Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
kapi

Trudne Negocjacje

Recommended Posts

Luna milczała i zastanawiała się. Poruszyła ją dopiero pierwsza wypowiedź Saladina. Odparła na nią spokojnie:

- Twilight Sparkle jest księżniczką przyjaźni, chyba najbardziej przywykła do obcesowych zachowań i niezbyt miłych komentarzy. Nie sądzę, zatem, aby Twoje słowa ją uraziły, a nawet jeśli to szybko o tym zapomni. Twilight czasami mi imponuje swym wewnętrznym spokojem. Sama czasami chciałabym mieć tak niezłomną wolę w trudnych momentach jak ona... 

 

Zapadła krótka cisza. Gdy ogier znów poruszył temat wyprawy, piękna klacz odparła:

- Jest to dość trudna decyzja Saladinie. Pewnym jest, że udajemy się w stronę Equestrii. Niestety oddzielają nas od niej niezbadane ziemie tajemniczych pustkowi. Są oczywiście główne przekarczowane szlaki, ale jako brama do Changeli są bardzo dobrze strzeżone i kontrolowane. Moglibyśmy wrócić drogą morską, ale do tego potrzebny jest statek. Kapitana już mamy. Jednak z tego co widzę, będziemy musieli jednak udać się do małego miasta. Po pierwsze Cooper potrzebuje bardziej fachowej opieki, po drugie jeśli udałoby się zdjąć nam te bransolety antymagiczne byłoby dużo łatwiej.

Wypowiadając ostatnie słowa Luna ściszyła głos, jakby coś maskowała. Jej usta zadrżały. Po chwili jednak opanowała się i kontynuowała.

- Jak powiedziałeś potrzebujemy zapasów, a poza miastem możemy się zdać tylko na nasze doświadczenie. Owszem Twilight mogłaby coś wiedzieć z książek, a Cooper z doświadczenia, ale o to będziemy musieli ich spytać po obudzeniu. Może moja siostra coś wymyśli, ale ja byłabym jednak za wysłaniem dwóch osób do miasteczka, albo lepiej do wsi.

Na ostatni problem Saladina Luna zareagowała cichym, dyskretnym, ale szczerym śmiechem.

- Dziękuję za komplement Saladinie, ale zapewniam, że grzywy moja i mej siostry są także bardzo praktyczne. Bez większego problemu układają się w różnorakie fryzury. Czasami zdarza mi się chodzić w kucyku, gdy nie jestem na oficjalnych wizytach. Nie martw się więc, kaptur wbrew pozorom, całkowicie pokryje nasze włosy.       

Edited by kapi
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Wrócić drogą morską? Hm, to chyba jest najlepsze z możliwych rozwiązań. Na lądzie nasi wrogowie z pewnością mają większe siły do poszukiwań, a sam na ich miejscu wypytywałbym kogo się da, każdego kto wie cokolwiek. To dobra myśl, Luno. Choć wyprawa do miasta jest ryzykowna, to innego wyjścia nie mamy. Trochę gotówki mamy, ale za mało żeby wynająć statek, ale spokojnie - uśmiechnąłem się tajemniczo. - Sporo grywałem w kości i karty podczas podróży, i śmiem twierdzić, że całkiem niezły ze mnie gracz i szuler. Zarobimy w ten sposób dość pieniędzy i informacji. Portowe miasta są skarbnicą różnorodności, jeśli się wie gdzie i czego w nich szukać. 

 

Przez chwilę patrzylem się na śpiących towarzyszy po czym znów zwróciłem się do Luny.

- Księżniczko... pamiętasz naszą ostatnią rozmowę... wiesz, zachowałem się trochę jak głupiec. Poprostu... jakby to powiedzieć, od dawna nie spotkałem takiej klaczy jak ty. Kogoś tak... niezwykłego i zaskakującego. Wybacz mi bezpośredniość, ale - zawahałem się, ale podbudowany nie tak dawnym zbliżeniem, zdecydowałem się bardziej otworzyć. - Jesteś zdecydowanie najpiękniejsza klaczą, jaką w życiu widziałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna jako odpowiedź na pierwszą wypowiedz Saladina  uśmiechnęła się i rzekła miłym tonem:

- Cieszę się, że rozumiesz nasze położenie,a także że popierasz mój pomysł. Zobaczymy co powie moja siostra i Księżniczka Twilight. Może wpadną na coś lepszego, ale ja na razie nie widzę innego, dobrego rozwiązania. To oczywiście też nie jest dość satysfakcjonujące. Tym lepiej dla nas, że masz możliwość pozyskania pieniędzy. W takim razie na pewno Ty pójdziesz do miasta, zastanów się już kogo chcesz ze sobą wziąć. Wydaję mi się, że tak będzie najrozsądniej posłać Ciebie i kogoś do miasta, a niech reszta czeka w buszu. Jednak i tak musimy czekać, aż reszta się obudzi.

Gdy Saldin zaczął wypowiadać swoją drugą kwestię. Luna zdawała się być spokojna i prawie się nie poruszać dla obserwatora z boku, ale ogier dostrzegał w niej pewne nietypowe oznaki, świadczące raczej o dość dużych emocjach: Księżniczko (Luna  skupiła spojrzenie na nim)...pamiętasz naszą ostatnią rozmowę...(Lekkie odbiegnięcie umysłem, próba przypomnienia, delikatne, potwierdzające kiwnięcie głową i wyraz jakiegoś skrywanego bólu oraz smutku) wiesz, zachowałem się trochę jak głupiec. (Wewnętrzny, pohamowany troszeczkę za późno wstrząs) Po prostu... jakby to powiedzieć, od dawna nie spotkałem takiej klaczy jak ty. (Ponownie skupienie oczu. Tych pięknych oczu, w których gdzieś w głębi zapalały się gwiazdy) Kogoś tak... niezwykłego i zaskakującego. (Lekki ruch głowy w bok i towarzyszący temu delikatny rumieniec)  Wybacz mi bezpośredniość, ale (ledwo zauważone, wstrzymanie albo wypłycenie  oddechu). Jesteś zdecydowanie najpiękniejsza klaczą, jaką w życiu widziałem.

 

Na te ostanie słowa źrenice Luny rozszerzyły się niczym nieskończony, piękny, czarny wypełniony świetlistymi galaktykami kosmos, majestatycznie powiększa swe horyzonty. Szybko jednak jeden z wszechświatów zwierciadeł duszy, został zalany falą niebieskich, delikatnych włosów. Oczy pięknej klacz dalej patrzyły na ogiera. Zdawało mu się, że są zrobione jakby z żywego kryształu, gdyż tak się szkliły, jakby odbijając w sobie i załamując naturalny blask. Usta księżniczki lekko otworzyły się, oddech prawie niezauważalnie przyspieszył, a granatowe policzki oblał rumieniec, nadający im wyjątkowy fioletowo-różowy odcień, pięknie podkreślający całość twarzy. Przez sekundy, które zdawały się eonami w myśli Saladina, Luna zdawała się opanowywać fale emocji. Jakich? tego ogier nie dął rady rozszyfrować. Jednak patrząc na jej twarz arab widział jakieś szczęście, pomieszane z niedowierzaniem. Nogi Władczyni Nocy podkuliły się lekko, chowając więcej ciała w kaskady majestatycznej grzywy. W końcu Luna odezwała się. Jej głos nie brzmiał tak jak zwykle. Gdzieś stopniała zwyczajowa pewność siebie i majestat. Saladin poczuł, jakby mówiła do niego jako klacz, jako kucyk, zapominając, że jest też księżniczką. Głos rozbrzmiał cicho, jakby wiadomość miała zostać zaadresowana tylko do Saladina i nic, nawet powietrze czy okoliczne rośliny nie miały jej usłyszeć:      

- Czy Twa wypowiedź nie jest zbyt pochopna? Znasz mnie zaledwie od kilku godzin, a mimo to... Dla mnie jesteś gotów wystawić swe serce na zranienie?

