Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [A] SolarIsEpic vs Jaenr Linnre

SolarIsEpic vs Jaenr Linnre  

6 members have voted

  1. 1. Kto okazał się potężniejszym magiem?

    • SolarIsEpic
      2
    • Jaenr Linnre
      4


Recommended Posts

Solidna i ciężka płyta z marmuru zawieszona była nad basenem wody o kształcie sześciokąta foremnego. Drugi koniec grubych łańcuchów „trzymany” był przez monumentalne posągi wężoludzi. Ich długie języki sterczały z uśmiechniętych pysków. W oczodołach znajdowały się błyszczące szafiry. Sklepienie areny zdobiła płaskorzeźba przedstawiająca pierzastego węża, którego ogon okalał jednorożce, które wbrew ostrzeżeniom pokusiły się wyzwać go na pojedynek.

 

Lewitujące tu i ówdzie kule energii emitowały mocne światło, w którym połyskiwała płyta. Ona także była przyozdobiona płaskorzeźbami. Jej srebrne wykończenie cieszyło oko. Specjalne zaklęcie, pod wpływem którego znajduje się arena, powoduje powstawanie sztucznych fal, wynurzanie się słupów wodnych i spiral, a także fałszywe deszcze.

 

Jest jeszcze jedna rzecz, która nadaje tej arenie charakteru. Patrząc pod właściwym kątem, możecie dostrzec malowidła na jej ścianach. W wyżłobione w nich wzory i kształty wlano specjalną farbę, która reaguje na światło magicznych kul. Jedni twierdzą, że widzą na ścianach mniejsze pierzaste węże, drudzy, dostrzegają pośród nich więcej nierozważnych śmiałków. Jeszcze inni utrzymują, że ustawienie i pozy węży układają się w niewyraźny kształt skrzydła.

 

 

chrysalis_nightmare_by_slifertheskydrago

 

 

Jesteście gotowi na kolejne starcie weteranów? Tym razem na arenie zmierzą się SolarIsEpic i Jaenr Linnre! Doskonale znani wojownicy powracają, by dać Wam kolejne pamiętne widowisko!

 

W tym pojedynku, poza zasadami działu, walczących magów ogranicza limit dwunastu postów. Jesteście gotowi?

 

Niech rozpocznie się pojedynek!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cisze na arenie zaburzyła melodia z czołówki najdoskonalszej animacji świata, a z jednej strony areny jak z pod ziemi wysuną się wielki żelazny golem bez twarzy i jakimiś 20 metrami wysokości, robot był ze srebrnego metalu (właściwie to adamantu) i był humanoidalny, ja w moim normalnym ubraniu bitewnym czyli czerwonym płaszczu, czarnej koszuli i adidasach oraz granatowych jeansach z mieczem o czerwono-czarnej rękojeści na placach, srebrnych rękawicach i złotym wizjerze na oczach jako miłe dodatki. Stałem na ramieniu giganta machając nieistniejącej publice. Bo zakończeniu melodii wstępnej zeskoczyłem z golema i spadając na ziemie rozpłaszczyłem się jak postać z kreskówki, szybko jednak się podniosłem i nadałem sobie trójwymiarowość. Z kieszeni wyciągnąłem kluczyki z dwoma przyciskami, wcisnąłem jeden a robot za mną zapipczał i rozpłynął się w powietrzu, kluczyki również zniknęły bez śladu. Teraz zostało mi czekać na mojego przeciwnika.

Edited by SolarIsEpic

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z jednego z cieni na ścianie nagle wybiegł jakiś mężczyzna w garnituże, a w ręce trzymał kieliszek. Biegł spoglądając na Cybulę i najwidoczniej przeklinając pod nosem. Był lekko zasapany, a każdy oddech wznosił kolejny obłok dymu w powietrzu, jednak dym nie ulatywał, a opadał na ziemię i tam zbierał się. Srebrne zdobienia na ubiorze pobrzękiwały z każdym krokiem, jednak nagle całe ciało okryła ciemność, po czym opadła niczym dym, pozostają na ziemi. Teraz miał na sobie czarne spodnie, zdobione co i rusz pasami ze srebrną klamrą, przypinające je do jego nóg. Stopy były odziane w buty, o długiej cholewie, sięgające swym przodem aż za kolano. Ręce obwiązane aż do końca przedramienia czarną owijką. Reszta pozostawała naga, ukazując twarz, zdobną w kilkudniowy zarost, brązowe oczy, pełne podniecenia związanego z walką. Czarne, krótkie włosy falowały z każdym mym oddechem omiatane dymem wydostającym się z mych ust, teraz formującego się w półprzeźroczystą sferę dookoła jego osoby. Był gotów do walki i mógł zaatakować w każdej chwili, jednak tego nie zrobił. Ukłonił się za to nisko i uprzejmie ku swemu przeciwnikowi.

 

-Mam wielką nadzieje na dobrą walkę i przepraszam za spóźnienie. Praca. Możemy już chyba zaczynać?

 

Mężczyzna kucnął i włożył rękę we własny cień, który już nie odwzorowywał jego ruchów, a trząsł się, jak gdyby nie lubił gdy ktoś w nim szpera. Uderzył lekko rękę mężczyzny, a ten wyjął z cienia długi kostur, zakończony ostrzem u dołu. Góra zaś wypuszczała kolejne kłęby dymu, tak samo jak usta mężczyzny i najwidoczniej musiała być ważna dla maga który teraz stał czekając na odzew przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Nie, nie przeszkadzają mi drobne spóźnienia, po za tym ładny kostur, serio. Stylowy. Ja jednak lubię mieszać różne konwencje tak więc jako różdżki używam mojego miecza Amicusa- wyciągnąłem broń zza pleców po czym wywinąłem nim młynka, na klindze miecz miał wygrawerowany napis "Amicus"

-Jeśli pozwolisz ja zacznę, może coś delikatnego na początek

Schowałem Amicusa do pochwy na moich plecach, przyda się później teraz muszę wzmocnić się przed innym bardziej efektownym (i efektywnym) wzmocnieniem. Moje srebrne rękawice zmieniły swój kształt, ich palce wydłużyły się i wyostrzyły w pazury a'la Freddy Kruger. Starannie zacząłem wyrysowywać nimi na ziemi kółko, nie wielkie takie żebym mógł się w nim zmieścić siedząc po turecku, zrobiłem jeszcze jedno kółko, większe tak że teraz po między liniami dwóch kółek była pewna przestrzeń w której zacząłem pisać ,za pomocą rękawic, wzmacniające runy, po pewnym namyśle uznałem że mogę nanieść na siebie te dwa wzmocnienia jednocześnie więc dopisałem jeszcze parę run.

Usiadłem po turecku w kole otoczony runami które zaraz się zaświeciły, energia przeniknęła moje ciało, kiedy dwa słupy energii zderzyły się, ten który wychodził z ziemi i który był zwykłym wzmocnieniem które miało mi pomóc w przeżyciu tego drugiego wzmocnienia które wyglądało jakby było wsysane z innego wymiaru do mnie.

Wszystko trwało jakąś minute, wstałem otrzepałem się i podszedłem bliżej do mojego przeciwnika (czyt. miałem go w zasięgu jakichś pięciu metrów).

-No, to drugie wzmocnienie potrzebuje trochę czasu żeby się aktywować więc przygotuje swoją broń- wyciągnąłem Amicusa z pochwy i rzuciłem na niego proste zaklęcie które nieco odmieniło mój miecz, w jednej chwili stał się dłuższy, klinga jak i rękojeść miecza zmieniła się z jednoręcznej na dwuręczna, imię miecza jak i kolor rękojeści nie zmienił się.

 

-No teraz to świetny miecz dwuręczny- uśmiechnąłem się po czym upuściłem miecz i machnięciem ręki stworzyłem latające wiadro któremu oddałem mój ostatni posiłek, po tym pstryknąłem i wiadro (wraz z zawartością) zniknęło a ja chwyciłem się na głowę i upadłem na kolana, mimo wzmocnienia transformacja była nieprzyjemna na szczęście trwała tylko minute więc nie cierpiałem długo.

 

Wstałem, otrzepałem ubranie i spojrzałem na mojego przeciwnika po czym wyczarowałem lusterko żeby się przejrzeć, jednocześnie sprawiłem że wizjer na moich oczach zniknął, na razie mi się nie przyda.

