Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [A] Sajback Aliquam Gray vs Jaenr Linnre

Sajback Gray vs Jaenr Linnre  

19 members have voted

  1. 1. Kto popisał się większą mocą w tym pojedynku?

    • Sajback Gray
      9
    • Jaenr Linnre
      10


Recommended Posts

Arena mieściła się na dnie krateru wygasłego wulkanu. Nie był on zbyt wysoki, zaś krater bynajmniej nie grzeszył głębokością, toteż proces budowy areny postępował szybko i tak oto, w rekordowym czasie, stanęła otworem dla następnych, żądnych akcji i magicznych wrażeń wojowników. Wyżłobione w podłożu szczeliny układały się w kształt starożytnych run, zaś na ścianach widniały rzeźby, będące jednocześnie lampionami. Owe dzieła przypominały kształtem Beholdery, w których największym oku palił się ogień, dodając temu miejscu klimatu. Z centrum areny wyrastała wysoka kolumna, zwieńczona okazałą rzeźbą, przedstawiającą zakutego w kajdany, rozjuszonego minotaura. Każdy z łańcuchów ciągnął się w inną stronę, łącząc się ze stalowym uchwytem, na odpowiednich miejscach czubka krateru. Z lotu ptaka przypominało to sześcioramienną gwiazdę, w której centrum stało mityczne stworzenie.

 

 

showdown_by_toxic_mario-d6j4q8t.jpg

 

 

W porządku, jesteście gotowi? Dzisiaj zobaczymy starcie między umuzykalnionym i roztańczonym Sajbackiem Aliquamem Grayem, a lubującym się w dobrej książce, zajmującym filmie, czy też porządnym RPG Jaenrem Linnrem! Wojowników tych ogranicza jedynie limit 12 postów! Mamy nadzieję, że dobrze go wykorzystacie i uraczycie nas efektywnym widowiskiem!

 

Nie zapomnijcie o zasadach panujących w tejże sekcji! Pojedynek uważam za rozpoczęty!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wstąpiłem na arenę pośród kłębów dymu. Czułem się dość swobodnie w miejscu które dla nas wybrano, a mój przeciwnik miał być wielkim magiem. Zatem dostąpiłem zaszczytu! Mój oddech, na samą myśl o zbliżającej się bitwie, przyspieszał, a z mych ust wydobywały się kolejne pokłady dymu. Przybyłem na arenę w pośpiechu to też i mój ubiór nie był adekwatny do zbliżającego się wydarzenia. Całość mojego stroju była w kolorze czerni, posiana srebrnymi zdobieniami. Czarne półbuty, spodnie w kant, koszula oraz mały ręczniczek tuż za paskiem. Nie był to strój maga, czy też wojownika. Bardziej przypominał zwykłego barmana, jednak nie martwiłem się tym ani troszkę. Gdy dotarłem do połowy drogi dzielącej mnie od Minotaura napiąłem mięśnie i spowił mnie obłok mleczno szarego dymu przysłaniający całe moje ciało, jednak nie minęła chwila, gdy obłok uformował się w pół przeźroczystą bańkę, a raczej sferę otaczającą mnie dokładnie. Jednak nastąpiła drobna zmiana, teraz bowiem mój wygląd był bardziej bojowy. Teraz miałem na sobie czarne spodnie, zdobione co i rusz pasami ze srebrną klamrą, przypinające je do mych nóg. Stopy były odziane w buty, o długiej cholewie, sięgające swym przodem aż za kolano. Ręce obwiązane aż do końca przedramienia czarną owijką. Reszta pozostawała naga, ukazując mą twarz, zdobną w kilkudniowy zarost, me brązowe oczy, pełne podniecenia związanego z walką. Me czarne, krótkie włosy falowały z każdym mym oddechem omiatane dymem wydostającym się z mych ust, a zaraz odrywającym się od ciała i ulatującym ku swerze, która to rozlewała się z wolna również po podłodze, choć był to długotrwały i mozolny proces. Jednak dym zaburzał wszelkie światło tworząc na ziemi imitację cienia układającego się w przeróżne nietypowe kształty. Teraz byłem gotów, ukłoniłem się z pełnią szacunku w stronę mego przyszłego przeciwnika, a mój delikatny, przypominający szept pośród wiatru głos dosięgnął jego uszu.

 

-Witam i mam nadzieję na godny i honorowy pojedynek.

 