We wszystkich pytaniach brzmiało niedowierzanie, jakaś wewnętrzna sprzeczność i konflikt wewnętrzny. Luna zdawała się jakby czegoś nie rozumieć, z czymś w sobie walczyć. Jedna z kryształowych kul jej oczu wydała piękny mieniący się owoc - łzę, która powoli spływała po zaróżowionym policzku klaczy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jej wypowiedź trochę mnie skonfundowała, ale po jej reakcji zacząłem sądzić, że ona... chyba też coś do mnie czuje. Nie byłem jednak pewny co. Czułem jak moje serce bije szybciej, zrobiło się mi też dziwne gorąco. Jednak wziąłem głęboki wdech, jak przed skokiem do jeziora. 

- Istotnie, może nie znamy się za długo, a nasza wydarzenia podczas naszej znajomości nie były zbyt korzystne, ale...  - głos mi na chwilę uwiązł w gardle. Nawet podczas swojego stażu jako ambasador i negocjator, takiej pustyni w ustach jeszcze nie miałem. Jednak nie wycofam się nie w takiej chwili. 

- Myślałem sporo nad tym... i nie znajduję innego wytłumaczenia, jak to, że poprostu zakochałem się w tobie. Od pierwszej chwili gdy cię ujrzałem, pani. To przyszło nagle i trafiło mnie z siłą tysiąca burz piaskowych. Ja cóż... - potrarłem kopytem o brodę. - Uznaj mnie za głupca, ale dla ciebie jestem gotów na wszystko. Choćbym miał mierzyć się z całą armią Changelingów sam jeden, zrobię to, a nie pozwolę żeby stała ci się krzywda. Ja... wiem, że to zabrze dziwnie, ale ja od razu, gdy cię ujrzałem, pokochałem cię od pierwszego wejrzenia. Dlatego... zrobię dla ciebie wszystko. 

Zamilkłem aby dać jej czas na reakcję.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna patrzyła prosto w oczy ogiera, skupiona na każdym jego słowie. Gdy tylko wyznał, że ją kocha ona opuściła głowę, delikatnym ruchem, tak że grzywa zalała całe jej oblicze. Trwała tak zamknięta przez kilkanaście sekund, w końcu podniosła głowę. Gdy to zrobiła jej wyraz twarzy był już zupełnie odmieniony. Na Saladina patrzyła dumna Księżniczka Equestrii, Pani Nocy i Snów, potężny alokorn niepokonany w bojach tak fizycznych jak i umysłowych. Zmiana była tak potężna, że Saladin poczuł podmuch majestatu. W okół luny szare powietrze poranka pociemniało na skutek rozwiania grzywy. Księżniczkę otoczyła aura nocy. W końcu klacz przemówiła głosem władczym, zdecydowanym, odpowiedzialnym i świadomym.

- Przepraszam Saladinie za to co powiem. Postaraj się zrozumieć. Ty mnie nie kochasz. Nie masz pojęcia kim jest Luna. Znasz tylko Księżniczkę Lunę. Nie mów też, że oddasz za mnie życie. Nie jestem tego godna, nie odpokutowałam swych win. Nie mów, że zrobisz dla mnie wszystko, bo nie wiesz o co mogę Cię poprosić. Nie mów, że nie stanie mi się krzywda, bo nie wiesz z czym przyszłoby Ci się mierzyć. Twoje uczucia są szczere, ale kochasz jakieś wyobrażenie. Dziękuję Ci za prawdę. Jesteś wspaniałym ogierem i właśnie dlatego nie możesz mnie poznać. Do tej pory żałuję, że moja siostra mnie zna. Podziwiam twą odwagę i dlatego cierpię musząc druzgotać Ci serce. Jestem jednak Księżniczką i o ile znasz mnie na tyle, aby słyszeć o mej przeszłości, to znasz również co stało się ze mną ostatnio, gdy posłuchałam serca.

 

Tu Luna urwała, jej postawa, ani ton nie zmieniły się. Na końcu zdecydowanie zamrugała oczami, które na chwilę stały się szkliste. Na długich, pięknych rzęsach widniały przez chwilę malutkie kropelki łez.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie powiem, że jej słowa mnie zaskoczyły. Taką możliwość oczywiście brałem pod uwagę z prostej przyczyny - ona bądź co bądź, jest alicornem. Jest nieśmiertelna i włada potężną mocą. Moje życie będzie trwać raptem kilka dziesiecioleci, jeśli dopisze mi los. Ona będzie trwać wiecznie. Ma moc którą kontroluje księżyc i pewnie jednym ruchem i jedną myślą może pokonać całe armie. To boginii. A ja jestem tylko śmiertelnikiem. Wiedziałem, że może tak być, więc co mnie pchnęło do takiego wyznania? Ale cholera... przecież, nic na to nie poradzę. Ja... ja poprostu ją kocham. Nawet jeżeli to mnie boli. 

- Pani... Luno. Ja... rozumiem, że jesteś Księżniczka, a przede wszystkim alicornem i władczyną, istotą o wielkiej mocy i potędze. - ostrożnie ważyłem słowa. Nie chciałem za bardzo na nią naciskać. - Ja jestem tylko śmiertelnikiem, który ośmielił się zakochać w kimś takim jak ty. Ale wiedz, że wszystko co wcześniej mówiłem, to prawda. I to jest moja decyzja, i tylko moja. Niezależnie od tego co postanowisz... ja będę cię chronił, póki bije moje serce i póki będę zdolny dzierżyć miecz. 

Potem zaczęła opowiadać o swojej rzekomej przeszłości i niemożności wybaczenia sobie. Mówiła to twardo i z pasją, coś musiało w tym być. Z wolna przypomniałem sobie nikłe rzeczy z przeszłości, stare księgi wyczytane w Canterlot, jak i również nasze dawne podania i legendy o Ciemnej Królowej, która kiedyś chciała zawładną całym światem zsyłając na niego niekończącą się noc. Dotąd uznawałem to tylko za durne bajki. Aż do teraz. 