Spojrzałem w małe lewitujące lustereczko i lekko odskoczyłem od własnego odbicia moje skóra była nienaturalnie blada podobnie jak włosy które zamiast być brązowe miały odcień śniegu, ale rzeczywiście wstrząsające były oczy- białka były lekko przekrwione a tęczówki były jadowicie żółte źrenice zaś szybko przeskakiwały z normalnego wyglądu do pionowych szparek lecz wystarczyło parę mrugnięć żebym to opanował.

 

-Że zacytuje "Jak ja paskudnie się uśmiecham, jak ja paskudnie mrużę oczy. To tak wyglądam? Zaraza", czy jakoś tak na ale ja wyglądam lepiej hmmm...no nic koniec tych ceregieli czas walczyć!

 

Lusterko zniknęło a ja błyskawicznie podniosłem miecz, ująłem go w dwie ręce po czym podbiegłem do mojego przeciwnika, kiedy byłem już bardzo blisko wykonałem piruet przez co byłem bliżej ręki w której tkwił dymiący kostur, szybko rzuciłem znak Aard który wytrącił Linnre'a z równowagi co dało mi szanse na uderzenie w kostur który wypadł mu z ręki zrobiłem jeszcze parę piruetów podczas których zrobiłem dziurę w spodniach przeciwnika, przyciąłem i tak krótkie włosy zrobiłem płytką i niegroźną ranę na jego łokciu i całkiem niechcący zadałem podobną ranę ma twarzy Linnre'a zaczynającą się po prawej stronie czoła i biegnącą na ukos całej twarzy kończącą się gdzieś obok lewego policzka.

 

Odskoczyłem od niego po czym ustawiłem się przy kosturze w pozycji obronnej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co prawda ataki oponenta były szybkie i bardzo celne, jednak to co widział było mocno zniekształcone przez sferę półprzeźroczystego dymu który wciąż niezmiennie omiatał całą postać Jaenr. Kostur dziwnym trafem raz jeszcze pojawił się w jego ręce, a na jego ubraniach czy ciele nie było najmniejszego śladu, jak gdyby żaden z zadanych ciosów nigdy do nie go nie dotarł. Ponadto sam Jaenr zdawał się być nieco zawiedziony. Stawił się do walki z wielkim magiem, a stawiono przeciw niemu barbarzyńcę, shape shifter'a z mieczem i odrobiną sztuczek. Jaenr wziął kolejny głęboki oddech, zastępując powietrze w sali, swoim dymem, który powolnie to osiadał na ziemi, to dołączał do jego sfery, albo latał sobie z wolna gdzieś pośród ogromu ich miejsca pojedynku.

 

-Sekwencje zaklęć zajmują ci za dużo czasu.

 

Po tych słowach, spod kostura zaczęły wydobywać się kolejne obłoki dziwnego dymu, który powoli rozchodził się po całej podłodze tworząc dziwne półcienie i omiatając również nogi przeciwnika. Sfera woków Jaenra stała się również setką małych ostrzy które teraz wirowały w nieprzerwanym tańcu, jakby jedynie czekając aż przeciwnik zbliży rękę, by ją po prostu odseparować od reszty ciała. Nie był to jednak koniec serii czarów jakie przygotował sobie czarownik. Jego oczy błysnęły błękitem, a ku jego przeciwnikowi poleciał błękitny piorun, skupiający się na nim tym bardziej że ów mag trzymał miecz w ręku, jednak sam widowiskowy piorun miał zmylić uwagę przeciwna bowiem ze wszystkich cieni, pół cieni i innych załamań światła, bądź jego braku, wystrzeliły teraz setki małych szpil lecących ze wszystkich stron, a mając jedynie jeden cel. Ponadto każda z nich zmieniała trajektorię, zależnie od ruchów maga dzierżącego w swym ręku ostrze.

 

To miała być walka na magię i na tym skupił się Jaenr, nie bawiąc się bronią barbarzyńców, pragnących jedynie krwi i oklasków. Wiedział że przeciwnik nie zada mu żadnej rany tego typu bronią, musiał się więc skupić by zmusić go do walki, jaka ta powinna być od początku.

Edited by Jaenr Linnre
  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Mnie? Za dużo czasu? Nie chciałem tylko żeby oczy mi wypłyneły, nie jestem najwytrzymalszy na świecie a ta przemiana została stworzona jako wyjątkowo bolesna i śmiertelna w wielu przypadkach...za dużo gadam nie? Wybacz. Ale jeśli coś jescze chciałbym powiedzieć to to że ten dym wygląda niebezpiecznie. Może odwiedź dentystę? To było tak suche...OK Solar zamknij się. Czy to już rozdwojenie jaźni? Chyba mam rozdwojenie jaźni! Solar zamknij się!

 

Moje rozwinięte przez wzmocnienie zmysły dały mi znać że dziwne szpilki nadlatują ze wszystkich stron.

 

-Chyba pora wezwać kawalerie...No nic- powiedziałem po czym pstryknąłem palcami...nic się nie wydarzyło i dobrze po to zaklęcie miało działać z opóźnieniem żebym trochę pobawić się szpileczkami.

 

Mój miecz wrócił do początkowego stanu, bron dwuręczna jest jednak...ha, nieporęczna. Machnąłem delikatnie mieczem dookoła sprawiając że szpilki zwarły się w grupe lecącą tylko z jednej strony, wciąż na mnie leciały ale tylko od strony torsu, były już diabelnie blisko ale wtedy...

 

-Au! What the chimichangas?!

 

-Jesteś w Polsce drogi przyjacielu- powiedziałem do osoby która miała w klatce piersiowej wszystkie szpilki jakie na mnie leciały, krwawiła obficie ale widocznie nic sobie nie robiła z przebitego płuca i paru innych rzeczy

 

-No i co z tego! Jak zresztą mam umieć mówić w waszym YAY języku skoro ten wasz kraj nigdy nie wydał o mnie komiksu! Hej co jak mówię po polsku?! Dlaczego cenzurują mnie kwestią postaci z kreskówki?! I czemu tyle tu tęczowego bydła!?!- postać która właśnie przybyła z innego wymiaru miała na sobie niebieską pidżamę oraz szlafmyce w tym samym kolorze, ponad to przytulała pluszaka który wyglądał jak...Spider-Man? Nieważne. Postać pod pidżamą miała czerwono czarny strój okrywający całe ciało. Była również maska która wzorem przypominała...majtki założone na głowę.

 

-Po naszemu mówisz bo narysowałem cię parę razy i wpisałem ci nawet kwestie w dymki, po naszemu. Cenzura istnieje bo to miejsce ma pewne zasady, co do kucyków...eee, nie pytaj.

 

Postać w pidżamie odwróciła się do mnie spojrzała krzywo.

 

-Czego ode mnie chcesz?!

-Nic wielkiego tylko pomóż mi w walce z jednym gościem- uśmiechnąłem się przepraszająco

-A co ja będę z tego miał? Znasz mnie trochę jestem YAY YAY najemnikiem i chce żeby mi płacili za dobry czy zły uczynek- pidżamiasty odrzucił swojego pluszaka i skrzyżował ręce na piersiach

-Wyśle cie do Equestrii!

-To krainy magicznych taboretów?! Kpisz sobie! Ja miałbym podróżować do jakiejś durnej...!

-Wiem że oglądasz ten serial i że przyjaźnisz się z jedną z bohaterek- uśmiechnąłem się tym razem złośliwie

-Poznaliśmy się na zjeździe pod hasłem "Czwarta  ściana to zło", pasuje mi jest grzeczniejszą wersją mnie

-I Harley

-Ale ona nie potrafi przebić czwartej ściany- kolega Pinkie wyprostował się z dumą

-Okej, nieważne. Ale pomyśl, wyśle cie do Equestrii jako kucyka, takiego zwyczajnego, posiedzisz tam tydzień grzeczny, porozmawiasz z Pinkie zarwiesz do Rarity zbierzesz trochę diamentów które tam są dosłownie dziesięć centymetrów pod ziemią powiesz że wyjeżdżasz, znikasz a ci z Marvela nawet nie zauważą że zniknąłeś! Aha i z dala od Twily, również do Fluttershy nie wolno ci się zbliżyć. Co do RD i AJ możesz się z nimi spotkać ale pewnie stracisz głowę albo inną część anatomii

-Brzmi kusząco, OK wchodzę w to!

