Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [B] Hidoi Mesu Okami vs Koschei O'Clock

Hidoi Mesu Okami vs Koschei O’Clock  

10 members have voted

  1. 1. Kto zwyciężył i przeważył swą mocą?

    • Hidoi Mesu Okami
      3
    • Koschei O’Clock
      7


Recommended Posts

Zaczynają się wakacje (jak dla kogo, hehe), zaczynają się i nowe magiczne pojedynki.

 

Zdaje się, że tego dnia kapryśna pogoda postanowiła nieco zejść z tonu i postawić na tą "bardziej łaskawą" naturę. Tak więc, nie zanosi się na nagłe burze i ulewy, zaś na czystym jak łza niebie nie ma niczego, co mogłoby zblokować słoneczne promienie. Zatem, nadchodząca batalia może rozegrać się na arenie otwartej.

 

Prognozy nam sprzyjają. Nie zanosi się na nagłe zachmurzenie, albo rychłą migrację białych obłoków. Wszak pegazy także mają wakacje, czyż nie? Skupiane przez pryzmat promienie Słońca są rozszczepiane na mniejsze wiązki, które docierając do specjalnych odbiorników zasilają mechanizmy. Naturalna energia w połączeniu z alchemią daje znakomite rezultaty. Dzięki temu wężowe golemy, jak również pokryte złotawym pancerzykiem smocze łby poruszają się, skrzypią i sprawiają wrażenie, jakby arena ta ożyła. Dokładnie w tym momencie, w którym okno w sklepieniu zostało otwarte, wpuszczając nie tylko cenną energię, ale również światło.

 

Aha - części z których wykonano golemy mają znakomite właściwości wytrzymałościowe, zaś zawarte na nich runy pochłaniają energię magiczną. Taka mała wskazówka, może się Wam przydać do czegoś...

 

Dzięki specjalnym zaklęciom arena spełnia najsurowsze wymogi... Aczkolwiek, jeśli wsadzicie palce w spadającą z góry wiązkę promieni słonecznych, to i tak się poparzycie, także odradzam tego typu pomysły. Nasi eksperci wciąż pracują nad silniejszym zaklęciem, które całkowicie znieczuli was na to kosmiczne gorąco. A póki co, rzućcie okiem, jak lekko otwiera się brama, jak elementy podłoża "klikają" o siebie, formując namalowaną nań układankę w obraz pięcioramiennej gwiazdy.

 

 

mlp__fim__the_sixth_obstacle_by_esuka-d4

 

 

Bez zbędnego przedłużania - dzisiaj na tej oto, w dużym stopniu zmechanizowanej arenie, zmierzą się Hidoi Mesu Okami oraz Koschei O'Clock! Obie zawodniczki pewnym krokiem wkraczają na arenę, zajmując swoje miejsca. To właśnie z nich będą mierzyć siebie nawzajem spojrzeniem, jak również oczekiwać na gong rozpoczynający walkę. Niech no tylko jeszcze znajdujące się pod areną mechanizmy się "dotrą"...

 

Głosem uczestniczek, pojedynek ten potrwa dwa tygodnie. Tradycyjnie jednak, dopuszcza się "odchylenie standardowe", jednakże dołożę wszelkich starań, by batalia zakończyła się punktualnie. Nie zapominajcie o panujących w tejże sekcji zasadach!

 

Już czas. Na arenie rozległ się gong, zaś klepsydra zaczęła odmierzać czas. Pojedynek właśnie się rozpoczął.

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Zmechanizowanej..." pomyślała Koschei, poprawiając swój nieodłączny cylinder w biało-czarną szachownicę, uśmiechając się przy tym do siebie. Organizatorzy (chyba) nieświadomie idealnie wpasowali się w jej gust, wybierając akurat tę arenę na miejsce starcia jej i Hidoi. W końcu nie od dziś nasza czarodziejka interesowała się wszelakimi mechanizmami, szczególną zaś radość dawało jej manipulowanie przy nich i rozkręcanie na części pierwsze... Oczy czarodziejki błysnęły, jednak już po chwili odgoniła od siebie tę myśl. Nie, nie czas i miejsce na błogą destrukcję śrub i kół zębatych. Teraz musiała się skupić na czymś ważniejszym. Mianowicie na swej rywalce.

Jako, że żadna z nich nie wyszła jeszcze całkiem z cienia rzucanego przez mury, postanowiła, iż uczyni pierwszy krok. Już po chwili dziarsko wmaszerowała na sam środek areny. Wyglądała tak, jak zapamiętała ją publika - dziewczę o rudych, długich włosach, odziane w spódniczkę, bluzkę, getry w paski. Wszystko (poza getrami, oczywiście) utrzymane, tak jak wcześniej wspomniany cylinder, w motywie szachownicy, na której każdym polu wyhaftowano różne znaki. Nawet buty były takie same jak wtedy... Cóż. Strój nie był taki zwykły, na jakiego wyglądał. Każdy mag mógłby bez problemu wykryć kryjące się a materiale czary ochronne, i to nie te słabe, które "zużywają się" po jednym upadku. Dzięki tym zaklęciom Koschei mogła spokojnie uniknąć tak kłopotliwych obrażeń jak pęknięcia narządów wewnętrznych, przerwanie rdzenia kręgowego...

Do czasu, oczywiście.

- A więc witam! - dziewczyna zdjęła cylinder i ukłoniła się przeciwniczce. Kolejny z jej nieco archaicznych, lecz miłych zwyczajów. - Piękną dziś noc mamy, czyż nie?...

Wskazała dłonią na niebo. Rozjarzone było tysiącem gwiazd, błyszczących na nim niczym diamenty... jednak Księżyc skąpany był w ciemnościach. Jak co nowiu.

- Piękną... - powtórzyła, jakby chciała, by jej słowa nabrały mocy, po czym jej usta wykrzywiły się w uśmieszku. - Idealną na walkę.

Po tym krótkim zdaniu zdjęła ponownie z głowy cylinder i... zaczęła czegoś w nim szukać.

- Przeklęte zaklęcie Worka bez dna ... - mruknęła pod nosem, kontynuując szperanie. Po chwili wyciągnęła z kapelusza dwie rzeczy - igłę i drobniutkie nasionko. Czarodziejka pozwoliła ziarenku stoczyć się z jej dłoni i upaść tuż u jej stóp. Następnie wzięła do lewej ręki igłę i ze stoickim spokojem wkłuła ją mocno w palec serdeczny. Już po chwili na jej bladej skórze pojawiły się pierwsze kropelki krwi. Dziewczyna spokojnie poczekała, aż drobiny życiodajnej cieczy spłynęły z jej palca i skapnęły na ziarnko. Gdy tylko to nastąpiło, zapulsowało ono czerwonym światłem, po czym jakby rozpłynęło się na powierzchni areny.

- Mam nadzieję, że będziesz... interesującą rywalką - podniosła się i otrzepawszy strój, posłała Hidoi znaczące spojrzenie różnokolorowych oczu. - Czekam.

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Zmechanizowana arena? Cóż... bardzo ciekawe" - powiedziała cicho Hidoi.

Klacz była przygotowana na ten niezwykły, magiczny pojedynek, który się rozpoczyna. Przynajmniej tak myślała...

Serce biło jej jak szalone. Była zdenerwowana, podekscytowana, zaintrygowana, czy może to wszystko w jednym? Ona sama wiedziała... wierzyła w siebie, w swoje moce. Uważała, że na pewno jest silniejsza, mocniejsza. Wiedziała już nawet, co ma zrobić.

Jednak nie rozpocznie pojedynku. Chce przechytrzyć rywalkę. Być imponująca przed innymi. Taką ma chociażby nadzieję.

Wyjrzała na niebo. Była noc, piękna, gwiaździsta noc.

Hidoi poprawiła jeszcze swój strój i magiczny kapelusz na głowie. Wzięła głęboki oddech i postanowiła się ukazać.

Wyszła na Magiczną Arenę. Posiadała białą sierść. Była wysokim jednorożcem, posiadała posturę ciała Luny. Miała długie, czarne włosy z różowo-fioletowymi pasemkami. Uwielbia ten odcień. Wydawało się, jakby klacz delikatnie lewitowała nad ziemią. Czy to jedno z jej umiejętności? Czy naprawdę potrafi latać? To się okaże.

Jej nogi odziane były w wysokie, czerwono-złote buty na koturnach. Posiadały sznurowadła.

Sama była ubrana w czarno-czerwony gorset oraz w żółtą, atrakcyjną spódniczkę. Nie było widać jej pięknego znaczka.

Na nosie miała małe, czarne okulary. Ich zadanie to chronienie twarzy przed zaklęciami. Tak, twarzy. Posiadają magiczne właściwości. Odbijają różne zaklęcia, przy czym wygląda to jak lasery z oczu.

Na jej głowie spoczywał duży, czarodziejski kapelusz. Ten ma ponoć dawać jej potrzebne rzeczy. Jednak ona sama wierzy w to, że sama rozprawi się z rywalką.

Właśnie, rywalka. Zauważyła ją.

Kiedy konkurentka się ukłoniła, Hidoi stała wyprostowana. Spojrzała na nią swoimi jasnymi, niebieskimi, złowrogimi oczami. Wzrok był jednak niewinny. Przynajmniej takie wrażenie sprawiał na początku...

- Witam moją rywalkę. Liczę na to, iż będziesz intrygująca i śmiała - rzekła spokojnie. Miała za sobą wielu zbyt prostych rywali. Oczekiwała czegoś więcej.

Cofnęła się i czekała na ruch konkurencji. Jej oczy zaczęły lekko iskrzyć.

Edited by Hidoi Mesu Okami ~

Share this post


Link to post
Share on other sites

A więc nie wykona pierwszego ruchu...

Koschei uśmiechnęła się pod nosem - taka sytuacja zdarzała się jej nie pierwszy raz. Czyżby był to jeden z tych niezrozumiałych zwyczajów lokalnych magów?... Lub po prostu zwykła przebiegłość. Obstawiała raczej tę drugą opcję. Całkowita szczerość i szlachetność była w tej branży drogą prowadzącą prosto do porażki... Tylko magowie z asami w rękawie mogli coś osiągnąć.

- A ja nie stanowię wyjątku... - dokończyła szeptem swoją myśl, po czym energicznie wstrząsnęła ręką. Z rękawa jej bluzki wyśliznął się złoty zegarek kieszonkowy, po czym wylądował zgrabnie w jej dłoni. Dziewczyna, nie czekając długo, jednym kliknięciem otworzyła go i badawczo spojrzała na jego tarczę. Dopiero teraz widoczne stało się, że ów czasomierz nie należał do zwykłych - jego wskazówki zamiast godzin wskazywały różne symbole, ich tempo także różniło się od tego, do jakiego przyzwyczaili nas typowi przedstawiciele sprzętu tego rodzaju. Jednak to, co było nie zrozumiałe dla postronnych, dla samej Koschei było wręcz banalnie proste. W końcu posługiwała się tym przedmiotem od dziecka.

- Cóż... - po kilkunastu sekundach wpatrywania się w różne znaki rudowłosa podniosła wzrok znad zegarka. - Nasze przedstawienie czas zacząć, nieprawdaż? Widzowie chyba zaczynają się niecierpliwić...

Szybko schowała zegarek z powrotem do rękawa, po czym stanęła w delikatnym rozkroku. Dziś, niestety, nie mogła korzystać z dobrodziejskiej mocy wiszącego na niebie miesiąca... Nie przeszkadzało to jej jednak, by użyczyć jej sobie od jego złotych sióstr - gwiazd. Pstryknęła palcami - w jej dłoni pojawiła się... kreda. Najzwyczajniejsza, biała kreda. Biorąc pod uwagę tworzywo, z jakiego wykonano arenę - była jej ona jak najbardziej potrzebna.

- O światła nocy, wskazujące drogę wędrowcom, o nadobne siostry srebrnego pana nocy - Księżyca...