- Ty... ty byłaś Ciemną Klaczą. Nightmare Moon. - powiedziałem z westchnieniem, na wspomnienie tego dziwnego, mrocznego podmuchu, kiedy wtedy straciła przytomność. - Znam te opowieści, czytałem stare księgi... ale nie wierzyłem w nie, aż do teraz. Ona chciała sprowadzić wieczną noc na świat, słyszałem. Ona była tobą, ale wiem że zostałaś od niej uwolniona. Ty jesteś władczynią, którą poddani kochają i szanują, nie boją się i nie drżą na twój widok. Widziałem to wtedy, kiedy byłem jeszcze w Canterlot. I nie zaprzeczaj temu, bo wtedy okłamujesz samą siebie. Możesz mieć mnie za śmiertelnika który niewiele wie, ale mimo wszystko trochę życia poznałem. Coś skrywasz przed wszystkim, nie chcesz tego ujawinić. I jeśli mam być z tobą szczery, to właśnie najbardziej cię boli, szkodzi ci jak rak. Nie możesz sobie wybaczyć. Może się mylę... ale wiedz jedno. We mnie zawsze znajdziesz oparcie, niezależnie od tego co postanowisz, Luno. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna nie zmieniała swej postawy, jeszcze kilka łez spadło jej z pięknych oczu, jak ostatnie oznaki wielkich emocji. Po wypowiedzi Saladina znów odrzekła spokojnym i władczym tonem:

- Saladinie. Twoje wypowiedzi świadczą o wielkiej mądrości, którą nosisz w sobie, a także o czystości serca. Nie ośmielę się nigdy zaprzeczyć iż kochasz to, co we mnie widzisz i znasz. Jednak to ni jestem prawdziwa ja. Widzisz Księżniczkę Lunę, tą kochaną przez swych poddanych w ich wielkodusznym wybaczeniu. Być może od pewnego czasu swym nowym postępowaniem choć trochę usprawiedliwiłam szacunek, jakim mnie wszyscy darzą, ale nie zmienia to fundamentalnych faktów. Jestem jak najdalsza od uważania Ciebie za śmiertelnika o małej wiedzy, ale jak dobrze zauważyłeś poznałeś trochę życia, a nie mnie. Nie życzę ani Tobie, ani nikomu innemu, nawet największemu wrogowi poznawania Luny. Stałeś się mi bliski przez te kilka dni i dlatego jestem z Tobą szczera. To co jest skrywane, musi takie pozostać, gdyż uwolnione byłoby niebezpieczne dla wszystkich. Masz wiele racji w swych słowach, mimo swej niewiedzy. Jest to bardzo imponujące i bardzo żałuję, że właśnie Ty jesteś tak inteligentny. Proszę Cię zrozum i spróbuj zaakceptować, że Luna jest niebezpieczna. Nie próbuj mnie zgłębiać, nie chce mieć Ciebie na sumieniu, bo tego nie przebaczyłabym sobie. Wielce doceniam Twą fizyczną pomoc i współodczuwanie doli, ale o ile nie proszę, byś przestał pomagać naszej kompanii, to błagam także, abyś nie próbował mnie wspierać w tym, w czym nie dasz rady. Uwielbiaj i kochaj Księżniczkę Lunę, tą niedostępną, piękną i majestatyczną, ale zapomnij o Lunie, która może Cię sprowadzić tylko do śmierci. Nie możesz być bowiem oparciem, które nie utrzyma ciężaru i złamie się. Proszę spróbuj to zaakceptować.

 - Ponownie oczy władczyni zwilżyły się, ale kilka mrugnięć skutecznie powstrzymały kolejną łzę.    

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wysłuchałem cierpliwie co miała do powiedzenia Luna. Bała się, może coś w głebi duszy ukrywała czego nie mogła mi wprost powiedzieć. Jeżeli miałbym zgadywać, w przeszłości prócz przemiany w Nightmare Moon, przeżyła coś jeszcze, czego nie chce ujawniać. Było mi jej szkoda i naprawdę pragnąłem jej pomóc, jednak czułem że jeżeli będę zbyt mocno naciskał, może zamknąć się na mnie na zawsze. Instynkt dyplomatyczny podpowiadał mi, żeby lepiej dać jej czas do namysłu. Może to poprostu zauroczenia, może faktycznie miłość... nie bylem w stanie tego teraz określić. Jednak ja również nie mogę naciskać na nią. Wiedziałem jednak, że dla niej... zrobiłbym wszystko. 

Kiwnąłem, głową i lekko się uśmiechnąłem.

- Mój ojciec zawsze mawiał, że przeszłość to księga z której winniśmy się uczyć wytyczać własne ścieżki, jednak nie może nas zaślepiać. Wczoraj to już historia, jutro to tajemnica, lecz dzień dzisiejszy to dar losu. A dary są po to aby się nimi cieszyć. - lekko otarłem łzy Luny z jej policzków. - Ty również zapamiętaj moje słowa, pani. No cóż... - wstałem na równe nogi i lekko strzeliłem karkiem. - Sądzę, że powinniśmy obudzić resztę i oznajmić im co powinniśmy zrobić. Wystarczy już chyba tego spania, pora znów ruszać w drogę

Następnie ostrożnie obudziłem pozostałych i po tym jak już dojdą do siebie, oznajmiam im swój plan - czyli wyruszenie do miasta, zdobycie pieniędzy i najpotrzebniejszych środków, oraz wynajęcie statku. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Luna z uwagą wysłuchała słów Saladina. Chciała chyba coś na nie odrzec, ale się powstrzymała, gdy ogier otarł jej łzy. Gdy dotknął swym kopytem jej aksamitnej sierści, klacz zamknęła oczy, a jej głowa przechyliła się w stronę kończyny, jakby delektowała się dotykiem, szukała go i cieszyła się z niego. Jej oczy były zamknięte, a twarz wydała się ogierowi zarówno słodka, jak i przemęczona. Księżniczka również zgodziła się, że należy obudzić wszystkich. 

 

Sama od razu podeszła pewnie do swej siostry. Wydała się Saladinowi dość rozkojarzona, jakby myślała o czymś zupełnie innym. Czasami wręcz przechodził przez jej ciało dreszcz. Arab natomiast zbudził najpierw Copera. Ten mruknął coś pod nosem o falach, po czym oprzytomniał. Przeciągnął się i jęknął, najwyraźniej zapomniawszy o swych rannych nogach. Spojrzał bystro na Saladina oprzytomniony bólem, już chciał o coś zapytać, kiedy z tyłu dobiegł głos Twilight.

- Księżniczko Celestio, co zatem planujemy teraz robić?

- Proponuję się naradzić.

- Przepraszam, że przerwę siostro. Z Saladinem podjęliśmy wstępne refleksje dotyczące tego tematu. Moim zdaniem najlepiej byłoby udać się do najbliższego miasta, licząc że tamtejsze changelingi nie będą o nas wiedziały. Należąłoby jednak omówić czy Wy także się na to zgadzacie.

- Z pewnością jest to dość niebezpieczne.

- Ja bym powiedział więcej, to prawie samobójstwo. Changelingi nie są głupie, gdy zobaczą alikorny przybyłe znikąd mogą zacząć coś węszyć. Tak na prawdę jedynymi kandydatami na wyprawę byłbym ja i Saladin. Jednak tu występuje problem, że ledwo chodzę.

- Ciebie oczywiście nikt nie zamierza prosić o nadkładanie drogi. Przy okazji należy ustalić jak transportować Coopera.

- Jeśli zdecydujemy się na wypad do miasteczka możnaby kupić wózek.

- Jest to oczywiście możliwe Twilight, ale należy pamiętać, że pomiędzy nami a Equestrią są niezbadane pustkowia. Tamtędy wózek na pewno nie przejedzie. Będzie wręcz zawadzać. Jedyną inną lądową drogą są drogi wejściowe do Changeli. Jednak sa one dobrze patrolowane. Jest także droga morska. Mi wydaję się ona najlepsza.