-Ale się przebież wyjmij te szpilki z klaty

-O!- postać dopiero teraz zauważyła obecność szpilek- A i nie mam sprzętu.

-Nie martw się, ty się przebierz a ja ci go załatwię

-Oki doki Wolverine jest w pasie szeroki

 

Kiedy mój pomagier przebierał (czyt. ściągał pidżamę i wyskrobywał z siebie szpilki)  się za kamieniem (który sam wyczarowałem bez jego prośby) ja wyczarowałem na szybko trochę wyposażenia, w zestaw wchodziły dwa miecze katana, dwa pistolety oraz pas z kieszonkami na różne przedmioty oraz kabury, pochwy na miecze i inne takie, a i buty oraz rękawiczki w których mój pomocnik akurat nie spał.

 

-Już?- krzyknąłem, a przy okazji przepraszająco machnąłem do dymiącego Linnre'a żeby nie pomyślał że o nim zapomniałem

-Zaraz, jeden utknął w śledzionie a już się zrastam!

-Czemu to ty jesteś drugi na liście moich ulubionych postaci z komiksów?

-Bo jestem epicki! A jak marudzisz to czemu nie przywiodłeś tu Spider-Mana?!

-On by się nie zgodził na uczestniczenie w tej walce, i nie mógł bym go przekupić, po za tym za bardzo go lubię by mu przeszkadzać. Ubierz to- rzuciłem sprzętem za kamień zanim mój partner zdążył się odezwać

-Hej co to za broń! Gdzie są kule?- krzyk zdziwienia wychynął zza głazu 

-Zamieniłem je na magiczne pociski które nie dość że ie mogą zabić przeciwnika to osłabiają go, wyjaławiają jego zdolności magiczne i same pojawiają się w broni, koniec przeładowywania. Z mieczami jest tak samo, jak go trawisz przejdą jak laser przez wosk, ale pewną krzywdę mu wyrządzisz.

-Słodko...No jak ja się mogłem YAY tak wkopać!?

 

Po paru sekundach mój pomocnik akrobatycznie przeskoczył przez kamień by się zaprezentować ( z pistoletami w rękach). Krzyknął:

-To czas epickości Deadpool'a - i poleciał wprost na mojego przeciwnika strzelając do niego z pistoletów i krzycząc "Bangbangbang"

-Jak zawsze działa bez planu- wbiłem swój miecz w ziemię obok mnie a moje rękawice zmieniły się w pazury z którymi skoczyłem na mojego oponenta który już dostał parę strzałów w tors od mojego przyjaciela który teraz wariacko skakał dookoła Linnre'a i zadawał mu pojedyncze ciosu cały czas krzycząc "Banana!", "Chimichanga!", "Cherrychanga!" i "Panckes!"

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Jeśli już to nie dentystę, bo ten dym pochodzi z płuc. Można powiedzieć że nim oddycham, za to ty mógłbyś odwiedzić medyka. Chyba masz coś z głową.

 

Mężczyzna cały czas oglądał dziwaczną scenę która odgrywała się przed nim. Rozmowę, przywołańca, który to przyciągnął szczególną uwagę Jaenra. Przywołaniec który nie słucha poleceń? Dziwne, a może czary jego przeciwnika na prawdę były na tak niskim poziomie że nie potrafił przejąć władzy nawet nad, jak się wydawało, zwykłym nieumarłym. Mag dokładnie przyglądał się nieumarłemu w tym dziwnym stroju. Najwyraźniej za życia przywołaniec musiał pracować w cyrku skoro nosił takie łachy jednak to nie było najważniejsze. Jego przeciwnik mógł mieć plan, więc mag postanowił się przygotować i ponownie wzmocnił swoją sferę z dymu, musiał bowiem być gotowy na masę czarów.

Wszystko działo się nadspodziewanie powoli, przeciwnik zajmował się dziwną rozmową z przywołańcem, a Jaenr miał mnóstwo czasu by się przygotować, co nie wróżyło niczym dobrym i wtedy się stało. Najprawdopodobniej nieumarły wyskoczył i zaczął atakować, jednak równie głupio i nieskutecznie co przedtem jego właściciel. Jednak mogło to mieć trochę sensu, bowiem dopiero teraz, przeciwnik Jaenr, mógł dokładnie przyjrzeć się dlaczego tego typu ataki nie były w stanie dosięgnąć go.

Kule były jak z resztą powinny, opływowe, dzięki czemu leciały szybciej i celniej, jednak podczas walki z magiem takim jak Jaenr był to zły pomysł. Opływowe kule, gdy tylko zbliżały się do jego ciała omijały je, gdyż ciało maga było zbudowane z dziwnej substancji przypominającej utwardzony dym, który po prostu opływał kule które nigdy nie miały prawa go zranić czy choćby dosięgnąć i podobna rzecz działa się w przypadku gdy, tak zwany, Deadpool atakował swoim mieczem. Ten jedynie przelatywał przez ciało maga, nie czyniąc mu szkód, a jedynie pozwalając magowi złapać się za rękę.

 

-Zawiodłeś mnie mój drogi.

 

Czarownik złapał przywołańca za rękę zaś swoją drugą skierował ku właściwemu przeciwnikowi i dmuchając lekko wzbił w powietrze ogromny obłok dymu który poleciał na oponenta i zadziałał niczym ściana, zatrzymując go i nie pozwalając się zbliżyć na tyle by zaatakować. Wtedy to Jaenr mógł się skupić na mniej ważnym celu. Cień Deadpool'a wstał z ziemi, chwycił swojego właściciela i po prostu go do siebie wciągnął znikając po chwili bez najmniejszego dźwięku.

 

-Twój przywołaniec nie będzie nam więcej przeszkadzał, teraz jest w moim świecie. Postaram się dowiedzieć skąd u ożywieńca tak interesująca zdolność samoleczenia, jednak najpierw ty.

 

Mag musiał chyba zrezygnować z prób zmuszenia przeciwnika do walki na zaklęcia, nie zaś przy pomocy tępej siły, zmienił wiec szybko swój kostur w półtora ręczny miecz i w pozycji "głupca" stanął naprzeciw swego oponenta, czekając na jego kolejny ruch. Opuściła nawet swoją ścianę z dymu, która dołączyła teraz do wszechogarniającej fali dymu która to wzbijała się przy każdym kroku i ruchu przeciwnika Jaenra.

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Oj wybacz ale to nie był przywołaniec, żaden zombi ani demon. To był super...eee, wróć. Antybohater. Z komiksu. Ściągnąłem go z wymiaru komiksu, właściwie mogłem rzucić na niego zaklęcie żeby był mi posłuszny ale to by było nie w porządku, gdybyś wiedział co zrobili mu w ramach programu "Broń X"...miał ciężki żywot...No ale na razie go wysłałeś niewiadomo gdzie czego...nie przemyślałem no nic widzę że potrzebuje nieco...hmmm...innych metod do walki nie chce tego robić ale cóż...

 

Pierwsze co zrobiłem to usunięcie z siebie Wiedźmińskiego wzmocnienia, szybko zmieniłem ją w zwykłą energię którą wysłałem do nadal wbitego w ziemię miecza, mój wygląd wrócił do normy

 

-Tak w białych włosach nie jest mi dobrze- uśmiechnąłem się smutno- naprawdę nie chce tego robić...eh- wyciągnąłem z kieszeni monetę, jedna jej strona była piękna, srebrna zdobiona oraz błyszcząca, zaś druga była czarna, jakby z obsydianu jednak ta ciemna strona wyglądała jak ledwo przeźroczysty hologram, czasem była nawet niewidoczna.

 

Rzuciłem monetę w powietrze i krzyknąłem "Uwalniam cię Affictio!". Kiedy moneta byłą w najwyższym miejscu do jakiego mogłem dorzucić błysnęła ciemnością, kiedy spadała można było zauważyć że teraz to srebrna strona jest ledwo widoczna a czarna strona była widoczna tak dobrze jak przedtem srebrna. Kiedy spadła prosto w moją dłoń promień ciemnej energii uderzył we mnie tak że nie można było mnie zobaczyć. Zaś kiedy promień zniknął:

 

-Słaby potrzebował pomocy od potężnego? Witaj głupcze który zechciałeś walczyć ze mną, choć oczywiście początkowo myślałeś że zmierzysz się z tym nieudacznikiem ale cóż...Jestem Affictio co z tego co wiem można przetłumaczyć na cierpienie...a to właśnie będzie twój najmniejszy problem gdy z tobą skończę!

