczekując jakiegoś podstępu. Można wyobrazić sobie jego zaskoczenie kiedy klacz delikatnie go przytuliła. Po tym odeszła kilka kroków w tył i powiedziała:

 

Dziękuję za wspaniały pojedynek.

 

Klacz spojrzała na ogiera, uśmiechając się szeroko. Dla Talara było to niepojęte - jak można się uśmiechać tak ciepło do kogoś kto zrobił ci tyle złego? Nawet nie zdążył nic powiedzieć nim klacz ugięła przednie kopytko i zgrabnie się przed nim ukłoniła. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

.....

 

- CO?!? - wydarłem się w niebo głosy - Ty... ty... ty... JAK ŚMIESZ!!! JAK ŚMIESZ SIĘ WYCOFYWAĆ?!? Stawaj i walcz, jak wojownik!!!

Jednak klacz, niewzruszona, stała tam, gdzie wcześniej, nie zważając na me słowa.

- Nie możesz się poddać! NIE MOŻESZ!!! Masz WALCZYĆ!!! WALCZ!!! Stoję przed tobą, gotowy na każdy atak. Użyj tej swojej błyskawicy, której Cię nauczyłem!!! Zamień mnie w kupkę popiołu! Wysil się! Cokolwiek! WALCZ!!!

Timber nie reagowała. Głośno warknąłem z wściekłości.

 - To nie tak miało być! NIE TAK! Mieliśmy walczyć! We krwi, umazani potem, błotem i bojowym szałem! Wszystko zepsułaś! WSZYSTKO!!! Dlaczego ty musisz wszystko robić źle!?!

Spojrzałem na rywalkę, a mój wzrok przeszył ja doszczętnie. Był przepełniony szaleństwem, nienawiścią i obłędem. Klacz wzdrygnęła się. Nikt nigdy nie patrzył na nią w tak nienawistny sposób.

- Daje ci... ostatnią szansę... Ale jeśli i tym razem dasz się pokonać, to nie będę Cię żałować. Rozdepczę cię niczym gnojowego żuka, rozpruję ci czerep i wyrwę serce, po czym przemielone rzucę psom! Ale mówię, masz tą jedną szansę. Wykorzystaj ją! Wylecz się, czy coś... Nie zmarnuj jej.

Czarna magią znowu przesiąkła mój róg. Moje ciało zaczęło zmieniać kolor na obskurną, fioletowoniebieską barwę. To samo działo się u Timber. Po pewny czasie z mojego ciała zaczął wyjawiać się duch. Dokładnie taka sama, lecz przezroczysta postać, zaczęła wyszarpywać się z mego ciała, jakby chciała od niego uciec. Z ciała klaczy również zaczęła wychodzić jej przeźroczysta replika. W końcu, duchu wydostały się całe, po czym w błyskawicznym tempie przeleciały i wniknęły w ciała wrogo nastawionych do siebie postaci. We mnie wleciała postać Timber, natomiast mój duch poszybował do klaczy. Rozległ się olbrzymi błysk, który oślepił zarówno nas, jak i widownie. Gdy wszystko wróciło do normy, Timber poczuła się zupełnie inaczej, niż wcześniej. Jej stare blizny zniknęły. W dodatku, miała z powrotem obie opary oczu. Jednak dostrzegła, że jej lewa tylna noga jest całkowicie spalona, oraz że na jej ciele pojawiło się kilka innych ran. Jednak czułą się w pełni sił oraz gotowa do walki.

Ja natomiast tuż po błysku wywróciłem się na ziemie. Z lewego oczodołu sączyła się spora ilość krwi. Całe moje ciało pokryte było głębokimi ranami ciętymi, jakby ktoś właśnie zaatakował mnie ostrzem miecza. W dodatku, poczułem się o wiele bardziej... głupszy. Dużo zaklęć i czarów zniknęły z mojego umysły, a zamiast nich pojawiły się jakieś beznadziejne, ogniste sztuczki. Timber natomiast poczuła się, jakby ktoś wsadził jej encyklopedie do głowy. Poznała wiele czarów, trików, tajemnic i faktów, które na zawsze powinny pozostać w mojej głowie.

Leżałem na ziemi, nie mogąc się podnieść. Cierpiałem, lecz udało mi się, choć z trudem, wypowiedzieć jedno słowo.

- Walcz...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...