Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
kapi

Trudne Negocjacje

Recommended Posts

- Cooper, spróbuj przygotować szalupę, ja wyprowadzę Księżniczki spod pokładu.  Mam pomysł. Spróbuję wyeliminować tego wikidajłę przy klapie i przyprowadzić nasze panie.  Kiedy będziemy na pokładzie, musiły działać szybko. Nie ma czasu, trzeba będzie natychmiast wsiadać do szalup i uciekać, ja wsiadam jako ostatni, osłonię wasz odwrót. Księżniczki niesety będą musiały wiosłować. Odpłyńcie jak najdalej zdołacie, ja zatrzymam pościg przez kilka chwil, a potem postaram się do was dopłynąć. – powiedziałem do swojego kompana i wcieliłem w życie kolejny pomysł. Musimy pozbyć się strażnika przy klapie więc muszę ponownie skierować się do niej. Przyjżałem mu się pobieżnie i stwierdziłem, że jest to jeszcze młody wiekiem i pewnie rangą marynarz, może chłopiec okrętowy. W każdym razie nie wygląda na takiego co by pogardził złotem, ale nie mogę go ot tak przekupić. Dlatego lekko chwiejnym krokiem podchodzę do klapy, udając członka załogi. Takiego lekko podchmielonego.

- Esz… ty, tam… - zamajaczyłem artystycznie. – Weś no pomóż… Cholerka… zgubiłem sakiewkę nam na dole… cały żołd… chopie, weś pomóż mi poszukać… odpalę ci kilka talarów… - poprosiłem błagalnie. Nie mogłem go zabić, bo skazałbym  nas na porażkę. Ale znając chciwą naturę Changelingów, miałem nadzieję że skusi się o łatwy zarobek od pijanego w sztok kompana, i na chwilę zejdzie z warty. Jeżeli uda się go przekonać i otworzy klapę, wtedy ja spróbuję błyskawicznie zajść go od tyłu i poderżnąć mu gardło, tak żeby nie mógł krzyknać, jednak najważniejsze będzie wyczucie momentu – muszę to zrobić gdy będziemy się znajdować pod pokładem, lub możliwie aby nikt z pokładu nas nie zobaczył.  No i oczywiście muszę złapać ciało żeby nie upadł i nie narobił hałasu. Gdyby udało się to zrobić… nasza droga ucieczki byłaby niemalże gotowa. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

​Cooper przytaknął głową i zaczął szukać na pokładzie lin, spuszczających szalupę. Tymczasem Saladin podszedł słaniając się po bujającym pokładzie. Fala uderzyła w statek i nastąpiło większe szarpnięcie, które wywróciło ogiera. Upadł przed kopyta changelinga, ale kuc zachował zimną krew i wypowiedział swą teatralną kwestię, podnosząc się na nogi. Marynarz popatrzył na niego dziwnie, ale po chwili uśmiechnął się i otworzył klapę, mówiąc:

- Oczywiście, zaraz poszukamy twojego żołdu. Właściwie to jak twa sakiewka znalazła się w pomieszczeniach lochów?

Mówiąc to changeling zaczął schodzić pod pokład. Na szczęście nie był sprawny w podstępach i mimo niespójności, którą sam zauważył powoli wchodził w pułapkę. Na to tylko czekał Saladin. Gdy wróg znalazł się poza zasięgiem niechcianych oczu, ogier wykonał szybki chwyt. Changeling nabrał powietrza, żeby krzyknąć, a jego mięśnie napięły się. Jednak Saladin  drugim kopytem zręcznie dobył sztyletu i długim, mocnym, posuwistym ruchem, poderżnął gardło tamtemu. Na sierści Arab poczuł mokrą posokę, a jego silne nogi objęły ciało, które straciło równowagę. Początkowo krztuszący się krwią i nie mogący złapać tchu changeling został złożony na mokrych deskach. Saladin ujrzał czekające w ukryciu księżniczki, które widząc go zaczęły się zbierać do drogi. Wszystkie miały już założone płaszcze. Ich twarze zmęczone, choć dostojne wydawały się niezwykle  autentyczne, odbiegające od dworskich norm, a zarazem piękne. Opatrunki były mocno podociskane. Pierwsza z szeregu wystąpiła Twilight i spytała dość rzeczowo: 

- Jaki jest plan Panie Senatorze... ?  Jej głos był już bardziej opanowany. Widać było, że zmaga się z wieloma rzeczami na raz, jednak powoli zaczynała radzić sobie z nową sytuacją. Rany jej mentorki musiały mocno wbić się w jej psychikę. Pozostałe dwie władczynie patrzyły z wyczekiwaniem na wieści z góry.

 

Z pokładu dochodziły ciche dźwięki skrzypiących kołowrotków, a także huk morza. Na razie plan ucieczki szedł dobrze. Teraz miała nastąpić najbardziej niebezpieczna faza. Trzeba było powiedzieć wszystkim dokładnie o czynnościach, które należy wykonać, gdyż nie mogli sobie pozwolić na poślizg.   

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odstawiwszy trupa na bok poczułem lekką ulgę, zarówno widząc Księżniczki, jak i dlatego że plan ucieczki na razie szedł dobrze. 

No w każdym razie, miałem nadzieję, że uda nam się uciec ze statku nim spostrzegą iż nas nie ma. 

- Dobrze, słuchajcie mnie teraz uważnie drogie panie. Na razie dopisywało nam szczęście, ale teraz musicie działać sprawnie i w miarę szybko. Przed nami najtrudniejsza część ucieczki. Cooper już próbuje spuścić szalupę na morze, wasza czwórka musi natychmiast w nią wsiąść i odpłynąć do statku najdalej jak to możliwe. Cooper nie da rady długo wiosłować z jego kopytami, będziecie musiały same się tym zająć. Natomiast ja... - spojrzałem na nie. Cóż, bałem się zarówno o nie jak i o swoje życie, ale musiałem tak postąpić. Byłem jedynym który mógł je teraz obronić i dać nawet niknął szansę na ucieczkę. Wziąłem głęboki oddech. - Ja zostanę i uniemożliwię pościg tak długo jak będę mógł, choćbym miał walczyć z całą załogą. Wiem, że mogę zginąć, ale mam tego świadomość. Ale niech tam, wy jesteście ważniejsze niż ja. Mój kraj jakoś sobie beze mnie poradzi, wasza kraina już nie. Jedyne czego mogę żałować, to to, że nie spędziłem z wami więcej wspaniałego czasu. Zwłaszcza z tobą, Pani - uśmiechnąłem się do Luny. - Nie wiem czy będziemy mieć jeszcze okazję... ale teraz najważniejsze jest wasza ucieczka. Idźcie powoli, w pewnym odstępie od siebie w stronę szalupy. Ja zostanę na tyłach, i jakby co, będę was ubezpieczał. Jak coś się zacznie dziać, macie natychmiast uciekać, rozumiecie? Dobrze, no to w drogę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Księżniczki spojrzały się po sobie. Celestia wyprostowała się majestatycznie, nabrała powietrza do płuc po czym powiedziała stanowczo:

- Jako władczyni Equestrii, a także jako Twój gospodarz nie zgadzam się na taki plan. Nie ma mowy o tym, abyś Ty narażał swe życie dla nas. Zostanę z Tobą. Luna ty i Twilight wejdziecie do szalupy i dalej postępujemy, tak jak było w pierwotnym planie.

- Nie siostro! Ambasador ma rację, jesteś zbyt ważna dla Equestrii, aby tak się narażać. Nie mówiąc o ranach, jakie odniosłaś. Wiesz dobrze, że nasi poddani nie kochają mnie tak bardzo jak Ciebie. Żyli beze mnie tysiąc lat i byli szczęśliwi. Bez Ciebie by tak nie było. Pozwól mi zastąpić cię w tym zadaniu. -  Luna wypowiadała całość z lekkim smutkiem w głosie, zwłaszcza fragment o poddanych, jednak przy okazji mówiła pewnie i zdecydowanie. Patrzyła na swoją siostrę bardzo stanowczo. Twilight odsunęła się lekko na bok, nie chcą mieszać się w tą ciężką sytuację. Celestia spojrzała na siostrę.

- Nie miałam cię przy sobie przez tysiąc lat, nie zgodzę się tak Cię narażać.

-Dobrze wiesz, że któraś z nas musi tak postąpić i dobrze wiesz, że lepiej będzie, jeśli ja to zrobię.

Celestia zmilkła i tylko patrzyła na Lunę. Wyraźnie w jej głowie biły się jej zwykłe uczucia do swej młodszej siostry, jak i do obowiązku oraz racji znajdującej się w słowach Luny. W końcu milczenie przerwała Księżniczka Nocy:

- Nic się mi nie stanie siostro, dołączymy do ciebie w łodzi -  to mówiąc uśmiechnęła się nieznacznie. Celestia z bólem skinęła głową.