 

Postać która w żaden sposób już nie była mną a moim mrocznym odpiciem wyglądała nieco inaczej. Jej włosy zamiast być brązowe były czarne jak węgiel, jego skóra była bardzo blada. Jedno oko złowieszczego sobowtóra było zakryte szkarłatną soczewką która była częścią jakiejś połowicznej maski-hełmu zrobionego z czegoś co przypominało miedź albo brąz, zaś drugie oko było całe czarne jakby składało się z samej źrenicy, dodatkowo przez to czarne oko przechodziła różowawa blizna która zaczynała się na czole przechodziła przez czarne (lewe) oko i kończyła się... właściwie niewiadomo gdzie ponieważ blizna ciągnęła się prze policzek i szyje po czym znikała za czarnym techno-pancerzem okrywającym tułów oraz całą prawą rękę, co do lewej pancerz okrywał tylko bark przez co było widać całą rękę która miała czarną skórą jak u płaza, była też nieco chudsza i dłuższa od zwykłej ręki a dłoń miała pięć długich placów z przerażającymi kościanymi szponami. Na tle tego wszystkiego nogi wcale nie wyglądały mniej dziwacznie. Pas mojego mrocznego alter ego był żelazny i miał wprawiony ciemnofioletowy kryształ dalej były dwie mechaniczne nogi które były zakrzywione tak jak u jakiegoś dzikiego zwierzęcia prze co wydawał się wyższy a zakończone były czymś w rodzaju kopyt z ciemnofioletowej energii której iskry czasem przechodziły po mechanicznych kończynach.

 

-Tak więc...stój spokojne- Affictio wyprostował swoją lewą czarną rękę ze szponami która wystrzeliła w stronę Linnre'a wydłużając się i przechodząc przez jego klatkę piersiową a następnie uderzając i przyczepiając się do kamiennej ściany za moim przeciwnikiem. Moje alter-ego szybko szarpnęło lewą ręką do tyłu co sprawiło że została oderwana od ramienia, jednak na miejsce oderwanej kończyny szybko wyrosła nowa a z krwawiącego na czarno końca ręki która przebiła (o dziwo nadal żyjącego) Linnre'a wyrosła taka sama dłoń z pazurami jak ta która wszczepiła się w ścianę za moim przeciwnikiem. Dłoń zaczęła lecieć dookoła przeciwnika owijając go po czym chwyciła go za twarz.

 

-Chętnie bym cię starł na proch ale że jestem tu za zgodą Solara mam pewne...ograniczenia, ale musiałem tu się zjawić, on jest za słaby żeby zrobić to co teraz zamierzam.

 

Spokojnym, wręcz spacerowym krokiem Affictio podszedł do wbitego w ziemię miecza, który jednak już nie był mieczem, teraz był długim jak u miecza dwuręcznego czarnym ostrzem na długim ciemnofioletowym metalowym kiju z czarnym aksamitem który owijał dużą część środka metalowego kija by wygodnie się go trzymało. Tak jak przedtem z mieczem kostur był wbity ostrzem w ziemię, ostrze było gładkie nic na nim nie było wygrawerowane jak w przypadku "Amicusa". Affictio wyciągnął kostur z ziemi, kiedy tylko dotknął kostura jakaś dziwna energia wstrząsnęła ziemią a ostrze kostura rozbłysło.

 

-Tak więc, kiedy Solar wbił tu miecz to zbierał energię by wezwać pewne potężne istoty, ale że ten jego przyjaciel którego gdzieś wysłałeś musi być przywrócony do naszego świata trochę się spóźnią. Tak więc twoja kolej słabeuszu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Nie przyzwaniec? Ciekawe, ja też niegdyś chciałem podróżować nieco po planach, niestety moja pierwsza wizyta w innych światach skończyła się na spotkaniu dziwnego mężczyzny, całego w czerni i dziwnym srebrnym znaku na klacie. Krzyczał coś o potworach i nie-świecie. Co prawda nie posiadam boskiej urody, ale żeby od razu potwór?

 

Mężczyzna zamyślił się chwilę, nawet nie czując ręki która powinna teraz przebijać jego trzewia, a jedynie rozmarzył się o świecie który wtedy odwiedzał. Był straszny i cuchnący, jednak na swój sposób ciekawy. Niestety widać było że podróże między wymiarami nie były dla Jaenra, który wysłany do jakiegoś piekła musiał umykać do własnego świata, a teraz zarabiał na życie jako podrzędny karczmarz w planie cieni. Na szczęście wciąż brał udział w tak ciekawych wydarzeniach jak teraźniejszy pojedynek, niestety jego przeciwnik, mimo iż po przemianie, wciąż go zawodził. Dalej ataki fizyczne.

 

-Co prawda nie jestem najpotężniejszym z magów, jednak ty najwyraźniej jak i twoje alter ego, nie jesteście najbystrzejszymi wśród magów. Zacznijcie walkę na magię, nie zaś na przywoływanie istot, czy miecze lub urywane kończyny. To błahe i barbarzyńskie.

 

Mag po prostu przeszedł przez rękę przeciwnika, która nie stawiała najmniejszego oporu, bowiem nie mogła uchwycić dymu. Następnie szybkim ruchem ręki, oraz swego ostrza przeciął, o dziwo nie rękę, a cień do niej należący, który zniknął jakby rozsypując się w dwu wymiarowy pył. Ręka również, jak gdyby w ślad za swym cieniem, obeschła i skruszała by przy dotknięciu Jaenra rozsypać się i zaprzestać swej egzystencji. Nie był to jednak koniec tego co mag przygotował dla swego oponenta, bowiem w mgnieniu oka z cienia, należącego do przeciwnika, wystrzeliły kolce celujące w łydki, kolana i kostki by unieruchomić go i zmusić do walki na zaklęcia. Następnym ruchem władającego cieniami czarownika było złożenie dymu otaczającego teraz całą komnatę w ostre kolce które wystrzeliły natychmiastowo. Tym jednak razem Jaenr przygotował je tak by przeciwnik nie mógł nimi kierować według własnej woli, na koniec zaś pozostawił istną wisienkę na torcie. Stuknął lekko końcem swego miecza o posadzkę.

Wtem od miecza poleciały trzy, niby myszki maleńkie iskierki, ledwie widoczne i niczym myszeńki szybciutko i z gracją poleciały w trzy strony, a każda otaczała jego i przeciwnika, jak gdyby chcąc w jednej sekundzie i naraz zaatakować. I tak też się stało, wszystkie trzy maciupeńkie iskierki lekko podskoczyły i wystrzeliły we wrogiego maga, teraz jednak niczym potężne pioruny, gotowe przejść przez wszystkie jego mięśnie by w końcu dotrzeć do serca i je zatrzymać. A Jaenr? On zadowolony z lekkim uśmieszkiem stał na swoim miejscu, jak gdyby nie przejmując się pojedynkiem, a czekając jedynie aż przeciwnik zacznie walczyć na prawdę. Przy pomocy magii. stał tak kołysząc się z lekka i nucąc z wolna melodię która zapadła mu niegdyś w głowie, a przypomniała mu o owych trzech iskierkach, niczym myszki przemykających po posadzce.

 

-Teraz ty, potężny magu.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Wybacz mi ale Solar uwielbia grzebać w innych światach, przyzywa z nich rzeczy, moce osoby ale nigdy nie sprawia że muszą go słuchać, głupiec.