Przybrałem postawę bojową, wyciągając lewą nogę do przodu, lekko pochylając się ku przeciwnikowi, a moje ręce rozpostarły się na boki. To był ten czas.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na arenie panowała niepokojąca cisza. Było czuć jedynie lekkie powiewy wiatru, łagodnie muskające pył pozostały w okolicy. Nagle dało się słyszeć spokojny, niczym nie zmącony dźwięk pojedynczej struny. W powietrzu pojawiła się muzyczna nuta, pulsująca jasno niebieską poświatą. Po chwili pojawił się kolejny dźwięk struny, a co za tym idzie, kolejna nuta. Proces trwał przez pewien czas. Każdemu kolejnemu dźwiękowi towarzyszyły tajemnicze nuty. Melodia była spokojna i przyjemna dla uszu. Niektóre nuty zaczęły delikatnie okrążać oponenta. Nie robiły mu krzywdy, jedynie umilały widok swoją obecnością. Przypominały piękne świetliki. Nagle na głowie posągu dało zobaczyć się tajemniczą postać. Była niemal cała szara, a jej włosy powiewały na wietrze. To ona okazała się być źródłem tajemniczej melodii. Grając na skrzypcach, zdawała się dyktować wolę samego księżyca. Niebieskich nut zaczęło przybywać, kiedy melodia przyspieszyła. Wśród nut, pojawił się także klucz wiolinowy. Atrybuty muzyczne, skierowały się w kierunku tajemniczej postaci i poczęły łączyć się z jego strojem. Im więcej ich przyczepiało się do jego ubrania, tym bardziej jego strój i ciało nabierało barw. Można było dostrzec teraz jego jasną, kremową karnację i czarny strój obłożony teraz niebieskimi nutami. Postać spojrzała na swojego przeciwnika szarymi oczami. Po chwili do piersi człowieka przylgnął klucz wiolinowy. Kiedy to zrobił, jego oczy zaświeciły się na niebiesko, a włosy zmieniły kolor na purpurę. Na jego plecach było widać kosę zakończoną błękitnym ostrzem. Był to prezent od jego ostatniego przeciwnika. Człowiek przestał w końcu grać i zeskoczył z posągu, kierując się w stronę swojego oponenta. Widząc, że się ukłonił, także uczynił podobną czynność. Na jego twarzy było widać spokój.

- Ja także mam nadzieję na honorowy pojedynek i mam nadzieję, że okażesz się godnym przeciwnikiem. Lepszym i bardziej odważnym od mojego poprzedniego oponenta. - Mag, schował skrzypce i postanowił dać przeciwnikowi wykonać pierwszy ruch.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nadszedł czas bitwy i wszystko o tym świadczyło. Wszechobecna muzyka jak i pojawiające się wokoło nudy dały mi do myślenia iż przeciwnik włada, lib morze władać magią opartą na dźwięku, nie mogłem sobie jednak pozwolić na błędy czy też pochopne wnioski, dlatego też postanowiłem wpierw przetestować przeciwnika, co mogło być nie lada wyzwaniem. Na mej twarzy zagościł uśmiech zwiastujący iż zbieram się do ataku, wtem powolnym lecz stanowczym gestem wyciągnąłem prawą rękę przed siebie, dłoń kierując ku górze, a palce rozstawiając najszerzej jak mogłem. Wtem w mym ręku zaczęła pojawiać się kula, kula utworzona z kłębu czarnego dymu który gęstniał z każdą chwilą, kręcąc się i jakby czekając na mój rozkaz. Wziąłem kolejny głęboki wdech wypuszczając z ust następną porcję dymu, która już zaczęła rozchodzić się po ziemi, a moje myśli zajął spokój i opanowanie. Musiałem się skupić. TERAZ, pojawiła się myśl w mojej głowie. Rzuciłem w mego oponenta kulą która to jeszcze przed chwilą tworzyła się w mojej dłoni, zostawiała ona za sobą ślad z szarego, półprzeźroczystego dymu który opadał jak i inne. Jednak kula mknęła ku wrogowi nie umniejszając sobie na objętości, choć w pewnym momencie wybuchła rozsypując się w grad mniejszych kulek mknących teraz na przeciwnika z różnych stron.  Każda zaś lulka przybierała teraz postać małej gwiazdki o ostrych końcach wirującej z ogromną prędkością. Nie był to bynajmniej koniec mojego ataku, bowiem gdy większa kula dymu rozbijała się na masę mniejszych, ja skupiłem się na ścianie za moim przeciwnikiem. Dokładnie obejrzałem każdy cień oraz półcień znajdujący się na owej powierzchni po czym z każdego z tych miejsc wystrzelił w plecy mego wroga pręt, przypominający igłę, a utworzony z dziwnej czarnej materii. Były to cienie które walczyły po mojej stronie lecąc teraz wprost w plecy przeciwnika. Ja sam jednak obawiając się ataków mego wroga zatkałem sobie uszy małymi kłębkami dymu, przygłuszając wszystkie dźwięki, choć nie pozbawiając się tego jakże ważnego zmysłu. Kolejne zaś wydechy, tworzyły nowe połacie dymu rozlewającego się po całej sami. Pozostało czekać na odzew maga...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stałem spokojnie, bacznie obserwując poczynania wroga. Wygląda na to, że używa magii opartej o istotę cienia i mroku. Skupił się i posłał w moją stronę kulę, która, po pewnym czasie, przemieniła się w ostre gwiazdki. Lekko podniosłem rękę i wtedy z mojego stroju wystrzeliły niebieskie nuty. Każda nuta, zablokowała pojedynczą gwiazdkę. Kiedy to zrobiły, chwyciłem klucz wiolinowy i obróciłem się w stronę prętów, wystawiając rękę, w której trzymałem atrybut muzyczny. Śmiercionośne cienie odbiły się nagle od błękitnej tarczy energii i rozpłynęły w nicość. Ponownie zwróciłem się w stronę mojego oponenta.

- Muszę przyznać, że jesteś godnym przeciwnikiem. Sam niegdyś posiadałem podobną magię. Jeśli pozwolisz, wykonam teraz swój ruch. Ten dym, lekko mi wadzi. - Sięgnąłem po kosę z niebieskim ostrzem, znajdującą się na moich plecach. Trzymając ją w rękach, oparłem się o nią, a moje błękitne włosy zaczęły lekko falować. Po chwili część nut, przeszło z mojego stroju na kosę, a ja lekko się uśmiechnąłem. Podniosłem broń do góry i mocno uderzyłem jej końcem o arenę. Podmuch granatowej energii, rozwiał wszelki dym z pola bitwy.