Mówiąc te słowa, Koschei kreśliła wokół siebie kolejne kręgi, z których każdy był wypełniony coraz bardziej wyszukanymi i kunsztownymi rysunkami... Gdy skończyła, kreda momentalnie rozpłynęła się w powietrzu niczym mgła, natomiast sama dziewczyna uniosła ręce do góry i spokojnym głosem dokończyła inkantację:

- ...o, panie firnamentu i nocnego nieba, użyczcie mi swojej mocy!

Nagle zarówno kręgi, jak i oczy czarodziejki rozbłysły na kilka sekund. Od razu poczuła przypływ mocy, której przybycie obwieszczała przyspieszona akcja serca i delikatna wibracja całego ciała. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem - i tym razem istoty niebieskie jej nie zawiodły...

Lecz jeszcze nie czas, aby dziękować. Podziękuje im dopiero po wygranej walce.

- Bestio Światła, wzywam cię!

Tuż przed wzywającą, w towarzystwie oślepiającego blasku, pojawił się ogromny, wysoki na trzy-cztery metry wilk. Jednak nie tylko wielkość odróżniała go od jego pobratymców. Całe jego ciało utkane było jakby ze... światła.

Jednak nie oznaczało to, że nie mógł zadać fizycznych, poważnych obrażeń...

Rudowłosa wycelowała palcem w obserwującą ten spektakl Hidoi, po czym rzuciła dwa proste słowa:

- Bierz ją.

Wilk usłuchał natychmiast. Wystarczyło kilka susów, by znaleźć się na tyle blisko klaczy, by całkiem mocno drasnąć zębiskami jej bok, co też uczynił... Nie zdołał jeszcze jednak jej ugryźć.

Jeszcze nie.

Silly filly..., Koschei posłała wiadomość telepatyczną do jednorożca, pokaż mi swoje asy w rękawie....

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hidoi trochę się odsunęła od wielkiego wilka. Nie była jednak jakoś specjalnie przerażona.

Mruknęła coś pod nosem i jej róg zabłysnął na fioletowo. To była jej aura. Klacz uniosła się delikatnie nad wilkiem, kiedy on wciąż próbował ją ugryźć. Zniknęła na chwilę.

Pojawiła się jednak tuż za wilkiem, by go zaatakować znienacka. W związku tym, iż był on ze światła, miała plan, jak go pokonać. Zaraz po tym, z jej oczu zaczął lecieć czarny dym, a róg nagle wystrzelił z siebie cienie.

Klacz wykierowała cienie w stronę wilka. One zaczęły go oplatać wokół ciała, zaciskać, wchodzić do oczu i je oślepiać. Trochę to trwało, zanim ogromny wilk zniknął.

Hidoi upadła delikatnie na ziemię. Jeszcze przez chwilę dochodziła do siebie, aż się odwróciła do  stojącej nadal rywalki.

- Tylko na to Cię stać!? Parę podrapań? I nie dość, że wyczarowałaś jakiegoś wilka zamiast walczyć jak czarodziejka!? - oburzyła się.

Zacisnęła oczy. Jej podrapania po woli znikały. Nie chciała jednak walczyć z krwawymi ranami.

- Walcz sama! Co to za pomoc wśród zwierząt? Myślisz, że wilczek może mnie pokonać na dobre? Hahah, żałosne.

Hidoi zaczęła galopować do swojej rywalki. Nagle odepchnęła ją na sam koniec areny. Dziewczyna upadła z trzaskiem. Prawdopodobnie musiała coś sobie złamać.

Klacz powoli do niej podeszła. Jej róg powoli zaczął się jarzyć na pomarańczowa, by nagle wyrzucić z siebie płomienie.

Płomienie "pokierowały" się na rywalkę, która szybko wstała. Ogień niszczył jej włosy, ubrania i skórę.

- Ups, może Ci trochę pomóc? - zaśmiała się pod nosem Hidoi.

Spojrzała na nocne niebo. Wyczarowała jakąś czarną, burzową chmurę. Hidoi "chwyciła" chmurę magią i dała nad palącą się dziewczynę.

Zaraz potem z chmury zaczęła lecieć lodowata woda, która musiała wywołać szok po kontakcie z ogniem. Dziewczyna upadła na ziemię, była prawie poniszczona przez ogień.

- Twój ruch.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- A panienka to nie wie, że dziewczęcia to nawet kwiatkiem...? - czarodziejka, mimo zadanych ran, uśmiechnęła się bezczelnie. - A co dopiero ogniem... Autoregeneracja.

Mimo zniszczeń w ubraniu, nadal było ono wręcz przesycone magią. Właśnie to pozwoliło na niemal natychmiastową odnowę zarówno ubrań, jak i uszkodzeń ciała czarodziejki bez żadnych ubytków w ilości jej many... Ta myśl przypomniała jej o jednej, istotnej rzeczy.

- Panienka to chyba nowicjuszka...? Bo żaden zawodowiec nie szastałby tak magią już na samym początku - na jej usta znów wpełzł pełen złośliwości grymas. - Doprawdy... Zbyt wysokie mniemanie o sobie cię zgubi, sweetie~...

Zdjęła z głowy kapelusz i znów zanurzyła w nim dłoń. Czas, czas, czas... Potrzebowała go bardziej niż czegokolwiek innego. A przedmiot, którego w tej chwili szukała, był kuponem na kilkaście kolejnych minut. W końcu natrafiła palcami na kartonowe pudełeczko. Kolejną rzecz, z którą się nie rozstawała.

- Mam walczyć jak czarodziejka... A więc dobrze! - wzrok dziewczęcia zapłonął różowo-złotym ogniem, gdy wyciągnęła z pudełeczka kartę do gry i trzymając ją przed swoją twarzą, wysyczała:

- Szóstka pik.

Po tych słowach opuściła kartę na podłogę areny.

Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Z pozornie niewinnego kartonika natychmiast wyhynęło sześć łańcuchów, z których każdy był zakończony kolcem właśnie w kształcie symbolu pika. Z niemiłosierną prędkością pomknęły one w stronę klaczy, przyszpilając ją do ściany areny. Jeden łańcuch przypadł na jedną część ciała - pierwsze dwa na tylne nogi, dwa następne - na przednie, przedostatni unieruchomił głowę... Ale ostatni oplótł róg Hidoi, ograniczając jego zdolności magiczne o co najmniej 80%.

- No i co mi teraz panienka powie? - na twarzy rudowłosej widniał tryumf, gdy zbliżyła się do swojej rywalki na tyle, by móc spojrzeć jej prosto w oczy i móc, niby to pieszczotliwie, pogłaskać ją po policzku. - I co teraz mi zrobisz?

Oddaliła się od rywalki na kilka metrów, po czym klasnęła w dłonie. Tuż obok niej pojawiła się pufa oraz leżący na niej zestaw do herbaty. Czarodziejka jednym machnięciem ręki sprawiła, że obydwa te przedmioty uniosły się delikatnie w powietrze na kilkadziesiąt centymetrów. Już po chwili mogła patrzeć na probującą się szarpać rywalkę, przygotowując sobie przy tym herbatę.

- Nawet nie próbuj się szarpać, to tylko pogorszy sprawę - powiedziała po chwili, odmierzając spokojnie idealną ilość cukru. - Za grosz cierpliwości...

Gdy tylko skończyła przygotowywać swoją herbatkę, natychmiast wyciągnęła z pudełka kolejną kartę i zrzuciła go na metal pod jej stopami.

- Dziewiątka karo - powiedziała niby to beznamiętnie, skrywając swój uśmieszek za oparami gorącego napoju.

I tym razem z karty wydobyła się ilość przedmiotów adekwatna do zapisanej na niej liczby... Jednak nie było to coś, czego spodziewałaby się żądna emocji publika lub sama Hidoi. Były to bowiem...

...czarne, pierzaste miotełki do kurzu.

- Chyba każdy lubi łaskotki, co~? - gdy tylko usłyszała opętańczy śmiech Hidoi wiedziała, że jej mały tickilng showtime właśnie się rozpoczął...

Tymczasem nieszczęsna klacz wiła się jak tylko mogła, co rusz wybuchając kolejną salwą niekontrolowanego chichotu.

- To cię powinno nauczyć, że piękno tkwi w prostocie... - szepnęła, po czym przechyliła swoją filiżankę do ust. Earl Grey świeżo parzona. Wyborna wręcz. Chociaż...

Po krótkim namyśle Koschei przelewitowała do siebie dzbanuszek z mlekiem i dolała trochę białego płynu do herbaty, po czym ponownie upiła łyczek.

O tak, dokładnie o ten smak jej chodziło. Wybornie.

I tak nasza czarodziejka rozkoszowała zarówno swoje podniebienie, za pomocą aksamitnego smaku herbaty, jak i robaczywą duszę, poprzez ten spektakl upokorzenia, w którym główną rolę odgrywał błękitnooki jednorożec...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- A panienka nie wie, że zwierząt się nie bije? - strzeliła sarkazmem. - To w końcu Magiczny Pojedynek!

Hidoi postanowiła się uspokoić. Na co ta szarpanina, kiedy prawie nic z tego nie wyjdzie?

"Rude... jest wredne" - pomyślała.

- To ma być czarodziejka!? - wrzasnęła. - Wyczarowujesz jakieś łańcuchy i jakby nigdy nic pijesz sobie herbatkę!? Ty leniu! Walcz! Nie pomagaj sobie wyczarowanymi przedmiotami z Twojego głupiego hełmu! Pokaż swoje moce.

Nie szarpała się. Była jednak zła na to, że jej rywalka jest strasznym leniem.

Z jej pyska wydobył się język. Nie był to zwyczajny język, stał on się długim, wężym czarnym jęzorem. Nie wiadomo po co, Hidoi przewróciła filiżankę z gorącą herbatą na konkurentkę. Do czasu...

Oczy jednorożca stały się całe czarne. Łańcuchy się poluzowały. Wreszcie się uwolniła. Jej nogi lekko się uginały, aż się normalnie wyprostowała.

Nie była to magia rogu, tylko jej okularów, które służą jej jak róg zawodzi.

- ... taka wyborna ta herbatka?  - cicho powiedziała i spojrzała na Księżyc znajdujący się na nocnym niebie. Wycelowała w niego róg, czerpiąc jakąś czarną moc. Na Księżycu pojawiła się twarz Hidoi.

- Niech ta herbatka stanie się Twoim największym przysmakiem. - "podniosła" filiżankę. Po chwili pojawiła się w niej jakaś biała ciecz. Z jej rogu wystrzeliła ta dziwna czarna moc. Po chwili z herbaty zaczął lecieć czarny dym.

- Dałaś mi inspirację na te zaklęcie. Miałam to zostawić na potem, ale skoro już byłaś taka wyczerpana, że musiałaś sobie usiąść i pić herbatkę, to spoko.

Teraz to pij!

Spojrzała się na Koschei. Było wiadomo, iż ona nie weźmie tego sama z siebie. Klacz więc "wzięła" ją swoją magią i zaczęła trzymać w powietrzu. Czarodziejka nie mogła się poruszyć. Hidoi wyczarowała duże, grube szpilki, które zaczęły wbijać się w ciało rywalki, która zaczęła krzyczeć.

- A o to Twoja wymarzona herbatka. Pij ze smakiem - uśmiechnęła się i "otworzyła" jej usta, wlewając tajemniczy płyn.

Napój był gorzki i zarazem piekielnie ostry.

- No dalej, mroź ją! - zawołała klacz.

Po 5 minutach pikantności w gardle dziewczyny, jej ciało zaczęło blednąć. Lód wypełniał jej buzię, wnętrzości, a w żyłach płynęła lodowata woda.  Koschei jednak się utrzymywała, nic nie mogła zrobić.

- Pozwól, że ja się teraz napiję - z jej oczu wystrzelił czerwony promień. I tak ukazał się elegancki stoliczek, pufa i kieliszek z czerwonym winem.

Klacz jak nigdy nic usiadła na pufie i zaczęła smakować wino. Dziewczyna była w powietrzu jeszcze przez jakieś 5 minut.