Affictio spjrzał na lecące w jego stronę cieniste sztylety oraz białe iskry, jakby znudzony wbił swój mieczo-kostur w ziemię, wtedy woda z basenu na arenie podniosła się i zaczęła go okrążać, wyszeptał zaklęcie a woda zrobiła się szkarłatnoczerwona. Kiedy kolce uderzyły w ścianę wody rozbłyneły się i stały się częścią czerwonego tornada, które stało się niższe żeby białe iskry miały łatwy dostęp do Affictio. Iskry poleciały w stronę mojego złego alter-ego który wydłużył swoją czarną rękę ze szponami i dotknął nią kręgu czerwonej wody wokół niego. Jak poprzednio ręka odpadła a jej miejsce zajęła nowa, ta pierwsza ręka została wessana w wodę wiru i tam się rozbłyneła, kiedy iskry były nad kołem trzy czarno-purpurowe ręce z cieczy z niezwykłą szybkością złapały je, wtedy Affictio wskazał swoim kosturem na Linnre'a a wir czerwonej wody po którym teraz przeskakiwały czarne iskry rzucił się na mojego przeciwnika zmieniając się w wielkiego niekształtnego golema z wody. Golem rzucił się na Linnre'a podtapiając go i roztapiając mu kostur, zaś czarne iskry przeskoczyły na dym którym mój przeciwnik oddychał by każdy jego oddech odbierał mu siły. Golem zmienił się w małe wodne tornado które owinęło się w okuł mojego przeciwnika jak kaftan bezpieczeństwa, dym którym oddychał na dal iskrzył na czarno a kostur był małą kałużą. Wtedy po arenie przeszedł bardzo mocny wstrząs.

-O! Już dotarli!- Affictio spojrzał na spętanego Linnre'a i uśmiechnął się kpiąco- Co do przywoływania istot...Zastanawiałeś się dlaczego Solar wbił swój miecz w ziemię? Swojego ukochanego "Amicusa"? Przyjaciela? Ten głupiec zbierał nim moc, widzisz te kule energii? Z nich pobierał siłę do przyzwania tak potężnych istot, ale bał się je przyzwać więc to ja musiałem to zrobić, mogli przybyć od razu ale musiałem zmarnować czas żeby ten cały Deadpool mógł wrócić.

W tym momencie przeszedł kolejny wstrząs a w podłodze obok Affictio pojawiła się szczelina z której wyszedł Deadpool. Antybohater nie wyglądał dobrze, czarno-czerwony kostium był podarty w kilku miejscach, nawet w takim gdzie znajdowała się pewna tylna część ciała, szybko można było zauważyć brak maski przez co widać było bardzo oszpeconą twarz, uwagę przykuwało to że Deadpool trzymał w swojej lewej ręce...prawą rękę, ta zaś trzymała jeden z mieczy, drugi był w pochwie na plecach antybochatera. Pistolety przepadły. W miejscu gdzie powinna być prawa ręka był krwawiący kikut tuż przy ramieniu.

-O! Witam was wszystkich, gdzie Solar? Nie ważne muszę teraz zrobić jedną rzecz- antybohater poruszył gwałtownie swoją lewą ręką przez co wypuściła ona katanę, później za pomocą ust pobawił się palcami prawej ręki żeby pokazywała "najbardziej międzynarodowy gest" i wyciągnął prawą rękę trzymając ją  w lewej ręce w stronę uwięzionego Linnre'a.

-Ty pacanie! Gdyby nie to że moje kochana Śmierć mnie usłyszała pewnie bym już....eee, nie mogę umrzeć więc...BYŁBYM ROZPAĆKANY! I to ostro

-Dedpool- Affictio westchnął- toleruje cię tylko dlatego że Solar mi kazał więc przestań się wygłupiać i daj tą rękę na swoje miejsce

-A no tak, wybacz- Deadpool zbliżył swoją prawą rękę do kikuta, obie te części zaraz się zrosły- A mogę dostać nowe ubranie to jest trochę zbyt przewiewne
-Dobrze- Affictio walnął się twarzą w czoło- ale najpierw jedna rzecz...

W jednej chwili na szpetnej twarzy anty-herosa zabrakło ust, zszokowany Deadpool wygrażał Affictio pięściami po czym odpuściła. Po oddaniu Deadpoolowi broni oraz nowego kostiumu moje alter-ego odwróciło się w stronę Linnre'a, Deadpool tym czasem próbował obciąć sobie paznokcie mieczem.

-Tak więc skoro tego typka mamy za sobą czas na przedstawienie pierwszej ligi- ziemia potężnie zadrżała a ze szczeliny wyszło pięć dziwnych postaci na czterech dziwnych koniach. Trzy postacie ustawiły się na za Affictio, a dwie na jednym koniu dokładnie za jego plecami a dwie po prawej i lewej stronie tego pierwszego, czwarta postać zaś ustawiła się obok Affictio który zaraz się odsunął o mały kroczek.

-Tak więc poznaj moich nowych przyjaciół. Ten za mną to Wojna...

Jeździec dokładnie za moim alter-ego dosiadał wielkiego purpurowego rumaka który na ciele miał wiele zadrapań, w jego bok była wbita strzała a jego grzywa i ogon płonęły, koń miał na sobie kolczastą zbroję z czarnego metalu do której były przyczepione dwie halabardy oraz działka obrotowe, koń wyglądał na groźnego i dzikiego. Jego jeździec na różnił się bardzo od konia, był wielkim muskularnym brodatym męzczyzną, który jedno oko miał zakryte przepaską a drugie było pustym oczodołem z ognistą kulą zamiast gałki ocznej, jeździec obładowany był różną bronią, od kijów baseballowych przez miecze i różnego typu broń palną na II-go Wojennej mini-bombie atomowej przypiętej do pleców łańcuchami skończywszy. Jeździec był równie poraniony jak i koń a jego tors osłaniała kamizelka kuloodporna, po za tym był ubrany w wojskowe spodnie i potężne glany zaś jego głowę zakrywała czarna chusta.

-Ten po jego lewej to Zaraza

Jeździec po lewej wyglądał bardzo niezdrowo, jego ubranie składające się z czarnego kitla lekarskiego, starych czarnych butów oraz wyjątkowo niezadbanych spodni w tym samym kolorze było całe pokrwawione, patrząc na twarz jeźdźca można by uznać że cierpi on na każdą chorobę świata, były na niej przeróżne krosty, opryszczki oraz ospy, jednak tej twarzy nie można było oglądać długo gdyż z juków na swoim koniu wyciągnął lewą ręką w czarnej rękawiczce maskę jaką nosili kiedyś medycy oraz kapelusz i gogle które zaraz założył na twarz i głowę. Wszystko robił lewą ręką ponieważ na prawej ręce była dziwna rękawica ze strzykawkami usadzonymi na czterech palcach jeźdźca (tylko na kciuku nie było strzykawki), w miejscu nadgarstka na wierzchu dłoni były dwie ludy które z tyłu łączyły się z dwiema rurami które szły po ręce Zarazy i kończyły się uczepione jego pleców. Koń jeźdźca również nie wyglądał najlepiej. Był przykryty czarną płachtą, mniejsza czarna płachta zakrywała mu łeb, oczy konia były zakryte jakimiś końskimi goglami tak że widać było jedynie kopyta, uszy pysk w którym było wiele żółtych zębów. Koń przez większość czasu zwieszał głowę jakby brakowało mu sił, jednak można było poczuć że koń jak i jeździec nie są zmęczeni ani tym bardziej chorzy.

-Po prawej Wojny widzisz Głód...

 

Ten jeździec również nie wyglądał na głodnego jednak był przeraźliwie chudy, był prawie szkieletem oblepionym skórą, jego głowa była straszna, blada a właściwie biała twarz oraz całkowity brak włosów, co jednak najbardziej się rzucało w oczy to wygłodniałe oczy, brak uszu oraz zaszyte usta. Jeździec był ubrany w stare łachy które w czasach swojej świetności były chyba ubraniem kucharza. W prawej ręce dzierżył tasak a dookoła niego latała oraz siadała na nim i na jego koniu szarańcza. Koń był szary oraz równie wychudzony jak jego jeździec miał równie wygłodniały wzrok jego grzywa była szczątkowa, a usta były zaszyte. Szarańcza cały czas go drażniła więc cały czas chaotycznie machał głową.

 

-A obok mnie...widzisz samą Śmierć- w tym momencie Deadpool wstał i wydał coś pokroju "Mhm"? na co Affictio tylko odpowiedział- Nie to nie śmierć z twojego świata, ta jest nim

 

O Śmierci nie można było zbyt wiele powiedzieć, była przykryta całkowicie czarnym płaszczem, nawet miała rękawiczki żeby nie było widać jej dłoni. Koń za to był znacznie bardziej widoczny, był czarny a jego oczy były białe, bez źrenic i tęczówek. Po całym ciele konia przechodziły zielonkawe żyły a kopyta były owiane zielonkawym dymem a grzywa i ogon były zielonkawym dymem, co było przerażające to to że koń co jakiś czas zmieniał się albo w gnijące ciało albo w czysty lub częściowo okryty tkanką miękką szkielet, jednak były to tylko krótkie migawki.