- O wiele lepiej. Kluczem do udanego pojedynku, jest planowanie kilka ruchów w przód. - Ostrze mojej kosy, zaczęło intensywnie pulsować błękitną energią, aż powietrze zrobiło się gęstsze. - Flower of essences sounds. - Mówiąc to, posłałem całą energię nagromadzoną w kosie w kierunku podłoża. Dźwięk uderzanego ostrza o ziemię rozległ się po całej okolicy. Zaraz potem, z powrotem umieściłem kosę na plecach, a w powietrzu zaczęła rozbrzmiewać melodia tajemnicy. Stałem i patrzałem hipnotyzującym wzrokiem w oczy mojego oponenta. W tej chwili, z ziemi wybiła niezliczona ilość pięknych niebieskich kwiatów. W ten, otworzyły się i zaczął ulatniać się z nich błękitny pył. Nie był on nieprzyjemny i nie szczypał w oczy. Pachniał słodko i wydawał się nie groźny. Po kilku chwilach, objął większą część areny, a ja wyjąłem naszyjnik.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Obronił się przed moim atakiem, lecz ten nie był nadto potężny więc nie musiałem się martwić, mogłem sobie pozwolić na tak drobne utraty energii. Niestety nie udało mi się dokładnie dojrzeć rodzaju magii jakim włada mój oponent, poza tym iż pozwala mu ona tworzyć i że musi mieć coś wspólnego z dźwiękiem. To bardzo ważna wiedza. Rozwiał również mój dym po całym pomieszczeniu by samemu przejąć kontrolę, jednak na to miałem już pomysł, a dym z wolna wracał na podłogę wydobywając się pokaźnymi kłębami przy każdym moim oddechu zastępując powietrze. Mała ilość powietrza sprawi że przeciwnik będzie ciężej oddychał, a w razie co uniemożliwi również używanie zaklęć opartych o ogień. Skupiałem się również aby moja sferyczna tarcza nie przepuściła pyłu który to unosił się teraz w pomieszczeniu, nie miałem bowiem pojęcia do czego może on służyć przeciwnikowi.

 

-Jeśli ma się kontrolę nad polem bitwy, to można pokonać najsilniejszych.

 

Odrzekłem magowi. Był on godnym przeciwnikiem, lecz tak jak i on ja też planowałem na przód i rozwianie dymu nie było najlepszym pomysłem, a jedynie pozwoliło mi na odpowiednią kontrę. Zacisnąłem lewą pięść, a u góry sali ponownie zebrał się cały rozwiany dym. Będąc dość ciężkim zaczął opadać na dół zabierając ze sobą pył rozesłany przez muzykalnego przeciwnika. Dym przepuszczał wszystko, jednak był na tyle twardy by zatrzymać w sobie leki pył i opaść z nim na sam dół. Ja w tym czasie, ze szczelin zdobiących podłogę areny wystrzeliłem kolejne ostrza wprost w przeciwnika, by zaraz z dymu nad nim zaczęły opadać kule, najeżone kolcami, a poczynione z dymu. Ponadto z dymu który już leżał na ziemi wystrzeliły kolejne ostre gwiazdki, mające zaatakować go z kilku stron na raz, miałem bowiem nadzieję że przy takiej ilości ataków nie zauważy choć jednego. Ja sam zaś uniosłem prawą rękę ku górze, a z tej zaczął ulatniać się jasno szary dym, tym razem bardzo lekki i unoszący się ku stropowi sali, mijając cięższy ciemny dym opadający ku podłodze wraz z całym pyłem i ponownie tworząc liczne półcienie na podłodze. Kontrola to podstawa,a ja miałem nadzieje ją przejąc.

Edited by Jaenr Linnre

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dostrzegłem, że pył powoli poczyna powracać na arenę, wraz z kolejnym oddechami mojego oponenta. Przypomina on mnie, niegdyś, bowiem pałałem się owymi czarami opartymi o cień. Wnioskując z jego działań, mogę przyjąć, że potrafi wytwarzać dym, samym oddechem i tworzyć różnorakie przedmioty z samej esencji czystej natury cienia i mroku. Taka magia jest wysoce niebezpieczna, lecz także trudna do opanowania. Im dłużej twój przeciwnik nie atakuje, tym potężniejszy czar ma szansę opracować. Tą zasadą powinny kierować się wszelkie istoty magiczne, jednak znają ją tylko najwięksi czarodzieje. Dym zaczął zastępować powietrze. Zapewne, wróg myśli, że będę miał problemy z oddychaniem. Ja, jednak już miałem styczność z tą magią i wiem jak się przed nią bronić. Władca cieni, posłał kolejne kłęby dymu, by złączyły się z moim pyłem. Niestety, popełnił dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze pozwolił swojej mocą połączyć się z moją, nieświadomy konsekwencji jakie ten ruch ze sobą niesie. Po drugie pozwolił moim kwiatom na dalsze egzystowanie, co jest bardzo nieprzemyślane. Dopóki moje rośliny dostarczająmi powietrze, przetwarzając ten dym, jestem w pełni sił, karmiąc się potęgą przeciwnika. Co prawda pył nie dotknął jego ciała, leczfuzja energii oponenta z moją, daje mi wystarczającą cząstkę materii do wyizolowania istoty jego mocy. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Skierowałem w jego kierunku otwartą dłoń i po chwili wymieszany pył z jego dymem otoczył mnie, osłaniając przed ostrymi kulami spadającymi w moim kierunku. Wniknął w niego i zmienił kule z powrotem w cień, który połączył się z mieszaniną mojego pyłu, a dymu wroga. Ostrza wykierowane we mnie odbiły się, kiedy rozkazałem mieszaninie utworzyć czarną tarczę, natomiast gwiazdki zatrzymały moje wierne niebieskie nuty, które ponownie odczepiły się od mojego stroju i zatrzymały wrogi atak.