- Ponownie zgłaszam sprzeciw. Oczywiście z całym szacunkiem do dam, ale nie sądzę byście kiedykolwiek miały okazję żeglować po takich wodach. Ja się co nieco znam, nawet z nogami przy sterze mógłbym usiąść, ale bez załogi nie poprowadzimy statku, zdolnego na przepłynięcie tego dość dużego kawału morza. 

- Ja trochę czytałam o żegludze morskiej. Sama wprawdzie nie próbowałam, ale sądzę, że dałabym sobie radę.

- Twilight, a co sądzisz o samych magicznych bransoletach? Czego potrzebowałybyśmy aby je zdjąć. Gdyby nam się to udało, powrót nie stanowiłby problemu.

- Większość takich rzeczy jest prosta do usunięcia, jakiś młotek i pewna ręka  kowala. Te jednak wyglądają na dość misternie wykonane i są w stanie blokować nawet magię Twoją i Luny. Obawiam się, że w tym przypadku zdjęcie ich może przysporzyć więcej problemów. Jednak znaki na bransoletach mają zapewne duże znaczenie przy inhibicji naszej magii. Być może nawet najmniejsza skaza na tej strukturze spowodowałaby uwolnienie mocy. Są to tylko przypuszczenia. Można by spróbować tego, zdobyć młotek jest prościej niż statek.

- Zatem popieram pomysł zdjęcia bransolet.

- Siostro muszę się z Tobą nie zgodzić. Jeśli pierścienie i znaki miałyby się uszkodzić od błahego uderzenia, to byłyby bezużyteczne. Same nawet pod pokładem, poprzez przypadkowe obicia o łańcuchy mogłybyśmy je nadwyrężyć. Changelingom takie zabezpieczenie nie zdałoby się na nic. Jeśli wyślemy kogoś do miasta z zadaniem znalezienia narzędzi, powrót tam, jeśli okaże się, iż one nie pomogły, będzie bardzo niebezpieczny. Owszem zdobycie statku także nie będzie łatwe, ale przynajmniej mielibyśmy pewność, że dotrzemy do domu.

- Co do tej pewności to bym nie przesadzał księżniczko. Wody bywają zdradliwe. 

- Hmmm, a co Saladinie Ty myślisz o tym co powinniśmy zrobić?

Ogier, który uważnie śledził całą rozmowę, opowiedział o swoim planie zarobku i zdobycia w mieście statku. Całe grono wysłuchało go uważnie, po czym znów zabrała głos Celestia.

- Dobrze, zatem jesteśmy zgoni, że należy udać się do miasta.

- Niezupełnie. Ja jestem przeciwny uważam, że to głupota pchać się w kopyta wrogów, którym uciekliśmy. Grupa w lesie musi zachować w miarę stały punkt przebywania, co zwiększa szanse wykrycia, a w mieście mogą kogoś pochwycić. Co gorsza nie wysyłałbym żadnej przedstawicielki rasy alikornów, gdyż wzbudziłaby zbyt dużą sensację.

- Ja także obawiam się, że jeśli chcielibyśmy zdobyć same narzędzia możnaby poszukać czegoś na kształt wioski, tymczasem okrętów do żeglugi morskiej możemy szukać tylko w dużych miastach, gdzie jest niebezpieczniej.

- Zgadzam się z Tobą Twilight i z Cooperem również. Niestety jedynym kandydatem do udania się do miasta jesteś Ty Saladinie. Czy jesteś gotów pójść w pojedynkę, jeśli tak to czy chcesz ryzykować udanie się po statek? Uważam, że nasza dalsza dyskusja jest pozbawiona sensu, dopóki nie wysłuchamy Ciebie i tego co jesteś gotów zrobić.        

  

       

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Rozumiem wasze wszelkie obawy, ale siedząc tutaj nie mamy szans wrócić do domu, a każdy dzień naszej nieobecności szkodzi naszym krajom. Nie mamy wyjścia, musimy spróbować znaleźć jakąkolwiek formę pomocy w tym mieście. Nie wiemy nic, a potrzeba nam wiele. Musice tutaj zostać we trójkę, ja spróbuję zrealizować plan jaki ustaliliśmy - przede wszystkim to zdobyć jakieś jedzenie i leki. Za długie przebywanie w mieście też jest ryzykowne, dlatego postaram się wrócić po zmierzchu - oznajmiłem swoją decyzję wszystkim. Wiedziałem, że liczą na mnie więc musiałem zaryzykować. Dla nich. 

Jednak pozostawał pewien problem - mój wygląd. Changelingi wiedzą jak wyglądam więc musiałem trochę to zmienić. Wziąłem ostry sztylet należący do Coopera i z ciżężkim westchnieniem oznajmiłem - Aż żal to zrobić... ale nie ma innego wyjścia. Muszę pozbyć się brody i zarostu - po czym powoli zacząłem ścinać bródkę i wąsy które tak lubiłem. Trudno, kiedyś odrosną, ale mimo wszystko szkoda było. Nie jedna klacz na ten zarost poleciała, w dodatku zawsze jak byłem ogolony to wyglądałem o kilka lat młodziej, że czasem trudno było mnie wziąć za dorosłego ogiera. Nie miałem lustra, więc trudno było określić stan twarzy po goleniu, ale chyba nigdzie się nie zaciąłem. 

- Jak wyglądam? Tylko się nie śmiejcie...

 

Edited by Ares Prime

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacze i Cooper spojrzały się na Saladina. Starsze księżniczki zachowały kamienne twarze. Twilight natomiast uśmiechnęła się. Trudno jednak było stwierdzić czy z rozbawienia czy był to wyraz aprobaty. Czerwony ogier natomiast smutno spojrzał na leżące na ziemi włosy. Lekko pokręcił głową potem rzekł: 

- Szkoda, faktycznie z brodą wyglądasz lepiej. Doceniam Twe poświęcenie.

- Przesadzasz, według mnie teraz wygląda ładniej. Choć moja przyjaciółka Rarity, by jeszcze trochę nad tym popracowała... Jeśli pozwolisz Saladinie...

Tu Twilight podeszła, schwyciła ostry sztylet i kilkoma dość zwinnymi i wprawnymi ruchami poprawiła miejsca niedogolone

- Teraz wyglądasz ślicznie. 

- Dziękujemy Ci Saladinie, że tak się dla nas poświęcasz. Nie martw się jednak, gdyż Twilight ma rację, nawet bez zarostu wyglądasz bardzo przystojnie.

Tu księżniczka Celestia uśmiechnęła się po przyjacielsku, aby dodać otuchy Arabowi. Jednak Saladin cały czas chciał usłyszeć zdanie tej jednej klaczy, która do tej pory milczała. Patrzył się więc na nią, chciwie wypatrując słowa. Żadne jednak nie wydobyło się z jej pięknych ust. Luna jednak lekko i zgrabnie kiwnęła głową, a na jej pyszczku pojawił się przyjemny, nieznaczny uśmiech, wyrażający aprobatę. W oczach natomiast było coś z łagodnego i grzecznego rozbawienia, a zarazem szacunku. 