 

-Za Śmiercią widzisz jego towarzyszkę. Otchłań.

 

Otchłań jako jedyna była kobietą. Siedziała za Śmiercią bo damsku z obiema nogami na boku konia. O niej też nie było można było wiele powiedzieć, jej twarz była skryta z długimi czarnymi włosami, widać było tylko blade ręce i równie blade stopy których nie okrywała długa biała prosta suknia. Jednak w Otchłani było coś niepokojącego. Kawałki szaty śmierci jak i dym z grzywy i ogona jego konia leciał delikatnie w jej stronę.

 

-Teraz jak przedstawiłem ci wszystkich Jeźdźców Apokalipsy pozwól że na chwilę znikną- Affictio machnął ręką a wszyscy Jeźdźcy rozpłynęli się. Jednak ich złowrogą obecność nadal było czuć...

 

Tym czasem Deadpool próbował jeść nie wiadomo skąd zabraną chimichangę i próbował zjeść ją bez ust.

 

-Teraz ty Linnre


 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mag stał nieruchomo, a na jego twarzy pojawiała się coraz większa niechęć. Czuł się zażenowany, wręcz urażony marnym pokazem który to pojawił się naprzeciw niego. Nie mógł uwierzyć w to co widzi i tak jak ataki jego przeciwnika w końcu były magiczne tak następne jego czyny były wręcz drwiną z biednego Jaenra, którego najwyraźniej wzięto za głupca. Ataki oponenta maga mrocznych sztuk poskutkowały, jego natarcie odparte, kostur roztopiony, a on sam spętany, jednak nie miał zamiaru teraz się tym przejmować. Nadszedł czas by zadziałać...

 

-Mój drogi. Czyżbyś był tak naiwny?

 

Mag zaraz zmienił się w kłąb dymu bez trudu opuszczając wodne więzienie, nie doznając najmniejszego uszczerbku na zdrowiu i nim jeszcze zdążył opaść na ziemię i przybrać ponownie postać ludzką, jego cień omiótł wodne więzienie zamrażając je. Sam zaś Linnre pojawiając się strzepnął z dłoni maleńką iskierkę która w jednej chwili zmieniła się w błyskawicę niszcząc zamrożonego golema, a jego kawałki wnikały w cień, nie pozostawiając nawet śladu. Następnie mag spojrzał na swój kostur, który z plany przybrał postać lotną po czym zgęstniał ponownie, tym razem jako broń w ręku maga. Ostatnią rzeczą był dym, jednak nim mag się nie przejął. Mimo że teraz osłabiał, to nie jego, bowiem to on miał nad dymem władzę i wykonywał powolne wdechy i wydechy, czystym nieskazitelnym powietrzem, wydychając kolejne kłęby ciemnego dymu łączącego się z tym zmodyfikowanym i przejmującym jego zdolności, a dym otaczał całą sale i to właśnie przeciwnik Jaenra skazał się tym posunięciem, bowiem tylko on w tym towarzystwie oddychał, wdychając swój własny "zatruty" magią dym który to teraz kontrolowany przez maga cieni osłabiał go.

 

-Wojna? Zaraza, głód? Śmierć? Ha! Nie myślisz chyba że trójka z czterech jeźdźców przybyłaby na twoje wezwanie. Czekają bowiem oni nie na twój znak, a na koniec wszystkiego co znane i nieznane, bowiem służą oni siłą większym niż sobie wyobrażasz. I jak zdaje mi się że Samael mógłby dla własnej uciechy przybyć na twoje wezwanie tak Głód i Wojna nie pokwili by się. I kim jest ta twoja zaraza? Bowiem nie jest częścią czwórki o której mowa, o nie...

 

Mag zamachał nad głową dłonią a kłęby dymu zaczęły zamieniać się w obraz w którym po kolei pojawiały się poszczególne postacie i choć zamazane dobrze było wiadomo kim byli, a Jaenr zaczął po kolei ich przedstawiać choć ich nie przywołał, a jedynie ukazywał. Jego słowa były jakby śpiewne a ton złowrogi, pełen goryczy i strach, a zaczął od pierwszego...

 

-"I widziałem, a oto koń biały, a ten, który na nim siedział, miał łuk, i dano mu koronę, i wyszedł jako zwycięzca, ażeby zwyciężał." a oto pierwszy z jeźdźców który nie odpowiedział na twe wezwanie, a ty bezczelnie zastąpiłeś go głodem, jakby owa katastrofa mogła się przyrównywać do ZWYCIĘSCY...

 

Następnie dłonią wskazał na drugiego, jakby chciał wyedukować swego przeciwnika, w pełni świadom o tym iż jego oponent święcie wierzył że wezwał prawdziwych jeźdźców, jednak prawdą było że ich po prostu wezwać się nie da, bowiem to nie na jego znak oni czekają...

 

-"I wyszedł drugi koń rydzy; a temu, który na nim siedział, dano, aby odjął pokój z ziemi, a iżby jedni drugich zabijali, i dano mu miecz wielki.", a oto wojna, który to zmiótłby tak mnie jak i ciebie gdyby tylko zechciał, a wojny wiecznie by się toczyły aż do końca światów wszelakich wedle jego woli, aż dusz by nie zbrakło.

 

Wskazał kolejną sylwetkę, a przeszedł go widoczny dreszcz jako że o każdym z czwórki bał się wspominać wiedząc że może narazić się na ich niechęć, choć nie więcej co jego oponent zwący cztery kreatury i wywołańce prawdziwymi jeźdźcami.

 

-"I widziałem, a oto koń wrony, a ten, co na nim siedział, miał szalę w ręce swojej.", oto i głód, a ciało jego choć wychudłe to nieśmiertelne i kładące nieszczęście na każdego kto się w pobliżu znajdzie.

 

Wtedy to wskazał ostatniego z czterech, a głos jakby nie chciał wyjść z jego ust w przestrachu, jednak przemógł się, a słowa jego tak oto brzmiały...

 

-"I widziałem, a oto koń płowy, a tego, który siedział na nim, imię było Śmierć, a Otchłań mu towarzyszyła; i dana im jest moc nad czwartą częścią ziemi, aby zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez zwierzęta ziemskie." a sprawił już on bul i cierpienie na nie jedną ziemię, a przez śmiertelnych Samaelem zwany, toteż on jako jedyny mógłby odpowiedzieć choć nie przybyłby wraz z orszakiem twych kreatur które to wywyższyłeś.

 

Następnie Jaenr spojrzał na owego Deadpool'a który to w ciężkim stanie powrócił i zwrócił się ponownie do przeciwnika by słów na tę istotę zbędnie nie marnować.

 

-A jego żeś za co tak pokarał? Ja rzem go do mej karczmy posłał gdzie miał czekań na mnie, pewnie rany jego mają być twoją karą za nieposłuszeństwo, ale nie moja to sprawa, jeszcze mój czas na badanie go nadejdzie...

 

Wtedy to cień Deadpool'a ponownie powstał z ziemi i jednym cięciem pozbawił swego właściciela głowy by następnie ją pochłonąć, by ta nie mogła powrócić do ciała które opadło martwo na posadzkę. Następnie cień wrócił na swoje miejsce, a Jaenr zastukał kosturem o ziemię, a każde uderzenie wzbijało kolejne całuny dymu otaczające teraz wszystko dookoła i nie dając przeciwnikowi możliwości dojrzenia co się dzieje przed nim czy też z jakiejkolwiek innej strony. ?Wtedy to zaczęły padać ciosy z cieni, a to dym wystrzelił niczym ostrze, a to błyskawice nadlatywały, a masa czarów była przytłaczająca, a zmuszająca przeciwnika maga cieni do postawy defensywnej i chwili myślenia, bowiem ataki na ślepo ni by nie dały, a wiadomym było że Jaenr również jest w stanie przeobrazić się w dym co uniemożliwiałoby odróżnienie go od reszty otoczenia, a kolejne ciosy padały i padały coraz to częściej i silniej. Walka rozbrzmiewała, choć w nadziei na szybki koniec...