- Jednym ze sposobów na zwycięstwo jest wykorzystanie potęgi wroga przeciwko niemu samemu. - Powiedziałem nadal mając kontrolę nad mieszaniną pyłu, cienia i dymu. Sięgnąłem po fiolkę zawieszoną na mojej szyi. Była błękitna i błyszczała. Otworzyłemjej wieko i po chwili cała mieszanina wpłynęła do naszyjnika, po czym zamknąłem fiolkę i z powrotem zawiesiłem na szyi. Moje kwiaty, natomiast nadal mieniły się majestatycznym błękitem. Skierowałem ostrze kosy w kierunku mojego oponenta. Uśmiech znikł z mojej twarzy

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uśmiechnąłem się do mego przeciwnika. Był on nader inteligentny i przebiegły. Miał przemyślany każdy jeden ruch. Myślał iż może być o krok przede mną, jednak nie wiedział o wielu moich sztuczkach. Rozkoszą napawała mnie ta, jakże potężna bitwa, bardziej myśli, niż ślepej furii i mocy. Wszystko musiało być dopięty na ostatni guzik. Tak, teraz musiałem jeszcze mocniej skupić się na bitwie, bowiem mogłem ją przegrać, a na to nie mogłem pozwolić.

-Wykorzystanie mocy przeciwnika. Ciekawy pomysł. -Odezwałem się ku memu oponentowi, bowiem cała ta sceneria bitwy, jak i każda z naszych sztuczek, były niczym innym jak lekcją. Lekcją walki, oraz rozmową. Ważnym więc było by okazać szacunek przeciwnikowi i usłuchać jego rad, mógł mieć bowiem wiele racji w swych słowach.

-Używanie broni, w tak dystyngowanym pojedynku nie jest chyba dobrym pomysłem. -Dodałem od siebie widząc uniesioną broń mego przeciwnika. Może zdobyczna, lub prezent? Nie byłem tym nadto zainteresowany. Ważne było, iż broń ta jak, wszystko inne, rzucała cień. Postanowiłem przygotować się na walkę w zwarciu, w razie gdyby przeciwny mi mag wolał ten typ walki. Wystawiłem więc lewą nogę jako wykroczną, ustawiając się z lekka bokiem ku magowi. lewa dłoń była skupiona teraz na dymie, który to unosił się aktualnie, u stropu areny. W prawej zaś dłoni pojawiła się kosa. Czarna, cieknąca kosa. Odbicie, niczym w lustrze, broni przeciwnika. Bowiem wszystko co ma cień, mogło mi służyć, a mój przeciwnik musiał być tego świadom. Skierowałem kosę za siebie, by mieć jak największy zasięg ciosu z zamachu, zarazem przygotowując swą tarczę uczynioną w formie sfery, wokół mojej osoby, do przyjęcia ciosu. Musiałem jednak przechylić szalę na swą stronę.

Dym u stropu areny zadrżał niespokojnie. Nagle zerwał się niczym za sprawą wichury i uleciał w kilka kierunków. Celował we wszystkie źródła światła, to bowiem było mi zupełnie zbędne i mogłem się bo pozbyć, by nie korzystać jedynie z cieni rozsianych po arenie. Dym uderzając w coraz po kolejne źródła światła, dławił ogień, ciął świece, gniótł stojaki, rozbijał szkło. Czynił wszystko by światło w owych miejscach nie wróciło nader prędko. Teraz gdy salę spowiła ciemność, mogłem zająć się kwiatami rozsianymi przez mego oponenta. Ciemność wykorzystałem niczym broń. Cienie, czy też sama ciemność ulatywała z płaskich powierzchni, by dosłownie pochłonąć kwiaty, przenosząc je na inny plan, gdzie te niewątpliwie zanikną, bądź zwiędną. W miejscach jednak należących, jeszcze przed chwilą, do błękitnych tworów, pojawiły się czarne odpowiedniki. Były one, prawdopodobnie, cienistą kopią czaru przeciwnika. Nagle otworzyły się wypuszczając masę smolistego, ciężkiego dymu, oraz masę nieprzyjemnego, ostrego i drapiącego pyłu, który teraz poruszał się między złogami czarnego dymu przy podłodze, a masa jasnego przy suficie. Teraz po ja musiałem poczekać na ruch przeciwnika,a będzie on zapewne ważną lekcją. Każdy mój kolejny oddech, napełniał salę kolejnym kłębem dymu...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Opuściłem moją broń, a następnie ponownie spojrzałem na oponenta. Muszę przyznać, że potrafi wykorzystać moje rady, jednak nie wkłada w to własnej ideologii. Sama kopia magii wroga jest niczym. Tylko, jeśli połączysz się z nią, staniesz się jednym może być potężnym atrybutem w twoich rękach. Na moje twarzy było widać niezadowolenie, kiedy przeciwnik skopiował moją kosę. Jego wersja była zbyt podobna do oryginału. Może nawet aż nazbyt. Przypomniała mi się poprzednia walka. Nie była łatwa, a jednak wygranie jej dało mi niesamowitą satysfakcję. Aktualny bój jest jednak bardziej bitwą na spryt. Słońce zaczynało być całkowicie przysłonięte. Światło nie jest mi niezbędne do boju, jednak jego brak był niesamowicie uciążliwy. Kopia moich kwiatów była bardzo nieudolna. Niestety, to tak łatwo nie działa.