Po tym Hidoi postanowiła ją uwolnić. Dała ja trochę wyżej i upuściła na ziemię. Rozległ się trzask rozbijającego lodu. To był lód w jej ciele.

- Achh, jak ja kocham władać żywiołami - wtedy stolik, kieliszek i pufa po prostu zniknęły.

- Pomóc Ci trochę z tym lodem? - wtedy szpilki znowu wpijały się w jej ciało, krusząc lód. - A tak dla pewności... - z jej oczu wystrzeliły płomienie, które znowu "objęły" Koschei. Po chwili znów pojawiła się czarna, burzowa chmura, oblewając ją lodowatym deszczem. Na koniec strzelił ją lekki piorun.

Dziewczyna była cała zziębnięta, mokra i lekko "przyfajczona".

- Może to wydaje się za dużo na początku, ale to tylko rozgrzewka - zaśmiała się.

Edited by Hidoi Mesu Okami ~

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak.

Zimno. Bardzo zimno.

"A więc tak muszą się czuć dusze w Mahāpadmie*", pomyślała Koschei, czując jak jej pokruszone ciało powoli wraca do formy.

Tym jej zaimponowała. Nie były to tak banalne zaklęcia jak na samym początku pojedynku... Może jednak owa Hidoi nie była wcale nowicjuszką. Może...

Lecz w tym momencie przypomniała sobie coś bardzo, ale to bardzo ważnego. Coś, co przywróciło jej oczom blask i znów przywołało uśmiech na jej zziębnięte wargi. Jeszcze tylko moment. Jeszcze... chwila...

- Uważałam swą rywalkę raczej za istotę myślącą niż zwykłe, bezrozumne zwierzę - odgryzła się, po czym zakaszlała.

Znów sięgnęła do pudełka drżącą ręką, tym razem wyciągając naraz dwie karty. Były nimi...

- As trefl i as kier.

Trzymając w dłoni karty wstała i, drżąc odrobinę, rzuciła je przed siebie. Hidoi mogła wyzywać ją od czego tylko chciała - nie mogła zrozumieć niczego przed czasem. A czas... cóż... nadejdzie wkrótce.

Tymczasem z obu kart nagle wyłoniły się dwie postacie, a dokładniej mówiąc - dwoje dziewcząt. Obydwie wyglądały identycznie, różnił je jednak kolor ubioru i włosów. Kier miała krwistoczerwone włosy, a jej ubiór - zbroja, jeśli mamy być dokładni - miała barwę białą przetykaną gdzieniegdzie czerwienią, natomiast zarówno fryzurę, jak i elementy ozdobne pancerza Trefl odznaczały się kruczą czernią.

- Witamy panią! - pisnęła Kier.

- Bardzo miło nam panią poznać! - wtrąciła Trefl.

- Nasza Pani potrzebuje Czasu i powiedziała nam, że pani może go dać...

-... ale, niestety, nie zrobi tego pani po dobroci!

- Dlatego też nasza Pani nas wezwała! - razem zachichotały, po czym w ich rękach pojawiły się miecze. Już po chwili obydwie siostry ruszyły do ataku z niesamowitą prędkością, powalając wroga ich Pani i zadając poważne rany w najbardziej kluczowy w walce element, mianowicie róg...

Hidoi... - rudowłosa posłała kolejną wiadomość białej klaczy. - Poznaj moje... Elementy...

Po tych słowach spokojnie, bezpieczna, bo okryta bardzo silnym, odpornym na magię polem siłowym, osunęła się w sen, niebędący oznaką lenistwa, ale zwiastunem nadciągających kłopotów panny Hidoi...

*

Mahâpadma - najniższa z Zimnych Narak (kręgów shintoistycznego piekła). W Mahâpadmie ciało ulegało zamrożeniu i pękaniu, w tym także narządów wewnętrznych.

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hidoi powoli zaczęła wstawać z ziemi. Była lekko wkurzona, gdyż uważa, ze jej rywalka pokona ją cudzą siłą.

 - Hiru - mruknęła. Jej ciało się "zregenerowało". Miała już dosyć siły.

- Tych cacek dziewczyny - wskazała na swoje okulary - nie zniszczycie!

Jej ciało nagle zaczęło się robić czarne. Cała była czarna, dosłownie. Stała się cieniem. Został tylko jej biały róg i oczy, które były całe białe.

Klacz "pogalopowała" w stronę nieznajomych dziewczyn, zostawiając za sobą czarne smugi. Powaliła obie na ziemię. Jedna z nich zmieniła się w dawną postać karty - asa trefla. Kier jednak została nadal dziewczyną.

- Ty... będziesz mi potrzebna - rzekła spokojnie, po czym po prostu weszła w ciało dziewczyny. Kiedy to zrobiła, oczy Kier stały się całkowicie białe.

Ruszyła w stronę Koschei. Uderzyła ją mocno w klatkę piersiową, po czym się obudziła

- Taka słaba jesteś? Ciągle pomocników sobie wyczarowujesz? To żadna magia! Nawet oni nie używają magii, tylko broni białej!

Ledwo przytomna dziewczyna się podniosła, niby chciała zaatakować. Jednak Hidoi-Kier się szybko odsunęła. Wyczarowała nagle czarny papieros. Leciał z niego fioletowy dym. Dziewczyna zaciągnęła jeden buch tajemniczego papierosu.

- Nie myśl sobie, że palę... to wcale nie ma być fajka.

Gdy to powiedziała, powoli podeszła do swojej rywalki, po czym zgasiła go na jej czole. Fioletowy dym zaczął się rozchodzić wokół jej ciała, aż wszedł w jej ciało przez oczy, nos i usta. Dziewczyna upadła na ziemię, wyjąc z bólu. Dym rozrywał jej wnętrzości.

- Myślę, że nie posunęłam się aż daleko...

Po 2 minutach katuszy, jej wnętrzości się odnowiły. Nie chciała przecież jej zabijać. Hidoi tupnęła nogą, po czym ziemia pod Koschei się "wypukła", wywalając ją na drugi koniec areny.

Powróciła do swojej dawnej postaci. Karty zniknęły.

 

Wybacz, ze tak krótko, ale się spieszę, muszę gdzieś iść

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Mylisz się... - Koschei parsknęła cichym śmiechem. - To JEST prawdziwa magia. A to, co zobaczysz za chwilę, jest nią tymbardziej...

Nagle na arenie rozległ się głuchy trzask. A po nim - następne, głośniejsze lub cichsze od swych poprzedników. Zagłuszyły one nawet krzyki i gwizdy dochodzące z trybun... Jednak nadal nikt nie wiedział, jakie jest ich źródło.

Cóż - już wkrótce miało być im dane je poznać.

Widać było, że ta nagła kakofonia odrobinę zdezorientowała Hidoi. Jednak nie było to wszystko, ba! Nie był to nawet początek! W końcu nawet byle przedszkolak mógłby dokonać czegoś podobnego... Nie, trzask był zwiastunem znacznych zmian. Zmian zachodzących pod powierzchnią areny...

Na twarzy Koschei kolejny raz zagościł uśmiech, lecz tym razem zupełnie inny od tych poprzednich. Nie było w nim już złośliwości ani dumy, życzliwości lub wrogości, a nawet pobłażliwości. Był to grymas osoby, która właśnie, delikatnie mówiąc... oszalała.

- Oj, Hidoi, Hidoi... - jej głos brzmiał inaczej. Zupełnie inaczej. - Mam nadzieję, że wzięłaś sobie do serca moje słowa, inaczej od twej chwili... będzie z tobą krucho.

Szczeliny na płycie areny zaczęły się poszerzać... Już po chwili zaczęły z nich wypełzać ciemnozielone, kolczaste pnącza.

- Może skądś kojarzysz tę roślinkę? Hm? - jej oczy błysnęły złośliwie. - Krwawa róża... Rzecz właściwie niezniszczalna... Pamiętasz początek naszego pojedynku? - różane pnącza szybko tworzyły nad rywalkami coś w rodzaju żywej klatki, wynosząc spod ziemi kolejne trybiki, śrubki i inne metalowe elementy pochodzące z samego serca areny. Także kolejne elementy podłoża to zapadały się, to wynosiły w górę, odbierając mu regularność i utrudniając walkę. - Właśnie wtedy zasiałam ziarno i "podpisałam" pakt krwi. Pamiętasz? Gdy nakłułam swoją dłoń...

Różana kopuła była niemal gotowa. Kolejne pnącza sprawiały, że na arenie powoli zapadał jeszcze większy mrok. A rudowłosa kontynuowała:

- Twoim następnym błędem był fakt, że skupiłaś się tylko na niszczeniu. Zdołałaś pokonać Podwójnego Asa, to prawda. Ale czy pamiętasz, co zrobiłaś z ich bronią?... A wiesz, co się na niej znajdowało?... Krew. Twoja krew, Hidoi.

Źrenice Koschei, mimo mroku, zwęziły się nienaturalnie.

- Dzięki temu róża mogła wchłonąć cząstkę ciebie. Cząstkę ciebie potrzebną, by uwięzić mnie tutaj z tobą do chwili, w której jedna z nas całkiem nie opadnie z sił. Możesz uderzać w nie ile chcesz, proszę bardzo - dodała, widząc minę jednorożca. - Nic tym nie zdziałasz. Ani ciosy fizyczne, ani magia nic tu nie dadzą. Oswobodzi nas jedynie koniec walki...

Wszystko było już gotowe. Powietrze w tym dziwacznym miejscu było aż ciężkie od zapachu róż... Czarodziejka klasnęła w dłonie. Znajdujące się na "suficie" kwiaty zaczęły świecić białym światłem.

- Ale... popełniłaś także ostatni, najgorszy błąd.

Róże i segmenty czegoś, co było kiedyś powierzchnią miejsca walki, zaczęły tworzyć tuż pod ścianą coś w rodzaju wielkiego tronu. Gdy i to dzieło zostało ukończone, dziewczę ponownie klasnęła i teleportowała się prosto na to niezwykłe siedzisko.

- Czy zwróciłaś uwagę na to, co wycięły na twoim zgrabnym ciałku moje kochane dziewczynki?...

W tym samym momencie w stronę Hidoi wystrzeliło kilka pnączy i przyciągnęło do stóp tronu.

- Tuż pod twoim rogiem od pewnej już chwili znajduje się znak zwany runą. Ta ma akurat dość ciekawe działanie... Nakłada na twoje czary blokadę. - przerwała na chwilę, po czym dodała donośnym głosem:- Uaktywniam runę Urdun.

Znak rozbłysnął krwawym światłem, po czym ponownie zbladł.

- No. A teraz... - z pnącza wykiełkowała kolejna, tym razem drobna, gałązka, która w mig oplotła język przeciwniczki i zmusiła go do wydobycia się na zewnątrz ust. - Cóż, w ramach podzięki za wyjaśnienie ci zasad działania labiryntu, zadbasz odrobinę o moje obuwie... Chyba nie masz nic przeciwko, ne? A dzięki naszym drobnym czarom - wskazała na jedną ze świecącychróż - widzowie tam, na trybunach, będą widzieć przejaw twojego dozgonnego szacunku do mnie na jakże gustownym telebimie...

Zachichotała, gdy pnącza zmusiły nieszczęśnicę do przylgnięcia językiem do jej butów i tym samym wylizywania ich powierzchni z wszelkiego brudu i kurzu. W tym samym momencie różane kolce boleśnie wbijały się w jej ciało, z każdym momentem zwiększając jej cierpienia.

- Ech, sweetie... Niekażdy może dostąpić takiego zaszczytu jak ty w tej chwili, wiesz~? - oprawczyni nie przestawała się naigrywać ze swej ofiary. - Czy nadal poddajesz w wątpliwość prawdziwość magii Koschei O'Clock, Wiedźmy Kreacji...?

Mam nadzieję, że wyraziłam się jasno - różane więzienie jest niezniszczalne zarówno od środka, jak i od zewnątrz aż do momentu zakończenia pojedynku. No exceptions.

UWAGA: Blokada czarów powodowana runą wynosi 80%

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jak... śmiesz... mi tak... ROBIĆ! - wrzasnęła rozwścieczona klacz.