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Affictio nie bardzo się przejął wszędobylskim dymem i tym że tenże próbuje go zabić, po krótkim promieniu się kosturem uznał że rzuci zaklęcie które za każdym razem kiedy coś go zaatakuje teleportuje go trochę, tak więc w stanie ciągłej teleportacji zaczął swój kolejny monolog:

 

-Masz trochę racji Linnre. Nikt nie może kontrolować prawdziwych jeźdźców, ci których widziałeś to zaledwie 1/10 ich mocy którą Solar swoim niezwykle durnym umysłem ukształtował. Co do Zarazy- w niektórych interpretacjach jest on obecny, co prawda ta którą ty zaprezentowałeś była o wiele bardziej oficjalna, jednak Solar uznał że Zaraza lepiej się będzie prezentować...Głupiec. Co do tego że ten Deadpool został tak pokiereszowany...karczma była złym wyborem. Antybohater ten umie wszcząć bójkę w pustym pokoju, pewnie pogroził mieczem komuś za dużemu, albo przystawiał się do jakiejś panny...kto wie. No ale nic i tak zostaniesz zniszczony gdyż ten ułamek mocy czterech jeźdźców jest dość duży by cię zniszczyć jednakowoż...- w tym momencie moje złe alter-ego złapało się z brzuch i wykrzyknęło słowa sprzeciwu, jednak srebrzysta wstęga oplotła go zmieniając w kokon który upadł na ziemię, po czym wzniósł się w powietrze, rozbłysł mocno tworząc świetlistą tarczę wokół siebie przez którą nie mógł przejść dym. Kokon w rozbłysku był niewidoczny jednak powoli opadał na ziemię a dookoła niego nadal była świetlista sfera. Jednak kiedy wylądował światło stało się nieco mniej rażące i było widać że kokon dawno przestał nim być...

 

-Jak dobrze móc znowu oddychać powietrzem! Affictio to straszny gbur nie sądzisz Deadpool?- głowa (w masce) trzymana w powietrzu i ubrana w okulary przeciwsłoneczne  lewitując odpowiedziała:

 

-Nooooo i jeszcze mi zniknął usta! To niedopuszczalne!

 

-Dobrze,dobrze. Chyba czas żebyś wracał. Linnreś chyba nie czuje zabawy z tobą.

 

-Ale oddaj mi ciało!

 

-A oczywiście- w sferę wleciało bez głowę ciało sztucznie stworzonego mutanta, do którego zaraz została przytwierdzona głowa, cały Deadpool wstał i sprawdził czy wszystko ma na swoim miejscu

 

-OK, wyślij mnie do swojego kucyk-landu

 

-Dobrze, żegnaj. Na miejscu staniesz się kucykiem, kiedy twój czas tam się skończy wrócisz do siebie w momencie kiedy nikt cię nie będzie widział- po tym Deadpool zniknął w rozbłysku światła

 

-Hej, Linnre! Solar wrócił!- zamiast Affictio znowu byłem ja, taki sam jak na początku walki jasne światło tworzące sferę pochodziło z mojego miecza- odesłałem jeźdźców, nie lubię ich. Tak jak mojego alter-ego. Na szczęście Deadpool miał w ustach kule. Wystarczyło że ją rozgryzł a wszystko wróciło do normalności a i jeszcze jedno. Co tyś się tak uwziął na mojego drugiego ulubioną postać z komiksu? Nie pozwoliłbym ci go badać, po za tym mogę ci powiedzieć skąd ma te zdolności regeneracyjne. Wiesz może czym jest projekt "Broń X"? To program który ma na celu zrobienie z mutantów broni, to oni pokryli ciało Wolverina niezniszczalnym metalem i wyprali mu mózg. A co do Deadpoola to dali mu chyba gen regeneracji Wolviego, ale pewny nie jestem. Niestety eksperyment zniszczył mu twarz, ale cóż nie miał nic do stracenia, chorował na raka, a właściwie nadal choruje, ale moc regeneracji nie pozwala mu umrzeć. Wieczna tułaczka przez świat to chyba jego przeznaczenie...
No nic dosyć tej gadaniny. Troszkę się melancholijnie poczułem jeśli zechcesz ty działaj. Chroni mnie tylko tarcza światła...A właśnie witaj Amicusie! Tęskniłeś?! Oczywiście że tak mój ty kochany. HEJ ŚWIECIE! WRÓCIŁEM!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dym który był magiem nie wyróżnił się z całej reszty. Wszystko było nim osnute i na arenie nastawała ciemność, gdyż ciemny, gęsty dym przysłaniał jakiekolwiek światło. Plan maga nie był nadto skomplikowany, a słowa oponenta jedynie go nudziły, rzucił tedy więc kolejną porcją ostrzy utkanych z cienia i dymu, rozglądając się jak obejść barierę przeciwnika, co mogło okazać się nie lada wyzwaniem, choć równie dobrze mogło być proste...Jaenr z resztą zastanawiał się już od jakiegoś czasu jaką magią posługuje się jego przeciwnik i na razie wszystko wskazywało na to iż był on władcą ciał, bowiem jego zmiany wyglądu, manipulacja rękami, odrastające kończyny czy przyzwańcy mogli świadczyć jedynie o tym typie magii, jednak klątwy osłabiające które ciągle starał się rzucać, czy teraz tarcza trochę zbijała maga cieni z tropu, każą się dalej zastanawiać, a przez to nie mogąc dobrać odpowiedniej taktyki musiał skupić się na dalszej analizie, a do tego musiał ujrzeć ataki przeciwnika, których ten mu niestety skąpił. Nie wiedząc więc co czynić posłał przeciw wrogiemu magowi dwie błyskawice i w ciszy nie odsłaniając swego położenia czekał na dalszy rozwój wydarzeń.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Dym,błyskawice i ostrza z cienia. Nie będzie źle. I jak chcesz, będę w końcu korzystał z zaklęć...

 

Wypuściłem Amicusa z ręki, ale on zamiast spaść unosił się w powietrzu wciąż tworząc świetlistą tarczą. Zamknąłem oczy i zacząłem mruczeć zaklęcie, Amicus zaczął się kręcić w okuł swojej własnej osi, a ja zacząłem świecić. Kiedy ponownie stałem się tak jasny że nie można mnie było zobaczyć zmieniłem się w smugę energii która połączyła się z mieczem, który coraz szybciej się kręcił. Bariera światła zniknęła i również zaczęła wirować. W pewnym momencie wszystko się zatrzymało. Ale mojego miecza już nie było, stałem tylko ja, wciąż w tym samym ubraniu, z wizjerem i srebrnymi...Nie. Rękawice stały się czerwone, a koniuszki palców miały czarną barwę, także było parę innych różnic. Mój płaszcz miał parę czarnych zdobień a czarna koszula stała się czymś w rodzaju napierśnika.

 

-Skoro nie życzysz sobie walki na miecze Amicus stał się częścią mnie, jest nią stale ale teraz nie będzie bezużyteczny...Czuje się bardzo silny...To wymaga podkładu...

 

Znikąd popłynęła melodia. Zacząłem wykonywać spokojne ruchy rękami po czym zmieniłem się ponownie w światło. Najpierw, cieniste ostrza. Rzuciłem się w stronę ostrzy jako smuga światła, sama moja "światła" obecność unicestwiła oszcza. Teraz pioruny. Wylądowałem na ziemi i poczekałem aż pioruny do mnie dolecą. Szybciej niż mrugnięcie okiem zmieniłem się w metal. Pioruny uderzyły we mnie ale nie uszkodziły metalowego ciała. Zadziałałem jak piorunochron wykorzystując uziemienie. Teraz dym.

Zacząłem wirować, najpierw spokojnie a później szybciej tworząc małe tornado które wciągnęło cały dym. Włącznie z tym którym był Linnre. Kiedy cały dym był przy mnie zamknąłem go w świetlistej kuli. Następnie kule przerzuciłem się przez świetlną bramkę. Cały dym zniknął a Linnre przyjął swoją zwykłą formę kiedy bramka zniknęła a pojawiło się magiczne więzienie. Była to szklana kula w której Linnre siedział zamknięty, zaś szklana kula była w innej wodnej kuli. Całość unosiła się nad ziemią. Melodia ustała.

 

-Proszę. Z tego co wiem pod wodą nie dymi. I nie martw się. Jest tam powietrze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Mój drogi. Nie dość że nie masz gustu co do muzyki to jeszcze chcesz mnie zatrzymać w czymś takim? A poza tym, nie muszę oddychać...