- Zatem ustalone.

Władczyni Słońca postąpiła kilka kroków w przód i zaczęła wchodzić na schody. Te skrzypiały lekko, ale bijące fale skutecznie zagłuszały odgłosy drewna. Księżniczka rozejrzała się po pokładzie, po czym wyszła, dając znać kopytkiem Twilight, aby ruszyła za nią. Po kilkunastu sekundach uczennica ruszyła cicho na górę. Luna została sama z Saladinem. Smutno patrzyła w ziemię, jakby lekko przybita i zamyślona. Wyglądała delikatnie, choć błyski w jej oku świadczyły o skupieniu. Dość gwałtownie podniosła głowę, spojrzała na Saladina

- Nie próbuj ginąć za nas, proszę...

Ostatnie słowo było wypowiedziane dość cicho i nieśmiało, jakby Luna sama nie wiedziała którego wyrazu użyć. Lekkie zmieszanie odbiło się gdzieś głęboko w jej pięknych niebieskich oczach. Ruszyła przodem. Saladin zaraz dogonił ją. 

 

Ich oczom ukazał się pokład. Celestia, będąc większa od innych przycupnęła przy zwojach lin, aby nie rzucać się w oczy. Twilight pomagała z całych sił Cooperowi. Luna i Saladin ruszyli przez pokład, gdy usłyszeli głos z mostka.

- Coś długo sprawdzacie to mocowanie szalupy!

- Już kończymy! -   krzyknął Cooper

- Pomogę wam!

- Nie ma potrzeby!

Mimo odpowiedzi Younga jakaś postać stojąca na lekkim wzniesieniu na końcu statku ruszyła się i zaczęła schodzić po schodach. Przy okazji porywacz szturchnął kogoś leżącego na deskach pokładu, ten podniósł się i początkowo lekko chwiejnym krokiem poszedł z nim. Cooper spojrzał się na Saladina

- Cholera... wyszeptał.

 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie zdążyłem zaprotestować, ale chyba żadne słowa nie byłyby w stanie powstrzymać klaczy takiej jak Luna. Słyszałem że jest uparta, odważna i nie waha się prze decydującym działaniem, ale to... nie tego spodziewałem. 

- Zaiste, jeśli coś jest równe twojej urodzie, to tylko twoja odwaga, pani - rzekłem do Luny, nim wyszła na pokład. 

 

I teraz zaczęła się najtrudniejsza część naszej przeprawy. Sekundy dłużyły się, każda chwila zwłoki działała na naszą niekorzyść. Chcąc dać czas reszcie na opuszczenie szalupy, podszedłem do zbliżających się marynarzy, udając ciut za bardzo zapijaczonego kompana. 

- Do tyłu - szepnąłem do Luny aby nie przeszkadzała i stanęła bliżej burty. 

Chciałem ich przewrócić udając pijanego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna jeszcze będąc pod pokładem, gdy usłyszała słowa Saladina, spojrzała na niego, zaglądając przez chwilę prosto w oczy, po czym ogierowi zdawało się, że końcówki jej ust lekko podniosły się, tworząc mały skromny uśmiech, jednak księżniczka, nieznacznie potrząsnęła głową, odwróciła wzrok i ruszyła na pokład.

 

Szalupa była już co raz niżej, Cooper dalej ciągnął ją na dół i coś szeptał do Twilight i Celestii, jednoczęsnie rzucając nerwowe spojrzenie w stronę przybywających z wolna changelingów. 

 

Saladin stwierdził, że musi coś zrobić i powiedziawszy Lunie, aby się odsunęła ruszył w stronę marynarzy. Chwiał się przy tym, w czym pomagały mu ruchy łajby na boki. W końcu gdy zobaczył, że oddalił się wystarczająco od szalupy i upewniwszy się, że Luna została z tyłu, wwalił się na dwóch przeciwników. Wraz z bujnięciem pokładu dało to zamierzony efekt. Oba changelingi wyłożyły się na deskach pokładu.

- Co ty do cholery robisz, złaź ze mnie! Do waszej cholernej matki jędzy kto pozwolił się wam tak upijać na statku! Powiem bosmanowi, dostaniesz po wszystki 50 batów jak nic. Złaź ze mnie mówię. 

Saladin chcąc dać więcej czasu udawał, że nie rozumie, co podmieniec do niego mówi. W końcu tamten się wkurzył i zasadził Arabowi potężnego kopniaka w brzuch, po którym kuc skulił się i zajęczał.  Changeling wstał szybko i otrzepał się, po czym poprawił kolejnym kopnięciem w leżącego. Podszedł do drugiego pijaczyny, który szedł z nim i zdenerwował się widząc, że tamten stracił przytomność, czy to z uderzenia w głowę, czy to z przepicia. Saladin też to zauważył. Szybkie spojrzenie w kierunku szalupy, pokazało mu, że Cooper opuścił ją do poziomu pokładu. Kuc patrząc nerwowo na zbliżającego się changelinga w kolczudze, przed chwilą powalonego przez Saladina, zdecydował się na ostateczność. Dobył jedno ze swych ostrzy i rzucił nim we wroga. Niestety nogi zarwały się pod nim i upadł. Lina została puszczona, a ostrze trafiło changelinga w kopyto, tak że i tamten upadł. Szalupa opadła dziobem niżej, uderzając w burtę i robiąc hałas. Celestia szybko podbiegła do Coopera, podniosła go. W tym czasie Twilight opuściła swoją linę, wyrównując szalupę.

- Co do cholery się tu dzieje Cooper... o ku... UCIEKAJĄ, ALARM!!!

Po głosie changelinga, który rozległ się po całym pokładzie można było wywnioskować, że ukrywanie się już jest skończone. Celestia pomogła Cooperowi wejść do szalupy, zajęła się pakowaniem Twilight. Tymczasem changeling wstał i zaczął kuśtykać w stronę szalupy, co ewidentnie było utrudnione, przez ranę w kopycie. Z rufy ozwał się rumor, a dzwonek pokładowy zaczął dzwonić na trwogę. Podmieniec dobył miecza.      

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

I tak szczęście nas opuściło. Za długo przekradaliśmy się w ciszy i bezpiecznie, wiedzą, że uciekliśmy a lada chwila zleci się tutaj cała załoga. Wszystkich nie pokonamy, to pewne. Ale zdołamy zatrzymać ich przez jakiś czas. W końcu nie na darmo przez lata uczyłem się szermierki zarówno piórem i słowem, jak i mieczem oraz szpadą. 

- Bierz zranionego - zawołałem do Luny, poczym dobyłem broni i zaatakowałem tego Podmieńca, który mnie kopnął w brzuch. Skupiam się na defensywnej walce, odbijając i parując ciosy wroga. Nie mogę zapędzić się bardziej na środek pokładu, bo mogą odciąć mi drogę ucieczki. Kilku wcześniej zdołaliśmy zlikwidować, ale taki statek ma zwykle przynajmniej 20 członków załogi. A mi jakoś nie śpieszy się aby wszystkich poznać. 

 

Moje dalsze działania zależą od rozwoju wypadków. Priorytetem jest aby szalupa znalazła się na morzu i odpłynęła od statku. Wtedy dopiero zdecyduję się na ucieczkę, nawet jeśli ozncza to skok do oceanu i płynięcie. 