Jej oczy zrobiły się całkowicie czarne, bez żadnych odbłysków. Zaczął lecieć z nich czerwony dym, który wyglądał jak lewitująca krew.

- A więc... działalność blokady działa do 80% ? Czyli to oznacza, iż jestem bardzo rzadka. Moje okulary... nigdy nie zawodzą!

Hidoi zaczęła się powoli powiększać, rozrywając różane więzienie ze swojego ciała. Nagle, wybuchła. Po prostu, wybuchła. To nie było jednak zwyczajne. Reakcja była jak po wybuchu wielkiej bomby. Na 10 sekund na arenie zapadło niemiłosiernie oślepiające światło, które po prostu paliło innych. Nie zabijało jednak. Wszyscy odnieśli jednak rany, takie jak cieknięcie krwi w różnych częściach ciała. Nawet rywalka "oberwała".

Po 10 sekundach, różane więzienie nadal było, lecz nie ruszało już Hidoi. Dziewczyna po prostu upadła na ziemię, robiąc niezamierzony szpagat. Nie trzeba chyba mówić efektów.

Klaczy jednak nie było. Natomiast, na samym środku pola walki była wielka plama krwi. Czy Hidoi zginęła? Czy faktycznie wybuchła? Poddała się?

Krew jednak zaczęła drżeć. Powoli podnosiła się do góry i za razem powiększała do niewyobrażalnych rozmiarów, robiąc przy tym wielkie, krwiste tornado.

Nie wciągało ono jednak niewinnych ludzi. Koschei jednak coś zabolało i była cała blada, jakby miała niedostatek krwi. Ugięła kolana i upadła na ziemię, po czym przerażające tornado w końcu się za nią wzięło. Wciągnęło dziewczynę do środka, by potem wiła się w strasznych strumienia krwi. Tornado ciągnęło się tak jeszcze przez 6 minut, aż wybuchło.

Krew jednak nie rozprysnęła się po całej arenie. Znowu leżała na środku, dawnych rozmiarów. Przemieniła się znowu w jednorożca. Dziewczyna natomiast leżała, cała blada i pokrwawiona.

Hidoi powoli do niej podeszła.

- Zmusiłaś mnie do tego. Użyłam Krwawej Magii. Królowa Bloody Flash* mnie tego nauczyła. Jest moją mentorką. Jednak, to nie wszystko, co się znajduje w tej oto bolesnej magii. Otóż, krew, która leżała na ziemi, to byłam ja. Dlaczego się powiększała? Iż użyłam całej swojej siły, by "ukraść" Twoją krew, żeby zmieniło się to w tornado. Wydawało się, że tornado było duże? Wy, ludzie, posiadacie wielką ilość krwi, zwłaszcza czarodzieje. Czystą krew. Uwielbiam ją. Im więcej krwi ma rywal, tym więcej można czarów używać! Jednak, oddam Ci Twoją krew, żebyś nam nie umarła, czy nie zemdlała. Chociaż, już prawie mdlisz - zaśmiała się, po czym z jej okularów wystrzelił czerwony promień, który wyglądał jak krew. Hidoi "otworzyła" buzię Koschei, by potem "wlać" krew do środka. Dziewczyna krztusiła się i prawdopodobnie miała odruchy wymiotne. Co to za sens pić krew, kiedy płynie ona w żyłach?

Otóż, z rogu Hidoi wylazły czarne macki, które zacisnęło jej ciało. Trzymało je tak jeszcze trochę, aż ciało dziewczyny otrzymało dawny wygląd.

- Oj kochana, nie myśl sobie, że Ci pomagam. Nie chcę po prostu stracić mojej zabawy! - źrenice jednorożca zrobiły się wąskie jak kota. Tęczówki były czerwone, a białka czarne.

Czarne, wielkie macki znowu zacisnęły się na Koschei. Były kolczaste. Wpijały się w całe ciało i żyły. Pociekło dużo krwi z ciała dziewczyny.

Macki jednak uniosły ją do góry, pokazując ją całej publiczności. Szarpały ją, miotały, a za każdy ruch dziewczyny, krwi było coraz to więcej. Może miała jakieś szanse? To się okaże.

Hidoi w międzyczasie znów wyczarowała pufę, stoliczek, jednak zamiast wina była krew. Usiadła i zaczęła się rozkoszować krwią. Miało jej to dodać siły podczas użycia kolejnego czaru za pomocą Krwawej Magii. Gdy wypiła, zaczęła się głośno śmiać jak psychopata, patrząc na upokorzenie  wielkiej czarownicy, Konschei.

*

Nie wymyśliłam Królowej Bloody Flash tak od razu. Była ona pierwszą moja postacią, która niegdyś była pegazem. Nie będę jednak tu pisać jej historii, to ma być pojedynek.

Edited by Hidoi Mesu Okami ~

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Zachowujesz się, jakby bolało mnie upokorzenie", pomyślała, powoli odłączając swoje ciało od jaźni. Szczerze mówiąc, mało obchodziło ją to, co myślą sobie o niej w tej chwili gapie. W końcu nie jedna osoba za życia doświadczyła hańby, by być szanowaną przez następne pokolenia... Ale Koschei nie zamierzała tyle czekać. Tej nocy rozgromi pannę Okami i pokaże jej magię kreacji w całej jej krasie... Jednak póki co potrzebowała planu. Planu, który pozwoliłby zapędzić czarodziejkę krwi w kozi róg.

Bo oswobodzenie z jej "pułapki" było wręcz banalnie proste.

W postaci astralnej dziewczyna nie mogła używać czarów na innych obiektach... Jednak srebrna lina* cały czas zapewniała jej częściową łączność z ciałem. Dzięki temu mogła używać magii na sobie .

Nagle bezwładna do tej pory powłoka rudowłosej zaczęła migotać i nagle zmieniło swój kształt i stało się... wielką, żelazną sztabką. Na ten widok astralna Koschei uśmiechnęła się.

"A teraz... Może podkręcimy odrobinę temperaturę...?".

Gdy tylko to pomyślała, metal bardzo szybko zaczął się rozgrzewać, dotkliwie parząc przy tym macki. Jednak nie był to jedyny efekt, jaki chciała osiągnąć. Już po chwili żelazo nagrzało się do tego stopnia, że zmieniło stan skupienia ze stałego na płynny...

Rozżarzona ciecz w miarę szybko przepalała mackowe sploty. Świst odparowywującej z nich wody przywodził na myśl piski zwierzęcia - małego, żałosnego, zapędzonego w kąt zwierzęcia.

"Ciekawe, jak ty będziesz piszczeć, gdy z tobą skończę...".

Gdy wszystkie macki zmieniły się w zaledwie kupkę popiołu, Koschei spokojnie przywróciła swoje ciało do poprzedniej postaci, po czym na powrót przyłączyła do niego swoją jaźń. Zanim zaczęła mówić, rozprostowała delikatnie ręce i nogi, a także niezbyt przyzwyczajony do nagłego znikania kręgosłup.

- Myślałaś, że tak łatwo mnie załatwisz? - otrzepała ubranie i prychnęła pogardliwie. - Byle jakie bezrozumne stworzonko nie jest w stanie mnie dobić. Czyżbyś tak nisko mnie ceniła...?

Trybiki w jej umyśle pracowały równomiernie, próbując wymyślić oryginalną kontrę. Gdy skierowała swój wzrok na nierównomierne podłoże areny i oplecione wokół jej segmentów róże, doznała nagłego olśnienia.

Pięcioramienna gwiazda*.

- A więc... Pamiętasz, gdy wspomniałam ci o Mahâpadmie? - ani z jej twarzy, ani z jej w tej chwili przygaszonych oczu nikt nie mógł odczytać intencji, które skierowały monolog Koschei na ten właśnie tor. - Mimo, że jest to najniższy z kręgów Zimnych Narak, nie jest ona wcale najniższą częścią shintoistycznych piekieł... Z pewnością ciekawi cię, co w takim razie JEST najniższym poziomem tego miejsca...

Dziewczyna zbliżała się, podczas gdy pseudowampirzyca unosiła się centralnie nad środkiem gwiazdy - elementu, na którego przedtem nie zwróciła uwagi - z kieliszkiem krwi u boku.

- Tak więc w podzięce za pokazanie mi zaledwie ułamka Mahâpadmy... - panna O'Clock raptownie zatrzymała się na jednym z ramion pentagramu. - Ja pozwolę ci poczuć przedsmak Avicí.

Jedno pstryknięcie palcami wystarczyło, by segmenty okalające serce kształtu wystrzeliły nagle niemalże pod sam różany strop, odcinając tym samym Hidoi drogę ucieczki. Stojąca nad tym swoistym kraterem rudowłosa nie zamierzała tracić czasu na kolejne docinki - musiała reagować szybko, póki jej cel nie zdołał jeszcze zareagować.

- Transmutacja: woda w benzynę! Przystosowanie!

Przez chwilę na pozór nie działo się nic, jednak już po chwili Hidoi zachwiała się na swej pufie i runęła w dół. Cóż - nikt nie zareagowałby inaczej na nagłe zastąpienie każdej kropli wody w jego organizmie benzyną...

- I jak ci tam na dole? - zawołała z góry osoba mianująca się Wiedźmą Kreacji, patrząc na ciut oszołomionego wroga. - To ciekawe uczucie, czyż nie? Mieć w żyłach zwykłe paliwo zamiast twojej ukochanej krwi?

Zdjęła kapelusz, po czym wydobyła z niego pudełko zwykłych, niewyróżniających się niczym papierosów, po czym wyjęła z niej jednego.

- Żebyś tylko sobie nie pomyślała, że na codzień palę - przedrzeźniała czarnogrzywą, odpalając jednocześnie (wydobytą w międzyczasie zapalniczką) papierosa. - Ale raz na przysłowiowy ruski rok można sobie pozwolić, ne?

Nie paliła często... Jednak w tej chwili nie chodziło o samo palenie dla palenia. Ów nieszczęsny papieros miał być tylko kolejnym przejawem jej władzy nad przeciwniczką. Jej wyższości.

Po kilku haustach dymu dostrzegła, że klacz zaczyna dochodzić do siebie. Cóż... nadszedł czas na obiecane Avicí...

- Ippen... - Koschei spojrzała na nią poprzez opary dymu. -...abi yore miru?**

Po czym upuściła na nią wciąż palącego się papierosa. Dzięki drobnym czarom zawartym w zapalniczce, nie zgasł on, a wręcz rozpalił się bardziej, by w końcu zetknąć się ze skórą Hidoi.

Dźwięk eksplozji i wrzask przeszyły całą arenę na wskroś. Mimo trawiącego ją ognia i cierpienia, ofiara nie mogła umrzeć. Samozwańcza piromanka zadbała o to, nie chcąc złamać zasady dotyczącej zabijania rywali na arenie. Nie chciała w końcu mordować.

Chciała tylko odpłacić pięknym za nadobne.

Przez chwilę patrzyła na żywą pochodnię w czeluściach krateru, po czym odwróciła się napięcie i zeskoczyła z ramienia pentagramu, nie robiąc sobie oczywiście krzywdy.

- Zobaczymy, sweetie... - szepnęła niby to do siebie, niby to do oddzielonej od niej żeliwną konstrukcją istoty. - Zobaczymy, jak mi się odpłacisz. Zobaczymy~...

*taki tam termin związany z OOBE

*patrz: post Hoffmana

**jap. "Czy chcesz zobaczyć/spróbować Avicí?"

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hidoi leżała i się paliła. Słyszała jej myśli. Była załamana.

"Ona naprawdę myśli, że mnie to boli i wrzeszczę?" - pomyślała. "Prawdziwy czarodziej nie cierpi z byle płomyka."

Zamknęła swoje błękitne oczy. Na jej ciele pojawiła się czarna aura, która zaczęła powoli rozpychać z niej płomienie. Ogień zaczął się rozprzestrzeniać w powietrzu, aż nagle, gwałtownie - wybuchnął.