- Samo skopiowanie czyjejś mocy, nie jest równoznaczne z posiadaniem jego mocy. Nie znając esencji energii jaka się posługuje i zasady działania jego mocy, taka taktyka jest bezużyteczna. Kosa nie służy mi do walki. Jest jedynie symbolem, który lepiej pomaga mi ukierunkować moc. A co do kwiatów... - Podniosłem rękę i rozkładając palce skierowałem ją w kierunku mojego oponenta. Po chwili schowałem jeden palec, potem następny i następny, aż zacisnąłem dłoń w pięść. Klasyczne odliczanie 5,4,3,2,1. Kiedy skończyłem, kwiaty ponownie przemieniły się w dym i rozpadły się.

- Nie znając zasady i istoty działania moich roślin, nie masz mocy, by utrzymać je w stanie fizycznym. A po za tym ich nierozłącznym elementem jest mój naszyjnik bez, którego nie mają racji bytu. - Wyjaśniłem mojemu przeciwnikowi. Następnie z mojej kosy wybiły złote korzenie, które weszły w podłoże przytrzymując broń nieruchomo. Uniosłem do góry ręce, a nuty na moim stroju rozbłysły błękitnym światłem. Zaczęła rozbrzmiewać spokojna melodia. Kilka korzeni wybiło w różnych miejscach areny i nagle wyleciały z nich świetliki. Swoim światłem, rozświetliły arenę, co pozwoliło mi dokładnie ocenić pozycję przeciwnika. Wzkazałem ręką na niego i po chwili jego także oplotły złote korzenie, zaciskając się coraz mocniej. Oplotły także kopię mojej kosy.

- Dobrze przemyśl swój następny ruch, ponieważ nie każdy atak wydaje się tym, czym jest. - Powiedziałem do przeciwnika.

[Melodia, która grała: http://m.youtube.com/watch?v=QR28G204z5k ]

Edited by Sajback Aliquam Gray VFV

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skrzywiłem się, bowiem słowa jego przeciwnika były jedynie bzdurą. "Twój czar zniknie bo nie masz czegoś mojego". Nie, to rozumowanie nie było poprawne, bowiem nie mogłem skopiować powiązania z jakimś przedmiotem nie wiedząc iż takie posiada. Nie widząc obrazu, ani nie znając jego opisu również się go nie skopiuje. Musiał więc użyć jakiegoś czaru który rozwiał moje kwiaty. Nie zaniepokoiłem się tym, jednak moje poszanowanie do przeciwnika zmalało. Miał to był bowiem dżentelmeński pojedynek, ów czarodziej jednak widząc iż wykorzystuje jego rady postanowił zacząć oszukiwać. Nie, nie spodobało mi się to i musiałem to ukrócić. Jednak nastąpił kolejny ruch mojego przeciwnika, niestety nie przemyślany, choć w innej sytuacji mógł być przydatny, teraz był niczym. Korzenie oplatały mnie, jednak ataki fizyczne były dla mnie błahostką, uczyniłem wiec krok naprzód, po prostu rozwiewając moje ciało w formie dymu, dookoła korzeni tak by się z pośród nich wydostać. Następnie świetliki, je postanowiłem pozostawić dawały bowiem światło, a nie odłącznym kompanem światła był cień, moja broń. Spojrzałem więc na korzenie które zaczęły usychać i więdnąc, pozbawiłem je bowiem ich cienia który teraz, analogicznie do czaru mojego oponenta próbowały opleść właśnie jego, choć nie był to mój główny pomysł. Następnym moim krokiem było, po prostu zgniecenie świetlików, gdyż mnie drażniły, a nie chciałem by mój przeciwnik je wykorzystał. Dym wokół źródeł światła zaczął gęstnieć i z ogromnym ciśnieniem napierać na nie ze wszystkich stron zgniatając je na miazgę. Nie był to jednak koniec, bowiem mój oponent przemienił moje kwiaty w dym, co było jego błędem, bowiem stanowił on moją podstawową broń. Cisnąłem więc setką małych, niezbyt silnych, dymnych pocisków wprost w mego przeciwnika, jednaka była to jedynie sztuczka, bowiem w cieniu owych pocisków skryłem większe i silniejsze ich wersje, tak by przeciwnik nie zauważywszy ich odsłonił się na nie myśląc że pozbył się małych i jest bezpieczny. Wiedziałem jednak że on jest sprytny i spróbuję mnie przechytrzyć, teraz pozostało czekać na jego ruch.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój przeciwnik wyswobodził się z korzeni, które go oplotły. Z tego co zaobserwowałem, wykorzystał także moje świetliki w pewien sposób przeciwko mnie. Widać był po, nim, że nie podobało mu się to co zrobiłem. Po jego spojrzeniu można było dostrzec pogardę. Poczułem się zhańbiony. Jest, bowiem potępieniem, by przeciwnik czuł do mnie obrzydzenie w jakimkolwiek kontekście. Nie ukróci to jednak mojej determinacji w tym pojedynku. Czuję się jednak jak oszust, a to nie jest uczucie jakie mogę zaliczyć do ulubionych. Mój oponent cisną we mnie setkę małych dymków wykorzystując poprzednie moje zaklęcie. Moje nuty jak zawsze w porę osłoniły moją osobę przed atakiem, lecz nagłe mocniejsze wersje pocisków mnie zaskoczyły i niektóre przedarły się przez obronę raniąc mnie. W bólu oparłem się o moją kosę. Taki atak mnie jednak nie zatrzyma. Nie utracę jednak szacunku. Nie jestem oszustem.