Jednosześnie staram się wypatrzeć jakąś lampę, w końcu muszą czymś oświetlać pokład. Jeśli udałoby mi się ją rozwalić, oliwa w lampie podpaliłaby maszt albo olinowanie, znacznie ułatwiając nam ucieczkę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Saladin ruszył po zemstę. Nie dał się jednak opanować brutalnym emocjom i nie nacierał ostro. Po chwili walki z changelingiem zorientował się, że żołnierz nie ma dzisiaj najlepszego dnia, a i dalej jest lekko zaskoczony tym co się dzieje. Ogier silnym uderzeniem wytrącił mu broń z ręki, a później podciął krtań wrogowi. Ciepła, czarna i gęsta krew trysnęła mu w twarz, gdy ostrze z łatwością przerywało tkankę nad kolczugą. Za sobą usłyszał jęk i obejrzał się. Luna właśnie powstawała i wyciągała swą broń z ciała leżącego changelinga. Robiła to z gracją i lekkością, mimo niesprzyjających warunków, musiała przez wiele lat ćwiczyć walkę. Z zapatrzenia wyrwał Saladina świst bełtu. Pocisk upadł 10 cm od jego kopyta. Szybkie spojrzenie na mostek kapitański i ogier zauważył strzelca, który naciągał ponownie śmiercionośną broń. Na niego nadbiegało kolejnych 3 marynarzy. Arab zdążył dobiec do lampy z oliwą i roztrzaskał ją o olinowanie łodzi, widząc, że Celestia, Twilight i Cooper już wsiedli. Szalupa szybko opuszczała się w dół, a płonące liny gwarantowały, że nikt ich nie wciągnie z powrotem, bo nie zdąży. Sam ogier cofnął się do burty. Jeszcze tylko chwilę, już za chwile będzie mógł skoczyć i opuścić statek. Pierwszy z changelingów natarł na niego. Saladin wyparował pchnięcie, odbijając je w bok, a następnie sam pchnął. Uderzenie nie przedarło się jednak przez kolczugę napastnika. Ogier usłyszał świst broni i odruchowo odskoczył w tył. Topór changelinga przeszył powietrze obok jego głowy. Było blisko. Luna walczyła obok niego z trzecim. Zwarła swój miecz z orężem wroga, a później wykonała bezprecedensowe pchnięcie głową. Jej róg przebił skórzany czepiec i zagłębił się w głowę przeciwnika. Changeling jęknął lekko i opadł na ziemię. Księżniczka wyjęła swój róg zręcznym ruchem szyi, tak że otarła większość resztek przeciwnika o jego czepiec. Szybko zaatakowała następnego marynarza i odciążyła Saladina. To dało możliwość ogierowi obejrzenia się. Szalupa już prawie była na wodzie. Charakterystyczny dźwięk rozległ się w powietrzu, gdy liny pękły od ognia, a następnie plusk łodzi o morze. Szybki ruch kopytem i kolejny cios napastnika został zbity. Saladin przypuścił chwilowy szturm. Changeling cofnął się, a wtedy ogier wskoczył na krawędź burty, już chciał skoczyć, gdy po krótkim świście bełt wbił się w jego nogę, przeszywając mięśnie. Arab zachwiał się i upadł. Udało się mu tak pokierować ciałem, aby połową zwisać poza statek. Poczuł uderzenie, zbyt lekkie jak na miecz i wypadł za burtę. Leciał w stronę wody, skierował się tak, aby delikatnie wpłynąć w wodę. Udało się, z wrodzoną koordynacją ruchów przeciął powierzchnię i otoczył go przenikliwy chłód. Poczuł silne prądy morskie. Zaczął ruszać kopytami, próbował się utrzymać na powierzchni. Udawało mu się, gdy usłyszał chlust i fala zalała mu głowę. Jego ranna noga zaczęła drętwieć, a utrzymanie ponad wodą stawało się co raz cięższe. Przez myśl przeszło mu, że nie dopłynie do bezpiecznej szalupy, która majaczyła mu przed oczami jakieś 30 m przed nim i cały czas przez fale zmieniała położenie, raz znikając, a raz się pojawiając. Nagle poczuł jakieś ciepło, a delikatna niczym jedwab poduszek jego komnat sierść dotknęła jego ciała. Poczuł jak coś ciągnie go w górę i w przód. Obrócił głowę i zauważył skupioną twarz Luny. Sam jej widok dodał mu sił i zaczął płynąć o własnych siłach. Po morderczej minucie walki z prądem morskim dobili do szalupy. Zostali wciągnięci na pokład. Saladin wypluł wodę, której się nałykał. Poczuł silne pociągnięcie, gdy Cooper zdrowymi i silnymi, przyzwyczajonymi do wiosłowania kopytami pociągnął za drewniane kije, których pióra rozbiły wodę. Na pokładzie statku słychać było zgiełk i krzyki. Ktoś wrzeszczał, a później chlust wody i cisza. Księżniczki zaraz dopadły do wioseł i łódka ruszyła do przodu. Brzeg nie był tak daleko, a monotonny głos Coopera wyznaczał rytm wioślarzom. Saladin leżąc na ziemi wycieńczony wysiłkiem dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Luna leży blisko niego, tak że jej sierść dalej ocierała się o jego. Księżniczka oddychała ciężko i głęboko, a jej pierś poruszała się to w górę to w dół. Widać, że byłą potwornie zmęczona. Najpierw walka z changelingami, a później z morzem zabrała i jemu i jej prawie wszystkie siły. Arab nawet nie próbował się ruszać, bo  nie mógł jego mięśnie prosiły o wytchnienie. Po dwudziestu sekundach poczuł, że odzyskuje panowanie nad sobą, a częściowo ciemny obraz przed jego oczami zaczął się klarować. Poczuł, że Luna także się poruszyła i zaczęła powoli wstawać. Jak przez mgłę Saladin usłyszał głos Coopera:

- Jeszcze trochę, jesteśmy już w połowie drogi, a prądy będą ustawać. Ładnie ich załatwiłeś drogi panie podpalając te liny. Druga szalupa na tej burcie wpadła im do wody bez nich na pokładzie. Na szczęście są tu płytkie wody i nie mogli nas gonić statkiem, więc spuścili pozostałe szalupy, ale musieli dodatkowo opłynąć statek. Jest szansa, że zgubili nas. Trudno wypatrzeć mała ciemną łódkę na czarnym nocnym morzu. Za jakieś 5 minut dobijemy do brzegu. Trzeba się zastanowić co zrobić z łodzią...

Na ostatnie zdanie Coopera nikt nie odpowiedział, wszyscy byli zbyt zmęczeni aby myśleć.         

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Ud... udało się... choć spodziewałem się, khe... że będzie trudniej. Uhh... - wręcz padłem na pokład szalupy ze zmęczenia. Muszę na przyszłość trochę poćwiczyc lepiej pływanie, bo teraz to średnio się popisałem w tej kwestii. Gdyby nie Luna, utopiłbym się, to pewne na bank. Czując jej ciepłą, delikatną skórę i sierść, poczułem się o wiele lepiej. 

- Dziękuję, pani za ocalenie życia... - zdołałem tylko tyle wypowiedzieć przez zmęczenie. Brzeg zbliżał się nie uchronnie, a my nie mogliśmy pozwolić sobie na odpoczynek. 

- Musimy... musimy porzucić łódź przy brzegu i uciekać, nie możemy się zatrzymywać. Nie ukryjemy też łodzi w takim stanie... bierzmy co możemy i uciekajmy... jak nazywa to najbliższe miasto, Cooper? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna ciężko oddychała jeszcze przez około dziesięć sekund po podziękowaniu Saladina, ale w końcu sama odparła:

- Nie ma za... co.

Cooper zamyślił się.

- Cóż, jak mówiłem płynęliśmy do Fogy Thorn, ale to raczej nie jest przyjazne miasto i tam dopłynie statek naszych porywaczy. W dalszej okolicy się nie znam, jestem wilkiem morskim, a nie lądowym handlarzem, a po Changeli nie podróżowałem. Niestety będziemy mięli jeszcze sporo do przejścia, nim znajdziemy się z powrotem w Equestrii. Będziemy musieli przejść przez równiny, a tam nie wiadomo czy spotkamy miasto. Wygląda na to, że idziemy na ślepo. Przygotować się dobijamy.

Łódź porządnie uderzyła w piasek, z siłą wioseł i morskich fal. 

- Wychodzić, szybko zanim...

Cooper zamilkł, jakby do głowy wpadł mu jakiś pomysł. Wszyscy wyskoczyli z łodzi. Rany piekły od słonej wody, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Księżniczki były zbyt zmęczone, żeby użyć skrzydeł. Celestia poczekała i pomogła Youngowi opuścić łódź. Widać było, że jego rany na nogach nie są lekkie i będą ciążyły w marszu. Cooper zatrzymał przez chwile Celestię.

- Księżniczko, pomóż mi i pchnij łódź!

Podczas, gdy Luna, Twilight i Saladin wydostali się na względnie suchy brzeg, tak że woda sięgała im w przypływie do kopyt, zobaczyli, iż Pani Słońca i marynarz pchnęli łódź. Ta popłynęła w stronę morza, ale zaraz wróciła, siłą fali i uderzyła ich. Kuce zniknęły pod wodą. Już trójka uciekinierów chciała rzucić się na pomoc, gdy głowy Celestii i Coopera wychynęły  morskich odmętów. Udało im się dojść na ląd. Byli wyczerpani dodatkową walką z prądem, ale od razu ruszyli w głąb lasu, który zaczynał się tuż za brzegiem, na dużych piaszczystych wydmach. 

- Prądy zabiorą tę łódź i nie musimy się martwić o nią - stwierdził ogier, patrząc na odpływającą w morze szalupę. 

Kroczyli wolno, choć tak szybko jak dawali radę. Byli już około 1km od brzegu. Las zgęstniał, a piach pod ich kopytami zaczęła pokrywać w niektórych miejscach trawa. Cooper zdawał się być przyzwyczajony do skrajnego wycieńczenia. Spowalniał kompanię przez swe zranione nogi, ale szedł pewnie i trzymał równy oddech. Luna najwyraźniej korzystała z nocy. Jej nosek wdychał świeże morskie, burzowe powietrze. Zdawało się ,że cała chłonie mrok nocy, który w jej obecności nie stawał się złowrogi, ale piękny i tajemniczy. Celestia natomiast nerwowo poruszała oczami, jakby czegoś szukając, oddychała ciężko i szybko. Nic dziwnego, w końcu, gdy Saladin i Luna odpoczywali po płynięciu, ona wiosłowała, a później odpychała łódź. Twilight miała jakieś nieobecne oczy. Po następnych pięciu minutach, gdy piasek się skończył i już stąpali po trawie najmłodsza księżniczka jęknęłą żałośnie i przewróciła się, tracąc przytomność

- Stać, musimy odpocząć. Trzeba opatrzyć rany pana Coopera, a i Twilight nie wytrzyma takiego tępa, jest jeszcze młoda.