Na całej arenie przez parę sekund zastało oślepiające światło. Po chwili, zniknęło. Cała arena natomiast stanęła w ogniu. Koschei także.

Ogień zaczął "wciągać" rywalkę pod ziemię, zapełniając jej oczy, buzię i całe ciało. Wszystkie jej wnętrzości zaczęły się palić. Było czuć zapach pieczonego mięsa. Nie było to banalne zaklęcie płomyków, na które każdy czarodziej jest odporny.

Hidoi "zagarnęła" resztę ognia z areny, dobijając Koschei. Płomienie przybrały wtedy czarny kolor. Z całego jej ciała wydobywał się fioletowy dym.

- Normalnie byś zginęła od razu od dawki Czarnych Płomieni. To pozbawia mocy, siły, a najważniejsze życia. Ale raczej nie o to teraz chodzi... nie? - zaśmiała się chytrze.

- Jednak, nie chcę, by nasz pojedynek opierał się tylko na "ogniobiciu".

Mówiąc to, Hidoi podeszła bliżej do swojej płonącej rywalki. Z jej rogu wystrzeliła fioletowo-zielona aura. Wycelowała ją na Koschei. Jej oczy były całe zielone.

Właśnie jej konkurentka widziała swoje największe koszmary. Wszystko, co może być najgorsze. Trwało to zaledwie minutę, lecz dla niej była to okrutna, wieczna męka. Skończyła.

- Widzisz... czary fizyczne nie muszą być najlepsze. Nie chcę wiedzieć, co widziałaś, jednak nie ma odwrotu. Te zaklęcie zostawiło bolesną ranę na Twojej psychice. Zapamiętasz to do końca swoich dni. Achh, kocham Czarne Płomienie.

Po tym, Koschei przestała płonąć. Przez chwilę było widać jej spalone ciało, lecz powróciła do swojej dawnej postaci. Czuła jednak nadal ból, i fizyczny, i psychiczny.

Klacz uniosła róg do góry. Powiedziała pewne zaklęcie w nieznanym rywalce języku. Język Gwieździstych Kruków. Gwiazdy na niebie przybrały fioletową barwę, oraz zaczęły drżeć i wystrzeliwać dziwne promienie, oraz światła w stronę Koschei.

Dziewczyna upadła na ziemię. Gwiazdy pozbawiały jej many do 90%. Trudne było jednak pozbieranie się. Po chwili, wokół dziewczyny zaczęły rosnąć czarne, kolczaste kryształy, z których nie można było wyjść.

Nie byłoby nic w tym strasznego, gdyby nie to, że Kryształy stworzyły także kolczasty "sufit", oraz ściany. Wszystko zrobiło się tak ciasne, że Koschei nie mogła się poruszyć, a jakby próbowała, kolce zaciskały się na jej głowie, co mogło być bardzo niebezpieczne.

- Ojj, głupiutka, głupiutka dziewczynka... - usłyszała Koschei. Był to odgłos Hidoi zza ścian.

- Próbowałaś mnie pokonać banalnym ogniem. Zauważ jednak, iż ja również władam ogniem, próbując wcześniej Cię pokonać. W tym wypadku, nie można pokonać przeciwnika tą samą bronią. Ogień, on dodaje mi siły. Od razu wiedziałam, którego zaklęcia użyć, gdy tylko chciałaś mnie zapalić. Ognia nie zgasisz ogniem. On tylko bardziej się rozprzestrzeni. Aż wybuchnie. I Cię pokona. Właśnie... - rzekła spokojnie Hidoi.

- A skoro mowa o broni...  to chyba wiesz, co Cię zaraz czeka - mówiąc to, klacz pofrunęła do góry. Z jej rogu wypłynęła woda. Tak, czysta, krystaliczna woda. Powędrowała ona na Kryształową Pułapkę, w której była uwięziona Koschei. Po chwili, woda przedostała się do niej, zalewając ją po sufit.

Hidoi usiadła na ziemi. Słyszała bulgotanie dziewczyny, która tonęła. Po 2 minutach męki, straciła przytomność. Klacz usunęła pułapkę, uwalniając nieprzytomną dziewczynę.

Po paru minutach zaczęła powoli "ożywiać".

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cisza.

Wszystkie dźwięki areny wytłumione zostały przez inne dźwięki, niesłyszalne dla innych - czy to Hidoi, czy publiki.

Dźwięki kołaczące się w jej własnej głowie.

Każda jej obawa, lęk, koszmar - nagle zmaterializowały się przed jej oczami niczym klatki filmu. Samotność. Ból. Przerażenie. Strach. Opuszczenie. Bezbronność... Te wizje przesycały umysł Koschei, sprawiając jej przy tym niemałe cierpienie. Tyle ran, które zabliźnił czas, nagle zostało rozerwanych... a teraz wszystkie, co do jednej, bolały jak diabli.

Nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy po jej twarzy zaczęły spływać łzy. Najpierw jedna, później druga, po nich - kolejne. Nie zanosiła się szlochem, ba - nie wydawała z siebie żadnego dźwięku. Nie lubiła tego. Nie lubiła dawać innym znać, że cierpi.

Spróbowała zebrać myśli i odepchnąć tę nacierającą falę negatywnych emocji. Bez skutku. Była zbyt silna, by zablokować ją w tak banalny sposób...

Chociaż...

Nagle wpadła na pomysł. Światło zwalcza się ciemnością, ogień wodą, dobro złem...

A czym zwalcza się smutek?

Czar, którego zamierzała użyć nie należał do trudnych. Jak większość Czarów Łańcuchowych zresztą. Wymagał jednak odrobinę energii...

Z trudem powstrzymując płacz, rudowłosa sięgnęła po raz kolejny w trakcie starcia do cylindra. Tym razem wyjęła z niego tylko... ciastko. Na pozór zwykły, niczym nie wyróżniający się wypiek. Jednakże dzięki zawartym w nim dodatkowym składnikom potrafił ono ciut więcej niż pierwszy lepszy wyrób cukierniczy.

Cóż takiego niezwykłego potrafiło nasze ciasteczko?

Otóż odnawiało ono poziom many do okrągłych stu procent. Przynajmniej na chwilę.

Gdy tylko dziewczyna je zjadła, poczuła znaczący przypływ sił magicznych. Tak... Teraz bez trudu powinna użyć tego czaru.

Postarała się skupić na jednym, najpozytywniejszym uczuciu, uczuciu, które przez cały czas pozwalały jej powstrzymać łzy... po czym skierowała swój wzrok na jednego z widzów. A dokładniej - prosto w jego oczy, przekazując tym samym odrobinę pozytywnej energii. Niemal natychmiast na twarzy widza pojawił się uśmiech i odwrócił on głowę w kierunku swojego sąsiada, który także się uśmiechnął... i tak dalej.

Trwało to dopóty, dopóki każdy na arenie - nawet Hidoi - nie uśmiechał się od ucha do ucha. Tak, tak właśnie działają Czary Łańcuchowe - niczym choroba zakaźna. Wystarcza choćby chwilowy kontakt wzrokowy z zaczarowaną osobą, by samemu podzielić jej los...

A teraz - skoro wszyscy przepełnieni byli już tą magiczna radością - czarodziejka mogła zacząć z nich ją ściągać...

Każda z ofiar uroku była z nią połączona swego rodzaju więzią. Dzięki temu bez większych problemów wchłonąć nadmiar pozytywnej energii, który wytworzył się dzięki jej zaklęciu. Już po chwili poczuła, jak jej wnętrze zamiast desperacji wypełnia rosnąca z każdą chwilą euforia. Emocja ta bez trudu popchnęła ją do działania. Ha! Teraz nic nie było w stanie jej zatrzymać!

W podskokach okrążyła arenę, przywodząc na myśl bardziej Pinkie Pie niż "poważną" czarodziejkę. Po tej nagłej manifestacji rozpierającej ją energii, skoczyła na sam środek areny z ciut upiornym uśmiechem od ucha do ucha.

- I jak, Hidoi? - zachichotała, widząc ciut zdeprymowaną minę jednorożca. - Jakoś dałam radę! Wiesz, że niedocenianie rywali to jeden z pierwszych kroków do porażki...?

Wyjęła z talii, która nagle pojawiła się w jej dłoniach, kolejną kartę i ze śmiechem wypuściła ją z palców.

- Dziewiątka karo!

Tuż nad jej głową pojawiło się dziewięć luster w czarnych oprawach. Bez trudu odbiły one światła gwiazd od Koschei i skierowały je z powrotem w ich stronę, jednak ciut zmodyfikowane... Po kilku sekundach wszystkie promienie znikły. Cóż - w końcu nie sztuka zrobić swoisty "wyłącznik", jeśli samemu opanowało się dany rodzaj magii...

- Ósemka trefl!

Dookoła areny pojawiło się osiem ogromnych głośników, każdy z symbolem trefla na obudowie. Płomiennowłosa czarodziejka pstryknęła palcami. Pozornie nie przyniosło to żadnego efektu, jednak w jej uszach pojawiła się para magicznie zabezpieczonych zatyczek. Rzecz niepozorna, lecz cholernie przydatna. I odporna na magię. Natomiast w jej rękach pojawiła się para mlecznobiałych skrzypiec.

- WIESZ, SŁYSZAŁAM, ŻE MUZYKA ŁAGODZI OBYCZAJE! - wrzasnęła na całe gardło. - PO TWOICH OSTATNICH ZACHOWANIACH WNIOSKUJĘ, ŻE PRZYDAŁBY CI SIĘ TAKI ZABIEG!

Po czym przyłożyła smyczek do strun i zaczęła grać.

Ze wszystkich głośników w jednym momencie buchnęła oszałamiająco głośna muzyka. Publika nie doznała zbytnich urazów dzięki ochronie różanej klatki... Lecz nie można było tego powiedzieć o stojącej w samym sercu tego piekielnego hałasu Hidoi.

Już po kilku sekundach z uszu klaczy pociekły strumyczki krwi. Niedorzecznie głośne brzmienie skrzypiec uszkodziło jej słuch i działało na nią niczym cios obuchem w głowę. Widząc to Koschei uśmiechnęła się tylko i kontynuowała swój przeuroczy występ.

Lustra pod wpływem takiego natężenia hałasu, magiczne lustra popękały, ale ich cząstki nadal utrzymywały się w powietrzu. Skrzypaczka, nadal kontynuując grę, wykonała piruet i spojrzała Hidoi prosto w oczy.

- Lećcie!

Odłamki szkła pomknęły w jej kierunku, raniąc ją na całej powierzchni ciała. Odłamki wpiły się mocno w jej rany sprawiając, że przypominała bardziej szklanego jeża niż zwykłego kucyka.

- A TERAZ TO... PODŚWIETLIMY!

Wszystkie ułomki zaczęły rozbłyskać kolorowymi światłami w rytm wygrywanej przez dziewczę melodii. Dzięki temu atak przerodził się w prawdziwy popis zarówno magii, jak i talentów panny O'Clock...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hałas był nie do zniesienia. Ogłuszający dźwięk przeszywał jej głowę i zagłuszał myśli.

Mimo to, Hidoi wstała i otrzepała się. Za pomocą aury pozbyła się odłamków szkła. Nadal krwawiła.

"Oszalała..." - pomyślała. "Zupełnie zwariowała.".

Powoli się pozbierała. W jej uszach wciąż dudniła przerażająca muzyka, grająca przez Koschei. Użyła magii, by zatamować cieknięcie krwi z jej ciała. Spojrzała na swoja rywalkę, jak na jakąś obcą idiotkę.

- Szykujesz imprezę... nie? - przesłała telepatyczną wiadomość do dziewczyny. Nie chciała wrzeszczeć jak debilka na całą arenę.

- Pozwól zatem, iż się przyłączę.

Po przesłaniu tej myśli, powoli podeszła do dziewczyny grającej na instrumencie. Klacz cała się chwiała, a z jej uszu leciała krew. Nie zważała na to. Spojrzała wrogim wzrokiem na dziewczynę. Wytrąciła skrzypce z jej rąk. Po prostu wytrąciła. Muzyka przestała grać, a Hidoi zatamowała krew, której i tak miała mało w organizmie. Taka się urodziła.