- Zatem my tu zostaniemy, ukryjemy się dobrze i będziemy wyczekiwać. Wieczorem będziemy Cię oczekiwać. Jeśli nie wrócisz do świtu pójdę Cię szukać. Nie narażaj się zbytnio. 

- Potrzebujesz czegoś na podróż, może dam Ci trochę tych ziół z wczoraj, bo mi zostały? Tak czy siak pewnie dzisiaj ich jeszcze trochę nazbieram... 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Trudno, odrośnie. Kiedyś... - westchnąłem patrząc na resztki zgolonej brody. Przyjrzałem się częściowo swojemu odbiciu w ostrzu sztyletu. - Sam się teraz ledwo poznaję, więc nasi wrogowie też nie powinni mnie rozpoznać. No dobrze, pora się zbierać. - sprawdziłem stan swoich sakw, miałem pieniądze odebrane changelingom, sztylet do obrony i płaszcz z kapturem. To wystarczy, póki co. - Dzięki, Twilight, zioła mogą się przydać. Dobrze, ja idę. Uważajcie na siebie, wrócę najszybciej jak się da. Powodzenia. 

Po tych słowach zakrylem kapturem głowę i twarz, poczym ruszyłem w stronę miasta, idąc szybkim marszowym krokiem. Teraz byłem zdany tylko na siebie, a księżniczki i Cooper liczyli na mnie. Nie mogę wrócić z pustymi kopytami, muszę przynajmniej zebrać dostatecznie dużo informacji, prowiant i leki. Oraz najważniejsze - znaleźć statek do Equestrii. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Twilight szybko dała prawie cały zapas ziół Saladnowi. Nastąpiło krótkie pożegnanie i ogier wyruszył. Szedł pewnie, wzdłuż wybrzeża, ale dość głęboko w lesie. Czas i metry mijały za nim, jego myśli krążyły w okół odpowiedzialności i misji. Gdy słońce już dobrze usytuowało się na nieboskłonie, pośród szarych deszczowych chmur, które przypominały o wczorajszym sztormie, Saladin w końcu wyszedł z lasu. Zobaczył krainę, jaką znał jedynie z opowieści. Zaraz w miejscu, gdzie kończyły się korzenie roślin i piach zaczynała się ziemia. Nie był to jednak zwykły grunt. Przybierał bowiem barwy bardzo ciemne, wręcz czarne. Gdzieniegdzie pole rozdzierała szczelina o wielu odnogach, z której jaśniała blado, jakaś zielona poświata. Teren dalej był dość pagórkowaty. Co dziwniejsze na tej ziemi rosły rośliny. Były to głównie dość suche krzaki o licznych cierniach. W kilku takich pnączach bieliły się kości złapanych niedźwiedzi, czy innych zwierząt dużych lub małych. Roślinność, w miejscach gdzie bardziej się koncentrowała, jakby nawilżała glebę i nadawała jej bardziej zdrowy kolor. W głębi takich skupisk zaczynała rosnąć trawa i flora zaczynała być bardziej zbliżona do tej Equestriańskiej, choć nie tak barwna i różnorodna. 

 

Ogier podążał głównie szlakami prowadzącymi po zielonych plamach łąk, starając się omijać szczeliny, które czasami wypluwały z siebie gęstą, zieloną maź, która zalegała na powierzchni i czerniała. Kolejne kilka kilometrów minęło, zanim krajobraz zmienił się. Po wejściu na jedną z wyższych okolicznych górek Saladin przyjął pozycję leżącą, aby nie być tak widocznym. Przed nim rozciągała się dolina. Ciągnęła się przez jej środek średnich rozmiarów rzeka, która mocno rwała, szarpiąc nurtem brzegi. Tu teren pozbawiony był pęknięć i mazi, za to obfitował w roślinność. Żadna nie była jednak uprawna, a większość drzew miała czarną korę. Dopiero teraz Saladin pomyślał i stwierdził, że faktycznie w lesie, w którym obecnie znajdowali się jego kompani większość drzew także była bardzo ciemna. Nie zwrócił na to uwagi, najprawdopodobniej przez nocną porę. Dotarło do niego jak jest także wdzięczny Lunie, że ten pewien czas przed rankiem ubarwiła mu swą osobą. Tam, gdzie Ona się znalazła roztaczał się przecież piękny całun nocy w jej najpiękniejszej wersji - ciemnego, pełnego nieba usianego gwiazdami i z Królewskim ciałem niebieskim, jakim był księżyc, a dla ogiera jego wybranka serca. Gdyby nie Luna, najprawdopodobniej sam widok lasu przygnębiłby go, gdyż zdawał się wyjątkowo depresyjny i szary. Tak jak całe te ziemie, które poza intensywną zielenią i czernią, pozostałe kolory miała poszarzone.

 

W tym momencie jakieś trzy kilometry od brzegu Arab dostrzegł rysujący się kontur miasta. Otoczone było przez coś w rodzaju wielkich kopalni odkrywkowych. Pomimo stosunkowo wczesnej pory, gdyż na oko była 11:00, praca zdawała się aż palić w kopytach changelingom, które z tej odległości wyglądały jak mrówki. Saladina zaniepokoiły dwie rzeczy. Po pierwsze ilość wrogów, gdyż w samym mieście, które z tej odległości nie wyglądało zbyt okazale, w kopalni i okolicach musiało pracować powyżej tysiąca podmieńców. Ogier ogarniał wzrokiem tylko te kopalnie i wyrąb drzewa z okolicznych lasków, zatem ile jeszcze mogło być mieszkańców w samym mieście? Po drugie widać było świetną organizację pracy. Wszystko chodziło jak w zegarku, nawet zwierzęta pociągowe, takie jak mantykory, które udało się ujarzmić, kroczyły w niesłyszalny rytm umysłu roju.

 

Same miasto wyglądało dość porządnie, choć z pewnością nie było największe. Mimo to okalały je mury z czarnej, postrzępionej na blankach substancji. W środku stały zabudowania w podobnym stylu o trudnej do określenia funkcji. Z niektórych na pewno w chmury sączył się jednak dym, który był jaśniejszy do spadzistych dachów, wykończonych czarną dachówką. Słychać było odgłosy kucia metali i zwykłe miejskie dźwięki. Saladin spróbował oszacować ilu mieszkańców może pomieścić to miasto. Wyszło mu, że najprawdopodobniej może nawet ponad 6 tysięcy. Sam kompleks budynków miał wysuniętą placówkę na rzekę, zasłaniając około połowy jej biegu. Znajdował się tam port, nie zbyt duży, ale zdolny pomieścić jakieś średnie statki morskie. W tej chwili ponad keje wystawało kilkanaście kadłubów bardziej lub mniej porządnych łodzi żaglowych. Główną część zabudowań na rzece stanowiły jednak ogromne koła młyńskie, które zbierały impet rzeki w inteligentny sposób i przerabiały ją na obrót wielkich walców. Sam rozmiar takiego walca był przytłaczający, gdyż najprawdopodobniej jeden człon konstruowany był z kilku większych drzew, ułożonych w koło, przy sobie i połączonych. Woda napierała tak mocno, że słychać było skrzypienie olbrzymiej konstrukcji. Co pocieszyło araba, to to że na murach nie zobaczył zbyt wielu strażników. 