- Mną się nie przejmujcie, dam sobie radę, trzeba zająć się księżniczką. (głos Coopera był słabszy niż ostatnim razem i choć nie chciał by to widziano Saladin domyślał się ,że rany szybko pozbawiają go sił) Możemy tu stanąć, zaczęły już w koło rosnąć krzaki, które nas zasłonią, a i pościg nie możliwe, aby dotarł w to samo miejsce co my. Będą szukać śladów po ciemku, co zajmie tym changelingom dużo czasu, o ile w ogóle to potrafią. O rozmowy nie musimy się bać. Grzmoty i szum morza świetnie wszystko zagłuszają. Chyba się udało.

- Zasłużyliśmy na odpoczynek, ktoś potrafi pomóc Twilight? -  spytała zmartwiona Luna.

- Wydaję mi się, że odpoczynek na miękkiej trawie pomoże jej bardziej niż leki. Poza tym trudno będzie coś znaleźć w naszym stanie i to jeszcze w ciemnościach.

- Przydałoby się jakieś lepsze miejsce z gęstszymi krzakami -  mruknął Cooper

Luna z wolna wstała i zmęczonym głosem powiedziała

​- Siostro zostań ze swą uczennicą, ja poszukam miejsca, a pan Cooper nie może nadwyrężać swych rannych kopyt. 

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż, przynajmniej trochę oddaliliśmy ryzyko że wpadną szybko na nasz trop. Mimo iż byłem zmęczony, nie mogłem przepuścić okazji a by spedzić trochę czasu z Panią Nocy.

- Zatem postanowione. Wy zostańcie tutaj i odpocznijcie, a ja i Księżniczka Luna poszukamy miejsca na nocleg. Nie wolno się wam nadwyrężać, musimy odpoczywać tak długo jak się da. 

 

Odeszliśmy trochę od miejsca, gdzie zostawiliśmy trójkę towarzyszy, mimo zmęczena nie ustawałem w szukaniu odpowiedniego miejsa na nocleg. Zauważyłem, że Luna nie tylko zdawała się swoją obecnością nadawać nocy bezpieczeństwa i piękna, ale też... ciężko określić, co sprawiało że była taka wyjątkowa i tajemnicza. Choćby to, że nie spodziewałem się u niej wojowniczej natury, kiedy walczyła na pokładzie. Zastanawiałem się jak wobec niej się zachować, zwykle kontakty z klaczami były dla mnie pestką, od karczemnych kelnerek, po wysoko urodzone damy. Nawet nie chodziło o przypadkowe zaciąganie ich do łóżka, ale poprostu nawiązanie znajomości. A Luna? Była więcej niż tajemnicza. I to mi się właśnie w niej spodobało.

 

- Hm... - oparłem się na chwilę o drzewo, aby złapać oddech. - Cóż, różnie w życiu bywało na szlaku, ale nigdy jeszcze nie zaliczyłem jednego dnia, porwania, uwięzienia, skradania się po statku, zabawy w skrytobójcę, walki z Changelingami, prawie utopienie w morzu i wędrówkę w takim towarzystwie. Ha, brzmi prawie jak materiał na powieść przygodową... em... wybacz Pani moją śmiałość, ale... nie spotkałem jeszcze klaczy królewskiej krwi, któa potrafiła by posługiwać się bronią. W moim kraju to trochę... zakazany obyczaj.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna kroczyła dumnie po co raz miększym podłożu. Gdzieniegdzie pojawiały się już większe krzaki, trawa gęstniała i ciemniała w mocnym świetle. W okół księżniczki rośliny  nabierały nowego blasku w odcieniu bladego, nocnego błękitu. Huk fal  cichł przy spokojnej klaczy, a rozświetlające niebo sztormowe błyskawice, które wcześniej powitały Saladina w celi, teraz pięknie grały na delikatnych rysach Luny.

 

Arab odezwał się nagle. Wśród tej swoistej atmosfery jego słowa, były niczym huragan, który wywrócił wszystko do góry nogami. Jednak na samą przyjemność nie zadziałał tak destrukcyjnie. Luna odwróciła się do ogiera wraz z jego pierwszym zdaniem. Początkowo wydała się być trochę zaskoczona, przez chwilę spięła mięśnie, jakby oczekiwała alarmu, czy ostrzeżenia. Po chwili jednak rozluźniła się, a nawet lekko zaśmiała, gdy ogier wymieniał kolejne przygody, przez które dzisiaj razem przeszli. Jej głębokie, ciemne jak sama noc, ale błyszczące jak gwiazdy oczy spojrzały na Saladina. Już otworzyła usta i płynnie zafalowała piersią, nabierając powietrze do odpowiedzi, gdy ogier zwrócił się do niej już bardziej bezpośrednio. Tym razem Luna na dźwięk jej umiejętności posługiwania się bronią, zamyśliła się, jakby przypominała sobie dawne wydarzenia. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, ale już nie rozbawienia jak poprzednio, teraz było to co innego. Gdy Saladin spojrzał na nią, nieśmiało oczekując odpowiedzi, księżniczka zaczęła mówić, dalej trochę zmęczonym i lekko zaniepokojonym głosem:

- Mam nadzieję, że nie uchybiłam Szanownemu Ambasadorowi uskuteczniając walkę na pokładzie. Jednak mimo iż w Equestrii klacze także nie walczą, to niektóre musiały się tego nauczyć. Wynika to z praktyki, wraz z moją siostrą musiałam prowadzić niejedną kampanię wojenną. Gdy dopiero zaczynałam życie, myślałam, że moją rolą będzie tylko pomagać kucom śnić piękne sny. Jednak przez lata mego współpanowania musiałam nauczyć się zakładać zbroje. W kopycie dzierżyłam miecz i nim dla obrony Equestrii i moich poddanych walczyłam z wrogami. Przeżyłam wiele kampanii, bitew, potyczek. Z czasem nawet zaczęłam lubić walkę i dostrzegać w niej sztukę. Wielu wybitnych fechtmistrzów uczyło mnie i moją siostrę władania wszelkimi rodzajami broni. Czasami lubiłam stanąć z nauczycielami w szranki na turniejach. Wszystko tak pięknie wtedy wygląda. Powiewające proporce, błysk pancerzy, radość kuców, które wiwatują, brak trosk, które zwykle towarzyszą wszelkim innym walkom. 

  Luna zdawała się rozpływać we wspomnieniach. Jej oczy błyszczały co raz bardziej, albo Saladinowi tak tylko się zdawało, a usta poruszały się delikatnie, pozostając w łagodnym, ślicznym uśmiechu. Nagle jednak klacz  lekko spochmurniała, jej oczy wzniosły się ku zasłoniętemu przez gęste chmury księżycowi. Przerwało to tę piękną więź wzrokową, która powstała, a która dla Saladina mogłaby trwać wiecznie, zamykając jego umysł w niebiańskiej sferze obcowania z Panią Nocy.

- Tym jednak co naprawdę nauczyło mnie walczyć, był mój obowiązek wobec poddanych. Sny kucy okazały się nie być takie kojące, jak myślałam w pierwszych latach życia. Zwłaszcza w trakcie wojen wielu śniły się koszmary. Niejedna zła siła próbowała wedrzeć się do dusz mieszkańców Equestrii. Wiedziałam, że tylko ja zostałam obdarzona mocami, które pozwolą mi ukoić cierpienia i osłonić poddanych. Często więc w dzień prowadziłam wojska, a w nocy toczyłam samotną batalię, aby moi żołnierze i ich rodziny mogły spać spokojnie. Właśnie ten obowiązek nauczył mnie walczyć tak ze swymi słabościami, jak i dla innych.

Na koniec wypowiedzi Luna ponownie spojrzała na Saladina. To spojrzenie było jednak inne. Choć zachowało całe swoje piękno i niezwykłość, to we wnętrzu zawierało obrazy dawnych przeżyć, mroku i ogromnego brzemienia, jakie ciążyło na księżniczce. Ogierowi zdało się, że dostrzegał przez ułamek sekundy jakby cienie sennych mar, które musiała spotkać Strażniczka Marzeń. Nie trwało to dłużej niż blask kolejnej błyskawicy, która rozdarła niebo, a oczy księżniczki z powrotem uspokoiły się, wyłagodniały, nabierając ponownie blasku tysiąca najwspanialszych gwiazd.           