- A więc... taka wesolutka jesteś. Niestety, Twoja melodia nie przypadła mi do gustu. NIE ode mnie i od publiczności, dziękujemy - uśmiechnęła się złowieszczo, po czym jej róg znowu wystrzelił mroczną aurę, którą pokierował na Koschei.

- Czarna Magia jest nie do pokonania - mówiąc to, aura "pochłonęła" rywalkę - Nie ma żadnego zaklęcia, które usunie bolesną ranę na psychice. Ż A D N E G O - rzekła zirytowana klacz - Nigdy się tego nie zapomina.

Mroczna aura usunęła WSZYSTKIE szczęśliwe wspomnienia, sukcesy i inne radosne rzeczy, które zapamiętała Koschei w całym swoim życiu. Pozostawiła jednak wszystkie bolesne, smutne, gniewne i straszne przeżycia, które nie dawały jej spokoju. Czuła się słaba, całe szczęście zniknęło z jej życia.

- Ale cóż, miejmy nadzieję, że jeszcze coś osiągniesz - zaśmiała się Hidoi. W jej oczach było widać błysk, a okulary zalśniły czerwonym blaskiem. - Może się nauczysz nie robić żartów z czarnoksiężników. Nie masz żadnych zabawnych pomysłów. Smutne, nieprawdaż?

Jej pysk wykrzywił się złowieszczym uśmiechem. "Pożarła" całą jej radość, która teraz przepełniała ją. Zaczęła podskakiwać do góry. Wyglądałoby to radośnie, gdyby nie to, iż miała różne psychodeliczne myśli, ataki i tortury, które przepełniały jej głowę, jednak nie mogłaby wykorzystać wszystkich.

Uspokoiła się. Uśmiech jednak nadal został. Pełen był okrucieństwa.

- A więc... pobawmy się jak dwie koleżanki! Też chcesz się pobawić!? - zawołała, pełna zachwytu, po czym wyczarowała... małą laleczkę. Nie była to jednak zwyczajna zabawka. Przypominała ona Koschei. Tak, była dokładnie jak ona. Twarz lalki przepełniona była przerażeniem i smutkiem. Zdawało się, że się porusza.

Hidoi wyczarowała mały nożyk. Dziewczyna była unieruchomiona. Zbliżyła nożyk do laleczki. Zaczął rozcinać jej ciało, od obojczyków do pasa. Mimo, iż nie była to prawdziwa dziewczynka, było widać lalce wszystkie wnętrzości, oraz pociekło mnóstwo krwi.

W międzyczasie, dziewczyna upadła na ziemię. Zaczęła krzyczeć z bólu. Nie było jednak widać zmian zachodzących na jej ciele. To była tylko jej wizja, była przepełniona koszmarami. Hidoi połączyła voodo z myślami Koschei, która absolutnie wiedziała, iż nóż rozcina ją. Tak jednak nie było. To były jej myśli. Bolesne myśli. Hidoi mogła "torturować" lalkę cały czas. Dziewczyna nie umrze. Jej będzie się tylko zdawać, że umiera.

Później, Hidoi dała do brzucha lalki mnóstwo szkła i zaszyła. Zaczęła nią podrzucać i walić w ziemię. Niby banalna zabawa, lecz dla Koschei były to straszliwe tortury. Ponoć rozrywało jej to wnętrzości.

Klacz znów użyła nożyka. Tym razem, zaczęła ciąć jej gardło. Następnie, rozcięła całą twarz. Wyczarowała zapałki. Podpaliła.

Tak o to laleczka voodo stanęła w płomieniach. Dziewczyna zaczęła się drzeć. Był to nieziemski wrzask. Niby czarodziejka, ale wyobrażała siebie jako normalną dziewczynę bez czarów, którą torturują w brutalny sposób. Płomienie zapełniały środek jej ciała. Ucichła. Nie zmarła jednak. Jej się tak zdawało.

Klacz powoli do niej podeszła.

- Dobra, nie wygłupiaj się i nie udawaj martwej - zaśmiała się i ją odczarowała.

Dziewczyna ocknęła się. Była przerażona, gdy ujrzała klacz nad sobą, gdyż to ona ją "torturowała". Nadal jej się wydawało, że jest normalną dziewczyną i że chcą ją torturować.

- Bu - powiedziała uśmiechnięta Hidoi, a Koschei próbowała się odsunąć, lecz nie miała siły. Nie miała świadomości o sobie. Mamrotała do siebie słowa typu "Zostaw mnie istoto... jestem bezbronna... boję się...".

- Wiesz, nie potrzebuję tego szczęścia. Bez niego i tak raczej jestem kreatywna - uśmiechnęła się i wyczarowała czarną, szklaną buteleczkę, do której "przelała" całą radość Koschei, która siedziała w Hidoi. Buteleczka zamknęła się i zniknęła.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zapadła głucha cisza.

Nie przerywał jej ani płacz, ani bolesne jęki...

Nic. Zupełnie nic.

Ciało Koschei drgało nieznacznie. Był to jedyny dowód na to, że nadal tli się w nim iskierka życia. Licha, ale jednak.

Publika także zamarła. Czyżby Hidoi jednak do końca wymęczyła oponentkę, na tyle, że ta zaniechała dalszej walki? A może wręcz stała się do niej niezdolna...?

Jednak po chwili podniosła ona głowę i wyszeptała.

- Wariatów... szczęście się ima... - wydukała, po czym uniosła rękę i wskazała na miejsce obok Hidoi. - A... brak spostrzegawczości... przynosi zgubę.

Klacz odwróciła się za siebie i zauważyła... małego chłopca ze znakiem karo na piersiach, trzymającego w rękach miecz i flakonik - łudząco podobny do tego, którego przed chwilą "zniknął" kucyk.

- Dziękuję, że zdecydowała się pani zwrócić mojej Pani jej własność! - chłopczyk zaśmiał się, po czym pomknął wprost do swej stwórczyni. Hidoi nie zareagowała w żaden sposób - po prostu stała jak wryta, patrząc to na Karo, to na Koschei, aż w końcu na buteleczkę, która znów pojawiła się tuż obok niej. Zdała sobie sprawę z czegoś, co teoretycznie było niemożliwe.

Naczynko obok niej było jedynie fałszywką.

Tymczasem jej oponentka, zachęcana przez swego miniona, wypiła zawartość flakonika aż do dna.

- Dziękuję, Karo - powiedziała do chłopca, po czym na jej usta znów wypełzł pełen pogardy uśmiech. - Zdziwiona?

Wstała, podtrzymywana przez humanoida, i zaśmiała się swojej rywalce prosto w twarz.

- Myślałaś, że to "O'Clock" przy imieniu nic nie znaczy? - powoli wracały jej siły i czuła, że już w tej chwili mogłaby spokojnie ustać sama, jednakże nadal trzymała się ramienia sługi. - Dzięki pewnym... układom z jedną z Istot Wyższych otrzymałam możliwość manipulacji przy czasoprzestrzeni - rzecz wyjątkowo przydatna, szczególnie, gdy nie wie o niej rywal...

Nie wspomniała ani słowa o tym, jaką cenę musiała ponieść nawet za tak drobną manipulację w czasie jak ta. Nie powiedziała o tym, czym owocują takie układy po śmierci czarodzieja... Nie, Hidoi nie musiała wiedzieć wszystkiego. Wystarczyło jej tylko tych kilka suchych informacji...

Jednak nic nie powstrzymało jej przed wyjaśnieniem, w jaki to sposób Karo wszedł w posiadanie cennego flakonu bez wiedzy oponentki.

- Pewnie chciałabyś wiedzieć, jakim cudem dokonałam czegoś takiego - kontynuowała swój monolog Wiedźma Kreacji. - Otóż nie było to czymś wielce skomplikowanym... na pierwszy rzut oka, oczywiście. Otóż podczas mojego małego "ataku szczęścia" przygotowałam się na kolejny atak z twojej strony. Powiem tak - za każdym podskokiem zostawiałam coś przy ścianach areny. A to kartę, a to przedmiot z kapelusza... Jedną z tych kart był As Karo. Asy jako jedyne z mych minionów mają do dyspozycji część moich mocy. Także manipulacje czasowe. Dzięki temu Karo mógł spokojnie zatrzymać czas w odpowiednim momencie i podmienić flakoniki. Praktyczne, czyż nie?

Znów się zaśmiała. Tymczasem Karo puścił swoją panią i stanął tuż przed Hidoi z mieczem w dłoni.

- Ochrona Psyche.

Dzięki temu klacz nie mogła już zabawiać się psychiką klaczy. Pozbawiona została także możliwości jakiejkolwiek manipulacji minionami - zarówno one, jak i sama Koschei były chronione mocą zaklęcia. W przypadku owych magicznych stworzeń, urok powodował także niemożność przejmowania nad nimi kontroli. W końcu broni się nie pożycza, ne?

- A teraz... - posiadaczka cylindra wytworzyła wokół siebie i Karo bańkę z pola siłowego. - Detonacja.

W jednej sekundzie, na terenie całej areny, doszło do serii potężnych eksplozji. I tak już nierówny teren zadrżał niczym przy trzęsieniu ziemi, po czym część składających się nań segmentów zawaliła się pod swoim ciężarem. W tym także ten, na którym stał wróg...

Kilka różanych pnączy wystrzeliło w jego kierunku, oplatając go i nie pozwalając na upadek w czeluść mechanizmu znajdującego się pod areną. Zamiast tego dostarczyły nieszczęśnicę prosto przed oblicze swej oprawczyni.

- Hmmm... - różnooka zamyśliła się przez chwilę, patrząc na ściskaną coraz mocniej istotę. - Twoje ostatnie ataki były niedorzecznie poważne... Nudzisz mnie. Czy kreatywność w tych czasach naprawdę musi być towarem deficytowym?

Roślina powoli zaczęła wydzielać z siebie otumaniające feromony, powodując u swej więźniarki niemałe otępienie... Nie mogąc zebrać myśli, praktycznie nie stanowiła dla naszej bohaterki zagrożenia.

Przynajmniej na razie.

Już po chwili na szyi czarnogrzywej pojawiła się obroża i połączona z nią smycz... Jednak obydwie te rzeczy nie były ani trochę zwyczajne. Składały się one bowiem ze śrubek, kół zębatych i innych części... samej areny. Trzymająca drugi koniec smyczy Koschei szepnęła ją nagle i pełna zadowolenia patrzyła na nie stawiającą oporu błękitnooką. W tym samym momencie macki upuściły ją na zimną powierzchnię areny.

- Wstawaj - wyszczebiotała słodko ta pierwsza, po czym ponownie z całej siły pociągnęła za łańcuch. Nie czekając na reakcję jednorożca, pociągnęła go za sobą, nie dając nawet szansy na wstanie. Cichutko nuciła za to kolejną melodię, która wydała się jej najbardziej adekwatna do obecnej chwili. Nadal wlokąc za sobą rywalkę niczym przysłowiowy worek kartofli, wyciągnęła z rękawa kolejną kartę i rzuciła ją przed siebie.

- Joker!

Teren areny znów zadrżał, po czym zaczął się zmieniać po raz kolejny. Pojawiły się na nim kolejne dziury, wybrzuszenia, kształty, dźwignie, zapadki, kolory, aż w końcu przeobraził się on...

...w automat do gry we flippera.*

- A teraz, w ramach pokuty za próbę zanudzenia mnie na śmierć... - zacisnęła obrożę jak najmocniej się dało. - ...pograsz ze mną w grę.

Puściła smycz. Ciało klaczy natychmiast zostało otoczone warstwą przezroczystej substancji, która zastygła w formie kuli. Gdy tylko to się stało, kolejna macka wciągnęła ją na teren automatu. Już po chwili kulka wystrzeliła w górę planszy i zaczęła się odbijać od kolejnych ścianek. Każde takie uderzenie powodowało radykalne zmiany w przezroczystej klatce - raz było tam mroźno, raz upalnie, raz duszno, raz nie, raz wilgotno, raz piekielnie sucho... Każde "bliskie spotkanie trzeciego stopnia" fundowało także czarodziejce niemałą porcyjkę bólu...