 

Saladin ucieszył się, że ma dość dobry wzrok, który w przypadku oceny sytuacji tak dalekiej był nieoceniony. Ostatnią rzeczą, jaką spostrzegł była mała tama, zbudowana przy ujściu rzeki do morza. Spełniała dwojaką rolę, po pierwsze falochronu, a po drugie blokady dla statków. Konstrukcja musiała jednak zostać zniszczona przez sztorm, gdyż przy całym ujściu widać było kamienie, porozrzucane przez potężne fale i strzaskane drewno. Z jednej strony utrudniało to wypłynięcie i wpływanie, ale z drugiej strony changelingi nie miały domkniętej blokady, przez co można było swobodnie wypływać na morze pomiędzy nieregularnymi kamienno-drewnianymi wysepkami, które żywioł oszczędził. Przy całym falochronie widać było wzmożoną pracę. Mantkory ciągnęły drzewo i kamienie, z pobliskiego lasu i najwyraźniej z kopalni odkrywkowej. Przy samym falochronie znajdowała się mniejsza wioska, ta już bez jakiejkolwiek postaci murów czy ostrokołu, sprawiała wrażenie niepozornej kolonii większej, sąsiedniej metropoli. Było w niej miejsce na kilkadziesiąt kucy, choć to licząc jedynie kamienne budynki, których czarne ściany wyraźnie wywyższały się nad rozstawionymi w okolicy namiotami, najprawdopodobniej dla ekip naprawczych. One z kolei mogły pomieścić następną setkę changelingów. Saladin już z tej odległości widział, że aktualnie pracuje tam więcej robotników. Przy samej wiosce także była mała keja, przy której stały trzy statki, jednak dużo mniejsze niż jednostki stacjonujące w mieście. Pomiędzy dwoma miejscami osiedlenia rozciągała się szara, kamienna droga. Która odchodziła na północ w głąb Chagneli, a druga na wschód, ku granicy z dziwnymi ziemiami. Arab zdał sobie sprawę, że właśnie niebo się powoli otwiera i zaczyna siąpić deszcz. Odruchowo zarzucił kaptur na głowę. W umie ucieszył się z tego, gdyż nosząc płaszcz z założonym kapturem, nie będzie teraz wzbudzać żadnych podejrzeń.                            

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Te ziemie... Changea z pewnością były niezwykłe... i ponure zarazem. Zdecydowanie nie chciałbym zapuszczać się tutaj sam, bez doborowego oddziału ochrony. Ale musiałem. Towarzysze na mnie liczą i zawieść ich nie mogę. Nie tylko Luna, ale też Celestia, Twilight i Cooper. Nie po to przeszedłem taki szmat drogi by wracać. 

 

Widzę, że sztorm zadał naprawdę niezłe szkody temu miastu. Przez dłuższą chwilę obserwowałem to miejsce.

Chyba nie ma tam innych koni. Nie dobrze. Jeśli od razu wparaduję do miasta natychmiast mogą mnie wziąść na spytki, nawet jeśli strażników jest niewielu. Dobrze chociaż, że wszyscy są zajęci i skupieni na pracy, więc mało kto powinien zwracać uwagę na samotnego wędrowca. Używając wina, trochę polałem nim swój płaszcz i lekko twarz, starając się stworzyć pozory lekko zapitego, wędrującego najemnika. Podłe, cuchnące wino powinno dodać temu realizmu. Następnie ostrożnie skierowałem się ku mniejszej wiosce. Tam spróbuję zaciągnąć języka, zwłaszcza, że tam są kucyki. A skoro są i robotnicy, musi być też karczma, alkohol i hazard. Dobra nasza. Statki też są, ale raczej nie nadają się na dalekie podróże, na szybkie też nie wyglądają. Lepsze na bank są w mieście, ale tam na razie nie pójdę, póki nie wybadam sytuacji w wiosce. Idę tam w poszukiwaniu karczmy i informacji.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Saladin ruszył więc w stronę mniejszej mieścinki. Wraz z jego krokami z nieba zaczęło padać na dobre. Duże, okrągłe krople spadały monotonnie na niewyrobioną, boczną drogę, na która wszedł po pewnym czasie arab. Kopyta zatapiały się w zmokłym piachu, a okolica napawała pesymizmem. W końcu równym stępem doszedł do mniejszej mieścinki. Po drodze minął kilka wozów zaprzęgniętych w mantykory, ale nikt nie zwrócił uwagi na samotnego wędrowca. Gdy przystanął, aby odpocząć na pewnej polanie, mógł dobrze zobaczyć okolicę z bliska. Ten sprytny manewr sprawił, że siedział na jakimś powalonym drzewie, nie wzbudzając podejrzeń i mógł obserwować. Dodatkowo faktycznie wszystkie wydarzenia zmęczyły go, a krótki i zrywany nocny sen nie dał wystarczającej ilości energii.

 

Właściwa część osady była szczelnie zakryta przez morze namiotów. Czasami pomiędzy nimi ktoś się kręcił, ale przeważnie wszystkie alejki były puste. Najwyraźniej wszystkie changelingi pracowały. Faktycznie ruch na bocznych piaszczystych drogach tylko się powiększył. Doprowadziło to do pogłębienia dziur i w połączeniu z deszczem dało w efekcie bagno. Wozy zaprzęgnięte w mantykory zakopywały się i często changelingi musiały wypychać koła z jakiś kałuży, czy rowów. Zwierzęta też zaczęły być niespokojne od zrywanego tempa i dużego wysiłku.

 

Krótki odpoczynek dał Saladinowi kolejne cenne informacje i wytchnienie. Wiedział jednak, że musi się śpieszyć, więc po kilkunastu minutach ruszył dalej, uprzednio sprawdzając, czy odpowiednio nie rzuca się w oczy. Kroczył w zmokłym płaszczu, który zwisał na nim ociekając kroplami wody. Ta płynęła mu po końcach włosów. Jego kopyta grzęzły w piachu czasem po same kolana. Raz obok niego przejeżdżający wóz z kilkoma kłodami zakopał się i wywrócił na bok. W pierwszym odruchu Saladin chciał odejść, udając że nic go to nie obchodzi, jednak zobaczywszy, że okoliczni robotnicy rzucają się do pomocy, sam stwierdził, że też tak uczyni. Wypchnął wóz, bojąc się, iż jego obojętność mogłaby wyróżnić go z tłumu. Podczas pchania wozu zauważył coś niezwykłego w roju changelingów. Każdy z nich pomagał przy wozie bez żadnych emocji. Nikt ani nie chciał pomóc, ani nie obijał się. Tworzyło to lekko sprzeczną mieszankę. Jakby cała społeczność działała na zasadzie potrzeby - jest potrzeba to coś robią, nie ma to nie robią. Bił od tego jakiś pierwotny chłód i nagle arab poczuł, że nie znajduje się wśród normalnych kucy, z których każdy byłby autonomiczny, tylko wśród jednego organizmu, w którym każda komórka działa z pozoru osobno, ale jakaś odgórna siła struje całością. Od razu nasunęło to pytanie o efektywność. Jeżeli armia changelingów też działa na tej zasadzie musi być zarówno elastyczna rozumem każdej jednostki, jak i zabójczo skuteczna i karna siłą, która każdemu narzuca działanie. Nagły dreszcz zimna przebiegł przez skórę Saladina. Czuł się tu nieprzyjemnie, musiał jednak wykonać zadanie. Ruszył więc dalej.