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Musiało być ci bardzo ciężko... o ile sam rozumiem walkę z typowo żywym przeciwnikiem sam na sam, to te wszystkie metafizyczne stworzenia, jakie musiałaś spotkać nie są dla mnie całkiem zrozumiałe. Zaiste podziwiam twoją niezłomność, Pani Nocy - podszedłem do niej bliżej. - Widzę, że jesteś wspaniałą przywódczynią, jak twoja siostra, ale... - na chwilę zawahałem się przed czynnością którą teraz chciałem zrobić. - Ale chciałbym cię poznać bliżej. Nie jako wojowniczą, szlachetną Władczynię, a prawdziwą osobę która pod nią się skrywa - lekko ująłem jej prawe przednie kopytko, mając nadzieję że zgodzi się na spacer. - Kim jest prawdziwa, zwyczajna Luna? I na przyszlosć, proszę, mówi mi poprostu Saladin. Tytuły dworskie nie obowiązują mnie w podróży. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna w pierwszej chwili patrzyła na Saladina bez słowa. Nie okazała też żadnych głębszych emocji. Gdy ujął ją za kopyto poczuł jego drżenie, wręcz stłumione szarpnięcie, ale po chwili mięśnie się rozluźniły. Spojrzenie władczyni stało się pytające. Nie musiała czekać długo na odpowiedź. Saladin otworzył przed nią część swojej duszy. Księżniczka powoli i delikatnie skryła swe oczy pod błękitnymi powiekami, a jej długie rzęsy zafalowały powabnie. Wzrok, który wydobył się spod zasłony powiek był znacznie odmieniony. Przez chwilę pogrążony w zadumie, ale jednocześnie mniej pewny, niż zwykle, jakiś skryty, zadziwiony. Luna otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć. Nagle jej oczy ostygły nabierając rozsądku, a głos wybrzmiał melodyjnie, mniej oficjalnie niż to miało miejsce przedtem, był cichszy, spokojniejszy, niejako bardziej intymny. Poprzedziło go krótkie milczenie, jakby w wahaniu

-... Saladinie... Nie... nie możemy teraz. Moja siostra, jej uczennica i Pan Cooper są w potrzebie. Wysłali nas z misją, a ja jako księżniczka mam obowiązek ją wypełnić. Jeśli przez ciekawość coś im się stanie, nie wybaczę sobie tego. Obowiązki są zawsze najważniejsze. Ważniejsze niż nasze chęci, potrzeby, czy nawet uczucia...

Tu Saladin zauważył, że księżniczka spojrzała smutno w stronę księżyca, jakby ponownie sobie coś przypominając. Mimo wydźwięku ogier był pewien, że to nie o uczucia do niego chodzi. Księżniczka, musiała coś wcześniej przeżyć.

- Chodźmy już szukać tego miejsca na spoczynek i jeśli raczysz wybaczyć nie rozpraszajmy się rozmową, nie możemy ich zawieść.

Luna powoli wysunęła swe kopyto z uścisku Saladina. Ogier cokolwiek teraz czuł, zaobserwował jednocześnie, że noga Luny pozostawała przez cały czas tej wymiany zdań w kontakcie z jego nogą. Poczuł też, że kopyto władczyni nie jest tak aksamitne jak jej sierść, było pościerane, w niektórych miejscach noszące ślady blizn, pokazujące dalekie podróże, czy znoje pola bitew.

 

Klacz ruszyła do przodu, spuszczając na chwilę głowę, a potem kierując wzrok do przodu. Było to surowsze spojrzenie, niż przed chwilą w rozmowie. Bardziej trzeźwe. W końcu po kilku następnych minutach znaleźli odpowiednie, zarośnięte krzakami miejsce. Dokładnie je obejrzeli, a gdy skończyli Luna przemówiła. Jej głos również wyszedł z tego intymnego i jakby spłoszonego tonu. Powrócił dźwięczny, melodyjny i piękny, choć nie tak łagodny dźwięk.

- Zostań tu i czekaj. Ja przyprowadzę resztę. Masz bardziej widoczne w nocnym lesie kolory, więc łatwiej cię znajdziemy.

To powiedziawszy księżniczka zaczęła się oddalać.

 

Troszeczkę offtopu. Jeśli Saladin nic nie mówi/robi przez czas tego postu, bądź zanim Luna wróci to napisz mi PW. Napiszę wtedy od razu następny fragment, na który będzie można bardziej logicznie zareagować. (wiesz trudno mi jest w tym przypadku określić jak Twoja postać zareaguje na sytuację, a nie chcę pozbawiać Cię możliwości odzewu, który może mieć wpływ na dalsze wydarzenia)         

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

Już chciałem ją zatrzymać, powiedzieć coś więcej, ale coś w środku mnie powstrzymało. Może... może faktycznie ma rację, to nie jest teraz czas i miejsce na idylliczne spacery. Nadal grozi nam niebezpieczeństwo. Miała rację... chyba trochę za bardzo sobie pofolgowałem. No dobra, ona faktycznie jest najpiękniejszą klaczą jaką widziałem, ale czy naprawdę nas może łączyć coś więcej? Ta myśl miała cholernie wielki ciężar. 

Ona przeszła więcej niż ja, doświadczyła więcej niż ja, że nawet nie wspomnę że jest starsza ode mnie o ponad tysiąc lat...

Obowiązki...

 

To zawsze powtarzał mi ojciec. Dobry władca zawsze winien przekładać obowiązki nad wszystko. Nawet nad własne dzieci... 

Ojciec zawsze był dobrym władcą, doskonałym strategiem, politykiem i przywódcą. Ale nie miał czasu dla nas. Luna i Celestia, one przedewszystkim myślą o swoich poddanych. Ich ochrona i opieka jest dla nich najważniejsza. A ja wyobrażałem sobie nie wiadomo co. Obowiązki... ciężar jakim nas teraz przytłaczają, sprawia, że to teraz na nich musimy się skupić. Nie na własnych pragnieniach. Nie. Nie będę robił nadziei sobie, ani Lunie. Ona ma rację, trzeba się skupić na powrocie do domu, nie na miłostkach.

 

- Sal, ty idioto... dlaczego musiałeś zakochać się w nieśmiertelnej boginii... - mruknąłem zniechęcony i zmęczony sam do siebie. Muszę się skupić na dotarciu do bezpiecznego miejsca i nazbierałem trochę chrustu i drewna na rozpalenie ogniska. Nie rozpalam go, zaczekam na innych. Potem usiadłem pod drzewem i czekałem na resztę, mimo to... czułem gdzieś w środku wielki zawód i ból utraty czegoś, czego nawet nie zdążyłem dobrze poznać. Bolało. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Saladin obszedł okolicę dookoła, znalazł kilka gałęzi. Ułożył z nich stos, tak aby można go było zapalić. Pogoda w prawdzie nie dawała nadziei na płomień. Burza dalej trwała, nie szczędząc deszczu. Tu w prawdzie las skutecznie ochraniał przed nim, ale drewno zdążyło zmoknąć na tyle, aby bez dobrych narzędzi jak zapałki, czy hubka i krzesiwo rozpalić ogień. Mimo to praca uspokoiła ogiera. Miał czas na przemyślenia. Akurat, gdy uporał się z sobą, przynajmniej na tyle na ile potrafił, usłyszał sapanie znajomego, czerwonego ogiera. Odwrócił się w tamtą stronę i zauważył Lunę, która dźwigała cały przód ciała Coopera. Ten zwisał przez jej plecy, idąc tylnimi nogami po gruncie. Obok szła Twilight i opierająca się o nią Celestia. Najmłodsza z księżniczek, dostrzegłszy Saladina przyspieszyła kroku i pierwsza dotarła na miejsce.

- Wyśmienite miejsce znaleźliście. Teraz powoli księżniczko. Nie zrób sobie krzywdy.

Twilight położyła Celestię na miękkim mchu. Luna doszła do towarzystwa kładąc obok Coopera. Ogier widząc ułożony stos od razu powiedział swym ochrypłym głosem:

- Z całym szacunkiem dla waszych wygód, ale nie możemy rozpalić tutaj ognia. Zbyt łatwo byłoby nas znaleźć. W ogóle układanie takiego ogniska jest już niebezpieczne, bo pozostawiamy ślady. Nie wiem kto je tu ułożył, ale trzeba będzie je zniszczyć, a gałęzie rozrzucić po okolicy.

 Księżniczki rozejrzały się po sobie, szybko odkrywając, że to Saladin zniósł tu te kawałki drewna. Celestia zmierzyła go zdziwionym spojrzeniem, starając się zachować grzeczność, ale wyraźnie oniemiała z powodu próby budowy ogniska. Sladin w obecnym stanie mógł jednak to odebrać, jak powiedzenie mu, że nie myśli i nie nadaje się do takich wypraw. Luna nie patrzyła się na niego, ponownie jej wzrok powędrował w stronę morza. Przyglądała się tamtym rejonom dość długo i uważnie, natomiast Twilight szybko odwróciła wzrok i przystąpiła do Coopera.