Tymczasem panna O'Clock spokojnie obserwowała to wszystko sponad planszy, unoszona przez kilka pnącz. Co jakiś czas kazała podbijać kulkę dwóm stwardniałym mackom znajdującym się w dole automatu. Poza tym milczała, relaksując się przy tej drobnej, acz zaskakująco wciągającej grze...

* -

http://pl.m.wikipedia.org/wiki/Flipper

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Nah, co tu się dzieje?" - pomyślała klacz, która czuła nagłe zmiany temperatury w swojej "pułapce".

Kulka wciąż się odbijała powodując dziwny, zmienny klimat, który zaczął drażnić Hidoi. Nie mogła spokojnie pomyśleć od tych uderzeń. Jej ciało ciągle się poruszało i dostawało obrażenia. W końcu się mocno wkurzyła.

- Mam... tego... DOSYĆ! - zawołała, po czym jej czarne okulary zaczęły migotać na czerwono. Próbowała wywołać promienie, lecz uderzenia nie pozwalały jej na to.

Zamknęła swoje błękitne oczy. Skuliła się. Po około 2 minutach, kula powoli się zatrzymywała. Wreszcie ustała. Klacz otworzyła swoje wściekłe oczy. Okulary znów zaczęły migoczeć na czerwony kolor. Wreszcie, pojawił się czerwony, oślepiający promień, który gotowy był rozciąć denerwującą pułapkę, w której znajdowała się Hidoi.

Po uwolnieniu, klacz polewitowała do góry. Okulary znów wydobyły promień, który zaczął rozwalać "automat" do gry w Flippera, w której uwięziony był jednorożec. Było to trochę trudne, lecz dała sobie radę. Wkrótce na ranie leżała tylko karta Joker, która spłonęła.

Powoli spadała na dół. Podeszła bliżej swej rywalki ze wściekłym wyrazem twarzy. Stała tak przez chwilę.

- Jak... Ty... możesz mówić... że to Ci się... NUDZIŁO!? - warknęła. - Jakbyś zareagowała na to, że pozbawiono Cię magicznych mocy, uwięziono i zaczęto torturować!? Zanudziłabyś się? To był jeden z Twoich koszmarów! Tyle, że ja go mogłam odegrać. Zastanów się, co mówisz, zachowujesz się zbyt zuchwale.

Gdy to wypowiedziała, oddaliła się i podeszła do chłopca Karo.

- Nawet nie wiesz, głupi smarkaczu, co właśnie dałeś do picia swojej Pani - zaśmiała się chytrze. Wyciągnęła kopyta i po prostu go odepchnęła. Karo w locie zaczął płonąć, aż zniknął.

Hidoi zniknęła, lecz zaraz po tym pojawiła się za Koschei.

- Wiedziałam, że odzyskasz ten czarny flakonik. Nie jestem taka durna, jak myślisz - prychnęła. - Ale nie myśl, że swe szczęście odzyskałaś. To jest niewykonalne, jesteś zbyt pewna siebie po wypiciu tego, zdaje Ci się tak! - zawołała jej w twarz. Uśmiech spełzł z twarzy rywalki.

- A teraz pozwól, że ten tajemniczy napój wykona swą robotę. Otóż, to, co przelałam do buteleczki, była to część mojej mocy, która miała Cię zaatakować po pewnym czasie. Szczęście wciąż siedzi we mnie. Wrobiłam Cię w to, jesteś naiwna, jak Twoje karty! - zawołała.

W tym czasie, dziewczyna upadła twarzą na ziemię. Pod nią zaczęły się tworzyć korzenie drzewa, które powolutku się rozrastały.

- Mam nadzieję, że lubisz roślinki. Nie marzyłaś o tym, by być drzewem?

Te zdanie mogło brzmieć głupio. Korzenie jednak się tego "posłuchały" i zaczęły rosnąć w górę, powoli przebijając ciało rywalki, która zaczęła krzyczeć.

Był to niesamowity ból, zwłaszcza, że te korzenie były zaklęte, posiadały czarne kolce i wydobywał się z nich fioletowy dym, który był mocno toksyczny i zamieniał krew w... rtęć.

Wkrótce, zaczęło rosnąć czarne drzewo. Ostre gałęzie przebijały całe ciało Koschei, a nawet płuca, które wypełniły się fioletowym dymem. Nie mogła jednak umrzeć, Hidoi nie mogła złamać zasady, więc chciała ją wolno torturować.

Dziewczyna nie mogła już krzyczeć. Nie, przez jej płuca. Jedna z gałęzi strąciła kapelusz z jej głowy, który upadł tuż obok klaczy.

- Uch... cóż to za cacko? - uśmiechnęła się chytrze i uniosła kapelusz. Wyleciała z niego karta - Szóstka Pik, której użyła na początku dziewczyna.

Karta, powoli zmieniała się w wielkie, grube łańcuchy, które już miały zabierać się za Hidoi. Ona jednak odleciała na 2 metry od nich. Opuściła wzrok. Łańcuchy również, upadły na dół. Klacz miała plan. Uniosła wzrok na uwięzioną Koschei. Łańcuchy wtedy zaczęły unosić się na dziewczynę, a później ją całą oplotły, zaciskając wszystkie kończyny. Wtedy zaczęła płynąć rtęć.

- Tak, bardzo dobrze... - mruknęła do siebie zaciekawiona Hidoi. Spojrzała na korzenie drzewa. Powoli przymykała oczy, aż drzewo runęło na ziemię z głośnym hukiem. Dziewczyna oczywiście nadal była uwięziona. Z jej oczu również zaczęła płynąć rtęć.

Klacz wyczarowała czerwony flakonik, do którego przelała całą rtęć. Później, "otworzyła" buzię rywalki i przelała ciecz, która pozbawiła jej mocy do 80%.

Łańcuchy lekko się poluzowały, lecz rywalka wciąż była nabita na drzewo. Kapelusz wrócił do niej.

- Pomyślałam, że nie będą Ci potrzebne te wszystkie przedmioty. Chcę, byś walczyła bez kart - uśmiechnęła się chytrze Hidoi, która usunęła magiczne właściwości w tym kapeluszu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kolejna ucieczka poza ciało. Ech... To skakanie pomiędzy wymiarami zaczynało być odrobinę denerwujące.

Koschei (a właściwie jej ciało astralne) skierowała bystre spojrzenie na rywalkę i na fizyczną siebie, potraktowaną niczym pierwsza lepsza sadzonka.

Doprawdy, conajmniej niesmaczny pomysł.

"Myślałam, że jesteś bardziej wysmakowana w swoich czarach. I o ciut bardziej otwartym umyśle", westchnęła sama do siebie. Znów łypnęła pobieżnie na conajmniej urocze drzewko, zastanawiając się nad swym następnym ruchem. Hidoi popełniła jeden błąd przy ocenie działania jej zaklęcia - uznała, że Worek bez dna mieści się w kapeluszu. Nic bardziej mylnego. Cylinder stanowił tylko jedno z wejść prowadzących do czarodziejskiego schowka. Jednorożec zdołał jedynie zamknąć jedne z wielu przysłowiowych drzwi, nic poza tym.

Jedynym dylematem stojącym przed czarodziejką był fakt, że odniesione przez nią obrażenia mogły jej uniemożliwić użycie jednych z bardziej... oryginalnych drzwiczek. Przez chwilę jeszcze się wahała... jednak w końcu podjęła decyzję.

"Cóż... Wracamy".

Powrót do zwykłego ciała potrwał krótko, a jedynym bodźcem, którym ją o tym uświadomił, był porażający ból.

Musiała się przemóc.

Musiała działać.

Teraz.

JUŻ.

Zaczęła zanosić się kaszlem. Kolejne strużki rtęci spłynęły po jej skórze. Heh - w tym świetle musiało to wyglądać conajmniej ciekawie... Ale teraz liczyła się tylko jedna rzecz.

Kaszleć, kaszleć i jeszcze raz kaszleć.

W końcu poczuła, że coś kanciastego podchodzi jej do gardła, prześlizguje się w górę przełyku, aż w końcu przykleja się do języka.

Mimo bólu, uśmiechnęła się. Tak bardzo lubiła się uśmiechać. Tak bardzo lubiła doprowadzać innych do wściekłości, sprawiać, że w końcu nie wytrzymywali i dochodziło do rzeczy takich jak teraz.

Bo jak słabym trzeba być, by na zwykłe słowa odpowiadać torturami?

I z taką myślą w sercu bezceremonialnie pokazała klaczy język... z widocznym nań kartą - Jokerem.

- Wokeh - wysepleniła.

Karta zasyczała, po czym dosłownie rozpuściła się wśród rtęci i śliny... Jednak zmieniła jej kolor. Mętna do tej pory ciecz zmieszana ze srebrnymi kropelkami rtęci zamigotała, po czym nabrała złotej barwy. Czarodziejka odczekała chwilę, po czym spokojnie przełknęła substancję.

Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Rtęć natychmiast zniknęła, także korzenie i gałęzie zaczęły się kurczyć i usychać, aż w końcu całkiem obumierać i zmieniać się w proch. Łańcuchy też ukradły zniszczeniu. Towarzyszyła temu także regeneracja całego ciała. Gdy cały ten proces się dokończył, Koschei stanęła cała i zdrowa... Jednakże nadal coś jej nie grało... Zdjęła z głowy cylinder i zapobiegliwie "przejrzała na wylot" cały przedmiot za pomocą zaklęcia Orlego Oka - nie umknie mu żadna rzecz, istota ani zaklęcie. I nie mogą tego zmienić jakiekolwiek uroki ochronne lub maskujące.

- No cóż - dziewczyna ziewnęła. - Nie groź mi, onegai. Nie sądzę, byś była na tyle nierozsądna by łamać zasady. Uwierz mi, tylko ze względu na nie się ograniczam.

Jej oczy błysnęły złowrogo. Hidoi zdecydowanie jej nie doceniała... To niegrzeczne, cholernie niegrzeczne z jej strony.

- No ale czego można by się spodziewać po pierwszym lepszym zwierzaku... - zachichotała. Cóż, inwektywa za inwektywę. - Skoro tak bardzo chcesz bawić się bez kart, proszę bardzo.

To mówiąc, delikatnie uniosła rąbki spódniczki - z jej fałdów natychmiast wyfrunęła z szelestem reszta talii. Karty opadały w dół, przypominając trochę gromadę biało-czarno-czerwonych motyli. Ich właścicielka nie pozwoliła im jednak na zetknięcie się z podłożem. Kilka centymetrów nad nim każdy z prostokącików zapulsował złotym światłem, po czym zniknął.

- No a teraz...

Ruda pstryknęła. Nagle wszystkie ruchome ozdoby z areny oderwały się od ścian, po czym zaczęły powoli... stapiać. W końcu, gdy każdy wężowy golem zmienił się w ciecz, powtórzyła ten gest. Wąskie strumyczki niezwykłego płynu z całego obiektu przeciskały się przez szczeliny w klatce.

- Przepraszam, Hoffman! - krzyknęła, formując jednocześnie przed sobą kulę z rzeczonego materiału.

Gdy i to było już gotowe, zaczęła po raz kolejny nadawać cieczy inny kształt. Kilkadziesiąt ruchów jej dłoni wystarczyło, by uformować uroczą wręcz kosę. Wiedźma uśmiechnęła się, gdy broń w końcu spoczęła w jej rękach. W końcu właściwości tego cacka były przynajmniej niebagatelne*...

- I jak? Podoba się? - zwróciła się do Hidoi. - Bo publika nie narzeka...

Rzeczywiście, tak było. Jak głosił stary aforyzm, człowiek pragnął tylko dwóch rzeczy - chleba i igrzysk. A kosa w jej rączkach sugerowała, iż poleje się krew...