 

Wszedł do części, w której rozbite były namioty. Szybko zorientował się, że są one niejako z boku osady i obrał drogę po najkrótszej cięciwie obozu. Tu słyszał z niektórych namiotów dźwięki podchrapywania, czasami mijał mały placyk, gdzie changeling, albo dwa gotowały coś w kotłach na ognisku. Wszystkie płomienie z tutejszego drzewa były jakieś jasnożółte, jakby chore atmosferą. Często niektóre rozbite szczapy gasiły się deszczem, gdy podmieńce jadły. Saladin szybko wyszedł z obozowiska i wszedł do małej wioseczki. Powitał go ordynarny napis wymalowany białą farbą, na prawie czarnym, zbutwiałym kawałku drewna głoszący " Foggy Wave". Tu główna ulica była wybrukowana i choć spływała już naniesionym, piaszczystym błotem, to jednak dawała znacznie lepszą przyczepność. Wszystkie domy były podobne do siebie, a wzdłuż ulicy rozstawione były stragany, głównie rybno-wędkarskie. Znalazł się też mały warsztacik stolarski i kowalski. Z tego drugiego przez komin wydostawał się czarny dym, który pod wpływem opadów, jakby rozpuszczał się w powietrzu i zniżał lot, opadając na ulice. Saladin zaczął się lekko krztusić. Wreszcie po swojej prawej dostrzegł szyld głoszący "Tawerna pod świeżą rybką". Tak optymistyczna nazwa kontrastowała z namalowaną brudną i zdrapaną już farbą rybą. Potężne i ledwo obrobione przez kopyta schody z kłód wiodły na podwyższoną werandę. Saladin skręcił w stronę drzwi. Kątem oka dostrzegł dwuch strażników z pałkami, którzy przechadzali się główną drogą. Tym zdecydowaniej popchnął drzwi i wszedł do środka. 

 

Tawerna pod świeżą rybką była swojsko urządzona. Wewnątrz drewno pomalowano na jasnoniebieski, a firanki i dekoracje były w żółte rybki. Nie panował tu duży tłok. Przez dość duże okna wlatywało do środka dużo światła, ale też w taka pogodę, dużo deszczu. Specjalnie pod oknami zrobione zostały rowki w podłodze, które skutecznie gromadziły ciecz i odprowadzały ją na zewnątrz. Na środku pomieszczenia znajdowało się wielkie palenisko. Na metalowym ruszcie piekło się kilka kawałków soczystego mięsa, a także grilowały warzywa. Wprawiło to w zadumę Saladina jak wygląda odżywianie chanelingów. Po co jedzą, dla smaku? Czy może także muszą jeść poza miłością zwykły pokarm. Tłumów nie było, tylko trzy grupki po 4 changelingi każda siedziało przy różnych stołach. W jednej ogiery zdawały się na zmęczone. Jeden z nich spał już w górce tłuczonych ziemniaków, natomiast inni wyglądali, jakby zaraz mieli się do niego dołączyć. Druga grupka właśnie jadła dość pośpiesznie, a trzecia  zdawała się siedzieć tu trochę dłużej. Leżały w okół nich puste, drewniane talerze. Do samego stołu przysiadła się jakaś kelnerka i przytulała się do jednego z robotników. Dyskutowali o czymś zażarcie. Saladin, udając się w stronę stołu w rogu, przysłuchał się tej rozmowie. Wynikało z niej, że dotyczy naprawy zapory. Jeden z changelingów właśnie mówił, że opóźnienie sięga już dwóch dni, a i jeszcze się powiększy i perswadował to swym kolegom. Saladin udając, że podchodzi do lady, rozejrzał się jeszcze po gospodzie. W dalszej części były dwa wyjścia. Za ladą znajdowały się beczki i drzwi o dość solidnej, otwartej obecnie kłódce. Poza tym jeszcze drugi korytarz odbiegający w prawo, z którego właśnie wyszło dwóch changelingów. Oni także podeszli do lady i poprosili o kanapki z sałatą do pracy. Barman zajrzał na chwilę przez drzwi z kłódką, po czym wrócił z dwoma pakuneczkami, które wręczył changelingom. Ci rzucili mu kilka monet i dziękując wyszli. Ogier zdał sobi sprawę, że stoi z boku lady już za długo i albo trzeba gdzieś usiąść, albo coś zamówić. Chwilowo wszyscy zdawali się go ignorować, co cieszyło w duszy Saladina.                          

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miałem nadzieję zasiegnąć tu języka i jakiś informacji jednak nie zanosiło się na to. Liczyłem na gwarną i głośną gospodę, lecz ci tutaj do rozgadanych nie należą. Hm, no nic. Aby nie zwracać na siebie uwagi, podeszłem do baru i poprosiłem o porcję tłuczonych ziemniaków oraz coś do picia, by wyglądać poprostu na wędrowca chcącego napełnić brzuch. Dopiero teraz uświadomiłem sobie jak bardzo głodny jestem. Ja choć trochę się najem, chciałbym też wziąśc na wynos trochę jedzenia dla reszty jednak to zbyt ryzykowne. Może w mieście będą mieli jakiś suchy prowiant. 

 

Gdy już dostanę jedzenie, siadam sam przy jednym ze stolików. Staram się zachowywać naturalnie, zajmując się sobą, jednak ukradkiem przysłuchuję się dalszym rozmowom klienteli.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Saladin po chwili otrzymał tłuczone ziemniaki i wodę. Dania wyglądały dość niezdrowo. Ziemniaki były pozieleniałe, a woda zciemniała. Jednak głód zwyciężył niechęć i ogier zaczął jeść. W smaku potrawy nie były najgorsze, a wręcz smakowały kucowi. Jadł więc z apetytem i przysłuchiwał się trzeciej grupce, gdyż tylko tam toczyła się rozmowa.

- Mówię wam, że teraz po tym deszczu, gdy wszystkie drogi stały się grząskie, nie ma szans, na ukończenie pracy na czas.

- A gdyby z miasta przysłali dodatkowych robotników?

- Co najwyżej przyślą straż, żeby pomogła nam batami, poza tym po co ci więcej kucy? Przecież i tak to zwierzęta są najbardziej zmęczone, a złapać nowe mantykory to problem. 

- Masz rację... dość już tego, charujemy non stop od czasu tej burzy, a końca roboty nie widać, dodatkowo do naszej wioski zjechało tyle innych przybłędów, że zaraz zacznie brakować jedzenia.

- Do tego jeszcze daleko, przesadzasz trochę, oni żywią się w mieście

- Słyszałem, że 

- To pogłoski daj spkój, rozprowadzane przez takich darmozjadów jak ty.

Darmozjadów, a Ty co robisz panie inżynierze, karku nie zginasz to ja muszę pływać w wodzie, od czego boli mnie kręgosłup i

wypowiedź młodszego changelinga przerwał śmiech kelnerki, przytulonej do niego, któremu zawtórował inżynier. 

- No już dosyć, bo się popłaczemy. Ciebie boli kręgosłup, tak jak wtedy co?

-Wtedy było co innego i na prawdę myślałem, że mnie boli

- Tak dokładnie kochanie, jesteś cudowny z tym twoim kręgosłupem.