- Nie jestem oszustem i nie mam zamiaru byś mnie za takiego uważał. Wolę zrzec się walki na twoją korzyść niż walczyć oszustwem. - Powiedziałem oparty o kosę. - Ubolewam przed moim przewinieniem, lecz nie mam zamiaru prowadzić tak walki. Należą ci się moje przeprosiny. Nie mam jednak zamiaru pozwolić ci wygrać tak łatwo. - Powiedziałem stając na równe nogi. Podniosłem kosę w górę i ona oraz moje nuty mocniej zaświeciły. Rozświetliły mrok wokół mnie, więc mi nie przeszkadzał. Puściłem kosę, a ta wniknęła w podłożę. Utworzył się w okół mnie błękitny okrąg. Zdjąłem z piersi klucz wiolinowy i wszystkie nuty ustawiły się nade mną i po bokach.

- Caelestis Vitae. - Kiedy wbiłem klucz w pierś, wszystkie nuty uderzyły we mnie i okrąg rozbłysną światłem, który oślepił przeciwnika. Zaczęła rozbrzmiewać melodia. Kiedy oponent odzyskał wzrok, mógł zobaczyć mnie z błękitną szarfą oplatającą ciało, granatową koszulą i białymi spodniami oraz eleganckimi butami. Z ziemi wybiły skrzypce, które chwyciłem w ręce.

- Vestibulum lotus. - Zacząłem na nich grać i całe podłoże na arenie poczęło świecić niebieską energią. Pojawiły się podobne kwiaty do poprzednich, ale tym razem od razu się rozpadły i ich płatki zaczęły okrążać przeciwnika. Podczas mojej gry posłałem także dwie fale dźwiękowe, które powinny rozproszyć mistrza cieni na tyle, by nie spostrzegł kuli energii zbierającej się nad, nim, która zada mu potężne uderzenie.

Edited by Sajback Aliquam Gray

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój przeciwnik poczuł się urażony, tego nie chciałem choć pojedynek zaczął nabierać tempa. Zaprzestaliśmy szukać słabości przeciwnika by je wykorzystać a zaczęliśmy wykorzystywać pełną siłę naszych czarów. Zacząłem się nieco obawiać, bowiem jak mogłem starać się przechytrzyć przeciwnika czy zdobyć przewagę podczas dotychczasowej wymiany zaklęć, tak w czystej bitwie byłem na straconej pozycji. Mierzyłem się bowiem z doświadczonym magiem, który to odbył już wiele pojedynków i zdobył dzięki temu ogromną wiedzę. Nawet mimo iż mój przeciwnik popełniał drobne błędy dzięki którym nie czułem zmęczenia, to gdy zasypie mnie gradem zaklęć nie miałem najmniejszych szans. Na moje szczęście przeciwnik ponownie utworzył źródło światła którym był najpierw on sam, próbując mnie oślepić, jednak mógł dojrzeć iż moje ciało w tym momencie stało się przejrzyste jak dym, oczywiście część światła pozostawała na mnie czyniąc mnie widzialnym jednak większość owej energii przeleciała przeze mnie nie oślepiając mnie. Myślałem że przeciwnik od razu po tym zaatakuje mnie bazując na moim oślepieniu jednak tak się nie stało. Musiał być nader sprytny i to mu się chwaliło, bowiem pochopność potrafi zniweczyć wszelkie plany. Mój szacunek do niego zaczął powracać, jednak przeciwnik ponownie mnie zaatakował światłem. Nie wiem czemu jednak wszyscy myślą iż światło jest największym wrogiem cienia, jednak tak nie jest. Bowiem gdyby nie było światła, nie byłoby również cienia, rozświetlając więc podłoże, mój przeciwnik ładował moją energię tworząc cienie płatków które teraz się dookoła mnie roztaczały swą obecność. Natychmiastowo postanowiłem się przed tym bronić i skopiowałem niegdyś ujrzane przeze mnie zaklęcie, jednak wykorzystałem do użycia go cienie spoczywające na płatkach. Każdy z osobna jak i wszystkie naraz zapłonęły czarnym ogniem utworzonym z cienia. Co prawda nie tworzył on ciepła jednak skutecznie trawił płatki pozostawiając po sobie jedynie dym który ponownie mogłem wykorzystać.