- Jakie to szczęście, że niedawno skończyłam czytać książkę od Zecory o leśnych ziołach. Dzięki temu znalazłam dość przydatne liście. Powinny panu pomóc. Luno na pewno chcesz iść po więcej ziela, może lepiej odpocznij.

- Nie Twilight, nie jestem ranna, tylko trochę potłuczona, Ty musisz zostać i doglądać mojej siostry i Pana Coopera. Tylko Ty znasz to ziele. Przyda nam się w podróży, a z Ambasadorem nazbieramy go więcej. Poza tym zużyjesz wszystko na swoich rannych, a nie możemy zapominać o tym, że Ambasador również został postrzelony w nogę.

- O tak, racja, przepraszam najmocniej Pana Ambasadora, jakoś tak dzielnie Pan sobie radzi, że zapomniałam.

Twilight wyraźnie się zawstydziła swoją gafą i próbowała jakoś dyplomatycznie wyjść z trudnej sytuacji, co nie do końca jej wyszło. Jednak Saladin raczej pomijał to, wsłuchując się w poprzednie słowa Luny, wypowiedziane dość rzeczowym tonem. Zwróciło jego uwagę, że znów odezwała się do niego jego tytułem.

- Siostro tylko uważajcie na siebie i szybko wracajcie.

- Dobrze, ale nasz powrót może się przedłużyć. Należałoby bowiem dobrze przeszukać teren. Z Ambasadorem zrobiliśmy to pobieżnie.

- Przy okazji jakby szanowna Pani raczyła rozrzucić to drewno, lepiej nie zostawiać śladów jak już mówiłem... ałć.

- Przepraszam, ale to niestety może trochę boleć.

- Dziękuję Ci księżniczko i na mój ból nie zważaj, ale syknę sobie od czasu do czasu.

Cooper nie tracił humoru, nawet gdy leżał na wpół sprawny na mokrej ziemi. Luna natomiast powstała i spojrzała w stronę Saladina. Obróciła wzrok, wzięła część drewna z ogniska i zaczęła iść w ciemność okolicznych terenów. Ambasador pod taką presją planów drużyny wstał i poszedł za Panią Nocy. Rzeczywiście pomysł wydawał się racjonalny. Więcej leczniczych ziół, zbadanie terenu, no i to nieszczęsne ognisko, do którego przyczepił się Cooper. Należało go wykonać. Bał się jednak jak będzie się czuł znowu wędrując sam na sam ze swą wybranką serca, która ponownie pochłonięta przez obowiązki nie będzie skora do rozmowy. Szedł w zadumie, gdy nagle usłyszał ponownie głos Luny. Tym razem podobnie niepewny, jak wtedy, gdy chwycił ją za kopyto, a możne nawet i nieśmiały.

- Saladinie... dlaczego interesuje Cię kim jest prawdziwa Luna? - padło w końcu ciche pytanie.

Klacz spojrzała mu w oczy na dłuższą chwilę, jednak musiała uważać gdzie idzie, więc później odwróciła wzrok. Ogier zdał sobie sprawę, że zdążyli się już oddalić dość znacznie od obozowiska. Luna wyrzuciła jedną gałąź w bok, a kolejne błyskawice dalej grały kolorowymi smugami na jej sierści.        

   

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

No proszę... podstawowa zasada na szlaku - nigdy nie zostawiaj widocznych śladów, bo to tak jakbyś zapraszał skrytobójców prosto do siebie. 

Nie mam w zwyczaju klnąć, ale tym razem miałem wielką ochotę zrugać się pod swoim adresem. Przez moją nieostrożność nie dość, że wyszedłem na idiotę, to jeszcze mogłem narazić nas na wykrycie. 

- Nie jestem żadnym panem, ani ambasadorem! Mówiłem ci już, żebyś mówiła mi poprostu po imieniu tak to ciężko zapamiętać?!! Nie życzę sobie żadnych tytułów! To nie pałac ani dwór, a my jesteśmy wszyscy grupą ściganych zbiegów, co dalekie jest od jakiejkolwiek etykiety! - coś na chwilę we mnie pękło i podniosłem nie przyjemnie głos na Twilight. - Znaczy...ja... przepraszam. Lepiej... pójdę po to ziele. - mruknąłem speszony i poszedłem z Luną zbadać okolice i szukać potrzebnych ziół.

 

Póki co okolica zdawała się być bezpieczna, nie natrafiliśmy nawet na dzikie zwierzęta... co mnie trochę nie pokoiło. Było tutaj aż za cicho, no nie licząc burzy. Poszukiwania przerwało mi jednak pytanie od Luny. Zawahałem się, przyznam szczerze. Przez nikłą chwilę liczyłem na polepszenie relacji, ale przypomniałem sobie wcześniejsze przemyślenia. To nie ten czas, nie to miejsce, nie te okoliczności... i możliwe że nie ta osoba. Teraz... trzeba myśleć obowiązkowo. 

- Teraz... mamy inne rzeczy do zrobienia. Ważniejsze. Znajdźmy te zioła i wracajmy do reszty. Tamo może poczekać - starałem się uciąć krótko dyskusję, ale moją ranę przeszył ból. Cóż, nie mogłem go za długo ingnorować. - Auć... to nic. Zwykłe drśnięcie - powiedziałem chłodno. - Wracajmy, i tak oddaliliśmy się bardziej niż trzeba. 

Edited by Ares Prime

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy Saladin krzyknął na Twilight, biedna klacz skuliła się i pomniejszyła. Jej mina przez chwilę była przerażona. W prawdzie ambasador szybko przeprosił i odszedł, ale widział sylwetkę zmartwionej i przerażonej Twilight, leżącej na ziemi przy Celestii. Czuł na sobie wspólne spojrzenia wszystkich obozowiczów i przez dłuższą chwilę ogarnęło go dziwne, nieswoje uczucie.

 

Jednak spokój nocy i w tym przypadku kojące odgłosy burzy uspokoiły go. Udało im się rozrzucić gałęzie, tak, że nie pozostawili po sobie śladu bytności. Księżniczka odezwała się, on ją chłodno zbył. Luna jakby lekko cofnęła się od jego słów i spuściła wzrok. Przez chwile wydawał się rozkojarzony, ale po chwili skupił się na jakiejś roślinie. Pani nocy zerwała ją bez słowa. Saladin syknął z bólu, Luna odwróciła głowę, jednak po jego chłodnej odpowiedzi znów wróciła do poszukiwania ziół. Po upływie pół godziny, kiedy znaleźli już dość roślin, skierowali swe kroki ku polance. Przybyli tam szybko i w ciszy. Przywitało ich pogodne spojrzenie Coopera i opiekuńczy głos Celestii:

- Siostro, jesteś. Jak dobrze, już się zaczynałyśmy martwić. Twilight proszę, bądź tak miła i zajmij się ranami Saladina i Luny.

- Oczywiście księżniczko. 

- No zaraz poczujecie się jak w niebie. Mała księżniczka ma tak delikatne kopyta, jak istny puch chmur, a mimo, że twierdzi, iż nigdy w życiu nie opatrywała, to te jej książki uczą ją lepiej niż kilka lat praktyki. Wiem co mówię, niejeden "lekarz" już mnie leczył.

 

Twilight podeszła ze spuszczonym wzrokiem do Saladina i nie odzywając się zaczęła opatrywać nogę ogiera. Powoli przeżuwała ziele, następnie, powstałą mazią, nasmarowała ranę, dołożyła trochę rośliny w zwykłej postaci i zawinęła to w kawałek materiału. Faktycznie po chwili Saladin poczuł się trochę lepiej, a jego ranę ogarnął przyjemny chłód. Następnie Twilight obejrzała dokładnie Lunę. Na drobne zadrapania też nałożyła trochę zmielonych liści.

​- Chyba należy nam się chwilka snu. Jednak ktoś musi trzymać wartę. Podzielmy się dwójkami, łatwiej będzie nie zasnąć. ja wezmę pierwszą.

- Nie księżniczko, ty jesteś ranna, musisz wypocząć. Do rana nie zostało długo, ja czuję się dobrze, więc ja będę czuwała.

- Twilight ma rację, ranni muszą odpocząć. Jednak ja kocham noc i warta będzie dla mnie przyjemnością. Twilight ty też odpocznij, napracowałaś się dzisiaj. 

- Dziękuję ci siostro. To dobry pomysł, połóż się obok mnie Twilight będzie nam cieplej.

- No wspaniałe Panie mają ciepłą kołdrę ze swojej sierści. Nam nie zostały takie wygody. Co najwyżej możemy się położyć obok siebie, hahaha, ach te klacze zawsze lepsze biorą dla siebie.