- Wracając do tematu, chcę żebyś sprawdził, kto będzie chciał pracować nocą, bo żeby ukończyć to na czas niektórzy muszą pracować po zmroku. Najlepiej wyznaczyć dyżury, czy coś.

- Nie wiem raczej wszyscy są zmęczeni i

- Nie obchodzi mnie to ma być zrobione i już, popytaj się, nakłoń masz kontakty. 

- Dobrze spróbuję.

- No, robotę trzeba dokończyć.

- Tylko nie przemęczaj się, ostatnio masz dla mnie mniej czasu.

- Kochanie, to tylko przejściowe, jak skończymy naprawę, obiecuję Ci wieczór przy ognisku.

- O ile nie wyślą cię na poszukiwania.

- hę?

- No wiesz tych zbiegów ze statku.

- Co, nic nie wiem?

- Właśnie o co chodzi?

- No wczoraj wieczorem, albo dziś rano przybyło wojsko do miasta. Mówili u burmistrza o jakiś zbiegach. Myślałem, że to zostało już rozgłoszone, ale mniejsza usłyszałem to na radzie miejskiej. Więc niedługo część z nas będzie musiała pójść szukać w okolicy wiatru w polu, bo jak zbiegowie to pewnie są już daleko stąd.

- Czyli co będziemy się szwendać po lasach, w poszukiwaniu nieznanych uciekinierów?

- Są niebezpieczni?

- Nie wiem, ale martwi mnie, że to może opóźnić pracę... a skoro już o tym mowa chyba się trochę zagadaliśmy. No ja muszę być za chwilę na placu budowy i ty chyba też. Miłego dnia moja droga, Choć Hard Wood.

- Już idę, ale mi się nie chce.

- Do widzenia Black Rock, kocham Cię Woodziu.

- Proszę nie przy ludziach w karczmie, kochanie.

- Bo znowu rozboli cię kręgosłup.

Dwa kuce wstały i wyszły, kelnerka chwile siedziała, robiła dziwne miny, po czym wstała i zabrała się za sprzątanie talerzy. Przed Saladinem oprócz wielu informacji odsłoniła się kolejna sfera changelingskiej psychiki. Przed chwilą kuc widział, jak wszystkie potrafią współpracować z wyższej konieczności, ale najwyraźniej w wolnym czasie, gdy żadna potrzeba nie jest nagląca są w stanie narzekać, czy nawet mieć uczucia. Sladin zastanowił się też, czemu skoro młoda kelnerka kochała hangelinga Wooda, to po co ten rój musi najeżdżać inne kraje do zdobycia miłości.  

     

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zatem... Changelingi są w stanie czuć uczucia, w tym miłość? Tak same z siebie? Widać im to wystarcza do przeżycia, ale tu chyba chodzi o coś więcej.

Może poprostu dzięki temu stają się silniejsze, czy coś? A niech tam, to teraz nie jest najważniejsze. Mogłem zaryzykować wejście do miasta, w ich oczach będę poprostu kolejnym włóczęgą, przyjezdnym. Ale sądzą że może braknąć jedzenia? Zatem muszę sie pośpieszyć i kupić w miescie co trzeba. 

 

Wstałem od stołu, podeszłem do kelnerki, by zapłacić za posiłek. 

- Proszę, to za... posiłek. Choć szczerze mówiąc, dodałbym więcej pieprzu - odparłem lekko zmieniając swój głos. - A powiedz no, kochana, gdzie znajdę w mieście jakiegoś w miarę dobrego kowala czy kogoś podobnego? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Saladin podszedł do kelnerki, skomentował jedzenie, po czym sięgnął do sakiewki dobywając kilka monet. Sam się zdumiał ile ma przy sobie pieniędzy. Nie była to w prawdzie fortuna godna księcia, ale też nie zmuszała do wstydu, czy żebru. Kelnerka skrzywiła się na wzmiankę o pieprzu i lekko fuknęła, już chciała coś powiedzieć, kiedy Saladin zadał pytanie. Zamiast wydać resztę, wstrzymała ruch ręki, a za to otworzyła usta:

- W mieście jest kilku kowali. Najlepszy nazywa się Black Iron. Ma swój zakład w bocznej alejce na "Dębowej". To niedaleko rynku głównego. Choć teraz wszyscy w mieście są raczej zajęci naprawami po sztormie. Potrzeba tu gwoździ i narzędzi. Pan handluje, czy potrzebuje nowych podków? 

W oczach kelnerki Saladin dostrzegł błysk ciekawości.   

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie jestem kupcem, ani handlarzem. Tym bardziej wędrownym robotnikiem. A podków nie potrzeba mi. Wie pani co... może pani zatrzymać resztę jako napiwek, w zamian za kilka informacji - podpusciłem ją bo widziałem błysk w jej oczach na widok złota. W końcu pieniądz to uniwersalny klucz. - Widzisz moja droga, planuję zostać w mieście przez jakiś czas, gdyż szukam pracy. Znasz może jakieś ciekawe miejsca w mieście które warto odwiedzić? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kelnerka uśmiechnęła się na wzmiankę o reszcie, przyłożyła kopytko do podbródka, wyraźnie zastanawiając się.

- Cóż jeśli szuka Pan pracy to najwięcej roboty jest przy naprawie tam, mostów i przywróceniu żeglugi po nawałnicy. Płacą tak sobie nie za dużo, nie za mało. Poza tym organizowane są jakieś grupy ochotników, które mają czegoś szukać po lasach. Najlepiej po pracę pójść do ratusza, albo budynku straży. Tam Panu coś znajdą... Czego Pan dokładnie szuka w takich okolicach jak nasza, jeśli nie jest Pan wędrownym robotnikiem, ale szuka Pan pracy? A jeszcze jedno, może Pan się popytać w stoczni albo u rybaków. Statki są odbudowywane, a poławiacze często potrzebują kogoś do stania przy sieciach. Nie znam się zresztą co oni tam konkretnie potrzebują. W czym jest Pan wyspecjalizowany, co Pan potrafi, bo jeśli gotować, to i u nas coś się znajdzie do roboty.  

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Powiedzmy że miecza i broni nie noszę po to by obciążał mi pas - uciąłem krótko dyskusję na temat szukania pracy. Nie było za dobrze. Niebawem zaczną nas szukać o ile już tego nie robią. Widzę że zdobycie statku też nie bardzo wchodzi w grę. Albo ich pilnują albo większość jest strzaksana. Muszę jeszcze rozejrzeć się w mieście za jakimś klucznikiem, albo przynajmniej kupić jedzenie na podróż dla reszty. Nie mogę wrócić do nich z pustymi rękoma, liczą na mnie. Dałem kelnerce 3 monety i wyszedłem, niezwłocznie ruszając w kierunku miasta. Pierwszy cel to kupić zapasy dla reszty członków ekipy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Informacja dotycząca wszystkich sesji - zaczęły mi się wakacje, niestety nie będę miał tyle czasu ile przewidywałem - szczegóły zapraszam na PW, ale niemniej planuję jednak trochę poodpisywać w sesjach. Osoby dalej zainteresowane wspólną zabawą proszę o kontakt na PW i potwierdzenie, żebym nie odpisywał w zakończonych sesjach :pinkie3: 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...