- Mam nadzieję, że i ty nie będziesz~...

Po czym ruszyła do ataku. Zanim Hidoi zdołała wykonać ruch, ostrze zagłębiło się w jej boku, rozpryskując upragnioną przez widzów ciecz. Jednak nie był to jedyny efekt ciosu. Otóż wysysało ono energię magiczną z ciała oponentki... Nie czekając na jej reakcję, cięła kolejny raz. I kolejny. I kolejny. I kolejny...

Każde cięcie odbierało manę, aż w końcu jej ilość oscylowała koło zera. Dopiero wtedy dziewczyna przerwała zadawanie ran. Zdecydowanie, jednorożec był conajmniej poharatany. Widok ten nie należał do najpiękniejszych, ale spełnił oczekiwania żądnej krwi widowni. Koschei wsparła się na swej kosie i obrzuciła rywalkę niezbyt miłym spojrzeniem. Czekała.

Golemy - patrz: post Hoffmana. Wchłaniają energię magiczną i są bardzo wytrzymałe. A skoro i one - broń z nich wykonana także.

PS Przypominam o właściwościach moich ubrań.

Edited by Koschei O'Clock

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klacz leżała, cała "pokrojona" kosą z elementów golemów.

Czuła się słabo, ale za nic nie dopuszczała do siebie myśli, że może być pozbawiona many.

Po prostu leżała.

Leżała tak jeszcze z 10 minut, aż powoli uniosła głowę.

Róg na razie odmawiał jej posłuszeństwa, lecz przypomniała sobie o swoich okularach, które nie mają nic wspólnego z jej mocą. One po prostu wytwarzają magię za jej rozkazem, nie z pomocą jej magii. Potrafiły również wspaniale się chronić.

Hidoi mrugnęła kilka razy, a okulary zaczęły migotać na czarno. Po chwili, klacz otoczyła się czarnym dymem. Nie było nic widać, jednak po minucie dym się rozszedł. Ukazał się zdrowy, stojący jednorożec.

- Ehh... co z tym rogiem!? - warknęła oburzona Hidoi. - Ile jeszcze będzie się blokować?

Spojrzała się złowrogo na stojącą obok rywalkę, trzymająca kosę.

"A więc to mnie próbowało udupić... no właśnie... golemy!" - pomyślała klacz. Jej oczy szeroko się otworzyły.

Skierowała głowę i róg do góry, próbując utworzyć energię. Jednak się ocknęła. Upuściła głowę. Zacisnęła oczy, a z jej okularów wystrzeliwały małe pioruny.

Po czasie, pioruny stawały się coraz to większe, aż "oplotły" Hidoi. Światło błyskało na wszystkie strony, aż wreszcie przestało.

Nie było widać żadnych zmian w wyglądzie Hidoi. Jej róg jednak zaczął szybko błyszczeć na biało i klacz, w ułamku sekundy, "pofrunęła" do nieba, zostawiając za sobą wybuch, który odepchnął rywalkę na koniec areny.

Hidoi wróciła. Polatywała sobie w tę i z powrotem, głośno się śmiejąc. Co chwilę wyczarowywała jakieś czarne chmurki, z których wystrzeliwały pioruny. Pioruny zaczęły powoli wytwarzać dziwne elementy i bronie. Klacz wróciła na swoje miejsce, patrząc na bronie z elementów golemów.

- Tak... to te cacka, których używała Koschei... wszystkie na razie chyba nie będą potrzebne - szepnęła do siebie. Gwałtownie spojrzała się na swą rywalkę, leżącą na końcu areny.

Hidoi zniknęła, lecz zaraz po tym pojawiła się naprzeciwko niej, wywołując trzaski piorunów, które walnęły rywalkę w głowę. Trzymała magią białe... okulary. Tak, prawie że te same, które w tej chwili miała na pysku Hidoi.

- Nie myśl sobie, że zamienię me okularki na te narzędzie... nawet jak już, tak się nie da - rzekła do dziewczyny.

Okulary zaczęły powoli przeistaczać się w biały pierścień, z czarnym ćwiekiem. Klacz założyła pierścień na swój róg.

- Mimo, iż odzyskałam swą moc, nie mogę po prostu odebrać Twojej. To znaczy, mogę, ale pójdzie ona. Wolę ją... sobie... zatrzymać... choćby na razie - uśmiechnęła się chytrze, a z pierścienia zaczęły wydobywać się tajemnicze, czarne łańcuchy z magicznymi ćwiekami, które mocno ścisnęły ciało Koschei. Po chwili, z jej ciała, wychodziło coś na kształt duszy. Lecz nie było to to. Była to jej moc. Cała jej magia, wchodziła w Pierścień na rogu Hidoi.

Przestało. Klacz powoli zaczęła się cofać. Dziewczyna leżała osłabiona, obrabowana z magii, many.

Hidoi pofrunęła do góry. Zaczęła wyczarowywać różne karty, które upadały na ziemię.

Po chwili, na arenie pojawił się ogromny, czarny wilk z zielonymi oczami. Był wielkości miniaturowego smoka.

Wilczyca rzuciła się na Koschei. Wzięła ją do pyska i zaczęła podrzucać, gryźć i kopać.

- Aha, nawet nie myśl o tym, żeby zniszczyć tego wilka - uśmiechnęła się złośliwie klacz - Był on stworzony z Twej mocy - zniszczysz go, zniszczysz część swej magii oraz kart. I taka silna nie będziesz.

Wilczyca podbiegła do Hidoi, która dała jej kulę z części magii Koschei. Kula została po prostu zjedzona.

- Dobry piesek...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Baka - prychnęła, odrzucając włosy do tyłu. - Destrukcja dla samej destrukcji jest iście bezsensowna. Nie bez powodu moja domena to Kreacja.

Liczyła się z ewentualnością, iż zostanie pozbawiona mocy. Ale to, że póki co nie mogła władać magią, nie znaczyło, że stała się bezbronna... Każdy szanujący się mag... Nie, każda szanująca istota stająca do walki musiała mieć przygotowane przynajmniej kilka planów. W końcu kto może wiedzieć, cóż wymyśli jego przeciwnik...

- Soyez prêtes - szepnęła.

Zegarek na piersi Koschei, rzecz, która do tej pory nie zwracała na siebie uwagi ani publiki, ani Hidoi, rozbłysnął, a jego wskazówki zaczęły się gwałtownie obracać, jednak w drugą stronę. Przylegające doń łańcuchy także zamigotały, po czym po prostu zostały wessane do środka pod postacią czystej energii. W ten sposób nie dość, że pozbyła się krępujących ją więzów, ale też zdołała odzyskać chociaż część many, póki co zamkniętej pod szkiełkiem czasomierza. Wcisnęła guziczek na górnej części obudowy - ledwo to się stało, od razu poczuła przypływ energii, która do tej pory ją opuściła. Błogość rozlała się po całym jej organizmie... Po chwili delektowania się tym uczuciem, ruszyła bez cienia lęku w kierunku wilka. Bestia zaczęła warczeć i napięła swoje mięśnie, gotowa do skoku na intruza. Nie zmieniło to jednak zachowania czarodziejki. W końcu znalazła się na tyle blisko kudłatego cielska, by móc je pogłaskać... co też uczyniła.

Zwierzę pisnęło, po czym jego sylwetka zajaśniała złotym blaskiem, rozmyła się i także wniknęła pod szkiełko zegarka. Rudowłosa beznamiętnie wcisnęła guzik, znów przelewając w swoje ciało zdobytą energię.

- W Magii Kreacji, jak w naturze, nic nie ginie - stwierdziła, znów przybierając wesoły wyraz twarzy, po czym wskazała na zegarek. - A dzięki temu cudeńku, transformacja materii w energię jest o wieeele prostsza! I nawet nie myśl, że uda ci się go zniszczyć. Porównam go pod tym względem do twoich przeuroczych okularków.

Znów uniosła rąbek spódniczki. Trzeba będzie jak najszybciej naprawić cylinder, pomyślała, czując na swoim udzie spojrzenia męskiej części widowni, zdecydowanie jak najszybciej. Na ziemię upadł... naszyjnik z korali. Gdy tylko jego właścicielka wzięła go do rąk, usztywnił się cały, tworząc obręcz na kształt hula-hop. Rudowłosa trzymała go tak przez chwilę, po czym zamachnęła się i rzuciła nim prosto w stronę Hidoi.

- Naszyjnik chciwca - szepnęła.

Udało jej się. Obręcz przez chwilę zakołysała się na szyi klaczy, po czym ześlizgnęła się po całym jej ciele i upadła na ziemię pod nią.

Gdy tylko to nastąpiło, wszystkie paciorki rozbłysły, po czym wyrzuciły z siebie żyłki, które utworzyły nad jednorożcem siatkę. Co ciekawe, na owych linkach także zaczęły się tworzyć kolejne koraliki. W przeciągu kilku sekund utworzyło się ich tak wiele, że panna Okami momentalnie ugięła się pod ich ciężarem. Widząc to, Koschei za pomocą magii po prostu uniosła ją w górę, aż pod samo różane sklepienie. Wówczas paciorkowe więzienie zamknęło się pod nią.

- A teraz czas na kolejny pokaz pirotechniczny! - oznajmiła donośnym głosem ruda i pstryknęła palcami.

Wszystkie koraliki zamieniły się różnymi kolorami, po czym zaczęły po prostu eksplodować. Jedna po drugiej, kuleczki wybuchały, roztaczając wokół siebie różne barwy. Eksplozje były znacznej wielkości, mimo niewielkich rozmiarów poszczególnych "bomb"...

Ale efektowność była tylko jedną zaletą Naszyjnika Chciwca. Drugą była efektywność... Tak podobne słowa, a znaczą zupełnie co innego. Dziwne, czyż nie?

Wracając... Każda z detonacji powodowała poważne uszkodzenia ciała, a także coś gorszego. Otóż w każdym z koralików uwięziona była iluzja zaklęcia. W każdym innego. Dzięki temu Hidoi nie miała bladego pojęcia o otaczającej ją rzeczywistości. Cała arena przeistaczała się w jej oczach z sekundy na sekundę - nieistniejące przeszkody mieszały jej się z prawdziwymi, północ z południem... W tej chwili nie była nawet pewna, czy na pewno walczy z Koschei, a nie z kimś zupełnie innym. Całe jej otoczenie stało się jednym, wielkim, surrealistycznym snem. I nawet patrzenie przez okulary nie pomagało jej w ujrzeniu prawdziwej rzeczywistości...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Najwyższy czas.

 

Przepraszając za znaczne opóźnienia, ogłaszam zakończenie pojedynku. Pora na zweryfikowanie mocy każdej z uczestniczek i wyłonienie tej, która swymi umiejętnościami podbiła większą ilość serc szanownej publiczności.

 

Starcie wyrównane i całkiem obszerne, nie zabrakło w nim widowiskowych akcji. Wskażcie zatem swoją faworytkę! Czy to Hidoi Mesu Okami okazała się potężniejsza? A może Koshei O'Clock? Zdradźcie nam która z nich, Waszym zdaniem, zasługuje na miano zwyciężczyni!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czas przeznaczony na typowanie swej faworytki minął! Sprawdźmy zatem jak rozłożyły się głosy! Gotowi?

 

Hidoi - 3

Koschei O'Clock - 7

 

A więc wszystko jasne! Oto przed Państwem zwyciężczyni magicznego starcia! Przewagą czterech głosów, na arenie tryumfuje Koschei O'Clock! Gratulujemy zarówno jej, jak i przeciwniczce, którą tym razem była Hidoi! Obie wojowniczki wykazały się wielką potęgą i kunsztem w doborze zaklęć, lecz wygrać mogła tylko jedna z nich... Tym razem była to Koschei, ale czy podobnie będzie następnym razem? I na kogo w przyszłości trafi Hidoi?

 

Tylko czas nam powie. Póki co, gratulujemy im i życzymy powodzenia! Mamy nadzieję, że jeszcze nie raz zaszczycicie swoją osobą mury sali magicznych pojedynków!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...