Cooper został zmierzony zdziwionym spojrzeniem Twilight, lekko rozbawionym Celestii i Tajemniczym Luny, którego znaczenia nie sposób było odgadnąć. 

- Dobranoc. Obudzę was, gdy przyjdzie dzień.

- Ech, tęsknię do domu, pewnie biedny Spike już się zamartwia, co się z nami stało. A moje przyjaciółki? Przecież juto rano miałyśmy iść na przyjęcie zorganizowane przez Pinkie na cześć zasadzenia nowej trawy na Akrach Słodkich Jabłek. Na pewno wszyscy będą potwornie zmartwieni. No cóż, na pewno moje przyjaciółki na coś wpadną i nas uratują.

- Dobranoc wszystkim.

 

Nad obozem zapanowała senna atmosfera. Luna siadła i oparła się o pień drzewa, wszyscy się położyli, choć ich oczy się nie zamykały. Co raz ktoś się odzywał, nawiązując do swego ciepłego łóżka, czy domu, tak teraz odległych. Jak zwykle najbardziej gadatliwy okazał sę Cooper, który nawijał o swoim rozpadającym się łóżku sprężynowym w małej chatce, albo o zielonej trawie, na której sypiał tak często, tudzież czarnej szafie, w której był zamykany.       

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mała uwaga - jeśli MG pozwoli, opiszę krótko sen Saladyna.

_______________________________________

 

Chyba jednak za ostro zareagowałem. Twilight ostatecznie nie była niczemu winna i pomagała jak tylko mogła, nie potrzebnie na nią krzyczałem. Takie zachowanie nie przystoi księciu. Dodatkowo wyszedłem na barana, domyślałem się co myślą sobie o mnie inni - najpierw głupi pomysł z ogniskiem, a potem jeszcze to. Nie wiedziałem jak rozwiązać sprawę z Luną... czułem do niej gorące uczucie, ale czy wogóle to ma sens? Ona jest nieśmiertelną istotą, co mogę znaczyć dla niej jako śmiertelnik, choćby i książę?

 

Miałem jednak dość tego wszystkiego na dziś. Byłem poprostu cholernie zmęczony i nim się zorientowałem głowa opadła mi na pierś i usnąłem.

 

Słyszałem krzyki. Dźwięk stali uderzającej o stal. Wręcz czułem też zapach spalenizny i dymu. Podnad wszystko przebijał się jednak dźwięk tysięcy maszerujących kopyt. Jakby z daleka widziałem przemieszczający się ocean...nie, nie ocean. Armię. Dziesiątki tysięcy wojowników, zbrojnych w okrągłe tarcze, zakrzywione szable i długie włócznie. Każdy z nich nosił na zbroi jeden symbol - godło Siodłowej Arabii. Armię tą prowadził ciemnobrązowy ogier o złotej grzywie i brodzie, znałem go. To był mój najstarszy brat, Buuri, najwyższy dowódca królewskiej armii i następca tronu. Obok niego szedł mój ojciec, również noszący bitewną zbroję. Jego zazwyczaj pogodne i mądre oblicze, zastąpił grymas złości i ponurej determinacji. Widziałem jak rozkazuje maszerować żołnierzom, jak przekraczają granice Equestrii. Słyszałem jak wykrzykują bitewne okrzyki, ale najwyraźniejsze były następujące słowa:

- Zemsta! Sprawiedliwość! Zdrada! Za Saladyna! Pomścić naszego księcia!

Zrozumiałem, że oni idą mścić moją śmierć. To część naszej kultury - zdradę trzeba ukarać, zapłacić za nią żelazem i to srogo. Zwłaszcza, jeśli chodzi o królewskiego syna. Chciałem powstrzymać ich, pokazać się że jestem cały i nic mi nie jest, ale nic nie mogłem zrobić. Potem widziałem jak żołnierze palą equestrianskie wioski, a kucyki biorą w niewolę. Nasz naród jest bitny i ma dużo większą armię niż Equestria, każdy obywatel odbywa przynajmniej 15 miesiączną służbę wojskową, gdzie uczy się walczyć. To było straszne, pełne krwi i mordu. Widziałem jak płonie Canterlot pozbawiony ochrony Celestii i Luny. Martwe, niczemu niewinne kucyki, moi ziomkowie palący i rabujacy co się da. W imię zemsty za moją krew. Wszędzie była śmierć i groza....

 

- Aaaach... - obudziłem, zlany potem, dysząc jakby ktoś dusił mnie we śnie. Nie wiedziałem ile spałem, ale wiedziałem, że tej nocy nie zmrużę już oka. Ten sen... był niesamowicie realistyczny. Jakbym tam był, ale stał gdzieś z boku, niewidoczny i niemogłem nic zrobić aby zapobiec temu nieszczęściu. Nigdy nie byłem skłonny do wojen, ani tymbardziej do mszczenia krzywd w taki sposób. Ojciec jednak był zatwardziałym tradycjonalistą, a Buuri poszedł w jego ślady. Wiedziałem, że obaj mogą być do tego zdolni. Spojrzałem na resztę, aby sprawdzić czy czasem ich nie obudziłem, choć nie krzyczałem na pewno przez sen. 

- Co za koszmar... - sapnąłem ciężko. - Przepraszam... - po czym wstałem i odszedłem nieco w las. Aby otrzeźnić się z resztek koszmaru.

Edited by Ares Prime

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak jasne, sny możesz kreować itd. :pinkie: zawsze miło coś takiego poczytać.

 

Saladin obudził się zlany potem. Burza najwyraźniej ustawała. Deszcz nie dudnił już tak o gałęzie rozłożystych leśnych drzew, pioruny odzywały się rzadziej niż wcześniej. Początkowo wzrok ogiera był jakby zamroczony, nie widział światła. Rozejrzał się po obozie. Wszyscy jego towarzysze spali. Ich miarowy oddech uspokajał. Dopiero teraz światło zaczęło docierać do świadomości Araba. Musiało już wzejść słońce, gdyż przez gęste i ciemne burzowe chmury, gdzieniegdzie przebijały się jego poranne, zaspane promienie. Wszędzie było szaro, ale i tak jaśniej niż wczorajszej nocy. Na oko była godzina szósta. Saladin raz jeszcze spojrzał na swoją kompanię. Cooper leżał oparty o pień drzewa. Jego prowizoryczne bandaże na nogach były przesiąknięte krwią. Co pocieszało jucha wyglądała jakby już dawno zakrzepła. Dawało to nadzieję, że może rany są już zatamowane. Szorstka twarz ogiera poruszała się przez chwilę, jakby odganiając muchy. Marynarz chrapał cicho, ale dość basowo. Wyglądał na szczęśliwego z każdej chwili snu. Po jego prawej leżała Celestia. Biała sierść byłą pobrudzona krwią na przeciętym kopycie. Księżniczka również spała spokojnie, łapiąc powolne głębokie oddechy. Sladin uświadomił sobie, że powietrze rzeczywiście jest bardzo orzeźwiające. Po burzy morze zaczęło wydawać zapach świeżości, dodając energii zmęczonemu ogierowi. Kawałek od Celestii leżała piękna klacz Nocy. Szare światło dnia zdawało się zanikać w jej ciemnej sierści, która jakby emanowała własnym blaskiem, jakby zakrytych konstelacji gwiazd. Twarz Luny była spokojna, a jej sierść poruszała się w rytm oddechów. No i wreszcie stosunkowo blisko niego leżała Twilight. Młoda księżniczka wyglądała na potwornie zmęczoną. Spała jak zabita, a jednocześnie wyraz jej twarzy wskazywał strach i bezradność. Była jednak w tym także doza determinacji.

 

Ogier zaczął oddalać się od obozu. Ostatnie pioruny rozdzierały niebo. Potykał się czasami o pnie, czy gałęzie. Jakoś nie mógł zebrać myśli, ale wilgotne liście i krople deszczu spadające mu na twarz otrzeźwiały go. W końcu doszedł do miejsca, skąd było widać morze. Po statku nie było śladu, natomiast jego czujny wzrok dostrzegł dwie, przywiązane do drzew szalupy. Momentalnie jego umysł zaczął pracować normalnie. Starał się przypomnieć sobie gdzie oni wylądowali zeszłej nocy. W końcu doszedł do wniosku, że changelingi musiały dostać się na brzeg nie bliżej niż 5 km od ich miejsca wyjścia na brzeg. Poczuł swego rodzaju ulgę. Istniała bowiem bardzo mała szansa, że najdą ich na tak dużym obszarze. Jednak w jego sercu zrodził się niepokój, czy aby właśnie jakimś cudem changelingi nie dotarły do obozu i nie zabierają księżniczek z powrotem do Changeli. Ruszył więc z powrotem do obozu. Gdy tam dotarł jego obawy rozwiały się. Wszystko było w najlepszym porządku, poza jednym. Wszystkie kuce spały dalej spokojnie, ale Saladin zauważył, że Księżniczka Luna zaczęła jakby krzyczeć, czy jęczeć przez sen. Było to ciche, ale bardzo przejmujące zawodzenie. Dodatkowo jej ciało drżało, a czasem nawet część mięśni kurczyła się silnie, wyginając ją lekko nienaturalnie.         