 

W jednej chwili ciało mrocznego maga dziwnie się wygięło i zaczęło znikać, wsysane przez dziwny wir gdzieś w środku siebie samego. Zdawało się już że nie istnieje kiedy w jednej chwili czarownik wyszedł pewnym krokiem z jednego z cieni gdzieś na ścianie, ciągnąc za sobą kolejne kłębowisko gęstego dymu, który nagle zaczął się rozrzedzać, jednak zastępując tlen w wiązaniach chemicznych niszcząc wodną jak i szklaną bańkę. Następnie cały dostępny tlen mag skupił w swojej dłoni i niczym malutką pastylkę połknął, by następnie wypluć całość w jednym jaskrawym i skwierczącym języku ognia. Następnie wystrzelił w swego oponenta kolejne cztery błyskawice tym razem jednak upewniając się że uziemienie nie podziała, czarnoksiężnik wiedział bowiem że jego dym jest idealnym przewodnikiem, a między ziemią i jego przeciwnikiem było akurat na tle miejsca by cząsteczki dymu przenosiły dym nie ku ziemi a ponownie ku wrogiemu magowi. Walka zaczynała być nudna gdyż przeciwnik jakby się nie starał atakować, a jedynie niedbale kontrował ataki maga cieni, więc ten zaprzestał kolejnych ataków by jego przeciwnik nie miał nadto okazji do kontrataków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pędziła na mnie ognista burza...potrzebny był podkład muzyczny...jednak z jakiegoś powodu nie mógł się pojawić no cóż...bez podkładu też można...JAK NAJSZYBCIEJ GRZEBAĆ PO KIESZENIACH!

 

-Gdzie to jest...gdzie to jest, gdzie to jest...MAM!- z kieszeni płaszcza wyciągnąłem złoty amulet który miał dwa rowki które przecinały go na cztery takie same kawałki jednak amulet był całością, w centrum każdego "kawałka" coś było. Kamień, kropla wody, trochę ognia i nicość...właściwie to powietrze ale no...

Prędko założyłem medalion na szyję, przed tym szybko pstryknąłem w palce żeby moje ubranie nie zmieniło się w kostium który powinien się pojawić po założeniu medalionu, kostium nie był zły ale wolałem zostać przy własnych ciuchach, no może nie całkiem. Moje ubranie lekko się zmieniło, po pierwsze wzory na płaszczu z czarnych zmieniły się na niebieskie, żółte, srebrzyste oraz ciemnobrązowe, po za tym pojawiło się ich więcej. Dodatkowo moja koszula z jednolicie czarnej stała się czterokolorowa (chyba wszyscy się domyślają jakie to kolory), jedyna czerń to były dwie kreski które przedzielały każdy kolor.

 

Teraz musiałem szybko myśleć, z ogniem nie ma problemu ale pioruny...hmmm, nie pomyślałem o nich.Nie ważne coś się wymyśli wpierw ogień.

 

Kiedy ognisty język się do mnie przybliżył za bardzo moje ciało zniknęło, a właściwie stało się wiatrem który zaczął wirować wo okuł ognia przekierowując go w powietrze. Zebrałem cały ogień po czym zawirowałem wo okuł całej sali by zebrać dym, z którym w wietrznej postaci zanurkowałem pod ziemię która się rozstąpiła. Wleciałem z całym ogniem w podziemną komorę, z której wyleciałem po czym została zapieczętowana, tam dym się mógł rozwiać a z braku tlenu ogień przestać płonąć. Jeszcze tylko pioruny które przez dłuższy czas nieudolnie mnie goniły. Wylądowałem i szybko strzeliłem w pioruny wodą która uformowała się w kulę więżąc pioruny, w wodnym więzieniu które zaraz zamieniło się w skałę. Uwięzione w niej po prostu znikły nie mając przewodnika.

 

Teraz Linnre.

Ponownie zamieniłem się w wiatr, ale tym razem w wiatr miotający dookoła głazami które wytrąciły Linnre kostur z ręki, i zamurowały go w czymś w rodzaju kopca. Ale to nie było wszystko.

Z powrotem wróciłem do mojej normalnej formy, a moje ręce zaczęły płonąć, z lekkim żalem uniosłem się na miniaturowym tornadzie i zacząłem ostrzeliwać ogniem podłogę po de mną. Przez temperaturę wszędzie była wrząca lawa. Również więzienie Linnre zaczęło się topić ale za pomocą wody którą wysłałem do jego wiezienia wewnętrzne ściany głazowej trumny zostały nienaruszony, a nawet lekko podtapianie przez lawę stały się bardziej jednolite. W końcu więzienie zostało wtopione w ziemię, a cała podłoga była z lawy. Linnre zaś siedział w prostokątnym nie dużym pokoiku ze twardymi ścianami, całkowitym brakiem światło, głęboko pod lawą i całkiem zapełnionym wodą. Mimo jego wcześniejszej uwagi że nie potrzebuje powietrza uformowałem wo okuł jego głowy bańkę z nieskończonym powietrzem.

Musiałem zrobić jeszcze jedno, pstryknąć i wo okuł mnie pojawiły się miniaturowe słoneczka które rozpierzchły się po całej arenie i rozświetlały nawet najciemniejsze zakamarki usuwając każdy cień z którego Linnre mógł wyjść. Jego kostur albo gdzieś pływał w jeziorku lawy albo został stopiony.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W związku z przedłużającym się brakiem aktywności, jestem zmuszony zakończyć pojedynek.

 

Jednakże, postów mamy całkiem sporo, toteż nic nie stoi na przeszkodzie, by zwrócić się ku publice.

 

Moi drodzy, kto popisał się większą mocą? Kto okazał się silniejszy? Czy był to SolarIsEpic? A może Jaenr Linnre? Zapraszamy do głosowania i komentowania!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czasem prościej i mniej, znaczy lepiej. Sorry SolarIsEpic, ja wiem że się starałeś ale przedobrzyłeś na mój gust. Dlatego mój głos powędrował do Jaenr Linnre. Jego posty były względnie krótsze, a wnosiły tyle samo do pojedynku, co twoje i nie trza było się przez nie przebijać. Takie niestety odniosłem wrażenie Solarls...

Uwaga do was obu... Zapis dialogów... Poćwiczcie nad nim, bo są źle obrobione wizualnie. Drobne błędy ortograficzne... [ból nie bul... JL.]Tyle powiem. Trzymajcie się oboje i pracujcie nad sobą dalej...

Edited by Hoffner
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak sobie was czytam. Fajny pojedynek, sporo ciekawych efektów, pomysły i wykonanie cudowne. Trochę baboli gramatycznych a dialogi, well, Hoffner już się wyraził na ten temat, w istocie dobitnie.

Kilka błędów logicznych też się znalazło(przekierowywanie ognistego tornada samym sobą w postaci wiatru powinno się skończyć zniknięciem "samego siebie" xD), ale całość jest czytelna.

 

Teraz ocena.

Jestem weteranem tego miejsca, czytam wszystkie pojedynki, zarówno z ciekawości jak i chęci nauki, przez co mogę powiedzieć wprost, że wasza walka była dobra. Widowiskowa i przemyślana(przeważnie). Czytało się to przyjemnie, wciągało, nakłaniało do dalszej lektury. Każde z was pokazało na co was stać.

Ale zwycięstwo może przypaść tylko jednej osobie. I mój głos, w tej konkretnej sprawie, ląduje na Linnre, bowiem jego sposób i zapis walki odrobinkę bardziej mi się spodobał.

Obojgu magów życzę kolejnych udanych starć, powodzenia!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Swym statusem, Hoffner zwrócił mi uwagę na tenże pojedynek. A mianowicie na to, że miałem go już dawno zakończyć. Jak zwykle zapomniałem :/

 

Niemniej dobrze, że wynikło z tego więcej głosów i komentarzy do pojedynku. Zatem, nie przedłużając jeszcze bardziej, przejdę do podliczenia głosów i wyłonienia zwycięzcy. Gotowi?

 

SolarIsEpic - 2

Jaenr Linnre - 4

 

Tak więc, drogą dwukrotnej przewagi, to magiczne starcie zwycięża Jaenr Linnre! Składamy gratulacje zarówno jemu, jak i SolarIsEpicowi, za wytrwanie na placu boju i uraczenie nas niejednym imponującym zaklęciem!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...