Wtedy jednak stała się rzecz której to bałem się od samego początku. Przeciwnik cisnął przeciwko mnie dwie fale dźwiękowe i to wtedy kiedy ja zajmowałem się zneutralizowaniem jego płatków. Ból był straszliwy, a ciało rozsypywało się, a raczej uchodziło w dym z którego byłem stworzony. Bycie dymnym shape shifterem czasem nie popłacało. Cios był dla mnie aż nadto zajadły. Wiedziałem że zanim przeciwnik się zorientuje muszę obronić się przed kolejnymi podobnymi ciosami. Zacząłem wtedy zasysać całe powietrze jakie się tylko znalazło w pomieszczeniu pozostawiając jedynie mój dym. Bez powietrza dźwięk nie mógł się bowiem rozprzestrzeniać, a mój dym nie przewodził fal akustycznych wtedy to dopiero dojrzałem kulę energii wiszącą nade mną, było jednak za późno, jedynie utworzyłem nad sobą bańkę dymu o dużej przewodności prądu uziemiając ją i mając nadzieję iż to zdoła mnie osłonić...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moja strategia tym razem się opłaciła. Rozproszony przez płatki moich kwiatów, oponent został uderzony przez potężne fale dźwiękowe, które zadały mu dość pokaźne obrażenia. Zajęty niwelowaniem moich ataków, nie spostrzegł kuli energii zbierającej się nad, nim. Jedyne co zdążył zrobić, zanim kumulacja mojej mocy ruszyła na niego z pełnym impetem to utworzenie bańki dymunad sobą. Tak nagłe działanie nie mogło go jednak skutecznie ochronić przed skumulowaną energią. Przestałem grać i spojrzałem na mojego przeciwnika. Czas zwolnił a brak dźwięku wywołany przez ingerencję oponenta, dawał wyjątkowo dramatyczny efekt. W końcu podniosłem smyczek wypowiedziałem te dwa słowa.

- Lorem Crepitus - Przejechałem gwałtownie smyczkiem po skrzypach i nagromadzenie mocy uderzyło w przeciwnika. Efektem tego była pokaźna eksplozja mocy i dźwięków. Rozwiała sporą część dymu przeciwnika i dała mi połowiczny dostęp do światła księżyca. Wiedziałem jednak, że mój atak nie zatrzyma mojego przeciwnika na długo. Jest zbyt potężny. Dzisiaj księżyc świecił bardzo mocno. Była to jedna z najczystszych pełni, a światło srebrnej tarczy dorównywało jasnością słońcu. Powinienem dziękować bogom, że krater nie jest na tyle głęboki, by nie docierało do niego światło. Zrobiłem obrót i wznowiłem grę czas wdrożyć kolejny ruch.

- Moon Trance. - Zacząłem spokojnie grać. Była to cicha i spokojna melodia. Można było dostrzec jak dochodzące promienie światła księżyca zbierają się w okół mnie. Nuty ponownie zaczęły mnie otaczać i przechwytywać dobrodajne światło, zmieniając swój kolor na srebrny. W ten muzyka ze spokojnej przerodziła się w dynamiczną. Ja, natomiast zacząłem lekko tańczyć porwany przez majestatyczne dźwięki. Nuty nasączone mocą księżyca zaczęły ustawiać się nad areną, a ja znowu zacząłem grać spokojną melodię. Kiedy były na miejscu, intensywność mej gry ponownie przyspieszyła, nuty zalśniły a ich końcówki stały się niezwykle ostre. Pojawiło się ich także o wiele więcej i każda podzieliła się na dwa, a potem jeszcze raz, czyli z dwóch zrobiły się cztery. Zmniejszyły tym także swoją objętość.

- Nubila Sonus - Wszystkie ostre kreacje muzyki ruszyły na mojego oponenta. Zmierzał ku niemu deszcz dźwięków i inspiracji. Z taką falą malutkich punktów na pewno trudno będzie mu się zmierzyć. Nie zwalniałem także tempa gry i byłem przygotowany na ewentualną odpowiedź oponenta.

(Muzyka: http://m.youtube.com/watch?v=2FYFSNXAWNA )

Edited by Sajback Polluerunt Gray

Share this post


Link to post
Share on other sites

Minęło całkiem sporo czasu od ostatniej akcji. Odpowiedzi mamy dość dużo by o pomoc w wyborze zwycięzcy poprosić wierną publiczność. Obaj wojownicy nie szczędzili swej energii, choć zasady przewidywały dwa razy więcej odpowiedzi na każdego z nich. Cóż, nie można mieć wszystkiego...

 

A zatem prosimy Was, wskażcie swojego faworyta! Czy jest nim Sajback? A może Jaenr Linnre? Wybór należy do Was!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie wiem, czy to co tu napiszę zostanie uznane, ale zostałem poproszony o wtrącenie kilka słów komentarza, co też czynię z największą chęcią.

 

Po pierwsze chciałem pogratulować obu uczestnikom dobrej walki. Zadaliście mi ciężki dylemat, gdyż czytając to zastanawiałem się któremu z Was przyznać punkt w głosowaniu. Zanim powiem bezpośrednio parę słów dalszego komentarza.

 

Chwała Wam za to, że przywitaliście się grzecznie i miło na początku. Lubię pojedynki, w których nie ma od razu jatki i rzucania czarów, a jest właśnie przyjacielskie traktowanie się. 

 