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

Paskudny sen... i chyba najgorsza możliwa wersja przyszłości. 

Dobra, to jednak tylko sen. Reszta śpi jak zabici, niech wypoczywają póki mogą. Przeczucie mówi mi, że nie prędko będziemy mogli znów tak błogo leniuchować. Potrzebujemy ciepłych ubran, broni, jedzenia i leków. A nie mamy nawet grosza przy duszy, w dodatku będą nas ścigać Changelingi. Widzialem ich łódź, i pewnie chociaż są nikłe szanse że nas znajdą, to jednak nie możemy zatrzymywać się długo w jednym miejscu. 

Trzeba obudzić resztę i natychmiast stąd odejść. Ale zaraz... co się dzieje z Luną? Wygląda jakby... dostawała konwulsji, albo drgawek. 

 

Podszedłem do niej i lekko dotknąłem czoła. Nie miała gorączki, ani osłabienia. Jednak wiedziałem, że muszę ją jakoś obudzić, bo to jej zawodzenie musialo być dla niej straszne i kto wie czy nie bolesne? No i mogłaby tym ściągąć na głowę łowców. 

- Luno? Ksieżczniczko, słyszysz mnie? - potrząsnąłem jej ramieniem, ale niewiele to dało. Wreszcie wziąłem ją w ramiona i próbowałem nadal docucić - Luno, obudź się, obudź! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna po pierwszym potrząśnięciu tylko bardziej się skuliła. Gdy Saladin wziął ją w ramiona uczuł przejmujący chłód bijący od jej ciała, a równocześnie aksamitnie miękką sierść księżniczki. Ogier kontynuował dobudzanie i w końcu powieki klaczy poruszyły się, jej rzęsy zadrgały i oczy momentalnie otworzyły się. Saladina aż przestraszył widok, jaki ujrzał. Źrenice księżniczki były jakby kocie, widział w nich nieprzeniknioną ciemność strachu, bólu i koszmaru, zarazem spojrzenie Luny było jakby przeszywające i paraliżujące, wyrażające olbrzymią pewność siebie i moc. Jej tęczówki mieniły się wieloma kolorami, które jakby matowiały i stanowiły zaledwie lekką, barwną obwódkę do źrenic wiejących pustką. Saladin był tak przerażony, że chciał momentalnie odskoczyć, jednak potworny wzrok całkowicie go sparaliżował.

 

Saladin miał wrażenie, że ta chwila trwa całe wieki, ale w końcu powieki znów zamknęły się szybko i tym razem podniosły się o wiele wolniej. Pod nimi ukazały się już zwykłe, piękne oczy Władczyni Nocy, które spojrzały najpierw bardzo przytomnie i rzeczowo, oceniając sytuację, a po chwili, jakby rozpoznając ogiera zmieniły swe zabarwienie emocjonalne na lekki wyraz szczęścia i spokoju. Saladin miał przez chwilę wrażenie, że głęboko w źrenicach zapaliły się potężne gwiazdy nocnego nieba, które nadawały bajeczności i tajemniczości w spojrzeniu klaczy.

 

Luna przez chwile milczała, jakby układając fakty, przez chwile w jej oczach pojawił się strach. Szybko go jednak zamaskowała lekkim ruchem głowy, który spowodował spłynięcie jej delikatnej, mglistej grzywy na połowę jej twarzy. Odgrodziła się od ogiera jakby półprzezroczystym wodospadem falujących włosów. Ogier nagle poczuł zmianę w temperaturze jej ciała. Z całkowitego chłodu północnych krain zmienił się on najpierw w przyjemny ciepły zefir, a później w miłą bryzę temperatury, przypominającą ognisko. Saladin uspokoił się, gdyż te wszystkie nagłe zmiany wstrząsnęły nim z lekka. Zamknięcie oczu pomogło ogierowi, miał chwilę, żeby stwierdzić, że wszystko jest już chyba w porządku.

 

Gdy ponownie spojrzał na Lunę, ta nie miała już grzywy na twarzy, natomiast patrzyła na niego, jakby dalej połowicznie tkwiąc w świecie snu. Saladin aż zaczął się dziwić, że księżniczka nie wyrywa się z jego ramion. Przemknęło mu nawet przez myśl, że może Luna chce być obejmowana przez jego silne kopyta, choć po jej twarzy można było raczej wnioskować, że nie jest jeszcze świadoma swego położenia. Te rozmyślania przerwał jej delikatny, nieśmiały i na wpół rozmarzony głos:

- Dziękuję Ci...

  To powiedziawszy uśmiechnęła się nieznacznie i niepewnie, jakby nie wiedząc, czy może sobie na to pozwolić. 

Edited by kapi
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na palące piaski pustyni... co jej się stało?

W jednej chwili jej oczy były... ciężko to było określić, ale wyglądały jak oczy jakiegoś potwornego drapieżnika. Były zimne, nieugięte, pełne chęci szerzenia strachu i cierpienia. I chociaż w życiu już sporo widziałem, to nic nie mogło równać się z tym. Bo było z tą klaczą? Chciałem ją odrzucić, ale nie mogłem. Ona chyba w jakiś sposób cierpiała, bo wręcz drżała jak we frebrze. Każdy potrzebuje wsparcia drugiej osoby, Celestia kiedyś mi to uświadomiła. Nie zostawię jej.

 

Po dłuższej chwili Luna wreszcie doszła do siebie. Znów stała się ciepła, spokojna i opanowana. Jej sierść była taka miękka i delikatna, obejmować ją było istną przyjemnością.

- Spokojnie, wszystko już jest dobrze, Luno. To był tylko zły sen, ale już odszedł i nie wróci. - również się uśmiechnąłem, nadal ją obejmując.- Nic ci nie grozi, Pani Nocy. Nie, gdy jestem przy Tobie...  

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdy ogier wypowiedział swe bohaterskie zdania Luna wpierw uśmiechnęła się lekko, a potem jej wyraz twarzy zmienił się diametralnie, wracając do normalnej tajemniczości i spokoju. Delikatnie wysunęła się z ramion Saladina, spojrzała na niego, jakby chciała przeniknąć w głąb jego duszy, podczas szybkiego smagnięcia źrenicami. Po czym odezwała się zupełnie spokojnie, ale zarazem ledwo słyszalnym głosem, mówiąc bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego:

- To nie był zły sen i on wróci. 

Księżniczka poprawiła grzywę, która po chwili zaczęła majestatycznie falować. Spojrzała na śpiący obóz, zastanawiała się w sobie, po czym powiedziała już głośniej, półszeptem do Saladina:

- Zastanawiam się kiedy budzić moją siostrę i naszych towarzyszy. Będą potrzebować snu podczas naszej podróży, a zwlekać nie możemy. Dziękuję Ci jeszcze raz. Mam nadzieję, że nic Ci nie zrobiłam.

Ostatnie słowa wypowiedzi księżniczki aż uderzyły swym znaczeniem Saladina. Chwilę konsternacji przerwała Twilight, która przez sen wybełkotała:

- O najnowszzzzzzy nuuumer godzinnika "Nowościiii Biblioteczych", siekawe jakie nofe kssssiażki wyszszy pszes ostatnio godzzzzzine.

Luna spojrzała w stronę najmłodszej księżniczki. Na jej ustach pojawił się uśmiech zrozumienia i rozbawienia. Po chwili obejrzała się zpowrotem na Saladina.  

Edited by kapi

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Damy im jeszcze godzinę, Luno. Potrzebują sił i muszą jeszcze wypocząć. I nie, nie zrobiłaś mi nic złego, jeśli o to pytasz. Ja już wyspałem się dostatecznie. - rzekłem owijając się w zdobyczny płaszcz i poprawiając przy boku miecz, również zrabowany naszym porywaczom. Wtedy to odezwała się najmłodsza z księżniczek. 

- Ha, musi naprawdę lubić książki. Mam nadzieję, że nie uraziłem jej za bardzo wtedy. 

 

Spojrzałem na horyzont i przez dłuższą chwilę zadumałem się. 

- Musimy postanowić gdzie teraz iść. Nie możemy iść do miasta, zakładam że niedoszli porywacze już powiadomili kogo trzeba i pogoń za nami się zaostrzy, a niesety potrzebujemy jakiś zapasów i sprzętu. Zastanawiałem się też nad inną kwestią - spojrzałem na Lunę. - O ile nie będzie problemem ukrycie skrzydeł i rogu, to nie wiem co zrobić z waszymi grzywami. Choć piękne, to niesety, bardzo rzucają się w oczy, nie wiem czy da się schować pod kapturem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...