Posty są odpowiednio treściwe, nie przedłużone, choć nie brakuje dobrych opisów. Pozwalają wyczuć czary, które rzucaliście i dają wyobraźni dostateczne pole do odtworzenia zdarzeń. Co do czarów nie będę ukrywał, że nie lubię magii opierającej się na kopiowaniu czarów przeciwnika, co tutaj było całkiem powszechne, tak samo jak nie przepadam za wyssaniem mocy z oponenta. Jednak nie biorę tego pod uwagę, gdyż jest to moje personalne uprzedzenie, a staram się wystawić obiektywną opinię. Podczas walki wyniknął jeden ciekawy spór. Dotyczył on kwiatów i ich szybkiego usunięcia przez Sajbacka. No cóż w teorii i założeniu przyznawałbym rację twórcy czaru, jednak gratuluję Jaenrowi, że sprytnie w dyskusji umiał przekonać czytelników do swoich racji. Było to bardzo zręczne zagranie i choć nie zgadzam się z jego merytoryczną treścią do końca, to jednak skutkuje na świadomość odbiorcy. Dziwię się trochę Tobie Sajback, że nie uparłeś się przy swoim i nie wykazałeś ewentualnych błędów w rozumowania oponenta, bo przyznając mu rację niejako dałeś mu wygrać tą słowną potyczkę. Podobało mi się kolejne sprytne zagranie Jaenra, który to Tobie Sajback pozostawił decyzję co do kuli. Jest to zawsze ciężki kawał chleba do ugryzienia, gdyż jeśli uderzysz z całą mocą publika może ocenić to negatywnie, a z kolei nie uderzając Twój przeciwnik ma z głowy Twój atak. Cieszę się ,ze jednak przywaliłeś nie poddając się presji otoczenia, bo jednak w pojedynkach chodzi (poza zabawą, która jest najważniejsza) o pokonanie przeciwnika. Z kolei Tobie Jaenr należą się gratulacje za zręczną manipulację uczuciami tłumu, co jest cenną umiejętnością w tych pojedynkach.

 

Co do samych czarów to były w większości dość proste w swej koncepcji i dotyczyły głównie sfery materialnej (bądź cienia).

 

Niemniej jednak rozumiem obecną sytuację. Zapewne każdy z Was chciał na początek wyczuć przeciwnika i rzucać te mniej ambitne koncepcyjnie zaklęcia. To prowadzi nas do kolejnej i jednej z najważniejszych spraw. Dla mnie pojedynek nie został zakończony. Jest urwany w połowie z powodu przedłużającego się braku odpisów. Ostatni post Sajbacka nie wykazuje na pewno cech kończących pojedynek, a wręcz zachęca do dalszego kontynuowania, którego jednak się nie doczekaliśmy. Wiem ile jeszcze wspaniałych rzeczy mogło się tu dokonać i jak każdy z Was mógł zmienić szalę zwycięstwa. Wiem, że moje zdanie nie jest tak ważne jak edykt kończący Hoffmana, ale ja bym dokończył ten pojedynek, tak aby wszystko stało się jasne. Bo w ten sposób można podejrzewać Sajbacka o brak pomysłów na odpis, co jak sądzę NIE jest prawdą. Sam miałem jeden pojedynek, który zakończył się wcześniej, niż przypuszczałem i moje długoterminowe czary nie zadziałały. Przez to przegrałem, choć z pewnością mogłem jeszcze powalczyć, dlatego jestem daleki od ostatecznej oceny niezakończonego pojedynku. Na chwilę obecną wydaję mi się, że to Sajback ma lekką przewagę, choć Jaenr mógłby to wyrównać sprytną grą słów i oddziaływaniem na publikę, co ma bardziej rozbudowane niż oponent. Są to różnice jednak na tyle małe, że nie jestem w stanie wyłonić niekwestionowanego zwycięzcy na tym etapie i nie oddam głosu na nikogo. W następnej części pojedynku mogłoby się wszystko zmienić.

 

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować tym, którzy przeczytali ten post, tym którzy umilili nam czas bardzo dobrym pojedynkiem, zarówno stylistycznie jak i pomysłowo, dziękuję Wam uczestnicy, gdyż na prawdę czytanie Waszych postów było przyjemnością. Na koniec dziękuję Hoffmanowi, który zajmuję się tym działem. Wchodzę tu rzadko, czego żałuję, gdyż magiczne pojedynki są świetne i na prawdę należą Ci się gratulację za robotę jaką tu odwalasz, aby wszyscy mieli zabawę.   

Share this post


Link to post
Share on other sites

@Kapi - Serdecznie dziękuję za obszerny komentarz do całego pojedynku, podsumowanie go ze swojej stopy, jak również odniesienie się do osoby uczestników. Głos ten stanowił miłe urozmaicenie i przerywnik między ogłoszeniem zakończenia starcia, a wyłonieniem zwycięzcy. Jednocześnie, wyrażam lekkie ubolewanie, iż od dłuższego czasu nie przyszło nam ponownie zobaczyć w akcji Ciebie ;)

 

Natomiast co do dokończenia pojedynku, ja również chętnie bym to uczynił, jednakże obaj uczestnicy wyrazili aprobatę co do zakończenia tego starcia. Pomysłów z całą pewnością im nie brakuje, czego dowodem są nowe pojedynki, w których biorą udział a które rozpoczęły się bardzo niedawno.

 

Dziękuję również za wyrażenie opinii na temat pojedynków ogólnie ;) Owszem, ma to znaczenie i zostało uznane.

 

 

A teraz, przechodząc do sedna sprawy, czas podliczyć głosy i poznać zwycięzcę. Starcie było bardzo wyrównane i bogate, jednakże zatryumfować może tylko jeden z nich. Uwaga...

 

Sajback Gray - 9

Jaenr Linnre - 10

 

Cóż za napięcie. Przewagą jednego tylko punkcika, starcie wygrywa Jaenr Linnre! Jego oponent, Sajback Gray, był bardzo trudny do pokonania i niezłomny, tak więc wygrana ta jest niemałym osiągnięciem. Gratulujemy serdecznie zarówno Jaenrowi, jak i Sajbackowi! Spisali się znakomicie!

 

Ich nowe pojedynki już trwają. Cóż, możemy mieć nadzieję, że ich moc będzie tylko wzrastać a ich nowi oponenci dotrzymają im kroku. Jesteście wielcy!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...